poniedziałek, 30 września 2013

Szafranowa niespodzianka

Powiem Wam, że się nie spodziewałam. Ani ciut ciut, nawet odrobinkę.
Odkąd parę lat temu zrozumiałam, że wychwalany pod niebiosa Safran Troublant od L'Artisan Parfumeur prawdopodobnie nigdy nie zrobi na mnie pozytywnego wrażenia, nie miałam nadziei na znalezienie perfum, w których nutkę tej cennej przyprawy ukazano by w entourage'u delikatnym ale jednocześnie przyjemnym dla mojego nosa. [Inna sprawa, że niespecjalnie o to zabiegałam przekonana, że szafran dobry = szafran mocny]. A tu niespodzianka!
W ostatniej próbkowej przesyłce od Lorieny czekał na mnie prawdziwy skarb. Za który niniejszym dziękuję. :)

Ów cenny eliksir nosi nazwę Safran Nobile a pochodzi z zasobów marki o nazwie długiej, jak stąd tam: Libertin Louison Technique Indiscrète. Uff! Na szczęście dwa pierwsze wyrazy to nazwisko [lub pseudonim? Nie potrafię wyobrazić sobie rodziców, którzy chcieliby nadać dziecku imię Libertyn. No ale oni "tam, na Zachodzie" w kwestii imion bywają dosyć dziwni. ;] ] założyciela oraz perfumiarza belgijskiej manufaktury zapachowej, zatem spokojnie można chyba posługiwać się tylko kolejnym członem jej nazwy. Zresztą to wszystko są kwestie drugorzędnego znaczenia. Najważniejsza jest zawartość flakonu.
Doprawdy świetnie skrojona oraz zwyczajnie urocza. :)

Najciekawsze, najbardziej zaskakujące oraz skłaniające umysł do działania są pierwsze takty Szlachetnego Szafranu. Przyznam, że po takim wstępie, jaki właśnie Wam zaserwowałam, w życiu nie spodziewałabym się podobnego otwarcia - które zresztą doskonale spełniło pokładane w nim oczekiwania i z miejsca kupiło moją uwagę. Oto bowiem pojawia się zimny, lekko metaliczny, przesycony korzenną goryczką akord ziołowo-aptekarski. Chłodna, ożywcza woń wbija się nam w nozdrza i udrażnia je, pozwalając odetchnąć pełną piersią. Miłośnikom perfum dziwnych oraz szafranu zdecydowanie dosadnego, o wyraziście orientalnych korzeniach tylko w to graj! :D Jednak ten rześki, lekko metaliczny akord znika równie płynnie co szybko, zastąpiony lekką, pudrową bielą stanowiącą punkt wyjścia dla nieco maślanego anyżu. I choć nie należę do szczególnie oddanych fanów tejże przyprawy, umiem ją docenić. Szczególnie, kiedy wspomniana biel, pochodna filigranowej kwiatowej zjawy odchodzi zastępowana ciemniejszym pyłkiem z paczuli oraz benzoesu; obu ciepłych, spokojnych oraz w bardzo niedosłowny sposób deserowych.

Właśnie dzięki nim front zmienia nie tylko anyż, zatrzymany w swej pogoni ku jak najszybszemu zjełczeniu ale też składnik tytułowy: z gorzkiego i podbitego kardamonową goryczką posuwistym krokiem zmierzającym ku sypkiej delikatności, aksamitnej, śmietankowej orientalności. W tym miejscu pojawia się, wspomniane we wstępie notki, podobieństwo omawianej mieszanki do Safran Troublant. Bez róż i zwietrzałego cukru pudru, za to ze świetnym, zmieniającym się w czasie, żywym ale harmonijnym tłem.
Zaryzykuję nawet stwierdzenia, że Safran Nobile to przecież Safran Troublant oczyszczony ze zgubnego wpływu Olivii Giacobetti. :P Pokazujący przynajmniej dwa różne wcielenia tytułowej przyprawy, z podziwu godną pieczołowitością i za pomocą klasycznych środków podkreślający jej cenność. Charakteryzujący się zbliżonym waniliowym pogłosem. A ponadto równie co ST spokojny, szepczący tuż przy ludzkiej skórze i zamierający w coraz jaśniejszej, niezmierzonej pastelowej głębi; bez hałasu i bólu rozpadający się na pojedyncze atomy. Gdyby czarna dziura nie była czarna ale biała, dokładnie taki kres mógłby przydarzyć się szafranowi za horyzontem zdarzeń. :) Tymczasem niezwykłe zjawisko ma miejsce tuż koło naszego nosa, na naszej własnej skórze, za każdym razem, kiedy kończymy przygodę z Safran Nobile.
Panie Libertynie, dobra robota!

Rok produkcji i nos: 2008, Libertin Louison

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, jednak wg mnie to świetny, choć bardzo spokojny, uniseks. Bliski skórze, dyskretny, wyważony; aby stworzyć zeń śmiałą aurę zapewne trzeba się nim zlać. [Czego jednak nie robiłam, nie mając ani wystarczającej ilości materiału testowego, ani chęci ;) ].
Na okazje oficjalne oraz jakiekolwiek inne, kiedy nie chcemy atakować otoczenia naszymi perfumami.

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa


Skład:

Nuta głowy: cytryna amalfitańska, pomarańcza
Nuta serca: szafran, anyż, kardamon, jaśmin
Nuta bazy: wanilia, benzoes, paczuli

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://thewhiteramekins.com/2013/03/10/paradise-on-earth-the-beautiful-kashmir/

W skrócie mało telegraficznym

Chyba przyszła pora, aby po raz kolejny zniwelować stos czekających na recenzję pachnideł choćby o kilka sztuk. Przed Wami pięć niszowych impresji, z czego dwie zasługują na pełnowymiarowe recenzje, których niestety  nie mogę im zapewnić. Cóż, zawsze lepsze kilka zdań, niż nic. :)


1000 Flowers, Ode for Him

Spis nut wyglądał jak marzenie każdego niszomaniaka, możliwość kontaktu z pachnidłem mało znanej marki tylko podsycała ciekawość poszukiwaczki perełek. Rzeczywistość szybko ostudziła mój zapał.
Ode for Him nie jest dziełem złym; przeciwnie, to bardzo sympatyczny, spokojny codzienny zapach dla tych panów, którzy cenią sobie kompozycje drzewne lecz nie lubią charakteryzującej je często głośnej, brawurowej emanacji. No właśnie... panów. ;) Mój problem dotyczy bowiem faktu, iż żadną miara Ody nie można nazwać uniseksem. Tu nikt nie zostawił nawet małej furtki dla dżenderowej względności olfaktorycznego świata. W pierwszych chwilach dosłownie ogłusza mnie woń klasycznych męskich perfum w typie wygładzonego oraz przewianego Old Spice, dopiero później pojawia się sucha, matowa chociaż plastyczna drzewność. Wówczas co prawda daje się zauważyć większą tolerancję dla swobodnego wyboru, akordy mszyste przemieszane z żywicami oraz zamszem, co razem robi wrażenie "podrasowanego paprociowo", świadomie zmaskulinizowanego Wonderwood od Comme des Garçons. Nawet skromna projekcja zdaje się potwierdzać pokrewieństwo obu wód.
Jest to zapach całkiem przyjemny. Tylko, że nie dla mnie.

Skład:
kardamon, kolendra, kocanka, drewno sandałowe, drewno cedrowe, wetyweria, paczuli, mech dębowy, oud, kadzidło


Byredo, Mister Marvelous

O ile poprzednie pachnidło w swobodny sposób nawiązywało do perfumiarskiej klasyki, Pan Cudowny to facet nowoczesny pełną gębą! Mamy tutaj dużo słodkiego kwiatu pomarańczy przełamanego świetlistym petit grain, co stworzyło interesujący kwiatowy kontrast. Plus co nieco nie tak starego, dobrego musowania. ;) Dodatek lawendy znacznie przybliżył tę mieszankę najpierw do męskiego Black XS od Paco R., później pchnął bardziej w stronę Rochas Man pozbawionego kawy. Akordy drzewne stanowią zdystansowane chociaż mocne i zauważalne tło, sprytnie nawiązujące do obu wspomnianych wód.
Projekcja ponad miarę, trwałość też niczego sobie. Fajna rzecz. :)

Skład:
petit grain, neroli, bambus, lawenda, drewno cedrowe, akord ambrowy


Jo Malone, Dark Amber & Ginger Lily

Kiedyś nie bardzo miałam chęć opisywać perfumy od Jo Malone, a teraz one najwyraźniej nie chcą być opisywane przeze mnie. :) Ilekroć umyślę sobie, że akurat tego dnia opiszę coś z tej stajni, jak na złość nie mogę znaleźć próbki! W związku z tym ostatecznie zabieram się za coś innego a kiedy później, wieczorem, do nocnego testowania wyciągam sample na chybił-trafił.. Nie zgadniecie, która marka wpada mi w łapy jako pierwsza [no dobrze; czasem to "jako pierwsza" jest bardziej umowne i dotyczy, powiedzmy, trzeciej z kolei wylosowanej próbki]! ;> Tak więc nie lubimy się z Jo Malone z wzajemnością. Powód mojej niechęci jest dosyć prosty. To, no cóż, niski stopień ciekawości prezentowanych wód. Dark Amber & Ginger Lily najlepszym dowodem.
Zapach, który teoretycznie powinien mi się podobać. Słodkie, może trochę wodne, kwiaty z intrygującym, przyprawowym pazurem, na gładkiej i jasnej drzewnej podstawie, z ambrą, kadzidłem i skórą u boku.I chyba nawet tak jest, aczkolwiek przypraw zbyt wiele nie zauważyłam a skóry niemal wcale. Jednak przez całą piramidę zapachową przebiega charakterystyczna, słodko-mleczna, kwiatowo-drzewno-ambrowa nuta, która czyni z omawianej kompozycji kolejnego klona nieumarłej wróć: nieśmiertelnej Euphorii Calvina Kleina. Co czyni z tworu brytyjskiego domu perfumeryjnego zapach może i konwencjonalnie ładny ale też tak strasznie nuuuuuuuuudnyyy, że właśnie przy nim zasypiam. :] Do tego z subiektywnego punktu widzenia zamiast uznania czy obojętności czuję doń niechęć.
Nagroda dla największego nudziarza kwartału przyznana.
[Na domiar złego napieprza mi z okolic łokcia na cały okoliczny teren, utrudniając napisanie reszty notek. Rozprzestrzenia się toto jak apokalipsa zombie wróć: jak klasyczna Euphoria. Musiałam iść szorować rękę].

Skład:
różowy pieprz, czarny kardamon, imbir, jaśmin wielkolistny, róża, lilia wodna, orchidea, drewno sandałowe, skóra, japoński oud kyara, czarna ambra, paczuli


Mancera, Wild Fruits

Owoce dzikie, to prawda, jednak pochodzące zdecydowanie spoza naszej strefy klimatycznej. Tak mogłyby pachnieć zdziczałe sady na przykład w Brazylii; takie, gdzie nie ma już większej różnicy między poszczególnymi gatunkami owoców cytrusowych [te skręcające w stronę goryczy skrzyżowały się ze słodkimi, a matowo ożywcza limonka okazuje się praktycznie nie do odróżnienia od lekko skórzanej bergamotki], natomiast cała reszta zlewa się w jednolitą, arcysłodką, bajecznie smakowitą pulpę z musem jabłkowym w tle. Napisałam kiedyś, że Taj Sunset Escady to istna sałatka wieloowocowa czy inna apetyczna melba? Zapomnijcie o tym. Wild Fruits to dopiero jest fruktozowe szaleństwo!
Także w późniejszych etapach, kiedy soki schną, zmieniając się powoli z jasny, przepełniony owocowym światłem puder. Troszkę cedrowy czy paczulowy, głównie jednak zbudowany na bazie białych piżm oraz syntetycznych drewienek. Ciekawe rozwiązanie po deserowej orgii.
Justyno N., byłyżby to perfumy dla Ciebie...?

Skład:
cytryna, kumkwat, grejpfrut oraz inne cytrusy, czarna porzeczka, jabłko, brzoskwinia oraz inne akordy owocowe, fiołek, drewno cedrowe, białe piżmo


Undergreen, Black

Zapach, który swego czasu zelektryzował rodzime perfumomaniackie środowisko. I zaprawdę trudno się nam dziwić.
To zapadający w pamięć, mało banalny przyprawowiec, z cynamonem oraz pieprzem przefiltrowanymi przez sito, stworzone ze słodko gumowej lukrecji w obręczy z drewna gwajakowego. Jak na rasową niszę, jest to efekt intrygujący oraz z całą pewnością wart uwagi. Tym bardziej, że po kilkunastu minutach zaczyna dryfować w kierunkach suchych, wpadających w ciemną, drzewną goryczkę. Pojawia się woń spalonej kawy, szczęśliwie w dosyć ograniczonej postaci. Lubię Black za udane, wysoce artystyczne skontrastowanie nut słodkich oraz gorzkich, za możliwość obserwacji, jak oba przeciwieństwa wpływają na siebie nawzajem: jak gorycz pogłębia cienie wokół słodkości i z jakim wdziękiem słodycze matują gryzącą goryczkę. Jak to wszystko rozpływa się w punkcie wspólnym obu "oponentów", roślinnej mroczności.
Czerń to kompozycja bardzo stylowa. Po niszowemu dziwna a jednak umiejąca zachować umiar w projekcji, posłuszna swojemu nowoczesnemu duchowi. Warta poznania.
jedyne, czego żałuję. To ślepota mojego węchu na akord drewna agarowego, które tak sprytnie się ukryło, iż nie potrafię go zlokalizować. :) Mogę tylko przypuszczać, że zamelinowało się gdzieś we strefie goryczy. Ale niech tam! Jego brak nie potrafi odebrać mi przyjemności obcowania z Black. :)

Skład:
imbir, pieprz, cynamon, lukrecja, bób tonka, kawa, drewno gwajakowe, kadzidło, oud, brzezina
___
Dziś Roam, czyli dziesiąty Odin.

piątek, 27 września 2013

Kawior z bieługi i waniliowy budyń

Zastanawialiście się czasem, skąd biorą się nazwy perfum? I jak silna jest ich magia?
Nie trzeba być Sherlockiem Holmesem aby odgadnąć, czemu kompozycje zatytułowane Opium, Poison albo Black Afgano osiągnęły światowy sukces. Również tylko trochę wyobraźni wymaga zrozumienie, że w roku 1921 nadanie pierwszym perfumom od zdolnej projektantki o nowatorskiej wizji kobiecego stroju minimalistycznej nazwy No. 5 było krokiem prawdziwie rewolucyjnym. Z drugiej jednak strony Shalimar został Shalimarem a Mitsouko Mitsouko ot, tak sobie, bez zbytecznych zobowiązań. Żeby tytuł fajnie brzmiał. Dopiero parę ładnych lat po ich premierze guerlainowscy specjaliści od marketingu dokleili uznanym już dziełom sztuki perfumeryjnej patetyczne oraz ckliwe narracyjne zaplecza. Wszystko to jednak są historie powszechnie znane jak również łatwe do zrozumienia. Dlaczego jednak komuś przyszło do głowy nazwać miękkiego, ciepłego waniliowego puchatka po niemal wymarłej drapieżnej rybie a na dokładkę upchnąć jeszcze "niszową" skórę?
Dalibóg, nie mam pojęcia.


Przecież Cuir Beluga, jedno z trzech pierwszych pachnideł Guerlainowej butikowej kolekcji L’Art et la Matière, nie ma dosłownie nic wspólnego ani ze skórą, ani tym bardziej z bieługą! Zauważam w zasadzie tylko jedną zbieżność: o ile wspomniana ryba często kojarzy się z kulinarnymi zbytkami zamożnych Rosjan z epoki carów [wiecie, kawior z bieługi plus szampan... te sprawy :) ], Cuir Beluga od Guerlain tak samo okazała się dziełem luksusowym oraz oderwanym od codziennych trosk zwykłych śmiertelników. ;) Lecz pomimo korzeni sięgających daleko wstecz, omawiana kompozycja pozostaje produktem zdecydowanie współczesnym.

W otwarciu przyjemnie słodka (choć już od samego początku sucha, pyłkowa), złożona z akordów soczystej mandarynki oraz kilku innych cytrusów, wyniesiona ku górze na delikatnej, półprzejrzystej chmurze nowoczesnych aldehydów. Co razem dało efekt dosyć sympatyczny, jednak na mnie nie robiący żadnego większego wrażenia; możliwe, że dlatego z ulgą powitałam szybki spadek mocy aldehydów, zastąpionych przez ciepłą, waniliowo-paczulową słodycz, na która mogły osunąć się apetyczne cytrusy. Lecz i one szybko znikają, również dzięki pojawieniu się nowej nuty: tym razem chodzi o kocankę, której drażniąca ale i piękna suchość ciekawie łączy się z puchatą, apetyczną choć jednocześnie pudrowo-rozbieloną delikatnością, ratując CB przed banałem. :)
Im śmielej zaglądamy w bazę mieszaniny, tym więcej zauważamy waniliowej, trochę budyniowej słodyczy oraz żywiczno-złocistych ambrowych promyków. To w nie z kolei wtapia się trudna już do rozdzielenia masa paczulowo-kocankowa, od czasu do czasu ożywiana pojedynczymi frakcjami zielono-krystalicznych soków z heliotropowej łodygi. Jednak najważniejszą funkcję wciąż spełnia tu wanilia: trochę ciemnych ziarenek i dosłownie odrobinka słodko uwędzonego dymu, za to dużo cukru waniliowego pospołu z pianką na mleku, gotowanym z dodatkiem owej słodkiej przyprawy. A do tego suchość paczuli, ambry, kocanki (w przypadku tej ostatniej również trochę gryzących, poniekąd tytoniowych akcentów).

Luksus przez duże L. Szyk przez równie duże S. Oraz Nuda przez całkiem spore N. :] Cuir Beluga to sympatyczne, zacnie skonstruowane perfumy, w których nie można narzekać na nadmiar emocji. Nosi się je przyjemnie, z radością pozwalając otulić swoje ciało miłym w dotyku, gęsto tkanym szalem nienachalnej słodyczy ale brakuje mi w nich tego tajemniczego "czegoś", od którego moje serce zabiłoby żywiej. Chyba wydała się tajemnica: zbytek w ilościach ponadnormatywnych porządnie mnie męczy [choć oczywiście przez kilka dni w roku może być bardzo mile widzianym. ;) Jednak nie dłużej!]. Wciąż wolę swoją chatkę czarownicy. :)

Łukaszu, bardzo dziękuję za próbkę! :*

Rok produkcji i nos: 2005, Olivier Polge

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o nienachalnej projekcji, otulający ludzkie ciało szczelną ale gęstą aurą. Po kilku godzinach bardzo bliskoskórny i rachityczny.
Na wszystkie okazje, o jakich zamarzycie. Od nudnego dnia pracy czy szkoły po bal karnawałowy. :)

Trwałość: od pięciu do blisko ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa




Skład:

Nuta głowy: tangerynka, aldehydy
Nuta serca: paczuli, kocanka
Nuta bazy: wanilia, ambra, heliotrop, zamsz (?)
___
Dziś klasyczny Shalimar, woda perfumowana.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.citmagazine.com/article/1184237/azerbaijan-new-venues-baku

wtorek, 24 września 2013

Powrót do świata wspomnień

Ku czasom, kiedy dopiero stawiałam pierwsze kroki w świecie perfum niszowych. Kiedy wędrując anonimowo po Wizażu odkryłam zamknięty watek dotyczący reklamy pewnego nieistniejącego już forum [bosz, cóż to była za gratka socjologiczna! :> Zarówno sprawa na W., jak i tamto drugie miejsce ;] ] a stamtąd trafiłam na blogi Elve oraz Sabbath [pierwsza z wymienionych autorek aktywnie udzielała się na wspomnianym forum, blog Sabb ktoś podlinkował w dziale ulubionych pachnących miejsc w Sieci]. O ile wcześniej zdążyłam poznać kilka pachnideł niszowych, które jednak nie zrobiły na mnie specjalnego wrażenia, spotkanie ze światem osób autentycznie i szczerze zafascynowanych rzeczywistością olfaktorycznych doznań spod znaku czarnego kota oraz chatki na kurzej nóżce podziałało na mnie motywująco. Od razu poczułam, że skoro gdzieś istnieją perfumy tak bardzo dosłownie oddające mój charakter i wyróżniające się na tle zawartości półek "zwyczajnych perfumerii", natychmiast muszę je poznać! ;) A kiedy miałam już przed sobą kilka pierwszych zestawów próbek... BUM! Oto otworzyły się przede mną czas i przestrzeń. Pełen radosnego zaskoczenia zachwyt, że oto można tak pachnieć, całkowicie zawrócił mi w głowie. Pamiętam, że przez dobrych kilka tygodni chodziłam jak otumaniona a przyjaciele śmiali się, iż nie sposób porozmawiać ze mną na żaden temat, który nie dotyczyłby perfum. ;) Żyłam wtedy trochę jak na haju, od świtu do nocy narkotyzując się woniami gęstych kadzideł, piwnicznego paczuli, zimno-dymnej wetywerii, pikantnej ambry, niezmierzonych egzotycznych puszcz, starych skór albo przypraw, od których aż kręciło się w głowie! Odkryłam, że oto jestem u siebie, że dokładnie tego chcę.
Znalazłam swój kącik w bajecznym świecie zapachów.

Od tej pory wiele się jednak zmieniło.


Jak wspominałam już kilka razy, współcześnie perfumy niszowe powoli lecz systematycznie tracą prawo do takiego a nie innego przymiotnika. Stają się coraz bardziej popularne, zwracają uwagę coraz szerszej grupy konsumentów, dlatego patroni marek oraz tworzący dla nich perfumiarze coraz częściej czują się zobligowania do mniejszych lub większych ustępstw wobec miłośników bezrefleksyjnej lekkości. Kiedyś kfiatki-sratki, owocki oraz wodne świeżynki mogły sobie być marginesem niszy, słusznie zakładającej, iż nie musi zawracać sobie nimi głowy, ponieważ wariacji na ich temat dostarcza i jeszcze długo dostarczać będzie perfumiarstwo głównego nurtu. Dziś ów odważny, świadczący o silnym charakterze twórców wniosek można zacząć wkładać między bajki. O ile nie zdarzy się cud, L'Artisan Parfumeur  albo Diptyque już nigdy nie będą tymi markami, których produkty zachwycały mnie te parę lat temu. Straciłam do nich cierpliwość, chociaż jeszcze nie serce. Staczanie się ich (oraz im podobnych) w otchłań głównonurtowej tandety bardzo mnie boli. Wciąż je kocham, dlatego cierpię, obserwując postępującą tabloidyzację kolejnych pozbawionych charakteru tforuff firm niegdyś wielkich.

Z tego powodu cieszy mnie, kiedy dana marka decyduje się wypuścić zapach w starym, dobrym stylu. Bez kompromisów. Co wcale nie znaczy, że i bez zmysłu marketingowego oraz przekonania co do słuszności sloganu, że klient "najbardziej lubi te piosenki, które dobrze zna". Bo wystarczy szczerze, z uniesioną przyłbicą zaserwować potencjalnemu klientowi dokładnie to, co ona lub on naprawdę zna oraz lubi, aby zyskać uznanie.
Perfumy paryskiej marki Jovoy są najlepszym dowodem.


Z pięciu sprowadzonych ostatnio do Polski wód, do dziś opisałam dwie: L'Enfant Terrible nie tak dawno temu oraz La Liturgie des Heures, zrecenzowaną w grudniu 2012 roku. Nadeszła więc pora na opis dalszych trzech. :)

Ambre Premier to z początku klasyczny przypadek bogatej, gorącej, korzenno-paczulowej ambry. Przyprawy wiją się wokół tytułowego złocistego akordu, wspomagane przez suchy, lekko piwniczny wiatr [gdyby dodać woń kadzidła, przypominałaby mi Ambre Fétiche z Orientalistycznej serii Annick Goutal], by po kilkunastu minutach przycichnąć, pozwolić rozgrzać się słodkim wiatrem, omywającym wysuszony, łagodnie orientalny trzon kompozycji. Pojawia się kilka pojedynczych płatków, wyjętych z mocno przesłodzonego różanego potpourri, które upadają tuż obok cienia pikantnej masali, połączonej w całość z laboratoryjnym akordem ambrowym oraz paczuli. Z czasem gra składników, których jednak nie potrafię wskazać dodaje do Ambre Premier wyraźny piżmowy twist. Przy czym chodzi tu o piżmo ciepłe, zdecydowanie orientalne lecz zbyt wygładzone, by mogło być zmysłowym albo zwierzęcym. Wyczuwam w nim ducha raczej lutensowskiego Clair de Musc uziemionego wyraźną, korzenną różyczką - lub bardziej wyrafinowanej wersji Flower od Kenzo, ogólnie sporo mydła. I chyba na pewno mój nos mnie oszukuje, ponieważ chodzi tu o jakaś grę części składowych ambry i paczuli z przyprawami. Jednak skoro wyczuwam piżmo, to o nim piszę. :)
Kiedy kompozycja cichnie, staje się jednocześnie miękka, coraz bardziej kaszmirowa i, jakby to rzec?, pościelowa. Wpada w silnie waniliowe tony nie rezygnując jednak z zadziornej pikanterii oraz piżmowych mydlin. Otula sylwetkę i angażuje powonienie, nie męcząc nikogo. Sympatyczne dzieło.

Z kolei Les Jeux sont Faits, Kości zostały rzucone, prezentuje odwrotny kierunek rozwoju: od czegoś miękkiego (choć ożywczego) na starcie, po gęste, nasycone, arcyprzyjemne nawiązanie do cielesno-alkoholowo-drzewnych klimatów w ostatnich stadiach rozwoju. Wyczuwam wówczas bliskie sąsiedztwo Sequoi od Comme des Garçons albo angielskiego klubu dla dżentelmenów. Jednak zanim do nich dotrzemy, musimy najpierw przedrzeć się przez ostre, trawiasto-irysowe akordy dzięgla doprawianego papierosowym powidokiem prosto z Fougère Bengale marki Parfum d'Empire. Złociste promienie olejku petigranowego tylko podkreślają ogłuszającą moc niebanalnie świeżego otwarcia, podobnie jak matowy, pobudzający gin. Później jednak pachnidło zaczyna ogrzewać się i osiadać na ludzkiej skórze jako brunatny, sypki puder. Tytoń staje się bardziej przyjemny, bliższy zapachowi (jeszcze nie palonych! ;) ) dobrych papierosów, dzięki czemu drapiąca świeżość otwarcia przechodzi płynnie w wytrawne, głębokie akordy rumu, któremu towarzyszy kilka frakcji woni tapicerowanych skórą mebli. I właściwie już mogę spodziewać się dużej, dosyć ciemnej biblioteki z książkami po sam sufit oraz wystrojem w ciepłych, przyciemnionych barwach, która tak zachwyciła mnie w Sequoi - jednak póki to nie nastąpi, towarzystwa dotrzymuje nam kmin, zmieszany z tytoniem oraz alkoholem, dzięki czemu towarzyszące mu zazwyczaj skojarzenie z zapachem ludzkiego potu nie jest zbyt silne. Kiedy podprażone ziarenka przyprawy rozgoszczą się już na ludzkiej skórze, wówczas nieoczekiwanie zaczynają spychać ów klub czy pałacową bibliotekę na drugi plan, zamiast nich akcentując rum w towarzystwie miękkich oraz ciepłych akordów łagodnego, mocno zeuropeizowanego Orientu. Mamy tu staroświeckie paczuli, mamy dymną wanilię oraz śmietankowo-żywiczne drewno sandałowe, mamy wreszcie gęste, złociste labdanum powoli zmierzające w stronę wariacji okołoambrowych. Zaś całość przypomina.. relaks w ciemnym, oświetlanym jeno kilkoma punktowymi lampami, historycznie urządzonym wnętrzu, przy kieliszku smacznego alkoholu w jednej dłoni oraz ze starym wydaniem klasycznej powieści w drugiej. Ponieważ ogół nut Les Jeux sont Faits ni z tego, ni z owego zaczyna układać się w subtelną wariację na temat starych, oprawnych w skórę i przesiąkniętym aromatami starego domu woluminów. Jaki przyjemny pomysł na spędzenie późnojesiennego wieczoru! :)


O trzeciej spośród omawianych teraz kompozycji, Private Label, chciałabym powiedzieć znacznie więcej, niż mogę. Raz, że swego czasu Trzy Ryby oraz Sabbath [to już trzeci raz, kiedy wspominam ją w tej notce. Chyba jestem winna Sabb kosz upominkowy albo coś.. ;) ] opisały pachnidło tak pięknie, że trudno będzie im dorównać a dwa - no cóż, tym razem skojarzeń z innymi wodami mam tak wiele, że nie potrafię spojrzeć na omawianą akurat mieszankę w oderwaniu od nich. W tym gęstym i ciemnym, ze wszech miar wiedźmim wetyweriowcu zauważam bowiem wstęp nawiązujący do pachnideł marki D.S. & Durga, do Mississippi Medicine albo Cowboy Grass, rozwinięcie okazuje się pogłębioną postacią mojego ulubieńca od Pro Fumum Roma, Fumidusa, wzbogaconą dodatkowo o Roots Sary Horowitz, zaś baza przypomina nieco skrzyżowanie Le Vétiver od Lubin z ostatnimi oddechami Lonestar Memories Andyego Tauera. Od wetyweriowej, przełamanej czymś ciekawym (chyba cypriolem), niszowej świeżości, przez flirt z nutami słodowymi, dymami (może oudem?) oraz dziegciem aż po gęstą żywiczną lekkość wetywerii naznaczonej słodyczą i wpadającej w akordy cielesne. I choć Private Label to dzieło ze wszech miar piękne, starannie przemyślane [a nawet zaryzykowałabym opinię, ze również oryginalne; tak, jak oryginalne są wszystkie przytoczone wyżej pachnidła "ciemnowetyweriowe"], trudno nazwać je wyjątkowym. Jednak czy to jest wada...?

Przecież żadne z opisanych - w recenzji tej lub któreś z dwóch wcześniejszych - pachnideł nie chwali się własnym nowatorstwem ani odwagą twórczą. Po prostu . Udowadniając, że w świecie perfum niszowych można odnaleźć istne morze dobrze kojarzących się zestawień nut, do których z powodzeniem można by nawiązywać podczas tworzenia własnej kolekcji zapachów. A na pewno ich wybór jest znacznie bogatszy, aniżeli pomiędzy różowiutkimi, głównonurtowymi banałami. Więc nie warto zbyt często spoglądać w stronę tych drugich.
Nie trzeba sprzedawać duszy diabłu, aby móc sprzedawać własne perfumy, o tym chciałam Wam dziś napisać. :)


Ambre Premier

Rok produkcji i nos: 2011, Michèle Saramito

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, choć dla mnie jego pierwsze nuty to ucieleśnienie uniseksu. Jednak reszta przypadłaby do gustu głównie mężczyznom mającym słabość do miękkiego piżma oraz łakoci. :)
Moc i emanacja początkowo spore, z czasem skracające pole oddziaływania, gdy pachnidło zbliża się do ludzkiej skóry.
Na dowolnie wybrane okazje.

Trwałość: około sześciu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa

Skład:

Nuta głowy: cytrusy oraz przyprawy
Nuta serca: róża
Nuta bazy: paczuli, wanilia, ambra


Les Jeux sont Faits

Rok produkcji i nos(y): 2012, Dorothée Piot oraz Amélie Bourgeois

Przeznaczenie: to znowu mamy do czynienia z kompozycją stworzoną dla mężczyzn, choć mój przypadek (oraz gusta) sugerują, że i kobiety powinny znaleźć w niej coś w sam raz dla siebie. :)
Projekcja początkowo śmiała, w miarę upływu godzin oczywiście coraz bardziej miękka oraz bliższa skórze.
Na wszystkie okazje.

Trwałość: od siedmiu do blisko dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: mieszanka owoców kandyzowanych i suszonych, dzięgiel, petit grain
Nuta serca: gin, tabaka, kmin rzymski, rum
Nuta bazy: drewno sandałowe, labdanum, paczuli, wanilia, skóra


Private Label

Rok produkcji i nos: 2011, Cécile Zarokian

Przeznaczenie: zapach uniseksualny - i to jest wreszcie właściwa etykieta! :D Jeżeli natomiast chodzi o walory użytkowe, Private Label zachowuje się podobnie, jak dwie wcześniejsze mieszanki: najpierw z przytupem choć przyzwoicie, by później osiąść na skórze i łagodnie promieniować wokół ludzkiej sylwetki.
Dobór pachnidła do okazji zależy wyłącznie od Was samych.

Trwałość: w granicach dwunastu-trzynastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: wetyweria, papirus, skóra
Nuta serca: drewno sandałowe, paczuli
Nuta bazy: labdanum
___
Dziś Iris Nazarena marki Aedes de Venustas.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.yousaytoo.com/diminiched-an-approach-to-niche-perfumery/4040734
2. http://www.tribaspace.com/news/12605-von-eusersdorff-fragrances-now-available-at-luxury-perfumery-jovoy-in-paris-coudray-fspr%2
3. http://thebeautyprince.wordpress.com/2012/07/25/paris-summer-2012-new-discoveries-and-sights-along-the-way/

niedziela, 22 września 2013

Świeżaki na lato, orientale na zimę


Zmiany klimatu postępują, to fakt. Jak duże się okażą, w jakim stopniu zafundowane przez naszą niefrasobliwość a w jakim przez odwieczny cykl natury, wynikający z precesji kuli ziemskiej - jest kwestią sporną, której rozstrzyganie zostawmy następnym pokoleniom. Póki co żyjemy w klimacie, którego pochodną są cztery główne pory roku oraz dwie "nieoficjalne", przejściowe. Spory rozstrzał temperatur, opadów oraz wszystkiego, co z nimi związane powoduje, że nie tylko ubieramy oraz odżywiamy się inaczej w zależności od miesiąca roku ale także mamy ochotę odmiennie pachnieć.

Nie ma w tym niczego złego ani banalnego To po prostu część reakcji przystosowawczych naszego organizmu, przygotowującego się do nowych warunków atmosferycznych. Tak, jak robimy sezonowy przegląd zawartości garderoby, co trzy do sześciu miesięcy warto przyjrzeć się naszej kolekcji perfum i zastanowić, co wyciągamy na wierzch, co chowamy na pawlacz, czego chcielibyśmy się pozbyć a czego wyraźnie brakuje. Rzecz jasna powyższe działanie ma sens tylko wtedy, kiedy posiadamy więcej, niż dwa flakony perfum. ;)
Tak czy siak, perfumom zużywanym podczas danej pory roku warto się przyglądać i analizować, jak w zależności od aury za oknem zmieniają się nasze gusta. W ten sposób wiele można się o sobie dowiedzieć. :) Co nigdy na złe nie wychodzi.


I tak wiosną, wraz z odradzającym się życiem łapiemy wiatr w żagle oraz zachłystujemy olfaktoryczną świeżością, powodzią cytrusów, zieleni, wiosennych kwiatów. Potem, kiedy dni stają się coraz dłuższe i coraz bardziej słoneczne, zaczynamy doceniać akordy lekkie czy transparentne: soczyste owoce, ozonowe kwiatki, nuty wodne lub łagodnie drzewne. Tak dzieje się aż do najbardziej skwarnych dni lata, kiedy to nie jesteśmy w stanie ścierpieć niczego, co nie byłoby proste, naturalne oraz odświeżające; od Cool Water aż po niszowe słone morskie brzegi, od kwiatowo-owocowych mgiełek Avonu aż po dziesiątki figowych wariacji, od najdelikatniejszych herbat aż po świeże zioła o metalicznej aurze - w upały króluje to, co ułatwia życie i co można szybko zmyć chłodnym prysznicem, by zastąpić czymś równie prostym oraz przyjemnym. Oczywiście podczas ciepłych miesięcy cały czas w cenie pozostają cytrusy, lubiane przez przedstawicieli obu płci.


Lecz kiedy poranne wstawanie zaczyna robić się coraz bardziej trudne a przez uchylone na noc okno do naszych sypialni zbyt wcześnie wciska się podejrzanie chłodne powietrze, większość użytkowników perfum po raz kolejny uskutecznia sezonową korektę własnych gustów. :) Lekki ozonik oraz cytruski powoli ustępują miejsca pachnidłom szyprowym lub nasyconym paprociowcom, w miejsce magnolii oraz lilii wodnych pojawia się róża czy jaśmin [u odważniejszych również tuberoza], mniej lub bardziej egzotyczne owoce pozwalają się zastąpić miękkim kaszmirowym szalom oraz paczulowym oranżadkom. Paczuli to zresztą składnik wprost stworzony na jesień, idealne zarówno w (prze)słodzonych wydaniach popularnych marek, jak i ciemne albo słoneczne, suche lub wilgotne, czekoladowe albo stęchłoszmatowe zapachy niszowe. W ramach tej nuty każdy znajdzie coś dla siebie! [Chyba, że jej nie trawi. ;) ]
Jesienią coraz częściej - i coraz cieplej - myślimy o ambrach, których spora ilość występuje bodaj we wszystkich przedziałach cenowych perfum. Od Yves Rocher i L'Occitane [właśnie, właśnie! Wiedzieliście, że na sklepowe półki tej ostatniej sieci wróciła ulubiona przed laty Ambre/Amber? :D Dowiedziałam się niedawno i czym prędzej pobiegłam poniuchać. Jest nawet podobna, szczególnie w otwarciu; choć i później wiele nie ustępuje] po najgłębszą niszę aż roi się od ambr, akordów bursztynowych czy ambrowych; słodko i pikantnie, gładko oraz chropowato, jasno i ciemno; do wyboru, do koloru! Jesienią pięknie układają się wszelkie kadzidła, wonie drzewne czy słodkie. Coraz życzliwszym okiem spoglądamy na klasyczne perfumy orientalne, by wymienić tylko Shalimar lub Opium.
Ogółem tutejsza jesień stwarza szerokie pole do popisu każdemu, kto choć trochę ceni perfumy. Pozwala zapachem podkreślać kolorowe, słoneczne dni oraz uprzyjemniać zimne, wietrzne oraz deszczowe.


Jednak dla wielu z nas prawdziwą próbą wytrzymałości jest dopiero zima. Kiedy klimat albo rozpieszcza nas puchową, bajkową pokrywą śnieżną albo dołuje niekończącą się, brudzącą buty i nogawki spodni pluchą; gdy różnica temperatur pomiędzy rozgrzanym wnętrzem domu a jego zimnym otoczeniem potrafi wynosić nieraz nawet ponad trzydzieści stopni Celsjusza - wówczas wiele osób cierpi. Szczęśliwie nie jestem jedną z nich, jednak rozumiem ich kłopot [choć bez przesady, więc proszę z łaski swojej nie rozpędzać się z hejtowaniem zimy, dobrze? ;> ]. I wiem, że czasem trudno przetrwać ów okres bez ożywczej, wysokoenergetycznej stymulacji, zapewnianej także dzięki perfumom. Zimą często nie mamy żadnych zahamowań i wytaczamy swoje najcięższe kolubryny. Kadzidło rozsnuwające się na cały pokój? Ależ owszem! Podduszająca wanilia czy ciężki od masywnej, nieco topornej zmysłowości kwiat pomarańczy? Bardzo proszę! Chmura ostrych, orientalnych aldehydów? Aromaty spoconego ludzkiego ciała, wszystkie kminy oraz cywety? Szalony pęd przypraw, porwanych przez gorący wiatr prosto ze wschodniego targu korzennego [na dokładkę wymieszanych z wonią kadzideł]? Zapachy cygar, skórzanych foteli, mahoniowych mebli oraz szlachetnych alkoholi, popijanych przy blasku spalanych w kominku szczap aromatycznego drewna? Jasne, że tak! Czekolada, rachatłukum, wata cukrowa czy inne słodkości w stężeniu przekraczającym cierpliwość każdego stomatologa? Choćby zaraz!
Zimą wolno więcej. To pora roku, która aż prosi, by rozświetlać ją perfumami ciężkimi, o bogatej projekcji oraz czasie trwania, mającymi za zadanie poprawiać nam nam humor.
I tak aż do przedwiośnia, kiedy coraz bardziej zmęczeni, raz po raz desperacko usiłujemy przywołać wiosnę pachnidłami lekkimi oraz radosnymi. Niekiedy nawet się udaje. :)
Cykl rozpoczyna się od nowa, po raz kolejny robimy porządki w naszej perfumowej szafie.

Przynajmniej w teorii. Wtedy, kiedy nie jesteście chadzającą własnymi ścieżkami, żądną nowych wrażeń, lekko szurniętą recenzentką perfum. :D
Bo jeżeli przypadkiem jesteście, nie widzę już dla Was ratunku.


Wtedy bowiem może się okazać, że normy nijak do Was nie przystają [bo przecie nie na odwrót, to oczywiste ;) ]; wówczas szybko możecie zrozumieć, że już od wielu lat, nie całkiem świadomie i bez złych intencji bojkotowaliście Lekki Imperatyw Letni oraz Ciężki Imperatyw Zimowy, bez cienia zażenowania nosząc Jungle od Kenzo czy Messe de Minuit Etro podczas upałów. Stąd był już tylko krok do zrozumienia, jak bardzo perfumy są od pogody niezależne i jak silnie tym, co myślimy o ich klimatycznym przeznaczeniu rządzą stereotypy.

Kiedy tylko zdołamy uwolnić swoją głowę od opisanych wyżej klisz na własnej skórze możemy odczuć, jak pięknie wonie drzewno-kadzidlane, przyprawowe czy orientalne rozwijają się podczas upałów. Przecież pierwotnie komponowano je dla takiej właśnie pogody! Jak cudownie aksamitne oraz cirrusowe są ambry wiosną i jak fenomenalną zabawę olfaktorycznym światłocieniem oferuje nam wystawiona na słoneczne ciepło łagodna, odmierzana po kilka kropel zmysłowa cielesność. Jaki chłód spływa na nas za pośrednictwem jesiennej lawendy latem oraz jak łatwo polubić przesuszone, przyjazne, skąpane w słońcu leśne runo staroświeckich paprociowców. Gdy okazuje się, że istnieje akord żywiczny doskonale pasujący do letnich upałów a jest nim galbanum. Natomiast kiedy znajdziemy w sobie dość odwagi, możemy nawet zdecydować się na przywdzianie typowo letnich, ortodoksyjnie cytrusowych wód kolońskich podczas największych chłodów. Pojawiające się wtedy surrealistyczne uczucie sprawi, że cytrusowe soczki zmienią się na naszej skórze w igiełki wonnego lodu, mieniące się najbardziej chłodnymi odcieniami oranżu albo żółci; podobnie zresztą zimą zachowują się pachnidła typowo morskie. Jeżeli tylko jesteście ciekawi, jak mogłaby pachnieć Królowa Śniegu albo złowrogi pierwowzór Marzanny, nie wahajcie się eksperymentować! Typowo letni zapaszek przy ujemnej temperaturze i trzaskającym mrozie nie pobędzie z Wami zbyt długo, za to jego towarzystwo może doszczętnie zburzyć resztki Waszych przekonań co do nierozerwalności więzi między wonią perfum a porami roku. Tak, jak zburzyło moje.

O czym koniecznie chciałam napisać jeszcze dziś, pierwszego dnia jesieni. Pory roku, do której w Polsce pasuje praktycznie wszystko.
Co za nuda! ;)

___
Dziś były Indochine marki Parfumerie Générale.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.encoregfa.com/perfume-bottles/item.php?id=413
2. http://www.encoregfa.com/perfume-bottles/item.php?id=412
3. http://www.encoregfa.com/perfume-bottles/item.php?id=415
4. http://www.encoregfa.com/perfume-bottles/item.php?id=414
5. http://www.etsy.com/listing/64233978/winter-kitty-natural-perfume-oil

środa, 18 września 2013

Minas Tirith na miarę naszej ery

Tolkieniści, widział ktoś z Was kiedy Minas Tirith na własne oczy?
Wbrew pozorom nie jest to bzdurne pytanie - żeby ujrzeć Miasto Czat nie trzeba wcale ruszać się z Europy. Wystarczy odwiedzić odwiedzić Wybrzeże Amalfitańskie, udać się na rejs wycieczkowy po morzu i już z wody spojrzeć na miejscowości takie, jak Amalfi, Vietri sul Mare albo Positano.
Wtedy Minas Tirith pojawia się jak na dłoni. Wystarczy dosłownie odrobina wyobraźni. :)


W życiu potrzeba nam magii. To dzięki niej - oraz związanej z nią umiejętności dostrzegania cudów w otaczającym nas świecie - nie popełniamy samobójstw kilka razy do roku. ;] To właśnie ona broni nas przed chandrą oraz daje siłę do mierzenia się z kłopotami codzienności. Magia jest super! ;)
Dlatego, aby wrażenie odwiedzenia stolicy aragornowego dziedzictwa było pełne, warto na wspomniany rejs przyodziać się w Kiki marki Vero Profumo, byle we stężeniu wody perfumowanej. Dla mnie ów zapach to najbardziej realistyczne zapachowe odzwierciedlenie Minas Tirith, jakie znam.
Przy czym nie chodzi dokładnie o fikcyjne miasto zrodzone dzięki wyobraźni oksfordzkiego profesora filologii, lecz o jego wyobrażenie. O zapach, który w moim mózgu tworzy Minas Tirith takim, jakim byłoby, gdyby przyszło mu istnieć w naszym, "normalnym" świecie. Kiki edp to Minas Tirith na miarę naszych nędznych możliwości. I wcale nie jest takie złe, jakim po podobnym wstępie mogłoby się wydawać. ;)

Najsilniejsze w tej kompozycji jest oczywiście otwarcie, które na mnie robi wrażenie równie piorunujące, co widok miasta wpisanego w skaliste zbocze. Tu główne role grają bardzo silne oraz świeże, naturalistyczne akcenty cedratu zmieszanego z  organicznym olejkiem lawendowym. Oto sucha, wysoko skoncentrowana moc! Skwierczące promienie słońca, zmuszone do współpracy z chłodną po nocy ziemią. Na tym etapie Kiki edp wydaje się dziełem prostym, może nawet nieco topornym [choć to najprędzej u osób nieprzyzwyczajonych do podobnych perfumowych klimatów], zachowującym jednak wzruszającą czystość przekazu. Które dodatkowo podkreśla charakterystyczny, ziemisto-różany aromat geranium, osadzającego mieszaninę na budynkach, drzewach, ciałach kotów, jaszczurek oraz ludzi; w jakiś nieuchwytny sposób czyniącego Kiki zapachem bardziej przyziemnym. Pojawiające się po krótkiej chwili elementy pyłkowo-żywiczne, paczulowo-benzoesowe łagodzą pachnidło, pomagając mu skryć się w cieniu i zmatowieć. Wkrótce ujawnia się piżmo: ciepłe, ciemne sierściowe a jednak niezbyt dosłowne. Trochę męczące moje powonienie, jednak bez najmniejszych wątpliwości będące konstytucyjnym składnikiem mieszanki - to ów akord "żywych stworzeń", na które miał opaść koktajl z cedratu, lawendy oraz geranium. I byłabym w spokoju czekała na uspokojenie kompozycji, gdyby nie kolejny test oraz będące jego efektem zdumienie.


Oto bowiem gdzieś pomiędzy geranium a paczuli z karmelowym benzoesem zauważyłam, że towarzyszą mi jeszcze słodkie, ożywczo kwaskowate soki egzotycznego owocu. To marakuja, której pokryte apetyczną błoną nasionka ktoś bezpardonowo sypie na uperfumowane Kiki kawałki mojej skóry. Ona miesza w rozkładzie nut, dodaje owocową soczystość tam, gdzie podczas pierwszego testu zauważałam gorzko-słodko-piżmowe cienie; zmienia tolkienowskie Minas Tirith w jego rzeczywistą, mniej piękną, bardziej chaotyczną wersję. Później pachnidło stopniowo lecz w szybkim tempie stawało się coraz bardziej pastelowe; paczuli coraz częściej zahaczało o niepokojące mnie obszary oranżadki [dobrze, że ktoś dodał do niej kwaśnego marakujowego soku; jednak się przydał :) ], benzoes niemal jawnie ewoluował w karmel, zaś piżmo ze zwierzęcego przeistoczyło się w białe, delikatnie pudrowe, dziewczyńskie. Choć w dalszym ciągu tylko ono, we współpracy z ostatnimi fakcjami lawendy, transparentną acz widoczną goryczą powstrzymywało postępującą "deseryzację" Kiki. ;) I od chwili drugiego testu, nie umiałam spojrzeć na omawiane pachnidło inaczej, niż przez pryzmat marakui. Czułam ją jeszcze podczas dwóch kolejnych dni, czuję ją teraz.

Z Minas Tirith co prawda wiele już nie zostało, jednak zawsze zostaje Wybrzeże Amalfitańskie, które również jest piękne. :) Wystarczy jedynie odrobina wyobraźni. Może gdyby szwajcarska perfumiarka nie zmieniła formuły opisywanej wody i gdyby zamiast marakui wewnątrz struktury zapachu wciąż pyszniły się liście czarnej porzeczki a baza kryła w sobie więcej intrygujących niuansów, tolkienowskie białe miasto ukazałoby mi się w pełnej krasie? A może wcale nie...? Jak pisałam, rzeczywistość potrafi być równie niezwykła oraz widowiskowa, co baśń.


Rok produkcji i nos: 2010, Vero Kern

Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, aczkolwiek w mojej opinii nie zawiera w sobie niczego, co dyskredytowałoby go jako uniseks.
Tworzy wokół ludzkiej sylwetki dosyć silną, wyraźną aurę, śmiało projektując na otoczenie. Z czasem słabnie, jednak nigdy nie jest dziełem bardzo bliskim ludzkiej skórze.
Na dowolnie wybrane okazje.

Trwałość: testowana woda perfumowana utrzymuje się na skórze około pięciu lub sześciu godzin. Może to niezbyt długo, jednak nie narzekam.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-owocowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cedrat, marakuja
Nuta serca: geranium, lawenda
Nuta bazy: paczuli, karmel, piżmo
___
Dziś Ambre Noir SSS, jako odzwierciedlenie mojej radości z otrzymanego wczoraj prezentu, pierwszego polskiego wydania Mgieł Avalonu Marion Bradley. :D [Musiałam się pochwalić, a co! ;) ]

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://travel.nationalgeographic.com/travel/world-heritage/amalfi-coast/
2.. http://bestfamilytraveladvise.com/the-amalfi-coast-italys-heavenly-cliffs/
3. http://duftarchiv.de/duftarchiv/?p=10452

poniedziałek, 16 września 2013

Zboczyłam z drogi (na chwilkę)

Niedawno zarzekałam się, że moja noga jeszcze przez długi czas w żadnej z galeriowych, sieciówkowych perfumerii nie postanie. I co? Wystarczyło, że konieczność uzupełnienia zapasów ulubionych kosmetyków pielęgnacyjnych zapędziła mnie do Douglasa a nie byłam w stanie oprzeć się pokusie, by przy okazji obwąchać to i owo. :D
Zresztą czekało na mnie [i tylko na mnie, przecież to oczywiste ;) ] kilka nowości, spośród których najbardziej godnymi opisu wydawały się:

Giorgio Armani, Si

Dobry zapach, stworzony przez ludzi mądrych oraz zdolnych. Czuć lata pracy, włożone w jego powstanie.
Kaszmirowa miękkość oraz niski stopień dosłowności słodkich paczulowych akordów czynią z Si pachnidło wprost stworzone na jesienne oraz zimowe miesiące. Nosi się je z przyjemnością, pozwalając wodzie miękko otulić naszą sylwetkę. Od złamanej zieleni liści porzeczki aż po różano-paczulowo-waniliowo-drzewną [przysięgam, że wyczułam także śliwkę!] bazę mamy do czynienia z kompozycją tyleż staranną co poprawną; jak wspomniałam: czuć lata pracy, sporą liczbę odrzuconych soczków oraz równie dużą ilość poprawek formuły już zaakceptowanej. Wszystko po to, by tu przyciąć, tam zaokrąglić słowem: zadowolić dosłownie każdą klientkę. Co w końcu dało efekt poprawny politycznie, konwencjonalnie piękny ale nazbyt zachowawczy.
Dodatkowo klimatem oraz kolorystyką [istniejącą w mojej głowie, rzecz jasna] przypomina Si kilka innych pachnideł niszowych oraz butikowych: od Midnight Poison Diora przez Lady Vengeance od Juliette Has a Gun aż po Mon Parfum Chéri Annick Goutal i Réjouissance marki Yes for Lov. Od Coco Noir przez pierwsze perfumy Bottegi Venety oraz elementy Boxueuses z pałacowej linii Lutensa aż po Nouez-Moi marki House of Sillage. Było już wiele razy. Choć może niekoniecznie dzięki takiemu właśnie zestawowi nut. :)

Skład:
liście czarnej porzeczki, frezja, róża majowa, wanilia, paczuli, ambroksan, akordy drzewne


Balmain, Monsieur Balmain

Zapach do poznania. Oraz polubienia. Szczególnie wśród miłośników staroświeckiej, wielowymiarowej męskiej klasyki. :) Tym bardziej, że reformulacja wygładziła trochę Pana Balmain, ubrała go w strój o klasycznym stroju lecz z nowocześniejszych, oddychających materiałów oraz bez cienia litości zgoliła mu baczki. ;) Co oczywiście odjęło mu autentyczności jednak pozwoliło rozwinąć się apetycznym, fenomenalnie przestrzennym nutom cytrusów, niemal całkowicie pozbawionym słodyczy. Przyprawy z kminkiem na czele w nowej wersji pachnidła pełnią rolę pomocniczą, zręcznie wyprowadzając wodę z co bardziej banalnych rejonów; gdzieś na drugim planie, przy głębokim wdechu z przepony pojawia się intrygująca ziołowo-muszkatowa goryczka. Akordy drzewne stanowią jasne, starannie wypolerowane tło dla opisynaych już składników, piżmo i ambra, jeżeli są, to syntetyczne. Utrzymują mieszankę na skórze, pozwalając temu na poły zdziczałemu i salonowemu tworowi wybrzmieć do końca, głosem równie czystym oraz dźwięcznym, co na samym początku. Nawet jeżeli ze zrozumiałych powodów znacznie cichszym. :)
Świetny, znakomity zapach!
[Uwaga, na półkach Douglasa stoi również popularny Carbone, zatem droga do testów bez konieczności zakupu próbki online stoi otworem. ;) Tak tylko piszę, jakby kto był ciekaw].

Skład:
gorzka pomarańcza, cytryna, bergamotka, mięta, rozmaryn, tymianek, imbir, pieprz, kminek, gałka muszkatołowa, róża, drewno sandałowe, mech dębowy, szałwia, wetyweria, ambra, piżmo


Dsquared², Potion Blue Cadet

Ojej! Pan z fotografii reklamowej całkiem ładny, zapach - wprost przeciwnie. ;] Znów czuję, jak wzbiera we mnie chęć ziewania. Ileż to już razy było? I ileż jeszcze będzie? Kiedy znów zaatakują mnie chemiczne cytrusy w towarzystwie świeżych cedrowych szczap (damskie Light Blue niniejszym kłania się w pas) oraz słodko-przestrzennej, niby-to-aromatycznej oranżadki?
Seria Wood tej samej marki, Luna Rossa Prady, Homme od Guerlain czy Dior Homme Sport to tylko kilka pierwszych z brzegu skojarzeń. O ile dwa pierwsze są raczej zaszczytne, bo nawiązują do wód może zupełnie obcych mojemu gustowi, za to poprawnych oraz całkiem przyjemnych, dwa kolejne sugerują kompletną zbędność Potion Blue Cadet. Choć zapach stworzono w myśl najbardziej szlachetnych zasad współczesnego olfaktorycznego marketingu, mnie męczy ponadprzeciętnie. Głównie swoją... przeciętnością. ;) Oraz sillage, zdecydowanie zbyt zamaszystym.

Skład:
mandarynka, bergamotka, grejpfrut, liście czarnej porzeczki, balsam jodłowy, szczwół plamisty, drewno cedrowe, bób tonka, piżmo


Rouge Bunny Rouge, Incantation

Największym zaskoczeniem na Douglasowych półkach okazały się dla mnie perfumy marki Rouge Bunny Rouge, o której nigdy wcześniej nie słyszałam. Czy możliwa jest super-hiper głęboka nisza w świątyni perfum nudnych oraz zachowawczych? Oczywiście, że nie! ;) RBR okazało się kolejną marką kosmetyków kolorowych, która zapragnęła dopieścić swoje klientki perfumami. MAC i Benefit, szykuje Wam się godna konkurencja! ;)
Od wód Benefitu nawet godniejsza, bowiem wszystkie poznane przez mnie pachnidła [nie obwąchałam jedynie Chatoyant, gdyż zastałam doszczętnie osuszony tester; może filia dostała już wcześniej używany...?], chociaż dalekie od moich gustów, prezentują wysoki poziom. Incantation na przykład w początkach kusi jasną ale zadziorną eugenolowo-kwiatową nutą, by dopiero pod wpływem ludzkiego ciepła ujawnić obecność sporej ilości figowego soku.
Które jeszcze później okazują się sokiem zgniecionymi w dłoni figowymi listkami oraz gałązkami. Ich figlarna, bardzo niedosłowna gorycz w ciekawy sposób łączy się z pikanterią kolendry oraz głębią woni róży stulistnej. Jeszcze później mamy syntetyczne (i przyjemne) jasne drewna, złocisty, mało słodki wosk [jak to on.. :) ] oraz białopiżmowe ciepło. Zapach wart poznania acz niezbyt trwały.

Skład:
czarna porzeczka, cytrusy, figa, kolendra, kardamon, kwiat pomarańczy, róża, wetyweria, drewno cedrowe, białe piżmo, wosk


Rouge Bunny Rouge, Lilt

O ile Incantation figa zaledwie współtworzyła, tutaj ma szansę zabłysnąć pełnym blaskiem. I świeci, jako żywo - świeci! Jak to tylko figa potrafi, blaskiem pastelowo-mlecznym lecz oślepiającym; soczyście zielona a jednocześnie kokosowa, obramowana aksamitną brzoskwiniową słodyczą z jednej strony a przejrzyście zielonym lecz szybko schnącym ostrym trawiastym akordem z drugiej.
Co ciekawe, kiedy tylko przeminie deserowo-owocowa słodycz otwarcia, zauważam tę wibrującą zieleń przechodzącą z czasem w... aromat muchozolu, tego zapamiętanego z dzieciństwa, nie perfumowanych muchobójców z lat późniejszych. :D Szczęśliwie wyraźniejszą na papierku testowym aniżeli na skórze, jednak aż nadto sugerującą, że Lilt nie jest zapachem całkiem dla mnie. Choć przecież wybitnie niszowe brzmienie dodało mu całkiem sporo punktów na mojej prywatnej skali fajności perfum. ;) Niemniej jednak dziękuję. Boję się zatrucia oparami. ;)

Skład:
liść figi oraz inne akordy zielone, fiołek, brzoskwinia, kokos, wetyweria, piżmo


Rouge Bunny Rouge, Vespers

Nie wątpię, że w tym przypadku zasugerowałam się nazwą, jednak nie mogę pominąć milczeniem odkrycia, że ów zapach z powodzeniem mogłaby nosić współczesna wersja Vesper Lynd, tak z powieści Fleminga, jak i z jej kinowej wersji: udręczona kobieta w klinczu wyjątkowo paskudnej gry wywiadów. [Choć prawdę mówiąc do domniemanego pierwowzoru Vesper, Krystyny Skarbek, pasuje niespecjalnie. Przynajmniej w moim wyobrażeniu]. Z jednej strony pojawia się świeżość i niewinność, skryta pod postacią wiosennych kwiatów (plus róża) oraz soczystego, słodkiego, chrupkiego jabłka, z drugiej mamy świeżo zmieloną na proszek, brunatną imbirowo-cynamonowo-pieprzową masalę, unoszącą się ponad zimnymi, igiełkowo-ziemistymi sokami wyciśniętymi z fiołkowych liści. Obydwie frakcje ścierają się ponad standardową, raczej nudną bazą z jasnego drewna oraz czyściutkiego piżmowego puderku. Nawet zjawiający się na pograniczu serca i bazy zredukowany waniliowy budyń nie zdołał przechylić szali zwycięstwa na którąkolwiek stronę. Upupiona, dziewczyńska kobiecość w lekkim wydaniu nie potrafi ani ustąpić chmurze korzeni wraz z lekko paliwowym fiołkiem ani jej sobie podporządkować. I na odwrót. Jedynym wyjściem wydaje się chyba tylko przedwczesna śmierć zapachu.
Vespers to bodaj najbardziej motywujące mój umysł, najmniej wtórne a przy tym standardowo kobiece perfumy wodno-ozonowe, z jakimi kiedykolwiek miałam do czynienia. Biorąc pod uwagę niski wskaźnik banalności dokonań marki, nie wróżę jej na polskim rynku sukcesu. ;> A już zwłaszcza - nie dzięki sieciówkowym perfumeriom z galerii handlowych, gdzie najlepiej sprzedają się przeciętność oraz nijakość. Szkoda.

Skład:
czarny pieprz, cynamon, liście oraz kwiaty (?) fiołka, bergamotka, konwalia, róża, zielone jabłko, drewno sandałowe, drewno cedrowe, piżmo, wanilia


Przybyłam. Zobaczyłam. Wbrew pozorom zwyciężyłam. ;) Zapoznałam się z nowościami, więc teraz mogę w spokoju dalej pławić się w niebanalnym pięknie niszy albo innych perfumowych dziwadeł. I tylko Balmain oraz Rouge Bunny Rouge żal...! :)
___
Dziś Onda od Vero Proumo, czyste perfumy.

niedziela, 15 września 2013

Słodka jesień

Jesień. Dla mnie zaczęła się w ostatnich dniach sierpnia i nie chce odejść, tak dojmujące jest jej wrażenie. Słotna aura za oknem wrażenia bynajmniej nie niweluje. ;) Liście na drzewach żółkną i powoli zaczynają opadać, po truskawkach i brzoskwiniach nadeszła pora śliwek węgierek, gruszek oraz jabłek, na powrót zaprzyjaźniam się ze swoimi kaloszami, noce robią się coraz bardziej zimne, coraz częściej ubieram stroje z długimi rękawami oraz nogawkami, zaś w piątek po raz pierwszy od kilku miesięcy upiekłam ciastka owsiane, mój prywatny symbol sezonu jesienno-zimowego. :)
Najwyższy czas, by spojrzeć prawdzie w oczy: autumn is coming. ;)


Co rozpoznaję po jeszcze jednym znaku: naszła mnie chęć na używanie Botrytis marki Ginestet. Naszła i.. nie opuszcza. Odlewkę tych perfum zabrałam na wakacyjny wyjazd, gdzie wypiłam ją niemal do końca. Teraz zostaje mi tylko jedno wyjście: kupić flakon. ;) Bez Botrytisu nie przetrwam nadchodzących miesięcy.
Jak miałyby wyglądać październik, listopad, grudzień itd. bez olfaktorycznej personifikacji złotej jesieni, bez ciężkich mgieł, bez rozgrzanego powietrza przesyconego aromatami kulinarnej słodyczy: gęstej, lepkiej oraz krystalicznej? Botrytis jest dla mnie ucieleśnieniem ciepłej, obrzydliwie hedonistycznej, niebanalnie zmysłowej przyjemności. To perfumy tak ładne, że zwyczajnie nie potrafię ich nie lubić! Obrzydliwie, nieprzyzwoicie, aż do bólu nozdrzy ładne.

Miód, kandyzowane owoce, aromatyczne przyprawy korzenne zlewają się w jedno z gładkością białego kwiecia i układają na ciepłej, bursztynowej ambrze. W tle zauważam delikatne nuty drzewne (w typie kaszmeranu lub czegoś zbliżonego) oraz bób tonka, którego delikatna zielona słodycz tworzy intrygujący kontrast wobec gęstych, jednoznacznie kulinarnych słodkości owoców czy miodu. A może chodzi nie tyle o tonkę, co o białe kwiaty, wspomagane przez kilka kropel świeżego, skoncentrowanego nektaru pigwowo-mirabelkowego? Wiem, że pachnidło układa się wokół ludzkiej sylwetki w gęstych, nieprześwitujących, ciężkich splotach i pozbawione jest typowego, falowego przebiegu nut.
Trwa od pierwszego zachłyśnięcia nozdrzy zbijającą z nut słodyczą aż po na poły widmowe, przygaszone lecz pastelowe wykończenie wiele, wiele godzin po aplikacji. I naprawdę jest bardzo podobne do ślicznego ale dawno wycofanego Collection Escady! :)

Rok produkcji i nos: 2008, ??

Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, jednak uważam, że mógłby przypaść do gustu także mężczyznom o skłonnościach do łasowania. ;)
Charakteryzuje się olbrzymią mocą oraz tym, że zostawia po sobie kilometrowy ślad, który w miarę upływu czasu redukuje się do kilkunastu centymetrów.
Podczas miesięcy jesienno-zimowych świetny na każdą okazję, w dni cieplejsze czy mniej przyjazne ulepom Botrytisowi najlepiej jest po zmroku lub podczas uroczystych okazji, o ile sprytnie dobierzemy dawkę pachnidła.

Trwałość: około piętnastu godzin wyraźnej, łatwo zauważalnej projekcji oraz co najmniej sześć lub siedem dalszych w dyskretnym przybliżeniu do ciała.

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna

Skład:

miód, kandyzowane owoce, pigwa, białe kwiaty, akordy piernikowy oraz ambrowy
___
Dziś noszę Songe d'un Bois d'Été marki Guerlain.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://pinterest.com/pin/93238654756934672/

piątek, 13 września 2013

KOTY SĄ MIŁE

 ...jak stwierdził pratchettowski Śmierć a mnie nawet przez myśl nie przeszło, aby zaprzeczyć. Choć moje życie ułożyło się tak, że obecnie pod moją opieką znajduje się tylko pies, którego naprawdę kocham, większym uznaniem darzę silne charaktery kotów. Cóż, ostatecznie nie bez przyczyny zwierzęciem z mojego awatara jest czarny kot z grafiki promującej Ambre Noir marki Sonoma Scent Studio. ;) Jakież stworzenie pasuje wiedźmie bardziej, niż czarny kot i jakie zapachy stosowniejsze są od gęstych, mrocznych oraz dymnych?

I wiecie co? Potrafię docenić naprawdę wiele kompozycji, lubię niemało takich, które choć świetne, piękne i urocze w ogóle nie budzą motyli w moim brzuchu ani nie powodują pragnienia posiadania całego flakonu, jednak w zdecydowanej większości przypadków pokochać mogę tylko takie perfumy, które spełniają jednocześnie dwa warunki: są mocne oraz w jakiś bardzo niedosłowny a subiektywny sposób ciemne. Niekoniecznie mroczne czy trudne, muszą jednak zawierać w sobie pierwiastek czegoś chtonicznego, onirycznego i/lub przewrotnego.
Ten warunek spełnia mój pierwszy świadomy signature scent, Anaïs Anaïs od Cacharel, takie są Shalimar oraz Mitsouko, identycznego ducha zauważam w dawnym wcieleniu klasycznego Poison Diora, w klasycznej Organzie od Givenchy, w Soir de Lune Sisley oraz White Linen i Cinnabarze od Estée Lauder. To właśnie poszukiwanie tych konkretnych cech zawiodło mnie ku pachnidłom niszowym i coraz silniej skłania, abym nie opuszczała mojego przytulnie cienistego, nocnego świata zbyt pochopnie. Ponieważ na zewnątrz czają się lekkość, niewinność, kruchość oraz ogólna ciapowatość, zaklęta w różowiutkie perfumiki. ;> I tylko w miesiącach chłodniejszych pozwalam sobie na zdradę moich klimatów z wywołującymi próchnicę ulepami.
To znaczy... pozwalałabym sobie, gdyby nie wybrany świadomie los blogerki, wciąż i wciąż testującej kolejne dokonania sztuki olfaktorycznej. :) Lecz fakt jest faktem: trudno uciec przed własną naturą.
To właśnie z tego powodu ostatnio zaczęłam poważnie myśleć o uzupełnieniu kolekcji o jeszcze jeden flakon [wyjątkowo zresztą kiczowaty, jednak to nie powłoka zewnętrzna ma znaczenie ale zawartość]. Wszystko dzięki wrocławskiej wróżce chrzestnej polskich perfumoholików, Poli. ;) Dziękuję, moja Droga! :*

O ile kota z Czarnoambrowej ilustracji cechuje niemal doskonała monochromatyczność, zwierzę które przyplątało się do mojej głowy podczas testów 24 Gold marki ScentStory hipnotyzuje obserwatorów zwodniczo ciepłym, miodowo-złotym spojrzeniem. Jest piękny a przy tym całkowicie tego świadom, jednak w tej samej chwili rozkojarzony, przeciągający się po długiej i mocnej drzemce. Zarówno kot, jak i zapach. :)

Tym, co najbardziej urzekło mnie w omawianej mieszance, jest pomysłowe zmieszanie kontrastowych akordów: labdanowo-ambrowego ciepła z gryzącycm, wpadającym w klimaty zjełczałego masła anyżem, budyniowo-dymnej wanilii z suchym, drapiącym gardło tytoniem z cygar, lizolowego oudu z seledynową słodyczą kwiatowych soków a na to wszystko nakładają się zapachy ciepłych i miękkich, w abstrakcyjny sposób przytulnych egzotycznych drzazg, przede wszystkim gwajaku oraz sandałowca (pierwszego oleistego, drugiego śmietankowego). Więc właśnie... Jasnym jest, że Gold nie podejmuje żadnych świeżych wątków, nie wnosi od siebie wiele nowego. Nie musi. Kot jaki jest, każdy widzi. ;]
A jeżeli nie widzi, jest to wyłącznie problem jego lub jej, nigdy kota. Nigdy.

Ujęła mnie pewność siebie, bijąca od opisywanej senno-jesiennej, raczej pościelowej mieszanki. Ten Kot niczego nie udaje, nie pozuje ani na misia-tulisia, ani na stalowego superbohatera; nie traci charakteru nawet wtedy, gdy senne rozkojarzenie wciąż jeszcze mąci jego umysł. Jest miękkim, pełnym gracji drapieżnikiem.
Zaś dualizm jego natury daje się zauważyć już od pierwszych sekund pobytu Gold na skórze, kiedy ujawniającą się aksamitną słodycz mącą ostre, ciemne dymy: to oud z tytoniem, płynie przechodzące w drzewno-żywiczną głębię i ożywione kilkoma kroplami turpistycznego anyżu. Jednocześnie rozwija się frakcja słodka, od jaśminowo-ilangowych zielonych soków, przez wanilię po gęste, ocienione drewnem sandałowym i gwajakowym labdanum. Oba te wątki rozwijają się jednocześnie, są sobie równe lecz w żadnym wypadku nie równoległe. Przeplatają się, przenikają starając wypracować jednolitą strukturę, co czasem kończy się zaskakującym efektem - jak dzisiaj, gdy ze spryskanego pachnidłem ScentStory wnętrza łokcia złośliwie szczerzy się w moją stronę aromat świeżej, przemysłowej gumy. ;] Stanowczo nie jest to moje ulubione wcielenie pachnidła [szczerze mówiąc, dziś pojawiło się po raz pierwszy, wprawiając mnie w niemałe zakłopotanie :) ], jednak umiem je docenić. I naprawę nie mam nic przeciwko; tym bardziej, że wodzie czasem udaje się wstrzelić w lekko solne klimaty, zbliżone do zapachu szarej ambry.
24 Gold, podobnie jak koty, nauczyło się chadzać własnymi drogami. Dobrze, że zdałam sobie z tego sprawę.
Lecz flakon kupię i tak. :)


Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o projekcji zdecydowanej, jednak łagodniejącej i transparentnej przy dłuższym kontakcie [co odnosi się zarówno do odczuć osoby uperfumowanej, jak i postronnych].
Na okazje, jakie sobie tylko wymyślicie.

Trwałość: w granicach ośmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: jaśmin, oud, drewno gwajakowe
Nuta serca: drewno sandałowe, drewno cedrowe, anyż
Nuta bazy: ylang-ylang, wanilia, ambra
___
Dziś pachnę tym, o czym powyżej.

P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://pinterest.com/pin/327285097891508491/

czwartek, 12 września 2013

Popołudniowa herbatka

Herbata, cukier, mleko, ciasteczka albo małe kanapeczki z ogórkiem, czasem także kandyzowany imbir - oto produkty, które według stereotypu składają się na brytyjską popołudniową herbatkę. Wie o tym każde dziecko na kuli ziemskiej [no dobra, nie każde ale spora większość ;) ]: o piątej po południu może się walić, palić, szaleć zaraza albo inna apokalipsa zombie ale nikt i nic nie zdoła powstrzymać Anglika przed skosztowaniem narodowego napitku. Swego czasu nienaruszalność tego zwyczaju na własnej skórze odczuł starszy strzelec Franciszek Dolas, biedna ofiara polsko-angielskich nieporozumień kulturowych. ;) Jednak nie o komediowym żołnierzu tułaczu chciałabym dziś pisać, lecz o perfumach o wdzięcznej nazwie Five O'Clock Au Gingembre marki Serge Lutens.

Skoro jej nowsze osiągnięcia pozostawiają coraz więcej do życzenia, warto nadrobić recenzenckie zaległości. Poza tym dawno już nie pisałam o żadnych lutensyliach. :D


Czyli trochę słabej czarnej herbaty osłodzonej syropem imbirowym. Jednocześnie niebanalnie odświeżającej ale na tyle słodkiej, bym nie posądziła pachnidła o banalność. Może w realu nie przepadam za herbatą słabą ani za słodką, jednak ów plastyczny, słomkowy i mało taninowy soczek naprawdę potrafi przypaść do serca. :) Może to dzięki słodyczy, która z czasem przeradza się we wdzięczny, drzewno-korzenno-słodki puder, w sympatyczną mieszankę akordów ciepłych (cynamon, drewna, czekolada, ambra) oraz chłodnych (herbata, imbir, bergamotka [jak chcą spisy nut, bo sama jej nie wyczuwam]), w jednym tylko miejscu, tuż przed finałem olfaktorycznej serenady, ubarwionego pikanterią mielonego pieprzu, rozprowadzonego w osłodzonym, świeżym soku imbirowego kłącza. Gdzieś pomiędzy oficjalnymi składnikami przewija się słynna lutensowska ta-baza, acz w wydaniu znacznie delikatniejszym niż w donośniejszych kompozycjach marki.
Od jasnej choć lekko przygaszonej jasności po głębsze pokłady suchego ale miękkiego, na poły deserowego ciepła Five O'Clock Au Gingembre tworzy klimat czegoś wątłego oraz prostego w zrozumieniu; kruchego ale szybko zapadającego w pamięć. Naprawdę sympatycznego.

Poza tym naprawdę lubię nazwę pachnidła: Godzina piąta przy imbirze. W ogóle lubię francuską wymowę słowa "imbir"; gingembre - żężąbr. :) Obraca się je w ustach na wszystkie strony [angażując w artykulację głosek chyba całą zawartość paszczy], smakuje niczym deser, pozwala drżeć na języku. Słówko małe ale bardzo kształtne. Podobnie, jak omawiane dziś perfumy. Nad czym tu marudzić? :)

Rok produkcji i nos: 2008, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o mocy początkowo sporej, z czasem zmieniającej się w umiarkowaną aurę, by w bazie całkiem przybliżyć do ludzkiej skóry. W ogóle na mnie to perfumy-kameleon, których emanacja zależy od wielu zmiennych we mnie oraz poza mną.
I dlatego rekomenduję Five O'Clock na wszelkie okazje, pory dnia oraz roku. :)

Trwałość: raczej średnia jak na tę markę; od ok. trzech do ponad sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, herbata
Nuta serca: imbir, cynamon, akordy drzewne
Nuta bazy: pieprz, kakao, paczuli, miód, ambra
___
Dziś Private Label od Jovoy.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://pinterest.com/pin/277112183293166909/

poniedziałek, 9 września 2013

Twój los jest w Twoich rękach

"Kości zostały rzucone", ponad dwa tysiące lat temu stwierdził Cezar, natomiast dużo bliżej naszych czasów Maryla Rodowicz proponowała, by "wsiąść do pociągu byle jakiego". I właśnie to zamierzam dziś zrobić, wraz z ostatnią [czy aby na pewno?] parą perfum z "podstawowego" cyklu Amouage.
Zobaczmy, co potrafi przynieść ślepy los.


Jeżeli chodzi o męską część dyptyku, mogę zaryzykować stwierdzenie, że trafia w mój gust. Jest "moja" lecz niezbyt oryginalna, nie w odniesieniu do innych dokonań marki. Tam, gdzie jedni widzą duże podobieństwo do Memoir Man, innym kompozycja kojarzy się z elementami Interlude albo  Epic, mnie przywodzi na myśl swoisty wariację na temat Beloved Man oraz Jubilation XXV. Od drugiego z zapachów męski Fate zapożyczył jasną smugę dymu, złączoną w całość z przyprawową reinterpretacją ludzkiego potu w postaci uprażonych oraz roztartych w moździerzu kuminowych ziarenek [choć rzecz jasna dużo delikatniejszą od "oryginału"], po pierwszym odziedziczył pewną chłodną, żywiczno-przyprawową gładkość, jesienny, chłodny powidok słodyczy.

Kiedy wącham Los w ciemno, widzę trudną do rozpracowania chmurę wonnych molekuł, przemieszanych ze sobą z pozorną niedbałością. Taką, w której pojawia się wszystko i nic jednocześnie; gdzie zioła, żywice, drzazgi egzotycznych drzew splatają się w całość, gdzie nie do końca zgodnie koegzystują przyprawy pikantne oraz słodkie, gdzie kwiaty ozdobne przenikają się z kocankowymi suszkami, zaś mleczność drzewno-cielesna z ziołowo-niewiadomojaką goryczą. Obserwowany li tylko za pomocą nosa Fate Man zdaje się być ciepłym, pełnym wdzięku miszmaszem, który tylko dzięki niezwykle utalentowanej ręce twórczyni nie zmienił się w chaotyczne składowisko wszystkiego.
Natomiast kiedy przychodzi mi poddać analizie spis nut pachnidła, wyraźnym staje się pomysł uczynienia z omawianego aromatu podsumowania całej serii. Bo czegóż tu nie ma? W jednej z dwóch opowieści o ludzkim Losie przewijają się akordy, które swego czasu wiodły bodaj wszystkie wspomniane wcześniej kompozycje. Mamy tu kadzidła, będące punktem wspólnym chyba wszystkich męskich pachnideł marki, mamy piołun z Memoir, mirrę oraz szafran z Epic; mamy labdanum, kocanki oraz kmin z Jubilation, mamy miękką korzenną śmietankowość z bazy Beloved, mamy opoponaksowo-dymno-labdanowe zadziory rodem z Interlude a nawet różę z Lyric. Słowem: wszystko! Cały przekrój Amouage'owej interpretacji męskości. Co ciekawe, Fate pozbawiono akordu drzewa agarowego, będącego jednym z najbardziej istotnych składników kilku wspomnianych dzieł. Czyżby chodziło o odcięcie się od mody? A może raczej o ryzyko dominacji owego akordu, które nieuchronnie zniszczyłoby doskonale zbilansowaną równowagę składników Losu? Trudno powiedzieć.

Jakoś nie mam serca opisywać przebiegu omawianego aromatu, jednak nie z lenistwa albo braku zdolności. Po prostu czuję, że nie jest to konieczne. Jakkolwiek usiłować opisać przeznaczenie, i tak w końcu okaże się to działaniem bezcelowym, skupionym wokół analizy czegoś zbyt nieuchwytnego, aby mogło się powieść. A do tego będzie brzmieć jak narkotyczne majaki Pytii czy inne nostradamowskie zagadki. ;)
Jest niemożliwe. Jest bez większego sensu. Jest najbardziej kuszącą ze wszystkich możliwości, jakie stawia przed nami życie.


O ile Fate Man okazał się piękny ale nudny, Fate Woman jest piękna [piękny...?] i piękna. :D To opowieść o ucieczce od konwenansu albo przytłaczającej rzeczywistości. Jak w piosence wspomnianej we wstępie: po prostu wsiąść do pierwszego pociągu z brzegu, wysiąść tam, gdzie każe nam instynkt i najzwyczajniej w świecie zacząć nowe życie. Lub chociaż spędzić weekend w najdoskonalszym świętym spokoju ze wszystkich: w samotności, w nieznanym sobie miejscu, wśród obcych ludzi. Pachnidło wydaje się jednocześnie przynosić ulgę oraz kusić zaproszeniem, aby przeżyć wreszcie jakąś przygodę!

Kompozycja rozwija się od silnego uderzenia gorzkiego, chłodnego  ziołowo-pieprzowego kadzidła w style Bois d'Encens Armaniego albo Encens marki Mad et Len, by chwilę później zacząć ogrzewać się za pomocą sypkiego cynamonu oraz kropli soku ze świeżej ostrej papryczki a jeszcze później - zmięknąć oraz powrócić na chwilę do "konwencjonalnej kobiecości" spod znaku róży, jaśminu, goździków czy lekkiej oraz ciepłej ambrowej słodyczy. W tej chwili niemal czuję powidok aldehydów, znoszących ku stratosferze kwiaty wraz z otaczającym je suchym, mocnym sznurkiem. To właśnie tam, w wyższych warstwach powietrza, gdzie jest zimno a jednak coraz mniej wietrznie, mieszanka kwiatów oraz przypraw na suchym i ciemnym, mszysto-paczuowym podłożu o ostrych ramach z podwędzanej skórzanej galanterii, omawiana mieszanina osiąga apogeum ostrości oraz stereotypowej kobiecości jednocześnie; ostatnie ujawnia się jako śmietankowa słodycz, waniliowo-gwajakowo-benzoesowy baardzo umowny (bo kompletnie niejadalny ;) ) deser, bez pośpiechu ewoluujący z wyrazistego bukietu kwiatów.
Jednak nie mija wiele czasu, gdy zapach delikatnieje, wznosząc się coraz wyżej, w dolne warstwy termosfery, gdzie temperatura znów zaczyna w szybkim tempie rosnąć. Pewnie dlatego gdzieś pomiędzy sercem a bazą damskiego Fate pojawia się ciemny oraz wysuszony, drapieżny akcent kastoreum, które wkrótce staje się głównym bohaterem opowieści. To dzięki niemu akordy korzenne oraz coraz cichsze żywice są w stanie prześliznąć się aż do finału kompozycji, kiedy to emocje słabną, pojawia się mięciutkie labdanum, wrasta znaczenie karmelowego benzoesu [wątek znany np. z Candy Prady], zauważam ciemną laskę wanilii w otoczeniu delikatnie odymionej skóry. Gdzieś w tle zanika chmura gorących, barwnych przypraw, urozmaicana tyloma uroczymi dodatkami; dzięki niej finał damskiego Losu jest tak mało banalny, jak to tylko możliwe.

To była daleka podróż. Choć odległa od beztroskiej włóczęgi, potrafiła wiele zmienić w naszym postrzeganiu świata oraz otaczającej nas rzeczywistości. Uciec, by móc potem wrócić. Albo i nie; może liczył się tylko sam akt nieposłuszeństwa wobec ostatnich fantazji o wzorowej pani domu z lat 50. XX wieku; możne ważne było, żeby uciec, aby zmienić rzeczywistość...? Fate Woman to zagadka. Oraz zaskoczenie, szczególnie w wydaniu marki o tak konserwatywnych korzeniach, jak Amouage.
Pomiędzy Dia, Gold a Memoir Woman wiele może się wydarzyć. :) Na przykład przemiana w pikantny, wielowymiarowy szypr o duchu znacznie bardziej niezależnym aniżeli większa cześć kobiecych propozycji właśnie tego domu perfumeryjnego. Zagadka goni tu zagadkę, co razem składa się na niesłychane piękno ostatniego pachnidła z serii.


Fate Man

Rok produkcji i nos: 2013, Karine Vinchon-Spehn

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, jednak dla mnie pachnie jak klasyczny niszowy uniseks. Charakteryzuje się świetną, dużą mocą oraz śmiałym sillage; z daleka wyraźny, z bliska łagodnieje, ujawniając miękkie, słodkawe ciepło. Nadaje się więc na okazje oficjalne, wieczorowe oraz intymne. Lub jakiekolwiek inne, jeśli taka Wasza wola. :)

Trwałość: ponad dziesięć godzin wyraźnej emanacji oraz kolejnych kilka w większym przybliżeniu do skóry.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz przyprawowa)

Skład:

Nuta głowy: kmin rzymski, imbir, szafran, mandarynka, bylica
Nuta serca: balsam kopaiwowy, olibanum, inne akordy kadzidlane, kocanka, labdanum, róża
Nuta bazy: lukrecja, drewno cedrowe, mirra, bób tonka, drewno sandałowe, piżmo


Fate Woman

Rok produkcji i nos: 2013, Dorothée Piot

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet acz zgodnie z zamierzeniem dyrektora kreatywnego marki, z powodzeniem stosować go mogą wszystkie płcie.
Cechuje go przyjemna, śmiała emanacja oraz sillage, które z czasem redukuje się do swobodnej, dosyć gęstej aury. Pachnidło wydaje się pasować na okazje, o których wspomniałam w analogicznym punkcie podsumowania Fate Man. Z identycznym jak tam zastrzeżeniem. :)

Trwałość: od ponad ośmiu do blisko dwunastu godzin (lub nawet trochę dłużej, kto wie?)

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: papryka chilli, bergamotka, cynamon, pieprz
Nuta serca: kadzidło, jaśmin, róża, narcyz, labdanum
Nuta bazy: benzoes oraz inne akordy kadzidlane, wanilia, paczuli, mech dębowy, skóra, kastoreum
___
Dziś Une Rose marki Frédéric Malle.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://pinterest.com/pin/118923246381220223/
2. http://themessesofmen.tumblr.com/post/8180843078/pythons-fa-by-obragruesa

piątek, 6 września 2013

Podróże w czasie. Da się?

Da się! :D

Oczywiście, że tak. I nie, nie chodzi mi ani o teorię względności, ani mniej lub bardziej naturalne szczeliny w czasoprzestrzeni, ani nawet o grasującą po wszelkich możliwych światach, kulturach czy epokach TARDIS. Mam na myśli – nas.
Naszych przodków i potomków, długą linię życia która, o ile tylko spojrzymy na nią z odpowiednio stałego punktu, potrafi zrobić daleko większe wrażenie, aniżeli sny o twittowaniu na temat postępów w budowie piramidy Cheopsa. ;) Uświadamia nam, że przecież już jesteśmy podróżnikami w czasie [nie tylko podczas podróży samolotem]! Tylko, że zajmuje nam to trochę więcej, niż jedno pokolenie. :) Niemniej jednak naprawdę się odbywa, tylko spójrzcie:


Może jest to myśl trochę zbyt naciągana, na pewno nie tak spektakularna, jak marzenia o osobistych wędrówkach w przeszłość albo przyszłość, jednak myślę, że mimo wszystko warta docenienia. Bowiem mamy tylko jedną, jedyną szansę na podróż w czasie [chyba, że ktoś z Was wierzy w reinkarnację :) ]. Nie zmarnujmy jej.

Na trop wędrówek po czasie i przestrzeni naprowadziły mnie jedne z nowszych produktów marki Amouage, Beloved dla Niej oraz dla Niego. Jak wcześniej wspomniano w internetach nie raz i nie dziesięć razy, pachnidła te powstały w oparciu o silne wrażenie, jakie na dyrektorze kreatywnym omańskiej marki zrobił film Gdzieś w czasie z roku 1980, love story z Christopherem Reeve oraz Jane Seymour w rolach głównych. W ramach przygotowań do napisania recenzji, również postanowiłam owo dzieło obejrzeć. Okazało się, że do pewnego stopnia rozumiem zachwyt pana Chonga.
Klimat tej produkcji w rzeczy samej był wyśmienity: tajemniczy, nostalgiczny, delikatny. Miałam wrażenie obcowania z jakąś niezwykle kruchą oraz cenną strukturą, z dwustuletnimi koronkami albo jeszcze starszą porcelaną, którą zniszczyć może jeden nieostrożny ruch. Miękkie kadry oraz dźwięki znakomicie kreowały uczucie oderwania od rzeczywistości, nadawały światu prawdziwie magiczny posmak. I... to w zasadzie tyle! Ponieważ sama historia opowiedziana w filmie wynudziła mnie za wszystkie czasy. ;] Okazała się zbyt rozwlekła, ckliwa oraz przewidywalna abym mogła znaleźć w niej coś dla siebie. Dlatego podczas pisania recenzji duetu Beloved wpływ opowieści o nieszczęśliwej miłości w poprzek rzeki czasu postanowiłam ograniczyć do minimum.


Choć prawdę mówiąc całkiem sporo w nich klasycznego ducha; choć "klasycznego" w nieco odmiennym rozumieniu. Obie kompozycje rozpoczynają się w bardzo przyjemny, konwencjonalnie staroświecki sposób. Beloved Woman od pierwszej chwili nawiązuje do wielkich klasyków z przeszłości, w których główne role grały kwiaty, delikatny szypr oraz akordy cywetowo-piżmowe: od wielkiej Piątki (choć bez aldehydów ;) ), przez Joy marki Jean Patou i klasyczną Miss Dior aż po Aromatics Elixir Clinique, Magie Noire od Lancôme czy Dune Diora [mimo, że na Wydmie akurat żadnych mocnych akordów animalnych nie ma]. Złożono je w naprawdę starym stylu. Pewnie dlatego dość trudno opisać mi ich przebieg; zauważam dużo ciekawych rozwiązań na linii różane potpourri – drewno i żywice – akordy zwierzęce. Pomiędzy mini, niczym małe żywe ogniki, przepływa i stara skórzana galanteria, i ziołowa lekkość rumianku, i miękka pastelowa słodycz a nawet sucha, wibrująca goryczka kocanek. Ukochana ma nam wiele do przekazania i robi to z naprawdę sporym wdziękiem, głosem donośnym lecz miłym dla ucha. :) Sympatyczna z niej dziewucha. ;)

Za to Beloved Man to kameleon czystej wody! :) Na początku może faktycznie zgrywa starej daty dżentelmena, szarmanckiego oraz nieco sentymentalnego, jednak nie robi tego z nudów ani dla żartu, lecz ponieważ sądzi, że tak być powinno. Na samym wstępie pachnidło przywołuje wspomnienie męskich wód kolońskich czy po goleniu sprzed co najmniej trzydziestu lat, wszystkich tych Aramisów, Drakkar Noirów, do pewnego stopnia nawet pierwszego Polo od Rapha Laurena, słowem: klasyki męskiej perfumerii głównego nurtu. Jest to zapach świeży dzięki ziołom oraz niesłodkim, stanowczo nie-ozonowym cytrusom oraz żywemu, lekko ziemistemu geranium z interesującym, żywiczno-sandałowcowym podbiciem. Na tym etapie Beloved Man przypomina swoją "partnerkę w zbrodni". :) Jednak nie mija wiele czasu, kiedy ster obejmują ciepłe kadzidła, elemi i olibanum, które zręczna ręka perfumiarza zatrzymała dosłownie na krawędzi spalania (więc i zaklęcia zapachu żywicznych grudek w dym), by wraz nutami drzewno-skórzanymi oraz korzennymi, głównie pieprzem, rozpocząć proces indywiduacji Ukochanego. Co przejawia się sporym ale także pełnym wdzięku podobieństwem do wielkiego nieobecnego dzisiejszych perfumerii, Gucci pour Homme; nie zauważam tu prób plagiatu, prędzej luźną inspirację oraz swoisty hołd [w przypadku ludzi moglibyśmy zaryzykować stwierdzenie, że Gucci PH jest dla Beloved Man ogromnym autorytetem ;P ] i muszę Wam wyznać, że bardzo mnie to ujęło.
Wreszcie baza. Pełna dojrzałość psychiczna. Widać, że nasz bohater znalazł równowagę pomiędzy kadzidlano-przyprawowym własnym stylem a dosyć sztywną, tradycyjną elegancją. Żywice, przyprawy, cedrowo-sandałowcowe drzazgi oraz skóra rozłożyły się na prostym, masywnym lecz gustownym postumencie z paczulowo-wetyweriowo-geraniowej klasyki. Całość dodatkowo spaja kręgosłup z lekkiego, troszkę mydlanego piżma. Rzecz dzieje się w pewnym oddaleniu od skóry, lecz od jakiejkolwiek agresji albo buty równie daleka. Więc jak nie pokochać podobnego faceta? ;)


Beloved Woman

Rok produkcji i nos: 2012, Bernard Ellena

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, szczególnie tych, którym miła jest stylistyka olfaktorycznego vintage. :) O całkiem sporej emanacji oraz sillage, który z czasem zmienia się w wąską ale gęstą aurę.
Na każdą okazję, ze szczególnym uwzględnieniem tych najbardziej oficjalnych tudzież uroczystych.

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: lawenda, róża, jaśmin, szałwia, rumianek, goździki (przyprawa), kardamon
Nuta serca: ylang-ylang, kocanka, fiołek, labdanum, paczuli, olibanum, benzoes
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, skóra, wanilia, ambra, piżmo, kastoreum, cywet


Beloved Man

Rok produkcji i nos: 2012, Bernard Ellena

Przeznaczenie: pachnidło skomponowane z myślą o mężczyznach, charakteryzujące się mocą sporą ale niezbyt nachalną, w późniejszych etapach redukującą się do zamaszystej, półtransparentnej aury.
Na wszystkie okazje, pory roku czy dnia [choć stosowniejszym wydaje się jednak na wieczór], dla mężczyzn i kobiet pospołu. :D

Trwałość: od dwunastu  godzin wzwyż

Grupa olfaktoryczna: przyprawowo-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: pomarańcza, grejpfrut, elemi, kardamon, czarny pieprz
Nuta serca: geranium, jaśmin, kłącze irysa, szafran
Nuta bazy: drewno gwajakowe, drewno cedrowe, paczuli, wetyweria, skóra, piżmo
___
Dziś...

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.positivelypositive.com/2012/09/22/the-perks-of-being-a-time-traveler/
2. http://divine-feet.blogspot.com/2013/06/romantic-nostalgia.html
3. http://blog.missala.pl/recenzje/ukochana-ukochany-beloved-amouage/