niedziela, 30 listopada 2014

Szklany dom w Grasse, czyli biały chleb i czerwone wino

Najprostszy, najmniej skomplikowany, najbardziej sycący, pełnowartościowy oraz pyszny posiłek - jaki to?

Dzięki życiu w kręgu kultury zachodniej, jedną nogą wyrosłej z grecko-rzymskiego antyku, drugą natomiast spomiędzy wierzeń semickich ludów Bliskiego Wschodu - w każdym razie konsekwentnie z ciepłych okolic basenu Morza Śródziemnego - mamy w głowie jego uniwersalny, niemożliwy do podważenia wzór, na który składają się naturalne pieczywo, sery, wędliny, oliwa, owoce, orzechy i wino.
Natomiast w wersji absolutnie minimalistycznej same chleb i wino. ;)


Taka jest oczywista podstawa, niezależna od drobiazgu, czy mieszkamy na Lazurowym Wybrzeżu, na Krecie, w Walii, w Wielkopolsce czy na Morawach; bez różnicy: wcielamy ją w życie każdego dnia, jest podstawą naszej codzienności czy też traktujemy jako większą lub mniejszą abstrakcję. Ideał, do którego zgodnie każą nam dążyć podstawowe teksty naszej kultury oraz najnowsze kinowo-literackie hity, jest tylko jeden.
Każdy z mieszkańców wyżej wspomnianych regionów po prostu musi zgodzić się ze stwierdzeniem, że Paweł z Tarsu i Frances Mayes na wspólnej kolacji zjedliby mniej więcej to samo.

Czy nam się to podoba czy nie, taki jest elementarny punkt kulinarnego odniesienia kultury, której jesteśmy częścią. Najbardziej podstawowy wzór tego, czego potrzebujemy na co dzień, aby móc w dalszym ciągu żyć i funkcjonować jak dawniej. Kompas jednocześnie stabilny i wrażliwy [jak to kompas ;) ], wskazujący kierunek, w którym aktualnie podążają nasze ulubione sposoby zmysłowego doświadczania świata.

A mówiąc po ludzku: od tego, jakie smaki w danej chwili lubimy najbardziej zależą też nasze sympatie odnośnie zapachów. :) Nie jako osób indywidualnych, bo tu ścisłych reguł brak, lecz jako całych społeczeństw.
Żeby to wyjaśnić, posłużę się przykładem wspomnianej już minimalistycznej wersji śródziemnomorskiego posiłku, czyli pewnych znaczących zmian w gustach Zachodu odnośnie chleba i wina.


Czy byliście kiedyś w skansenie albo parku etnograficznym? A może w jakimś muzeum chleba? We młynie?
Jeżeli tak, na pewno widzieliście, w jaki sposób uzyskiwano mąkę przed wiekami a jak współcześnie.
Zresztą do tego nie trzeba osobistej wizyty w żadnym z wyżej wymienionych miejsc, wystarczy pójść do najbliższego sklepu spożywczego i kupić kilogram poznańskiej lub tortowej. Potem otworzyć opakowanie i zanurzyć rękę w białym proszku, w mięciutkim, oblepiającym skórę pudrze. A następnie przypomnieć sobie opowieści własnych dziadków na temat wojennego chleba: ciemnego, z otrębami a nawet łuskami zbóż, z rożnymi najdziwniejszymi składnikami, mającymi podnieść kaloryczność pieczywa.

Nie wiem, jak było w Waszych rodzinach ale moi przodkowie wspominali taki chleb jako coś koszmarnego, co można było jeść tylko dlatego, że było się naprawdę głodnym. Wojenny, upokarzający, zrodzony z biedy oraz niepewności jutra erzac podstawowego pokarmu; coś tak dalekiego od porannych ciepłych, bielutkich bułeczek ze świeżym masłem i konfiturą, jak to tylko możliwe. Cóż, na widok moich dzisiejszych dokonań piekarniczych uznaliby pewnie, że cierpię skrajne ubóstwo albo ludzkość zwariowała do reszty i chce siebie jak najszybciej wykończyć. ;)
Dla nich bowiem, ludzi urodzonych mniej więcej w ciągu dwóch pierwszych dekad wieku XX [albo wcześniej, bo mojej rodzinie przydarzyło się trochę długowiecznych delikwentów :) ], białe pieczywo z miejsca kojarzyło się z jedzeniem zdrowym, higienicznym i bezpiecznym. Pokarmem robionym z mąki jak najczystszej, pozbawionej szkodliwych dla zdrowia, niejadalnych dodatków, wypiekanym bez ryzyka kontaktu z morderczymi zarazkami. Idealnie higienicznym.


Gdyby mieszkali w Stanach Zjednoczonych, z pewnością nieporównanie wyżej stawialiby chleb robiony w wielkich, przemysłowych piekarniach, znacznie bardziej sterylnych niż domowe kuchnie i o piecach, których wysokie temperatury praktycznie wyrzynają w pień kolonie bakterii (w odróżnieniu od rachitycznych domowych piekarników). Chleb z fabryk pożywienia gwarantował także brak różnych niepożądanych wkładów jak kreda czy ałun, stosowanych ponoć powszechnie przez małe rodzinne piekarenki. Dlatego pewnie z zadowoleniem wcinaliby pieczywo produkowane w dziesiątkach tysięcy identycznych egzemplarzy, faszerowane różnymi "witaminkami" i polepszaczami, podnoszącymi ciasto bezpieczniej, niż jakieś drożdże (grzyb! bakterie!) albo zakwas (jeszcze więcej bakterii!).
A może wcale nie? Może nie byliby aż takimi radykałami? Mam nadzieję że nie, ponieważ dawno udowodniono powiązania amerykańskich kampanii promocyjnych białego chleba z poglądami rasistowskimi orędowników tegoż [“Biała mąka, czerwone mięso i błękitna krew składają się na trójkolorową flagę podboju", jak stwierdził pewien tamtejszy fanatyk w początkach XX stulecia]. Na szczęście jednak jest to problem czysto hipotetyczny, ponieważ w Polsce międzywojennej takich właśnie, wielkich przemysłowych piekarni po prostu nie było. Przynajmniej byliśmy - i wciąż jesteśmy - zdrowsi.

Pęd do utrzymania arcywysokiej higieny okazał się bowiem zgubny. Dziś wiemy, że wyrugowanie z naszej diety mąki pełnoziarnistej a ograniczanie się do spożywania pieczywa z samej pszenicy tudzież pszenicy i żyta, w znacznej mierze przyczyniły się do powstania najboleśniejszych współcześnie chorób cywilizacyjnych. Cukrzyca i otyłość to w linii prostej potomkowie uprzemysłowionej produkcji żywności (o czym jej zwolennicy wiedzieli od samego początku ale mieli głęboko w czterech literach); także choroby układu pokarmowego i tarczycy ulegają pogłębieniu, jeżeli ich leczeniu nie towarzyszy dieta minimalizująca spożycie białego, glutenowego pieczywa. Coraz więcej dzieci rodzi się z celiakią, chorobą niebezpieczną nawet wówczas, kiedy podczas przygotowywania bezglutenowego posiłku skorzysta się z noża i deski do krojenia, które wcześniej miały do czynienia z "normalnym" chlebem.
Tych wszystkich schorzeń nie byłoby, gdyby nie zaślepienie naszych przodków bielą, higieną i lekkością. Nie w takiej skali, z jaką musimy mierzyć się obecnie - i która wciąż rośnie.

Kiedy pieczywo przygotowało korzystny grunt zmianom w diecie członków zachodniej cywilizacji, śmiało mogły zmieniać się również i inne dziedziny sztuki kulinarnej, również te o wielowiekowej tradycji. Także winiarstwo.
A przy okazji cały świat, w tym oczywiście środowisko sponsorów, twórców i użytkowników perfum.


Na razie jednak zostańmy przy winie. Dlaczego?
Bo przykład pewnego enologicznego terminu pokaże nam, w którym kierunku podążył świat węchowych gustów współczesnego człowieka i dlaczego są to zdradliwe, niebezpieczne, paskudne manowce. ;) Niemal olfaktoryczny Mordor, przynajmniej dla mnie.

"Jeżeli zdarzy się wam pić wino w gronie winiarskich nudziarzy, słowem, które możecie usłyszeć, wypowiadanym z niejakim grymasem, jest brett. - Ma bretta. Ale brett! - kręcą głowami, marszczą nos, a z oczu bije im zadowolenie, że przyłapali łobuza".
Ewa Wieleżyńska, Łobuz brett [w]: Kuchnia. Magazyn dla smakoszy, nr 1/2014, s. 74.

Wiadomo, że w bukiecie wina można wyczuć najdziwniejsze zapachy, często teoretycznie od pomienionego trunku jak najdalsze: od ziaren kakaowca przez róże czy cenne żywice po śmietankę, ser pleśniowy, stare skarpetki i obornik. Z czego pierwsze są przyjemne ale trzy (a na pewno dwa) ostatnie już niekoniecznie. :D Były jednak oczywistą częścią składową woni wina i, jako takie, akceptowano je.
Sądzono, że wszystkie wywodzą się z ziemi, na której leży winnica. Uważano, że bez akordów kompostu czy zwierzęcej sierści najlepsze medoki, burgundy czy cabernets sauvignons z francuskich apelacji nie mają racji bytu. Tylko jak podobne wonie wyglądają na tle tych wszystkich czystości i lekkości? Są niemodne!

Gdy pod koniec ubiegłego wieku odkryto, że za ową kłopotliwą przypadłość odpowiedzialne jest nie terroir ale dzikie drożdże  z rodzaju Brettanomyces, obecne w skórkach winogron a roznoszące się przede wszystkim podczas procesu produkcji i dojrzewania trunku, wielu winnych pasjonatów z pewnością odetchnęło. Ta wiadomość była jak dar: "skoro wiadomo już, co szkodzi, co czyni nasze ulubione wina niehigienicznymi, zacznijmy je nareszcie  czyścić!"
Skąd taki pęd? Odpowie nam znów autorka poprzedniego urywka - i również bezpośrednio, bo jej słowa są jak miód na moje uszy:

"Rzecz zmieniła się mniej więcej w latach 90. (...) ze względu na zmieniającą się modę, która w tym właśnie czasie perfumom nakazała naśladować odświeżacze powietrza (w awangardzie tego nurtu była l'Eau d'Issey Miyake), a winom pachnieć czysto, ożywczo i cytrusowo (wtedy rozpoczął się boom na trawiaste, cytrusowe nowozelandzkie sauvignons blancs)".
Ibidem, wytłuszczenia mojego autorstwa.

:D No właśnie. O-tóż-to. ;]
"Wino śmierdzi koniem? Zaszlachtować bydlę!" "Perfumy czuć potem? Pewnie dlatego, że noszą je stare dziady i baby!" Znów obsesyjne dążenie do czystości doprowadziło do dewastacji dwóch starożytnych gałęzi sztuki.
Na szczęście winiarze już zaczęli orientować się w rozmiarze swego niedawnego błędu.


Okazało się bowiem, że to cudowne, nowe, czyste wino nie pachnie już tak, jak dotychczas. Wraz z radykalnym usunięciem Brettanomyces z bukietu poznikały także aromaty przyjemne, jak wspomniane kakao i róża, jak maliny, truskawki, fiołki, pieprz, kardamon, runo leśne czy strużyny ołówka. Zmianom uległa też struktura wina a ze smaku drastycznie wykorzeniono umami, które wcześniej tyle razy odpowiadało za wyjątkowość owego alkoholu.
Po raz kolejny okazało się, że czystość zabija - a na pewno utrudnia życie. Radykalnie i na wielu poziomach zrozumienia.

Przecież tak duża częstotliwość występowania alergii w naszym społeczeństwie bierze się stąd, i tylko stąd, że dawno temu wpadliśmy w amok sprzątania naszych małych mieszkań, regularnych i częstych szaleństwach na szmacie i odkurzaczu, z miotełką do kurzu w jednej ręce a płynem do mycia szyb w drugiej. Na raty zabijaliśmy odporność naszą i naszych dzieci, utrudniając działanie układu immunologicznego.
Obsesja na punkcie czystości pieczywa, wina czy perfum jest po prostu naturalną konsekwencją tej choroby. Tak - choroby. Nie bójmy się tego słowa. Dążenie do oczyszczenia całego świata z całego brudu i niebezpieczeństwa to CHOROBA.

Z naturalnego dążenia do zdrowia i komfortu uczyniliśmy cywilizacyjną obsesję, której krytyka bywa ignorowana albo wprost tępiona. W końcu nikt nie lubi słuchać brudasów - a takiej właśnie metki wciąż mogą spodziewać się osoby zachęcające do rzadszego sprzątania. Z ryzykiem podobnej obelgi za niniejszy tekst liczę się i ja.
Wszak to nic przyjemnego słuchać, jak wirus prawdziwej choroby poddaliśmy dalszej mutacji i w dalszym ciągu dopracowujemy go do perfekcji. Licząc na to, że kiedy oczyścimy cały świat, będziemy wreszcie nieziemsko szczęśliwi a nasze dotychczasowe problemy znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Moda na zdrowy chleb, pieczony w domu bez sztucznych ulepszaczy z całą tablicą Mendelejewa w składzie, szczęśliwie zatacza coraz szersze kręgi. Nawet najradykalniejsi enolodzy są zdania, że w niektórych winach brett przesądza o wyjątkowości. A co dzieje się z perfumiarstwem?

Dokręca śrubę markom sprzeciwiającym się obsesji higieniczności.


Fotografię ilustrującą ten fragment tekstu wybrałam z rozmysłem. Lecz był to wybór bardzo, bardzo, bardzo łatwy.

Trudno o lepszy przykład osoby która, trochę wbrew własnej woli, walnie przyczynia się do rozszerzania choroby, niż Jean-Claude Ellena. Perfumiarz, który swego czasu uciekł od pracy dla wielkich koncernów z szacunku dla samego siebie jako artysty. Nie życzył sobie dłużej pracować dla ludzi, którzy jego wysiłków nie szanują, dla których filozofia tworzenia i dzieła będące jej efektem są czymś całkowicie zbędnym. Nie chciał być wyrobnikiem, całkowicie uzależnionym od kaprysu ignorantów z wielkich korporacji. Odszedł "na swoje" i chwała mu za to.
Kiedy powrócił pod skrzydła wielkiego koncernu, zrobił to po negocjacjach i gwarancji, że będzie mógł tworzyć dokładnie to, co, jak i kiedy zechce. Kiedy uzyskał wyraźne potwierdzenie, że będzie mógł tworzyć Prawdziwą Sztukę. Co więcej, wielka firma zagwarantowała perfumiarzowi jak najdogodniejsze warunki do tworzenia owej sztuki, z nowoczesną willą zaopatrzoną w prywatne laboratorium włącznie.
W taki oto sposób Jean-Claude Ellena stał się nadwornym perfumiarzem marki Hermès. I za to też chwała.

No tak, zapytacie teraz, skoro wszystko jest ładne, piękne i harmonijne, to gdzie ta jego szkodliwość?
Albo i nie zapytacie, szczególnie jeśli czytacie mojego bloga od dłuższego czasu i wiecie, że za dziełami Elleny dla Hermèsa oględnie mówiąc nie przepadam. ;) Jednak mam dla swojej antypatii konkretne wyjaśnienie.
Problem w tym, że dla mnie ten twórca zupełnie niechcący wziął udział w procesie szkodliwym dla całej branży. Z dobrego serca, kierując się pięknymi i godnymi szacunku pobudkami - ale wziął. W pewnym sensie powtórzył casus Alfreda Nobla i dynamitu.

Dążąc do oczyszczenia i maksymalnego uproszczenia pachnideł ten zwolennik olfaktorycznego minimalizmu od lat bez sentymentu ruguje ze swoich formuł jakiekolwiek akcenty mogące obudzić wieloznaczne skojarzenia. Czyści nawet pojedyncze składniki, destylując je z wszelkich niepożądanych elementów nawet, jeżeli są one integralnymi częściami zapachu danej rośliny. [W jednym z filmów dokumentalnych Ellena zlecił pozbycie się z zapachu lawendy woni urynalno-zwierzęcych]. Osiąga w ten sposób pachnidła absolutnie przepełnione światłem, klarowne i delikatne. Rozumiem ten proceder, zgodnie z prawdą uznaję go za sztukę i szanuję. Lecz nie potrafię zaakceptować, jak wielki wpływ ma on na przemysł perfumeryjny, jak zeń wynika i jednocześnie utwierdza.


Powiedzmy sobie szczerze: gdyby Ellena tworzył kolejne Ogródki czy Jour (d'Hermès) pod szyldem The Different Company - którego nazwa była przecież znaczącym symbolem odseparowania od uprzemysłowionych koncernów perfumowych i zaprowadzonego przez nie kieratu - nie miałabym im absolutnie nic do zarzucenia. Nawet więcej, chciałabym pewnie opisać każdą kolejną premierę, ponieważ takiego artyzmu nie sposób ignorować; i starałabym się nadawać każdej recenzji ton przynajmniej uprzejmy. :] W końcu fakt, że sama czegoś nie lubię, nie może dyskwalifikować pachnidła ani jego potencjalnych miłośników.

Jednak Ellena nie tworzy sobie a muzom. Stoi za nim wielka, ceniąca się firma, jedna z najlepiej rozpoznawalnych luksusowych marek świata. Kolos, jeżeli nie finansowy to na pewno wizerunkowy. Perfumy sygnowane logo z bryczką zaprzężoną w konia można znaleźć, powąchać, przetestować i zakupić dosłownie na całym świecie. W samej Polsce stoją na półkach ponad stu perfumerii Douglas, że o innych nie wspomnę.
Perfumy Hermèsa to nie skromna nisza ale produkt światowej sławy, którego nie powinno się rozpatrywać w oderwaniu od otoczenia biznesowego. To świetnie, że stać ich na wyłączne usługi perfumiarza z prawdziwego zdarzenia, który tworzy kolejne dzieła w zgodzie z samym sobą, jednak summa summarum są po prostu kolejnym przykładem wybujałej higienomanii, ciągnącej się za ludźmi Zachodu od drugiej połowy XIX wieku a od połowy wieku XX zamienionej w regularną chorobę. I to wszystko, naprawdę.

Z mojego punktu widzenia od zapaszków celebryckich, z zapałem testowanych na piętnastolatkach pozbawionych własnego gustu, różni je tylko cena, opakowane oraz elitarna otoczka legendarnej marki.
Brzmi to radykalnie i jest z mojej strony pewnym uproszczeniem, jednak sądzę, że warto spojrzeć na dzieła tworzone przez Jean-Claude'a Ellenę także od tej strony. Nie pomniejszać ich znaczenia ale porównywać z co bardziej przekalkulowanymi konkurentami z głównego nurtu perfumiarstwa (a coraz częściej także z niszą). Bez zbędnej czołobitności sprawdzać ich, legendarną bo potwierdzaną przez tysiące ust, genialność.
Wynik takiego eksperymentu może Was zaskoczyć. :)

Może w przyszłości, zżymając się na kolejne niby-antyalergiczne zakazy UE, pomyślicie też o pośrednim wpływie, jaki na ich ustanowienie miały lekkie, jasne i artystyczne dzieła Elleny, zdecydowanie potwierdzające słuszność lęków higienistów?

___
U mnie dziś Intoxicated od Kiliana. Ciekawa nazwa, nie powiem... ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1.- 5. http://floorabellaportfolio.blogspot.com/2012/05/foodstyling-en-fotografie.html [Autorka: Floor a Bella]
6. i 7. http://www.cafleurebon.com/new-fragrance-review-hermes-jour-dhermes-jean-claude-ellena-to-the-maximum-minimalist-or-luminist-draw/

sobota, 29 listopada 2014

W wigilię świętego Andrzeja

Każdy, kto obejrzał przynajmniej trzy amerykańskie horrory wie, że duchy są złe. Zaświaty składają się z demonów, które zrobią dosłownie wszystko, byle dokopać żyjącym. Znienawidzonym tylko za to, że wciąż oddychają.


Kultura popularna karmi nas taką interpretacją zjawisk nadnaturalnych równie często co konsekwentnie. Jeżeli czasem jakiś Patrick Swayze powróci do swojej żony Demi Moore, wcielając się w Whoopi Goldberg, i tak po chwili z werwą przegonią go Pogromcy duchów. ;) Dopiero od kilkunastu lat Hollywood przedstawia kontakty ludzi z duchami w sposób mniej sztampowy - i nie jest przypadkiem, że za tymi produkcjami stoją reżyserowie o nie-amerykańskim pochodzeniu [wystarczy wspomnieć Mamę Hiszpana Andrésa Muschiettiego czy słynny Szósty zmysł Hindusa M. Night Shyamalana].
To jednak w dalszym ciągu są wyjątki, ginące w tłumie Freddich Kruegerów, istot z Paranormal Activity bądź z kolejnych wcieleń serialu American Horror Story.
Skąd to się wzięło?

Kiedyś myślałam, że domyślne traktowanie duchów i zjaw jako bohaterów jednoznacznie negatywnych i/lub okrutnych wynika z protestanckiej tradycji krajów anglosaskich. Wiecie, gdzie nie było kultu świętych, wiary w czyściec tudzież tysięcy pomniejszych bóstw, tam będzie o wiele trudniej o wielowymiarowe odczuwanie i interpretowanie zaświatów. Jeżeli nie jesteś z "bożej drużyny" to grasz w przeciwnej, tertium non datur.
To u nas, w krajach katolickich, prawosławnych, wśród czczących przodków chasydów czy pomiędzy politeistami o wiele prościej zaakceptować wszelkie nadprzyrodzone akcenty wśród postaci nie będących bogami, uznawać jednocześnie ich nadnaturalność oraz prawo do doświadczania emocji.
Widzieć w nich odbicie nas samych.


Później jednak zrozumiałam, że ów ostry podział jest znacznie starszy, niż europejskie chrześcijaństwo. Wszędzie wierzono, iż w określone dni roku światy żywych i umarłych zbliżają się do siebie i przenikają, jednak my, Słowianie, tego przenikania oczekiwaliśmy (Dziady, Szczodre Gody, Noc Kupały...), natomiast dawni Celtowie - bali się go (Samhain i Beltaine to świetne przykłady). Czyli różnice mają co najmniej dwa do pięciu tysięcy lat a współczesny kontrast między filmową wiedźmą Blair a polską Babunią Jagódką z opowiadań Anny Brzezińskiej to po prostu ich ciąg dalszy.
Zagadka pozostaje zatem nierozwiązana. ;)

Tylko czasem zachodzę w głowę, dlaczego przy takim natężeniu opowieści fantastycznych i niesamowitych, wśród tylu różnorakich duchów, upiorów, zjaw, demonów, skrzatów, utopców, wąpierzy, diabłów i innych nie potrafimy tworzyć horrorów.
Potencjał jest przecież ogromny!


Pomyślcie tylko: opowieść o klimacie Szóstego zmysłu lub Egzorcysty ale bardziej nostalgiczna, jesienno-zimowa, pozwalająca także duchowi czy upiorowi - nawet, jeżeli będzie postacią negatywną - na posiadanie złożonego charakteru. Brytyjczycy już się tego nauczyli; między dickensowską Opowieścią wigilijną a filmem Szepty z 2011 roku jest mniej różnic, niż się zdaje.

Wyobrażam sobie, że w tym hipotetycznym środkowoeuropejsko-słowiańskim horrorze pojawiłby się wątek przepowiedni. Być może mroczny i lepki, przepełniony ezoteryką jak w powieściach Marka Krajewskiego albo zamglony, pastelowy, jasny, odkryty przypadkiem w treści odnalezionego po latach sekretnego pamiętnika prababci.
Lub inaczej: rzecz dotyczyłaby przepowiedni wielkomiejskiej, ukrytej gdzieś po piwnicach wielkiego miasta, w czasie drugiej wojny światowej niemal doszczętnie zburzonego a potem odbudowanego, choć już pozbawionego dużej części duszy, "tego czegoś", co sprawia, że o aglomeracjach chce się opowiadać wciąż i wciąż, na milion sposobów. Warszawa czy Wrocław to nie Rzym ani Londyn, już nie. Miasto bestialsko skatowane, zostawione na śmierć, raz wzgardzone przez człowieka po swym odrodzeniu już nigdy nie będzie takie samo.

Podobnie rzecz miałaby się ze wsią i lasem, ze starymi domami. Z jakimś popegeerowskim dworkiem "z drewna lecz podmurowanym", odkupionym od Agencji Nieruchomości Rolnych przez snobistycznego biznesmena albo parę, zakochaną w sobie i w historii - lub odzyskanego przez potomków dawnych właścicieli - który z powodu dramatycznych zajść w jego murach i późniejszego wzgardliwego traktowania przez komunistyczne państwo oraz ludzki brak wyobraźni, przestałby być dobrym miejscem na budowę gniazda rodzinnego. A który swoim nowym właścicielom dałby o tym znać w sposób dowolny, byle skuteczny.
W podobnym krajobrazie wątek przepowiedni sprawdziłby się znakomicie.


Nie rozumiem, dlaczego nie piszemy takich książek [litości! Ileż można rozlewać się po rozlewiskach tudzież wygrażać bliźnim, że im pokażemy?], nie kręcimy takich filmów... nie tworzymy takich perfum? Bo nie byłyby opłacalne?
Guzik prawda! Ja bym obejrzała, przeczytała, perfumowała się. ;D

Charakterystyczne, że wśród perfum klimat filmu grozy, w którym de facto koszmaru nie ma prawie wcale oraz klimat przepowiedni znalazłam w dziele niezależnej autorki z USA. Moja skóra z jej horroru oraz tajemnicy uczyniła zapach głęboki, wytrawny ale zmysłowy i, poza paroma akcentami, ciepły.
Nie kupuję seansów spirytystycznych ani wypruwania flaków, wolę senne opowieści o cierpieniu i samotności. Wolę ból psychiczny oraz nadzieję na to, żeby znów mieć nadzieję; raz po raz zawodzoną ale wciąż gdzieś tam się tlącą.
Ostatecznie kto powiedział, że zjawie nie należy się psychoterapia? ;)

Kiedy potrzeba mi olfaktorycznego ciepła i mroku, który nie jest - chyba nigdy nie był - zły, wówczas sięgam po Incense Noir marki Ava Luxe.


Tutaj mroczność kadzideł, balsamów drzewnych, oudu i przypraw tak silnych, ze aż gorzkich dystansuje szaro-złociste ciepło piżma i labdanum. Wanilia staje naprzeciwko cennych drzew. Doświadczam niepokoju ale nie grozy; to klimat znany, lubiany, swojski. Wyrastający prosto z mojej duszy.

Zapach rozpoczyna się grą roztapiających się żywic oraz nut drzewnych, zestawionych w woń zbliżoną do ciepłego piżma, trochę mydlanego a trochę kojarzącego się z sierścią drapieżnego zwierzęcia. Czy tak pachniałby las, gdyby drzewa były zwierzętami? Gdyby coś je ożywiło?
Incense Noir pozwala mi snuć setki podobnych przypuszczeń. Ot, choćby przy sercu mieszanki, kiedy na kilka chwil ciepło i przyjazność ustępują miejsca gęstemu kadzidlanemu dymowi, owemu czarnemu oudowi ze spisu nut, gdy miesza się doń dławiąca gorycz ciemnego cynamonu i gałki muszkatołowej, kiedy smoła drzewna zalewa olfaktoryczny krajobraz i oblepia go, stopniowo przysypywana grudkami mirry czy balsamu kopaiwowego [pamiętacie Incense Normy Kamali? Tak tego gagatka jest najwięcej]. Na tym etapie pachnidło jest gęste, ciemne po tysiąckroć, dymne, skomplikowane i mylące tropy; piękne choć jednocześnie budzące zrozumiały niepokój. Gdyby tylko ów etap trwał na mojej skórze dłużej!

Ponieważ niestety później znów czuję się, jakbym wypływała na powierzchnię, z mętnej głębi wracała do świata drzew-zwierząt, tym razem rozjaśnionego ostrymi promieniami porannego letniego słońca. Tu pojawia się słodycz wspomnianych wanilii i labdanum - a może to raczej akord ambrowy? - zręcznie wplecionych pomiędzy hebanowe i dębowe meble, rzeźbionego w sandałowcu Buddę z dworskiego salonu a surowe drzazgi brzóz i topoli. Na leśnej polanie kwitną maki, chabry, irysy, wiatr miesza ich woń z poranną rosą, pokrywającą resztki po wielkim ognisku i niesie prosto w okna pańskich pokoi.
Duchy i upiory harcowały ale nocą; dziś już po wigilii świętego dnia. Młodzież ze wsi zakończyła leśne tany czy szaleństwa świętojańskie, wróciwszy do domów; teraz trzeba ubrać się strojnie i iść do kościoła.


Ślad przeszłości, zatrzymany w murach i drzewach. Odczytane z trudem, wyblakłe słowa z pamiętnika prababki, zamurowanego w ścianie na strychu. Parę razy ścierpła skóra, włosy na karku stanęły dęba ale przecież podczas całej przygody nie wydarzyło się nic naprawdę strasznego. Najwyżej przeszłość stała się mniej odległa, prababka z zaświatów okazała się oddaną przyjaciółką i przewodniczką, rodzinna historia po latach doczekała się kolejnego rozdziału a stary dom - nowego życia.
Same plusy. :)


Zamiast przełomu jesieni i zimy przełom wiosny i lata. :D Co też moja skóra wyprawia z pachnidłami! Gdzie podziewa ich mroczność?
Pewnie tam, gdzie ostatnio zabłądził klimat polskich Zaduszek i Andrzejek, zjadanych przez plastikową tandetę Halloween. Czyli, jakby nie patrzeć, święta wymyślonego przeciwko duchom. Tymczasem nam potrzeba ich bliskości, oczywiście od czasu do czasu i w ściśle wyznaczonych porach. ;) Tęsknimy za pewnością, że oba światy są blisko a my, żywi, kontynuujemy wielkie dzieła naszych przodków.
Tej nie da nam duch-wróg z Hollywoodu ale miejscowy sprzymierzeniec z zaświatów i owszem.

W taki czy inny sposób. Na przykład pozwalając doświadczyć magii zapachu. :)


Rok produkcji i nos: 2007, Serena Ava Franco

Przeznaczenie: zapach typu uniseks z samego środka skali; dla fanów konkretnych brzmień olfaktorycznych niż którejkolwiek z płci.
Raczej bliski ciału, choć w obrębie kilkunastu centymetrów od niego intensywnie wibrujący i rozgrzewający powietrze. Mimo to zdarza mu się zostawiać za uperfumowaną osobą krótki ślad, szczególnie w rozgrzanym powietrzu (co w zasadzie nie dziwi). W ogóle jest to kompozycja wybrzmiewająca mocno, długo i czysto.
Na okazje niezbyt formalne. Chyba, że jesteście fanami perfum drzewnych i Wasze otoczenie od dawna Was z nimi kojarzy. :)

Trwałość: od ośmiu czy dziewięciu do ponad dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i awansem orientalna ;) )

Skład:

drewno sandałowe, heban, czarny oud, kora cynamonowa, dziegieć, balsam kopaiwowy, wetyweria, irys, mirra, balsam peruwiański, balsam gileadzki, wanilia, (akord ambrowy, labdanum, piżmo)
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S. 
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Puszcza Artura Grottgera po dokonanych przeze mnie drobnych przeróbkach. ;)
2. i 4. http://illustratornate.wordpress.com/2013/10/23/dont-stop-bilibin/ [Autor: Iwan Bilibin]
3. i 5. http://pl.wikipedia.org/wiki/Lithuania [Autor: Artur Grottger]
6. http://makiwgiverny.blogspot.com/2012/09/dwor-polski-w-starej-fotografii.html [Prawa: Narodowe Archiwum Cyfrowe].

poniedziałek, 24 listopada 2014

Woda kolońska dla Orientu

Znów na łamach Pracowni zrobiło się zbyt słodko, radośnie i beztrosko. Tak dłużej być nie może. ;)
Zgiń, przepadnij siło (zbyt) czysta! :]

W ramach egzorcyzmów krótka recenzja, pojedyncza impresja zaledwie, na temat pewnego niezwykłego pachnidła.
Aoud Ever marki Montale.


Silne, ostre, przepotężne cytrusy przechodzące w typowy, chropowato-gorący, drzewny orient. Czy to miało prawo się udać?
Moim zdaniem ryzyko wtopy w danym przypadku okazuje się niewspółmierne do szacowanych korzyści: przecież Montalaków jest na pęczki, z czego jakieś pięć szóstych ma słówko "aoud" w tytule. W takim towarzystwie dzieła niebanalne przepadają wśród przeciętniaków czy wręcz słabeuszy; zatem trudno dziwić się, że Aoud Ever sukcesu nie osiągnęło (i śmiem twierdzić, że nie osiągnie już wcale). Jest na to zbyt chybotliwe.

Z jednej strony najeżone cytrusowymi sokami, skrzącymi się niczym promienie słońca i dźgającymi w nos obłędnie aromatycznymi igiełkami; wręcz kolońskie w swej bezpośredniości, tylko dziesięć razy mocniejsze, niż tradycyjne europejskie les eaux de colognes. Z drugiej natomiast, przede wszystkim w dalszych fazach, uprawiające radośnie typowe orientalne smyranie nozdrzy nutami drzewno-skórzano-ambrowymi. Lizolowy oud cały czas konsekwentnie chowa się na drugim planie, by w bazie o ogóle odejść gdzieś w okolice kulis.
Otwarcie fenomenalne, uspokajające rozwinięcie i raczej cicha, przewidywalna baza. Nie, to nie jest wybitne pachnidło. Ba, nawet "dobrym" bym go nie nazwała - ale otwarcie, moi Drodzy, to otwarcie...!
Och i ach! ;D

Jak budzik, mocna kawa oraz chłodny prysznic o poranku w jednym. ;)

Rok produkcji i nos: 2012, ??

Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne o mocy początkowo olbrzymiej, skłonnej zostawiać za uperfumowaną osobą całkiem długi ślad, później dyskretniejsze, rozgrywające się zaledwie kilka centymetrów ponad ludzką skórą i wyczuwalne tylko dla nosiciela bądź nosicielki.
Na okazje, hm... poranne, kiedy chcecie szybko się obudzić. ;) A naprawdę to chyba perfumy nadają się w sam raz dla miłośników woni cytrusowych, którzy z orientami lubią co najwyżej niewinnie poflirtować.
Na lato, zimę, wiosnę oraz jesień; bo w każdej z tych pór cytrusy zachwycają inaczej. :)

Trwałość: około ośmiu godzin wyraźnej, liniowej projekcji.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (i oczywiście świeża)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, limonka, cedrat, oud
Nuta serca: wetyweria, paczuli, czarny pieprz, drewno sandałowe
Nuta bazy: akord ambrowy, bób tonka, skóra
___
Dziś noszę Sand Aoud marki Mancera. Czyli przebywam w zbliżonych olfaktorycznych klimatach. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z https://www.flickr.com/photos/toffiundkamera/8576258417/in/photostream/ [Autor: niejaki Christopher L.]

sobota, 22 listopada 2014

Czasem słońce, czasem deszcz a czasem wiosenna hala


Jest taki film muzyczny, który powstał na kanwie musicalu broadwayowskiego, napisanego na podstawie książki, w dużej mierze opartej na faktach. Film ten powstał w połowie lat 60. minionego wieku, pokazuje fenomenalną wówczas skalę głosu Julie Andrews, jest słodki aż do przesady i - absolutnie cudowny.
Nosi tytuł Dźwięki muzyki. ;)

Historia pastelowa, słoneczna, prosta jak konstrukcja cepa i aż najeżona banałami od pierwszego kadru po napisy końcowe ale, przyznajcie, jak wspaniale się ją ogląda! ;) Jak potrafi wciągnąć! Nawet tych, których zazwyczaj podobne klimaty nudzą lub męczą. Niżej podpisana jest tego najlepszym przykładem. :D
Czasami dawka optymizmu o niewiarygodnie wysokim stężeniu przyda się każdemu i każdej z nas.


Z czego zresztą musieli zdawać sobie sprawę twórcy filmowych Dźwięków muzyki; nie tylko z powodów oczywistych ale również, jak głosi pewna teoria spiskowa, ze względu na morale Amerykanów. Ponoć produkcja tego obrazu w ogóle ruszyła z kopyta, gdyż rząd USA potrzebował takiego właśnie, podnoszącego na duchu lecz pozbawionego oczywistego zakończenia, dzieła do wyświetlania w telewizji na wypadek, gdyby kolejny kryzys kubański nie miał szczęśliwego zakończenia...
W roku 1965 ryzyko niekorzystnego obrotu spraw przecież nadal było bardzo duże.

To oczywiście tylko plotka, której nikt o zdrowych zmysłach nie potwierdzi, jednak działa zarówno na wyobraźnię, jak i na ogólny odbiór muzycznej opowieści o Marii, która chciała siódemki dzieci (oraz ich ojca w gratisie). :) A o czym myślał Jacques Guerlain, kiedy w roku 1906 tworzył perfumy o nazwie Après l'Ondée?
Zgodnie z nazwą pachnidła, zapragnął ponoć uchwycić wyjątkowość i lekkość podeszczowej aury, kiedy słońce wychodzi zza chmur, ogrzewając i rozjaśniając cały nasz świat. Grafomania, kicz i banał, od których aż bolą zęby, prawda?

Jeżeli tak uważacie, koniecznie musicie poznać Après l'Ondée - i zrozumieć, że o tym pachnidle zwyczajnie nie da się opowiedzieć w inny sposób.


Ani bardziej skomplikowanie, ani wykwintniejszymi słowy, ani ubrawszy je w mniej optymistyczne skojarzenie. Nie w moim przypadku. ;) Après l'Ondée to Dźwięki muzyki i kropka.

Tutaj nuty hesperydowe, te olfaktoryczne odpowiedniki życiodajnych promieni słonecznych, łączą się z anyżkiem symbolizującym ciepło Ziemi i kwiatami o duszach radosnych, wdzięcznych, lekkich, kolorowych. Wirują razem w beztroskim tańcu, z pozoru niepomne cieni i demonów, czających się tuż poza ramą ich ślicznego, idyllicznego świata. W naznaczonym śmiechem i beztroską korowodzie prym wiodą fiołki i irysy, choć nieco bardziej zmysłowe akordy żonkila, heliotropu czy mimozy nie zostają daleko w tle.
Za nimi podążają nuty cięższe, stworzone z najcieplejszych wcieleń sandałowca, ambry czy wanilii, gdzieniegdzie tylko zdystansowanych czymś ostrym, złożonym ze szram i zgrubiałych blizn; jednak to tylko cień: subtelna zapowiedź niezbyt kolorowej przyszłości, cicha ale jeż stale obecna. No i zawsze mogąca liczyć na przykrycie ciepło-orientalną, aksamitną i ciemno-słodką pełnią guerlinady, zachwycającej w bazie Après l'Ondée.

Ściele się a skórze miękko, prosto, z niewymuszonym wdziękiem, rozlewa wokół nas i zagarnia niejako "samo przez się", trochę przypadkiem. Nawet nie zdążyłam się obejrzeć, gdy wpadłam w Podeszcz jak śliwka w kompot. ;) Lata temu z Dźwiękami muzyki było identycznie.
Różnica jest taka, że filmów nie poddaje się reformulacjom. :P
[Choć w przypadku perfum muszę przyznać, że recenzowana, współczesna wersja jest naprawdę świetna i ze wszech miar godna logo, które nosi].


Rok produkcji i nos: 1906, Jacques Guerlain

Przeznaczenie: pachnidło ponoć kobiece, choć w czasie, kiedy powstawało, wielu nie przejmowało się podobnymi rozgraniczeniami. Zatem może i my przestańmy, co? :>
Delikatne i bliskie skórze, ze skłonnością do introwersji. Mimo to znakomicie rozegrane w czasie, rozwijające się według klasycznej francuskiego wzoru o kształcie piramidy. ;) Najsubtelniejszy i najkruchszy ze wszystkich Wielkich Klasyków. Idealny na wszystkie okazje, jakie tylko przyjdą Wam do głowy.

Trwałość: w granicach trzech do pięciu godzin ale trudno odeń oczekiwać czegoś więcej. To nie ten typ.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa (i poniekąd szyprowa)

Skład:

Nuta głowy: anyż, akordy hesperydowe, róża
Nuta serca: fiołek, mimoza, jaśmin, głóg, ylang-ylang, goździk (kwiat), głóg, wetyweria, drewno sandałowe
Nuta bazy: kłącze irysa, heliotrop, styraks, benzoes, wanilia, akord ambrowy, piżmo
___
Dziś Hajar marki Syed Junaid Alam.

P.S.
Ilustracja pierwsza pochodzi z https://benefitsofaclassicaleducation.wordpress.com/2014/05/05/the-sound-of-music-1965/ [prawa: 20th Century Fox]

czwartek, 20 listopada 2014

Dąs czy wąs?

Ostatnimi czasy niektóre akcje charytatywne dzięki globalizacji znacznie poszerzają pole oddziaływania, rosnąc w siłę niczym lawina i zamieniając się w internetowy mem. Zanim współ-internauci zaczęli oblewać się wiadrami lodowatozimnej wody w ramach Ice Bucket Challenge, pojawił się Movember, czyli listopadowe - jak to ujęła z typową dla siebie elegancją redakcja portalu Interia.pl - "zapuszczanie wąsów dla jaj". :] A mówiąc językiem bardziej cywilizowanym: akcja, mająca na celu zwrócenie uwagi na problem walki z rakiem prostaty, drugim najczęściej występującym nowotworem złośliwym.

Pomysł był prosty: według statystyk mężczyźni dbają o swoje zdrowie w mniejszym stopniu, niż kobiety. Wtłaczany w głowy od najmłodszych lat stereotyp macho nakazuje części z nich ignorować drobne, choć nawracające, bóle czy zmiany skórne. Bo prawdziwy facet się z sobą nie cacka. Prawdziwy facet trafia do lekarza, kiedy jest już za późno na efektywne leczenie.
Prawdziwy facet choruje i umiera, ponieważ boi się przyznać, że był na tyle mało męski, aby zauważyć w swoim ciele oznaki niebezpieczeństwa i skutecznie je pokonać.

Więc jak w ogóle walczyć z tak skutecznym klinczem emocjonalnym?
Podstępem. ;)

W stereotyp uderzając innym stereotypem, równie chwytliwym.


O ile nie każdy mężczyzna zniesie spokojnie podejrzenia o bycie przeczulonym na własnym punkcie gogusiem bez charakteru (że o aluzjach na temat orientacji seksualnej ledwie wspomnę), to już większość z nich lubi myśleć o sobie jako o dżentelmenie. W końcu bycie szarmanckim mężczyzną starej daty, otwierającym przed kobietami drzwi i całującym je po rękach, eleganckim oraz obytym w świecie, jest równie kuszącym sposobem samookreślenia.

Dżentelmen dba o ten kawałek świata, który uważa za własny: o własną rodzinę i otoczenie, ich bezpieczeństwo oraz godną przyszłość. Dżentelmen uważa też, że jego wygląd zewnętrzny winien stanowić wizytówkę pięknego, dopracowanego w szczegółach wnętrza. Dlatego właśnie regularnie odwiedza fryzjera (lub cyrulika ;) ), nosi się elegancko ale bez krzykliwej ostentacji, ceni dopasowane garnitury z naturalnych tkanin i nawet na porannym spacerze z psem pod żadnym pozorem nie pokazuje się w brudnych butach. :) Mierzi go myśl, że ktoś na podstawie jego nieschludnego wyglądu i zachowania mógłby wyciągnąć niewłaściwe wnioski odnośnie braku kultury osobistej i kontroli nad własnym życiem; gdyż samo takie spostrzeżenie, jeżeli ktoś już je poczynił, mogłoby być okazać się prawdziwe. Wtedy świadczyłoby o moralnym i społecznym upadku dżentelmena a także kompletnej rozsypce jego kawałka rzeczywistości.

Właśnie dlatego dżentelmen powinien o siebie dbać, nie tylko o wygląd zewnętrzny ale również o jak najlepszą kondycję i zdrowie w idealnym stanie. Ponieważ w zdrowym ciele zdrowy duch!


Prawda, że to dużo ciekawsza retoryka, niż medyczna ignorancja typowego macho? ;]

Mit klasycznego, dziewiętnastowiecznego dżentelmena w służbie zdrowiu jego prawnuków. :) Tak rozumiem ideę fundacji i ruchu Movember.


I stąd wywiodłam skojarzenie listopadowej wąsatości z nowoczesnymi dżentelmenami, renesansem zawodu golibrody [niejaki Nergal też coś o tym wie ;) ], klasyczną elegancją w dwudziestopierwowiecznym wydaniu a także - co za niespodzianka! - z perfumami. Takimi, które "barber shops" czy "male grooming salons" mają w podstawowym garniturze swoich genów, przynajmniej według marketingowców producenta. ;)
(Języka angielskiego też nie użyłam przypadkowo. :D )

Bayolea marki Penhaligon's, wskrzeszona po latach angielska klasyka.
Chociaż, skądinąd słusznie, skierowana przede wszystkim do mężczyzn, ciekawa i warta uwagi również na skórze kobiecej. Na własnym przykładzie opiszę Wam w skrócie, dlaczego.


Przede wszystkim jest to ten rodzaj pachnidła, któremu nie sposób się oprzeć, gdyż jest po prostu świetne. Za dobre, aby je ignorować. :)
Sprytnie rozegrane między najklasyczniejszymi z klasycznych akordów męskiego perfumiarstwa; tak, że ciesząc się wonią Bayolei na ciele, nawet nie zdążyłam nabiedzić się nad własną niechęcią wobec nut świeżo-cytrusowych. Myśl o ewentualnej "niestosowności" tego paprociowca w zetknięciu z kobiecością ni przez moment nie postała w mojej głowie [choć uczciwie muszę przyznać, że ona w ogóle pojawia się w mojej głowie niezwykle rzadko, w przypadku perfum właściwie nigdy]. Tym zapachem trzeba się po prostu cieszyć, chłonąć go zmysłem powonienia i umysłem jednocześnie. Można zarówno analizować na chłodno, jak i zwyczajnie czuć; wszak obie postawy w tym konkretnym przypadku okazują się równie zrozumiałe. I to na kilku poziomach.

Perfumowy fascynat podejdzie doń z całym bagażem olfaktorycznych doświadczeń, setkami przewąchanych wód, dziesiątkami przeczytanych książek czy obejrzanych filmów, tysiącami rozmów na żywo i online, podziwiając twórcze napięcie pomiędzy ewidentnym hołdem dla Perfumowych Legend a praktycznym z handlowego punktu widzenia, nowoczesnym sposobem rozwoju pachnidła. Amator doceni klasyczny bukiet oraz nienachalną projekcję czy wszechstronność mieszanki, pozwalającą dopasować ją do najróżniejszych okazji. Osoba olfaktorycznie obojętna natomiast będzie używać Bayolei "bo tak", być może "bo wypada" a "ludzie ją chwalą". Każdy będzie zadowolony z wyboru. :D

I każdy doświadczy zbliżonego rozwoju omawianej kompozycji: od orzeźwiającego, niesłodkiego i stonowanego otwarcia, przez dystyngowane przyprawy i suche zioła w sercu po zamsz, płynnie przemieszczający się wśród dojrzałych akordów i ostatecznie ewoluujący w drzewno-paczulowo-mszystą bazę, głęboką, suchą oraz ożywczą. Chemia i składniki naturalne przenikają się wzajemnie, uzupełniają i wyjaśniają w jednych miejscach, inne pozostawiając dyskretnie niedopowiedzianymi.
To ciekawe, jak woń równie bogata i skomplikowana może w dalszym ciągu pozostawać czystą, stonowaną i godzącą się na uświęcone tradycją, podrzędne miejsce w stosunkach perfumowo-ludzkich. ;) Przy czym "podrzędne" nie znaczy wcale "słabe" bądź "degradujące"; to po prostu klasyczna, staromodna hierarchia wartości, siła znająca swego zwierzchnika.

Jeżeli więc pociągniemy dalej analogię ze wstępu zauważymy, iż ciało to zewnętrzna forma dla ludzkiej duszy, jej wizytówka. Choć dusza od niego zależy, bez niej zmarniałoby nieporównanie szybciej. Jedno i drugie jest silne wtedy, kiedy umieją harmonijnie współpracować. Co tyczy się zarówno ludzkiego zdrowia, jak i perfum. :)
Panowie, badajcie się!


Rok produkcji i nos: 2014, Mike Parrot

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn ale, jak już wspomniałam w recenzji, bardzo wdzięczny także na skórze kobiet. W obu przypadkach zaś wyrazisty w kontakcie bezpośrednim ale z daleka dyskretny, emanujący dyskretnie na otoczenie uperfumowanej osoby i występujący pod postacią delikatnej aury. W miarę upływu czasu oczywiście coraz bliższy ciału.
Na dosłownie wszystkie okazje, pory dnia czy roku. W swojej uniwersalności przypominający takie współczesne perfumy, jak Aventus marki Creed czy Juniper Sling tegoż Penhaligon's. [Londyńczycy ewidentnie wiedzą, jak stworzyć klasyka pożądanego przez tysiące mężczyzn. ;) ]

Trwałość: siedem do dziesięciu godzin wyraźnej projekcji oraz drugie tyle stopniowego wyciszania

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: trawa cytrynowa, mandarynka, tangerynka
Nuta serca: neroli, czarny pieprz, lawenda, kardamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, akord ambrowy, paczuli, naturalny mech dębowy, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Trzy (a właściwie sześć) pierwszych ilustracji pochodzi z sesji zdjęciowej poświęconej Movembrowi, zrealizowanej przez kanadyjskie Studio 1079 i zaczerpnęłam je bezpośrednio ze strony atelier. Autorką fotografii jest Rita Steenssens.

wtorek, 18 listopada 2014

Wszystkie pomyślności świata


Ładnie? No pewnie, że ładnie! :)
Perfumy, które chcę dziś opisać, również nie mogą skarżyć się na brak urody. Właściwie to miałam poświęcić im kilka słów już w wakacje, jednak przeszkodziły mi brak czasu oraz nadmiar intrygujących kompozycji. Hamsa, podpisana nazwiskiem Celine Leora, musiała poczekać na swoją kolej. Która wypadła akurat w drugiej połowie listopada, zaskakująco ciepłego ale pochmurnego [dziś, wychodząc z domu na poranną przebieżkę, po raz pierwszy w sezonie poczułam w na karku przejmujący, krystaliczny oddech Marzanny], więc chyba nie ma powodów do zmartwień? ;)
Taki bodziec endorfinowy z pewnością przyda się każdemu! :)

A Hamsa to przecież nic innego, jak promienny, serdeczny, podnoszący na duchu uśmiech. Jest w niej i lekkość życia w ciepłym klimacie, i optymistyczna harmonia kontrastowych barw, czystość wody i powietrza a także głębia pozytywnych emocji czy też wyraźnego, przyjemnego oblicza kultury o wielotysiącletniej historii. Autorce pachnidła udało się znakomicie zrealizować pomysł, by zawrzeć w swoim dziele tradycje miejsc świętych kilku religii, złączonych w całość za pomocą symbolu oznaczającego pokój i pomyślność.
Poszczególne akordy mieszaniny łączą się i przenikają w sposób tak pełny oraz naturalny, że naprawdę trudno je rozdzielić, wyłapać za ogony i nadać im nazwy. Wyczuwam co prawda i ozonową lekkość lotosu, i zmięte w dłoni drobne pączki krzewu czarnej porzeczki, goryczkę palonych kawowych ziaren, z czasem coraz wyraźniejszą, a także snujące się to tu, to tam jasnopopielate smużki kadzidła. Lecz jakże to wszystko rozszyfrować, by opisać przebieg poszczególnych nut?
Nie mam pojęcia. W przypadku Hamsy nie czuję się na tyle pewnie, by wysuwać podobnie lekkomyślne deklaracje.

Nos jest narzędziem zawodnym, mózg oszukać jeszcze łatwiej, dlatego jedynym, na czym naprawdę warto polegać, są nasze emocje. A tych w Hamsie z pewnością nie brakuje. Jest ich tyle, co na pełnym wina, śmiechu i muzyki małomiasteczkowym śródziemnomorskim festynie. :)
Hamsa - la dolce vita!

Rok produkcji i nos: 2011, Celine Leora

Przeznaczenie: zapach nie tyle uniseksualny, co omniseksualny. ;) Piękny nie na kimś (ani tym bardziej nie stworzony dla kogoś), nie z racji takich a nie innych nut, lecz z powodu samego faktu swojego istnienia. :) Właśnie dlatego polecam go dosłownie każdemu i na każdą okazję; tylko naszą zimą może zbyt mocno wtulać się w ciało, zbyt rozpaczliwie pragnąć ciepła - wtedy wspomóżcie bidulkę, stosując jej większe dawki. ;)
Nie zrażajcie się też niezbyt silną projekcją Hamsy ani jej płochliwością; wszak to, co piękne, wcale ni musi krzyczeć, aby być zauważonym [autorką powyższych wzniosłych słów jest Wiedźma Coelho ;P ]. Po prostu się nią cieszcie.

Trwałość: latem nie większa, niż cztero- pięciogodzinna, zimą pewnie jeszcze krótsza.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

czarna porzeczka, biały lotos, kadzidło frankońskie, kawa
___
Dziś noszę Sand Aoud marki Mancera.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://novamoda.blox.pl/2011/08/Lets-go-to-Spain.html

piątek, 14 listopada 2014

Parostatkiem piękny rejs...

"...statkiem na paaaręę..." Nie, zabierzcie z mojej głowy Krzysztofa Krawczyka! Osoby w moim wieku nie powinny nawet kojarzyć tego tekstu. ;P
No ale cóż, miałam nieszczęście dostać głupawki po obejrzeniu grafik promocyjnych do pewnego zapach, dodam że bardzo ładnego i starannie przemyślanego. W ogóle nadzwyczaj przyjemnego a na dokładkę kompletnie od czapy zatytułowanego po rodzaju architektonicznego zdobienia. Czyżby więc kryjącego w sobie również dawkę absurdu? :)

Volutes od Diptyque.


Na pewno omawiane pachnidło zostało tak skonstruowane, by z miejsca zauroczyć potencjalnego nabywcę lub nabywczynię: ogromny urok osobisty, naturalny wdzięk, charakter wyraźny ale nie agresywny, niebanalny umysł i w końcu nieco egzotyczna uroda, trochę drapieżna ale w gruncie rzeczy przyjemna dla oczu patrzących. W Volutes ciepłe, topniejące powoli żywice przenikają się ze słodyczą suszonych owoców, by później w oparach suchego dymu i wyraźne zarysowanej, jakby komiksowej, kurzawie egzotycznych przypraw (ach, ten szafran!) osiąść ciężko wśród hedonistycznych ambrowych słodyczy.

Jakie to wszystko ładne, błogie i leniwe! Przy kominku i pykającej fajeczce, z kieliszkiem wyśmienitego koniaku w dłoni, snujące wnukom opowieści na temat własnych wypraw do dalekich lądów i zamieszkujących je ludów, prosto po ukryte w zatopionych okrętach czy głębokich pieczarach pirackie skarby. ;) Istny teatr cieni, zrodzony z wyobraźni kochającego dziadka. :)


Rok produkcji  nos: 2012, Fabrice Pellegrin

Przeznaczenie: wbrew powyższemu opisowi, perfumy nadają się nie tylko dla dystyngowanych, przesiąkniętych dziewiętnastowiecznym stereotypem dziadków. ;) Faktycznie jest to klasyczny uniseks, w sam raz dla miłośników niebanalnej słodyczy, woni żywicznych i drapiącego w nozdrza tytoniu jednocześnie; dla starych, młodych oraz tych wszystkich, których podobne wiekowe ograniczenia nie obowiązują. :)
O mocy początkowo sporej, prowokującej mieszankę do zostawiania śladu za uperfumowanym człowiekiem, później stopniowo zmieniającej się w żywą, pulsującą aurę [grafitowo-fuksjową, jeżeli chcecie wiedzieć dokładnie :) ]; w bazie całkiem bliskoskórna. Zatem Woluty będą pasowały do każdej okazji, jaką tylko dla nich wymyślicie. Pamiętajcie tylko, że jesienią są szczególnie piękne i można liczyć na naprawdę bogaty rozwój!

Trwałość: w granicach jedenastu-czternastu godzin wyraźnej emanacji, choć smyrając nosem po skórze można V. wyczuć i dobę po aplikacji.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: suszone owoce, jasny tytoń, irys, miód
Nuta serca: kocanka, różowy i czarny pieprz, szafran
Nuta bazy: benzoes, styraks, opoponaks, mirra, (akord ambrowy)
___
Dziś noszę Shams od Memo.

niedziela, 9 listopada 2014

Obcy we mnie. Studium przypadku w trzech zapachach

Anglikom jest łatwiej. Hiszpanom i Francuzom także. I Niemcom jest łatwiej, i Holendrom, i nawet poszczególnym Skandynawom... U nich pewien typ rozmów bywa praktykowany intensywnie od bardzo dawna.
U nas zresztą także, tylko niewielu o tym dziś pamięta. O co chodzi?

O nieporozumienia na tle językowym.
W których przecież mieliśmy kiedyś tak żywą, bogatą i - piękną tradycję:


"- Proszę pana, panie dorożkarz, czy pan wolny?
- Niby, że co?
- Bo ja się nie znam, jestem nietutejszy, a chciałbym się dobrze zabawić.
- Co nie mam być wolny, tylko gdzie niby na tę zabawę pojadziem?
- Właśnie słyszałem, że najlepiej to do kabaretu, bo tam się wejścia nie płaci.
- Co tam panu wejście, jak pan masz forsę!
- A forsę to mam od cioci.
- A to nich jaśnie pan siada, to ja powiem jak będzie. Naprzód pojadziem do Europy na wsuwanie deko, a dopiero stamtąd, po kolacji do Moulin-Rouge na szampitra.
- Ach, rozumiem, ale uważasz pan, ja chciałem sobie znaleźć towarzystwo.
- Towarzystwo samo przyknają do jaśnie pana: brunetki, blondynki i różne kolorowe do szampitra to ci się jak ćmy do świecy zlecą, pod hajrem...
- Tak powiadasz pan?
- Ja tymczasem będę stajał na ulicy i w razie czego biegi batem wrzucę i „wio, ty dyszlem parokonnym pędzona przez żebra do gardła - wio!" A jak już szanownego dziedzica dobrze rozbierze!...
- Rozbierze? A która mnie rozbierze?
- Jaka znowuj która? Szampiter pana rozbierze! Weźmie pan damy i pojadziem do Sielanki na raki w śmietanie, knajpa cieszy się niesłabnącym powodzeniem wśród niszczycieli alkoholu i wielbicieli ponętnych nóżek pięknych siksów. Tam już jaśnie pana obrobią.
- Obrobią mnie?
- Tak, ale tylko wedle gotówki. A potem śmigniem do hotelu, ale już z jedną tylko, z tą, co to opowie jaśnie panu dramatyczną historię, jak pragnę kursu do Wilanowa.
- Eee, skądże pan wie, że ona mi opowie?
- Bo mi latka podpowiadają.
- A może pan sałata jakie panienkie?
- Ja mam własne paliwo, własny napęd, więc po co mi jaka brzana, no i moja Gocha szkapa kochana... Niech więc jaśnie pan będzie spokojny, a wszystko będzie wedle pierścionków i zegarka, co się jeszcze ostaną...


- Boję się panie dryndziarz, że mam mało gotówki.
- Jak to za mało?
- Dalibóg, bo ja mam dwadzieścia złotych od cioci.
- A pędź ty niepiśmienna ofiaro kwaterunkowego zagęszczenia, w ciemie bity jaśnie panie, będzie tu porządnym ludziom we łbie przewracał, golec, przegraniec jeden, flanela!
- Ale widzisz, mój człowieku.
- Co człowieku? Sam jesteś człowiek, odstaw się, bo jak lunę batem! Ty lebiego, uważaj na drugi raz, żeby ci pijany dorożkarz dyszlem w gardło nie wjechał...
- Ale ciocia mówiła, że za dwadzieścia złotych to kawaler może mieć wszystko w Warszawie.
- Tak, to posadź se ciocię na karmelicką banię, niech se tam siedzi.
- Panie dorożkarz, to przejedziemy się za te dwadzieścia złotych w Aleje, gdzie trawka zielenieje.
- Idźże ty patałachu do diabła... w Aleje!...
- Tak, to ja zawołam policjanta, że pan jest wolny i nie chce jechać.
- A ty drętwa jedyna, ty pokrako, widzisz go, won od gumów, ty ślimaku. Bodajeś zmarniał, Dodajcie nagła choroba.
- Tak to to w Warszawie tak dorożkarze z pasażerami się obchodzą?
- Widzisz go, pasażer, a tramwajem za dwadzieścia pięć groszy na Muranów, a nie do kabaretu z dwudziestoma złotymi.
- E... kiedyście mnie nie zrozumieli, ja mam dwadzieścia złotych drobnymi, a w portfelu to mam od cioci kilkaset złotych, na kupno sieczkarni i na roztrzepaniec z kobylego mleka.
- A to niechże jaśnie pan tak od razu mówi, proszę bardzo, niech jaśnie pan siada pojedziemy po te sieczkarnie i katolika z pyrkami... Wio!!! Ach ty za uzdę szarpana sieczką i obierkami karmiona w pierwszą krzyżową połamanym batem bita, z Ochoty na Szmulowiznę bez most Kierbedzia tam i nazad ganiana, ciągniesz czy nie!!! Wio... Wio... Chyba se warjackie papiry wyrobie, żeby się już nie użerać i ciężko tyrać ja i moja chabeta...
(...)"
Źródło anegdoty: Stanisław Wielanek, Szlagiery starej Warszawy - Śpiewnik andrusowski. Cytat zaczerpnęłam bezpośrednio STĄD.

No to się dogadali, że hoho! ;)


Jednak mimo wszystko jestem zdania, że właśnie tego brakuje nam we współczesnej Polsce. Nieporozumień o najbardziej podstawowym, najoczywistszym i najnaturalniejszym z podłoży- językowym. Tym, które automatycznie budzi w nas niepewność, czasami utrudnia elementarny dialog lub prowokuje konflikty ale jednocześnie oswaja nas z Innym i, w konsekwencji, buduje naszą tożsamość.

Większość z czytających moje słowa osób najprawdopodobniej wychowała się w Polsce okresu PRL lub lat 90. XX wieku, a więc w kraju jednej kultury, jednego etnosu oraz jednego języka. W państwie, które druga wojna światowa zmieniła chyba na wszystkich możliwych poziomach, od terytorialnego po społeczno-kulturowy i które możliwość aby jakoś sobie z tym problemem poradzić otrzymało dopiero po czterdziestu latach od wydarzenia [a przecież jakiekolwiek działanie w tej kwestii było potrzebne tuż po wojnie ponieważ, nie oszukujmy się, każda strata prowokuje wśród ludzi jakiś kryzys; a różnego rodzaju strat doświadczyliśmy wtedy mnóstwo]. W tym czasie jednak Zachód nie stał w miejscu lecz od co najmniej lat 60. promował, niegdyś marginalizowane albo wprost pogardzane, postawy oparte o pluralizm, tolerancję i multikulturalizm.
I zmieniał się w dalszym ciągu.


Do świata zachodniego wróciliśmy akurat w momencie, kiedy ten zaczął poddawać w wątpliwość sens multi-kulti i zaszczepiania Obcych we własny grunt bez wymagania od nich choćby podstawowej adaptacji, bez akulturacji ale za to z pozwoleniem na tworzenie ścisłych enklaw w obrębie odmiennego społeczeństwa oraz wszystkimi tego negatywnymi konsekwencjami. Słuchaliśmy, niekiedy bardzo emocjonalnej, krytyki poprawności politycznej, jednak nie dane nam było uczestniczyć w procesie, który doprowadził do jej ustanowienia. Ten bowiem rozgrywał się w czasie, gdy tkwiliśmy po niewłaściwej stronie żelaznej kurtyny a jego echa docierały do nas jak kłótnie sąsiadów zza ściany, stłumione i zniekształcone.

Zresztą, w czym tkwił problem? Polska po roku 1945 i tak nominalnie stała się etnicznym monolitem gdzie nawet, jeżeli ktoś pochodził z  rodziny o odmiennym pochodzeniu, siedział cicho modląc się, żeby tylko ów fakt się nie wydał i nie sprowadził na nią lub niego dodatkowych kłopotów. Dowód? A wiedzieliście, że w swoim rodzinnym domu ksiądz Jerzy Popiełuszko rozmawiał po białorusku? :]
No właśnie.


Niemal ciągłe zawirowania historyczne doprowadziły do sytuacji, w której większość Polaków nie zna swoich korzeni. Wojny i armie ciągnące z zachodu na wschód, ze wschodu na zachód, z północy na południe, z południa na północ oraz w poprzek sprawiły nie tylko, że mało komu poza elitą społeczeństwa udało się zachować rodzinne dokumenty, nie tylko uniemożliwiały lekturę (dajmy na to) ksiąg parafialnych sprzed stuleci, w których proboszczowie mieli obowiązek spisywać wszystkie śluby, chrzty i zgony mieszkańców parafii, ale też - co przecież oczywiste - po prostu musiały nieźle namieszać w naszych własnych genach.
Tyle tylko, że najczęściej o tym nie wiemy. Bo i skąd?

Do niedawna Polacy rzadko kiedy miewali problemy z własną tożsamością, ponieważ w ogóle nie mieli tożsamości. Nie takiej, nad którą trzeba świadomie popracować, którą trzeba przemyśleć i zaakceptować albo odrzucić. Tożsamość była dla nas jak kolor oczu: ma się taki albo taki i kropka (względnie kolorowe soczewki dla chętnych). A przecież logika sugeruje, że przy takim a nie innym położeniu geograficznym w naszych żyłach śmiało może sobie płynąć krew polska, ukraińska, niemiecka, czeska, francuska, rosyjska, litewska, szwedzka, fińska, żydowska, romska, łemkowska, karaimska, tatarska, włoska, turecka, rumuńska, flamandzka, szkocka... I super. Ponieważ jest to zupełnie normalne, naturalne a także - oczywiste.
Tylko w naszej części Europy czemuś diabelnie trudne do zaakceptowania.


Większy problem pojawił się dopiero po naszym wejściu do Unii Europejskiej i, związanych z nim, wojażach za pracą do Wielkiej Brytanii, Francji, Holandii czy krajów skandynawskich. Nawet dziś, dziesięć lat po głębokim szoku kulturowym pierwszych polskich wewnątrzunijnych emigrantów, pojawiają się głosy dowodzące, jak głęboki kryzys przechodzi polska tożsamość na wyjeździe, gdy musi non stop stawać do konfrontacji nawet nie z jedną odmienną mentalnością ale z mentalnościami mnogimi, najrozmaitszymi. Jak wielki sprzeciw potrafi budzić w Polakach z UK fakt, że alfabet łaciński, chrześcijaństwo i biały kolor skóry nie czynią z nich automatycznie obywateli lepszej kategorii, bardziej pożądanych niż "cała ta kolorowa hałastra, która łazi w tych swoich szmatach i której nie chce się pracować a tylko żeruje na cudzych podatkach, o co obłudni Angole oskarżają porządnych Polaków".

Widzę w tym ogromny dramat, coś w rodzaju zagłuszanej agresją tęsknoty za sobą samym. Coś, czego by nie było lub co wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybyśmy w dyskusji o tolerancji i multi-kulti uczestniczyli aktywnie od samego jej początku. I - przede wszystkim - gdybyśmy znali języki ojczyste, kolor skóry, kształt nosa czy oczu naszych własnych przodków.
Gdybyśmy także dziś na co dzień doświadczali podobnych nieporozumień, jak panicz i dorożkarz z anegdoty we wstępie wpisu. :) Kiedy musisz się dogadać, mniej skupiasz się na sobie a bardziej na innych ludziach.


Dlatego zabawnym może być fakt, że wszystkie trzy pachnidła, którymi chciałabym się dziś mimo wszystko zająć, w jakiś sposób nawiązują akurat do sytuacji, gdy możliwości jakiegokolwiek dogadania się zostały wyczerpane lub okazały zupełnie niemożliwe - do wojny. Przynajmniej w mojej synestetycznej głowie. ;P
Trzeba jednak pamiętać, że dla Polaków bohater pozytywny to taki, który w taki czy inny sposób walczy o wolność kraju. Swojego albo cudzego, "za waszą i naszą", "ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem". [Drugi cytat jest co prawda bardziej pacyfistyczny ale nawiązuje do jednego z najważniejszych haseł w moim życiu i pochodzi z wiersza, który uznaję za własne credo w stosunkach międzyludzkich]. Wznosi się ponad własne geny oraz pojmuje, że kiedy chodzi o tożsamość, one naprawdę-ale-to-naprawdę nie mają żadnego znaczenia - a ograniczeniem bywają tylko dla głupców.

Polacy, chociaż nie katolicy i polscy żołnierze made in USA. ;)


Ów krótki przegląd rozpoczynam od ludzi, którzy w przeciągu ponad ośmiuset lat sztukę wojenną doskonalili do perfekcji - od Tatarów. O ich wojennych zasługach dla polskiej państwowości przypomniał mi zapach o tytule oczywistym: l'Art de la Guerre marki Jovoy. :)

Zapach rozpoczynający się jasno i jakby mimochodem, płynnie rozwijający się wśród promieni cytrusowego słońca, letnich soków rabarbaru i woni lawendy, wśród aromatycznych łąk i na leśnej polanie, i z głową leniwie wspartą o miękki, zielony mech na pniu dawno ściętego drzewa a twarzą wystawioną bezpośrednio do słońca, przenikającego przez leśne korony. Tak objawia się kocanka, sucha i złocista, rozegrana jako arcyciekawy łącznik w twórczym napięciu między letnim i odświeżającym rabarbarem a ciemną, gorzką, dławiącą gałką muszkatołową.
Kiedy jeszcze później mieszanka stopniowo zmierza ku drzewnym suchościom, ku gładkości sandałowca oraz paczulowemu pudrowi (z lawendą i ziemistym fiołkiem u podstawy), wtedy w moje głowie już całkiem wyraźnie rozbrzmiewają widmowe echa, obrosłej legendą, ostatniej szarży tatarskiego szwadronu 13 Pułku Ułanów Wileńskich, pod Maciejowicami [tak, "tymi Maciejowicami" od Kościuszki] we wrześniu 1939 roku. Wówczas w jego żołnierzach miał na moment odżyć duch Czyngis Chana i, unosząc się ponad kulbaki, mieli z szalonym okrzykiem rzucić się na żołnierzy 1 Dywizji Lekkiej Wehrmachtu, by szablami... ciąć uszy niemieckich najeźdźców. Na ile jest to historia prawdziwa, trudno ocenić [choćby z tego powodu, że wyszła w świat tylko jeden raz, z ust ówczesnego dowódcy szwadronu, rotmistrza Aleksandra Jeljaszewicza, na krótko przed jego śmiercią w 1978 roku; oczywiście trudno dziwić się trzymaniu podobnego rozkazu w tajemnicy - wszak godził on w nowoczesne zasady prowadzenia wojen, nie zmienia to jednak faktu, iż żadne źródła historyczne nie potwierdzają relacji Jeljaszewicza], nie sposób jednak zaprzeczyć jej barwności i nośności.

Właśnie dlatego powyższa historia tak bardzo pasowała mi do perfum o tytule l'Art de la Guerre. W bazie bardziej cielesnych, ciemnoskórzanych, skutecznie dystansujących się od zamieszania, które zwykł czynić wokół siebie człowiek. Mimo to jednak fascynujących, zdumiewających, uchylających furtkę wszystkim duchom dawnych epickich Opowieści; spokojnych już i oderwanych od ludzkich spraw ale wciąż pamiętanych przez żywych, wspominanych z mieszaniną niedowierzania, zdumienia i podziwu. I chyba także dumy.
Szczególnie kiedy, niczym niżej podpisana, nosicie w sobie drobną domieszkę tatarskiej krwi. :)


W poprzednim opisie wspomniałam o Maciejowicach i Tadeuszu Kościuszce. Więc to chyba niekoniecznie przypadek, że kolejny zapach otoczyłam opowieścią o jednym z żołnierzy Kościuszki. A raczej o narodzie, z którego ów żołnierz wyszedł i który - o czym dziś wciąż jeszcze wielu nie chce pamiętać - wydał na świat wielu polskich patriotów, niekoniecznie walczących z bronią w ręku choć przecież zdarzali się wśród nich także męczennicy. O narodzie, który nasz kraj nie bez przyczyny zwał Polin, czyli nie inaczej, jak "tutaj spocznij"; miejsce, w którym możesz odpocząć, złożyć głowę do spokojnego snu.
Żydzi.

Kiedy więc pomyślałam o tym wszystkim, co Żydów spotkało na polskiej ziemi w XIX i XX wieku, mimo że nie zawsze z naszej winy, o wizji paradis Judaeorum stopniowo przegrywającej z nowoczesnym antysemityzmem politycznym, nie mogłam skojarzyć owej historii inaczej, niż z Blamage marki Nasomatto. Z wizją woni silnej i przemożnej, wciąż wracającej na jawie i w snach. Gęstej, skoncentrowanej, fascynującej oraz pięknej.
Ciekawe, że to właśnie od zaangażowania Żydów w Powstanie Kościuszkowskie 1794 roku datuje się u nas obecne, można rzec nawet że tolerancyjne, rozumienie narodu jako wspólnoty ponadreligijnej i ponadetnicznej. Nie krew płynąca w żyłach a szczerość intencji i zaangażowanie w tym swoistym sprzężeniu zwrotnym coraz częściej przewijały się też jako wyznacznik nowoczesnego, oświeconego żydostwa. [Oczywiście, żeby nie było kolorowo, podobne działania długo jeszcze uchodziły za awangardę; z czasem diaspory robiły się coraz bardziej zamknięte i zlęknione a narodowość dominująca coraz bardziej nienawistna aż do zorganizowanej agresji włącznie, jednak sam kierunek zmian wybrano jak najbardziej prawidłowo. :) ]  Myślę, że warto również zaznaczyć, jak późniejsze o siedemdziesiąt lat wydarzenia z czasów Powstania Styczniowego można [choć nie powinno się z punktu widzenia historyków ale mniejsza o nich ;) ] postrzegać z naszej perspektywy: przecież w Warszawie początku lat 60. XIX wieku miało miejsce nie tylko bodaj pierwsze oficjalne nowożytne nabożeństwo ekumeniczne (pogrzeb pięciu poległych, porywająco przedstawiony przez Aleksandra Lessera) ale również - o zgrozo prawicy! - jeden z pierwszych przykładów poprawności politycznej: wszak to właśnie w tamtych czasach w związku z patriotycznym zaangażowaniem polskich Żydów powstańczy Rząd Narodowy dekretem nakazał stosowanie wobec nich terminu "Polak wyznania mojżeszowego", skądinąd budzącego szczere rozbawienie reszty Europy.
Zatem przez moją głowę przebiegł istny korowód nazwisk: bracia Landy, wśród nich przede wszystkim Michał, Antoni Eisenbaum, rabin Dow Ber Meisels, który mocno zalazł za skórę rosyjskim władzom a także żyjący wcześniej major Berek Joselewicz, bohater Powstania Kościuszkowskiego, którego śmierć w starciu z Austriakami pod Kockiem [tak, "tym Kockiem" z kampanii wrześniowej :P ] w 1808 roku możecie obejrzeć na obrazie powyżej, jak również Julian Tuwim, polski patriota ciężko znoszący ataki nacjonalistów polskości mu odmawiających [podobno bywało, że po pijanemu miał zwyczaj w skrajnej frustracji wykrzykiwać, że wygląda jak wygląda, ponieważ jest Hiszpanem. Hisz-pa-nem! ;) ]. Każdy z nich - i wiele innych postaci - przesuwał się w długiej, długiej procesji cieni przypominających, jak trudno oddzielić je od tego, co zwykliśmy nazywać polskością. Każdemu w myślach położyłam na grobie kamyk, wspominając ich w mglisty, listopadowy dzień.

Słodycz wanilii, ból kadzideł, balsamów drzewnych i broczącego żywicą sandałowca; zielona, niełatwa nadzieja wetywerii oraz galbanum a także ogłuszająca zmysłowość tuberozy z gardenią; nowoczesność aldehydów, przewidywalna złożoność akordu ambrowego a także drażniąca powonienie, jednoznacznie cielesna głębia piżma z roślinnym kostowcem - Blamage, Porażka jest tyleż przejmująca co piękna, dająca realną nadzieję na nowy, być może lepszy los.


A skoro już o Kościuszce mowa... ;)

Można o nich powiedzieć, że byli grupą zainfekowanych wojaczką Amerykańców, którzy po zakończeniu pierwszej wojny światowej nie chcieli odpuścić i sami znaleźli sobie nową okazję do bijatyki, można też ich uznać za dżentelmenów o romantycznych duszach, którzy za punkt honoru uznali spłatę długu moralnego, jaki ich państwo zaciągnęło u dwóch Polaków, Kościuszki i Pułaskiego. Zresztą pewnie obie wersje są równie prawdziwe. ;)
Grunt, że w 1919 roku dwaj narwańcy, Cedric Fauntleroy i Merian C. Cooper, zostali żołnierzami stacjonującej we Lwowie 7 Eskadry Myśliwskiej Wojska Polskiego a po krótkim czasie zwerbowali jeszcze kilku swoich kolegów. To właśnie dzięki nim jednostka została objęta patronatem Tadeusza Kościuszki a Fauntleroy wkrótce przejął jej dowództwo. Kto ciekaw, może doczytać o dalszych losach kościuszkowców, ich roli w wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920, duchowych spadkobiercach z czasów drugiej wojny światowej i Bitwy o Anglię, o Pan American World Airways a nawet o King Kongu, Fredzie Astairze i Ginger Rogers, kilku klasycznych westernach oraz Małych kobietkach. :D Mnie tym razem bardziej interesuje zapach, jaki skojarzyłam z importowanymi żołnierzami Eskadry Kościuszkowskiej; mężczyzn, dla których ostry powiew świeżego wiatru, aromat materiałów wybuchowych oraz ognia stanowił chleb powszedni.
Dla mnie oni wszyscy to Prométhée, najnowszy zapach od Oliviera Durbano.

Woń czysta, spokojna ale wiercąca się w nosie, drażniąca zmysł powonienia a jednocześnie umiejąca - tym razem w przenośni - wzbić się wysoko ponad ziemię i wszystkie jej aromaty, by przeniknąć zimnymi powiewami czystego wiatru. :) Słodka i cierpka, pikantna z lekką nutą mydła. Z ziołami, fenkułem, gorącymi, gorzko-pikantnymi przyprawami, otaczającymi smukłe strużki kadzidlanego dymu. Ze świeżością mydła marsylskiego pochodzącą od piżma albo lilii (nie byłby to dla mnie pierwszy raz), która zresztą wkrótce, dzięki wsparciu narcyza, obejmuje typowe dla siebie, kwiatowo-prężne i zmysłowo-duszące stanowisko.
Jednak nie staje się nigdy główną bohaterką wonnej opowieści, bowiem w kolejce czekają już akordy drzewno-wetyweriowe a także coś metalicznego oraz mineralnego jednocześnie. Dynamit i proch strzelniczy bezpośrednio ponad kościołem, składem korzennym, ogrodem? Bywa i tak.

Przygody mają to do siebie, że bywają śmieszne, straszne, głupie, sprzyjające samopoznaniu, piękne, szalone i dziwaczne jednocześnie. Wiedzą o tym zarówno piloci, jak i mityczni tytani. ;)


Jovoy, l'Art de la Guerre

Rok produkcji i nos: 2014, Vanina Murraciole

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; raczej niezbyt zamaszysty i natarczywy, trzymający się w stosownej, kilkucentymetrowej odległości od ludzkiej skóry ale za to w jej obrębie całkiem wyraźny. Przynajmniej podczas pierwszych dwu faz. ;) Później robi się przesadnie lękliwy i pozorujący szybkie zanikanie. Zimno i wiatr mu nie służą.
Dyskretna projekcja robi zeń idealne perfumy biurowe lub na dzienne okazje oficjalne (jakiekolwiek).

Trwałość: około dziecięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, zielone jabłko, rabarbar
Nuta serca: liście fiołka, lawenda, gałka muszkatołowa, kocanka
Nuta bazy: drewno sandałowe, mech dębowy, skóra, paczuli, labdanum


Nasomatto, Blamage

Rok produkcji i nos: 214, Alessandro Gualtieri

Przeznaczenie: kolejny rasowy uniseks dla miłośników woni wyraźnych i orientalizujących ale nie dla którejkolwiek z płci (zapamiętajcie to sobie raz a dobrze!). Gęsty, odważny, o ciemnej aurze ale zaskakująco dyskretny jeżeli chodzi o projekcję: Black Afgano toto nie jest. :P Wibruje delikatnie najpierw około pięciu czy dziesięciu centymetrów nad ludzką skórą, potem tuż nad nią. Co znaczy, że oto trafił się kolejny uniwersalny drzewniak dla osób ekscentrycznych trochę lub bardzo. :D

Trwałość: jakieś dwanaście-piętnaście godzin rozwoju i bazy oraz dalszych kilka w stopniowym zaniku

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i kwiatowa)

Skład:

objęty absolutną tajemnicą


Olivier Durbano, Prométhée

Rok produkcji i nos: 2014, ??

Przeznaczenie: rzadki przypadek rasowego paprociowca o typowo uniseksualnym sznycie (to pewnie przez równoległą nowoczesną orientalność mieszanki).
Dosyć przejrzysty i ceniący przestrzeń, skłonny zostawiać za sobą taaakie ślady. ;) Po jakimś czasie oczywiście cichnący i zmieniający się w żywiczną, złocistą aurę o przyjemnym ale raczej niedookreślonym charakterze.
W związku z czym nie polecę Prometeusza na żadną konkretną okazję, porę dnia lub roku ale powiem, że będzie on pasować do każdej. :D Salomonowe wyjście, prawda? ;) Mnie na pewno będzie w nim wygodnie w domu i podczas spotkań nieformalnych.

Trwałość: od ośmiu do dwunastu godzin; latem pewnie trochę dłużej, zimą odpowiednio krócej; albo nie

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: koper włoski, gałka muszkatołowa, olibanum, czystek, mirt
Nuta serca: lawenda, kozieradka, szałwia, narcyz, lilia, styraks
Nuta bazy: drewno cedrowe, szara ambra, piżmo, mirra, labdanum, (kostowiec)
___
Dziś noszę wzmiankowaną l'Art de la Guerre. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://culture.pl/pl/dzielo/zycie-uliczne-niegdysiejszej-warszawy
2. Dorożka (lub Frant w dorożce) autorstwa Aleksandra Orłowskiego; grafikę zaczerpnęłam STĄD.
3. http://plokin.soup.io/tag/Polska
4. i 5. Absolutnie wspaniały cykl fotografii Piotrów Bonda i Sikory pod tytułem Borders/Granice; wszystkie zdjęcia możecie obejrzeć TUTAJ.
6. http://blogbiszopa.pl/2011/02/ostatnia-szarza-tatarow/
7. Śmierć Berka Joselewicza pędzla Henryka Pillatiego [zwracam uwagę na nazwisko, samo nazwisko, autora dzieła ;) ].
8. i 9. http://muzeumhw.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=439:7-eskadra-myliwska-im-tadeusza-kociuszki&catid=58:historie-rodzinne&Itemid=120

czwartek, 6 listopada 2014

Arabeski, mukarnasy i inne, czyli kłopotliwa kwestia islamskiej architektury

Kiedy wiedźma nosi jakieś perfumy trzy dni pod rząd wtedy możecie być pewni, że coś się dzieje. ;) A coś takiego miało miejsce w ciągu ostatnich czterech dni: wyciągnięta na chybił-trafił próbka dosłownie mnie zauroczyła.
Wyjaśniając przy okazji pewną nurtującą kwestię...


Od dawna nie ukrywam, że bardzo, bardzo, bardzo lubię arabskie perfumy z ich wielowarstwowością ciężarem, skomplikowaniem czy wręcz chaosem. Do tego stopnia, że pojawienie się na rynku polskim perfumerii specjalizujących się w sprzedaży produktów z tamtej części świata rozemocjonowało mnie niczym, nie przymierzając, dziecko w dniu świętego Mikołaja. ;]

Znacznie dłużej natomiast nie byłam w stanie pojąć, dlaczego niemała część rodzimych miłośników perfum podchodzi do tworów arabskich perfumiarzy z tak kolosalnym dystansem, motywowanym ponoć tylko i wyłącznie niechęcią do siły bądź charakteru pachnideł [fani odważyli się ujawnić dopiero na fali blogerskiego zachwytu, więc pozwolę sobie chwilowo nie brać ich pod uwagę]. Skąd ta niechęć wobec mocy, ciężaru oraz sporej dawki umowności, jaką siłą rzeczy do arabskich pachnideł musi przyłożyć etniczny przedstawiciel europejskiego kręgu kulturowego?

Odpowiedź okazała się banalnie prosta.


Choć podziwiamy arabeski: mozaikowe, malowane, rzeźbione w drewnie bądź kamieniu, wolimy zachwycać się ich kunsztem w przybliżeniu. Lubimy podziwiać szczegóły, lecz od patrzenia na ogromny, pokryty miniaturowymi formami zdobniczymi ogół bolą nas oczy i cierpimy straszliwie. Za dużo wszytskiego dla bladych, nudnych Europejczyków praktykujących kult IKEI, za dużo. ;> Odrobina Orientu, jakieś zbliżenie na oud czy kadzidło, róża w ciekawym zestawieniu i owszem ale kiedy pokazać nam całą galaktykę roślinno-geometrycznych załamań, kątów, zawirowań, przenikających się wzajemnie światłocieni - oj, wtedy jest ból. Oczu, nosa, mózgu. Istny szok kulturowy.

A mnie się podoba! I będzie podobać; przynajmniej dopóty będę trafiać na takie perełki jak Oud Sharqia marki Ard al Zaafaran [pamiętacie pełne uroku słodkości z Bab al Habayeb? Dzisiejszy bohater jest kolejną propozycją tejże marki]. Aria oudu i sandałowca z wyraźnym różanym tłem.
W otwarciu tytułowy składnik pyszni się czy wręcz puszy, soczysty oraz pełny, otoczony zmysłowymi olejkami z róży i ozłocony pikantnym szafranem, zajadający się słodkościami o bliżej nieokreślonym składzie. Później zmierza w stronę lizolu, ujawniając przy okazji swoje laboratoryjne pochodzenie i w padając w ramiona (równie nienaturalnego) sandałowca. Jeszcze potem oba składniki wyrzucają słodycz daleko poza nawias, stopniowo zagłuszają różę oraz zachęcają szafran, aby swoją pikanterią oparł się o mocne, twarde, nieco metaliczne dwugłowe cielsko.
Im dłużej Oud Sharqia przebywa na ludzkim ciele, tym bardziej jest ciemny, głęboki, nieco gorzki, pełen zadziorów i bruzd. Doprawdy śliczny w swojej oczywistej nie-glamourowości! :) Tutaj nikt niczego nie udaje, nikt nie próbuje nikogo oszukać; liczy się oczywisty magnetyzm nagich, czystych składników. Surowa, smagana gorącym, suchym wiatrem twarz pustynnego podróżnika.

Kiedy ktoś taki marzy o odpoczynku w luksusowym wnętrzu to, zapewniam Was, nie ma na myśli homeopatycznych jednorazówek do samodzielnego złożenia. :]

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne o naprawdę olbrzymiej mocy; zarówno projekcja, jak i sillage dają nieźle popalić osobom nieprzyzwyczajonym do podobnych olfaktorycznych klimatów. ;) Co dla mnie jest niewątpliwą zaletą wody. :D
Lecz mimo wszystko oznacza, że musicie dokładnie zastanowić się nad okazjami stosownymi dla Oud Sharqia lub starannie dobierać dawkowanie.

Trwałość: sporo ponad dwunastogodzinna; potrafi dobić do około osiemnastu godzin.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

oud, jaśmin (?), róża, drewno sandałowe oraz inne akordy drzewne, przyprawy
___
Dziś Bayolea od Penhaligon's.

P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/7666975@N03/8181313928 [Autor: Jack Zalium]
2. http://www.flickr.com/photos/35274650@N05/12996210405 [Autor: William]