piątek, 29 kwietnia 2011

Spacer po lesie

W ramach odpoczynku od wszechogarniającego bombardowania niusami matrymonialnymi z Londynu, recenzja. :)

Przepadam za wszelkimi formami perfumiarskiego drewna: czy to kadzidła, czy soki wyciśnięte ze świeżych liści. Dlatego mojej uwadze nie mogły ujść poczynania marki Dsquared², piewców wszelkich olfaktorycznych wcieleń drewna i - pośrednio - piękna kanadyjskiej przyrody. Choć muszę przyznać, że po burzliwej przygodzie z She Wood do powrotu w objęcia perfum sygnowanych przez kanadyjskich bliźniaków, jakoś nie było mi śpieszno. Próbka męskiego odpowiednika wspomnianej wody zbierała kurz, a jeden znajomy flakon raczej odstraszał. ;) Do niedawna; dość wspomnieć, że ciekawość zwyciężyła i w końcu się przemogłam.
Zachwytu co prawda nie przejawiłam, ale muszę przyznać, iż powoli zaczynam zmieniać zdanie...


Czego nie osiągnęło nawet nad podziw świetne Velvet Forrest, udało się podstawowemu wariantowi męskiej serii Wood: wiedźma zabłądziła w lesie. ;) Choć, wbrew pozorom, nie trafiłam w dzikie ostępy lub chociaż swojskie chaszcze, tylko do zgeometryzowanego, usystematyzowanego, logicznego japońskiego zagajnika. Lecz mam swoiste déjà vu: dokładnie to samo przydarzyło się już wcześniej, w przypadku Rush for Men marki Gucci.
Wszystkiemu zawinił cedr, prężny, potężny i świeży. Misternie wpasowany w akordy ozonowe, łagodnie cielesne oraz te zbudowane na bazie spokojnych, niestereotypowych, delikatnie wycofanych kwiatów: lawendy w Rush oraz fiołka w przypadku He Wood.

I tak od początkowego ogólnego ocedrzenia organizmu, z lekka jeno złamanego dawką soczystej, słodko-metalicznej kwiecistości, kompozycja powoli przechodzi w cedr jasny, wysuszony na słońcu, zmieszany z żywą, elegancką, prawie-Guerlainową wetywerią. Pachnidło jest arcyproste, głębokie, optymistyczne. Nutka tajemnicy czai się tuż za progiem, a jednak nie ma śmiałości go przestąpić. :) Całość udana, aż miło - wysmakowana i elegancka. Szczególnie w ostatniej fazie, kiedy do nut drzewnych dołączają teoretycznie odzwierzęce ocieplacze, zmieniające głos jasny i czysty w cichy, cielesny pomruk. Kurczę, mnie samej chce się mruczeć! ;)
Mieszanka nabiera lekkiej słodyczy, miękkości, aksamitnego poblasku. Wtula się w ludzkie ciało i zasypia. A my razem z nią, nieco rozmarzeni i błogo uśmiechnięci.

Coś czuję, że czas na kolejną długaśną wizytę w którejś z sieciowych perfumerii. Wszak Dsquared jest marką perfumiarsko płodną. Nadeszła pora, by przeprosić się z resztą ich produktów.


Rok produkcji i nos: 2007, Daphné Bugey

Przeznaczenie: bardzo "ludziowy" zapach stworzony dla mężczyzn [tradycyjnie testy polecam również paniom; a wiem, że mogą być pozytywnie zaskoczone ;) ], miękki, ciepły, idealnie wyważony. Na Poważne Pertraktacje, jak i na randkę, do ślubu i do knajpy. Dość spokojny, choć nie bliskoskórny.

Trwałość: od ośmiu do ponad dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz wodna)

Skład:

Nuta głowy: liście fiołka, nuty wodne, fiołek
Nuta serca: drewno cedrowe, wetyweria
Nuta bazy: sosna, piżmo, ambra
___
Dziś noszę Casmir marki Chopard [i wcale nie jest taki, jak myślicie! ;) ].

czwartek, 28 kwietnia 2011

Alchemiczny blok reklamowy

Kto ma ochotę na trudno dostępne perfumy, choć z takich czy innych względów nie pragnie całego flakonu? Komu marzy się rodzima wersja The Perfumed Court? Kto śni o choćby kapce uwielbianego przed laty pachnidła, którego dziś próżno szukać w perfumeriach całego świata?

Dla prawdziwych fanów, wielbicieli, pasjonatów i maniaków mam dobrą wiadomość. Oto ona:


Pod adresem www.niszka.pl
znajdziecie perfumy niszowe, trudno dostępne bądź wycofane z produkcji, które specjalnie na Wasze życzenie zostaną przelane do szklanej fiolki o wybranej przez Was pojemności. :)

Zresztą, jak twierdzi sam właściciel sklepu:
Sklepik jest tworzony przez pasjonata dla pasjonatów (...). Chcę, aby każdy czuł się tak, jakby część Niszka.pl należała do niego. Chciałbym stworzyć wspólnotę, społeczność miłośników perfum.


Dla zainteresowanych odpowiedzią na pytanie, czemu oferta nie jest przesadnie rozległa i kiedy można spodziewać się jej znacznego poszerzenia mam złe wieści. Lecz czy na pewno są one tak niemiłe, jak można sądzić..? Spójrzcie, jaką dostałam odpowiedź:
(...) wolę kupować mniej perfum, ale częściej, dlatego to co jest dostępne sprzedaje się szybciej. Domyślnie chcę każdy flakon wyprzedawać w ciągu miesiąca od daty napoczęcia, aby odlewki były wysokiej świeżości.

To chyba miła odmiana po polityce choćby wspomnianego TPC, wyprzedającego swoje zasoby nawet wtedy, gdy te niespecjalnie nadają się do użytku? No właśnie, a co będzie się dziać z Niszkowymi flakonami o mniej popularnej zawartości, która mimo upływu czasu uparcie nie chce opuścić siedziby sklepu?
A gdy jakieś perfumy nie sprzedadzą się po powiedzmy 2 miesiącach, to albo obniżę ich cenę do ceny wyjściowej, albo kupię fiolki i rozdam gratis klientom w formie 2 ml próbek. :) Jak wspomniałem, mój sklepik nie służy zarabianiu, stąd będę mógł sobie pozwolić na rozdawanie perfum jeśli i tak koszty firmy w danym miesiącu już się zwrócą.

Brzmi jak uczciwa propozycja...

Poznałam także planowane kierunki rozwoju Niszki. Wiedzcie, że w perspektywie widnieje anglojęzyczna wersja sklepu a także poszerzenie spektrum działalności:
Domyślnie mój sklepik będzie mieć 6 kręgów zainteresowań i z każdego kręgu będę chciał oferować powiedzmy dwa zapachy miesięcznie. Oczywiście, gdy odlewki będą się sprzedawać szybciej, wtedy [będzie] można powiększyć asortyment.
I: Perfumy niszowe znane i dostępne w Polsce (Amouage, Creed, Commes des Garcons, Micallef)
II: Perfumy niszowe niedostępne w Polsce (Czech & Speake, Humiecki & Graef, Juliette Has a Gun)
III: Perfumy sieciowe niedostępne w Polsce (Demeter, Jean Desprez)
IV: Perfumy vintage
V: Olejki perfumowe
VI: Perfumy arabskie (firmy typu Ajmal, Al Haramain)

Robi się coraz przyjemniej... Prawdę mówiąc, uruchamia się typowy ślinotok nałogowca. ;)

Natomiast już wkrótce możemy liczyć na męskie zapachy vintage, tak więc panowie-perfumomaniacy, trzymajcie rękę na pulsie!
W ofercie sklepu mogą pojawić się takie ciekawostki, jak Ho Hang marki Balenciaga, Eau de Lubin, a być może także Phileas Niny Ricci. Zatem jest się czym cieszyć.

Z całego serca życzę Niszce.pl pomyślnego rozwoju. Oby ciąg dalszy był znacznie bardziej wciągający od i tak intrygującego wstępu.
___
Aktualnie pachnę... sokiem z wyrywanych chwastów. ;P Choć to nie potrwa długo.

środa, 27 kwietnia 2011

Archeologia przyszłości, czyli zagadka tożsamościowa

Starożytne rzymskie miasto Paestum, znane także jako Posejdonia bądź po prostu Pesto dziś jest częścią miejscowości Capaccio w Kampanii, więc do Rzymu stamtąd trochę daleko. Jest jednak coś, co łączy oba miejsca: starożytne ruiny. :) I chociaż to do szczątków Koloseum czy Forum Romanum ciągną tłumy turystów z całego świata, pierwsze z antycznych miast uczyniono terenem parku archeologicznego [jak Pompeje], siłą rzeczy znanego głównie Włochom. Choć wpisano je na Listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO.
Czy w przyszłości trafią na nią nasze, nowożytne rozwiązania architektoniczne?


Pytam, zaintrygowana własnymi skojarzeniami odnośnie Paestum Rose marki Eau d'Italie; jako że, wbrew sztampowym oczekiwaniom nie znajduję weń niczego, co w jakikolwiek sposób nawiązywałoby do starożytności, dziwów niezbyt zrozumiałej epoki, ulicznych graffiti, publicznych łaźni, akweduktów, garum, walk gladiatorów, fars Plauta czy ekscesów Tyberiusza (zgoda, ten bardziej do Capri pasuje). Paestum Rose pachnie jak... no właśnie.
Jak pachnie Paestum Rose?


Mam z tym mały problem. :) W pierwszej chwili aż mnie palce świerzbiły, by dopisać "...jak przyszłość", ale nie jest to prawdą. Przynajmniej nie do końca.

Co prawda dzieło tylko w pierwszych dziesięciu, może piętnastu sekundach swego trwania nawiązuje do woni esencjonalnych, głębokich i pełnych, ciemnoczerwonych pąków róż, jednak w miarę upływu czasu zaczyna mieć z nimi coraz mniej wspólnego. Charakterystyczna mieszanka drzewnych balsamów, przypraw oraz charakterystycznych, frapujących owoców z... piwonią sprawia, iż kompozycja szybko przeistacza się w zapach rozgrzanego promieniami słońca metalowego krzesła, stojącego gdzieś na skraju ogrodu oraz kawiarnianych ogródków. A może to zwykła trattoria?
Tak czy inaczej, od miękkiej, poniekąd kaszmirowej metaliczności nie sposób uciec. Urocze toto i niekonwencjonalne. Lecz czy pachnie, jak przyszłość? Raczej nie.
Problem w tym, ze nie wyczuwam w PR także teraźniejszości, z jej ciągłą presją, zaganianiem, przymusem sztucznego entuzjazmu i terrorem olfaktorycznej prostoty. Więc przeszłość?


Z nią zaś stereotypowo zwykło się wiązać klimaty łagodne, ciepłe, nieco puchate, a jednak zmysłowe. Jeśli róże, to obudowane tak, by cicho nuciły nam "pieśń bez słów" tam, gdzie przed świtem "słowik z zaroślach kląska". ;)
A tu masz! Zero tandetnego sentymentalizmu; za dużo żelaza, żywic, przypraw, nut dymnych i nienachalnie słodkich (mam! to czarna porzeczka). Trudno, tym razem Laura z Filonem się nie zejdą. ;)

Bo nawet, kiedy róża zniknie, ciągnąc za sobą lekki pieprz, w dalszym ciągu mamy przyjemność z kolendrą, paczuli, wetywerią, czarnymi porzeczkami, piwonią, mirrą, cynamonem, benzoesem, sosną, kardamonem, cedrem, kadzidłem frankońskim, pudrowym piżmem oraz ambrą okrągłą i puchatą. To wszystko zostaje z nami, mieniąc się, przetasowując, obudowując tajemniczy zapach metalu, znany choćby z Lalique'owego Ametystu. Z tą różnicą, że PR jest bogatsze, bardziej wytrawne, misterne oraz nieco tajemnicze.
Dowodem niech będzie fakt, że gdyby nie internet, sama nie potrafiłabym rozszyfrować połowy elementów wyliczanki piętro wyżej. :) Tak bardzo poszczególne składniki są zmieszane, utarte starannie na jednolitą masę. Niezwykłe w swojej nieprzyjaznej sympatyczności [albo przystępnej świeżości; zależy, jak spojrzeć].
Natomiast już bez niczyjej pomocy jestem w stanie zaobserwować zniknięcie sporej części przypraw, owoców i mniej trwałego drewna, zastąpionych przez powracającą spokojną, do cna nowoczesną, metaliczną różę. W tej odsłonie znajduję spore podobieństwo do Rose Poivrée z asortymentu The Different Company. W sumie nic dziwnego: wszak w nutach Paestum Rose powtarzają się bodaj wszystkie składniki Róży Pieprzowej tyle, że silniej obudowane w wydarzenia. Całość zanika powoli, spokojnie i dyskretnie. W sposób, jaki najbardziej mi odpowiada.

No, więc właśnie. To z jaką epoką związałam Paestum Rose? Nie jest bowiem ani z przeszłości, teraźniejszości ni z przyszłości, jednocześnie posiadając po kawałku ducha każdej z wymienionych epok. Obecnie przychylam się do stwierdzenia, jakoby klimat PR był wieczny. Niezmienny od stuleci; wolny od skażenia upływem czasu, niepokorny, choć spokojny. Ostry, ale i aksamitny. Nieprzesadnie miły, lecz wyposażony we wszelką kurtuazję tego świata. Dyskretny, jakkolwiek wyrazisty. Chciałabym przespacerować się po ogrodzie, w którym zerwano Różę Posejdoniańską...


Rok produkcji i nos: ??, Bertrand Duchaufour

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, wyczuwalny z daleka, natomiast z bliska - dyskretny. Więc kolejny prawie-ideał perfumiarski. ;) Znacznie ciekawszy wiosną i latem, gdy łatwiej uchwycić kolejne wątki PR.

Trwałość: do ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa

Skład:
[cięgiem polecimy..]

czarny pieprz, kolendra, pieprz różowy, wetyweria, róża turecka, mirra, czarna porzeczka, kadzidło, paczuli, żywica sosnowa, benzoes, opoponaks, drewno cedrowe, piwonia, piżmo, ambra
___
Dziś noszę Casran marki Chopard [zapach wprawia mnie w błogostan].

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.theclotheswhisperer.co.uk/2010/06/mtv-italia-party-at-romes-new-maxxi.html
2. http://www.booked.net/pl/hotel/300929/Villa-Delle-Rose-Rome-Rome_overview.html
3. http://www.latimes.com/travel/deals/lat-destinations-in-rome-20110313-003,0,838119.photo

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Co za dużo, to niezdrowo

Kurczę, a miało by tak fajnie!
Miało być czysto, prosto acz z pazurem... wetyweriowo. Liczyłam na kolejnego zdatnego do użytku świeżaka, z którego korzystanie podczas upalnego lata nie spowoduje u mnie nieprzyjemnych efektów ubocznych. Stawiałam na coś przydatnego. Jednym z typów ostatnich miesięcy było Molecule 03, połowa zeszłorocznej pary Ekscentrycznych Molekuł.


I zawodu nie doświadczyłam - przez pierwsze pół godziny.
Mimo, że od samego początku nie zarejestrowałam nawet cienia zachwytu, całość pachnidła prezentowała się całkiem przyjemnie. Lekko dymna wetyweria zmieszana z geranium i nutką cytryny nie brzmi jak koszmar, prawda?

Niestety, z czasem było coraz gorzej. Geranium zachorowało, na pół więdnąc i gnijąc, cytryna pokryła się grubą warstwą parafiny, zaś wetyweria (a raczej roztwór octanu wetiwerylu) skarlała w małą, szarawą grudkę o zapachu szkolnego gabinetu chemicznego. ;) Fuj! Do tego pozostałe dwa akcenty stopniowo oddalają się za horyzont, pozostawiając na polu najważniejszego bohatera. Na moje nieszczęście.
Im dalej w las, tym gorzej. Coraz mniej wetiwerylu, coraz więcej octanu. Całość kwasi się, kisi, kluchowacieje. Uprzykrza życie swoją prostacką dosłownością; zero subtelności, obłędnego kapryśnego subiektywizmu poprzedników. Gdzie charme, dzięki któremu Jedynkę i Dwójkę można było określić mianem "perfum"? Molecule 03 to spalona i unurzana w occie żółć, woń Wielkopiątkowych rozważań. Choć właściwie to się zapędziłam.
Memento mori jest nam potrzebne, Molekuła Trzecia - wprost przeciwnie. ;P

Na koniec drobna uwaga: nie myślcie, że powyższa notka jest ogarkiem zapalonym frazesowi "nieważne jak, byleby mówili i nazwiska nie przekręcali". Bo nie zjechałam M 03 w odpowiedzi na jego subiektywną brzydotę, lecz w reakcji na nijakość, brak polotu, prostactwo i łopatologiczność. To bezczelna chałtura, sposób na wydębienie kolejnych euro z kieszeni zauroczonych poprzednikami perfumomaniaków. Oj nieładnie, panie Schoen! Choćby dlatego, że jako potencjalna klientka płacić wolałabym za coś, nad czym twórca wprzódy choć trochę się napracował.
Mam jednak małe nawiązanie, poniekąd artystyczne. Wczoraj zostałam namówiona na obejrzenie odcinka piątej serii serialu Ranczo. Skojarzenie z M 03 nasunęło się samo. ;)


Rok produkcji i nos [?]: 2010, Geza Schoen

Przeznaczenie: zapach raczej dzienny, uniseksualny. I to by było na tyle. :)

Trwałość: do jedenastu godzin, czasem nieco dłużej

Grupa olfaktoryczna: nie mam pojęcia


Skład:

octan wetiwerylu
___
Dziś noszę Chaos od Donny Karan, w wersji nowszej.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://umsoc.com/

sobota, 23 kwietnia 2011

Smacznego jajka!


Uff.
Udało się. Wielkie żarcie już prawie gotowe. ;) Słodkości i pikantności już przygotowane: masa na torcie zastyga, mięs mnogość cieszy oko, dorodne warzywa tylko czekają na pokrojenie, świeżo starty chrzan szarpie przegrody nosowe i wyciska łzy, jakimś cudem zdołałam nie zepsuć wielkanocnej babki, tylko sernik upadł; gwoli ścisłości - spodem do góry. :) Lecz już znalazł godnego dublera.
Jedynie pisanki zostały potraktowane nieco po macoszemu. Zamiast szału farbowania, pisania, drapania, malowania musiała wystarczyć kalkomania w stylu jajek Fabergé. A tu kilka oryginałów:






Można się rozmarzyć... :) Bajeczne.

Wam natomiast, Kochani, chciałabym życzyć radosnych, spokojnych i słonecznych Świąt. :) Wspaniałych chwil spędzonych w zgodzie z własnym rytmem życia i z własnym sumieniem. Pogody ducha oraz radości z powodu odradzającego się życia.
Natomiast w poniedziałek... obyście wyglądali, jak zmokłe kury. ;P
Do ponownego spotkania!
___
Nawet nie pamiętam, czym się dziś psiknęłam. Choć czymś na pewno..

P.S.
Źródła ilustracji:
1. Mój twardy dysk.
2. http://www.mieks.com/faberge-en/1896_Alexander_III_Monogram_Egg.htm
3. http://www.mieks.com/faberge-en/Other-Eggs/1902-rothschild-egg.htm
4., 5. i 6. https://bialczynski.wordpress.com/tag/faberge/

piątek, 22 kwietnia 2011

Egipt widziany wstecz [sic!]


Bez wstępów. Od razu wiadomo, o czym będę pisać. :)
Labdanum to wdzięczny składnik perfum. To, czym się czystek stanie, zależy od pomysłu perfumiarza. Potrafi zmienić się w twardą żywiczną bryłkę, lejącą się, miodową w barwie, konsystencji i klimacie maź. Jest w stanie uderzyć w tony kadzidlane, przyoblec się w sprężystą, obezwładniającą skórę albo wręcz w leciutkie, ciepłe kwiatki. Labdanum od Donny Karan łączy w sobie wszystkie te aspekty.
Jest pomnikiem zbudowanym ku czci zwyczajowego "wzmacniacza" perfum, bohatera dalszego planu. Może nie nowatorskim, ale nad zwyczaj przyjemnym. Oraz bezczelnym w swej dosłowności. Czyli to wszystko, co wiedźmy lubią najbardziej. ;)
Dajcie się wciągnąć w różano-skalną orgię.


Wehikuł czasu już dawno ruszył. Przerzucił nas nad całą nowożytnością, dość mętnym i pokomplikowanym okresem początków średniowiecza, poprzez epokę potęgi antycznego Rzymu i Grecji, aż wylądowaliśmy w starożytnym Egipcie.
Chyba niewiele osób może o sobie powiedzieć, że ich ten kraj, ten etap w dziejach, ta kultura nigdy nie ruszała, że była im kompletnie obojętna. Prawie zawsze w bogactwie wiedzy o dziejach państwa zwanego Darem Nilu kryje się coś, co porywa, fascynuje, zastanawia, irytuje, dręczy, zachwyca, roztkliwia, dziwi... Od majestatu wyrosłych u progu pustyni piramid w Gizie, przez skomplikowany system wierzeń po szczegóły wizerunku pradawnych Egipcjan, z charakterystycznym makijażem na czele.
Pamiętam, że jako małe dziecko usłyszałam frazę, która mną wstrząsnęła: "kiedy wojska Oktawiana zdobywały Egipt, świątynie w Karnaku i Luksorze już były starożytne; miały wtedy dwa tysiące lat". To była chwila, która dobitnie uzmysłowiła małej wiedźmie, czym dokładnie jest upływ czasu, historia jako taka oraz co faktycznie kryje się za, tak prostym zdawałoby się, terminem "starożytność". Jaki to obłędny szmat czasu! Od tej pory już nic nie było takie, jak przedtem.

Powyższy pseudo-strumień świadomości w jakiś sposób pokrywa się z moim wyobrażeniem Labdanum Karan. Ponieważ jest to mieszanka zwarta, skoncentrowana na sobie, pozornie monolityczna i niezmienna; jednak wystarczy wwąchać się głębiej, aby poznać całą gamę czystkowych możliwości. Od miodowej skóry, przez skórę żywicznie słoną i bergamotkową, po łagodne kadzidło (ze skórą). Brakuje jedynie kwiatków, choć skądinąd wiem, że i one potrafią dojść do głosu. Tyle, że nie na mnie. [Dla jasności: nie narzekam. :) ]
Po prostu labdanum do potęgi entej. :)

Tymczasem wskazówki zegara wewnątrz wehikułu czasu w dalszym ciągu zapieprzają w przeciwnym kierunku...


To już nawet nie jest starożytność, lecz czasy, kiedy Egipcjanie zamieszkiwali pokryte sawanną tereny dzisiejszej Sahary. Epoka przedhistoryczna. Ta, która dziś najbardziej mnie fascynuje. :) Nic więc dziwnego, że właśnie ona posłużyła mi do zilustrowania właściwego opisu Labdanum DK.

A jest to zapach jednocześnie gorący i ostry; ciepły w barwie i klimacie, choć daleko mu do miziakowej przymilności. Ekspansywny, ale nie agresywny. W swojej sile naturalny i oczywisty.
Ciężki, acz bezdyskusyjnie noszalny. Jak go nie polubić?

Trudno pisać o stereotypowym rozwoju, ponieważ jest to swego rodzaju zapach-niespodzianka. Mimo, że utrzymany w nie-pluszowym klimacie, o dominującej nucie skóry i ciężkiej, głośnej żywicy w stylu czystka znanego na przykład z Incense Normy Kamali, to bardzo często, niemal przy każdorazowej aplikacji okazuje się, że akcenty lekko się poprzestawiały, przemieściły w jedną lub drugą stronę. Nigdy nie wiem do końca, czego mogę się spodziewać. I to mnie w Karanowym Labdanum tak rajcuje! Potrafi skulić się w bursztynową bryłkę lub rozlać szeroką falą płynnego miodu czy syropu klonowego o lekko wędzarniczym posmaku.
Na uwagę zasługują także dość słabe, jakkolwiek łatwe do zidentyfikowania akcenty słone, coś jak peklowana kłoda wędzona w przesyconym żywicą dymie. ;) One to mieszają się ze szczyptą słodyczy i przyczepą upojnych woni cielesnych. W końcu labdanum potrafi dodać animuszu nutom teoretycznie odzwierzęcym. Więc wszystko w porządku.
Dzieło Flores -Roux'a (? jak z pisownią?) jest hołdem złożonym czystkowi silnemu, majestatycznemu, do głębi cielesnemu. Tak wyrazistemu, iż mam wrażenie, że w każdej chwili mogłabym go dotknąć. Chcę. Więc dotykam.

To Labdanum faktycznie posiada formę materialną. Ono żyje, i to od tysiącleci.
Trwa poprzez wieki, nieznacznie tylko modyfikowane. Trudne do opisania [co widać powyżej :) ], ale i piękne niemożebnie.
Lubię perfumy, które coś sobą reprezentują, mają do opowiedzenia ciekawą historię. Chcą mnie zaskoczyć, zachwycić, zafascynować lub zgorszyć, słowem: takie, które niemal jawnie przejawiają cechy typowo ludzkie. ;) Esencjonalne Labdanum jest jednym z podobnych zapachów. Cześć mu za to i chwała!


Rok produkcji i nos: 2005 lub 2008, Rodrigo Flores-Roux

Przeznaczenie: żywy, dość dosłowny zapach typu uniseks, na dowolne okazje. Wart wielokrotnego przetestowania z powodów, o których powyżej. Posiada dość spory sillage, choć po kilku godzinach przybliża się do skóry. Dla miłośników nut odzwierzęcych i fanów perfumeryjnej dosłowności.

Trwałość: od sześciu do dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (i drzewna)

Skład:

różne aspekty labdanum [choć niektóre źródła podają jeszcze skórę i piżmo bądź ambrę]
___
Dziś noszę Cinnabar marki Estée Lauder.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://videosonar.com/2/tag/%20Labdanum.html
2. http://www.2travel2egypt.org/2011/04/temple-of-setii.html
3. http://wysinger.homestead.com/badarians.html

wtorek, 19 kwietnia 2011

Janusowe Olibanum

Zastanawiałam się, czy zamieścić poniższy post. W końcu on także może mieć jakiś wpływ na "erupcję" cen olejków Pro Fumum Roma w pewnej rodzimej perfumerii.. ;) [Swoją drogą, już dziś bardziej opłaca się sprowadzać flakony PFR z Lucky, szczególnie przy większych zakupach. :) ] Tylko co poradzić, skoro dzieła uzdolnionych Włochów trudno ignorować? Oleista maź złamała moją wolę; dziś będzie o Olibanum.


Podobno jest wtórne. Podobno żywcem zerżnięte z kadzidlanych kamieni milowych, z serią Comme des Garçons na czele. Podobno nie potrafi zachwycić. Jasne.
A ostatniej nocy pod Wylatowem podobno widziano Predatora ścigającego E.T. ;P Czemu z ukrycia przyglądało się dwóch poważnych panów w czarnych garniturach i takowych okularach. Podobno.
Ej, nie... W każdym razie nie aż tak ostro. :) Olibanum rzeczywiście przywodzi na myśl wiele innych kadzidlanych kompozycji, od Tauera po Durbano, samo jednak trzyma się nieco z boku, resztę braci traktując z dystansem.

Zimne, stonowane i przebogate; jednocześnie mroźne oraz pustynne, schwytane w butelkę w jednym z bliskowschodnich karawanserajów. Olibanum prowadzi nas drogą od chłodnej, acz wdzięcznej, czystości Rock Crystal ku gęstym, angażującym wyposzczone europejskie zmysły klimatom rodem z Jubilation XXV. Dzieło, które - aby było ciekawiej - za każdym razem potrafi odsłonić nowe, do tej pory kompletnie nieznane, oblicze. Więc nie potrafię go zignorować.

Zimą wdzięczy się przymilnie, skrzy niczym przedmioty wykonane z kryształu. Układa na mojej skórze tak naturalnie i gładko, że aż chciałoby się dodać: "całkiem jak druga skóra". :) Tylko, że nią nie jest. Olibanum to długa, półprzejrzysta, jedwabna bądź satynowa koszula nocna, mająca pobudzać męską wyobraźnię (albo i nie męską; to już wolny wybór); niekoniecznie po europejsku wulgarna: rodem z tandetnego internetowego sklepu, upięta na modelce jakby żywcem wyjętej z filmu porno. Nie, nie i jeszcze raz nie! [No i wyjaśniło się, czemu nie kupuję bielizny nocnej w polskojęzycznym internecie. ;) ] Zimowe Olibanum to raczej powłóczysta szata, obramowana złotą taśmą, nieco głębiej rozcięta tu i ówdzie, opadająca z jednego ramienia. Niezbyt wydumana, daleka od prostactwa czy erotycznej ignorancji, typowej dla współczesnego epatowania seksem. W końcu określenie "sztuka miłosna" nie wzięło się znikąd i kiedyś miało głębokie uzasadnienie. :)
Na mnie zaś miłą i bardzo, hm.. naturalną kompozycją, transparentną i lekką. Dla przykładu: pachniałam nią podczas ostatniej Wigilii. I sprawdziła się idealnie; zero poczucia niestosowności u mnie, a szoku bądź zgorszenia w reakcji bliźnich. Jest więc Olibanum dziełem uniwersalnym.


Jednak wystarczy, że słupek rtęci w termometrze podskoczy w okolice dwudziestego stopnia Celsjusza i wyżej, a sytuacja ulega zmianie. To, co przedtem było czystą naturalnością lub przytulnym chłodem, zmienia się w rozedrgane od gorąca, przesuszone powietrze, aż ciężkie od woni egzotycznych ingrediencji. Do czystego kadzidła wspomaganego przez olejki pomarańczowe i cień mirry dołącza silny, nie znoszący sprzeciwu sandałowiec. Kto kojarzy Santalum tej samej marki, wie już, czego się spodziewać. :) Bo czasami mam wrażenie, że między obiema kompozycjami niełatwo znaleźć jakiekolwiek istotne różnice. Wzrasta też znaczenie mirry, która przestaje być słodkim przyjemniaczkiem, a przepoczwarza się w rozrywający przegrody nosowe korkociąg, w większym stężeniu mogący śmiało zastępować udrożniającą nos tabakę. Z sukcesem: w zasięgu wielu mil nie wyczuwam ani grama wody pitnej. Kompletna susza. A do tego gęsta, szara ściana kadzidlanego dymu i - och i ach! jakie to wszystko piękne! Jednocześnie przysadziste i lekkie; wartkie, ale statyczne. Tylko błagam, nie pytajcie, jak to możliwe. ;) Sama zachodzę w głowę.
Bywa, że silne stają się akcenty tajemniczych przypraw, w tym gałki muszkatołowej, kardamonu, pieprzu i kminu. Wówczas omawianej mieszaninie najbliżej do wspomnianego boskiego Jubilation Amouage. Albo Incense Extrême Tauera tyle, że bez irysowego dysonansu. Lub Tourmaline Noir. Fakt, tworzy się bogata paleta powiązań. Jednak nie widzę weń śladu klonowania, prędzej typowe rodzinne podobieństwo. Czyli brak powodów do niepokoju.

Ciekawy jest także rozwój pachnidła, typowo "amerykański", pozbawiony klasycznej wolty nut zapachowych. Rozpoczęty silnym uderzeniem, by stopniowo ogrzewać się od ludzkiej skóry, mięknąc nieco i niewyczuwalnie, choć systematycznie, gubiąc po trosze mocy; aż do ostatniego stadium, które trwa niezmienione naprawdę bardzo długo.
Albo jestem bezkrytyczna wobec kadzidlaków, albo trafiają się niemal same wybitne (lub chociaż ujmujące). Tak czy inaczej, leczyć się nie zamierzam. ;) Dziś ani jutro.

Na koniec trochę o mitologicznym skojarzeniu. :) Janus był staroitalskim bogiem początku, zamknięcia starych spraw i otwarcia nowych, patronem drzwi, bram i mostów. Pan Przejścia. Stąd zwykło się przedstawiać go jako postać o dwóch twarzach na jednej czaszce, względem siebie przeciwstawnych. Jego imię pochodzi od czasownika 'ire', co znaczy iść, przechodzić, stąd przejścia to 'iani'.*
Coś się kończy, coś zaczyna. Do czegoś pragniemy wrócić, a od czego innego odwrotu brak. Coś tracimy, a coś zyskujemy. Ciągły ruch i zmiany są sednem ludzkiego doświadczania. W tym kontekście nie dziwi mnogość wcieleń Olibanum; ostatecznie, czegóż innego oczekiwać po perfumach stworzonych na bazie żywicznego dymu, którym zwykło się czcić bogów? ;) Kult religijny, oprócz wielu innych zadań, pomaga nam oswoić się z ciągłą niepewnością jutra, z frustracją rodzącą się z niemożliwości przewidzenia przyszłych zdarzeń, z lękiem przed wszystkim, nad czym nie potrafimy sprawować kontroli. Dlatego tak trudno go zignorować. A opary kadzidła siłą rzeczy zdają się być idealnym "podkładem" pod niniejsze rozważania. :) Taki przyjemny atawizm.
W ogóle, czuję się jak tarocistka. :)
Koniec.


Rok produkcji i nos: 2007 rodzina Durante (?)

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, na wszelkie okazje. Radzę przetestować kilka razy, ponieważ nigdy nie wiadomo, co z cholerstwa wylezie. A! I na sillage uważajcie, bo także zdradliwy.

Trwałość: od siedemnastu do ponad dwudziestu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

kwiat pomarańczy, mirra, kadzidło frankońskie, drewno sandałowe
___
Dziś noszę Eau Lente od Diptyque.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.essential-natural-remedies.com/frankincense.html
2. http://garfield.travellerspoint.com/11/

niedziela, 17 kwietnia 2011

Nadrabiam zaległości

Korzystając z okazji, że właśnie dokonałam wirtualnego samo-Spisu Powszechnego, postanowiłam pójść za ciosem i wywiązać się z pewnego otagowania... ;)

To już miesiąc od chwili, kiedy Pachnąco Blogująca Dominkab obdarowała mnie uroczym nagietkiem [a może to gerbera?]:


Ale hola!, nie ma nic za darmo. W zamian muszę:

1. Podziękować za wyróżnienie.
2. Zamieścić u siebie link do bloga osoby, która Cię wyróżniła :)
3. Wkleić u siebie logo wyróżnienia.
4. Przekazać nagrodę dziesięciu blogerom.
5. Zamieścić linki do ich blogów.
6. Powiadomić o tym nominowane osoby.
7. Na koniec zaś - stworzyć listę rzeczy, które czynią mnie szczęśliwą.

Więc - dziękowałam już po rozdaniu nagród, ale zrobię to raz jeszcze: dziękuję! :) Sznurek do Dominiki już zarzuciłam. Logo zamieściłam. Teraz łańcuszek przekazuję w stronę:

1. Skarbka nosem
2. Per Fumum Fqjciora
3. Silva rerum
4. Sabbath of Senses [tak, tak; Sabb, teraz Ty się mobilizuj! ;) ]
5. Magdulenkowych szkiełek
6. Jaroslava-Który-nie-Pisze ;)
7. Pistachio
8. Fantazji kulinarnych Magdy K.
9. Babci bez mohera
10. Kosmetyków mineralnych

Oraz wyznaję. :) Uszczęśliwiają mnie, wymieniane w kolejności przypadkowej:
1. Możliwość poznawania nocnego nieba.
2. Lektura książki, przy której upływ czasu staje się niewyczuwalny.
3. Rozweselanie ludzi.
4. Widok wpatrzonych we mnie kochających oczu, jak i świadomość, że w tym samym czasie moje mają identyczny wyraz. :)
5. Poznawanie perfum budzących pozytywne uczucia.
6. Kuchenne eksperymenty.
7. Obserwowanie szczęśliwego pyska mojego psa. ;)
8. Wędrówki po górach.
9. Całonocne rozmowy z ciekawymi ludźmi.
10. Poznawanie pogmatwanych ludzkich losów i możliwość zapamiętania ich.
...oraz wiele, wiele innych.

Na koniec ciekawostka. Wiecie, że istnieje kosmiczna mgławica refleksyjna, rodzaj gwiezdnej porodówki (rozświetlonej dzięki energii sąsiedniej gwiazdy), z którą się identyfikuję? ;) To IC 2118, znana również jako Głowa Czarownicy, znajdująca się w granicach gwiazdozbioru Erydan. Jest pozostałością po wybuchu supernowej, a wygląda tak:


Ładna. :) W każdym razie mnie bardzo przypadła do gustu.

Miłej reszty niedzieli!
___
Dziś nosiłam Aoud Homme od M. Micallef, ale już wyparował. Zastanawiam się, czym go zastąpić.

P.S.
Druga ilustracja pochodzi z zasobów mojego twardego dysku.

sobota, 16 kwietnia 2011

Zrobiłam zakupy

...w księgarni. :)
W moje ręce trafiły:


Elizabeth von Arnim, Elizabeth i jej ogród, przeł. E. Bruska i B. M. Lemańczyk, Warszawa 2011.

Co i rusz ukazują się książki o pięknych krainach odkrywanych przez turystów. Prowansja i Toskania doczekały się już wielu opowieści o sobie.
Elizabeth i jej ogród to opowieść Angielki, która pokochała Pomorze. Zamieszkała pod Szczecinem, w Rzędzinach, które nazywały się wtedy Nassenheide i stworzyła o tym miejscu piękną opowieść, a wokół domu równie piękny ogród. Kończył się wiek dziewiętnasty.
Elizabeth trafiła do Rzędzin w parę lat po ślubie z byłym oficerem pruskiej kawalerii. Przyjechała, by otworzyć miejscową szkołę i… postanowiła pozostać.
Ta autobiograficzna powieść dowcipnie i z lekką ironią opisująca codzienność pomorskiej wsi spodobała się angielskim czytelnikom. Pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie, recenzje w prasie były bardzo pochlebne. "Mała kometa na literackim niebie Londynu"- pisano. Krytycy chwalili oryginalny współczesny język, wnikliwość autorki w przedstawianiu ówczesnych obyczajów, bezkompromisowość w obronie uciskanych kobiet, od robotnic polnych poczynając, na nierozumianych damach z wyższych sfer kończąc. Wskazywano, że książka jest równocześnie fascynującym pamiętnikiem namiętnej ogrodniczki, która tworzy swój mały raj wśród pomorskich kartofli, łubinu i łanów zboża... Ktoś ironizował, że po tej lekturze Angielki chwytały za szpadel i biegły do ogrodu, bez względu na to, czy znały się na ogrodnictwie, czy nie.
(...)



Stephen Hawking, Leonard Mlodinow, Wielki projekt, przeł. J. Włodarczyk, Warszawa 2011.

Pierwsza od dziesięciu lat książka jednego z najwybitniejszych współczesnych myślicieli – dająca na stosunkowo niewielu stronach nowe odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące życia. Kiedy i jak narodził się Wszechświat? Dlaczego tu jesteśmy? Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Jaka jest natura rzeczywistości? Dlaczego prawa natury mają postać, która dopuszcza istnienie takich istot jak człowiek? I wreszcie, czy "wielki projekt" naszego Wszechświat oznacza istnienie życzliwego stwórcy, który wprawił wszystko w ruch, czy może nauka potrafi to wyjaśnić w inny sposób? W niniejszej książce Stephen Hawking i Leonard Mlodinow przedstawiają przystępnym językiem, błyskotliwie i prosto najnowsze teorie naukowe, próbujące rozszyfrować tajemnice Wszechświata. W Wielkim projekcie autorzy wyjaśniają, że według teorii kwantowej kosmos nie ma tylko jednej historii; przeciwnie, wszystkie możliwe historie Wszechświata istnieją równocześnie. Kiedy tę koncepcję zastosuje się do Wszechświata jako całości, pojawia się problem ze związkami przyczynowo-skutkowymi. Jednakże z opisanego przez Hawkinga i Mlodinowa "podejścia góra–dół" wynika, że brak jednoznacznie określonej przeszłości oznacza, iż to nie historia tworzy nas, lecz to my stwarzamy historię, obserwując ją. Autorzy tłumaczą również, że swoje istnienie zawdzięczamy kwantowym fluktuacjom w bardzo wczesnym Wszechświecie, i dowodzą, iż z teorii kwantowej wynika obecność Multiwszechświata – nasz Wszechświat byłby wówczas jednym z wielu wszechświatów, które wyłoniły się spontanicznie z niczego i w których obowiązują różne prawa przyrody.


Oraz pozycja ostatnia, choć nie najgorsza:


Marta Newelska, Piękni, młodzi, kosztowni. Męskie praktyki homoseksualne w Japonii okresu Edo (1600–1868), Warszawa 2011.

Czyli prezent z okazji zbliżających się urodzin Małej Siostrzyczki, łączący dwie z jej pasji: queer studies oraz japonistykę. :) Co nie znaczy, że książki prędzej czy później nie pożyczę.

Książka Marty Newelskiej jest pierwszym opracowaniem w polskiej literaturze japonistycznej traktującym zjawisko homoseksualizmu w sposób tak otwarty, drobiazgowy i obszerny. Autorka dołożyła wszelkich starań, aby zbadać temat japońskiej seksualności, tradycji homoerotycznej na dworze cesarskim, w klasztorach buddyjskich, wśród samurajów, czy aktorów teatru kabuki. Według niektórych badaczy powszechność praktyk homoseksualnych miała istotny wpływ na charakter relacji senior-wasal i stanowi jeden z czynników odpowiedzialnych za kształtowanie japońskiej rzeczywistości.

Interesujący przekrój nam się stworzył..

Choroba ksenofobiczna

Staś na wiosnę miał wysypkę,
Doktor stwierdził lekką grypkę.
Potem rzekł: Prima Aprilis!
To nie grypa, lecz syfilis.


Ów uroczy wierszyk miał krążyć po Warszawie gdzieś na początku dwudziestego stulecia. :)


Przypomniał mi również o dość ciekawej historii. Otóż pewnego razu, w jednej z wrocławskich studenckich jadłodajni, miałam okazję podsłuchać rozmowę zakuwających przy stoliku studentek medycyny [przyznaję, że zdarza mi się to częściej, niżbym chciała :) Lecz jak tu nie podsłuchiwać, gdy wokół tyle ciekawych, jakkolwiek nie-plotkarskich, rozmów?]. Dziewczęta uczyły się historycznej teorii medycyny w Europie. Zapamiętałam, iż szczególnie, jak to głupkowaty drób ma we zwyczaju, rozchichotały się przy haśle „kiła”. Powoli dochodzę do sedna mojej opowieści. ;) Albowiem ze studenckich notatek dowiedziałam się, iż dolegliwość ta wywodzi się z Ameryki Środkowej jako, że przed drugą wyprawą Kolumba w 1493 roku nie stwierdza się ani jednego przypadku zachorowania [cóż, dzięki internetowi wiem, że to niekoniecznie prawda..]. Oraz, że remedium na weneryczne novum sprowadzano dokładnie z tych samych rejonów. To zgadzało się z moim stanem wiedzy: „podobne leczy podobne”. Zdziwiłam się natomiast słysząc, iż cudownym lekarstwem na „chorobę ksenofobiczną” [czemu ksenofobiczną, wyjaśnię za jakiś czas] miał być... kawałek drewna. Choć z drugiej strony, trudno odmówić podobnej logice konsekwencji – podobne leczy podobne. ;P Cudowne remedium nosiło nazwę „drzewo gwajakowe”. Całe zdarzenie miało miejsce na samym początku mojej przygody z perfumami, gdy nawet nie przypuszczałam, iż kiedyś sama będę chciała pachnidła ze wspomnianego „drzewa” używać. :)

Tymczasem nie dość, że mam dwie perfumowe miniatury, w których gwajak pełni główną rolę, to jeszcze obie bardzo sobie chwalę. [Dobrze, że nie należę do „świętojebliwych”, których odstrasza samo porównanie czy skojarzenie. ;) Gdyby tak było, nawet na krok nie zbliżyłabym się do pachnideł ambrowych, piżmowych, cywetowych, gwajakowych, agarowych, irysowych...] Dlatego dziś postanowiłam napisać o moich kochanych gwajakowych maluchach: Theoremie od Fendi oraz Gaïac marki M. Micallef.
Oba zapachy, pozornie proste, zachwycają bogactwem i złożonością kompozycji, pozornie słodkie i puchate, potrafią dać nieźle popalić, wżynając się w skórę nosiciela całą swą kanciastą pieprzową duszą. Z mistrzowska wprawą, klasą i urokiem godnym najszlachetniejszych łączą w sobie skrajności. A, tak się składa, w moim subiektywnym olfaktorycznym uniwersum jest to jedna z głównych zalet wybitnych perfum. Więc jak tu nie lubić mych dzisiejszych bohaterów? :)


Najpierw Gaïac.
W otwarciu jest zdecydowanie bardziej miękki, słodki i waniliowy, jakże różny od soczystej, ostrej i z lekka cytrusowej, przyprawowej Theoremy. Jest też bardziej statyczny, przysadzisty, ciężkawy; dosłowny w swej gwajakowości. No i upojny. Prostolinijny oraz apetyczny, niczym prostoduszne, nieświadome własnego uroku, pogodne i ładnie zbudowane chłopię. :)
Co innego Thea. W jej przypadku trudniej o pochopne sądy. Tym bardziej, że choć wiele stron perfumoholicznych odmawia jej uczestnictwa w gwajakowym szaleństwie, dla mnie jest ono więcej niż oczywiste. Cóż poradzić?
Po początkowej dawce ożywczych, dojrzałych cytrusów umiejętniej złamanej nutką różano-jaśminowej, śmietankowej słodyczy, mieszanina pędzi w kierunku woni drzewnych, acz w dalszym ciągu ostrych. Tu sandałowiec miesza się z kadzidłem, w wszystko pod kontrolą rosnącego w siłę „pieprzowego cukierka z wanilii”, jak jeden mój kolega określił woń drewna gwajakowego. ;) Jest słodko, drzewnie, przyprawowo i potoczyście, przy czym kompozycja nie traci niczego z początkowej lekkości i własnego stylu.

Lecz to nie wszystko. Bowiem ostatnia faza Gaïaca to napływ bardziej oczywistej drzewności, kadzidło ze szczyptą zwietrzałego pieprzu, jakaś półprzejrzysta namiastka przestrzeni. Budząca poważanie, szlachetna, niemal sakralna. Urodziwy chłopiec został księdzem, po czym „poszedł w purpuraty”. :) Trudno... Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest zbyt mocno przywiązany do celibatu. ;) Albo to nie tyle ksiądz, co pop, pastor, rabin.. W każdym razie bazę Micallefowego Gwajaku subiektywnie traktuję jako jego najlepsze, najbardziej zapadające w pamięć stadium. Wyważone wprost popisowo. Panie Nejman, znasz się Pan na swojej robocie!


W tym samym czasie Theorema gwałtownie nabiera bujnych kształtów i dosłownieje. Kadzidło ustępuje pola słodkiemu, ni to gładkiemu, ni chropowatemu gwajakowi; pokornie godzi się na rolę tła. Zaś mezoamerykańska słodycz zaczyna nurzać się w gęstej, waniliowo-pieprzowej ambrze. Z czasem oba główne składniki mieszają się ze sobą tak dokładnie, iż nie sposób postawić między nimi granic; gwajak jest ambrą, a ambra gwajakiem; pieprz jest wanilią, zaś wanilia – pieprzem. Totalne pomieszanie zmysłów, szał ciał. :) Nie widzę już żadnej różnicy między tym, co „obce”, orientalne, dzikie a tym, co „swoje”, tutejsze, oswojone. Jeden czort. Chyba zaczynam rozumieć ukryty sens kultowego programu Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika, czcigodnego przodka rodzimych telewizyjnych tworów krajoznawczych. ;) Jak myślicie, ów tytuł naprawdę miał ukryty sens? Bo jeśli patrzeć nań przez pryzmat Theoremy rychło okazuje się, iż pomiędzy „słodkim” a „ostrym”, „swoim” oraz „obcym” nie występują żadne istotne rozbieżności, że wszystko zamyka się w jednym, zaczarowanym kręgu nad miarę podobnych zwyczajów, wierzeń, legend i opowieści, emocji i atawizmów identycznych pod każdą szerokością geograficzną.
Jedyne, co naprawdę może nas podzielić, to stereotypy oraz choroby, na które „ci drudzy” nie są uodpornieni.


Tak było z kiłą z jednej oraz grypą z drugiej strony. :) Wszak nasza przejściowa dolegliwość dziesiątkowała rdzennych mieszkańców Haiti, Jamajki, Gwatemali, Portoryko, Gwadelupy...
Co zaś się tyczy wstydliwej przypadłości, którą dzielni odkrywcy przywlekli do swoich domów, to szybko zyskała ona miano choroby stereotypowo sprzężonej z wszelkiej maści bogaczami i arystokracją, słowem: z Wielkim Światem. Oraz z „obcymi”, tymi idiotami zamieszkującymi tereny po drugiej stronie naszej granicy. ;) Dlatego Francuzi zwali syfilis „chorobą włoską” bądź „angielską”, Włosi, Niemcy czy Polacy „chorobą francuską” zaś Rumuni bądź Rosjanie – „chorobą polską”; w Polsce słyszało się także o „chorobie niemieckiej”, natomiast w Turcji – o „chorobie chrześcijan”. Stąd moje ogólne określenie kiły mianem choroby ksenofobicznej, rozsiewanej „przez nich, tych takich i owakich”.

Z tej perspektywy nie dziwi zainteresowanie rzekomo cudownym drewnem, rzadkim i aromatycznym, nie bez kozery zwanym lignum vitae, drzewem życia. Uroczy eufemizm, nieprawdaż? Jak się ku niemu nie uśmiechnąć? Oczywiście z dzisiejszej perspektywy, kiedy niniejsza nazwa kojarzy nam się wyłącznie z miękkim, słodkawym aromatem, ciężkim, ale też żywym, wibrującym, swobodnym. Emanującym własną, indywidualną manierą, stylem znamionującym najwyższy smak. Upojnym i bardzo ludzkim, przyjaznym. Podobnie, jak dwie opisywane dziś mieszanki. :)

Wiecie, co jeszcze Wam wyznam? O ile dziesięciomililitrowa, wdzięczna buteleczka Gaïaca w pełni zadowala mnie ilością skrytego w niej płynu, to zmniejszającą się zawartość Theoremy odczuwam coraz boleśniej. Trzeba będzie zacząć grzebać po serwisach aukcyjnych w poszukiwaniu rozsądnej pojemności (od 50 ml w górę ;) ).
A czemu właśnie tak? Ponieważ Thea jest żywsza, bardziej wieloznaczna, skomplikowana. Utkana z krwawych legend Majów oraz ckliwych serenad literackich Hiszpanów, Don Juana i Don Kichota. Barwna i inspirująca, niczym koktajl genetyczny powstający od tysiącleci na styku pomniejszych kultur lub wielkich cywilizacji.


M. Micallef, Gaïac

Rok produkcji i nos: 1997, Geoffrey Nejman

Przeznaczenie: miły, dość bliskoskórny uniseks, który na męskiej skórze nabiera bardziej zadziornego, żwawszego charakteru. Co nie znaczy, że odrzuca kobiety; po prostu nasza skóra często nadmiernie go uspokaja i wygładza [czemu umiejętnie zapobiegła zdolna ręka twórczyni Thei ;) ], zmieniając w pachnidło ciepłe oraz aż nazbyt przymilne. W obu przypadkach rekomenduję Gaïaca na wszelkie okazje, choć stosowniejszy wydaje się na uroczyste i formalne; ale przecież nie jest to norma..

Trwałość: od pięciu do ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna (oraz waniliowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka
Nuta serca: goździk, jaśmin
Nuta bazy: wanilia, drewno gwajakowe



Fendi, Theorema

Rok produkcji i nos: 1998, Christine Nagel

Przeznaczenie: wyważony, choć zaskakujący zapach teoretycznie dla pań, ale nie widzę powodów, by mieli go unikać mężczyźni zaprzyjaźnieni z innym perfumeryjnymi interpretacjami drewna gwajakowego. Stopniowo zbliżający się do skóry; na dowolne okazje.

Trwałość: do dziesięciu lub jedenastu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: kwiat pomarańczy, jaśmin, cytrusy, dzika róża, palisander, gałka muszkatołowa, pieprz, kardamon
Nuta serca: goździk, róża, osmantus, cynamon, inne nuty przypraw
Nuta bazy: drewno gwajakowe, drewno sandałowe, paczuli, ambra, benzoes
___
Dziś noszę Royal English Leather marki Creed.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1.http://commons.wikimedia.org/wiki/File:D%C3%BCrerSyphilis1496.jpg
2. http://www.flickr.com/photos/47512780@N05/4453815493/
3. http://www.qwiki.com/q/#!/Pre-Columbian_era
4. http://www.dipity.com/emby2005/The_Conquest_of_the_New_World/

wtorek, 12 kwietnia 2011

Kompendium wiedzy astronomicznej

Czyli polecam książkę. Znowu. :)

Z okazji, kończącej się już, pięćdziesiątej rocznicy lotu Jurija Gagarina w przestrzeń kosmiczną postanowiłam polecić Wam pewną książkę. Jest to pozycja popularnonaukowa, więc przypuszczam, że ciekawych dotychczasowego stanu wiedzy o Wszechświecie nie powinna zanudzić. Dlaczego? Ponieważ autor posłużył się lekkim, barwnym stylem, terminów naukowych używa dokładnie tyle, ile trzeba i ani grama więcej oraz - co najistotniejsze - prowokuje do dalszego pogłębiania nowo nabytych informacji. :) Dla każdego, kto z zainteresowaniem ogląda "kosmiczne" filmy na Discovery czy innym NG lub co jakiś czas spogląda w niebo, usiłując odnaleźć Wielki Wóz, Plejady lub Oriona:


Christopher Potter, Tu jesteś! Najkrótszy przewodnik po Wszechświecie, przeł. Piotr J. Szwajcer, Warszawa 2011.

Po kilkuset latach burzliwego rozwoju nauki dotarliśmy do momentu, w którym wiemy, że naprawdę nie wiemy prawie nic. Ba! – nie wiemy nawet, co tworzy ponad trzy czwarte Wszechświata, w którym żyjemy. A jeśli się chwilę zastanowić, to okazuje się nawet, że choć wiemy (a przynajmniej myślimy, że wiemy), iż e = mc2, to nie bardzo wiemy, co to jest masa (m), ani co to jest energia (e) (dobrze, że przynajmniej znamy prędkość światła).
Tymczasem z takiej niewiedzy można stworzyć zajmującą i spójną opowieść, której zrozumienie nie wymaga ukończenia fizyki ani znajomości diagramów Feynmana, a co więcej, ta opowieść obejmuje także życie, czyli tych, którzy są w stanie ją przeczytać i zrozumieć.
Wszyscy, którzy dotąd czuli się zagubieni w świecie fermionów i bozonów, strun i superstrun, antymaterii i ciemnej materii, ekspansji i inflacji, ewolucji i złożoności, punktualizmu i genetyki populacyjnej, znajdą w Tu jesteś wiele odpowiedzi na pytania, które sobie zadawali, i wiele pytań, które dziś zadają sobie najlepsze umysły naszej planety. Pytań, które są owocem trzynastu miliardów lat ewolucji Wszechświata i czterech miliardów lat ewolucji życia…

Christopher Potter nie jest naukowcem. Studiował matematykę, później historię, a potem filozofię nauki. Przez wiele lat pisał o nauce i redagował książki popularnonaukowe i może właśnie dzięki takiemu wykształceniu i takim doświadczeniom udało mu się napisać naprawdę fascynujący Najkrótszy przewodnik po Wszechświecie.

Prawdziwa perełka literatury popularnonaukowej. W tej książce jest wszystko – teoria względności, teoria kwantów, teoria ewolucji, ciemna materia i antymateria, Wielki Wybuch i inflacja, ewolucja i złożoność. To bez wątpienia jedna z najlepszych książek popularnonaukowych, jakie czytałem. Stephen Fry miał absolutną rację: „Cudowna książka. Cały Wszechświat w pigułce…” — The Guardian
Erudycyjne, eleganckie, przemyślane. Od dawna nie było takiej książki. — The Sunday Times
Od lat skrycie marzyłam, by ktoś wziął mnie za rękę i poprowadził na wyprawę przez czas i przestrzeń. By wytłumaczył, o co w tym wszystkim chodzi, i jeszcze dodał do tego trochę poezji. Christopher Potter zrobił dokładnie to, na co czekałam… — Dava Sobel
Prawdziwe antidotum na egzystencjalną pustkę. Ta lektura rzeczywiście pozwala odnaleźć się we Wszechświecie. — Matt Ridley
To naprawdę świetna lektura dla każdego ciekawego świata czytelnika. — Booklist
Mało kto potrafił w ostatnich latach pisać o naukowym obrazie świata tak, by wszystko mógł zrozumieć laik. Potter wywiązał się z tego zadania celująco — Kirkus
Świetnie napisane, zrozumiałe, inspirujące i prowokujące – czegóż można chcieć więcej! — Publishers Weekly


A teraz proszę przejawić entuzjazm i zacząć szukać w księgarniach, bibliotekach, u przyjaciół... ;) Choćby pod pozorem "dokształcania najmłodszych". Nie pożałujecie; to tylko nieco ponad trzysta stron. :)

Piżmo i róże

Niedawno narzekałam na brak ironii we współczesnym perfumiarstwie. I zostałam napomniana przez twórcę marki Parfumerie Generale; człowieka, który zaserwował miłośnikom swoich perfum przewrotne, acz bolesne Oparzenie - Brûlure de Rose.


Przewrotność tego pachnidła nieźle dała mi w kość. Jego uszczypliwa ironia kłuje niczym gęste różane kolce. Pudrowa słodycz, tak jednoznaczna, że często przyprawiająca o mdłości [z nadmiaru cukru] niepostrzeżenie zmienia się w piżmowego mordercę. Proszę Państwa: co by było, gdyby Hannibal Lecter był kobietą? ;)
Elokwentną, diabelnie inteligentną erudytką i estetką, która od czasu do czasu poluje na ludzi, zabija, porcjuje ich mięso i później, systematycznie, przyrządza ze znawstwem wszelkich arkanów sztuki kulinarnej.
Albo jeśli kobieta zdradzałaby pragnienia i obsesje charakterystyczne dla Jana Baptysty Grenouille? Opętana wizją wydestylowania perfum absolutnych z ciała młodego, pełnego życia mężczyzny. A właściwie kilku, kilkunastu, całej grupy, podobnych do siebie nawzajem, mężczyzn. I co by było, gdyby jej zamiar zakończył się sukcesem?
Co działoby się, nawiązując do współczesnych nam czasów i historii prawdziwej, gdyby pewna szacowna dama, obywatelka małego miasteczka, zbudowała pod swoją piwnicą "dzikie" mieszkanie, w którym przez szereg lat więziłaby syna, by robić z nim kolejne dzieci? [zgoda, byłoby jej trudniej ukryć wszystkie ciąże; ale to jedyny mankament oszalałej wizji]
Oto najciemniejsza strona psychopatii - kiedy przejawia ją kobieta. Prawda?
A co z wizerunkiem czułej matki, strażniczki domowego ogniska, ładu społecznego i Nieśmiertelnych Wartości? Otóż jest i ma się świetnie. Trudno o celniejszy kamuflaż. Żaden miłośnik patriarchatu nie zdoła się zorientować. ;) Bo matkę uświęca bycie matką. Koniec i kropka. Prawda?

Nie jest łatwo spisywać podobne wizje. Boli mnie to; nie tylko jako feministkę, pacyfistkę czy ogólnie istotę ludzką, ale także jako osobę, która naukowo zajmuje się świństwami i potwornościami, jakie człowiek jest zdolny popełnić. Ponure myśli/zawód/powołanie [?] siłą rzeczy muszą rzutować na mój obraz świata, w tym - na postrzeganie perfum. Dlatego wybaczcie niedelikatność lub nawet flirt z perwersją; inaczej nie potrafię.
Jeśli coś budzi we mnie skojarzenie z sangwinicznym cynizmem Stalina, ironicznym humorem Kuby Rozpruwacza lub miękkim uśmiechem Marii Mandel, to nie zawaham się opisać nieprzyjemnego wrażenia.


Nadeszła pora by wyjaśnić, skąd tak nieprzyjemny początek notki o Brûlure de Rose. W końcu zapach nie należy do złych, budzących grozę czy lęk. Przeciwnie: jest słodki, pudrowy, ciepły i niewinny. Piżmowy, więc teoretycznie także upojny. Lecz wielokrotnie wspominałam, jak dalece piżmo mi nie leży. To właśnie ono wpływa na ogólnie negatywny odbiór BdR.

Początek kompozycji jest jednoznacznie słodki, cieplutki, okraszony nutami owoców i wanilii. Apetyczny. Zbliżony do ujmującego różanego jadalniaka od Yves Rocher, czyli Rose Ispahan. Przez pierwsze dwie lub trzy minuty wyczuwam w Różanym Oparzeniu niemal identycznego ducha, choć odnoszę także wrażenie, jakoby Guillaume "przekroczył granicę" i nieco przesadził z landrynkowością.
Dopiero po wspomnianych sześćdziesięciu bądź dziewięćdziesięciu sekundach różana słodycz zaczyna nurzać się w pudrze. Początkowo nawet ładnym, dyskretnym, buduarowym. Miałam nadzieję na uroczą, bezpieczną kompozycję dal pań nie lubiących kadzidła i Orientu. Lecz z czasem puder z niewielkiej chmurki przerodził się w istny opad piroklastyczny. ;)
Było coraz gorzej. Drobinki pudru dosłownie przyklejały się do skóry, zatykały pory, wpadały we wszystkie otwory ciała tłamsząc wszystkie oznaki życia. Wówczas piżmo ujawniło cała swoją niszczycielską moc - okazało się być odzwierzęcym burzycielem żołądka. Tym straszniejszym, iż zakamuflowanym wciąż silnymi akcentami róży oraz wanilii i innych słodkości. Koszmar.
Taki, co mąci umysł, ścina mózg i pożera go łapczywie, nosicielkę [czyli mnie] przemieniając w powolne zombie. Które i tak wkrótce stanie się posiłkiem innych wygłodniałych pożeraczy ciał. ;)
I cóż mogę jeszcze dodać? Brûlure de Rose jest przykładem, jakie efekty niesie zagłaskanie kotka na śmierć. Tak słodko, uroczo i niewinnie, że targają mną torsje.

Przy czym - uwaga, uwaga! - nie jest to kompozycja wstrętna. Bo wykonana starannie, z typowym dla PG kunsztem, wiem także iż może się podobać. Jestem przekonana, że całkiem sporej grupie. To tylko ja reaguję nań źle.
Oraz zaśmiewam się z trafności nazwy: Niebezpieczeństwo oparzeń. Zbliżacie się na własną odpowiedzialność. ;P


Rok produkcji i nos: 2003, Pierre Guillaume

Przeznaczenie: zapach raczej dla kobiet, bardzo słodki i piżmowy. Nie potrafię doprecyzować jego przeznaczenia nikogo nie obrażając. Więc zamilknę.

Trwałość: nigdy nie wytrzymałam w BdR dłużej, niż osiem lub dziewięć godzin. Lecz i wówczas pachnidło było całkiem żywotne, więc spokojnie może "pociągnąć" jeszcze z pięć godz.

Grupa olfaktoryczna: piżmowo-kwiatowa (oraz orientalna)



Skład:

Nuta głowy: drewno różane, nuty zielone
Nuta serca: róża
Nuta bazy: różana ambra [?], malinowe piżmo, wanilia, kakao
___
Dziś noszę Dark Extacy marki La Perla.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://eu.art.com/products/p13718282-sa-i2702506/posters.htm?ui=3C2A4FE5365840AE9666B65023F93BE7
2. http://www.mimifroufrou.com/scentedsalamander/2008/08/the_white_musk_trend_in_parisr.html

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Osiemnasty wiek w praktyce

Czasem, kiedy spoglądam z dystansu na naszą cywilizację, nie potrafię nadziwić się rozmiarom jej dekadencji. Właściwie tylko czekam na jakąś wojenkę, rewolucyjkę, przewrocik czy asteroidkę pędzącą prosto ku Ziemi. ;))
A poważnie: zauważyliście, że epoki, które w dziejach Europy mienią się bardziej oświeconymi, racjonalistycznymi, czczącymi ludzki rozum paradoksalnie (bo temu ostatniemu zaprzeczając) z upodobaniem nurzają się w brudzie, rozumianym jak najbardziej dosłownie?


Pomyślcie tylko: Renesans, ze swoimi słonecznymi ideałami powrotu do antycznej formy, klasycznego piękna itd. zerwał także ze średniowiecznym upodobaniem do higieny, którego widomym znakiem była na przykład powszechność publicznych miejskich łaźni, odwiedzanych przez całe rodziny przynajmniej raz w tygodniu. Dodajmy, że często koedukacyjnych, więc przyrost naturalny w epoce ciągłych wojen, pogromów i epidemii nie był problemem. ;) Z perspektywy wiedzy o ówczesnym stanie higieny, wcale nie makabrycznym, niezmiernie śmieszą mnie obiegowe opinie o rzekomym brudzie, smrodzie i ogólnym wodowstręcie Europejczyków "wieków ciemnych".
...które zawdzięczamy największym brudasom nowożytności, ludziom doby Oświecenia. Zresztą daruję sobie opis, a przypomnę jedynie pierwszy rozdział Pachnidła Patricka Süskinda, czyli fenomenalny opis Paryża i Paryżan: obrzydliwych, obleśnych, zobojętniałych na otaczający ich chlew i fetor. A przecież mowa o epoce znanej jako "wiek rozumu", szczycącej się sformułowaniem praw człowieka, gloryfikacja indywidualizmu oraz analitycznej mocy ludzkiego rozumu. Zdajecie sobie sprawę z tego, jak musieli "capić" Wolter, Diderot, Monteskiusz, Adam Smith czy Hugo Kołłątaj? Markiza de Pompadour, Maria Antonina, Katarzyna Wielka, Izabela Czartoryska?
A przy tym całe to towarzystwo zlewało swoje ciała perfumami, obsypywało pudrami, bieliło twarze, czerniło brwi i rzęsy, czerwieniło policzki, a włosy przykrywało wielopiętrowymi perukami, pod którymi wszy budowały własne metropolie. ;) Jak mawiała moja wychowawczyni z podstawówki: "minus i plus daje minus, smród i zapach dają smród nie do wytrzymania". :)

Powyższy długawy tekst ma być wstępem do pewnego mojego odkrycia. Pewnie jestem "do tyłu" za trendami, ale podobnych praktykach w XXI wieku słyszę po raz pierwszy. Otóż błąkając się po cybernetycznych zaułkach Luckyscenta znalazłam coś takiego:


Pozwólcie, że powtórzę: "hair powder for hair on days of unwash". Żecoproszę?
Zresztą możecie przekonać się sami, TUTAJ (albo TUTAJ). Ja jestem w szoku. Kiedy z takich czy innych przyczyn nie mogę umyć włosów, zazwyczaj już po 36 godzinach od ostatniego spłukania z głowy resztek szamponu czuję się jak ostatni obwieś. Rozumiem, że nie każdy ma czas lub chęć codziennie układać sobie fryzurę, nie pojmuję natomiast jak można nie znaleźć chwilki na prosty zabieg higieniczny. Biorę poprawkę na konieczność ciągłego podróżowania bądź uciążliwe choroby skóry głowy, ale jak często oba te warunki idą w parze?

Mam wrażenie, że puder do włosów to zwykła hochsztaplerka. Nie bardzo pojmuję, jak takie cóś mogłoby usunąć brud i sebum z włosów. No i czekam na pastę do zębów w mgiełce, bez konieczności szczotkowania i płukania oraz na mydło czy żel pod prysznic do stosowania raz na miesiąc. W końcu mycie się pod pachami w lotniskowej toalecie bywa taakie niezręczne... ;) Że o innych częściach ciała ledwie wspomnę.

Przygotujmy się na rychłe odkrycie koła przez rosnącą w siłę populację wszy ludzkiej. W końcu wzrost zachorowań na salmonellozę, popularnie zwaną "chorobą brudnych rąk", od dawna jest faktem. Swego czasu przez kilka miesięcy z uporem maniaka odwiedzałam toalety w centrach handlowych i obserwowałam wychodzące z nich panie [dziwnym trafem męskie przybytki czemuś omijałam ;) ]. Mycie rąk, o ile w ogóle miało miejsce, ograniczało się do trzech prostych ruchów ocierających się o siebie dłoni. I oby towarzyszyła im wcześniejsza aplikacja mydła bądź pianki myjącej z dozowników tuż obok! Suszenie mokrych rąk to zaś czysta farsa. Przedstawione praktyki są w pełni egalitarne: łączą wagarujące wczesne nastolatki w poplamionych używanych ciuchach z efektownymi niby-damami, posiadaczkami oryginalnych toreb Fendi czy szali od Hermèsa, "lachony" z "moherami". Idealna wspólnota w brudzie.

Przedstawiłam powody, dla których widok w sumie ciekawego, walcowatego pojemnika aż tak mną wstrząsnął. A co Wy o nim myślicie? Używacie lub używaliście? Może puder do włosów ma jakieś pozytywne aspekty?
___
W tej chwili noszę Ikon od Zirh, a wcześniej była Black Essence marki Goti Essenze.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://georgianaduchessofdevonshire.blogspot.com/2008_11_01_archive.html

sobota, 9 kwietnia 2011

Zielony szampan


Nie jestem, nigdy nie byłam i chyba już nie będę szczególną fanką perfumeryjnych produktów włoskiej marki Moschino. Jednego wręcz nienawidzę, bo nie dość że jest ordynarnym plagiatem, to jeszcze dzieła, które kojarzę jak najgorzej. Co nie znaczy, że mam uraz do pozostałych pachnideł. Zwyczajnie nie są częścią mojej bajki.
Lecz jedno traktuję dobrze, myślę o nim ciepło i lubię je poczuć w swoim otoczeniu [uwielbia je jedna z moich koleżanek; pozdrowienia, Wieszba! ;) ]. To Hippy Fizz, żywy, wibrujący i świeży dowód zbilansowania wytrawności oraz słodyczy. Starannie wypracowana, kolorowa, estetycznie ujmująca, wiecznie młoda (duchem) przesada.

Czy wspominałam kiedyś, że bardzo lubię i wysoko cenię sztukę, której sedno zasadza się na ciągłym balansowaniu między Klasą a Tandetą i która nigdy nie przekracza granicy drugiej z wartości? Pewnie wspominałam. ;) Nie szkodzi.
Uwielbiam sztukę balansującą między skrajnościami, a przy tym niezaprzeczalnie staranną, wysmakowaną, choć też zawierającą w sobie żart. Pozornie krzykliwą, niedbałą o formę, schlebiającą jak najniższym gustom estetycznym; taką, na widok której osiem na dziesięć osób wpadnie w emfatyczny zachwyt, nie potrafiąc zatamować powodzi własnych ochów i achów, natomiast dwóm pozostałym przez źrenice przeskoczy prawie-elektryczna iskra, na twarze przybłąka się przekorny uśmieszek, taki chwilowy, a potem spojrzą na nas porozumiewawczo. Wszystko będzie jasne: złapali konwencję, zrozumieli żart, poprawnie rozszyfrowali wiadomość.
W typie podobnych kampowo-popartowsko-glamourowych humoresek utrzymano konwencję Hippy Fizz, ów żywy, "idący" prosto do głowy żart. Choć to żadne odkrycie, ostatecznie nazwa do czegoś zobowiązuje... ;)
Czas na kwiaty w szampanie!

Co prawda nieco dziwnym, intensywnie zielonym, niemal trawiastym, ale to żadna wada. Kto od spontanicznych, radosnych, nieco wyidealizowanych hipisów żąda konserwatywnej mieszczańskiej sztampy? Od sztampy wieje nudą, od Hippy Fizz nigdy.


Choćby dlatego, że omawiane pachnidło naprawdę ostro musuje, wibruje i skrzy się. Przynajmniej przez dwie pierwsze fazy. ;) Jest upojne, radosne, młodzieńcze [zważcie, że nie użyłam wyrazu "młodzieżowe"] oraz lekkie i odświeżające. A to stanowi przecież klucz do serca współczesnej konsumentki, szczęśliwie tym razem nie zastąpiony wytrychem.

W otwarciu mam do czynienia z suchą, stonowaną, chłodną cieczą wyciśniętą z cytrynowej skórki (co, rzecz dziwna, bardzo przypadło mi do gustu) oraz lekkim akcentem kwiatowym, które jednak są niczym wobec zimnych, soczystych, metalicznych soków wyciśniętych z malinowych liści: woni silnej, energetycznej, w oczywisty sposób nawiązującej do zapachu owoców i herbatki z malinowych łodyg. Piliście taką kiedyś? Moja babcia (ta od kroju i szycia) uważała, że świetnie działa na przeziębienie. :) W każdym razie: mieszanka suchego olejku cytrynowego z zieloną, metaliczną zadzierzystością soku liści malin sprawia, iż kompozycja zaczyna świdrować, burzyć się, uderzać do głowy zaczepiając po drodze o przegrody nosowe. Jest uroczo i niekonwencjonalnie.
Szczególnie po chwili, gdy kompozycja zapożycza sobie nieco z ludzkiego ciepła, włączając nuty lekkiej, dalekiej od zmysłowej dosłowności róży, delikatny, słodkawy powiew kwiatu lotosu. Lecz szampańska zieleń nie śpi. Tym razem reprezentuje ją ciepły i ziemisty fiołek, wspomagany... cichutkim tchnieniem żywic! Poważnie - one tam są i ja to wiem. :)
Szkoda, że z czasem mieszanina robi się płaska, papierowa i coraz bardziej nudna, choć ów papier nadal jest dość wysokiej jakości. Świeży cedr łączy się z coraz cichszym fiołkiem, natomiast wybitnie syntetyczny mech doprasza się o spokojną suszę. To ziemia gorąca, wyschnięta, choć w pewien ostry sposób puszysta i miła w dotyku. Całości dopełnia łagodna, nienarzucająca się, lekka słodycz kwiatu osmantusa, rześka, mięsista i - czy mnie węch nie myli? - szyprowa.

Przemiły, zażywny wstęp, sympatycznie rozwinięcie oraz nieco wymuszone, choć nadal gładkie, zakończenie. Może nieco rozczarowujące, ale przecież tego należało się spodziewać. Jakoś nie umiem przejść obojętnie obok kolejnego oczywistego, acz łamiącego konwencję, świeżaka; tryskającego radością, pełnego permanentnej radości życia, młodzieńczego optymizmu, niezależnego od metryki lub co poważniejszych kłopotów. Lekkiego, bo niezależnego, świadomego siebie.
Hippy Fizz to czysty i pełny, nieuznający granic hymn na cześć nadchodzących ciepłych dni. Nie zapomnijcie o nim podczas kolejnej wizyty w perfumerii! :)


Rok produkcji i nos: 2008, ??

Przeznaczenie: soczysty, niecodzienny letni zapach dla kobiet, choć mężczyźni też nie powinni czuć się w nich zbyt dziwnie. Idealny na dzień oraz okazje nieformalne [choć na przykład kameralne wesele na świeżym powietrzu również do HF pasuje idealnie :) ].

Trwałość: od pięciu do jedenastu godzin (to drugie latem)

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-świeża

Skład:

Nuta głowy: magnolia, cytryna, liście malin
Nuta serca: kwiat lotosu, fiołek parmeński, róża majowa
Nuta bazy: drewno cedrowe, mech, osmantus
___
Dziś noszę Serge Noire marki Serge Lutens [autoinspiracja ;) ].

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://coolechicstylefashion.blogspot.com/2009/05/bohemian-chic-living-room-delizioso.html
2. http://www.krftd.com/most_read_pages/bohemian-chic/

piątek, 8 kwietnia 2011

Goździki i kamfora

O tym panu dawno nic nie było: Serge Lutens. Losowanie wśród wszelkich dostępnych mi pojemności pachnideł imć Serge'a wskazało na Serge Noire, którego dotyczyć będzie poniższa tyrada. :) Miałam co prawda mieszane uczucia, bo całkiem niedawno pisał o nim Fqjcior, a nie przepadam za recenzyjną masówką [choć z punktu widzenia czytelniczki wiem, iż takowe mają swój smaczek ;) ]. W końcu dałam sobie spokój i zabrałam się za pisanie; mam nadzieję, że nie zostanę zlinczowana za "zgapiarstwo". :)

Jeszcze zanim miałam okazję wwąchać się w dzieło Sheldrake'a, intrygująca wydawała się jego nazwa: dlaczego Lutens zrobił z siebie kobietę? Skąd pomysł na zastosowanie żeńskiej formy własnego imienia, skądinąd w przyrodzie nie występującej? Czemu Serża, a nie Serż? [wskazówka: literka "e" na końcu wyrazu "noire" robi z czarnego czarną, co rzutuje na rodzaj pierwszego członu nazwy :) ]
Szybka rundka po internecie oraz wątłe wspomnienie z dzieciństwa o babci, prawie-kreatorce mody [hm, mówię Wam: gdyby nie socjalizm, dziś przyszłoby nam oceniać dizajnerskie perfumy sygnowane jej imieniem; ileż to jeszcze podobnych talentów stłamsił nam i zniszczył jedynie słuszny ustrój?] rozjaśniły co-nieco w mojej głowie. Serża bowiem jest rodzajem tkaniny, "obustronnie diagonalnej, samodziałowej, (ba)wełnianej, jedwabnej albo płóciennej, używanej głównie na garnitury, płaszcze i suknie. Etymologia - fr. serge z łac. sericus 'jedwabny' (źródło TU)".
...i tak upadł mit o feniksie. ;)
Trudno. Przechodzę do meritum.


Czarna Serża to jedna z najbardziej "ludziowych" niszowych kompozycji, żadnych potworów, lochów, smrodów, duszności, słowem: idealna na wizytę w urzędzie, na wywiadówkę, na egzamin ustny, stawanie przed komisją taką lub siaką czy w banku po kredyt mieszkaniowy albo w bibliotece, kiedy przychodzi nam oddać książki... wypożyczone piętnaście miesięcy wcześniej. ;) Taka, którą można nosić bez uszczerbku dla zdrowia oraz dobrego samopoczucia swojego i osób trzecich. Lekka, nieco odświeżająca, żywa, a przy tym żadną miarą nie wywołująca moralnego kaca u nosiciela przyzwyczajonego do drewniaków i kadzideł, który - nie chcąc drażnić rannego lwa - musi przerzucić się na coś miłego, uroczego i przydatnego.
Serge Noire daje szansę na wewnętrzną harmonię pod powłoką przymusowego uładzenia osobowości.


Pisząc o SN zmuszona jestem usytuować swój doń stosunek gdzieś pomiędzy bezdyskusyjnym zachwytem a wieloma aspektami niechęci rodzimych internautów. Przede wszystkim nie znajduję w niej nawet cienia czegoś odpychającego, budzącego niechęć, może i agresję. Nie, to mieszanka miła, grzeczna (choć nigdy nie potulna), dosyć przewidywalna oraz miękko przestrzenna. Typowo lutensowska, szczególnie po spotkaniu z charakterystyczną słodkawą bazą.
Jednocześnie ugrzeczniona i zadziorna, choć to drugie w znacznie mniejszej ilości. Akurat takiej, by nie dało się zarzucić pachnidłu nudy, flako-olejowości, garmażeryjnego banału. W SN cięgle "coś" się dzieje choć, przebóg!, nie są to gwałtowne porywy i dusze miotające się niecierpliwie a bez końca. Raczej miękka, bezpieczna powtarzalność, złączone z ruchami księżyca przypływy i odpływy wód oceanicznych. Trwałe i pewne.

W Czarnej Serży tkwi coś jeszcze. To nad wyraz wdzięczne połączenie nut przypraw, kadzidła, "surowej" żywicy i drewna w ogóle. Oraz apetyczna, upojna woń kamfory, nie wiem czy nie bardziej sugestywna od słynnego Esprit du Tigre marki Heeley, skądinąd bardzo pięknego. :) Jako, że mnie woń maści "z tygryskiem" nigdy, przenigdy nie kojarzyła się źle. Stanowi wręcz jedno z milszych olfaktorycznych wspomnień dzieciństwa.
Zresztą nieistotne. Obecnie ciekawi mnie unia elementów składowych Serge Noire.


Od początku do końca mam do czynienia z pachnidłem opartym na kamforze, tym najdoskonalszym świeżaku ever. ;) Jednocześnie miętowo ostrej, ekspansywnej, ale także pełnej żywiczno-drzewnego uroku, idealnie wyważonej, działającej w sposób inteligentny [kiedy trzeba orzeźwiającej, w innym przypadku - rozgrzewającej mięśnie i stawy]. Jedyne, co różni poszczególne fazy, to sposób obudowania owej czarownej nuty.
Więc na początku mamy kamforę świeżą, soczystą, miętową i niemal agresywną. Niemal, ponieważ goździki, zesłane jako eteryczni uspokajacze nuty głównej, wzorowo wywiązują się ze swoich obowiązków, wprowadzając akcent uroczej, nieco zmysłowej egzotycznej korzenności.Towarzyszy im cichutki, słabiuteńki duch pudrowo-czekoladowej paczuli. Tak nieśmiały, iż znika wkrótce po ujawnieniu swojej bytności.
Następnie kompozycja uspokaja się [jakoś nie przeżywam szoku ;) ], nabiera odrobiny dystansu. Kamfora także zyskuje wymiar lekko pudrowy, akcent powoli przesuwa się w stronę żywicy. Goździki mieszają się z cynamonem, kuminem (a może kminkiem?), odrobiną wanilii oraz pieprzu w trudną do podzielenia, jednorodną masę. Czyżby to była ambra...? Zapach mocno ją przypomina, choć zdaję sobie sprawę, iż to może być tylko silna autosugestia. Lecz mam nadzieję, że tym razem się mylę; za bardzo lubię ambrę, zbyt mocno mi ona "pasuje" do całości obrazu SN. :) Tak więc w sercu dominują kamfora, ambra i przyprawy. Ślicznie..
Natomiast w ostatniej odsłonie wyczuwam typowy "tygrysi balsam": cichy, mruczący, przymilny; przyjazny dla miłośników orientalnych woni. Towarzyszy mu wspomniana niezidentyfikowana żywica, strużka kadzidła frankońskiego, gęste, słoneczne labdanum oraz dziwna miodowo-rumowa pijacka szanta, znana choćby z Idole od Lubin. Dzięki niej potrafię wydedukować obecność hebanu.
Jest jeszcze obła, puchata, kremowa lutensowska podstawa; coś, co "trąci" olfaktorycznym podpisem Christophera Shaldake'a. Dzięki niej wiem, na czym stoję. Ta Serża, czy ten Serż, jest nieodrodnym dzieckiem swoich ojców. :)

No dobrze, a gdzie tu zapowiadane zdystansowanie wobec zachwytów? Ano w tym, że choć Serge Noire jest wdzięczna i nad miarę urodziwa, to jednak czegoś jej brakuje. Może nutki szaleństwa, może niedopowiedzenia? Zbyt wiele dziś woni miękkich i przytulnych, by omawiany twór był w stanie znacznie wybić się ponad przeciętność. Poza tym, już gdzieś słyszałam tę piosenkę.. ;)
I nawet pięknie rozpisana partia kamfory nie przekona mnie do kupna własnego flakonu.
Przynajmniej nie teraz.


Rok produkcji i nos: 2008, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: bezpieczny zapach typu uniseks o nieprzesadnej emanacji. Dla każdego, na wszelkie okazje.

Trwałość: od dziewięciu do blisko osiemnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: paczuli, cynamon, goździki (przyprawa)
Nuta serca: ambra, kamfora, nuty zielone
Nuta bazy: czarne drewno (?), labdanum, inne nuty żywiczne
___
Chwilowo pachnę sobą. :) Przedtem było 2 od Comme des Garçons , a za chwilę - sama nie wiem.. :)

P.S.
Źródłem ważniejszych ilustracji jest DeviantArt:
1. Cloves autorstwa Katari01.
2. Cloves autorstwa ArcadianSpaceship.
3. Camphor Tree autorstwa Ruindur.