niedziela, 30 czerwca 2013

Ogród pod Wiszącą Skałą

Dostaliśmy zaproszenie na garden party w stylu retro.
Pośród upojnych kwiatów rozstawiono kute lub rattanowe meble, porozkładano pledy, barwne poduszki, gdzieś w tle rozwieszono hamak. A następnie pozwolono temu wszystkiemu przesiąknąć atmosferą zabytkowej, stylowo urządzonej willi pełnej starych książek i antyków. Zaproszono nawet cienie dawnych właścicieli domostwa. Gdzie odbywa się to przyjęcie?
Trudno powiedzieć. Ponieważ ciężki aromat kwiatów oraz przesycenie krajobrazu promieniami słońca kierują nasze myśli ku południu Europy, lecz kolorystyka, chłodny klimat oraz ogólny styl sugerowałyby raczej Skandynawię.

Przyjmijmy więc, że oniryczne garden party, kryjące się w Noontide Petals Andyego Tauera, odbywa się gdzieś poza czasem i przestrzenią, w miejscu, do którego mamy dostęp tylko w snach.
A może to po prostu wieczór bardzo gorącego dnia gdzieś w strefie klimatu umiarkowanego Europy Środkowo-Wschodniej...? Nie wiem.


Z pewnością nie jet łatwo opowiedzieć o czternastym produkcie podstawowej oferty Tauera. Wiem , że na pewno w otwarciu wyczuwam suche, uroczo staroświeckie aldehydy, które od razu połączono z czystym irysowym pudrem oraz oparami białych kwiatów, zręcznie unikając najbardziej dosłownej interpretacji tej nuty. Całość okazuje się lekko szklista choć już od pierwszych chwil ciężka, chciwie pochłaniająca ciepło otoczenia. Początek zrozumieć jest nawet łatwo. Schody pojawiają się później. ;)
Gdyż podczas kolejnych faz rozwoju pachnidła na skórze zauważam swoiste rozdwojenie-nierozdwojenie ducha mieszanki. Z jednej strony aldehydy stają się ciepłe, coraz ściślej złączone z irysem, bez sporów godzące się na wzrost znaczenia kwiatów (tuberozy, ylang-ylang, jaśminu oraz róży) przedstawionych jako jednolity, dosyć staroświecki bukiet, z drugiej irys okazuje się coraz bardziej pikantny; do tego stopnia, że podejrzewam, iż to właśnie on stoi za zlaniem kwiecia w jednolitą masę; trochę bardziej pieprzowy, skłaniający do współpracy oldskulową wetywerię. Co sugeruje wrażenie ponowoczesnej, przekornej interpretacji barw chłodnych i przygaszonych. Później ambiwalentne odczucia jeszcze się pogłębiają, kiedy w bazie kwiaty zaczyna wspomagać ciepłe, lekko pudrowe paczuli, odrobina olibanowej żywicy [niepalonej!] czy subtelny, ledwie zauważalny woal roślinnej słodyczy, zaś frakcję irysowo-wetyweriową wspiera gęsty, zamszowo-kurzowy styraks. Gdzieś w tle pojawia się neutralny drzewny podest; skromny ale stabilny.

Niby "walka" wciąż trwa, jednak pachnidło stopniowo traci moc, oddalając się od człowieka, rozwiewając w przestworzach. Jest ale go nie ma, nie ma go a wciąż jest.
Noontide Petals to zapach-zagadka przez niemal cały czas rozwoju: niby silny i podniebny dzięki aldehydom, lecz w tej samej chwili raczej płożący się po ludzkiej skórze, rozedrgany i wieloskładnikowy choć jednocześnie harmonijny, ślicznie złożony z uzupełniających się przeciwieństw.
Wszystkimi akordami oraz charakterem każący myśleć o dawnych czasach [na przykład o przełomie XIX i XX wieku], lecz przez cały czas testów nie mogłam pozbyć się wrażenia, że jest to raczej nasza, dwudziestopierwszowieczna wizja tamtych lat. Coś bardzo nowoczesnego i odważnego, schowanego pod płaszczykiem mody na retro oraz twórczej zachowawczości.
Gdyby Piknik pod Wiszącą Skałą miał miejsce gdzieś na południu Szwecji, pewnie tak właśnie pachniałyby wszystkie jego bohaterki. :)

Cudowne, wciągające perfumy!

Łukaszu, z całego serca dziękuję Ci za próbkę tego cuda!. :)

Rok produkcji i nos: 2013, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o znacznej emanacji oraz śladzie, z czasem coraz węższym, by w końcu zamienił się w aurę. Jak napisałam w recenzji, jednocześnie głośny oraz dyskretny; choć tu chyba kluczem jest po prostu dawka pachnidła. ;)
Dla miłośników gatunku na naprawdę wszystkie okazje [zwłaszcza, kiedy uwzględnicie moją uwagę o dawce ;) ], reszta musi eksperymentować na własną rękę.

Trwałość: około dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aldehydowa

Skład:

Nuta głowy: geranium, bergamotka, aldehydy
Nuta serca: tuberoza, róża, ylang-ylang, jaśmin
Nuta bazy: wetyweria, paczuli, irys, olibanum, styraks, drewno sandałowe, wanilia
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.camilacamargo.com/2011/08/mais-uma-mesa-ao-ar-livre-minha-paixao.html

sobota, 29 czerwca 2013

Elegantki z PRL-u


Powstały w roku 1950 obraz Wojciecha Fangora Postaci to jeden z najbardziej znanych przykładów polskiego socrealizmu. Jak wszystkie dzieła z tego okresu, zawierający w sobie przekaz ideowy tak wyraźny, że wręcz łopatologiczny. Oto zdrowym moralnie i fizycznie bohaterom pozytywnym, robotniczo-chłopskim budowniczym nowej, socjalistycznej Polski [z tego miejsca jeszcze raz podziękujmy panom Churchillowi i Rooseveltowi oraz towarzyszowi Stalinowi :> ] przeciwstawiono bladą, wyniosłą i wyfiokowaną snobkę, ubraną zgodnie z obowiązującą wówczas na Zachodzie modą. Gdyby jednak dziełu trafił się widz zbyt tępy aby zrozumieć przekaz, suknię modnisi zdobią hasła takie, jak "New York", "London", "Coca-Cola", "Wall Street". Oto, moi Drodzy, zło w czystej postaci; sługuska ciemnych mocy, cholerna przedwojenna kapitalistka! ;] Takich, jak ona należy się wystrzegać.

Jednak lata płynęły i rychło okazało się, że mieszkankom Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej owa blada  piękność miast być przestrogą, służyła raczej za wzór do naśladowania. Dlatego też komunistyczne władze kraju musiały rzucić swoim obywatelkom jakiś ochłap zachodniego luksusu, co zaowocowało pojawianiem się nie tylko sieci sklepów  Moda Polska, ale też rodzimymi perfumami. Mężczyźni dostali Warsa, Wodę brzozową czy Przemysławkę o jeszcze przedwojennych korzeniach, kobiety oprócz kilku dezodorantów mogły cieszyć się słynną później Być może... oraz zapadającym w pamięć granatowym flakonem Pani Walewskiej.
Gdyby wtedy powiedzieć im, że za nieco ponad pół wieku wspomniana Pani Walewska budzić będzie ciepłą nostalgię lub uśmiech zażenowania, lecz nikt nie będzie o niej marzył! Gdyby wiedzieli, że w naszych czasach jej flakony będą zalegać na półkach najtańszych sklepów, wśród dostępnych dla każdego tysięcy innych produktów..! Pewnie na takie dictum popukaliby się w głowę, wzięli portmonetkę i pobiegli do sklepu, bo właśnie mają rzucić na półki papier toaletowy. ;) Tak to drzewiej bywało (co przypominam wszystkim narzekającym).

Tytułowe PRL-owskie elegantki w życiu nie uwierzyłyby, że dziś o wiele prościej znaleźć w sklepach flakony perfum Chanel i Diora, aniżeli Panią Walewską. Pewnie nie zrozumiałyby mojej dzisiejszej radości, kiedy podczas zakupów w pewnym popularnym dyskoncie o nazwie pożyczonej od przynoszącego szczęście żuczka znalazłam urocze, trzydziestomolilitrowe testery trzech wersji wspomnianej wody. :)
Oczywiście spryskałam sobie nimi wewnętrzne strony obu łokci oraz lewe przedramię, by móc czym prędzej zamieścić dla Was krótkie, bardzo pobieżne opinie. Niemniej lepsze takie, niż żadne. :)


Jako pierwszy chwyciłam tester z białego mlecznego szkła, zawierający Panią Walewską Gold.
To właśnie ona w pierwszej chwili najbardziej przypadła mi do gustu, ciepła, kwiatowa i mleczna. Pachnąca trochę, jak mieszanka kwiatu pomarańczy z ylang-ylang, wirująca w nozdrzach ale jednocześnie aksamitna, kremowa. Bardzo kobieca.
Niestety, w chwili kiedy piszę te słowa (czyli jakieś dwie i pół godziny po aplikacji) ostał się jedynie transparentny, irytująco syntetyczny puder o świeżo-mydlanych konotacjach. Powiecie, że to nic dziwnego przy równie niskiej cenie. Zgoda, jednak otwarcie naprawdę skłaniało mnie, bym cofnęła się te kilka metrów od kas i wpakowała do koszyka jeszcze jeden mały kartonik. Dobrze, że tego nie zrobiłam.

A co na to producent, firma Miraculum?
"Niezwykłe perfumy dla każdej kobiety ceniącej elegancję i tradycję. Oryginalna francuska kompozycja zapachowa o intrygującej kwiatowo – owocowo- orientalnej nucie budzi wspomnienia wyjątkowych chwil. Niebanalny zapach perfum i piękna buteleczka w oryginalnym kształcie czyni perfumy obiektem pożądania każdej eleganckiej kobiety".
ŹRÓDŁO
O nutach czy twórcy więcej w Sieci nie znajdziecie.


Równolegle sięgnęłam po zapamiętaną z dawnych lat podstawową wersję wody, obecnie znaną pod nazwą Pani Walewska Classic.
Już paru sekundach, kiedy tylko wyparował alkohol, w moje nozdrza uderzyła gęsta, głośna oraz chaotyczna  aldehydowa burza. Czułam akordy szkliste i pieprzowe, ułożone w całość pozbawioną harmonii, nastawioną tylko i wyłącznie na epatowanie mocą. Na szczęście już po chwili męcząca woń otwarcia nieco się uspokoiła i zaczęła dryfować w stronę gorącego, przyprawowego i retrokwiatowego quasi-szypru. Wykładając towary na podajnik przy kasie pomyślałam nagle, że to łagodniejsza, bardziej miękka wersja klasycznego zapachu od Palomy Picasso! Cóż, Pani Walewska, choć to ewidentna podróbka któregoś z dawnych bestsellerów [czyli niekoniecznie Palomy, może ówczesnej wersji Miss Dior..?], współcześnie wyróżnia się zdecydowanie na plus. Napawając jednocześnie otuchą, że wciąż opłaca się ją produkować (choć od chwili premiery z pewnością przeszła niejedną reformulację). Całkiem znośna jest nawet teraz, kiedy wyczuwam głównie otoczone aldehydami mydło toaletowe, ułożone na dawno uschniętym bukiecie bliżej nieokreślonych kwiatów.

Co pisze producent?
"Niezwykłe perfumy dla każdej kobiety ceniącej elegancję i tradycję. Oryginalna francuska kompozycja zapachowa oparta na fantazyjnej konwaliowo-różano-jaśminowej nucie budzi wspomnienia wyjątkowych chwil. Niebanalny zapach perfum i oryginalna buteleczka w kolorze kobaltu czyni perfumy obiektem pożądania każdej eleganckiej kobiety".
ŹRÓDŁO


Ostatnia była Pani Walewska Chic, której otwarcie najbardziej mnie rozczarowało: nijakie, płaskie oraz mdłe. Stworzone z papierowej oraz bardzo taniutkiej pulpy kwiatowo-owocowej, tak lakonicznej czy laboratoryjnej, że nawet w pewien sposób abstrakcyjnej. ;) Bo jak inaczej mogłabym odnaleźć weń owoce, tani sok multiwitaminowy, lekko rozbielony niesłodzonym mlekiem skondensowanym?
Długo wydawało się, że pachnidło po prostu będzie redukować swoją (i tak niezbyt dużą) moc, aż w końcu zniknie, tymczasem po ok godzinie od aplikacji Chic zaczął się ogrzewać, nieśmiało spoglądać w stronę ciepłych kompozycji kwiatowych, otulonych syntetyczną ambrą i dosłodzonych czymś równie miękkim. Wydawały się podążać w dobrym kierunku. I chyba nawet im się udało.
Czego niestety nie mogłam stwierdzić, ponieważ kompozycja ulotniła się z mojego ciała nie wiadomo kiedy. ;) W tej chwili gorliwie obwąchuję przedramię, nie mogąc znaleźć choćby kilku molekuł pachnidła. No po prostu nic, null. Czyli trwałość cokolwiek marna.

Nota producenta jak zwykle skąpa:
"Niezwykłe perfumy dla każdej kobiety ceniącej elegancję i tradycję. Oryginalna francuska kompozycja zapachowa o intrygującej kwiatowo – pudrowej nucie budzi wspomnienia wyjątkowych chwil. Niebanalny zapach perfum i piękna czerwona buteleczka w oryginalnym kształcie czyni perfumy obiektem pożądania każdej eleganckiej kobiety".
ŹRÓDŁO

Szczęśliwie Wizaż zapewnia więcej informacji:
"Perfumy oparte są na trzech głównych akordach zapachowych – hesperydowo - pudrowo - kwiatowych, które wspaniale współpracują, wzbudzając niezapomniane emocje. Soczysta nuta mandarynki żółtej z Sycylii, podkreślona jest świeżością włoskiej cytryny i bergamotki. Nuta serca to delikatne akordy białych kwiatów, róży damasceńskiej, jaśminu oraz wytrawnych kwiatów pomarańczy. Głębię zapachu tworzy tajemnicza ambra, bób Tonka, wanilia oraz drzewo sandałowe".
ŹRÓDŁO
I nareszcie coś tam wiemy o nutach. :D
___
Dziś Rasikh marki Syed Junaid Alam.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://strasznasztuka.blox.pl/2009/02/Burzujki-w-soc-u.html
Pod tym adresem możecie znaleźć porównanie Postaci z pewnym podobnym im obrazem.

piątek, 28 czerwca 2013

Igraszka z konwencją

Z modą początków XX wieku oraz z zapachem ciężkich, raczej wieczorowych perfum. Jak świat sprzed kilku dekad rozumie i interpretuje człowiek naszych czasów...

Jedno jest pewne: Denis Durand mistrzem igły nie jest. :> Większość jego projektów mam za przekombinowaną albo zupełnie niestrawną; przynajmniej suknie ślubne oraz wieczorowe.
Jedynymi propozycjami, na które spoglądam z przyjemnością, są dwie poniższe [acz nie bez zastrzeżeń]:


Na szczęście stworzenie perfum zlecił marce swoich znajomych, Martine Micallef i Geoffreya Nejmana. Dzięki temu posunięciu zyskaliśmy przyjemne, gęste, wielopoziomowe pachnidło. :) Prowokujące szczery uśmiech, ponieważ bardzo "moje".

To, co czuję przede wszystkim to rozleniwiająca, arcyprzyjemna mieszanina ciężkich składników. Mięsista, balsamiczna róża miesza się z cielesnym oraz puchnącym kastoreum o kształcie miodowo-labdanowych, efektownych zwojów. Zlewają się w całość ciężką i głęboką, bardzo żywo kojarzącą się z Rose Musc marki Sonoma Scent Studio.
I byłabym zarzuciła dziełu o iście tasiemcowej nazwie Le Parfum Denis Durand Couture pewną niezamierzoną wtórność, gdyby nie jego dalszy rozwój. A mianowicie zestalenie się, stopniowe zasychanie oraz powolne zastępowanie róży pikantnymi nutami drzewnymi (głównie naturalistycznym sandałowcem w stylu Sandalo od Etro, w dużo mniejszym stopniu kapką żywicy agarowej), owiewanymi drobną strużką jakiegoś ciemnego, tłustego kadzidła. Którego jest jednak na tyle mało, że nie jest w stanie zająć jakiegokolwiek wyraźniejszego stanowiska. Trwa sobie po prostu, jako rama, dodatkowo przyprószone szczyptą egzotycznych przypraw (czarnego pieprzu, gałki muszkatołowej, goździków, cynamonu; choć dwa ostatnie składniki występują w ilości dosłownie "na końcu noża" :) ).
Im dłużej omawiana mieszanka przebywa na skórze, tym trudniej chwytać i nazywać poszczególne akordy, ponieważ te dla zachowania ciepła zbijają się w brunatną, woskową kulkę. W bazie wyczuwam już tylko żywice i drzazgi oraz kastoreum, podtrzymywane przy życiu za pomocą miękkiego, ledwie zauważalnie słodkiego czy pudrowego stelażu z jasnego piżma, ambry, odrobiny wanilii. Wszystko to unosi się spokojnie w ciepłej, ciemnej a nieograniczonej przestrzeni wypełnionej pikantnym korzennym powidokiem.

Le Parfum Denis Durand Couture to zapach staranie przemyślany. Mocny ale niezdolny do agresji, jednoznacznie kobiecy choć składają się nań akordy, których większości trudno dziś szukać po damskiej stronie "zwyczajnych" perfumerii [a i po męskiej zdarzają się już coraz rzadziej].
Jak przyjemnie jest zanurzyć się w oparach dzieła, które prowokuje do nieustannego wysiłku umysłowego (i radości zmysłowej)! :) Takie perfumy to prawdziwa gratka dla kogoś, kto kocha złożone, wieloskładnikowe Orientale.
Spróbujcie koniecznie. :)


Rok produkcji i nos: 2013, Jean-Claude Astier

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach lecz, jak pisałam piętro wyżej, duża ilość ciężkich i 'neutralnych dżenderowo' składników umożliwia śmiałe testy także męskiej części populacji. :)
O bajecznej emanacji, aromat zostawia za sobą długi ślad, by dopiero w ostatnich stadiach rozwoju zmienić się w swobodną aurę o intensywnym kolorze. I to nawet w ilości kilku krople wylanych na gołe ciało [aż strach pomyśleć, jaką siłę rażenia zapewnia aplikacja prosto z flakonu! ;) ]. Co jednak daje się znieść nawet podczas cieplejszych dni, gdyż...

Trwałość: LPDDC nie jest dziełem długowiecznym, jak zresztą większość zapachów M. Micallef. Mija pięć lub sześć godzin i po skomplikowanej, wschodniej szacie nie zostaje nawet ślad.

Grupa olfaktoryczna: orientalna

Skład:

Nuta głowy: tangerynka, cynamon
Nuta serca: bułgarska róża, kastoreum, oud i miód ;)
Nuta bazy: paczuli, ambra, białe piżmo, drewno sandałowe
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z podlinkowanej w tekście internetowej strony projektanta.

czwartek, 27 czerwca 2013

Idziemy na skróty

...po raz kolejny. Zamiast pełnych recenzji - luźne impresje.
Miłej lektury! :)

Agonist, Vanilla Marble

W otwarciu ciepła, słodka i aksamitna wanilia, stuprocentowy łakoć; unikający ostentacji a więc przewidywalny - oraz nudy. Szczęśliwie później się zmienia, poprzez pudrowo orientalne kwiaty oraz aromat pewnego syropu na kaszel z mojego dzieciństwa [nie pytajcie, którego; nigdy nie byłam dobra w zapamiętywaniu nazw leków], zmierza w stronę przyprawowych pazurów oraz dławiącego w gardle, żywiczno-drzewnego wiatru, w najgłębszej bazie łagodzonego przez wibrujące roślinno-ambrowe ciepło. A przez cały czas bez trudu daje się wyczuć jasną i gęstą słodycz wanilii, ożywioną i ozielenioną aromatem figi o kokosowym wygłosie.
Cóż za bajeczny kontrast!
Moc przyzwoita, trwałość też niczego sobie, więc amatorzy zapachów waniliowych powinni być w pełni usatysfakcjonowani. :)


Skład:
gardenia tahitańska, wanilia w dwóch różnych postaciach, migdał, ambra, paczuli, orchidea, biała figa, bób tonka, drewno sandałowe, benzoes


Ann Gérard, Cuir de Nacre

Oda do irysa, kwiatu, do którego szczęśliwie zdołałam się przekonać.
Chyba jednak nie do tego, w pierwszych chwilach suchego i dławiącego, niebezpiecznie grożącego mi marchewkową nacią irysowego masła; obrzydliwie czystego i sangwinicznego.
Później kompozycja wygładza się oraz staje delikatnie słodka. Pojawia się piżmo w czystym, mydlanym wcieleniu oraz pojedyncze frakcje skóry, wprowadzające element cienia i dalekie wspomnienie dymu. Aldehydy, jeśli są, to nowoczesne: nieporównywalne z klasykami sprzed lat, mocno okrojone, rozjaśniające mieszankę od środka czy zapewniające jej pełną swobodę ruchów. Jeszcze później daje się zauważyć swobodne nuty zamszowe oraz delikatną, sandałowcową kremistość.
Zapach XXI wieku.
Kompletnie nie w moim stylu.
Kompletnie, kompletnie nie.
I nawet Duchaufour za sterami (czyli nad kolbą) nie zdołał mnie przekonać.

Skład:
arcydzięgiel, nasiona piżmianu, aldehydy, liście czarnej porzeczki, irys, skóra, drewno sandałowe, benzoes, piżmo


Calé Fragranze d'Autore, Allegro con Brio

Piżmo. Piżmo, piżmo, piżmo, piżmo, przyprawy. :) Tak w skrócie przedstawia się ów zapach na mojej skórze.
Ponieważ wspomniany składnik teoretycznie odzwierzęcy pojawia się najpierw w postaci lekkiej i mydlanej, trochę uciążliwej (jak w Clair de Musc Lutensa czy Musc Bleu Il Profumo), by później wyostrzyć się nieco, pokazać starannie spiłowane pazurki, otoczyć świeżo rozgniecionymi w moździerzu przyprawami, zwłaszcza ziarnami kolendry a także czymś o dużej zawartości eugenolu (niekoniecznie goździkami). W tym momencie zauważam tez trochę ziołowej cierpkości, przechylającej szalę w stronę piżmowego chłodu. W tej chwili przyprawy jawią się jako interesując kontrast.
Kwiaty w Allegro con Brio nie lubią pokazywać się w pełnym świetle; najwyżej przyczajone za kotarą z piżma albo przypraw. Jak najważniejszy z nich, róża, spleciona w uścisku z piżmem tak, iż nie sposób ich oddzielić a jednocześnie zerkająca zalotnie w stronę korzennych przypraw, sugerująca, że przecież i ona kryje w sobie sporo gorąca. Lecz na solówkę czy w ogóle którąś z ważniejszych ról jej nie stać. Że o innych kwiatkach nie wspomnę.
Nadmienię za to, że pachnidło otacza ludzką sylwetką przyjemną, dosyć zwartą ale szeroką aurą. Nie męczy choć też i nie zachwyca. Ot, kolejne perfumy o piżmie i przyprawach, tym razem na chłodno. :)

Skład:
liście geranium, bylica, szałwia, konwalia, kolendra, róża, goździki (przyprawa), paczuli, bób tonka, piżmo


Serge Lutens, Vitriol d'Œillet

Tutaj to dopiero się dzieje! :) I goździków trudno nie zauważyć. ;)
Zachwycająca lutensowska kakofonia zapachów: sypkie, pikantne, gorzkie oraz prawdziwie udrażniające górne drogi oddechowe akordy przypraw wirują wokół ludzkiej sylwetki w szalonym, z pozoru chaotycznym tańcu. Prowadzą wspomniane goździki, których charakterystyczną woń przepuszczono przez jakiś tajemniczy syntezator zapachów, który opuściła donośniejsza, zniekształcona aż do metalicznego pogłosu oraz zdecydowanie bardziej niska. Towarzyszy jej gorycz gałki muszkatołowej oraz świeża, tryskająca sokiem pikanteria chilli.
Żeby jednak nie było zbyt monotonnie [bo przecież nieustająca impreza także potrafi znużyć], całą tę korzenną mieszankę udanie tonuje jasny, roślinno-słodki acz delikatny, ciepły aromat kwiatów.Nie są one dosłowne; gdyby nie spis nut w internecie równie dobrze stawiałabym na jakieś fantazyjne drewno albo mleczko kokosowe. Ponieważ kwiaty owe, miękkie choć kryjące w sobie nielichą moc, okazują się akordem jednolitym i zaskakująco skromnym. Nawet w bazie, kiedy stają się najwyraźniejsze (ujawniając przy okazji jasno sandałowcowe ambicje) dzieje się tak głównie z powodu znudzenia akcentów korzennych, zbicia ich w jednolitą, lekko zbutwiałą grudę. Wracają jednak, kiedy tylko kwiaty stwierdzą, że nic tu po nich;a i to tylko na chwilkę, by niemal od razu zacząć oddalać się gdzieś daleko.
A to wszystko ze starą, dobrze znaną lutensowską mocą, przez co najmniej dziewięć godzin.
I jak tu nie lubić Witriolu? ;)

Skład:
goździki (przyprawa oraz kwiat), pieprz różowy i czarny, gałka muszkatołowa, papryka, pszonak, ylang-ylang, lilia


Trish McEvoy, Black Rose Oud

Tym razem niestety nie mam do napisania zbyt wiele dobrego.
Znacie mnie: lubię róże oraz oud, wielokrotnie stawałam w obronie każdego składnika z osobna, jak i ich kombinacji (już klasycznej). Możecie więc być pewni, że poniższa opinia nie jest efektem lekkomyślnego, hipsterskiego znudzenia [znoudzenia właściwie ;) ].
Prawda jest bowiem taka, że pojęcia nie mam, dlaczego ów zapach ujrzał w ogóle światło dzienne. To znaczy wiem, dlaczego. ;) I mimo to uważam, że lepiej jest zarabiać na czymś ciekawym, niż sklejanym z banałów i po łepkach. Niż na takim, który sztukę tworzenia perfum sprowadza do ciągnięcia forsy z łatwowiernych klientów.
Bo cóż my tu mamy? Różę jako główny składnik wielokwiatowego bukietu, co to od przeszło tygodnia stoi w wazonie (w tej samej wodzie), połączoną z odrobinę gorzkim, lizolowym oudem. Gdzieś w tle pałętają się bliżej nieokreślone przyprawy. A całość przypomina setki innych perfum opartych o ów znakomity duet. Lepszych, bardziej starannych, tworzonych jeśli nie z miłością, to ze szczerą pasją; od pierwszego Aoudu M. Micallef począwszy na Rose d'Arabie Armaniego oraz Oud Ispahan Diora skończywszy. Black Rose Oud nie przystaje do nich nawet jednym kątem.
"Ciemny lud to kupi?" Zapewniam, że nie.
Nie tym razem.

Skład:
liście malin, geranium, osmantus, liczi, czarny pieprz, szafran, papirus, orchidea, róża, kadzidło, drewno sandałowe, piżmo, oud, paczuli, kmin rzymski, cypriol, drewno cedrowe, benzoes
[jakieś 90% z tych nut to pic na wodę]


To by było na tyle, jeśli chodzi o rozliczanie się z zaległymi próbkami. Od jutra postaram się wrócić do pełnych recenzji.
Choćby dlatego, że stosowny dział na moim blogu aż prosi, bym zaczęła wykreślać kolejne pozycje. ;)
___
Dziś był Fullah od Maison Dorin.

wtorek, 25 czerwca 2013

Nisza zmierza do Indii

...a właściwie nie tyle "do", co "w stronę" i nie "Indii" a "indie". ;D Czyli dziś będzie wpis z kategorii wałkowania rzeczy oczywistych.
Do tego bardzo ale to bardzo subiektywny.


Pamiętacie, jak niedawno pisałam o tym, że w kwestii perfum niszowych ostatnimi laty dzieje się w Polsce coraz lepiej? Nie da się ukryć, że jest dobrze a mam sporo nadziei na coraz lepszy obrót sytuacji. Fakt jest faktem; w naszym pięknym kraju pojawia się coraz więcej głośnych marek niszowych.

Właśnie... jakie są Wasze pierwsze skojarzenia na hasło: "głośne marki niszowe"? Bo moje to: Comme des Garçons, Amouage, Nasomatto, Durbano, Tauer, Lutens, Frédéric Malle, Bond No.9, L'Artisan Parfumeur, Montale, Diptyque, Etro, The Different Company, Histoires de Parfums, Parfumerie Générale, Robert Piguet, M. Micallef, Kilian.. Ostatnimi czasy jeszcze np. Blood Concept, Jul et Mad, Nu_be, Viktoria Minya, Neela Vermeire Créations albo Perris Monte Carlo.
Ech! Długo by wymieniać.

Wszyscy ci producenci mają w swojej ofercie zapach lepsze i gorsze; często porządne, czasami fascynujące, niekiedy zachwycające ale zawsze - warte uwagi. Tak jest i kropka. :] Jestem maniaczką i ciekawi mnie wszystko... zazwyczaj.  :>
Zauważam jednak pewien problem: o ile większość wymienionych marek startowała z pozycji upartych, niezależnych wytwórców, którzy - nieraz przez długie lata - siedzieli cicho w dosłownie rozumianej "niszy" i bez pośpiechu uprawiali swoje ogródki, od kilku lat stopniowo się to zmienia. Wraz z rozszerzaniem się zasięgu sieci internetowej, wraz z plotkami oraz recenzjami pasjonatów, od około dekady systematycznie rośnie rozpoznawalność marek niszowych. Za nią oczywiście zmierza zainteresowanie coraz szerszej klienteli, coraz rozleglejsza dystrybucja, coraz większe zyski - ale także cięcie kosztów produkcji samych pachnideł (lub przesunięcie środków w stronę coraz wymyślniejszych opakowań zewnętrznych albo reklamy) czy dostosowywanie produktów do wymagań rynku.


Właśnie z tego powodu przestałam etykietować kolejne recenzje hasłami "nisza" lub "mainstream"; bo od dawna coraz trudniej jednoznacznie ocenić, co jest co.

Czy niszowymi są kompozycje od Lutensa, TDC albo Etro, dostępne w przynajmniej części Daglasów? Czy w ogóle jakikolwiek sens ma "nagradzanie" etykietką niszowości [a więc wysokiej jakości, indywidualizmu, swobody twórczej prowadzącej do artyzmu] najnowszych produkcji L'Artisana, CdG, Malle'a tudzież Diptyque? [Tanie owocki czy ozonowe świeżaczki, tak popularne wśród stałych klientów Sefor i Daglasów, w dalszym ciągu miałyby świadczyć o Waszej niezależności oraz odwadze twórczej?? Srsly? ;> A jedzie mi czołg po dolnej powiece? ;P ] Czy można "niszowymi" określić decyzje marki Montale, wyznającej chyba zasadę: 'wszystko jedno, czym toto naćkamy, byle tylko dodać oud - zwłaszcza w nazwie - i wtedy soczek na pewno się sprzeda'? [Przy czym kompletnie nie ma znaczenia, co o owym modnym  składniku myślę ja].
No nie wiem...

W każdym razie Sztuki, tej prawdziwej i przez duże S, jest w tym coraz mniej.

Takie są prawa rynku; tej zachłannej i zawziętej, wiecznie głodnej bestii.
Z im większą popularnością spotykają się Twoje dzieła, tym więcej kasy i energii wkładasz w działania okołotwórcze i tym mocniej liczysz się ze zdaniem swoich klientów; których jest coraz więcej, zatem ich gust podlega unifikacji, stając się coraz bliższym upodobaniom statystycznych pochłaniaczy Escady, Lacoste oraz perfum celebryckich.
Tego typu działania patronom marek wydają się tym bardziej nieodzowne, w im większej ilości miejsc sprzedają swoje produkty. Zatem: tak, wciąż cieszę się, że możemy coraz swobodniej testować wszystkie niegdyś egzotyczne oraz trudno dostępne marki, obecnie mniejszy albo większy "niszowy banał". Jednak warto zdawać sobie sprawę, że im większa liczba znanych i cenionych producentów zapuka do polskich drzwi, tym gorszymi będą stawać się ich produkty. [Całe ostatnie zdanie to oczywiście rozbudowana przenośnia].


Chyba już nie do odtworzenia jest sytuacja sprzed kilku lat, kiedy zawzięci miłośnicy perfumowej niszy albo zżymali się na schlebiające bardziej popularnym gustom marki w rodzaju Parfums de Rosine lub Rancé, albo łaskawwie godzili na ich istnienie, w ramach prawa niszy do zachowania różnorodności. Współcześnie coraz częściej spotykamy się ze zmianą ogółu polityki niegdysiejszych guru perfumomaniackiej wyobraźni [Lutens i Sheldrake rezygnują nie tylko ze słynnej ta-bazy ale w ogóle z gęstości oraz mocy, tak charakterystycznej dla ich produktów; L'Artisan bawi się w produkcję soczków ananasowych czy innych niezapadających w pamięć dżemików] lub z polityką "Panu Bogu świeczkę a diabłu ogarek", gdzie obok kompozycji trudnych oraz dziwacznych znajdujemy wody, które śmiało mogłyby stanąć na półce z nowościami perfumerii selektywnej [Przykłady: Diptyque, Kilian, Grossmith...] - co z mojej strony raczej nie jest komplementem. ;]
Cóż, miał rację pewien stary, dawno nieżyjący Grek: panta rei. ;) Wszystko się zmienia.

Dlatego też na miejsce dawnych wieloletnich tuzów niszy, pewnych punktów kategorii, wpływa powoli nowy nurt perfumeryjny.
Zapachy indie, niezależne.


Tworzone w domowych laboratoriach [np. we własnej kuchni, jak podobno zaczynał Andy Tauer :) ], przez lata wyłącznie do użytku prywatnego albo w wąskim kręgu rodzinno-przyjacielskim twórcy lub twórczyni.
Dziś kryzys ekonomiczny wygania podobne marki coraz dalej ze strefy bezpieczeństwa ich kreatorów, zachęcając do sprzedaży dzieł przez internet. I chyba mogą liczyć na sukces przynajmniej umiarkowany, skoro liczba podobnych producentów stale rośnie, wspierana marketingiem szeptanym, uprawianym bezinteresownie przez blogerów takich, jak ja.
Ostatecznie do dziś pamiętam, jaką radość wywołało we mnie pojawienie się w Sieci Indiescents (sklepu-córki Luckyscent), nieporównywalną jednak z oszołomieniem, jakie stało się moim udziałem, kiedy tylko odkryłam TO. Pomyślcie tylko!
Ile nowych światów, ile dróg do przejścia, krajobrazów do zobaczenia, ludzi do poznania! :)

Czy w którejkolwiek z coraz większych niszowych perfumerii miałabym szansę powąchać, jak mogliby pachnieć bohaterowie Nędzników lub najsłynniejszy z detektywów zachodniej kultury? Czym czuć Woodstock a czym Śródziemie? Czym otaczał się Cygański Aptekarz oraz jak najprościej wniknąć w świat Dekadencji i Rozwiązłości?
Tysiące bajecznych, fascynujących możliwości, z których pewnie nie zdołam poznać nawet jednej trzeciej ale to nic! Grunt, że istnieją.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że i ten kierunek z czasem skomercjalizuje się ponad miarę. Wierzę jednak, że zanim to nastąpi, czeka nas jeszcze trochę czasu.
A nawet jeśli, to przecież nie musi oznaczać całkowitego zejścia na drogę oddawania czci mamonie lub rezygnacji z własnego stylu. Ostatecznie z tego właśnie nurtu wywodzą się Andy Tauer [który mimo upływu lat nie rezygnuje z wibrującej ciężkości kolejnych dzieł; wiem, bo planuję recenzję Noontide Petals, cudeńka z kwietnia tego roku ;) ] oraz Laurie Erickson, patronka i nos Sonoma Scent Studio. Ava Luxe, Smell Bent, Olympic Orchids, Slumberhouse, Dawn Spencer Hurwitz oraz wiele innych projektów również zarabia pieniądze w skali międzynarodowej, nie tracąc przy tym własnej, niepowtarzalnej tożsamości.
Czyli da się. :) Trzeba tylko chcieć.

W czym pewnie tkwi największy problem. :]


Wpis dedykuję Akiyo, ponieważ wpadł mi do głowy krótko po wczorajszej wymianie myśli. :*
___
Dziś Vitriol d'Œillet Lutensa, jedna z ostatnich propozycji w starym stylu marki.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.etsy.com/listing/64377390/deluxe-perfume-oil-sampler-for-strange?ref=sr_gallery_20&ga_search_query=perfume&ga_view_type=gallery&ga_ship_to=ZZ&ga_search_type=handmade
2. http://thdpplgngr.blogspot.com/2012/09/haus-of-gloi-autumn-2012.html
3. http://www.xojane.com/beauty/sweet-anthem-custom-perfume-etsy
4. http://www.etsy.com/listing/115821314/les-miserables-perfume-oil-collection-by?ref=sr_gallery_24&ga_search_query=perfume&ga_view_type=gallery&ga_ship_to=ZZ&ga_search_type=handmade

niedziela, 23 czerwca 2013

Lato wszędzie

Lato 2013 oficjalnie się rozpoczęło.


I choć nie jestem przesadną fanką tej pory roku [to właściwie mało powiedziane... ;> ], postanowiłam przejrzeć swoją kolekcję w poszukiwaniu zapachów, które ze słoneczną aurą konweniują.

Pewnie dlatego już od kilku dni przynajmniej przez chwilę pachnę Ninfeo Mio od Anick Goutal, tymi cudnymi południowymi suszkami i plątaniną zielska, pięknie ułożoną wokół galbanum. Które zresztą wydaje się idealnie letnim składnikiem perfum: na tyle żywiczne, bym nie dostawała torsji od nadmiaru świeżynek, ale jednocześnie przyjemnie zielone oraz orzeźwiające, doskonale roślinne. Dlatego Wild Tobacco od Illuminum, Alliage od Estée Lauder oraz Vent Vert od Balmain także wracają do łask.
Wraz z nimi klasyczne White Linen, ulubiony zapach czystości oraz świeżego prania, chłodno-cedrowa Kashmina Touch i jej przeciwieństwo: miękkie, ciepłe oraz delikatne czyste iso e super. Ciekawe, nieco przekorne orzeźwienie zapewniają Cuir de Russie od L.T. Piver oraz Victrix Pro Fumum Roma; obie kompozycje chłód czerpią z akordów drzewnych, opatrzonych prostolinijnymi dodatkami, jak skóra albo wawrzyn i inne przyprawy.

Przy upale pomagają również i kwiaty, np. uroczy, niezwykle kobiecy ale charakterny irys z Le Parfum No. 1 edp Johna Galliano albo zachwycająca dzika różyczka z międzynarodowego klasyka oraz hitu cenowego w jednym, Tea Rose marki Perfumer's Workshop. W zwalczeniu dojmującego wrażenia gorąca pomóc może również zielony, soczysty jaśmin z Jasmin Noir od Bulgari, w wydaniu wody perfumowanej. No i mój ideał, Anaïs Anaïs od Cacharel, perfumy dobre na wszystko. :D

Cytrusy... prawda jest taka, że znam tylko jedne, które przy co najmniej trzydziestu stopniach Celsjusza nie przypierałyby mnie do muru, żądając natychmiastowej kapitulacji na wszystkich możliwych frontach - Cologne du Maghreb Tauera. Które i tak kojarzę z pewnym przesympatycznym kadzidlakiem, więc właściwie nie wiem, czy powinnam o nich w ogóle wspominać. ;)


No właśnie, kadzidła...
Zauważyliście, że w naszym klimacie i uwarunkowaniach kulturowych zazwyczaj staramy się pacyfikować gorąco za pomocą jego naturalnego przeciwieństwa, czyli chłodu? Czego skutek oczywiście jest taki, że po chwilowej uldze znów zaczynamy się nagrzewać, jest nam coraz mniej przyjemnie, wypitą wodę z lodem czym prędzej wypacamy a cytruskowo-wodne perfumy już wkrótce w ogóle nie są nam w stanie pomóc w koegzystencji ze spoconymi bliźnimi oraz nami samymi, kiedy ubranie zaczyna irytująco kleić się do skóry [co szczególnie krępuje w miejscach publicznych; bo w domu szybko możemy się umyć i przebrać :) ].
Dlatego sama zazwyczaj preferuję metody społeczeństw mieszkających na południe od nas. Zamiast stosować doraźne środki, które na dłuższą metę raczej szkodzą niż pomagają, wolę zapobiegać przegrzaniu. :) Jak tego dokonuję w sytuacji, kiedy temperatura a zewnątrz przekracza 35 stopni a jednak trzeba poprzebywać trochę poza domem?
A słyszeliście kiedyś o zasadzie zachowania energii? ;]

Wystarczy część gorąca przekierować z otoczenia do wnętrza własnego organizmu, by zmniejszyć różnicę temperatur i - o paradoksie, jakiś ty piękny! - poczuć się trochę lepiej, czyli chłodniej. :) Mieszkańcom Bliskiego Wschodu pomaga miętowa herbata. Rzeczywiście, znakomity patent.
Z tego samego powodu będąc narażonym na upały lepiej nie wlewać w siebie nieprawdopodobnych ilości wody mineralnej. Może jej butelka ładnie wygląda, jest modna i w ogóle fit, a przecież i tak za chwilę wszystko wypocimy, zmuszając nasze (i tak już zmęczone upałem) serca do jeszcze większego wysiłku. Mówiąc dosadnie: to przykład skrajnej głupoty! Zamiast wody warto wlewać w siebie soki oraz napoje kolorowe; nasz organizm potraktuje je jak posiłek i zacznie trawić, dzięki czemu nie tylko zatrzymamy płyn w organizmie na dłużej, zapobiegając odwodnieniu, ale również podniesiemy troszkę temperaturę w jego wnętrzu.
Dlaczego w takim razie na podobnej zasadzie nie pomóc sobie również perfumami, choćby tylko psychicznie?

Wychodząc z takiego założenia, podczas gorącego lata skłaniam się ku Kyoto oraz Jaisalmerowi z Kadzidlanej serii Comme des Garçons lub Sequoi z tej samej marki serii Czerwonej. Dlatego jestem zdania, że warto na powrót przyjrzeć się Cristal de Roche czy Black Tourmaline od Oliviera Durbano czy Messe de Minuit od Etro. Dlatego co roku planuję zlewać się l'artisanowską Piment Brûlant, Baume de Doge od Eau d'Italie albo klasycznym Słoniem od Kenzo. Dlatego wiem, że pomogą mi mocne, dosadne Lutensylia w rodzaju kamforowo-przyprawowej doskonałości Serge Noire, drzewnego stoicyzmu z Chêne, paradoksalnie gorącej lawendy Gris Clair albo gęstej, korzennej ambry z flakonu Ambre Sultan.
Już niedługo w walce z gorącem wspomoże mnie inny olfaktoryczny Ideał [przez duuuże I], Ambre Noir marki Sonoma Scent Studio. Od niedawna pomocy udziela Rasha od Rasasi,* której w taki upał wystarczą dwie krople, by pachniał cały świat.
I by było pięknie.


W każdym razie wiedzcie, że znienawidzonemu upałowi nie zamierzam poddawać się bez walki. ;)
[A i tak pewnie skończy się na tym, co zazwyczaj: ciągłym testowaniu :> ].
___
Dziś... tam-da-dam! Ninfeo Mio. :D

P.S. 
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://pinterest.com/pin/10836855326117213/
2. http://weheartit.com/entry/65435049


* Wczorajszego wieczora, w ramach cieszenia się suchą żywicznością Ninfeo Mio, potraktowałam swoje ciało ok. dziesięcioma psikami tej cudownej cieczy [hehehe... ;> ] a po chwili na nadgarstki nałożyłam kolejną warstwę zapachu, czyli Rashę. I wiecie co?
Wydawałoby się, że trudno o dwa bardziej odmienne pachnidła, tymczasem wyszło na jaw, że mają jakiś punkt wspólny. Dosyć nieuchwytny; ot, pewną żywiczną ostrość, oczywistą dla przypadku pierwszego ale w drugim zazwyczaj skrywaną przez wszystko co ciepłe, miękkie i orientalne. Nadzwyczaj korzystne odkrycie. :)

czwartek, 20 czerwca 2013

Axis mundi

"Axis mundi (z łac., 'oś kosmiczna', 'oś świata') – idea środka świata, uważanego za stabilny element Wszechświata.
Według wierzeń na osi następuje zatrzymanie czasu, przez co możliwy jest pełny kontakt zarówno z przeszłością, jak i przyszłością. Stanowić miało miejsce najświętsze z najświętszych. W wielu kulturach stanowiło podstawową koncepcję kosmogonii, kreacji Kosmosu, biogenezy a nawet antropogenezy – zazwyczaj wierzono, że od Axis mundi rozpoczęło się stwarzanie świata.
Jego wyobrażeniem (w różnych kulturach) były: góra kosmiczna, drzewo kosmiczne, filar, kolumna lub słup (te ostatnie mają wtedy dodatkowy sens – są wspornikami niebios)".
Cytat za Wikipedią

Centrum istnienia; miejsce, z którego wszystko bierze początek i gdzie się zakończy.
Od tysiącleci najróżniejsze jego wyobrażenia zasiedlają ludzką wyobraźnię, wżynając się w psychikę oraz tożsamość, skutecznie wymykając się racjonalnemu rozumowaniu.
Wszyscyśmy z niego.

A jeżeli uważacie, że (jak zwykle) przesadzam, opowiadając bajkę o żelaznym wilku, nie do przyjęcia w epoce społeczeństwa internetowego, podboju kosmosu, nanotechnologii czy ujarzmionej energii nuklearnej, to czeka Was niespodzianka. :]
Bo oto wariacja na temat jednego z najlepiej przyswajalnych dla polskiego umysłu wyobrażeń axis mundi:


Tak, tak; te łowickie kogutki ustawione po obu stronach kwiatka symbolizują strażników dwóch przeciwległych sfer życia [wiecie: dnia i nocy, jasnego i ciemnego, prawego i lewego, żywego i martwego... Standardowe opozycje binarne ;) ], strzegących harmonii wokół osi świata. Swoją drogą, warto zainteresować się tym, dlaczego owego porządku strzegą właśnie koguty - oraz, co mają wspólnego z nadchodzącymi obchodami przesilenia letniego. Naprawdę warto.
Co więcej: odwzorowania kosmicznego centrum wszechświata kryją się nie tylko w barwnej, upopokulturalnionej już cepeliadzie ale też w symbolach, których nigdy byśmy o podobne pokrewieństwo nie podejrzewali. Nie tylko w świętych górach (jak Łysa Góra albo Ślęża) czy świętych drzewach (szczególnie dębach), ale również w: wolnostojących kolumnach, piramidach, kaduceuszu, kurhanach oraz megalitycznych konstrukcjach, judaistycznej menorze oraz Gwieździe Dawida, chrześcijańskim krzyżu, kwiecie lotosu, wszelkich rozetkach i mandalach, swastyce, graficznych odzwierciedleniach labiryntu a nawet w irlandzkiej czterolistnej koniczynce! Choć już dawno w nią nie wierzymy, w dalszym ciągu podskórnie czujemy Moc zamkniętą w wyobrażeniach axis mundi.

Niewiele pradawnych symboli sięga tak głęboko wewnątrz naszych dusz, jak właśnie mityczne, pulsujące (w dalszym ciągu, jak się okazuje) serce Wszechświata.
Dlatego napisałam, że wszyscy zeń pochodzimy; bo wszyscy mamy go w głowie, w każdym jakieś jego wyobrażenie budzi głębsze emocje. W ludowym - czyli takim, które jest możliwe do objęcia rozumem przez każdego - pojmowaniu świata axis mundi jest jednym z najgłębszych, najbardziej uwewnętrznionych symboli [podobnie jak ogień, słońce oraz kogut - bo wszystkie trzy są połączone].

Podobnie można interpretować powiązanie rodzimej perfumoholicznej społeczności oraz zapachów kadzidlanych. Jakby nie patrzeć, w chwilach kształtowania się pierwszych internetowych miejsc dla miłośników perfum (Wizaż, forum Gazety, blogi pasjonatów) to właśnie kadzidła, drewna, paczuli i inne niszowe składniki stanowiły trzon zainteresowań forumowiczów czy blogerów. Można zatem przyjąć, że to od nich wszystko się zaczęło. :)
Pewnie niemałą przesadą z mojej strony będzie założenie, iż wonie kadzidlane to axis mundi świata perfum [bo tu chodzi raczej o sprzężenie czasu pierwszych prób polskiego pisania o zapachach z globalną modą na kadzidła w niszy], niemniej chciałabym tak myśleć. ;) Więc dlaczego nie?

I chcąc uczcić nadchodzące wielkimi krokami Noc Kupały (to już jutro!) oraz Noc Świętojańską, postanowiłam opisać trzy zapachy kadzidlane. Jednak nie wzniosłe, świątynne i chłodne ale te najbardziej "przyziemne", ziołowe. Gryzące w nozdrza ostrym, roślinnie "brudnym" dymem jak również tak głęboko swojskie, dla mnie wręcz intymne, że bardziej już się nie da. Nie z tym akordem.
A że pieśń w kulturze ludowej miała znaczenie niebagatelna, dziś zamiast (lub oprócz) ilustracji graficznych, pojawią się także dźwiękowe. Słowiańsko-poetyckie albo szczere aż do bólu. Zawsze piękne.
Całkiem, jak omawiane aromaty.


Cóż, nie udało się odnaleźć innego wykonania tradycyjnej wschodniosłowiańskiej pieśni bez infantylnych grafik oraz gołych pań [co pewnie dla niektórych z Was będzie raczej zachętą, by film odtworzyć ;) ]...
Pierwsze, co czuję słuchając, to spokój oraz pewien łagodny smutek; fatalistyczne pogodzenie się z losem; z tym, że czasami ktoś, kto wyszedł z domu już nigdy do niego nie wraca (przynajmniej nie jako śmiertelnik ;) ). Słowianie przecież od zawsze wierzyli w fatum, w konsekwentną moc przeznaczenia.
Podobnie odbieram Bois d'Encens z serii Armani Privé, zapach suchy, spokojny ale wyrazisty.

Najsilniejszy tuż po aplikacji pa skórę, kiedy świdruje powietrze suchym ale czystym akordem drzewnym, podkreślonym przez ziołową gorycz (trochę szałwii, więcej ruty oraz bylicy); po dosłownie kilkunastu sekundach wirujące zioła schną, schodząc z pierwszego plany, na którym zastępuje je drapiący w gardło dwugłos postarzanego cedru oraz czarnego pieprzu. Oba składniki łączą się z ziołami w całość harmonijną, spokojną oraz ciepłą. Rozgrzaną jak ludzkie ciało, zaznające orzeźwienia w drewniano-kamiennej budowli (nie będzie, że w romańskim kościele ;) ). Dosyć delikatna ale plastyczna, miękko ścieląca się na skórze choć nigdy nie wtapiająca w naturalny aromat człowieka.
A to dobrze, ponieważ baza Bois d'Encens przynosi nam wreszcie drugi składnik tytułowy. :) Czyli kadzidło - piękne, czyste oraz ciche; umiejętnie czerpiące z cedrowej jasności oraz pieprzowego ciepła ale nie stapiające się z nimi. Pojawia się jako kamienno-drzewny łagodny podmuch; coś doskonale ciepło-zimnego, ludzko-zaświatowego (albo nawet futurystycznego), dymiącego się spokojnym, smukłym, grafitowym dymem. Sunie spokojnie ku górze, niczym nie zakłócane, łagodnie wznosząc ponad drewno, pieprz, pergaminowe foliały oraz ledwie zasugerowaną złocistą słodycz ludzkiego ciepła. I w końcu rozpływające się gdzieś hen, pod niebem albo rozwiane przez masywną ścianę nizinnego wiatru.

Przy czym nie chciałabym zostać źle zrozumiana: Lasy Kadzidlane to wysoce artystyczna, wysmakowana kompozycja, której każdy element był dokładnie ważony w dłoni, nim przybrał ostateczną formę i trafił dokładnie tam, gdzie zażyczył sobie twórca. Co charakterystyczne, pachnidło trzyma się blisko ciała i dopiero w tej stabilnej, pewnej strefie ciepła śmiało rozpoczyna swoja magię. To nie jest agresywny mocarz, tylko stara, nostalgiczna pieśń.


Inaczej wygląda rzecz z Encens marki Mad et Len, które swego czasu skojarzyłam ze Świdrygą i Midrygą w wykonaniu Żywiołaka a do słów Bolesława Leśmiana [bo kogóż by innego? ;) ]. Głównie dlatego, że tym razem kadzidło ziołowe i gorzkie już od samego początku okazuje się głośne: krzyczy, skacze i pulsuje do jakiegoś nietypowego taktu.

Uwertura tej kompozycji boli. Pachnidło rozlewa się po skórze, zadziwia zdawałoby się chaotyczną mieszaniną gorzkich ziół z tłustym i taninowym kadzidłem oraz jakąś niepokojącą roślinną słodyczą. Wije się po ciele w żywiczno-świeżych splotach, bez skrępowania rozciągając na całą dostępną przestrzeń.
Trzeba kilku chwil aby kompozycja uspokoiła się, podeschła. Dopiero wtedy staje się bardziej ludzka czy łatwiejsza w obejściu. Wówczas okazuje się, że owa niepokojąca roślinna słodycz, którą dostrzegłam w bazie Bois d'Encens jest najbardziej istotnym składnikiem Kadzidła od Mad et Len. Wyobraźcie sobie elemi o właściwościach [właściwościach, nie zapachu!!] budyniu waniliowego a zrozumiecie, w czym rzecz. :)
Szczególnie, że przy całej tej tłustej goryczy, klejącej, miękkiej słodkości oraz ziołowej suchości mieszanka cały czas konsekwentnie produkuje srebrzyste smużki kadzidlanego dymu; drobne, jednak w większej ilości. Oczywiście z czasem bliżej nieokreślone żywice topią się, wypalają i znikają niemal całkowicie, pozostawiając po sobie wrażenie suchego ciepła oraz ducha olibanum pachnącego tak, jak ostygły już kamienny trybularz. I dopiero w najgłębszej bazie [o ile można użyć tego wyrażenia w stosunku do pachnidła, które zbudowane jest nie na kształt klasycznej piramidy, tylko kilku umownych, przenikających się sfer] orientujemy się, iż Encens stało się bardziej łagodne, jakby zamyślone, konwencjonalnie kadzidlane. Że nie ma już śladu po tej wile czy południcy, która tak nas zaskoczyła, wystraszyła i zafascynowała chwilę po uwolnieniu zapachu z atomizera.
Oraz że znika równie niezauważenie, że nie sposób ocenić, czy działo się to powoli, czy może szybko.

Jedyne, co nam pozostaje, to kilka odczuć; wspomnienie, ze czegoś doświadczyliśmy. Szast-prast!, coś na nas wpadło, pokotłowało się trochę i uciekło w nieznanym kierunku. Nie wiadomo jak, gdzie ani kiedy. Zapach-efemeryda. :)

Najsilniejsze wrażenie wywarł na mnie jednak dopiero trzeci z omawianych dziś zapachów. Najbardziej gwałtowny ale i monochromatyczny, narysowany grubymi, miękkimi pociągnięciami ołówka. Trochę dziwny i niezrozumiały tak, jak nie zawsze pojmujemy zasady rządzące światem sprzed kilku stuleci. Jak tenże świat agresywny a jednak wciągający. Kompletnie obcy ale przecież doskonale znany w tych samych momentach.
Niezrozumiały ponieważ dziwny czy dziwny dlatego, że już niemożliwy do ogarnięcia rozumem? Nie wiem.
Gorzki jak życie na Słowiańszczyźnie kilkaset lat temu.
Przed Wami kolektyw R.U.T.A. w białorusko-polskim utworze o nadużyciach seksualnych [i nie tylko takich, co widać z magnetycznie pięknej animacji autorstwa Łukasza Rusinka]. A towarzyszyć jej będzie Incense marki Ava Luxe.



Piosenka oraz film są prawdziwie wstrząsające, prowokujące do trudnej, niekończącej się dyskusji, o wielu wątkach pobocznych. Podobnym wstrząsem [choć na zupełnie różnych podstawach, rzecz jasna] był dla mnie pierwszy kontakt z Incense. Przyzwyczaiłam się bowiem do perfum gęstych i trudnych, lubię zapachy drzewno-kadzidlane, znam rożne odmiany olfaktorycznej słodyczy, lekkości, duszności, słoności, świeżości a nawet kwasoty, jednak nigdy dotąd nie testowałam takich, które byłyby dogłębnie, całkowicie gorzkie. Nie raz i nie dwa badałam różnice między ascetycznością, niemal barokowym bogactwem oraz tym wszystkim, co pomiędzy nimi; ale jeszcze nie udało się spotkać na swojej drodze takich, które wytrzymałyby z daleka od wszelkich prób umiejscowienia na wspomnianej osi; które wisiałyby trzy metry ponad nią, obojętne na niemoc poznawczą człowieka. Bo takie właśnie jest klasyczne Kadzidło od Avy Luxe.

Z jednej strony wysoko skoncentrowane, głośne i agresywne, ostrymi pazurami gorzkich ziół bez pardonu wyszarpujące całe płaty rozgrzanego i oddychającego żywicznego ciała, z drugiej jednak głębokie niczym studnia i tak, jak one spokojne o swój dalszy los. Agresywne ale przecież stoickie. zawierające w sobie tak wiele sprzeczności, że pierwsze zachłyśnięcie się omawianym własnie zapachem może zrodzić silny opór. Nie jest nawet w połowie tak mocne, jak Incense Normy Kamali, choć poraża mocą od razu, bez bawienia się w półśrodki. Wbija się w nozdrza oraz usta, powodując bezdech i zamilknięcie, w obawie przed intensywną, balsamiczną goryczą, która potem sączyć się będzie przez wszystkie fazy rozwoju wody.
Potrzeba czasu, by spod dojmującego otwarcia wyjrzały nieśmiało pierwsze promyki suchego spokoju: silny w ogóle acz w gorzko-kadzidlanym towarzystwie pokorniejący antyseptyczny rumianek, delikatność drewna (cedr albo sandałowiec, nie umiem dociec), zabawna wirująca ostra słodycz mirry oraz pojedynczy promień skórzanej bergamotki. Ten ostatni zresztą ucieka po krótkiej chwili, wystraszony pewno ciemnością i przygnębieniem reszty nut. Wszystko to stopniowo zlewa się z mieszanką palonych żywic, wpływając na jej znaczne.. może nie uspokojenie czy złagodzenie ale na pewno osuszenie, bez pośpiechu ewoluujące w rodzaj zmęczenia tudzież ociężałości, spowodowanej pełną brutalności walką. Także gorycz zestala się i ugruntowuje do tego stopnia, że to po niej zstępujemy w najgłębsze otchłanie Kadzidła, gdzie czeka na nas dosyć pokraczne, zwierzęce ciepło; Minotaur to czy Bazyliszek - nie mnie sądzić. ;) Wiem, że podobne akordy daje się wyłapać z piżm ciemnych i zwierzęcych, ostro-sierściowych [wyobrażam sobie, iż niektórym z nas tak właśnie pachnie lutensowskie Musc Koublaï Khan]. Po spotkaniu z potworem, wciąż owiewani gęstym tumanem kadzidlanego dymu, powoli wracamy ku górze, ku światłu i łagodniejszym klimatom.
Doświadczamy ich w ostatnim stadium rozwoju Incense, gdzie prym wiodą tłuste elemi, szlachetne olibanum, przepełnione goryczą balsamy [w tym momencie myślę zazwyczaj o pozbawionym przypraw oraz aldehydów Cinnabarze od Estée Lauder] oraz ciepły, pełen drzazg egzotyczny sandałowiec w ujęciu zbliżonym do najbardziej "przybrudzonego" wcielenia Santalum rodziny Durante. Pachnidło w dalszym ciągu pozostaje wyraźne oraz gorzkie, trudne w odbiorze, choć konieczność nakazuje mu już powolną redukcję mocy.

Gorycz oraz pesymizm przenikają Incense Avy Luxe od pierwszych chwil życia aż po finał, jego moc potrafi odstraszyć ale i zafascynować, czyniąc w mojego doń stosunku prawdziwie patologiczną mieszankę. ;) To trudne dzieło. Lecz nie potrafiłabym zeń zrezygnować, odmówić sobie ubrania co jakiś (raczej rzadki) czas lub chociaż wąchania z korka. Może dlatego, że nie potrafię już cieszyć się wizjami siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Sarmatii, owego szlacheckiego raju bez wspominania tych, których życie z musu przypominało raczej niekończący się czyściec.
To właśnie ich wspominam, kiedy zanurzam się się w opary tego gorzkiego, okrutnego Kadzidła.

Armani, Privé: Bois d'Encens

Rok produkcji i nos: 2004, Michel Almairac

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o uniwersalnych właściwościach [przynajmniej dla miłośników kadzideł ;) ]; jak pisałam w recenzji, dosyć bliski skórze.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: od sześciu do blisko dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

pieprz, labdanum, drewno cedrowe, kadzidło, wetyweria


Mad et Len, N°XLIII Encens

Rok produkcji i nos: 2010, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o mocy początkowo znacznej, z czasem coraz bardziej przyległy aż do całkowitej bliskoskórności.
Na okazje, eee.. nieformalne? ;)

Trwałość: średnia; w granicach pięciu-sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna



Skład:

ponoć tylko i wyłącznie kadzidło [tylko jakie??]


Ava Luxe, Incense

Rok produkcji i nos: ??, Serena Ava Franco

Przeznaczenie: również uniseks, o naprawdę olbrzymiej mocy, lecz śladu dużego nie zostawiający. :)
Okazje do noszenia tego zapachu musie ustalić sobie sami.

Trwałość: około siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, rumianek, kadzidło frankońskie, elemi, kadzidło kopal
Nuta serca: drewno sandałowe, drewno cedrowe, katafray, labdanum, mirra
Nuta bazy: balsam peruwiański, piżmo
___
Dziś Dhanal Oudh Nashwah od Rasasi. Drugi dzień pod rząd, co niemal się nie zdarza. Ech, nie ma to jak piękne perfumy!

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://art-newmedia.com/fototapety_scienne_3d/fototapety_kwadratowe/tapeta_z_motywem_ludowym.html

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Guilty pleasure

Czyli przyjemność, która jest tak wielka, że folgowanie jej ma budzić w nas poczucie winy; oczywiście, czysto teoretycznie - i w języku angielskim, co z pozycji obserwatorki kultury też nie jest bez znaczenia. :)
W poszukiwaniu ilustracji do dzisiejszej notki tradycyjnie już zaczęłam przemierzać serwis Pinterest, gdzie po wpisaniu hasła tytułowego wyskoczyła na mnie taka ilość wampirów, ich ciepłokrwistych ukochanych oraz inszego paranormalnego tałatajstwa, że uciekłam stamtąd czym prędzej, gubiąc po drodze kapcie. ;) Czyniąc przy okazji postanowienie, aby w dzisiejszej notce skupić się na starych, poczciwych guilty pleasures, czyli słodyczach.
Klasyka nie zawodzi nigdy. ;)
Szczególnie, że pisaniu dzisiejszej recenzji sprzyja pewna okoliczność z mojego życia "analogowego"...

Ponieważ przygotowywałam dziś tort - trzy warstwy bezowych krążków, przekładanych kremem serowo-cytrynowym oraz świeżymi truskawkami. Fantastyczna, słodko-kwaśna esencja lata. :)
Która naprowadziła mnie na myśl, by zająć się dziś trzema uroczymi słodziakami; takimi w sam raz na lato.
Więc zawczasu przygotujcie sobie słodkie przekąski, może trochę szlachetnego alkoholu i zapraszam do lektury! :)


Pierwsza propozycja to obecnie rarytas i obiekt (słodkiego, nie mrocznego) pożądania wielu perfumoholiczek na całym świecie - dawno już nieprodukowana Organza Indécence marki Givenchy, zwana pieszczotliwie Nieprzyzwoitką. Wersja oryginalna.

Powszechnie kojarzona z byciem ciepłym, apetycznym jadalniakiem, z ciasteczkami ogólnie a pierniczkami w szczególności. I tak jest w istocie.
Organza Indécence to pachnidło aksamitnie gładkie, przytulne, rozgrzane sypkim cynamonem we wcieleniu, które bardzo mocno przypomina mi Hiroshimę, Mon Amour marki Nez à Nez. Choć tylko od czasu do czasu. Zawsze zaś omawiany zapach ma dla mnie kremowo jasne otwarcie, istną "suchą słodką śmietankę", gdyby zmienić ją w proszek i sprasować tak, jak kompaktowy puder do twarzy. Szybko dołączają akordy trochę drzewne, trochę kakaowe (na sto procent paczuli) układając się wokół ciała jak gładki, szlachetny materiał.
Trochę iskier oraz kolców ujawnia się po kilku chwilach, gdy zaczynam wyczuwać mieszankę cynamonu z anyżem. To właśnie wtedy pojawia się skojarzenie z Hiroszimą. Szybko jednak tonują je powracające akcenty jasno-pudrowe, wzbogacone o interesującą ambrową żywiczność oraz budyniową wanilię. Najgłębsza baza to już dosłowna, waniliowo-ciasteczkowa kulinarność, opleciona korzennymi, lekko pikantnymi sznureczkami.
Pachnidło bardzo kobiece oraz... męczące. Przynajmniej dla mnie; w ilości większej, niż parę kropel tu i kilka tam przyprawia mnie o wrażenie przejedzenia słodyczami.

Taki to, dosyć niespodziewany, killer. Nic dziwnego, że zniknął z perfumeryjnych półek [żebyście nie mieli wątpliwości: z oczywistą dla tychże półek stratą]. A podobno nowa wersja Nieprzyzwoitki, wydana w butikowej serii Perfum Mitycznych, "to nie całkiem to samo". Ech, ciężkie jest życie miłośniczki perfum! ;)


Natomiast jeśli chodzi o kolejne perfumy, wszystkie fanki perfumowych słodyczy mogą odetchnąć z ulgą: to świeżutka, tegoroczna premiera (dostępna już w Polsce :) ). Próbkę Hedonist dostałam od niezrównanej w hojności autorki dzieła, młodej perfumiarki nazwiskiem Viktoria Minya.
I jakże, och jakże zachwycił mnie ten zapach! Co stwierdzam z pewnym żalem.

Jestem niemal pewna, że pomysł na perfumy Viktoria musiała zaczerpnąć z klasycznego deseru kuchni francuskiej, baby rumowej z dodatkiem brzoskwiń [przy  okazji: wiecie, skąd we Francji wzięły się babki? Oczywiście przywędrowały tam z byłym królem Polski a późniejszym księciem lotaryńskim, Stanisławem Leszczyńskim], charakteryzującej się złotym kolorem czy ciepłem upieczonego ciasta i puchatą głębią wanilii ale jednocześnie przepełnione trzcinowo-słodowym zapachem rumu, nasączone nim nieomal do oporu. W tych samych chwilach suche oraz soczyste, miękko słodkie ale kryjące w sobie element żywiczno-tropikalnej wytrawności. Kiedy dodacie do tego woń dojrzałych, podpieczonych we własnym sosie (albo w wersji oszczędnościowej: wymoczonych w cukrowym syropie) brzoskwiń, otrzymacie fantastyczną ucztę dla zmysłów. Prawdziwie, ekhem.. hedonistyczną. :)

W otwarciu Hedonist wyczuwam wibrujące owocowo-kwiatowe nuty, dalekie jednak od jakiejkolwiek banalności. Najprędzej to podwędzona, trochę skórzana śliwka węgierka w otoczeniu słonecznego kwiatu pomarańczy oraz zielonej słodyczy jaśminu i osmantusa. Dopiero po kilku minutach okazuje się, że początkowym owocem była nie śliwka ale brzoskwinia; ciepła, soczysta, o pokrytej przyjemnym w dotyku aksamitnym meszkiem; poza tym bez większych zmian.Przynajmniej przez chwilkę, zanim dołączy rumowa cierpkość o cokolwiek spalonych konotacjach, ułożona na sympatycznej drzewno-waniliowej, gładkiej podstawie. Żeby nie było jednak zbyt mdło, całość ożywiono suchym, wibrującym w nosie tytoniem (i jest to najpiękniejsza wariacja na temat papierochów z Fougère Bengale, jaką znam! :) ). Baza Hedonist jest gładka, ciepła i spokojna, czysta niczym futurystyczna a ekologiczna tafla z dokładnie wypolerowanego, słodko pachnącego drewna.
Doprawdy przeurocze dzieło!

Tylko dlaczego znika z mojej skóry po najdalej czterech godzinach??


Ostatni przystanek w moim dzisiejszych poszukiwaniu perfumowej słodyczy to Ambre Narguilé, część butikowej linii marki Hermès. Pachnidło, które wydaje się pełnymi garściami czerpać z dziś już [gdzie indziej trochę, w krajach postsocjalistycznych - bardzo] przebrzmiałej kultury kawiarnianej; tu aż czuć wielogodzinne nasiadówy przy cukierniczych słodkościach, kawie, szlachetnych alkoholach oraz przede wszystkim - we wszechobecnych oparach tytoniu (raczej fajkowo-cygarowego, niż tandetnych papierochów). Ducha czasów, kiedy spieszyć musieli się inni, nie intelektualiści, artyści, poeci, przedstawiciele wolnych zawodów czy aspirujące do którejś z ww. grup niebieskie ptaki albo studenci. Przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku, kiedy nadrabianie zaległości prasowych oraz towarzyskich odbywało się właśnie w kawiarniach, wśród opisanych wyżej aromatów.
Taka jest Ambre Narguilé.
No, może wyjąwszy kawę. :)

Jej w omawianym pachnidle nie ma. Zamiast niej pojawia się hojnie osłodzona, świeżo upieczona szarlotka, podana w towarzystwie kleksa bitej śmietany, ciemnego rumu (znów rum!) oraz porządnego cygara [z gatunku "poniżej Cohiby nie schodzę" ;] ]. Akordy jabłkowego soku, gorącego cynamonu, alkoholu oraz tytoniu przenikają się z karmelową słodyczą oraz ciepłem ludzkiego ciała w interpretacji labdanowej. Przenika je coś wibrującego czy raczej perlącego się, w miarę upływu czasu zamykającego opisaną wyżej, już jednorodną, mieszankę w złocistej klatce; upodabniając ów utrwalony jak na dagerotypie obraz do owada uwięzionego w bursztynie.
Świat, którego już nie ma - a na pewno nie w formie, która z biegiem lat stała się kultową. O czym zdaje się świadczyć intrygujący akord suchej i ciemnej goryczy, przyczajonej tuż za horyzontem olfaktorycznego krajobrazu.

A wszystko to mocarne i długotrwałe daleko ponad zwyczaj marki. Cóż, Ellena kiedy chce, to potrafi.
Sęk w tym, że chce raczej incydentalnie.


Givenchy, Organza Indécence

Rok produkcji i nos(y): 1999, Norbert Bijaoui oraz Jean-Claude Delville

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć spokojnie mogliby zainteresować się nim odważni i/lub rozmiłowani w perfumowych słodkościach mężczyźni; jestem pewna, że na ich skórze ułożyłby się inaczej.
O całkiem sporej mocy oraz śladzie powiewającym co najmniej równie ochoczo, co szklane odwzorowanie długiej kiecki na flakonie. ;) Z czasem oczywiście przybliża się do skóry, nigdy jednak nie staje się zapachem wątłym,. Co powinno ucieszyć wszystkich miłośników potężnych, wyrazistych perfum. :)

Trwałość: od blisko dziewięciu do przeszło piętnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa (oraz gourmand)

Skład:

Nuta głowy: drewno różane, paczuli
Nuta serca: śliwka, cynamon
Nuta bazy: wanilia, piżmo, ambra


Viktoria Minya, Hedonist

Rok produkcji i nos: 2013, Viktoria Minya

Przeznaczenie: zapach dla kobiet, choć i tu przydałaby się adnotacja identyczna, co w przypadku OI. :)
Projekcja początkowo całkiem przyjemna, podobnie jak kilkucentymetrowy ślad; jednak po kilkudziesięciu minutach kompozycja staje się bardzo bliska skórze. Dla mnie to średnio ciekawe, jednak jeżeli nie lubicie epatować otoczenia swoimi perfumami, powinniście być zadowoleni.

Trwałość: jak napisałam w recenzji, ze mnie pachnidło znika po trzech lub czterech godzinach. W chłodzie oraz w upale takim, jak dzisiejszy. No po prostu klątwa!

Grupa olfaktoryczna: gourmand-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, brzoskwinia, rum
Nuta serca: kwiat pomarańczy, osmantus, jaśmin, tytoń
Nuta bazy: wanilia, drewno cedrowe, wetyweria


Hermès, Hermessence: Ambre Narguilé

Rok produkcji i nos: 2004, Jean-Claude Ellena

Przeznaczenie: zapach dla miłośników radykalnych słodkości, bez różnicy płci. :)
O projekcji i śladzie początkowo fenomenalnych, z czasem słabnących do "tylko" bardzo dobrych, tworzących wokół uperfumowanej osoby gęstą, zamaszystą aurę.

Trwałość: od dziesięciu-dwunastu godzin do blisko doby

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa (oraz gourmand)



Skład:

ambra, tytoń, rum, wanilia, suszone owoce, benzoes, miód, bób tonka, cynamon, labdanum, kumaryna (?)
___
Dziś Oud Ispahan z Prywatnej Kolekcji marki Dior.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://berriescitrusavocado.tumblr.com/post/46129533801
2. http://www.locandaalagranda.com/2011/09/15/baba-au-rhum/
3. http://sprudge.com/cafe-culture-in-vienna-a-primer.html

sobota, 15 czerwca 2013

Spotkanie za kulisami

Na początek wkleję urywek pewnego wywiadu:

"Lula.pl: Kamilu, Michale - jak pachnie kobieta Bohoboco?
Michał Gilbert Lach: Intrygująco, zmysłowo, kontrastowo.
Kamil Owczarek: Na pewno nie jest to zapach, który budzi skojarzenia z czymś, co było wcześniej. Z takim zapachem kobiety nie miałem okazji się jeszcze zetknąć.
M.G.L.: Bo każdy, kto miał okazję powąchać, chciał od razu porównać to do jakiegoś innego zapachu, typu: daj mi powąchać jeszcze raz, zobaczę z czym mi się kojarzy. To jest taka polska mania.
Lula.pl: A wiecie, z czym mi się kojarzy? (śmiech) Z kościołem.
M.G.L.: No i dobrze, ważne, że nie z żadnym zapachem, bo każdy chciał to porównać do perfum, które już istnieją".
ŹRÓDŁO

Sorry, Panowie.
Może nie wiecie (w czym nie ma niczego dziwnego, bo - jak się okazuje - wie o tym wciąż zbyt mało osób) ale perfumy mają to do siebie, że przytłaczająca ich większość jest podobna do innych, już istniejących.
Tak po prostu jest. I kropka.
Deal with it. :]


Szczególnie, że Wasze perfumy naprawdę bardzo, ale to bardzo kojarzą się z pewnym organicznym, już nieprodukowanym (?) zapachem. A mianowicie z Cèdre Bleu marki Yves Rocher. Składnik podstawowy, to znaczy drewno cedrowe, ukazano w nich identycznie; z różnicą, że tam, gdzie w Cèdre Bleu był zamsz, No. 1 od Bohoboco prezentuje proszek z pieprzu, niekoniecznie tylko czarnego. :)
A reklama to już w ogóle cudeńko. :)
[Tu w ramach rozbudowanej dygresji słówko o reakcjach polskich konsumentów na spot reklamowy No. 1otóż śmieszą mnie one straszliwie. Komentujący nie dość, że wykazują się złośliwością, kiepsko skrywaną pod pozorem uwagi odnośnie rzekomego nieprzystawania opowieści do odtwarzającej ją postaci (czyżby nigdy nie słyszeli o czymś takim, jak aktorstwo? ;> Marta Żmuda Trzebiatowska nie jest, jak twierdzą Jutiubowi mądralińscy, ikoną teatru ale gra diwę operową), to jeszcze zdają się nie pamiętać, że dobra reklama perfum powinna opowiadać o danym zapachu na pomocą obrazów, muzyki, słów, emocji. Dlatego z niemal powszechnym zachwytem spotkały się spoty reklamowe Piątki Chanel, w których udział brały Nicole Kidman oraz Audrey Tautou. Twórcy reklamy No. 1 chcieli jedynie podążyć tą samą drogą; może niezbyt oryginalną ale skuteczną. Tylko tyle i aż tyle].

To by było na tyle, jeśli chodzi o rozbudowaną inwokację. ;] Teraz mogę przejść do rzeczy.

Po latach pustynnej wręcz posuchy Polska powoli wychodzi z perfumowego niebytu. Nie tylko w kwestii kolejnych przybywających w nasze strony marek, lecz przede wszystkim - z racji tworzenia perfum opatrzonych tutejszym logo. Co bardzo, ale to bardzo mnie cieszy. :) Dlatego właśnie postanowiłam zająć się wspomnianym pachnidłem.
No i dlatego, że Loriena była tak uprzejma, że zgodziła się udostępnić mi materiał testowy. ;) Dziękuję, Aniu!


Skoro najważniejszego asa wyciągnęłam z rękawa już na wstępie (a chodzi o podobieństwo Jedynki do Cedru od YR), pozostaje skupić się na konkrecie i opisać porządnie najnowsze rodzime pachnidło.
Które wcale nie jest złe.

A nawet powiedziałabym, że całkiem przyjemne; i to pomimo faktu, iż w jego ramach nie dzieje się zbyt dużo. Ot, w otwarciu uderza nas ciepły, cedrowy puder, będący najwierniejszą z wiernych kopii Cèdre Bleu, po krótkiej chwili zaczynający ogrzewać się oraz rozjaśniać złamanym, pastelowym blaskiem.
Pojawiają się przyprawy; głównie mieszanka pieprzów czarnego, białego i różowego, staranie zmielona na proszek... dosyć dawno temu. ;) Gdyż zdążyła już spłowieć, trochę się przewietrzyć, nasiąknąć cedrowymi drobinami. W miarę upływu czasu pieprz delikatnieje a jego miejsce zajmuje brunatna, muszkatołowa goryczka, zlewająca się z cedrowym pudrem w jeszcze ściślejszą całość. Ta zaś w bazie staje się delikatnie słodka, skoncentrowana wokół doszczętnie już suchego cedru. Może trochę męcząca ale na pewno sympatyczna, ukręcona z małego kawałeczka łykowatej lecz odrobinę dymnej waniliowej laski, z większą ilością piżmowego pudru na dokładkę.
No. 1 nie zachwyca - nie może, skoro znam i mam w kolekcji flakon Cèdre Bleu. Jest jednak jego całkiem przyjemnym, obiecującym zamiennikiem. Czy ma szansę stać się czymś więcej? Mam nadzieję , że tak.

Hmm.. Sale 01 Michała Szulca to kawał świetnej roboty, podobnie jak Qessence rodziny Missala; No. 1 Bohoboco trochę odeń odstaje. Lecz mimo tego okazuje się ciekawą kompozycją, na tle obecnych nowości z półek Sefor i Daglasów wyróżniającą się zdecydowanie na plus.


Rok produkcji i nos: 2012, ??
[tiaa... wiem, że "ktoś z Grasse" ale to informacja o wiele za skąpa. Proszę o nazwiska! ;) ]

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, jednak uważam, ze podobnie jak Niebieski Cedr, równie dobrze mógłby być noszony przez mężczyzn. O świetnej projekcji oraz kilkunastocentymetrowym śladzie, z czasem redukującym się do luźnej aury.
Na wszelkie okazje (acz moc aromatu sugerowałaby raczej te wieczorne).

Trwałość: przeszło dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa

Skład:

gałka muszkatołowa, czarny pieprz, drewno cedrowe, wanilia, białe piżmo
___
W tej chwili przerzuciłam się na Hedonist od Viktorii Minyi.

2006 – 1932

Ech, stare czasy polskiego blogowania o perfumach... :)
Kilka tygodni temu z pewnym rozrzewnieniem wspominałam chwile, kiedy blogowe recenzentki [ponieważ owe pięć czy sześć lat temu były to głównie kobiety] publikowały pełne opinie, opierając je o testy typu: "właśnie ukradłam pół kropli z sampla koleżanki-perfumoholiczki i dlatego mogę Wam napisać, co sądzę o zapachu X" lub "wczoraj w perfumerii psiknęłam na nadgarstek rzadko spotykaną nowość Y a teraz opiszę, co zapamiętałam". Kto z nas miałby dziś odwagę przyznać się do podobnych pobieżnych testów oraz poświęcenia danemu zapachowi równie mało uwagi? Obecnie, żeby porządnie poznać perfumy, trzeba albo przetestować je kilka razy w różnych warunkach, albo tylko jeden raz, traktując ów test bez mała jak pracę na pełen etat (bo trudno oderwać nos od własnej skóry).

Wbrew pozorom jednak ani nie narzekam na ciężkie życie współczesnej perfumowej blogerki, ani tym bardziej nie naśmiewam się z rzekomej ignorancji dawniejszych Koleżanek. Nic z tych rzeczy. Wspomnienie naprowadziło mnie bowiem na jedną mocną, wyraźną myśl: żyje nam się coraz lepiej.
Nieważne, że coraz ostrożniej inwestujemy w pełnowymiarowe flakony (bo kryzys), nieistotne, że nie mamy już szans na kurs dolara tak niski jak w 2006 roku, kiedy sample z Luckyscent latały do Polski w ilościach nieomal hurtowych (dzięki zjawisku, które było syrenim śpiewem prosperity albo pierwszym sygnałem kryzysu, zależy jak spojrzeć). To wszystko nie ma znaczenia. Wiecie, czemu?

Ponieważ owe rarytasy, które trzeba było sprowadzać aż zza Wielkiej Wody wypuszczały na rynek marki takie, jak... Comme des Garçons, Keiko Mecheri lub Parfumerie Generale, jak Frédéric Malle, Clive Christian albo Ginestet! :) Dziś wszystkie je mamy u siebie, ich próbki można kupić bez najmniejszego problemu, za złotówki - i to od co najmniej kilku lat. Współcześnie w ofercie polskich perfumerii niszowych - a jest ich coraz więcej - pojawiają się pachnidła zróżnicowane pod względem jakości, kompozycji, ceny; najczęściej ciekawe a niejednokrotnie będące zupełnymi rarytasami. Zaś marki dopiero debiutujące swoją premierę w Polsce coraz częściej mają dokładnie w chwili wchodzenia na bardziej stabilne, "starsze" rynki.
Istotnie nie mamy na co narzekać. :)
[Co jest również świetnym dowodem na to, że w Polsce AD 2013 zainteresowanie perfumami niszowymi żadną miarą i nikomu nie może zostać poczytane jako snobizm. ; ]

Właściwie jedynym, czego naprawdę mi tu u nas brakuje, są butikowe perfumy mainstreamowych marek.
Na przykład Chanel. Gdyby były dostępne, niechby nawet w selekcjonowanych perfumeriach, o swoją dolę 1932 nie musiałabym prosić Lucasai (którego oczywiście pozdrawiam i któremu bardzo dziękuję! :* ).


Może wówczas uniknęłabym uczucia, które od kilku dni towarzyszy mi za każdym razem, kiedy pomyślę lub wwącham się w najnowszą część Chanelowej kolekcji Les Exclusifs. Nie jest to co prawda straszliwy zawód ale rodzaj lekkiego, fatalistycznego rozczarowania - i owszem.

Choć kontakt ze współczesną interpretacją pachnideł sprzed kilku dekad mógł przewidzieć każdy, kto przynajmniej raz rzucił okiem na Fragrantikowy spis nut, jednak liczyłam na coś bardziej.. bo ja wiem? Intrygującego? Ciężkiego?  Po prostu jakiegoś?
Tymczasem 1932 okazało się wariacją na temat kwiatowej słodyczy oraz jasnych, dosyć płaskich drewienek, podbijanych do góry na czystej, aldehydowej trampolinie. Co obiektywnie patrząc jest dosyć ciekawym efektem; ostatecznie współcześni miłośnicy perfum nie mogą spokojnie przejść obok zupełnie przeciętnych, nudnych kwiatuszków (wśród których prym wiedzie seledynowy i roślinnie słodziutki akord jaśminu wielkolistnego) wzbogaconych o mocne, utrzymane w duchu dawnego perfumiarstwa aldehydy.

Bergamotka, jaśmin, sympatyczny irysowy chłód oraz pojedyncze frakcje bułgarskiej róży wydają się naturalnie współgrać z aldehydami we wcieleniu znanym z tysięcy innych zapachów, od Numeru Pięć po Poème marki Lancôme (one tam są i ja to wiem ;) ). Szybują dzięki chemiczno-mydlano-ostrym molekułom aż pod samo niebo całkiem gęste oraz słodkie w sposób roślinny. Po jakimś czasie jaśmin zyskuje na znaczeniu, spychając w cień wspomniane towarzystwo (poza aldehydami) a ujawniając, ze słodycz wynika z hojnego dodatku ylang-ylang. Wówczas najbardziej laboratoryjna ze wszystkich nut zaczyna schnąć, ujawniając swoje dwudziestopierwszowieczne pochodzenie i oddalać powolutku, ponaglana żywicami oraz drzazgami drzew. Kiedy pachnidło tężeje zaczynam rozumieć, że jaśminowa lekkość miała przygotować mnie na sympatyczny, aksamitny akcent drzewny, trochę śmietankowo-miękki, sandałowcowo-kaszmirowy a trochę odymiony czającymi się tuż za horyzontem kadzidłem o skórzanym tle.
W bazie całość staje się ciepła acz czysta, transparentna i delikatna; udanie sugerująca gładką woń rozgrzanego kąpielą ciała. Nie sposób jednak znaleźć weń ani odrobiny mocy sprzed lat. 1932 wydaje się bać zwracać na siebie uwagę, po krótkiej nadziei na ciekawszy rozwój kompozycji dając nam finał konwencjonalnie ładny ale tak nieśmiały, że potrzeba naprawdę dużej ilości dobrej woli, aby podjąć się zrozumienia wody.

Która chwilami przypomina co lepsze mainstreamowe premiery ostatnich lat - i gdyby marka zdecydowała się wypuścić coś tak pachnącego zamiast np. gniotu o nazwie Coco Noir, byłabym pełna uznania. Tymczasem jednak coraz wyraźniej daje się zauważyć, iż kolekcja butikowa staje się niejako listkiem figowym dla coraz straszniejszych, coraz bardziej fuszerowatych premier z ogólnodostępnej linii. Co raczej nie jest spostrzeżeniem podnoszącym na duchu.
I dlatego 1932 mówię głośno i wyraźnie: NIE.

Nie tym razem, Chanel; nie tym razem, monsieur Polge.

Rok produkcji i nos: 2013, Jacques Polge

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach; o mocy początkowo znacznej, po kilku godzinach bliskoskórne.
Na okazje, jakie sobie wymyślicie. :)

Trwałość: w okolicach siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-alehydowa

Skład:

Nuta głowy: aldehydy, bergamotka, neroli
Nuta serca: goździk (kwiat), ylang-ylang, jaśmin, róża, bez
Nuta bazy: opoponaks, kłącze irysa, wetyweria, drewno sandałowe, kumaryna, nasiona piżmianu, wanilia, piżmo, iralia (syntetyczna cząsteczka o zapachu irysowo-fiołkowym)
___
Dziś Kabul Aoud od Montale.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.uglytruthofv.com/2013/01/26/chanel-1932/