niedziela, 29 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013

Wszyscy robią podsumowania, to i ja nie będę gorsza. ;) Tylko, że... dotąd ani razu nie stworzyłam wpisu na ten temat! Będzie to więc mój pierwszy raz.


W mijającym właśnie roku miało premierę całe mnóstwo zapachów (TUTAJ macie wymienioną drobną część z nich), z których wielu nie dążyłam poznać a większości pewnie nie poznam nigdy. Ponadto przez kawałek roku świadomie ignorowałam pachnidła z głównego nurtu, co pewnie jeszcze silniej wypaczyło moją opinię o zapachach AD 2013. W takich warunkach nie sposób ogarnąć całości rynku ani upewnić się, czy aby tworzone w przeciągu ostatnich miesięcy teorie mają mocne oparcie w rzeczywistości.
A na rzetelnym opisaniu rzeczywistości perfumowej zależy mi najbardziej.

Dlatego też zmuszona jestem zrezygnować z prób podsumowania roku 2013 w naszej "branży", skupiając się za to na dziedzinie, do której przejawiam o wiele lżejszy stosunek. ;)
TROLOLOLOLO! :D

 Dodatkowym plusem rezygnacji z podsumowania perfumowego na rzecz filmów, które mnie zauroczyły w czasie ostatnich dwunastu miesięcy jest fakt, że mój gust filmowy okazuje się znacznie bardziej powszechny - a więc zwiększa się prawdopodobieństwo, iż moje zachwyty w jakimś stopniu pokrywać się będą z zauroczeniami innych użytkowników kultury popularnej. :) Pora zatem porzucić wyjaśnienia i zająć się produkcjami, które w 2013 zrobiły na mnie największe wrażenie, wszelako niekoniecznie powstałymi w mijającym roku.
Takie moje prywatne wiedźmoskary. :>


S-F:


Pacific Rim

Wielkie roboty sterowane przez dwie osoby połączone mózgami kontra gigantyczni kosmici z morskich głębin - czy można spodziewać się bardziej bzdurnego pomysłu na fabułę? Chyba nie.
A jednak! Kupa fantastycznej zabawy w towarzystwie nieprawdopodobnej techniki, dzielnych pilotów, zwariowanych naukowców, majestatycznej demolki oraz humoru równoważącego patos. Bez wątku romantycznego za to z Idrisem Elbą w roli heroicznego marszałka na dokładkę - czy od letniego przeboju kinowego można chcieć więcej? Z całą pewnością nie! :D Bo wszystko, co już dostaliśmy, to wcale nie jest mało.


No tak, trailer trailerem a mnie i tak najbardziej podoba się fenomenalna Uczciwa Zapowiedź filmu [przy okazji, znacie ten cykl? Jeśli nie, koniecznie to nadróbcie! :) Znakomita rozrywka na chwilę krótką lub trochę dłuższą]:



Kongres

Kiedy pada granica między rzeczywistością a wirtualem, między "klasycznym filmem" a kreskówką - wtedy wszystko jest możliwe. A człowiek zawsze pozostanie człowiekiem, z jego zaletami oraz wadami.
W filmie izraelskiego reżysera Ariego Folmana na podstawie powieści Stanisława Lema, Robin Wright grająca Robin Wright znakomicie nam to uzmysławia.



Raport Europa

Przez chwilę zastanawiałam się, czy jako trzeci film nie wybrać przypadkiem Grawitacji z Bullock i Clooneyem w rolach głównych ale tak naprawdę nie miałam większych wątpliwości. Raport Europa to obraz kilka miesięcy starszy od hollywoodzkiego hitu i moim zdaniem ciekawszy, choć oba podejmują zbliżone tematy odpowiedzialności czy samotności człowieka w przestrzeni kosmicznej.
Raport jednak skupia się na wzajemnych interakcjach grupy ludzi, wystraszonych nie mniej od bohaterki drugiego filmu. Kiedy grupa astronautów wybiera się w kilkuletnią misję na Europę, lodowy księżyc Jowisza aby poszukać tam śladów życia, nawet przez myśl im nie przejdzie, że już po kilku tygodniach... całkowicie stracą łączność z bazą. (Spokojnie, spojleruję w stopniu minimalnym, ponieważ film zaczyna się od tej właśnie informacji). Co dalej? Należy zawrócić i zmarnować tym samym lata przygotowań oraz miliardy dolarów inwestycji czy mimo wszystko kontynuować misję, zachowując się, jakby do awarii nie doszło i starając się odzyskać łączność z Ziemią? A Wy, jak byście postąpili? ;>
Raport Europa mnie zachwycił mimo, że nie należę do ortodoksyjnych miłośników nurtu hard science fiction (acz z roku na rok wciągam się w niego coraz bardziej :) ). Prostymi środkami i przy skromniejszym niż Grawitacja budżecie ukazano większy zakres reakcji na skrajną sytuację a także więcej możliwości wybrnięcia z niej. Tym silniej zaakcentowano zderzenie człowieka z przerażającą potęgą kosmosu. Dla mnie to w ogóle jeden z najciekawszych filmów roku 2013.



Katastroficzny:


World War Z

No dobra, to w zasadzie również film fantastycznonaukowy ale można nań spojrzeć także i przez pryzmat reguł rządzących produkcjami katastroficznymi: mamy tu kataklizm na skalę globalną oraz heroiczną walkę z nim, akcent położony na sensacyjny przebieg fabuły [niezniszczalny Brad Pitt przetrwa nawet katastrofę samolotu (widać zombiaki nie dysponują trotylem ani snajperami ;P )] czyli akcję pędzącą przed siebie na łeb, na szyję. Do tego jednak mamy przede wszystkim zagadkę, skąd właściwie pochodzi śmiertelna choroba, której początkowo nikt nie chce nazwać, połączoną z poszukiwaniami pacjenta zero.
A ponadto całkiem przyzwoite aktorstwo, dynamiczne zdjęcia oraz muzykę czyli kolejny wakacyjny hit! ;) Z kina wyszłam w znakomitym humorze.



Akcja:


Olimp w ogniu

Wiosną w polskich kinach pojawiły się dwa filmy eksploatujące wątek "duchowych spadkobierców Johna McClaine'a" [bezczelnie pomijam film o spadkobiercy prawdziwym, czyli czwartą część Die Hard, ponieważ go nie widziałam ;) ] broniących amerykańskiego prezydenta oraz ichni Biały Dom przed zagrożeniem terrorystycznym: Świat w płomieniach i Olimp w ogniu. Tak się złożyło, że najpierw obejrzałam pierwszą produkcję - której powszechnie wytykano kretyński, dziurawy scenariusz, niepotrzebny patos, kiepskie aktorstwo, mizerną reżyserię i co tam jeszcze - pomyślawszy po seansie: "no i co z tego? To miała być sensacyjna nawalanka, guilty pleasure dla dużych dzieci! E tam, nie tylko nie ma tragedii ale nawet kiedyś zobaczyłabym ten film ponownie". A potem wybrałam się na sens Olimpu w ogniu - i już nie pamiętałam o jego idiotycznym konkurencie. ;) Olimp przynajmniej ma scenariusz, aktorzy naprawdę w nim grają a nie tylko wypowiadają wyuczone kwestie, wszystkie sytuacje komiczne są zamierzone zaś reżyserowi najwyraźniej "chciało się bardziej", ponieważ całość mniej więcej trzyma się kupy.
Ja jestem prosta widzka, mnie do szczęścia więcej nie trzeba. :)



Historyczny:


Obława

Pierwsza polska produkcja na mojej liście jest co prawda filmem z 2012, jednak obejrzałam ją dopiero w tym roku i powiem Wam jedno: cieszę się, że mi nie umknęła, choć to dzieło zdecydowanie nie do śmiechu. Jakby ktoś z Was przypadkiem interesował się historią drugiej wojny światowej a Obława jakimś cudem mu lub jej umknęła, dobrze radzę: rozejrzyjcie się za płytą! Zróbcie to koniecznie, zanim lukrowana szmira w rodzaju Czasu honoru do reszty wypaczy nasze postrzeganie tamtych czasów.
Lat, kiedy podział na czarne i białe, złe i dobre został czasowo zawieszony i naprawdę mało kto mógł poszczycić się mianem tytana moralności (najpopularniejszy wojenny typ we wschodnioeuropejskiej popularnej narracji historycznej). Czasu, gdy nie każdy partyzant z AK miał możliwość zimowego zadekowania się w rodzinnym domu lub innej bezpiecznej kryjówce zaś tym, którzy zostali w lasach, środki na zahamowanie popędu płciowego pomagały jako tako funkcjonować w dusznym środowisku zamkniętej grupy. Oraz świata, którego guzik obchodziły ich małe dramaty czy dylematy. Bo żołnierz nie jest od rozważania dylematów, tylko od wypełniania rozkazów; nawet, jeżeli czuje się jak zając uciekający przed nagonką. To nie były dni herosów ale bohaterstwa prawdziwego, bo wynikającego z pokonywania strachu oraz własnych demonów, dni bohaterów tragicznych.
Obława to film, po którym z wyprzedzeniem pokochałam reżyserię Marcina Krzyształowicza [identycznie, jak kiedyś sztukę Smarzowskiego po Weselu] a jego imiennikowi Dorocińskiemu wybaczyłam popieranie akcji Ratujmy maluchy. A niech se facet popiera co chce, byle dalej budował swoje postaci z podobną konsekwencją! ;)



Horror:


Obecność

Na początek uczynię wyznanie: nie-na-wi-dzę filmów gore i slasherów. Prowokowanie w widzach obrzydzenia nie jest i nigdy nie będzie straszeniem. Nie i już. Koniec dyskusji.
Jedynymi produkcjami horrorowymi, które oglądam z przyjemnością (ekhem.. ;) ) są filmy, przy których boi się moja głowa a nie żołądek. Obecność jest przykładem dokładnie takiej produkcji. Wiedziałam to od chwili, kiedy tylko zobaczyłam pierwszą zapowiedź. Kiedy zaś usłyszałam, iż dla twórców film ów miał być hołdem wobec klasycznych produkcji gatunku, wszystkich Poltergeistów, Egzorcystów, Omenów i innych w tym stylu, wówczas pozostało mi tylko udać się do kina.. z kimś, kogo będzie można chwycić za rękę w kluczowym momencie. ;) Nie zawiodłam się; choć w Obecności przewijają się dosłownie wszystkie chwyty stosowane w filmach o nawiedzonych domach i rodzinach, które niszczy paranormalna siła, ani razu nie odebrałam ich jako przesadzonych tudzież nadużywanych. Przeciwnie, składało się to na całość spójną, wielowątkową, przemyślaną. Będącą tylko i aż (po raz kolejny) kawałem dobrej zabawy dla tych, którzy lubią się czasem wystraszyć.
Jeżeli zaś chodzi o zamieszczony poniżej trailer, to bardzo proszę, nie oglądajcie go, jeżeli macie niski próg tolerancji na horrory, bo nawet on potrafi porządnie wystraszyć.



Naprawdę.





Mówię poważnie: zastanówcie się dwa razy.



Mama

Wbrew pozorom nie była filmem rewelacyjnym ale w moim zestawieniu znalazła się z dwóch powodów: niestereotypowej a przy tym oddanej opiekunki dzieci, w którą ładnie wcieliła się Jessica Chastain (zdeklarowana pankówa jako jedyna osoba odpowiedzialna za bratanice swojego chłopaka? Dlaczego nie?) oraz postaci demonicznej, którą chyba każdy amerykański twórca przedstawiłby jako egocentryczną lub z gruntu złą ale nie... głęboko samotną. Do tego trzeba było koprodukcji kanadyjsko-hiszpańskiej i postkatolickiego rozumienia świata nadprzyrodzonego.
To dzięki nim tak dobrze zapamiętałam Mamę.



Komedia:


Królowie lata

Czas drastycznie zmienić klimat. :) I to pomimo faktu, że zbyt wielu dobrych komedii w tym roku nie widziałam: ostatni Straszny film jest poniżej wszelkiej krytyki nawet jak na tę serię, Millerowie mnie znudzili zamiast rozbawić zaś Stażyści mieli szansę stać się ciekawym filmem pomimo bycia dwugodzinną reklamą Google ale całkowicie ją zmarnowali. Na wiedźmo-komediowym placu boju pozostali więc świetni Królowie lata, którzy formalnie są raczej komediodramatem.
Przepis na ten film jest prosty i stary jak świat: oto dwóch nastolatków ma dosyć życia oraz reguł wymyślonych przez dorosłych, więc przy okazji końca roku szkolnego postanawiają uciec z domów i na odkrytej w głębi lasu polanie wybudować swój własny dom, gdzie panować będą ich zasady. Jeszcze tylko dołączy do nich trzeci, nikomu bliżej nieznany chłopak, o którym powiedzieć "dziwak" czy "ekscentryk" to zdecydowanie zbyt mało i - zaczyna się jazda! :) Z jednej strony nasi bohaterowie poszukują swojego sposobu na życie z dala od cywilizacji, z drugiej obserwujemy reakcję ich rodzin, zmagających się z nagłym zniknięciem synów.
Z czasem klimat opowieści się zmienia, akcenty powoli ale systematycznie przesuwają się od umowności i lekkości komedii ku powadze dramatu a wszystko to pokazano z wielkim wyczuciem całej ekipy [od scenarzysty i reżysera po specjalistów od scenografii czy charakteryzacji] oraz intuicją młodych aktorów. Sympatyczny lekko-ciężki i słodko-gorzki film o dojrzewaniu.



Dramat:


Chce się żyć

Trochę się tego filmu bałam, spodziewając się ujrzeć kolejny odcinek telewizyjnego cyklu Okruchy życia [kilka lat temu było coś takiego w TVP, o ile dobrze pamiętam] ze scenariuszem usiłującym manipulować moimi emocjami (zazwyczaj nieudolnie, ponieważ najczęściej odczuwałam coś przeciwnego zamierzeniom twórców) i wcisnąć mi opowieść fatalnie wykonaną pod względem merytorycznym oraz technicznym. Pomyliłam się całkowicie!
Chce się żyć okazało się bowiem historią opowiedzianą w sposób prosty ale poruszający, angażujący widza od pierwszych minut, sprytnie przeplatający emocjonalny ciężar historii niepełnosprawnego bohatera i jego (nie)relacji z otoczeniem wyważonymi dawkami humoru. Jednak tym, co najbardziej ujęło mnie w dziele Michała Pieprzycy to brak taniej ckliwości, której tak się obawiałam: życie jest jakie jest i trzeba cieszyć się tym, co mamy. Tak po prostu. Nie łamać się - a nawet jeśli czasem łamać, to po chwili się podnosić. I podążać dalej. Bez tandety i naiwności, za to z dużą ilością światła; tego wewnętrznego ale też zewnętrznego, będącego zasługą Pawła Dyllusa. :) A Dawid Ogrodnik w roli Mateusza to już w ogóle jedno wielkie och i ach! ;)



Przeszłość

Ludzie łączą się w pary, zakładają rodzinę a potem niekiedy się rozstają. Tylko dlaczego? Jak ta decyzja wpływa na życie ich oraz ich bliskich i co do niej doprowadziło? Jak będzie potem? Filmów psychologicznych usiłujących wyjaśnić nasze pogmatwane rozumowania oraz zakręty w życiorysie jest całe multum. Choć sporo z nich doceniam, nie potrafię oglądać produkcji z tego gatunku, zbytnio mnie nużą. Trzeba talentu artysty pokroju Asghara Farhadiego, bym mogła skupić się na psychologicznie ciężkiej opowieści o ludziach zupełnie bezinteresownie raniących siebie nawzajem.
Jednak reżyser i scenarzysta w jednej osobie odwalił tu tylko część roboty; spora część moich zachwytów obejmuje też fenomenalną trojkę odtwórców głównych ról: Bérénice Bejo, Alego Mosaffę oraz Tahara Rahima, odtwarzających swoje postaci z zaangażowaniem oraz psychologiczną prawdą. "Kupiłam" tę opowieść z całym dobrodziejstwem inwentarza choć wiedziałam, że będzie długo dręczyć moje myśli.



Biografia:


Papusza

Wszyscy znamy stereotypy dotyczące Cyganów, wielu z nas wciąż w nie wierzy i przekazuje dalej, mylnie nazywając Romów Rumunami. Sama przecież pochodzę z miasta, które podczas ostatniego listowego maratonu Amnesty International, poświęconego obronie łamanych praw człowieka zyskało w świecie wątpliwą sławę jednego z adresatów owych apeli, wysyłanych właśnie w sprawie koczujących w we Wrocławiu Romów.
Papusza urodziła się ponad sto lat temu, sławę zyskała w pierwszych latach PRL-u ale od jej czasów w stosunkach między Polakami etnicznymi a Romami dużo się nie zmieniło. Historia genialnej poetki moim zdaniem opowiada o jednym z wielu powodów tej wzajemnej niechęci. Poznajemy bowiem przedstawicielkę społeczności, dla której maksymalna możliwa izolacja od otoczenia stała się powodem do dumy; przedstawicielkę na tyle nietypową, że pragnącą od życia "czegoś więcej", obdarzoną wielkim talentem, który bez zaangażowania Jerzego Ficowskiego (oraz Juliana Tuwima) dziś żyłby jedynie w romskiej pamięci - a i to niekoniecznie. I właśnie za te pragnienia, za poetyckie ambicje przyszło Papuszy zapłacić okrutną dla niej cenę. Być może zbyt wysoką.
Czarno-biała opowieść Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze pozwala nam wejść głęboko w klimat cygańskiego taboru oraz mentalność tworzących go ludzi. Czujemy życie i fatum pulsujące gdzieś tuż pod powierzchnią zdarzeń, przenikające się przeciwności, na które nałożono opowieść o życiu pewnej dziewczyny, potem kobiety, która po prostu musiała pisać, przelać własną duszę w wiersze.
Mam wrażenie, że gdyby Papusza była filmem kolorowym łatwo dałoby się zarzucić jej kicz, tak energetyczną i nostalgiczną, łagodnie pogodną ale też smutną i straszną jednocześnie jest historią, tyle przeplata się w niej emocji. I gdyby rolę tytułową zagrał ktoś inny niż Jowita Budnik bardzo możliwe, że nie zauważyłabym, jak bardzo poetka odstawała od swoich pobratymców, będąc jednocześnie nieodrodną ich córką.
Cudowny, piękny film.




Wyścig

Historia dwóch kierowców Formuły 1 z pozoru nie wygląda na film, który mógłby przypaść mi do gustu [umówmy się: żaden film o motoryzacji nie zachęci mnie do seansu samą tylko obietnicą ryku silników :> ]. A jednak chciałam obejrzeć Wyścig jako historię dwóch osób o skrajnie różnym podejściu  do życia. Brytyjczyk James Hunt spalał się intensywnie (i, jeśli wierzyć informacji z końca filmu, zgasł zdecydowanie zbyt szybko), flirtując z każdą kobietą i każdym ryzykiem w zasięgu jego wzroku, pędząc ku nim niczym ćma do światła: more action, more fun! Jednak ciężki wypadek dotknął jego największego sportowego rywala, Nikiego Laudę, skupionego na celu, wycofanego introwertyka, przedstawionego jako człowieka chłodnego a nawet wyniosłego. [Tu poniekąd-dygresja: w jednej z recenzji Wyścigu przeczytałam, że podobno o wiele łatwiej przychodzi nam lubienie Hunta aniżeli Laudy. Co za bzdura! Mnie ten lekkomyślny i krótkowzroczny błazen najczęściej irytował, za to od razu poczułam rodzaj więzi z Laudą, w którym rozpoznałam sporo z mojego własnego charakteru]. Chris Hemsworth i Daniel Brühl całkiem nieźle poradzili sobie ze swoimi postaciami, pierwszy z nich chyba nawet lepiej. ;)
Wyścig to historia dwóch różnych osobowości oraz odmiennych życiowych wyborów, które jednak w najważniejszym dla fabuły punkcie kręciły się wokół jednego celu: namiętności do wyścigów tak wielkiej, że ocierającej się o szaleństwo. Oraz uznania dla przeciwnika niezależnie, czy darzymy go przy okazji sympatią, czy niekoniecznie. ;)



Fantasy:


Hobbit: Pustkowie Smauga

A gadajcie sobie co chcecie! Kiedy Peter Jackson zabiera mnie do Śródziemia, zaczynam zachowywać się jak dziecko przed swoją pierwszą długą podróżą. ;) Co znaczy, że nawet nie ma co marzyć o chłodnym, obiektywnym spojrzeniu na jego filmy. Z Pustkowiem Smauga nie było inaczej. Tym bardziej, że nie spodziewałam się zobaczyć filmu przed 2014 rokiem ale skoro znalazłam bilety pod choinką... ;) Miałam zatem najprawdziwszą Unexpected Journey. ;) Jednak wróćmy do środkowej części Hobbiciej trylogii.
Przygoda w Śródziemiu jest szałowa! Thorin mniej jednoznaczny za to bardziej niepokojący, Thranduil piękny i wyniosły [niczym stereotypowy elf w krasnoludzich porzekadłach, o ile takowe istnieją; a znając tę rasę istnieją na dwieście procent ;) ], Bilbo powoli dojrzewający do misji, która okazuje się czymś znacznie poważniejszym, aniżeli przygodą z dreszczykiem a smok... smok! Smok jest najpiękniejszym przedstawicielem swojego gatunku od czasów Ostatniego Smoka i Draco, mówiącego głosem Seana Connery'ego [trzeba Wam wiedzieć, że Smaug głos ma od Draco jeszcze piękniejszy]. :D Poza urodą cechuje go również buta oraz zły charakter, aż nadto dobitnie dające nam do zrozumienia, z kim owo stworzenie jest powiązane i jaką grozę przepowiada.
Nie opisałam jednak nawet połowy wrażeń i emocji związanych z seansem Pustkowia Smauga. Po więcej zgłoście się do kin! ;)



Komedia romantyczna/romans:


Dzień w Middleton

No i tu klops, ponieważ nie oglądam zbyt wielu filmów mieszczących się w tej kategorii. Przez jakiś czas myślałam, że do grona romansowych faworytów dołączy także rekomendowana mi francuska Wspaniała, jednak film ten zawiódł mnie na całej linii. Ostał się więc jedynie Dzień w Middleton, czyli Vera Farmiga i Andy Garcia, którzy poznali się przy okazji dni otwartych uczelni, w której zamierzają studiować ich dzieci a następnie oddzielili się od reszty wycieczki i ruszyli w samotną podróż po kampusie, stopniowo dowiadując się o sobie oraz więcej, od niechęci zmierzając ku sympatii i może czemuś poważniejszemu...?
Sympatyczna, pełna ciepła i nostalgii opowieść o tym, co przydarzyło się dwójce osób w średnim wieku podczas jednego słonecznego dnia. :) Dzieło może i pozbawione błysku geniuszu ale za to z dużą dozą sympatii do bohaterów.



Dokumentalny:


Rezolucja ONZ nr 1960

"Brak możliwości rozładowania napięcia seksualnego wśród żołnierzy frontowych jest bardzo frustrujący i może prowadzić do zachowań skrajnych, których przykładem może być plaga gwałtów, rozpętana przez czerwonoarmistów w Niemczech w 1945 roku " - z podobnym myśleniem w Polsce spotykam się powszechnie, nawet w poważnych opracowaniach naukowych. Żołnierze podążający wgłąb wrogiego terytorium gwałcą, "bo im się baby chce" i za bardzo nie mają jak rozładować pobitewnych emocji. Gówno prawda!
Żołnierze podążający wgłąb wrogiego terytorium gwałcą, bo to najtańszy i najprostszy sposób jednoczesnego poniżenia wroga oraz kontroli nad jego ludem: tej bliskiej, za pomocą terroru napaści seksualnej oraz długofalowej, płodząc dzieci mające w przyszłości samym faktem swego istnienia przypominać o minionej hańbie. Tej kwestii społeczność międzynarodowa długo nie chciała zauważyć, choć korelacje między przemocą wojenną i przemocą seksualną występują niemal od zawsze. Trzeba było dopiero zdobyczy dwudziestowiecznego feminizmu, aby cierpiącym poniżenie osobom pokrzywdzonym gwałtem wojennym przyznano status ofiar, zaś ich gwałcicieli oficjalnie uznano za zbrodniarzy wojennych. Jednak w ustawodawstwie niczego nie można załatwić na piękne oczy i nawet najbardziej poruszająca opowieść pozostaje tylko opowieścią. Potrzeba faktów: dowodów, świadków oraz odwagi, by mówić o prawdopodobnie najbardziej traumatycznych chwilach swojego życia z podniesionym czołem. Żeby zaś zdobyć takowe zeznania, należy wykazać mnóstwo taktu, stanowczości i jeszcze więcej cierpliwości. Zadania doprowadzenia do uznania przez Radę Bezpieczeństwa ONZ wojennych przestępstw seksualnych za zbrodnię ludobójstwa i jako taką - za przestępstwo nieulegające przedawnieniu podjęła się wysłanniczka Narodów Zjednoczonych, Margot Wallström. O staraniach jej współpracowników, jej samej oraz wolontariuszy wielu światowych organizacji związanych z pomocą ofiarom wojennych gwałtów, opowiada właśnie Rezolucja ONZ np 1960, znana także jako Wallströms Resolution. [W Polsce można ją było obejrzeć w połowie roku 2013 na kanale Planete +].




Animacja/krótkometrażowy:


Warszawa 1935

Rety, żeby obejrzeć ten film, musiałam kogoś zabić! [Oczywiście żartuję ale bardzo ograniczona dostępność oraz żadna, dosłownie żadna dystrybucja animacji z roku 2011 zmusiły mnie do iście karkołomnych zabiegów, abym mogła wreszcie ją poznać. Udało się dopiero we wrześniu tego roku. ;) ] Jednak warto było.
Ponieważ żyję w mieście, które ostatnie miesiące drugiej wojny światowej zmieniły w dymiące morze zgliszczy i najprawdziwszego urbanistycznego upiora; jednak zdaję sobie sprawę, że Breslau na swój los niejako zasłużyło (choć z powodzeniem mogło go uniknąć ale mniejsza o to), Warszawa jednak została niemal starta z powierzchni ziemi tylko dlatego, iż sprawiała swoim okupantom "troszeczkę" zbyt dużo kłopotu. ;) A po wojnie zamiast prawdziwej odbudowy czekała ją dekonstrukcja i próba zamiany w potworka na wzór miast radzieckich. Z Warszawy przedwojennej, z miasta, nad którego urodą rozwodziło się wielu, zostało kilka symboli. Co ważniejsze budynki, Łazienki, których nie sposób zaorać i zabudować blokami oraz parę innych miejsc, które warszawiacy z pewnością kojarzą nieporównanie lepiej, niż ja. Jedak to wszystko, co świadczy o prawdziwym duchu miasta, czyli kwartały ulic, kamienice, parki i skwery, charakterystyczne punkty na mapie codziennych tras jego mieszkańców - to wszystko podległo najpierw zniszczeniu a po wojnie: ścisłej cenzurze komunistów. Jedyne, co nam po "tamtej" Warszawie zostało, to jej współczesny, nieporadnie i mozolnie odtwarzany kikut oraz garść fotografii czy nagrań filmowych. Właśnie dzięki nim Tomaszowi Gomole udało się zrealizować tę magiczną, fascynującą podróż w przeszłość.



Świteź

"Ktokolwiek będziesz w nowogródzkiej stronie,
Do Płużyn ciemnego boru
Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,
By się przypatrzyć jezioru."
Kto chodził do polskiej szkoły z pewnością świetnie kojarzy utwór, rozpoczynający się od takich właśnie słów [jeżeli ktoś przypadkiem do polskiej szkoły chodził ale nie kojarzy, to niech lepiej się nie przyznaje, bo za ignorancję stąd przepędzę i na dokładkę poszczuję stadem jaszczurek bojowych! ;] ]. W roku 2011 Kamil Polak stworzył do słów ballady Mickiewicza oraz muzyki Iriny Bogdanowicz krótkometrażową animację, w której rzeczywistość z przełomu XVIII i XIX wieku spotyka nagle widma z odległej średniowiecznej przeszłości. Oczami młodego chłopca (nastoletniego Adama Mickiewicza?) i jego nadprzyrodzonej "przewodniczki" obserwujemy, jak po raz kolejny odtwarzana jest dramatyczna historia najazdu Rusinów na miasto Świteź oraz cudowne ocalenie (?) jego mieszkańców.
Historia miasta, jego obywateli oraz najeźdźców ukazana została z werwą i magią, która wciąga nas bez reszty. Jaka szkoda, że Świteź tak szybko się kończy!



I to chyba wszystko. :) Co prawda planowałam pochylić się także nad serialami, które miały premierę w roku 2013 a które wzbudziły moje zainteresowanie ale w tej chwili jestem na to zbyt zmęczona [uwierzcie, nie chcecie wiedzieć, ile godzin zajęło mi przygotowanie niniejszego wpisu ;) ]. Pozwólcie więc, że tylko wspomnę Hannibala, Broadchurch, Sleepy Hollow, Masters of Sex oraz Almost Human. Wszystkie są w swojej klasie świetne, zatem z całego serca Wam je polecam. :)

Rok 2013 uważam więc za zamknięty, aczkolwiek niekoniecznie z perfumowego punktu widzenia. ;)
___
Dziś (a raczej wczoraj) była Ambre Noire od SSS.


* * *




Wszystkim Wam natomiast życzę ostatnich godzin starego roku spędzonych w taki sposób, jaki lubicie najbardziej z tymi, bez których nie wyobrażacie sobie tej chwili. I w ogóle samych dobrodziejstw losu na rok 2014! Łutu szczęścia, niezniszczalnego zdrowia oraz nadziei, która nigdy nie umiera.

Wszystkiego, czego sami byście sobie życzyli! :)


P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.elle.com/news/beauty-makeup/new-perfumes-from-jimmy-choo-dries-van-noten-chanel-dolce-gabbana
2. http://hdw.eweb4.com/wallpapers/6337/

wtorek, 24 grudnia 2013

Księga trzecia, ostatnia: wieczne zdumienie


Za kilka godzin na niebie rozbłyśnie pierwsza gwiazda a my zaaferowani, wystrojeni, wypachnieni, odświętni, może nawet odrobinę stremowani, będziemy łamać się opłatkiem, składać sobie życzenia oraz razem z najdroższymi nam osobami spożywać uroczystą kolację, stworzoną z potraw niespotykanych w naszym codziennym menu, ze składników magicznych, mających - jak wierzyli nasi przodkowie - stanowić pomost pomiędzy naszym światem a zaświatami: z ryb, grzybów, maku, miodu... Później pokolędujemy, rozdamy sobie prezenty i zajmiemy się mniej lub bardziej ożywionym życiem rodzinnym, zaś o północy nasze zwierzęta przemówią ludzkim głosem i biada osobie, która przypadkiem je usłyszy! Bo na kolejną Wigilię Bożego Narodzenia w ogóle nie ma już co liczyć. ;) Czas tradycji, marzeń, nadziei.

Albo i nie. Może Wasza Wigilia wygląda zupełnie inaczej? Może nie jesteście chrześcijanami [albo chrześcijanami obrządku wschodniego ale wtedy zgłoście się za dwa tygodnie ;) ] a wieczór wigilijny to dla Was wstęp przed dwoma dniami ustawowo wolnymi od pracy, coś jak dodatkowy piątek na samym początku tygodnia? ;) Wówczas bardzo możliwe, że nadchodzący wieczór traktujecie jak okazję do błogiego, absolutnie usprawiedliwionego lenistwa w takim towarzystwie, jakie jest najmilsze Waszemu sercu; wtedy możecie po prostu bardziej świadomie cieszyć się pięknem, jakiego doświadczamy każdego dnia lecz nie zawsze mamy czas lub ochotę aby je dostrzec. Robić, co tylko zechcecie: imprezować do upadłego, cieszyć się romantycznym wieczorem sam na sam z ukochaną osobą lub też z rodziną tudzież przyjaciółmi przyrządzić i zjeść kolację złożoną z Waszych ulubionych smakołyków a potem urządzić wieczór karaoke/maraton filmowy/partyjkę pokera... Dla każdego coś miłego. :) Lecz co ja Wam będę mówić, przecież sami wiecie to najlepiej!

W każdym razie: cokolwiek będziecie dziś wieczorem robić, nieważne kim jesteście i o czym marzycie, spójrzcie wszyscy w niebo. Spójrzmy razem.


Niezależnie od tego, co lub kogo spodziewamy się na nim ujrzeć bardzo możliwe, że po naszych głowach przemknie najpiękniejszy banał na temat nieskończoności Wszechświata albo niesłychanej cudowności/ zbiegu okoliczności, jakim jest życie na naszej planecie oraz my sami. Jak to możliwe, że zaledwie półtoraprocentowa różnica w DNA przesądza o tym, kto urodzi się szympansem a kto człowiekiem? Czy w ogóle potrafimy sobie wyobrazić, że gdyby Słońce nagle zgasło - po prostu, jak żarówka - to na Ziemi zauważylibyśmy to dopiero po ośmiu minutach od zdarzenia? Czy to, że wszelkie nadzieje, rozterki, rozkosze i bóle szarpiące trzewiami Tristana i Izoldy, Romea i Julii, Scarlett i Rhetta tudzież rodziny Mostowiaków albo nasze własne daje się sprowadzić do jednej nazwy: fenyloetyloamina oraz wzoru chemicznego: C8-H11-N, okazuje się wiadomością bardziej budującą czy przygnębiającą? Jak zareagowalibyśmy, gdyby jutro okazało się ponad wszelką wątpliwość, że "gdzieś tam, u góry" żyją istoty co najmniej równie inteligentne co my; czy zmieniłoby to cokolwiek w naszym życiu? Skąd w ogóle na naszej planecie wziął się pierwiastek życia? "Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc na Ziemię zgadnie, kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni?"
Czy zadajecie sobie podobne pytania? Jak często?

Nie chcę Was przypadkiem obrazić ale biorąc pod uwagę coraz szybsze tempo życia oraz zaaferowanie społeczeństwa globalnej wioski dobrami do konsumpcji, raczej nie dzieje się to zbyt często lub też porzucamy rozważania zdecydowanie zbyt łatwo, zniechęcając się niemożnością szybkiego obmyślenia konkretnej, jednoznacznej odpowiedzi. Może więc warto ćwiczyć w sobie chęć filozofowania, choćby miało dotyczyć równie prostych pytań, jak przytoczone powyżej...?
Wówczas zresztą na pewno okazałoby się, iż wcale nie są one ani takie proste ani naiwne, jak początkowo może  się zdawać.

Ech, strasznie dziwny i pokręcony jest ów wstęp do dzisiejszej recenzji, nawet jak na moje możliwości. ;) Zresztą czy to nie jest przykład hipokryzji z mojej strony - w opisie perfum popularnych i wciąż obecnych w bodaj każdej perfumerii, czyli jakby nie patrzeć dobra konsumpcyjnego, zachęcać do zwalczania konsumpcjonizmu oraz wiecznej pogoni poprzez filozofię, niechby nawet w wydaniu pop? Tak pewnie mogliście sobie pomyśleć.
Mnie samej przyszło to do głowy dopiero podczas pisania poprzedniego akapitu co, jak sądzę, dobitnie mówi o moim stosunku do perfum. Ostatnio bowiem coraz rzadziej myślę o nich jako o produkcie handlowym, gadżecie do posiadania, o czymś, co można traktować identycznie jak buty albo tusz do rzęs. Może świadczy to o mojej przynależności do pierwszego świata, który już nawet nie zauważa, że konsumuje, trawi i wydala, nie wiem. Na pewno jednak wiem, iż perfumy (flakony, odlewki czy próbki) traktuję jak książki, płyty albo bilety do kina bądź na koncert - bez pieniędzy nie będę miała możliwości biernego uczestnictwa w wydarzeniu kulturalnym, bez uczestnictwa biernego nie będę w stanie udzielać się w sposób bardziej czynny, choćby na łamach tego blogu. Perfumy to Sztuka. Nie kosmetyki, nie gadżety modowe ale dokonania artystyczne, do tego podążające śladem starszych gałęzi sztuki i powoli wychodzące spod zaborczej kurateli mecenasów; ostatecznie niewielu dziś pamięta, na czyje zlecenie powstał Dawid Michała Anioła lub Mona Lisa Leonarda da Vinci, kto opłacał wielkich kompozytorów albo dzięki czyjemu wsparciu Gutenberg mógł wydrukować Biblię. Ten, kto płaci, ma dzieło dla siebie - przez jakiś czas - jednak to pamięć o twórcy jest nieśmiertelna.
Sztuka kwitnie dzięki mamonie ale też potrafi ją koncertowo wykiwać. ;) Tak właśnie postrzegam perfumy.
I dokładnie takiej przyszłości z całego serca życzę ich kreatorom! :)

Tym wyjątkowym - szczególnie mocno. Nie chciałabym, aby pamięć o Aniele Yvesa de Chiris oraz Oliviera Crespa zaginęła w nieskończonym zalewie informacji tudzież nowości. Dziełom magicznym umrzeć po prostu nie wolno.
Nie wolno!


Angel eau de parfum z roku 1992 magiczny jest z całą pewnością. To niejednoznaczny, baśniowo-mityczny eliksir, mogący jednym odebrać życie [a przynajmniej powonienie ;) ], innym zaś ofiarować je na długie, długie lata. Perfumy z innego świata, innej rzeczywistości.

A przynajmniej świata trochę starszego oraz trochę odmiennego od naszej rzeczywistości. Angel to pachnidło z czasów, kiedy piękne bajki, aby trafić prosto do serc słuchaczy, musiały być nieco przerysowane, nierzeczywiste ale zgodne z logiką gatunku, jednocześnie fascynujące i niepokojące, od czasu do czasu zabawne lecz zawsze trochę straszne; z epoki, gdy ludzie świadomi swojego rozwoju wciąż jeszcze starali się równać w górę zamiast w dół [i nie, stanowczo nie mówię o kwestiach finansowych], stawiając przed sobą kolejne wyzwania. Anioł powstał w roku 1992, kiedy popularne perfumy wciąż jeszcze nie wstydziły się pachnieć dorośle [czytaj: głośno],  jakość w dalszym ciągu stawiano ponad ilością natomiast wampiry nie błyszczały w słońcu. Kompletnie inna rzeczywistość. ;>
Omawiany aromat pasował do niej znakomicie. :)

Współcześnie często podkreśla się wyjątkowość oraz przełomowy charakter Anioła; to, jak bardzo różnił się od ciężkawych orientali bądź hałaśliwych, nektarowo słodkich kwieciuchów lub to, iż to właśnie on rozpoczął modę na perfumy z grupy gourmand udowadniając przy okazji, że paczuli może być ulepowato wręcz słodkie i zapoczątkowując kolejny, mniej "oficjalny" trend na paczulowe oranżadki w rodzaju Flowerbomb od Viktora i Rolfa, One Million marki Paco Rabanne, Miss Dior Chérie, La Vie est Belle od Lancôme oraz wielu, wielu innych. To wszystko prawda. Angel edp był przełomem, dziełem w swoim czasie niepodobnym do niczego, szokująco wręcz innym.
Kiedyś jednak pomyślałam, że to nie może być cała prawda. Że Anioła, w chwili premiery tak wyjątkowego oraz kuszącego egzotyką nowości, opisywały przynajmniej dwie cechy charakterystyczne dla najpopularniejszych perfum tamtego okresu: silna, nie kłaniająca się nikomu projekcja tudzież ślad zapachowy oraz dokładne, idealne wręcz przemieszanie nut, utarcie ich w moździerzu albo innej makutrze, całkowita reorganizacja ze zmianami w strukturach cząsteczek włącznie. ;) "Bierzemy jedno, drugie, trzecie i mieszamy je tak gorliwie, aż powstaje czwarte, zupełnie różne od swoich części składowych" - w taki sposób tworzono perfumy jeszcze kilkadziesiąt lat temu, układając z nich skomplikowane, wielopoziomowe struktury i dokładnie tak realizowany został Angel [przynajmniej takie mam wrażenie :) ]. Około dekadę po jego premierze ten sposób kreacji odszedł w niemal całkowite zapomnienie i dziś rzadko kiedy bywa praktykowany (o ile nie będziemy nie liczyć niszowych pachnideł tworzonych przez genialnych samouków pokroju Andy'ego Tauera lub Laurie Erickson), wyparty przez modę na perfumy świeże, lekkie, delikatne. I to właśnie z ich perspektywy tak jaskrawa wydaje nam się obecnie inność pierwszych perfum Muglera. Jednak to także nie jest prawda; nie cała.

Wieloznaczność Angela - o której napisano już tyle słów, że nawet teraz zastanawiam się, czy jest sens dokładać swoje trzy grosze - wynika przecież także ze sprzeczności, w które pachnidło uwikłano. Z tego, iż bajkowa, lejąca się, gęsta słodycz paczuli czekoladowego wraz karmelem i wanilią sąsiadować musi z wytrawnością alkoholowego słodu, suchą goryczą kumaryny, lodowo-zimnym roziskrzeniem helionalu a także paczuli niszowym, sucho-piwnicznym. Dokładnie tym, które wielu ludziom kojarzy się z zapachem śmierci.


I choć sama szczęśliwie nigdy nie należałam do osób, które aromat mrocznej strony Anioła przerażał, potrafię zrozumieć ich niechęć. Ostatecznie niewielu z nas ma dziś cierpliwość do perfum, które pachną tak jak im się chce, które najczęściej nie uznają naszych preferencji i, ze złośliwością świadczącą chyba o uzyskaniu przez pachnidło własnej świadomości, prezentują nam akurat nie to wcielenie, którego byśmy sobie danego dnia życzyli. Angela nie sposób zmienić, nie da rady go oswoić; można co najwyżej zaakceptować kapryśnika takim, jakim jest.

Kiedy kilka dni temu postanowiłam zafundować sobie ostatni przedrecenzencki test, miałam nadzieję na wcielenie niszowe oraz mroczne; z gryzącą suchością, orientalnym żarem kumarynowego popiołu, fluorescencyjnym błękitem zimnych ogni [to chyba jeden z nielicznych aromatów, który potrafi być zimny oraz gorący dokładnie w tej samej chwili]. Dostałam - ciepłego, łagodnie orientalnego, pastelowego puchatka z dużą ilością waniliowego budyniu posypanego wytrawnym, sproszkowanym kakao. :] Natomiast dziś, gdy miałabym ochotę na powtórkę gourmandowych wrażeń, ze zgięcia łokcia szczerzy się do mnie bardzo ostry i bardzo suchy, miodowo-paczulowo-piżmowy diablik. Niemożliwy ani do zmycia, ani do zignorowania, nawet w recenzenckiej ilości połowy "psiku" z atomizera. Wczepiający się w ludzką skórę z zachłanną namiętnością a często zaborczością, pozbawiony typowego otwarcia lecz z porażającą bezpośredniością [lub brutalnością; zależy, czy pachnidło lubicie czy nie ;) ] od razu przechodzący do sedna. Nieznający dyskrecji ale przy tym tak bardzo tajemniczy czy też skory do przebieranek, że wprost nie do uwierzenia! :) Gorący ale zimny, wstrętny a przy tym zachwycający, mroczny i niebiański, wulgarny lecz także wyrafinowany - oto perfumy prawdziwie oksymoroniczne, esencja sprzeczności.
Oto Anioł.

Dzieło, którego wielkości nie powtórzą już żadne inne perfumy [i tu uwaga, by nigdy nie mówić nigdy. ;) Kiedyś identycznymi słowy podsumowywano fenomen Chanel No. 5 a potem... pojawił się Angel! :D ], wyśmienite od początku do końca. Zachwycająca, oszałamiająca olfaktoryczna transcendencja.
Mrożąca krew w żyłach ale jednocześnie prowokująca serca do szybszego bicia. ;)
Błękitny błysk geniuszu.


Takim był, dopóki za sterami marki stał Thierry Mugler.



Rok produkcji i nos(y): 1992, Olivier Cresp oraz Yves de Chiris

Przeznaczenie: zapach skomponowany z myślą o kobietach, jednak od czasu premiery często i z powodzeniem noszony także przez mężczyzn. Charakteryzuje się projekcją o naprawdę ogromnej sile; z aurą tak gęstą, że uginającą się pod własnym ciężarem i zwijającą w długi ślad. ;) Z czasem oczywiście perfumy cichną nieco, otaczając ludzką sylwetkę dosyć ciężkim woalem.
Należy uważać z dawkowaniem, szczególnie w godzinach dziennej aktywności (lub starać się nie opuszczać domu przez godzinę od aplikacji pachnidła :) ). Poza tym nie przekażę innych zaleceń; nie mam do tego prawa jako zagorzała miłośniczka Anioła, z lubością używająca go w dowolnych porach dnia i roku [no dobrze, w czasie upałów najczęściej mnie odeń odrzuca; lecz już nie w przypadku dwudziestostopniowego ciepła!].

Trwałość: olbrzymia; od ponad dziesięciu godzin do ponad doby [na ubraniach Angel edp potrafi przetrzymać nawet ze dwa prania].

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (oraz aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: owoce jagodowe, akord cytrusów, helional, miód
Nuta serca: czekolada, kumaryna, karmel, jaśmin, róża
Nuta bazy: paczuli, piżmo, wanilia
___
W tej chwili pachnę tym, o czym powyżej (w ilości testowej) ale za parę godzin wezmę prysznic i wskoczę w starego jak świat Shalimara w stężeniu eau de cologne, z odlewki z flakonu Poli. :)


* * *




Korzystając z okazji, chciałabym złożyć Wam wszystkim życzenia cudownych Świąt Bożego Narodzenia. Niezależnie od tego, co i dlaczego świętujecie, niech nadchodzący czas będzie dla Was okresem spokoju, uśmiechu, życzliwości dla świata i ludzi. 
Oby zwiastował nam wszystkim zdrowie, pomyślność, nadzieję na lepsze jutro. Niech spełnią się Wasze zamiary oraz nadzieje, zarówno te oficjalne, jak i cichutkie, wypowiadane po kryjomu.

Życzę Wam pięknych, magicznych Świąt!


P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.justesublime.fr/angel-dream-machine-thierry-mugler/
2. http://www.pinterest.com/pin/573223858791895779/
3. http://www.designfloat.com/blog/2011/05/03/magical-realism-paintings-michael-parkes/
4. http://www.flickr.com/photos/mikegoldstein/2338204874/
6. http://www.etsy.com/listing/84416942/christmas-photography-holiday-decor?ref=tre-984962702-7

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Księga druga: oczarowanie

Przedświątecznej parady aniołów ciąg dalszy. :) Dziś, chcąc odpocząć od aromatów specyfików do pielęgnacji drewnianych mebli, bogatej jodłowej żywicy oraz igieł, gotowanych suszonych grzybów, nadziewanego marmoladą piernika z glazurą czekoladową oraz innych bożonarodzeniowych cudowności, postanowiłam zająć się Aniołami w trzech edycjach limitowanych, wszystkich pełnych basku oraz zdecydowanie łatwiejszych w użytkowaniu, aniżeli ich wybujale indywidualistyczny, egocentryczny i genialny przodek. :D Lecz jednocześnie starannie przemyślanych, efektownych, robiących wrażenie; no i znakomicie pasujących do zbliżającej się wielkimi krokami świątecznej okazji. ;)

Kolejność opisu? Odwrócona chronologiczna.


Co oznacza, że na pierwszy ogień pójdzie Angel Fragrance of Leather, Angel Parfum de Cuir, Anioł Skórzany - jak zwał tak zwał. Najdelikatniejszy z mojego dzisiejszego trio, najbardziej miękki, najwdzięczniejszy. Anioł tonący w morzu kandyzowanych oraz suszonych owoców, najsłodszy ze wszystkich.

Otwiera się on akordem charakterystycznego dla całej rodziny, gorzko-czekoladowego, odrobinę kumarynowego paczuli, które jednak nie dostaje szansy aby pogrążyć się w niszowej wytrawności oraz wyniosłości oryginału. Zbyt szybko otacza je przyjemny, pastelowy woal owocowej emulsji, trudnej do podzielenia na części składowe ale zdumiewającej harmonijnym połączeniem skomplikowania oraz lekkości gatunkowej; bo czegóż tu nie ma! Lekko skórzaste akcenty bergamotki, oraz trochę słodkiego soku klementynki, kusząca śliwka, powidłowo-pyłkowa, skórzasto-kremowo-sucha w tym samym czasie, urocza morela, dodająca lekkiego cienia czarna porzeczka, dosłownie odrobina aromatu truskawki, seledynowa słodycz soków jaśminu wielkolistnego oraz ciepła, lejąca się słodycz karmelu. A i tak pewność mam dopiero po przejrzeniu list składników Skórzanego Anioła. :) Bez niej towarzyszyłby mi po prostu przyjemny, łagodny, orientalno-owocowy, diabelnie łatwy w noszeniu akord otwarcia.
Dopiero później pachnidło staje się bardziej suche, zauważam weń więcej kwiatów, m. in. słodką orchideę waniliową oraz żywe i ostre irysowe igiełki, wbijające się w uroczą mieszankę z otwarcie, torujące drogę kumarynowo-paczulowej suchości, otoczonej skorupką solonego karmelu [czyżby sól ta pochodziła z jaśminu...? Nie byłby to pierwszy taki przypadek, by wspomnieć recenzowane niedawno Gucci Eau de Parfum] oraz suchym, matowym, niezbyt spektakularnym akordom drzewnym. Chwilę później do pełnego wdzięku kotyliona nut wraca także i czekolada, tym razem w wyraźnie kakaowym wcieleniu, osypując się na lekko wytrawną, europejsko-nowocześnie-orientalną bazę. Nawet, kiedy zamiera, Angel Cuir robi to z gracją, po cichu, zwyczajnie zasypiając i rozpływając się w powietrzu dookoła nas.

Jednak cały powyższy opis nie zdołała oddać całego piękna zapachu, tego z jaką lekkością, młodzieńczym esprit, z jaką zupełnie nieangelowską łatwością noszenia spotykamy się tym razem. Jakie to przyjazne, nienarzucające się perfumy! W sam na uroczystą kolację w eleganckich strojach oraz towarzystwie szacownych ciotek, wujów i babek. ;)
A flakon o kształcie nietypowym dla anielskich flankerów to już w ogóle cacuszko!

Polu, dziękuję! :*


O ile osobnik skórzany był dziełem delikatnym oraz stosunkowo mało inwazyjnym, Angel Le Goût du Parfum - Sublimée de Poudre de Cacao Amer alias Angel The Taste of Fragrance - Magnified with Bitter Cocoa Powder [ufff! ;) ] może poszczycić się bogatszą kolorystyką oraz charakterem zbliżonym do oryginału; jednak nie tyle dzięki charakterystycznemu układowi nut, co przez ich "niespodziewaność".

Wydawałoby się, iż dodatek wytrawnego kakaowego proszku do i tak suchego, wytrawnie paczulo-czekoladowego Angela to całkiem jak wożenie drewna do lasu. I, hmmm... coś w tym jest. ;) Jednak jeżeli spodziewacie się rozczarowania i narzekań, wtedy dobrze Wam radzę: idźcie gdzieś indziej. :P Mnie Taste of Fragrance podoba się bardzo, właśnie dzięki nadmiarowi gorzkiego, niemal zatykającego kakao, udanie złagodzonego słodkim, cokolwiek multiwitaminowym z dojrzałych owoców w samym otwarciu mieszaniny. Piszę o multiwitaminie nie bez powodu: to właśnie ten charakterystyczny smak i zapach, cukrowy ale jednocześnie zabarwiony kwasotą marakui - a zestawiony z gorzką, sypką paczulo-czekoladą - stanowi o nietypowości, dziwności zapachu. Jeżeli poznaliście już trochę mój gust wiecie dobrze, że w perfumach bardzo lubię siłę, bogactwo raz wyraziste kontrasty, na których zdolny perfumiarz potrafi sporo ugrać. Nie inaczej przedstawia się sytuacja w Angel Le Goût, gdzie do owocowej pulpa oraz tak intensywnego, że aż piekącego kakao (z obowiązkowym anielskim paczuli w wygłosie), dołączają złociste, kruche z wierzchu krówki-ciągutki oraz sucha ale lekko budyniowa wanilia, co czyni omawiane właśnie pachnidło przyjemnym, wyjątkowo lekkostrawnym smakołykiem.
W miarę upływu czasu akcent czekoladowy rośnie w siłę, odsuwając w cień pulpę z otwarcia i zmieniając anielską słodycz najpierw w czekoladowy pudding a potem w błyszczącą tabliczkę czekolady z wysoką zawartością kakao, pękającej z wysokim "trrach!", motywująco działającym na pracę moich ślinianek. ;) Szczególnie, że paczulowo-karmelowa i pastelowo-słodka mieszanina ani na moment nie pozwala zapomnieć o Angelowej genezie pachnidła. Jeżeli nie będziecie pewni, co założyć na obiad u rodziców/teściów/rodzeństwa, macie już podpowiedź. :)

Całość trzyma się nieprzesadnie blisko skóry ale też nie atakuje przypadkowych przechodniów, wydaje się być przywiązaną do ciepła ludzkiego nosiciela. ;) Paradoksalnie, mimo swojego dziwactwa, to przyjemna, dobrze się noszące mieszanina.
No i muszę zgodzić się ze społecznością globalnej Fragrantiki, że bardzo podobna do...


...Angela Liqueur de Parfum z roku 2009, szczególnie w dalszych fazach rozwoju A. Le Goût, będących jednocześnie pierwszym wcieleniem Anioła Likierowego. Mniej więcej oczywiście, jednak owo spostrzeżenie od razu wpadło mi do głowy.

Anioł postarzany, przez osiem tygodni leżakujący niczym szlachetny alkohol, w beczce z wiśniowego drewna. To pewnie dzięki niej nabrał takiej spokojnie zmysłowej suchości. Tu do karmelowych kryształków, owocowych syropów oraz sucho-czekoladowego paczuli [któremu w miarę upływu czasu coraz bliżej do Borneo 1834 Lutensa :) ] dołączają nasączone dojrzałym koniakiem, aromatyczne drzewne wióry. Ten niebiański duch okazuje się typem bardzo przyjemnym, szlachetnym ale jak na anioła przystało - zdystansowanym wobec ludzkich namiętności. Właściwie nie zauważam tu klasycznych nut głowy, serca, w którym nuty zestalają się i ogrzewają, też nie. Już od pierwszych chwil mamy okazję zagłębić się w koniakową gładkość i wytrawność, oplatającą słodkie kakao, karmel oraz paczuli, spadamy wgłąb drzewno-aromatycznego gourmand; z czasem co prawda ujawniającego słabość do złocistych, półpłynnych a także cukrowych błyskotek, lecz cały czas mam świadomość, że to ciąg dalszy jakiejś opowieści, że początku tej historii nie usłyszę już chyba nigdy.
Co zresztą nie robi mi najmniejszej różnicy. Angel Liqueur de Parfum jest dziełem zbyt miękkim oraz żywym "spokojną feerią barw" - a więc wpadającym tak miłą memu powonieniu olfaktoryczną oksymoroniczność - bym traciła czas na wymyślanie mu jakiegoś (przypuszczalnie i tak nudnego) wstępu. Zamiast tego cieszę się ciepłym oraz suchym, paczulowo-kumarynowym dalszym ciągiem rozwoju dzieła, obserwując, jak zamiast kakaa lub czekolady na pierwszy plan wśród słodkości wysuwają się karmel z ciemną wanilią. I jak gładko zlewa się to w całość z moją skórą, okrywając ją niczym gruba, aksamitna materia o barwie głębokiego lazuru [chyba nawet opalizującego purpurą ale nie wpadajmy w (zbyt dużą) pretensjonalność ;) ].
Anioł Likierowy z roku 2009 to najprawdziwsze dzieło sztuki oraz doskonale przyjemna, hedonistyczna uczta dla zmysłów. W sam raz na szampański wieczór po szaleństwach na stoku narciarskim w towarzystwie przyjaciół. :D
Jaki jest jego odpowiednik z roku 2013, mogę tylko zgadywać. Jednak nadmiar owoców oraz wiodące nuty słodyczy nie wróżą niczego dobrego. [Rzecz jasna nie miałabym takich obiekcji, gdyby za sterami marki wciąż stał Mugler Thierry vel Manfred, wytrwale pilnujący, aby sygnowane jego nazwiskiem pachnidła posiadały silny charakter, były "jakieś", ze szczególnym uwzględnieniem klasycznego Anioła edp; odkąd odszedł, łapy księgowych oraz speców od marketingu zawisły nawet nad tą flagową, ikoniczną kompozycją i pozbawiając ją sporej części dawnego bezkompromisowego sznytu, odzierając ja z legendy. Więc proszę nie dziwcie się, że z lękiem myślę o dalszym "rozwoju" marki Thierry Mugler].


To jednak nie są tematy na czas świętowania. Nie wtedy, kiedy zbieram siły aby zmierzyć się ze wspomnianą Legendą, jednym z tych zapachów, które każdy pasjonat perfum bezwzględnie powinien znać.
Panowie i Panie, nadchodzi Anioł najstarszy i najważniejszy, wciąż najsilniej działający na emocje nas wszystkich.
W następnej notce. :)


Angel Fragrance of Leather (Angel Parfum de Cuir)

Rok produkcji i nos: 2012, ??

Przeznaczenie: zapach dla kobiet, o kształcie swobodnej, nasyconej ale dyskretnej aury, z czasem opadający na skórę nosicielki.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach sześciu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (oraz skórzana, niech im będzie!)

Skład:

Nuta głowy: hedione, helional, jeżyna popielica, mandarynka, bergamotka
Nuta serca: irys, morela, miód, czerwone owoce jagodowe, skóra, paczuli
Nuta bazy: czekolada, kumaryna, karmel, wanilia, drewno sandałowe


Angel Le Goût du Parfum - Sublimée de Poudre de Cacao Amer (Angel The Taste of Fragrance - Magnified with Bitter Cocoa Powder)

Rok produkcji i nos: 2011, ??

Przeznaczenie: pachnidło dedykowane kobietom, raczej bliskie skórze choć tworzące wokół ciała wyraźny, łatwo rejestrowalny woal.
Na okazje, jakie sobie tylko wymyślicie [no dobrze, raczej nie polecam go do pracy lub nauki w małym pomieszczeniu i/lub dużej grupie. ;) Choć to i jedynie sugestia; wszystko zależy od chemii Waszej skóry oraz, jak zawsze, dawki pachnidła].

Trwałość: powyżej ośmiu, czasem nawet dziesięciu godzin (ale nigdy dłuższa niż ok. pół doby)

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, kakao
Nuta serca: passiflora, morela
Nuta bazy: wanilia, gorzka czekolada, paczuli, karmel


Angel Liqueur de Parfum

Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: pachnidło stworzone z myślą o kobietach, sama jednak polecałabym testy także mężczyznom - fanom klasycznego Anioła.
Likierowy trzyma się skóry ale też nieźle projektuje na otoczenie, zostawiając za nami długi lecz niemęczący ślad; z czasem oczywiście słabnie, redukując się do gęstej, nasyconej aury.
Na okazje.. raczej oficjalne - albo i nie, jeżeli jesteście fanami klasyka. Znaczy to bowiem, że Wasze otoczenie już dawno przyzwyczaiło się do anielskiej mocy i najprawdopodobniej nie ma nic przeciwko niej. ;)

Trwałość: od ośmiu-dziesięciu godzin zimą do blisko osiemnastu latem

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (i waniliowa)

Skład:

akord owoców tropikalnych, bergamotka, wanilia, koniak, paczuli, karmel
___
Dziś Aurisse od S4P.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. To fragment Anielskich muzykantów autorstwa włoskiego malarza epoki renesansu, Bernardina Luiniego [kto zauważa podobieństwo między Muzykantami a stylem Leonarda dV, ten/ta się nie myli. ;) ], pochodzący bezpośrednio STĄD.
2. Tym razem do ilustracji posłużył mi Anioł grający na flecie pędzla Edwarda Burne'a-Jonesa, którego postaci mam nadzieję nie trzeba specjalnie przedstawiać (bo żył znacznie bliżej naszych czasów i był przedstawicielem rozpoznawalnego kierunku w sztuce). :) Tak czy inaczej, na mojego bloga przywędrował STĄD.
3. Ostatnią z ilustracji recenzji wybrałam bardziej hipstersko oraz przewrotnie (to z racji tytułu dzieła), decydując się na obraz o wdzięcznym tytule Św. Cecylia (Aniołowie oznajmiający jej przyszłe męczeństwo), stworzony przez Gustave'a Moreau, o którym nie napiszę nic. Znaleziona TU.

piątek, 20 grudnia 2013

Księga pierwsza: wprowadzenie



No i wyszło szydło z worka! ;)
Kiedy w ostatniej notce przywoływałam chóry anielskie, miałam wyjątkowo niecny zamiar. ;D Ponieważ przez trzy kolejne wpisy, licząc od dzisiejszego, zamierzam zagłębić się w uniwersum całej* anielskiej rodziny, której początek dało genialne, ukochane przez jednych i znienawidzone przez drugich, najprawdziwsze Dzieło przez wielkie D, powstałe w roku 1992 i na trwałe zapisane w annałach sztuki olfaktorycznej. O nim jednak opowiem dopiero na samym końcu a zacznę od kwiatowej serii Garden of Stars, wód powszechnie uważanych za najbardziej proste, przyjazne wcielenia kultowego Anioła. Czy słusznie?
Przekonajmy się razem. :)


Zgodnie z kolejnością alfabetyczną jako pierwszy opisu doczekał się Angel le Lys, dziecię o charakterystycznych rysach twarzy wielkiego rodzica, obdarzone wszelako własnym, dosyć wyraźnym charakterkiem. ;) Gdyż prawdę mówiąc perfumy omawianej serii mogą poszczycić się charakterkiem właśnie; na charakter trzeba sobie zapracować.
Liliowy Anioł jest na najlepszej ku temu drodze. W otwarciu bliźniaczo podobny do pierwowzoru choć nie aż tak gęsty i zadziorny. Już od pierwszych chwil daje się zauważyć białokwiatową jasność oraz gęsta, kleistą, krystaliczną słodycz miodu wspieranego przez ciemną wanilię. W miarę upływu czasu paczulowo-czekoladowe anielskie geny (wspomagane matową a piekąca goryczą gałki muszkatołowej) słabną, pozwalając zastąpić się nutom opisanym w poprzednim zdaniu. Lys staje się pachnidłem bardziej kremowym, lżejszym ale tez paradoksalnie nieco bardziej barwnym od monochromatycznego w sumie oryginału. Wodno-kwiatowy akcent zapewnia głębszy oddech, konwalia oddaje młodzieńczy charakter wody, zaś hiacynt rozjaśnia jej strumienie suchym, przytłumionym ale i tak jasnym światłem. Na znaczeniu zyskuje także słodycz wanilii, która dzięki dodatkowi bobu tonka nie musi już pozować na dystyngowaną damę o dymnym obliczu. Zaś prawem kontrastu do opisanych "umilaczy" kompozycji, głębię zapewniają jej ciemnozłoty akord ambrowy (z wyraźną domieszką akordów drzewnych) wraz z paczulową, charakterystyczną dla Angela bazą; co nieco fascynującej ciemności udało się uzyskać dzięki dorzuceniu do czarodziejskiego kotła kilku ziaren rozkruszonego w moździerzu kminku, nadającego całości gorzkiej głębi, która jednak nie jest w stanie wybić się ponad słodko-białokwiatowo-paczulowy, nieco duszący trzon kompozycji.

Angel le Lys to niezły zapach, wyrazisty oraz trwały [innym zresztą być nie może], jednak nie potrafię pozbyć się wrażenia, że jest to pachnidło nie dla każdego, nawet jeżeli chodzi o zdeklarowanych fanów pierwszego z Aniołów. Naprawdę go lubię ale potrafię wziąć poprawkę na fakt, że olfaktoryczna duszność tudzież przeładowanie nie każdemu mogą przypaść do gustu.
Spróbować jednak warto!


Z kolei Angel Pivoine wydaje się być najmniej wiernym oryginałowi elementem serii Garden of Stars; projektujący go Olivier Cresp do zadanego tematu podszedł z ewidentną swobodą. I zdaje się, że miłośnicy oryginalnej formuły pierwszego Angela raczej nie są mu za to szczególnie wdzięczni. ;) [Na podstronach międzynarodowej Fragrantiki to właśnie Anioł Piwoniowy, ze wszystkich elementów kwiatowej serii, może pochwalić się proporcjonalnie największą ilością głosów na "dislike"]. Ja jednak nie mogę się z nimi zgodzić: ostatecznie to właśnie Cresp ma największe ze wszystkich prawo do swobodnego traktowania mitu Angela, jest wszak współtwórcą jego oryginalnej receptury. Czy więc nie miał prawa, w oparciu o własne notatki sprzed lat, stworzyć "czegoś nowego", być może nawiązując do zarzuconego wówczas pomysłu?
Uważam, że tak - i dlatego podchodzę do Pivoine z dużą dozą tolerancji oraz sympatii.

Obserwując pachnidło z dystansu, w oderwaniu od naszych wyobrażeń trudno nie dostrzec, jak bardzo jest przyjemne. Jak również zwyczajnie, konwencjonalnie ładne.
Oto otrzymujemy soczysty, wyraźnie piwoniowy floriental, łatwo wyczuwalny chociaż łagodny; w otwarciu sowicie okraszony dodatkiem utartych na proszek przypraw, głównie niewymienianego w spisach nut kminu oraz dosłownie odrobiną pikantnego, wirującego w nozdrzach pieprzu. Otaczają one zieloniutka, kuszącą słodkim sokiem białą piwonię, dodatkowo wspieraną przez wściekle majowe konwalie. ;) Musi minąć dobrych kilka minut, aby pachnidło ogrzało się, wyciszyło roślinną soczystość a tym samym - pozwoliło zaistnieć typowo anielskiej paczuli na dyskretnej drzewnej bazie, ładnej i łatwo wyczuwalnej, jednak znaczniej delikatniejszej, niż można oczekiwać. Tu nie da się ominąć kwiatów, nie sposób zignorować ich słodyczy. Ponieważ to ich słodycz celebrujemy, nie Angelową. Kiedy docieramy do bazy Pivoine i obok paczuli ze wspomnianym dyskretnym wsparciem drewna pojawiają się kwiatowe pyłki, wówczas jasnym staje się, że tym razem uniknęliśmy dosadnej, nieco toksycznej, zadziornej gęstwiny anielskiego gourmand. Całość bowiem staje się bardziej pastelowa; słodkie kwiaty, paczuli, drewna a także cień zmysłowego, burego kminu stopniowo rozpływają się w delikatnym, ciepłym oraz suchym powietrzu.
Warto dać Angel Pivoine szansę aby móc przekonać się, że "inne" niekoniecznie znaczy "gorsze".


Czy to nie ironia, że ten element serii, który powszechnie uznano za najbardziej wierny oryginałowi, dołączył do niej jako ostatni, z rocznym poślizgiem? O analogiach nie mówi się zresztą bez powodu. Angel la Rose, bo o niego chodzi, oprócz konfiturowo-suszkowego różanego otwarcia może poszczycić się także paczuli, gorzką czekoladą, karmelem, wanilią oraz kumaryną - czyli tym wszystkim, co wpłynęło na przełomowy charakter klasyka z 1992 roku. To właśnie one decydują o kompleksowym, prawdziwe hedonistycznym pięknie Różanego.
Który jednak nie byłby sobą, gdyby nie wspomniane już słodko-różane, wsparte puchatą wanilią otwarcie, ożywione delikatnie pikantnym różowym pieprzem oraz z miejsca wtopione w sypkie wytrawne kakao oraz gęsty i ciepły, lejący się karmel. Mniej tu paczulowych zadziorów oraz innych "trupich" [jak chce część z Was ;> ] akordów za to więcej spokojnego, bezpiecznego klimatu deserowego. Róża naturalnie, jakby z gracją wtapia się w resztę mieszaniny, głownie dzięki gęstej, uroczo słodkiej śliwce, będącej daleką krewniaczką fioletowego owocu z klasycznego Poison Diora oraz Venezii Laury Biagiotti [chociaż ta jakościowo stoi na zupełnie innym poziomie]. W bazie znajdujemy więcej kumarynowo-paczulowej suchości, przyjemnie łączącej się z apetycznym różanym deserem, tworzącej wokół siebie całkiem sporą, trochę futrzaną a trochę fluoryzującą karminem. Zagadką twórcy Rose jest, jak przy opisanej przestronności mieszaniny udało się zamknąć w pachnidle komfortową, bardzo intymną bliskość, coś bardzo przyjemnego oraz kojącego; najpewniej chodzi o spokojną, nienarzucającą się otoczeniu aurę, jaką aromat wytwarza ale czy tylko o nią...?

Mam wrażenie, że Angel la Rose to po prostu najbardziej przymilne, najbezpieczniejsze ze wszystkich wcieleń pierwowzoru. Takie, jakie na moje skórze zwykło pokazywać się w nieliczne dni a za którym mimo wszystko się tęskni. Czyż zatem kogokolwiek będzie w stanie zdziwić wiadomość, iż Róża to jedyne perfumy z serii Garden of Stars, które posiadam w wersji pełnowymiarowej? ;)


Ostatnią częścią ogrodowej kolekcji jest Angel Violette, czyli pudrowo-zielona fiołkowa delikatność na subtelnie zarysowanej, typowo Aniołowej bazie. Rozpoczynająca się oddechem miękkiego i pastelowego fiołkowego pudru na leciutkiej paczulowo-drzewnej podstawie, przywodzącego na myśl dotykanie miękkiego aksamitu. Jednak wrażenie to znika już po kilku sekundach; na szczęście, gdyż ratuje to Fiołkowego od popadnięcia w oklepaną zmysłowość-pościelowość. ;) Zamiast delikatnego pudru pojawia się natomiast akord zimnego, nawet odrobinę paliwowego fiołkowego liścia, łamiący konwencję a jednocześnie swoją przekorą nawiązujący do rogatego charakteru Angela edp.
Wrażenia ostrego, szklisto-igiełkowego fiołkowego dysonansu nie jest w stanie rozmyć nawet znacznie dosłodzenie kompozycji oraz skąpanie paczuli z drewnami (z których potrafię nazwać chyba tylko cedr; i ambroksan ;) ) w pastelowej choć oświetlonej miękkim blaskiem, starannie wycyzelowanej, suchej cukrowej skorupce. Fiołkowe soki jakimś cudem zawsze wybiją się na pierwszy plan i za pomocą zaledwie paru dyskretnych gestów zapanować nad otoczeniem.

Czas jednak robi swoje i w bazie zimne, przemrożone fiołkowe listki ponownie zaczynają wpadać w klimaty pudrowe. Lub raczej szminkowe, gdyż w tej konkretnej twarzy Violette (oprócz tradycyjnego a nieodłącznego paczulowego anielskiego strażnika) zauważam dalekie podobieństwo do starej daty kosmetyku z Lipstick Rose marki Frédérica Malle'a. Na szczęście jest ono do tego stopnia subtelne, że nie potrafi zepsuć mi przyjemności obcowania z Fiołkowym Aniołem. :) Zresztą kiedy znów mija trochę czasu szminka znika, zastąpiona przez zleżały puder do ciała z uzupełniającej linii Angela. Co wcale nie jest wadą; taki puder vintage potrafi ciekawie ułożyć się na suchych paczulowych drewienkach, oczarować rodzajem nietypowej umowności.
W ogóle Violette potrafi jednocześnie zbudować dystans między sobą a otoczeniem [w moim przypadku to nawet między sobą a ciałem nosicielki ;) ], rodzaj wyniosłej delikatności, jednocześnie skupionej na sobie ale też uduchowionej. Dziwna ta kompozycja, choć bez wątpienia warta większej uwagi i, jeśli dostąpicie tego zaszczytu, prawdziwej miłości. ;)


Właściwie to wcale ale to wcale nie dziwi mnie olbrzymia popularność serii Garden of Stars. Ostatecznie pierwszy Angel jest dziełem wybitnie trudnym oraz kapryśnym, zatem chęć posiadanie jego łagodniejszych, mniej kontrowersyjnych wcieleń może bywa niezwykle kusząca. Szczególnie, kiedy flankery prezentują równie wysoki poziom, co ich protoplasta.
Co zresztą wcale nie dotyczy wyłącznie kwiatowych Aniołów. ;)


Angel le Lys

Rok produkcji i nos: 2005, Christine Nagel

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, o gęstym, zamaszystym śladzie, z czasem zmieniającym się w szeroką, dosyć przysadzistą aurę.
Na okazje... hmmm. Chyba sami/same musicie sprawdzić. ;) Jednak przyciśnięta do muru poleciłabym albo wieczorowe okazje Bardzo Ważne, albo noc klubowych szaleństw, raczej zima niż w lecie. [I zważcie proszę, że pisze to osoba, dla której noszenie podczas upałów Jungle od Kenzo czy Dark Aoud Montale nie jest najmniejszym problemem. ;) ]

Trwałość: w granicach nieco ponad dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: hiacynt, konwalia, lilia wodna, akordy owocowe
Nuta serca: kminek, gałka muszkatołowa, miód
Nuta bazy: wanilia, paczuli, ambra


Angel Pivoine

Rok produkcji i nos: 2005, Olivier Cresp

Przeznaczenie: pachnidło kobiece, tworzące ślad szeroki lecz półprzejrzysty oraz czuły na podmuchy wiatru, z czasem zmieniający się w gęstą ale harmonijną, przyjemną aurę.
Dobre podczas okazji wieczorowych, formalnych abo i nie. ;) Jednak i za dnia powinno się sprawdzić.

Trwałość: od siedmiu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

piwonia, konwalia, róża, paczuli, wanilia, pieprz


Angel la Rose

Rok produkcji i nos: 2006, Olivier Cresp

Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, szczególnie tych ceniących oryginalnego formuły Angela lecz bojących się jego kaprysów. :) Tym samym jestem zdania, że testy nie powinny zaszkodzić także i męskiej części ludzkości. ;)
Charakteryzuje się ograniczoną projekcją, tworząc wokół ludzkiej sylwetki, miękką, przyjemną, niezbyt głośną aurę, wyczuwalną jednak bez większego kłopotu. w ogóle bardzo hedonistyczne perfumy. :) Na wszystkie okazje, do których zwykliście dopierać klasycznego Anioła.

Trwałość: od dziewięciu czy jedenastu bo blisko szesnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (oraz gourmand)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, różowy pieprz, kumaryna
Nuta serca: bułgarska róża, śliwka
Nuta bazy: wanilia, ciemna czekolada, karmel, paczuli


Angel Violette

Rok produkcji i nos: 2005, Françoise Caron

Przeznaczenie: kompozycja dla kobiet ale dodatek zimnego fiołka spokojnie mógłby uczynić ją bardziej męską, gdyby tylko umieścić ją na męskiej skórze. :D
Pachnidło o emanacji najpierw dosyć żywej jednak niekoniecznie intensywnej, z czasem coraz bliższe skórze oraz przejrzyste. na okazje, jakie tylko uznacie za stosowne. :)

Trwałość: od sześciu do blisko dziewięciu godzin (najczęściej jednak około siedmiu)

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna
[a to niespodzianka...! ;] ]

Skład:

Nuta głowy: cukier, liść fiołka, hiacynt
Nuta serca: akordy drzewne, fiołek
Nuta bazy: mech dębowy, paczuli, wanilia
___
Dziś noszę Angela Taste of Fragrance. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/178736678935096672/
2. Isabella; ta oraz trzy kolejne grafiki są dziełami Jamesa Christensena, znanego amerykańskiego ilustratora opowieści biblijnych, mitów, baśni, legend oraz historii fantastycznych. Możecie odnaleźć je TU.
3. Anioły mojej wsi
4. Ludzie i anioły
5. Anioł niespostrzeżony

* No dobrze. ;] W zestawieniu pominę nieprodukowane już perfumy Innocent oraz Eau de Star, swego czasu nawet zwane Angelem light, ponieważ oficjalnie nie należą do rodziny (a naprawdę, ponieważ w tej chwili nie mam ich próbek :) ) a także opisanego w którejś z notek impresyjnych Angela eau de toilette z 2011 roku, wszelkie piekielnie trudno dostępne cudeńka typu Extraits de Parfums, edycje letnie oraz tegorocznego Liqueur de Parfum.
Więc bez przesady** z tą "całą rodziną". ;)

** A jednak wciąż uważam, że mimo wszystko zabieram się za opisanie najbardziej znaczących elementów serii. :]

Inwokacja

Wiecie co? Postanowiłam, że nie będę już Was męczyć opisami pachnideł rodem z cieplejszych pór roku. Na razie. ;]
Zaś aby przypomnieć nam wszystkim, że przecież mamy już niemal zimę, skupię się dziś na perfumach kadzidlanych w stylu najlepszym z możliwych. Mocnym, wyrazistym, gęstym, wzniosłym; na zapachu cudownie transcendentnym, niosącym ze sobą przekaz oczywisty ale jednocześnie stworzony z wielu elementów, które choć z pozoru obce sobie (a chwilami nawet sprzeczne), składają się na całość niebezpiecznie bliską Absolutowi.
Calling all Angels marki April Aromatics.

Ciekawa to nazwa dla perfum: wyrazista, zapadająca w pamięć, nieco pretensjonalna ale jednocześnie od razu kierujące nasze skojarzenia na właściwe tory; co zresztą w moim przypadku nie jest wcale niezbędne. :) A to dlatego, iż omawiane pachnidło od razu przenosi mnie do czasów mody na perfumy kadzidlane, kiedy to w naszym "branżowym" niszomaniactwie stawiałam dopiero pierwsze nieśmiałe kroki. Takie kadzidło - naznaczone jednocześnie goryczą ziół oraz słodyczą miodu czy wanilii, wyniosłe niczym Avignon oraz intymne jak Jaisalmer, łączące w sobie jednocześnie ducha Cardinala od Heeleya ze strzelistą bezpośredniością [ach, te oksymorony! :D ] l'Eau Trois marki Diptyque a przy tym równie krystaliczne co Olibanum Pro Fumum Roma - od razu wpada w nos, szybko budzi cały ciąg skojarzeń.
Z perspektywy późniejszych chwil rozwoju, kiedy pojawia się złocista aura cielesnego labdanum pomieszanego z syntetyczną aurą, zauważam pokrewieństwo Anielskiego Wezwania z innymi znakomitymi czystko-kadzidlakami, jak Ceremony Normy Kamali, La Liturgie des Heures od Jovoy Paris ale nade wszystko - przypomina mi recenzowana dziś kompozycja Incense Pure marki Sonoma Scent Studio, owo doskonałe, sucho-dymne, ciemno-świetliste oraz bogato-mistyczne odzwierciedlenie tęsknoty ludzkiej duszy do wszechobecnej Doskonałości i Harmonii.
[Czy one istnieją w rzeczywistości, to inna rzecz. Mnie w tej chwili najbardziej obchodzi stojąca za wiarą w nie idea oraz tęsknota].

Jak więc widzicie, niespecjalnie jest co opisywać; można nawet powiedzieć, że Calling all Angels opisałam już wcześniej, w recenzjach wszystkich wymienionych pachnideł, ze szczególnym uwzględnieniem trzech ostatnich. ;) Jednak nie będzie to cała prawda.
Bo może to nie są porażająco oryginalne perfumy, może i kompletnie nie czuję deklarowanej w spisach nut róży ani tonki, jednak cała reszta się zgadza. Jest cudowne, gęste olibanum z mirrą oraz dodającym tłustego cienia elemi, od czasu do czasu ujawnia się delikatnie migdałowy akord opoponaksu; jest ambra lub raczej akord ambrowy, miękki oraz żywiczno-słodki [szczerze mówiąc to chyba bardziej bursztynowy niż ambrowy], szczególnie piękny, kiedy tylko dołącza doń miodowe, lejące się, krystaliczne labdanum (niezbyt słodkie; słodki aspekt miodu wynika spoza niego) w stylu Labdanum od Donny Karan. Jest nasycona żywiczna mieszanka, nad którą dym staje się coraz bardziej rozrzedzony, coraz mniej wyraźny, dzięki czemu mam okazję podziwiać spokojną, jasną i suchą drzewną bazę pachnidła.


Anielskie Wezwanie z pozoru oszałamia mocą, potrafi zrobić wrażenie gorącym wichrem tudzież ognistym mieczem, postronnych potrafi przestraszyć potężnym otwarciem oraz śladem, który potrafi wówczas ciągnąć się długo za nami. Jednak kiedy tylko doń przywykniemy, gdy pozwolimy mieszaninie okrzepnąć porządnie na naszym ciele, rychło pokazuje mniej jaskrawe oblicze: łagodnieje, zmienia się w wąską aurę, już nie krzyczy lecz co najwyżej cicho śpiewa kilkanaście centymetrów ponad ludzką skórą. Okazuje się duchem spokojnym, dodającym otuchy a przecież nadal podniosłym. Najprawdziwszym biblijnym posłańcem. :)
I wiecie, co jeszcze?  Ze wszystkich znanych mi perfum o podobnym tytule, właśnie ten chór anielski jest chyba najbardziej bliski oryginalnemu konceptowi owych istot. ;)


Rok produkcji i nos: 2012, Tanja Bochnig

Przeznaczenie: rasowy, uświęcony niszową tradycją uniseks o mocy początkowo potężnej i takim sillage, po kilkudziesięciu minutach zmieniający się w gęstą ale dosyć ścisłą aurę; uroczy nawet, kiedy rzednie i blaknie. :) Jednak nie wierzcie kadzidłomaniaczce, sprawdźcie sami! ;)
Przy takiej okazji, jaką sobie tylko zamarzycie, od szusowania po stokach po kolację wigilijną w gronie rodziny.

Trwałość: w granicach około dziesięciu godzin żywej, wyraźnej projekcji

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

kadzidło, róża, miód, opoponaks, elemi, wanilia, akord ambrowy, labdanum, cenne drewna, bób tonka, benzoes, olibanum
___
Dziś nosiłam Ambre & Santal od L'Occitane.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Jedna z cyklu ilustracji do Boskiej Komedii Dantego, którego autorem jest francuski artysta epoki romantyzmu, Gustave Doré. Zaczerpnęłam ją STĄD.
2. To fragment Adoracji anielskiej, której twórcą jest florencki malarz renesansowy nazwiskiem Benozzo Gozzoli. Podpatrzyć ją możecie również TUTAJ.

środa, 18 grudnia 2013

Cudowna jabłoń

Perfum grających na nerwach sporej części z Was, bo kojarzących się z latem lub złotą, słoneczną i ciepłą jesienią, ciąg dalszy [mimo, że na kiepskość pogody nie możecie teraz narzekać]. ;) Jednak jest to w pełni uzasadnione, ponieważ ostatnimi czasy żyję w prawdziwym jabłkowym ciągu: jabłka jem, piję [podczas ostatniego wyjazdu próbowałam fenomenalnego cedru domowej roboty], jabłka fotografuję a nawet - jabłkami pachnę, co w moim przypadku zakrawa na ewenement. :D Który jednakowoż średnio mnie obchodzi, ponieważ testowany zapach, Lamsa marki Arabian Oud, to po prostu znakomite perfumy i grzechem byłoby zaniechać ich poznania tylko dlatego, że spis nut mają dosyć zachowawczy. To tylko pozory.
Nawołuję zatem: nie przejmujmy się nimi i razem poszukajmy owocu z drzewa poznania... Eee, zapędziłam się za daleko. ;]
Lamsa to po prostu fascynujące perfumy z kluczem. Proste oraz barrrdzo przyjemne.

Chrrup! [Bardzo proszę, nie naśmiewajcie się z infantylnego nadmiaru spółgłosek. Powiedzmy, ze w ten sposób tworzę/potęguję onomatopeję. ;) ] Otwarcie Lamsy jest świeże, soczyste i chrupkie, o jasnym i zwartym wnętrzu pomimo, że paradoksalnie wcale nie jednoznacznie jabłkowe. To raczej crème brûlée, do którego magicznym chyba sposobem, tuż przed skarmelizowaniem cukrowej skorupki na waniliowym kremie, ktoś włożył cząstki słodkiego, zielonego jabłka. Te zaś nie tylko nie spiekły się ani nie ugotowały ale wręcz pozostały surowe i zimne, ze wszystkimi charakterystycznymi dla tego stanu cechami. :) Właśnie taki deser zachwyca mnie w pierwszych chwilach: chrupiące jabłko schowane w delikatnej cukrowej skorupce i otoczone przez słodziutka, puszystą oraz wilgotną wanilię. Potrzeba kilku chwil abym zrozumiała że to, co początkowo brałam za karmelowa skorupę, jest w istocie miodem; tak delikatnym, ze niemal białym oraz dawno już skrystalizowanym - ale jednak miodem.
Dzięki niemu kompozycja nieco ciemnieje, zyskując przy okazji nieco cielesnego ciepła. Wówczas jabłkowo-waniliowy deser przestaje porażać dosłownością, zaś chrupiący owoc coraz śmielej zbliża się ku akcentom... jabłoniowego drewna. Dokładniej to świeżo obciętych gałęzi, wciąż przesyconych zielonym, cierpkim sokiem. Natomiast im dalej w kompozycję, tym mniej w niej świeżości. Identycznie jak w naturze, jabłoniowe drzazgi schną, zyskując odrobinę akcentów popielisto-pieprzowych a przy tym zlewając się z wanilią nieco już ciemniejszą, okraszoną dosłownie odrobiną słodkiego kwiatowego pyłku. Przy okazji jasnym staje się dla mnie, że wspomniane wcześniej ciepło ludzkiego ciała to w istocie czysty, białopiżmowy puder, ciemniejący pod wpływem jabłkowego drewna oraz wanilii. A może to one korzystają z co bardziej zwierzęcych frakcji piżma...? Bez chromatografu chyba nie ocenię. ;)

Potrafię za to docenić gładkie, spokojne piękno Lamsy, jej bezpretensjonalny urok oraz duchową młodość [nie przesadzam czasem z antropomorfizowaniem zapachów? :] Co rusz się nad tym zastanawiam]. Chyba nie muszę dodawać, że jest to kolejne z olfaktorycznych zauroczeń, jakich dostąpiłam dzięki uprzejmości perfumerii Yasmeen? Przy takim jabłuszku trudno czasem się nie zapomnieć. ;)


Rok produkcji i nos: 2012, ??

Przeznaczenie: pachnidło dedykowane jest kobietom, dla mnie jednak to klasyczny przykład niebanalnego, odświeżającego nasze przyzwyczajenia perfumowe uniseksu. Trzyma się niezbyt blisko skóry, jak to z perfumami arabskimi bywa: najpierw tworzy intensywny lecz krótki sillage, by po kilkudziesięciu minutach zacząć zmieniać się w żywą, zachłanną aurę; następnie redukuje się do aury słabej i tak dalej aż do całkowitego zaniku.
Na niemal każdą okazję.

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin, czyli standard jak na olejek.

Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa

Skład:

Nuta głowy: jabłko
Nuta serca: miód
Nuta bazy: wanilia, piżmo
___
W tej chwili pachnę tym, o czym powyżej.

P.S.
Pierwsza ilustracja to dzieło Łukasza Cranacha Starszego o tytule Adam i Ewa; pożyczyłam ją STĄD.