niedziela, 27 grudnia 2015

Nie ma kolebeczki ani poduszeczki, czyli Orient w Europie



Boże Narodzenie to czas powrotu do dzieciństwa, przynajmniej dla mnie. Spotkanie z rodziną, wspólne gotowanie i późniejsze zajadanie, rozmowy, nasiadówy, wycieczki, degustacja wysokoprocentowych trunków... Wieczory w towarzystwie Władcy Pierścieni... Stosowna do czasu lektura oraz perfumy...
Jest do czego wracać. Powróćmy zatem i my, na chwilę.

Do pewnej poznańskiej Wigilii Anno Domini 1991, kiedy pewna zbuntowana licealistka wędrowała od mieszkania do mieszkania ze zbyt młodym Mikołajem (po poznańsku zwanym Gwiazdorem). ;)


Fanką twórczości Małgorzaty Musierowicz nie jestem już od lat, zniechęcona słabnącym warsztatem autorki oraz rosnącym sekciarstwem stworzonych przez nią bohaterów. Zawsze jednak gdzieś tam we mnie tkwi sentyment do tak zwanej Starej Jeżycjady, kiedy siostry Borejko oraz ich przyjaciele byli jeszcze młodzi, naprawdę (nie tylko w deklaracja odautorskich) pełni nadziei czy otwarci na rzeczywistość. Bodaj ostatnią częścią "jedynie słusznej" Jeżycjady jest właśnie Noelka, której główna bohaterka, Elka Stryba, jak efemeryda przelatuje przez cykl powieściowy, by już nigdy doń nie wrócić - choć powinna, bo staje się w końcu pasierbicą jednej z jego głównych postaci a jednocześnie ulubienicy samej Musierowicz.
Elka-Noelka, dziewczyna, którą odmienia wieczór wigilijny oraz noc Bożego Narodzenia, przyszła mi do głowy w zasadzie z jednego tylko powodu - identycznym imieniem nazwano pewne przesympatyczne perfumy. :)

Under My Spell Noelle marki Benefit, dzieło bożonarodzeniowe wyłącznie z racji tytułu, czy może jednak nie do końca...?


Mam wrażenie, że benefitowska Noelka idealnie oddaje klimat europejskiego Bożego Narodzenia, tego bliskowschodniego, semickiego święta z wieloma wiekami naleciałości kultury oraz mentalności typowych dla naszej poczciwej, po-rzymskiej Europy. Tutaj Wschód spotyka się z Zachodem i koniec końców tak się w niego wtapia, że po pewnym czasie trudno już uwierzyć, że to, co mamy za "własne" i "oswojone", faktycznie jest "inne" i "obce". Całość zamiast sztucznych podziałów - oto prawdziwy symbol świąt! ;)

Brzmi to może poważnie i nieadekwatnie do tematu ale dlaczego nie miałabym zastosować analogii? Przecież w tym konkretnym przypadku byłaby odpowiednia, jak rzadko! Zauważcie...

Kiedy słodkie owocowe soki spływają nam po palcach, kiedy odurza nas różany, nektarowy aromat, kiedy słodycz wanilii rozjaśnia cierpkość nasion borówki, czy ktokolwiek zawraca sobie głowę gęstymi, orientalnie wirującymi przyprawami eugenolowymi, przypominającymi kurzawę nad bliskowschodnim sukiem? Czy myśli się o pochodzeniu szafranowego ognia, spokojnie i miękko płożącego się po ludzkiej skórze? A oud? Czy zawracamy sobie głowę ciemnym, lekko metalicznym i żywicznym drewnem, które jak żaden inny składnik kieruje nasze europejskie myśli ku islamskiemu kręgowi kulturowemu?

Nie! Cieszymy się doskonałą jednością, ich nieznającym trosk ani pośpiechu hedonistycznym współistnieniem. Raduje nas mus z malin i orchidei waniliowej, przyprawiony kardamonem oraz szafranem, bezpiecznie otulony mięsistym oudem a owinięty gorzko-czekoladową paczulową pajęczyną. Obsypany płatkami róż niczym przedmiot naszej największej miłości.
Radosny i dziewczęcy ale jednocześnie wyrafinowany, skrywający w sobie nielichą głębię. Błogi i baśniowy.
Naiwny ale piękny. Pomimo a może właśnie dlatego...?


Rok produkcji i nos: 2013, ??

Przeznaczenie: kompozycja stworzona dla kobiet, słodka i gęsta ale jednocześnie w wyraźny sposób orientalna - co moim zdaniem czyni ją ciekawym, wypośrodkowanym uniseksem, podobnym zresztą do Rose Anonyme marki Atelier Cologne. :)
Na wszystkie okazje, nawet bardziej oficjalne z racji swojej skromnej projekcji.

Trwałość: w zależności od dawki około ośmiu do dwunastu godzin wyraźnego, cichego życia

Grupa olfaktoryczna: owocowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: kardamon, czarny pieprz, borówka brusznica, malina
Nuta serca: jaśmin wielkolistny, fiołek, róża, orchidea waniliowa
Nuta bazy: paczuli, oud, benzoes, czarna ambra, wanilia
___
Dziś noszę Glorię marki Cacharel.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. kolaż mojego autorstwa z trzech Instagramowych fotek Noelki, za którymi stoją kolejno:
    Marta Mardyła: https://www.instagram.com/p/_uOIjCuqhJ/?taken-by=martamardyla
    Justine French: https://www.instagram.com/p/_lR9U-gFWg/?taken-by=justine_french
    Cinnabook16: https://www.instagram.com/p/_lq2d1iX0L/?taken-by=cinnabook
2. Mój telefon. ;)

czwartek, 24 grudnia 2015

Czar cichej nocy


Uwzględniając mój napięty ostatnio grafik, w tym widoczny w ilości wpisów brak czasu dla bloga, trudno było nie domyślić się, jakimi perfumami postanowiłam uczcić dzisiejsze odwieczorne święto. Wystarczyło w tym celu przeglądnąć czasem Instagram... ;)

Jednak czy jest co ukrywać? Ostatecznie możliwość świętowania Bożego Narodzenia wraz z perfumami, które dedykowano temu właśnie czasowi w roku nie wydaje się niczym szczególnie oryginalnym, prawda? :D Dlatego dość już niepotrzebnych wstępów! [Ostatecznie nie po to wstałam dziś przed świtem, żeby marnować czas na lanie wody]. Zajmijmy się nareszcie Nuit de Noël marki Caron; zapachem jak wieść niesie stworzonym specjalnie dla uwielbiającej zaczynające się o zmierzchu święta kochanki Ernesta Daltroffa.

Zamiast słodyczy, kadzideł czy delikatnego Orientu otrzymujemy zamkniętą we flakonie historię miłosną.


Nie jestem pewna, na ile i czy w ogóle (po tylu latach i reformulacjach) współcześnie żywa jest myśl przewodnia twórcy pachnidła, mnie jednak trudno od niej uciec. W Nuit de Noël naprawdę czuje się miłość, czułość czy namiętność. W przebiegu kompozycji wciąż tkwi coś mocno erotycznego - a płynąc z porównaniem można nawet zauważyć, iż można wyczuć nawet dalekie, osnute mgłą wspomnień ale jednak żywe, echo samego aktu miłosnego. :) Bo zastanówmy się...

Rozpoczyna tę mieszankę gładka, słodkawa i z pozoru niewinna słodycz kwiatów, szczególnie pyłkowego ylang-ylang, utrzymanego trochę w stylu sążnistych olfaktorycznych festonów rodem z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. Kwiat jest aksamitny, nieprzesadnie deserowy ale już odurzający, niczym pocałunek. Później kompozycja, powoli, krok po kroku, przechodzi ku ciepłej orientalności drewna sandałowego, za którym jak cień podąża suchy mech dębowy. I teraz dopiero zaczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. :D

Bowiem staje się jasne, że co jak co ale serce to Nuit de Noël ma wielkie i gorące. ;) I chociaż na pozór nie dzieje się w nim wiele ponad grę dwóch składników, mchu oraz sandałowca, ich wzajemna relacja prowadzi do wykrzesania nawet nie kilku iskier, lecz od razu całego pożaru! Pod, nad, obok, pomiędzy,  przed i za. A to sandałowiec skrywa się za suchymi i ostrymi, niemal wgryzającymi się w drogi oddechowe człowieka oparami mchu, to znów mech daje się owionąć aromatycznym, czarownym sandałowcowym olejkom (w stylu drewna z Mysore albo dosłowniej: delikatniejszego, bardziej intymnego Tam Dao Diptyque lub Santal de Mysore Lutensa).
To, co czułe i duszne dzięki egzotycznym kwiatom staje się coraz gorętsze a jednocześnie doskonale zaaferowane sobą nawzajem: mech dębowy przywołuje suchość w ustach, którą natychmiast uśmierza obłędna cielesno-drzewna zmysłowość. I tak grają ze sobą, ku obopólnej radości, z cieniem dusznych kwiatów w tle a w mojej głowie Elton John wyśpiewuje na cały głos: Caan you feeeel the love toooonight? ;P Pojawiające się tu i ówdzie nieśmiałe zajawki korzennych przypraw lub tytoniu znikają po chwili, jakby czując swoją zbędność.
Tak, dzieje się i to dużo.


Jednak już pojawia się baza, ciepła, dyskretna i delikatna. Ot, klasyczny miks miękkiego, delikatnie słonego akordu ambrowego z odrobinkę "brudnymi", ciemnymi piżmami. To właśnie na nich wyhamowują drewno z mchem, pozwalając sobie na oddech. Gdzieś nad nimi unoszą się ostatnie wspomnienia kwiatów, z których najwyraźniej czuję teraz klasyczny, naturalny jaśmin. Długi, spokojny finisz.

I choć wydawać by się mogło, że taki zapach musi być nielichym siłaczem o mocy zdolnej zniszczyć niewielkie miasto, w rzeczywistości Nuit de Noël okazuje się zaskakująco intymne, wiotkie i stanowcze jednocześnie ale przy tym unikające jakiejkolwiek wulgarności, którą silna projekcja mogłaby ujawnić. Tutaj nie ma absolutnie niczego niewłaściwego. Zarówno potężne emocje, jak i późniejsze uspokojenie rozgrywają się tuż ponad skórą uperfumowanej osoby.
Co nie dziwi. Wszak najpotężniejsze rodzaje magii nie są przeznaczone dla postronnych oczu a miłość to przecież [również,  między innymi] magia. Wierzmy w to nie tylko od święta. :)


Rok produkcji i nos: 1922, Ernest Daltroff

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, lecz współcześnie  to raczej klasyczny, wyważony uniseks; no, może za wyjątkiem pierwszej fazy, która jednak absolutnie nie powinna zniechęcać mężczyzn lubiących akordy kwiatowe.
Na okazje, hm... powiedzmy, że bardzo uroczyste i podniosłe. Szczególnie, jeżeli po ich zakończeniu czeka Was przyjemnie tête-à-tête z ukochaną osobą. Oczywiście żartuję. ;) Chociaż faktycznie Nuit de Noël wydaje się być stworzona do upiększania okazji oficjalnych, jej skromna projekcja i skłonność do bliskoskórności równie dobrze mogą sprawić, że okaże się pachnidłem prawdziwie uniwersalnym, którym możecie pachnieć przede wszystkim dla siebie.

Trwałość: w granicach dziesięciu do ponad dwunastu godzin wyraźnego życia oraz dalszych kilka stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa (i drzewna)

Skład:

Nuta głowy: ylang-ylang, róża, jaśmin
Nuta serca: drewno sandałowe, mech dębowy
Nuta bazy: wetyweria, piżmo, ambra
___
W tej chwili nie pachnę niczym.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://thomaskinkade.com/art/victorian-christmas/ [Autor: Thomas Kincade]
2. https://www.flickr.com/photos/mightyboybrian/13613243934/ [Autor: Brian Wolfe]
3. https://www.flickr.com/photos/bortescristian/6631101795/ [Autor: Cristian Bortes]
5. https://www.flickr.com/photos/31064702@N05/3128981067/ [Autorka: Dawn Huczek]


* * *


Korzystając z okazji chciałabym złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia świąteczne.

Zdrowia, spokoju, radości dla każdego, wytrwałości oraz nadziei lub odwagi dla tych, którzy tego potrzebują, a każdemu z osobna - spełnienia najskrytszych marzeń.
No i perfum pod choinką, jakżeby inaczej? ;)

Szczęśliwego Bożego Narodzenia!

wtorek, 22 grudnia 2015

Owoce na świąteczny stół

Kolejna szybka notka, skreślona pomiędzy myciem nieużywanych naczyń a lepieniem pierogów. ;) Które to czynności przypomniały mi, jak ważne w nadchodzących dniach obżarstwa mogą stać się zdrowe i lekkie owocowe posiłki. :) Na ich cześć zajęłam się dwoma owocowymi pachnidłami od Yves Rocher, pomyślanymi jako zeszło- i tegoroczne świąteczno-limitowane uprzyjemniacze przełomu jesieni oraz zimy.


Pierwsze niech będzie Pomme Délice, wciąż jeszcze dostępna w sklepach słodka, soczysta i - uwaga! - chrupiąca szarlotka. ;)
Nie wiem doprawdy, skąd w tym prościutkim i łatwym przecież zapachu tak wyraźne "chrrrup", rozlegające się w otwarciu, jednakże czuję je tak wyraźnie, że chwilami wręcz słyszę apetyczny odgłos wgryzania się w świeży owoc.
Za to nie dziwi mnie słodycz, jasna i aksamitna, w którą przyodziano gładkie jabłkowe soki a która ostatecznie sprawi, iż kompozycja uschnie na ludzkiej skórze, zmieniając słodziutki jabłkowy deser w przypudrowaną cukrem waniliowym szarlotkę na kruchym spodzie.

Pomme Délice to przyjemna, niewymagająca absolutnie żadnego wysiłku guilty pleasure dla nosa. W sam raz na Święta! :)


Nie inaczej ma się kwestia z Fruits Noirs, zeszłorocznymi jeżynami z tej serii kosmetyków marki, której wód toaletowych nad Wisłą nie uświadczymy. Tu również najważniejszą kwestią okazuje się prosta przyjemność ludzkich nozdrzy, żadne tam ambitne kreacje dla wymagających. ;)

Jednak, co ciekawe, w owocach tych wyczuwam więcej nut, aniżeli w rozkosznie głupiutkim Pomme Délice. Obok jeżyn zauważam także ciemną, lekko metaliczną słodycz jagód, słońce i rosę, schnącą powoli na leśnej polanie, oczywiście cień wanilii z suchą, kumarynową tonką (w ilości dosłownie marginalnej), natomiast w bazie lekkie i jasne nowoczesne drzewno-syntetyczne piżma.
Chociaż przed poznaniem kompozycji podejrzewałam, że mogę mieć do czynienia ze znacznie tańszą wersją l'artisanowskiego Mûres et Musc, ku swojemu zaskoczeniu na samym dnie bazy, już po ulotnieniu się wszelkich dowodów owocowości oraz słodyczy mieszaniny, odnalazłam spokojny, statyczny i filigranowy, iso-e-superowy szkielet nieodżałowanej Kashminy Touch marki Max Mara. Co okazało najprzyjemniejszym odkryciem spośród budżetowych pachnideł, jakiego ostatnio dokonałam. ;)
Warto było starać się o własny flakon. :D


Pomme Délice

Rok produkcji i nos: 2015, ??

Przeznaczenie: kompozycja dedykowana kobietom, wg mnie jednak pasująca wszystkim fanom olfaktorycznych słodkości. Spokojna i dyskretna aż do przesady.
Na okazje dowolne, byle niezbyt oficjalne.

Trwałość: nie większa, niż cztero- lub pięciogodzinna, łącznie z okresem stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa

Skład:

wanilia, jabłko


Fruits Noirs

Rok produkcji i nos: 2014, ??

Przeznaczenie: ponownie stworzony z myślą o kobietach i ponownie nie mogę się z tym zgodzić. Tym razem nawet silniej, choćby z racji drzewno-nowoczesnego charakteru mieszaniny (chociaż to słodycz długo trzyma się pierwszego planu). O projekcji dykretnej i stonowanej, aczkolwiek nie tak bardzo, jak w przypadku PD.
Na okazje dowolnie przez Was wybrane, choć i tym razem sugerowałabym skromniejsze.

Trwałość: około sześciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa (oraz drzewna)

Skład:

akord jeżyny (ponoć tylko on, w co rzecz jasna absolutnie nie wierzę).
___
W tej chwili nie pachnę niczym. Przedświąteczny detoks nocny. ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.freehdimages.in/wallpaper/desktop-apple-fruits-wallapapers/
2. http://www.thelovecatsinc.com/2015/12/easy-winter-apple-blackberry-and-blueberry-crumble.html [Autorką jest niejaka Helen, twórczyni bloga o tytule The Lovecats Inc.]

sobota, 19 grudnia 2015

Verba volant, scripta manent

Miała w tym miejscu pojawić się oda do piękna oraz nieśmiertelności słowa pisanego*, jednak najzwyczajniej w świecie nie mam czasu na jej stworzenie. Nawet teraz siedzę przy komputerze, ponieważ pod pozorem doglądania spraw niecierpiących zwłoki opuściłam odwiedzających mnie akurat gości [pisanie bloga, na którym w grudniu pojawiła się dotąd tylko jedna notka jest sprawą niecierpiącą zwłoki, prawda? ;)].

Dlatego niech za całą odę wystarczy Wam tytułowa sentencja: słowa ulatują, pisma pozostają. Tym, co zostawimy po sobie, nie są bynajmniej nasza magnetyczna osobowość, wspaniałe poczucie humoru, ogromna mądrość lub zaradność... przynajmniej dopóty, dopóki ktoś (na przykład my sami) nie zapisze ich przykładów, upamiętniając tym samym dla przyszłych pokoleń i unieśmiertelniając najlepszych z ludzi.

Skoro tę część mamy za sobą, proponuję abyśmy przeszli do opisu pachnidła, które kazało mi wznieść pean ku czci daru słowa, umiejętności uwieczniania go za pomocą alfabetu a także pewnego materiału, bez którego trudno byłoby wcielić ów pomysł w czyn.
Mortal Skin marki Stéphane Humbert Lucas 777, zapach pogrążonej w literacko-twórczym szale... kobiety. Chociaż stworzono go nie tylko dla kobiet. :)


Mortal Skin - gra słów z wyrażeniem "mortal sin", czyli "grzech śmiertelny" ale dosłownie Śmiertelna Skóra - nazwą i zawartością flakonu idealnie wpisuje się w mój temat przewodni. Kiedy przeminie ciało jedynym naprawdę wartościowym, co po nas pozostanie, będą namacalne odbicia naszych dusz. Nasze wnętrze, którego ślady pozostaną trwałe dzięki spisaniu myśli.
Perfumy mogą trafić do dowolnego pojemnika, co w niczym nie zmieni ich piękna. Zewnętrzna powłoka nie ma znaczenia, liczy się krew i dusza; a przy okazji również posoka, którą zapisujemy swoje pomysły, refleksje albo wspomnienia - atrament.

W Mortal Skin jest on wyraźny, ciemny, chłodny i metaliczny, silny dzięki słodko-wegańskiemu, nienachalnie zmysłowemu akompaniamentowi soku z jeżyn, systematycznie upiększanego ciepłymi, wdzięcznymi nutami łagodnych kadzideł czy przypraw. Początkowo ciemny i głęboki, z czasem ogrzewa się i roztapia niczym cenne żywice. Najpierw strzelisty dzięki popielatym strużkom kadzidła frankońskiego i odrobinie wytrawnych ziół, po jakimś czasie zaczyna płożyć się na skórze w ciepłych, słodkawych oparach mirry oraz labdanum. Towarzyszą im pojedyncze ale wyraźne szczypty egzotycznych, eugenolowych przypraw z kuszącym dodatkiem gorącego szafranu i słodkiego kwiatu. Jednak w pierwszych fazach najważniejszy pozostaje dwugłos atramentu z jeżyną.

Ponieważ to waśnie ostatnia z wymienionych, wspierana przez ciepłe i słodkie kadzidła, łagodne nuty drzewne czy kuszącą, słonawą szarą ambrę odpowiada za wrażenie "kobiecości" tych perfum. Chciałoby się powiedzieć, że tak pachnie pisarka; poetka; twórczyni; artystka lub rzutka reporterka; mistrzyni sztuki słowa. W Mortal Skin symbolizuje ją nawet baza, stworzona z jasnych, przytulnych i gładkich nut drzewnych, z sandałowca oraz cedru oprószonych przyprawami a omywanych najmiększymi z kadzideł, ułożonych na postumencie okrytym najjaśniejszym i najdelikatniejszym, pyłkowym zamszem.

Perfumy takie, jak Mortal Skin nie mają siły rażenia bomby ani mocy oddziaływania wszechpotężnej propagandy. One szepczą. Nikogo do niczego nie zmuszają. One po prostu są. Istnieją gdzieś obok brutalnego, chaotycznego świata, pozornie nierozerwalnie z nim związane ale tak naprawdę niezależne, niezdolne do schylenia karku, pewne, niezniszczalne.
Przeciwstawiane zarówno ulotnej mowie, jak i słabemu, śmiertelnemu ciału. Rękopisy nie płoną, jak stwierdził kiedyś pewien pisarz w swym najgenialniejszym dziele. ;)

I tego się trzymajmy.


Rok produkcji i nos: 2015, Stèphane Humbert Lucas

Przeznaczenie: wbrew mojemu skojarzeniu jest to zapach uniseksualny; początkowo śmiały, skłonny do pozostawiania za sobą wyraźnego śladu, z czasem redukuje się do wąskiej ale wyraźnej, praktycznie nieprzejrzystej aury. Wydaje się bardzo nowoczesny, dzięki czemu mnie idealnie pasowałby do okazji zawodowo-profesjonalnych (jednak z drugiej strony pasowałby nawet na Wielki Bal ;) ).

Trwałość: wyśmienita, bo sporo ponad pół doby wyraźnej projekcji.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: atrament, jeżyna, kadzidło frankońskie, labdanum, galbanum
Nuta serca: irys, szafran, kardamon, dawana, opoponaks, mirra
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, brzezina, styraks, cywet, szara ambra, piżmo
___
Dziś noszę Under My Spell Noelle marki Benefit.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z https://www.flickr.com/photos/pedrosimoes7/2394843377 [Autor: Pedro Ribeiro Simões]

*To nie przypadek, że największą niechęcią do słowa pisanego szczycą się osoby o najwęższych horyzontach poznawczych, najbardziej ograniczone.

niedziela, 13 grudnia 2015

#My, #ekshibicjoniści

Nieprawdopodobne, że ostatni wpis na blogu ukazał się równo miesiąc temu! [A ten dzisiejszy miał mieć premierę w Andrzejki. ;) ] Cóż, tak czasami w życiu bywa. Najważniejsze, że blog wciąż się dla mnie liczy, nadal jest ważny i ani myślę o nim zapominać.
Tylko czasu brak...


I myślę sobie... czy aby w tym moim pisaniu i w tych tłumaczeniach nie chodzi w równej mierze o mnie, co i o Was, lub raczej - o Waszą o tym miejscu opinię. Ostatecznie, jak głosi jeden z moich ukochanych cytatów, podczas tworzenia tekstu chodzi nie tyle o to, żeby zapisać własne myśli ale o to, że ktoś inny te myśli odczytał. ;)
W końcu, jak wszystkie małpy z rzędu naczelnych, jesteśmy ekshibicjonistami. Uwielbiamy ideę samych siebie jako pępka świata i znamy miliardy sposobów, by wcielić ją w życie. Natomiast odkąd staliśmy się społeczeństwem cyfrowym, liczba ta wciąż rośnie w trudnym do przewidzenia czy opanowania tempie.

Facebooki, Instagramy, Twittery, Snapchaty, tysiące innych aplikacji bądź portali do chwalenia się przed światem swoją codziennością oraz dniem świątecznym, radościami oraz troskami, rozsądkiem tudzież kolejnymi popełnianymi głupstwami - oto pokusa, której nie jest w stanie oprzeć się niemal żaden człowiek, bez różnicy wieku, płci, wykształcenia, orientacji seksualnej, trybu życia, poglądów politycznych czy wyznawane religii. Odkąd sama eksploruję powoli kolejne platformy społecznościowe, przekonuję się, jak ciekawie wszystkie nasze kultury zlewają się w całość i ujednolicają za pomocą globalizacji, jak twórczo potrafimy obchodzić nieraz polityczne bądź religijne zakazy, jak potężna i niepowstrzymana okazuje się siła, pchająca nas do wystawiania samych siebie na widok publiczny, do zabierania głosu w sprawach najważniejszych ale i zupełnie niepoważnych.

Cały czas jesteśmy jednak ludźmi o emocjach i instynkcie niezmiennych od paleolitu a pewnie i jeszcze starszych. W końcu czym najchętniej chwalimy się na takim na przykład Instagramie? Przede wszystkim udowodniamy światu, w jaki sposób zaspokajamy swoje podstawowe potrzeby: głód i pragnienie (szukajcie pod: #foodporn, #omnomnomnom, #ilovecoffee), bezpieczeństwo (w tym sen i brak napięcia: #cozy, #relax itd. ;) ), pożądanie oraz pęd ku reprodukcji. Dalej są potrzeby szacunku i przynależności (np. #workhard, #motivation, #friends, #mylove), natomiast sam szczyt piramidy potrzeb to zdecydowanie mniej pojemne hasztagi. Chociaż czy na pewno...?

Istnieje bowiem pewien wyraźny wyjątek, odpowiadający ludzkiej potrzebie poważania, poczucia własnej wartości oraz zaufania do samych siebie. Taki, którym bombardujemy świat ze zdumiewającą intensywnością oraz kreatywnością; realizowany tak konsekwentnie, że aż trudno traktować go w kategoriach mody. To już raczej element ludzkiej tożsamości, prosty i tani sposób zaspokojenia emocji.
Wyjątkowi temu na imię...

Selfie


Krytykowane, wyśmiewane, parodiowane ale i praktykowane przez całą ludzkość ze zdumiewającą gorliwością [odkąd odkryłam na Insta słitfocie w wykonaniu muzułmanek w nikabie nie zostawiam już nawet marginesu swobody dla osób, którym uwieczniania ludzkich sylwetek zabrania ich religia]. Ich pseudopsychologiczne analizy z kolorowych czasopism podkreślają, że "modzie na selfie" ulegają nawet najważniejsi politycy czy najwięksi artyści świata; zapominając nadmienić, że skoro popularność takich osób zależy od łaski przeciętnego widza/słuchacza/wyborcy - a przeciętny widz/słuchacz/wyborca strzela sobie focie co pięć minut - to ów znany człowiek musi zachowywać się identycznie, aby przypadkiem nie wypaść z łask. [Plus: to przecież również są ludzie i nieobce są im ludzkie emocje, więc czemu im miałoby się odmawiać ochoty na selfiaczki? ;P ]. Większość podobnych analiz łączy konkluzja, poparta zdaniem jakiegoś psychologa lub medioznawcy, iż żyjemy w czasach niespotykanego wcześniej ekshibicjonizmu; otoczeni przez zakochanych w sobie, bezkrytycznych egocentryków prędzej czy później sami się nimi stajemy.

I chociaż raz po raz odczuwam potrzebę przyklaśnięcia podobnym opiniom*, zauważyłam zupełnie inną cechę fotograficznych autoportretów. Otóż selfie są nie tyle wyrazem naszego narcyzmu i patrzenia na rzeczywistość z góry, ile zręcznym kamuflażem. Kostiumem, pod którym chowamy zupełnie inną twarz; tę, której współczesność nie pochwala i którą każe nam zwalczać - naszą wrodzoną niepewność, nieśmiałość, lęk. Kto cyka słitfocie, ten boi się spojrzeć samemu lub samej sobie prosto w oczy. Bez wyjątków.
Selfie to nie odbicie rozdętego ego poszczególnych osób, lecz raczej łaszenie się do (w większości) obcych ludzi, proszenie o komplementy, chęć usłyszenia, że jesteśmy znacznie lepsi, piękniejsi, mądrzejsi niż w rzeczywistości. Selfie to wyraz bardzo ludzkiej ale jednocześnie smutnej wiary w to, że ilość (komplementów) będzie przechodziła w jakość (nas samych).

Selfie to bolesny dowód niepewności i zagubienia człowieka w potężnym oraz brutalnym wszechświecie. Skoro zabiliśmy po kolei wszystkich swoich bogów, dotychczasowych tradycyjnych obrońców przed złem i chaosem, cóż innego nam pozostaje, jeżeli nie my sami...? Nawet pomimo faktu, że wciąż jesteśmy tak samo niepewni i słabi, jak przed milionami lat.
Oto self-made man w wydaniu dosłownym. "Umiesz liczyć? Licz na siebie".

Podobne rozważania towarzyszyły mi podczas testów Selfie marki Olfactive Studio, zapachu naprawdę bardzo podobnego do fotografii, które obrał sobie na patronki. Z pozoru przyjemnego dla oka, wystudiowanego, pewnego siebie, w istocie jednak fasadowego i przygnębiającego.
Przede wszystkim jest to dla mnie niemal wierna kopia Fougère Bengale marki Parfum d'Empire. Łączy je taka sama drapiąca suchość, żywiczno-tytoniowa męcząca kwasota, przetrawiona i nadająca ludzkiej ślinie charakterystycznej goryczy.Przykra. I nawet jeśli Selfie z czasem słabnie, nabierając pastelowej jasności, łagodniejąc dzięki drewnom czy labdanum, wciąż czuję przede wszystkim kumarynę w denerwującym połączeniu z ziołami, żywicami oraz tytoniem.
Całość okazuje się świetnie znana i nadmiernie męcząca; jak ciężki dzień, który chcielibyśmy z siebie zmyć. Jak świadomość, że tak naprawdę, w głębi serca zawsze byliśmy i będziemy samotni.

Czasem jednak mamy szczęście nie odczuwać tej samotności; na przykład z drugim człowiekiem u boku. Kiedy jesteśmy z nim tak blisko, że bliżej już się nie da.
Wtedy tak, mamy złudzenie. Bardzo kuszące zresztą, urodziwe i pełne wdzięku. Często patrząc na zupełnie obcą osobę, nawet bez ochoty wcielania myśli w czyn, pytamy samych siebie:

Czy chciałabyś pójść z nim do łóżka?


No cóż, skoro Panicz Kilian tak bardzo lubuje się w trochę dziecinnej grze podstawowymi emocjami człowieka, pewnie nie miałby nic przeciwko, gdyby to nim zagrano? Szczególnie za pomocą fotografii sprzed kilku lat, kiedy był jeszcze nieco bardziej wyględny, niż współcześnie [mówcie co chcecie ale dla mnie Kilian Hennessy z wiekiem brzydnie]. ;)
Z pewnością spogląda się na niego przyjemnie chociaż bez szczególnego zaangażowania. Ot, ładny obrazek, na który można sobie popatrzeć. I patrzeć, i patrzeć, i w dalszym ciągu patrzeć, bo dlaczego nie? :P Aż nagle okazuje się, że w tym, co ładne ale niezbyt fascynujące zauważamy coraz więcej ciekawostek, na których warto zawiesić wzrok. Na przykład taki pieprzyk poniżej prawego kącika ust... albo gra niemal prostej linii brwi z wydatnym nosem. Nawet nie wiesz, kiedy się wkręcasz.
Wszystko dzieje się jakby przypadkiem; samo, bez szczególnego zaangażowania z naszej strony. Jak często bywa z fascynacją o podłożu erotycznym.

Identycznie wygląda moja przygoda z najnowszym Kilianowym dziełem, perfumami o nazwie Voulez-vous coucher avec moi? - gładziutkim, delikatnym, mlecznym zapachem o bardzo konwencjonalnej urodzie, regularnych rysach twarzy, magnetycznym spojrzeniu oraz skórze muśniętej promieniami słońca. Testowanym najpierw wyłącznie z kronikarskiego obowiązku, z lekkim westchnieniom znużenia Kilianową przewidywalnością (wszak to przecież czysta komercja w luksusowym ubranku po raz nie wiadomo który), które w miarę upływu czasu, właściwie nie wiadomo, jak i kiedy przeistaczały się w fascynację a potem zauroczenie. Kiedyś, sama nie wiem kiedy, zaczęłam traktować je poważnie. :] Wsłuchiwać się w nie, interesować ich grą na mojej skórze, zwyczajnie i po ludzku podziwiać. Nawet, jeżeli cały czas jestem świadoma ich koniunkturalnego, czysto komercyjnego charakteru; to przecież w niczym nie przeszkadza zauroczeniu, prawda? :)

Tutaj słodycz i aksamitna, jasno-pastelowa miękkość kwiatów z wanilią stopniowo osuwają się w ciepłe, mleczne tony, paradoksalnie wciąż pozostając zieloną i świeżą. Proste, smukłe sandałowcowo-cedrowe plecy zapewniają kompozycji pożądany, delikatnie orientalizujący sznyt a wraz z wanilią gwarantują nieustanny dopływ życiodajnego słonecznego ciepła. Dzięki temu ostatniemu kwiaty w ogrodzie rosną piękne i bujne, kuszące ale też stopniowo zlewające się w jednolitą całość. Baza to już schludny, suchy kwiatowy pyłek z modnych drzewno-ogrodowych, syntetycznych piżm, które jednak nie są w stanie mnie zniechęcić.
Tak się bowiem składa, że kiedy kompozycja osiąga ten najgłębszy - ale i najmniej oryginalny - etap, już od dawna jestem pod jej całkowitym urokiem. I na pytanie Voulez-vous coucher avec moi? nie mogę odpowiedzieć inaczej, jak twierdząco. :)

Okazało się, że mam do czynienia z materiałem idealnym na krótki, spontaniczny i czuły romans ale nie na wielką miłość. I bardzo dobrze! Od perfum Kiliana nie oczekuję niczego więcej, niż kilku przyjemnych, niezobowiązujących chwil a Voulez-vous coucher avec moi? nie jest w tym względzie wyjątkiem.



Olfactive Studio, Selfie

Rok produkcji i nos: 2015, Thomas Fontaine

Przeznaczenie: zapach uniseksualny dla miłośników gęstych i suchych paprociowców z wyczuwalną żywiczno-tytoniową nutą. Raczej cichy oraz dyskretny, szczególnie w późniejszych etapach rozwoju.
Na wszystkie okazje, jakie tylko dla nieco wymyślicie.

Trwałość: nie większa, niż pięcio- czy sześciogodzinna, łącznie z okresem zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: anyż gwiaździsty, imbir, elemi, kadzidło, arcydzięgiel
Nuta serca: lilia, cynamon, drewno cabreuva, akord syropu klonowego
Nuta bazy: styraks, zamsz, bób tonka, mech dębowy, drewno sandałowe, paczuli, labdanum



Kilian, In the Garden of Good and Evil: Voulez-vous coucher avec moi?

Rok produkcji i nos: 2015, Alberto Morillas

Przeznaczenie: uniseks - bo wszystkie perfumy to piękno dostępne dla każdego, bez różnicy płci - o spokojnej, łagodnie falujące strukturze, układający się wokół ludzkiego ciała w łagodną, półprzejrzystą aurę. W miarę upływu czasu coraz bardziej cichy i opadający miękko na skórę.
Zapach idealny na niemal wszystkie okazje, odpowiedni do tańca i do różańca. Chociaż, co podkreślam, konwencjonalnie urodziwy, zatem fani co większych niszowych dziwaków konieczni powinni go najpierw porządne przetestować. ;)

Trwałość: śmiało dobija do pół doby a w odpowiednio ciepłym powietrzu żyjący nawet kilka godzin dłużej.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (i waniliowa)

Skład:

gardenia, tuberoza, ylang-ylang, róża, drewno sandałowe, wanilia
___
Dziś noszę Tabac Tabou od Parfum d'Empire.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/129659132@N05/16522941831/ [Autor: Ashraf Siddiqui]
2. https://www.flickr.com/photos/nedaandel/18367133303/ [Autorka: Neda Andel]
3. http://www.cafleurebon.com/the-lost-interview-kilian-hennessy-on-back-to-black-and-arabian-nights/

* W końcu sama nie jestem fanką selfie, stąd naturalną powinna być dla mnie chęć do ich krytykowania, zamiast brania w obronę. No ale od czego to moje antropologiczne zacięcie do wyjaśniania rzeczywistości, zamiast traktowania jej pobieżnie? ;]

piątek, 13 listopada 2015

Grupa wsparcia dla architektów z agorafobią, czyli wanilią w lęk

Żeby opowiedzieć o pewnym zapachu, potrzebuję architektury, stylistyki art deco, wielkomiejskiego blichtru oraz podszytej humorem szczypty kampu. Trudno zatem o lepszy przykład, niż charakterystyczny budynek z pierwszej części filmu Pogromcy duchów (wiecie, ten dziwaczny, dizajnerski dom Sigourney Weaver, Ricka Moranisa oraz sumeryjskiego demona Gozera). ;)

Tylko on stanowi odpowiednie tło dla The Architects Club marki Arquiste, kompozycji dedykowanej współtwórcom nowoczesności roku 1930; co prawda z innego wielkiego miasta, jednak ten szczegół geograficzny nie ma dla mnie wielkiego znaczenia.


Ponoć "od pokoleń budowniczowie Nowego Jorku przyozdabiali swoje wieże [drapacze chmur - przy. wzp] licznymi ornamentami o symbolicznym znaczeniu, zamierzając wykroczyć poza rzeczywistą funkcjonalność dzięki szczypcie czegoś większego, starszego, bardziej poetyckiego... co potrafiło przenikać nie tylko doświadczanie przeszłości ale całą przestrzeń ludzkiej świadomości w stosunku do tworzących miasto kamieni, tym bardziej sugestywną, ponieważ niejasną. Szczególnym darem Pogromców duchów było oddanie owych szczerych dążeń w stopniu więcej, niż połowicznym" [James Sanders, Celluloid Skyline. New York and the Movies, cytat za TYM linkiem, tłumaczenie własne].
Niepokojące budynki lat 20. i 30. XX wieku istnieją przecież nie tylko w USA, tam jednak - w dużej mierze dzięki współczesnej popkulturze - rzeczywiście nabierają nieco innego znaczenia: kryją w sobie jakąś tajemnicę, ducha dawnych dobrych czasów, czar, szyk a niekiedy nawet grozę. Samym swoim wyglądem budują w nas odpowiednie złudzenia.

Podobnie na mojej skórze zachowuje się The Architects Club, gęsta, dymna wanilia otoczona przez cenne drewna o pełnym, nieco matowym aromacie, ciemna i niezwykle dekadencka. Nie byłaby jednak warta nawet odrobiny uwagi - nie w morzu innych ciemnowaniliowych kompozycji od Diptyque przez Guerlain aż po Yves Rocher - gdyby nie żywy, barwny, odświeżający kontrapunkt w postaci chłodnych i jasnych oparów ginu. Te zaś tworzy przede wszystkim jałowiec, który zresztą z czasem ciemnieje i zamiast rozjaśniać, dodaje mieszaninie jeszcze więcej dymności, tym razem już wytrawnej. Dzięgiel oraz lekkie cytrusy, wspomagane dosłownie odrobiną lekkiego, na wpół zwietrzałego czarnego pieprzu, nieśmiało kryją się po kątach, rzadko kiedy wyglądając spoza głównych nut kompozycji.
W niej bowiem, od początku aż do samego końca, główną rolę odgrywa wanilia w otoczeniu dębiny, gwajaku i może jeszcze odrobiny mahoniu. A może to drewno różane albo kaszmeran, uwolniony z gładkiego, świecącego ciepławym ale bladym, syntetycznym światłem, bazowego akordu ambrowego? Który przecież do ciemnej ale słodkiej (acz niekoniecznie jadalnej) wanilii pasuje jak ulał! :) Do pozostałych bohaterów zresztą też, stopniowo zmieniając całe towarzystwo w transparentny, białożółty, jakby prześwietlony pyłek.

Klub Architekta to w gruncie rzeczy nic wyjątkowego, nawet pomimo ginu. Ot, miejsce na jedno czy dwa spotkania, może jakieś smokingowo-treniaste przyjęcie... o ile bywacie na takich przyjęciach. ;)


Rok produkcji i nos: 2014, Yann Vasnier

Przeznaczenie: bardzo delikatny, bliskoskórny paprociowy uniseks. Perfumy od początku nie są tytanem projekcji (mocno powiedziane ;) ) a z upływem czasu stają się wręcz płochliwe. Dlatego najlepiej służy im spokój czy dobre samopoczucie ludzkiego nosiciela oraz ciepłe powietrze dookoła; wtedy Klub Architekta wychodzi w świat z nieco większą śmiałością.
Poza tym.... co to za architekt, który cierpi na agorafobię? ;)

Trwałość: równie mizerna, jak projekcja, ponieważ maksymalnie trzy- lub czterogodzinnna... z głęboką bazą włącznie. :>

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-waniliowa

Skład:

cytryna, gorzka pomarańcza, dzięgiel, jagody jałowca, maczuga Herkulesa, drewno gwajakowe, dębina, akord ambrowy, wanilia
___
Dziś noszę Tsubaki marki Miya Shinma.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.runleiarun.com/ghostbusters/chapter7.shtml

środa, 11 listopada 2015

Pseudonim lepszy od nazwiska*


Dziwne czasy nastają, złe czasy...
Pamiętam, że będąc nastolatką namiętnie wczytywałam się w wiersze polskich poetów, powstałe parę lat przed wybuchem drugiej wojny światowej. Zdumiewało mnie, jak wyraźnie ludzie ci potrafili przewidzieć nastrój nadchodzących lat, jak bardzo się ich obawiali i jak silny był ich pesymizm co do przyszłego rozwoju wydarzeń. Z dziecięcą jeszcze naiwnością potrafiłam zadumać się nad kasandrycznymi wizjami, które współcześni poetom z pewnością uznawali za bezpodstawne smęcenie albo defetyzm a które jednak okazywały się prawdziwe.

Przepełniał mnie niczego jeszcze nierozumiejący ale już bezbrzeżny podziw dla spokojnego w obliczu bezsensownej wojennej śmierci Archimedesa z wiersza Antoniego Słonimskiego, lub też czułam zimny dreszcz grozy sunący wzdłuż mojego kręgosłupa na myśl, że już w roku 1934 Józef Czechowicz zawyrokował:
"brzęk wszerz niemieckiej krainy
do wisły doleci
a tam struny w fortepianach pękną".

Od tego czasu moje lektury zdążyły ulec znaczącej zmianie, ostatnio jednak coraz częściej wracam myślami do tych dziwnych, proroczych, być może nieco teatralnie przesadzonych utworów. Dzieje się tak, ponieważ uświadamiam sobie, że również i w mojej głowie zaczęły pojawiać się podobne myśli. I ja czekam, obawiam się, czuję zbliżającą się grozę, zło, bezmyślność, bezsens oraz strach.

Z tysiąca prawdopodobnych scenariuszy jeden nie daje mi spokoju...


Mając lat naście czułam oburzenie za każdym razem, kiedy spotykałam się z kategorycznymi deklaracjami czyjejś pewności co do własnych ewentualnych przyszłych zachowań.
"Ja na pewno zachowałbym się tak i tak a nigdy w taki sposób!"
"A skąd możesz to wiedzieć?"
"Bo znam siebie".

Uch, jak mnie to irytowało! Jakie to było butne, dziecinne a przede wszystkim oparte li i jedynie na pobożnych życzeniach osoby składającej deklarację [oraz na pochopnym doborze lektur; zawsze twierdziłam, że Trylogia Sienkiewicza bez równowagi w postaci Dżumy Camusa albo Na Zachodzie bez zmian ludzkiej duszy jest w stanie wyrządzić jedynie krzywdę]. Dziś jestem bardziej tolerancyjna wobec bezpodstawnych zarzekaczy, ponieważ rozumiem, skąd w nich mogą brać się podobnie silne przekonania i - przede wszystkim - brak mi pychy niezbędnej, ażeby osądzać drugą osobę. Szczególnie na podstawie nieistotnych w sumie przesłanek, jak jej marzenia czy miłość własna. Przecież wszyscy grzeszymy w ich względzie.

I ponieważ sama boję się tego, co z biegiem ostatnich lat wydaje się coraz bardziej nieuchronne, nie mogę nie podziwiać pewnej specyficznej grupy ludzi. Osób, które nie bały się odrzucić wszystkiego, co narzucała im ówczesna kultura, wychowanie i całe ich doświadczenie życiowe, byle móc zaangażować się w sprawę, w którą uwierzyły ich serca.


"Gdy nie dalej niż po półgodzinie przychodzi ponownie, Protassewicz jej nie poznaje. Bluza munduru jest, co prawda, za duża (zwłaszcza w ramionach), w spodnie należy zapewne wstawić parę klinów oraz je skrócić, a czapkę dobrać mniejszą (...) ale i tak efekt przechodzi najśmielsze wyobrażenia komendanta placu. Przede wszystkim dlatego, że dziewczyna prezentuje się w tym uniformie wypisz, wymaluj jak... chłopak!
Splecione w luźny warkocz włosy znikają pod maciejówką, kurtka od munduru maskuje wiotką kibić i nikt nie poznałby, że to panna na wydaniu. (...) trudno nie pomyśleć, że oto stoi przed nami rezolutny młodzieniec o delikatnej urodzie, a nie śliczna dziewczyna".
Wojciech Lubawski, Tomasz Natkaniec, Małgorzata idzie na wojnę, wyd. Znak, Kraków 2014, s. 171.

Studentki, żony, matki i dziewczęta, którym jeszcze niedawno myślały przede wszystkim o cenzurkach szkolnych, chłopcach z gimnazjum czy przystrajaniu kapeluszy. Lekarki, artystki, gospodynie domowe oraz szanowane damy z tak zwanego towarzystwa - w połowie roku 1914 odkrywały nagle, że nie straszne im niewygody, głód i chłód, perspektywa codziennego pokonywania własnych ograniczeń oraz stawania twarzą w twarz ze śmiercią. Kończyły kursy strzeleckie, sowicie opłacały krawców oraz szewców, aby bez zbędnych pytań zdjęli z nich miarę na mundur czy buty wojskowe a jeżeli kolejny fryzjer zanosił się łzami i odmawiał ścięcia pięknych kobiecych pukli radziły sobie same, maszynką lub brzytwą goląc włosy przy samej skórze. Wszystko po to, by stać się kurierkami, sanitariuszkami, aprowizatorkami lub zwiadowczyniami; w końcu trafiały również na linię frontu. Jeżeli któraś usłyszała, że "dla kobiet broni nie mamy", kierowała się gdzieś indziej lub wracała po chwili jako... Kazik, Alfred, Leszek, Zygmunt czy Stanisław. :D
"Jak obywatelka chce zginąć, to zapraszam do mojego batalionu".

Zazwyczaj nie miały nic przeciwko. ;D Liczyły się przecież z taką możliwością.

Legionistki Piłsudskiego, strzelczynie, nieustraszone żołnierki. O nich chcę dziś opowiadać, w czym pomoże mi pewien zapach. Bo to wciąż, wbrew pozorom, jest blog o perfumach a niniejszy tekst powstaje jako coś na kształt recenzji jednych z nich. ;) Zapach ten jest męski, jak męskim uważano powołanie, odczuwane przez owe niezwykłe kobiety.

Héroïque marki Rancé, współczesny rzut oka w dawną epicką, barwną przeszłość.


Kiedy dwa czy trzy miesiące temu szukałam sposobu na własną interpretację pachnidła czułam, że nie satysfakcjonuje mnie przygotowana przez markę napoleońska narracja. Była po pierwsze nudna, po drugie kompletnie nie potrafiła do mnie przemówić, w odróżnieniu od powiązanego z nią aromatu. ;) I dopiero, kiedy myślałam, jakim zapachem uczcić dzisiejsze święto, wszystkie klocki w mojej głowie ułożyły się we właściwych miejscach.
Toż to klasyczne, nowoczesno-paprociowe męskie perfumy, którym kobieca skóra nadaje nieco innego znaczenia! Trochę vintage, trochę gładki indywidualista (a w istocie sprytny naśladowca) a trochę poeta, marzyciel i... żołnierz. Lub raczej żołnierka, ponieważ dopiero w zetknięciu z kobiecym ciałem Héroïque ubiera mundur. :)

Rozpoczyna się wyraźnym i przejmującym, czysto-suchym akordem niesłodkich cytrusów w stylu retro, naturalnych olejków wyciśniętych ze skórek owoców a dyskretnie otoczonych przez wytrawne zioła tudzież matowe nuty drzewne. Z czasem jednak mieszanina łagodnieje.


Cytrusy stopniowo rozpływają się w kremowych sokach innych owoców; w ananasie i czarnej porzeczce, które to przecież okazują się jednymi z wyznaczników współczesnej paprociowości, łagodząc męskie perfumy, kobiecym dodając cielesnego, ziołowego lub nawet industrialnego charakteru, zaś w uniseksach układając się w delikatny, nie tolerujący brutalności pomost między pozostałymi frakcjami nut.
Tutaj obu fruktom towarzyszy miękka, sucha, jakby nostalgiczna drzewność czy delikatna, poetycka kwiatowość, niekiedy tylko ubrudzona ciemnym i tłustym dziegciem. Zazwyczaj jednak drzewna świeżość brzozy pojawia się w Héroïque pod postacią chłodnego jasnego promienia, jak w dawnym Cuir de Russie od L.T. Piver. Tuż za nią meldują się śmietankowy sandałowiec, ciemna, szlachetna dębina oraz miękkie, drzewne piżma. Jak również suchy chociaż dyskretny, syntetyczny mech dębowy. I wanilia. I zdawałoby się niewinne ambrowe złocistości.
Lecz to tylko pozory.


Naprawdę w Heroicznym - lub raczej w Heroicznej - bez trudu dostrzegam przebojowość, odwagę, co nieco tupetu czy żywy humor. Żadna z tych cech jednak nie krzyczy, nie domaga się uwagi za wszelką cenę, nie ma w sobie nic z neurotycznej histeryczki.
To stanowczość (stereo)typowo kobieca, nie wymuszająca przemocą ale nakłaniająca ku sobie za pomocą rzeczowych i systematycznych namów, szelmowskiego podstępu czy też zaraźliwego entuzjazmu i wiary we własne siły, przed którą inni po prostu muszą się ugiąć. ;)
Oto cisza i wdzięk, w których tkwi prawdziwa Moc. Niech więc zadrżą wrogowie! ;)

Kiedy trzydzieści lat po utworzeniu Legionów Piłsudskiego, w październiku 1944 roku w jednej z willi podwarszawskiego Ożarowa Mazowieckiego toczyły się pertraktacje, dotyczące warunków kapitulacji powstania warszawskiego, jednym z postulatów polskiej strony było zapewnienie walczącym w powstaniu kobietom pełnego statusu jeńców wojennych. Naziści nie chcieli się zgodzić.
Argumentowali, że wymagałoby to utworzenia żeńskich obozów jenieckich, co przecież nie jest możliwe, ponieważ polscy powstańcy - choć jest wśród nich sporo kobiet, szeregowych żołnierek - nie mogą przecież dysponować odpowiednią liczbą podoficerów i oficerów płci żeńskiej, niezbędnych z prawno-administracyjnego punktu widzenia. Nie mieli racji.
Nie przewidzieli, nie pomyśleli albo nie wiedzieli, że i do tej walki po raz kolejny włączyły się kobiety. I to bynajmniej nie nowicjuszki, lecz pełnoprawne żołnierki, które doświadczenie bojowe (z oficerskimi szlifami włącznie) zdobywały już w pierwszej wojnie światowej a umocniły w wojnie polsko-bolszewickiej roku 1920.

Więc to właśnie im, uwiedzionym wizją odradzającej się Polski, snutym przez byłego komunistycznego terrorystę [oraz jego feministyczną żonę ;) ] patriotycznym wariatkom i marzycielkom, zawdzięczamy istotny wkład do pełnego równouprawnienia płci w walce. Jakkolwiek to brzmi.
Moje dzisiejsze Heroiny.


Rok produkcji i nos: 2015, anonimowa osoba pod auspicjami Jeanne Sandry Rancé

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, na których skórze jednak szybko milknie i niknie (choć i tak nie jest zbyt śmiały), zmieniając się w blade widmo samego siebie. Lub raczej - wcielenie słynnego Aventusa marki Creed, do którego Héroïque faktycznie jest podobne. Jednak nie identyczne, tylko bardziej gładkie, przejrzyste i spokojne, mniej hałaśliwe, liryczno-refleksyjne.
Jak wspomniałam w nawiasie, omawiana dziś mieszanka charakteryzuje się skromną projekcją, niechętna do odstawania od ludzkiego ciała w czymś wyraźniejszym niż wąska, jasna ale delikatnie opalizująca aura [poważnie: w moim synestetycznym odbiorze ten zapach mieni się bielą ale i opalizuje, jako chyba jedyny ze wszystkich, które dotąd poznałam :) ]. W związku z czym idealnie pasuje na wszystkie okazje, jakie tylko sobie wymyślimy, włącznie z najbardziej oficjalnymi i poważnymi. I nawet fakt, ze mieszanina gęstnieje nieco w naprawdę ciepłym powietrzu, niczemu tu nie przeszkadza.

Trwałość: najsłabszy punt kompozycji, która nie potrafi utrzymać się na skórze dłużej, niż trzy do czterech godzin plus trudny do zdefiniowania okres zamierania (który jednak nie może być dłuższy, niż kolejne półtorej do dwóch godzin).

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka (oraz inne cytrusy), czarna porzeczka, ananas, jabłko
Nuta serca: paczuli, jaśmin, róża, brzezina
Nuta bazy: drewno tekowe, mech dębowy, akord ambrowy, wanilia, jasne piżma
___
Dziś noszę Panią Walewską Classic od Miraculum. Patriotycznie! ;D

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.polskieradio.pl/8/405/Artykul/721273,Nieznana-armia-polskich-kobiet
2. https://pl.wikipedia.org/wiki/Orl%C4%99ta_Lwowskie#/media/File:Orleta_-_obrona_cmentarza._Wojciech_Kossak.jpg
3. http://ciekawostkihistoryczne.pl/2014/03/08/zapomnij-o-legionistach-te-dziewczyny-wywalczyly-polsce-wolnosc/
4. http://wyborcza.pl/51,75475,10345180.html?i=0 [Autor: Marcin Stępień]
5. https://sienio.wordpress.com/tag/1920-bitwa-warszawska-3d/
6. http://stopklatka.pl/multimedia/100866,osoba,179388,karolina-chapko#galeria
7. https://sienio.wordpress.com/tag/1920-bitwa-warszawska-3d/

* Tytuł jednego z rozdziałów książki Stanisława M. Jankowskiego Dziewczęta w maciejówkach, opowiadającej o legoinistkach Piłsudskiego.
Chociaż, czy aby na pewno rzeczywiście lepszy? W końcu, jak przykładowo wyznaje w jednym z wielu cytatów opracowania była żołnierka: "Starszy sanitariusz Zdziarski [...] to nikt inny tylko pisząca te słowa medyczka Zdziarska Maria, która nigdy nie ubierała się po męsku i nigdy nie zmieniała końcówki swego nazwiska. Dlaczego więc w rozkazie oficjalnym zmieniono ową końcówkę, zacierając fakt, że i kobiety umiały zasłużyć na pochwałę wojskową, jeśli chodziło o obronę własnego kraju?".
Co przypomina mi, przytaczany jako dowcipne dziewiętnastowieczno-orientalne dziwactwo i anachronizm, przykład z hollywoodzkiego filmu oraz książki pt. Anna i król, w której do brytyjskiej guwernantki dzieci króla Syjamu tamtejsza etykieta dworska nakazywała zwracać się w rodzaju męskim. Zgodnie z nią kobieta nie mogła pełnić równie wysokiej funkcji, zatem zaistniały ewenement należało oficjalnie traktować tak, jak mężczyznę.
Stąd wniosek, że przeszłyśmy, moje Drogie, znacznie dłuższą drogę, niż nam się wydaje. :) Uwagę tę kieruję przede wszystkim do tych z Was, które nie uważają się za feministki - ku nauce i uświadomieniu, że nawet możliwość pracy i w ogóle aktywności pozadomowej pod własnym nazwiskiem wcale ale to wcale nie jest kwestią oczywistą. Nie, jeżeli było się kobietą.

wtorek, 10 listopada 2015

Propozycja na pustynne safari

Był już oud syntetyczny i nowoczesny, dziś nadeszła pora na coś bardziej tradycyjnego. Chociaż... czy aby na pewno?



Araik marki Syed Junaid Alam jest z pewnością - co nie powinno dziwić - oudem typowo arabskim, a więc ciemnym, gęstym, wszechogarniającym oraz absolutnie, bezgranicznie zwierzęcym. ;) Stajnia, obora a może niesprzątana od dekad toaleta publiczna...? To wszystko można znaleźć w bahrańskich perfumach już od samego otwarcia. Na dzień dobry.
Osiemset procent oudu w oudzie.

O którym jednak nie napisałabym osobnego tekstu, gdyby nie jego... przytulność [chociaż to chyba nie jest najtrafniejsze słowo ;) ], z konieczności poufała intymność, jaką dzielą zwykle ludzie przebywający wspólnie dłuższy czas w niewielkiej przestrzeni. Na przykład we wnętrzu samochodu. :D
I chociaż w Araik nie znajduję ani odrobiny woni okołomotoryzacyjnych, to jednak jest weń i wspomniana animalność, i ciężkość nieruchomego powietrza, i jasne promienie, prześwietlające olfaktoryczny krajobraz na wylot, jak przez samochodowe szyby. Jest też wreszcie późniejsza suchość pustyni, stopniowo biorąca górę nad cielesno-drzewnymi wyziewami. Nie ma za to przesadnego gorąca, którego wypadałoby spodziewać się po zwrotnikowej pustyni.
Cóż, najwyraźniej jest to auto klimatyzowane [co również mnie nie dziwi]. ;)


Rok produkcji i nos: nieznane, jak zwykle w przypadku średnio- i niskopółkowych kompozycji o typowo arabskim rodowodzie.

Przeznaczenie: zapach klasyfikowany jako uniseks, jednak ortodoksyjna arabskość mieszanki dla wielu osób może okazać się przeszkodą nie do przejścia - i to bez różnicy ich płci biologicznej lub kulturowej.
Dlatego w tym konkretnym przypadku jeszcze mocniej zachęcam do przetestowania pachnidła na własnej skórze, skonsultowania go z osobami z Waszego otoczenia ale pod żadnym pozorem nie decydowania się na zakup w ciemno; niezależnie od tego, jak wielkimi fanami kompozycji oudowych jesteście.
Tutaj spotkacie nieeuropejską moc i zamaszystość a także wybitną dosłowność ciemnych i tłustych dymów, dedykującą pachnidło osobom przyzwyczajonym do podobnych klimatów. Araik to może nie bestia ale całkiem donośny gagatek, pamiętajcie o tym.

Trwałość: około dziesięciu godzin wyraźnej, żywej emanacji oraz dalszych kilka stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: akord ambrowy, róża
Nuta serca: piżmo
Nuta bazy: oud
___
Dziś noszę Mortal Skin od 777 Stéphane Humbert Lucas.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z https://www.flickr.com/photos/67448011@N00/3755248220/in/photostream/ [jej autor ukrywa się pod pseudonimem tmlvngs].

poniedziałek, 9 listopada 2015

Wszystko, czego nie chcecie wiedzieć o odcinaniu kuponów


Nadrabiam zaległości... również takie sprzed ponad roku. ;) Dlatego dziś, chociaż wcześniej jakoś się nie złożyło, postanowiłam poświęcić chwilkę Wonderoud marki Comme des Garçons. Dosłownie chwilkę.
Na więcej niestety perfumy - choć niewątpliwie ładne - nie zasługują.

Od początku jawnie powołujące się na bliskie pokrewieństwo ze starszym, bardziej gładszym i piękniejszym Wonderwood, omawiane pachnidło okazuje się jednak dosyć wyraźnie odeń inne. Bardziej kanciaste, suche, złożone z mnogości egzotycznych drzazg, rozrzuconych swobodnie wokół półpłynnego lecz chłodnego metalicznego jądra. Z czasem w Wonderoud na pierwszych skrzypcach swoje wysokie ale gładkie indyjskopodobne tony zaczyna wygrywać kuszący ciemny sandałowiec , więcej jest też cienistej słodkości i oleistej matowości [jakkolwiek to brzmi ;) ], jednak to zdecydowanie za mało, żeby mnie zachwycić.

Bazą mieszanki okazuje się suchy, ciemny i gryzący nieśmiertelny duet paczuli z wetywerią, z którego to fundamentu stopniowo znika typowo commedesgarçonowski, podrasowany czarnym pieprzem akord drzewny; ciemny, egzotyczny, lekko pikantny wielodrzew. Ładne toto, chwilami nawet dymne, lecz w gruncie rzeczy koszmarnie wtórne – i to nie tylko wobec Wonderwood.
Szkoda.

To wszystko, co mam do powiedzenia.
Dziękuję.


Rok produkcji i nos: 2014, Antoine Maisondieu

Przeznaczenie: zapach typowo uniseksualny, będący kolejnym przykładem pachnidła dedykowanego przede wszystkim fanom konkretnej grupy olfaktorycznej aniżeli posiadaczom takiego a nie innego zestawu chromosomów. :) Przecież trudno nie zauważyć, dla kogo, po co i na fali jakiej mody powstał Wonderoud oraz komu zatem powinien najbardziej przypaść do gustu. Jeżeli więc uwielbiacie akord drewna agarowego, cenicie gładkie, sympatyczne "pinokie" [jak zwykli nazywać wody drzewne rosyjskojęzyczni perfumoholicy ;) ] i nigdy nie jest Wam mało kolejnych perfum z tej grupy zapachowej, koniecznie przetestujcie Wonderoud.
Natomiast jeżeli szukacie czegoś wyjątkowego, innego, nowego - albo przynajmniej różniącego się od Wonderwood, spójrzcie w inną stronę. :]
Właściwie jedyną istotną różnicą między obiema wodami, jest mocniejsza, bardziej wyrazista projekcja młodszej z nich, co jest w zasadzie jej podstawową zaletą. Wonderoud zdecydowanie trzyma się ciała z większym zaangażowaniem a jednocześnie śmielej wygląda w świat dookoła uperfumowanej osoby; lecz uwaga, nie znaczy to jednak, że jest wszędobylskim, ogoniastym killerem! To po prostu Wonderwood było wyjątkowo nieśmiałe. :)

Trwałość: w granicach pięciu d siedmiu godzin nienachalnego ale wyczuwalnego życia.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

drewno cedrowe, oud, drewno sandałowe, drewno gwajakowe, paczuli, wetyweria, paszminol
___
Dziś noszę African Leather od Memo.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z https://www.flickr.com/photos/judy-van-der-velden/8024502321/ [Autorka: Judy van der Velden]

sobota, 17 października 2015

Aniołek z okienka, czyli słodkości jesiennej soboty, cz. 2


Ten wpis będzie równie krótki, jak poprzedni ale też bardziej od niego emocjonalny. Ot, nie sposób nie zrecenzować tego zapachu. Trudno nie chcieć go poznać i przetestować. Przyznaję bez bicia: nie potrafiłam ani nie chciałam powstrzymać się od zaocznego napalenia. W końcu to Angel! ;)

Niestety, najnowsze dzieło marki Thierry Mugler, kolejny flanker najsłynniejszego produktu firmy, noszący to samo imię co jego o rok młodszy braciszek, Angel Eau Sucrée, prawdopodobnie równie szybko - wybaczcie nieco upiorną dwuznaczność zwrotu - powiększy grono olfaktorycznych aniołków. ;>
A może nie...?
Ostatecznie ludziom taka owocowo-metaliczna, słodziuteńka i pyłkowa woda o wyraźnym ale jakby wstydliwie skrywanym podobieństwie z paczulowo-helionalowo-karmelowym Aniołem Numer Jeden może przypaść do gustu. Choć jest zaledwie cieniem starszego o trzynaście lat poprzednika. W końcu lekkość i brak zobowiązań są dziś w cenie, także w perfumach. A takie mryg-mryg w stronę klienta: "uwaga, to ja, młodszy i ładniejszy Aniołek; tak, z tej samej rodziny co słynny śmierdziel ale po liftingu i genetycznych modyfikacjach, podobny do Twoich ulubieńców od Jimmiego Choo oraz Lancôme. No spójrz tyko, jaki jestem śliczny i milutki i jak pięknie będę wyglądał na Twojej półce!" z pewnością potrafi skusić niejedną osobę.

Przy czym nie zrozumcie mnie źle: wcale nie uważam Angel Eau Sucrée za perfumy brzydkie czy złe; w istocie jest zupełnie na odwrót i soczek cieszy się spokojną, konwencjonalną urodą z zaledwie jednym charakterystycznym rysem w postaci ciemnawego paczulowego pyłu, w miarę upływu czasu coraz gęściej oplatającego słodkie soki owoców jagodowych, gęstą i suchą ale lepką (?) deserową słodycz tudzież charakterystyczny ciepły powiew dwutlenku węgla. Nosi się go prosto, bez wyrzeczeń ani kompleksów i z pewnością może stanowić adekwatne, przyjemne dopełnienie każdego jesiennego czy zimowego stroju. Generalnie Anielska Słodzona Woda to perfumy całkiem w porządku.

Tyle tylko, że na mojej nielubiącej pachnidlanych lekkości skórze bardzo wątłe i nikłe, jak blednąca zjawa. Rachityczne. Nie złe a "tyko" przeciętne. Problem w tym, że od Angela (któregokolwiek) wymagam więcej, niż wskazywałaby dominanta zapachowych gustów społeczeństwa. Jednak coś mówi mi, że podobne Anioły to już melodia przyszłości. :/
Angel Eau Sucrée to z pewnością nie Anioł, lecz co najwyżej Amorek. Taka ładna durnostojka. :]


Rok produkcji i nos: 2015, Dorothée Piot

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, jak wszystkie inne Anioły; jednak w tym przypadku generalnie muszę się zgodzić. Bynajmniej nie z powodu słodkości wody lub zawartych w niej owoców, lecz dzięki temu, jak perfumy rozwijały się na mojej, przecież kobiecej, skórze. Lub raczej - jak się nie rozwijały, stopniowo blednąc i znikając za półprzejrzystą, syntetyczną drzewno-piżmową mgłą. Uważam, że na ciele przeciętnego mężczyzny kompozycja ta w ogóle może zmienić się w swoją karykaturę i zniknąć szybciej, niż została rozpylona. :P
Kobietom jednak polecam AES na dosłownie wszystkie okazje, wystarczy tylko umiejętnie dobrać dawkę pachnidła. :)

Trwałość: około sześciu lub siedmiu godzin wyraźnej projekcji i dalszych parę gwałtownego, skokowego zaniku, zatem przynajmniej w tym względzie jest nieźle.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (oraz gourmand)

Skład:

Nuta głowy: sorbet z borówki brusznicy [? lub ogólnie: z "czerwonych owoców jagodowych"]
Nuta serca: krem karmelowo-bezowy
Nuta bazy: wanilia, paczuli

P.S.
Źródła ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/marimbajlamesa/1233478038/ [Autor: Marimba Disseny]
2. http://www.tattooedtealady.com/2015/05/thierry-mugler-angel-eau-sucree.html [Autorka: Sophia Ford]

Słodkości jesiennej soboty, cz. 1

Jesienią w naturalny sposób potrzeba nam ciepła, przytulności, swoistego kokonu, w który możemy się zawinąć, aby przetrwać nadchodzące ciemne, ponure miesiące. I chociaż mnie ta potrzeba jest zazwyczaj obca - w końcu nie kryję tego, że uwielbiam mróz, zimę czy jesienne słoty - słucham i rozumiem otaczających mnie ludzi.
Dlatego chciałabym dziś wziąć na tapetę dwa pachnidła utrzymane w przytulnej, jesiennej konwencji; i to jesienne w sposób najbardziej oczywisty, ponieważ słodko-drzewne lub orientalizujące, jednym bokiem oparte gdzieś o cukier, kolejnym natomiast zahaczające o nuty ciemne, suche i (przynajmniej w teorii) szarpiące tkankę miękką niczym wyszczerbiony nóż. [Mam dzisiaj dziwne skojarzenia, wybaczcie]. ;>

Jedno artystyczne oraz śliczne jednocześnie, drugie... no cóż... O nim będzie potem.
Najpierw czeka nas kilka zdań na temat Palo Santo, najnowszej kompozycji marki Carner Barcelona. :) Nadeszła pora na słodki karmel, wydobywający się spod kaszmirowego ciepła i znad spragnionego wody wielkomiejskiego parku.




Tak właśnie, w największym skrócie, pachną omawiane perfumy. Palo Santo rozpoczyna się ciepłym, wirującym żywo ale w gruncie rzeczy drobnym, bardzo zgrabnym akordem kwiatu dawana, unurzanego w drzewno-rumowych oparach z delikatną słodyczą w wygłosie. Potrzeba kilku minut, aby dołączyły do nich jednocześnie miękki, nieśmiało uśmiechnięty, dyskretny duszek oraz sucha, sianowata kumaryna; wyraźnie pochodząca z bobu tonka, ponieważ wkrótce okazuje się, że nieobce jest jej tworzenie wrażenia jasnej, zielonkawej słodyczy.
Wkrótce mieszanina nabiera rumieńców, jednocześnie ostre, wetyweriowo-tnące, bardzo suche ale przy tym ciepłe, bezpieczne, drzewno-słodkie. Rychło tez zaczynamy rozumieć, że choć rum instynktownie obiera stronę bliskich sobie drapiących woni egzotycznej trawy czy drzazg bliżej niezidentyfikowanego jasnego drewna a mleku naturalnie bliżej do gładkiej, waniliowej słodyczy, to przecież oba te składniki potrafią też spleść się w pomost, po którym swobodnie skaczą ciemne tonkowe ziarenka. ;) Mówiąc obrazowo. ;P

W bazie zauważam coś pyłkowo-kwiatowego, co pojawia się - lub może tylko ujawnia - dzięki rosnącemu znaczeniu mleka, słodko-oleistego, ciemnego gwajaku, śmietankowego sandałowca a także giętkich, czarnych lasek wanilii. Rum i wetyweria stopniowo chowają się w cieniu kulis.

Wszystko to okazuje się jednocześnie bardzo nienachalne, delikatne ale i silne, zdecydowane. Eleganckie i wyważone. Niezwykle łatwe do zaakceptowania a przy tym w jakiś niezwykły, nieuchwytny sposób odważne; łamiące konwenanse w sposób, który nikogo nie razi.
Palo Santo przypomina mi osobę zrównoważoną i dojrzałą, powszechnie lubianą i szanowaną bez potrzeby wzbudzania lęku; kogoś, kto nie musi wcale podnosić głosu, aby zostać wysłuchanym lub wysłuchaną. Jest to więc kolejna olfaktoryczna doskonała jedność przeciwieństw, jak lubię. :)



Rok produkcji i nos: 2015, Shyamala Maisondieu

Przeznaczenie: typowy, wyważony uniseks dla miłośników nut drzewnych, nowocześnie paprociowych oraz "kawiarnianych" i nie stroniących od perfumowych słodyczy. :) Początkowo dosyć śmiało projektujący na otoczenie, z czasem redukujący się do żywej, niekoniecznie wąskiej aury.
Dlatego też rekomendowałabym PS na okazje albo bardzo formalne, albo zupełnie swobodne. Jednak, jak zawsze, wszystko zależy od Waszego gustu oraz ilości pachnidła. ;) Mimo wszystko zachęcam do testów. Kiedy indziej, jeżeli nie jesienią? ;)

Trwałość: znaczna, ponieważ do najmniej dziesięcio- dwunastogodzinna (a chodzi o wyczuwalną, ewidentną obecność perfum na ludzkiej skórze) a także dalszych kilka spokojnego, dyskretnego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i gourmand)

Skład:

Nuta głowy: kwiat dawana, akord rumowy
Nuta serca: bób tonka, drewno gwajakowe, akord ciepłego mleka
Nuta bazy: drewno cedrowe, wetyweria, amyris
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/winemegup/3167255000/ [Autorka: niejaka Meg]
2. https://www.flickr.com/photos/nestle/21850942431/ [Ilustracja pojawiła się na Flickrowym profilu koncernu Nestlé, który milczy w kwestii autorstwa fotografii].
3. https://www.flickr.com/photos/superiorhiking/15221058525/in/photostream/ [Autorka: osoba ukrywająca się pod pseudonimem Superior Hiking]

niedziela, 11 października 2015

Spacer wśród lawendy


Pomiędzy polami, porośniętymi charakterystycznymi, niewysokimi krzaczkami o kształcie niemal idealnej kopuły, uzyskanym dzięki wieloletniemu przycinaniu, spaceruje sobie mężczyzna. Zwolennik klasycznej elegancji, którego trudno zastać poza domem w stroju niebędącym szytym na miarę trzyczęściowym garniturem z jedwabną poszetką oraz w znakomitych włoskich butach. Z biżuterii nasz elegant preferuje skromne ale eleganckie spinki do mankietów czy krawata a także dobrany do nich zegarek. Jest to człowiek, który dba o swoje ciało zarówno od zewnątrz, jak i w środku, przestrzegając diety a godziny wczesnego poranka lub późnego wieczoru przeznaczając na skrupulatnie dobrane sportowe treningi; może zatem pochwalić się szczupłą, zadbaną sylwetką i zdrowym wyglądem. Jestem niemal pewna, że ten mężczyzna goli się brzytwą. Co jeszcze o nim wiem?

Chociaż od wielu lat, być może od urodzenia mieszka w jednym z państw zachodniej Europy, jego korzenie niemal bez wyjątku sięgają Bliskiego Wschodu. Znaczy: potomek imigranckiej rodziny. ;P
A do tego przedstawiciel jednego z zawodów cieszących się wysokim prestiżem społecznym, lekarz lub prawnik. Na tyle zamożny, iż może pozwolić sobie na całkiem luksusowy styl życia i na tyle pewny siebie, że świadomie unikający wszelkiej związanej z tym ostentacji.
Jego perfumy to Sunshine Man marki Amouage. :)

Ten nowoczesny paprociowiec wydaje się idealnie pasować do osoby, którą przed chwilą opisałam: szanującej europejską klasykę i umiejącej świetnie się w niej odnaleźć, całkowicie nowoczesnej duchem, wiedzącej, co w modzie piszczy a przy tym nieco odmiennej. Dla osób intelektualnie gnuśnych, niezdolnych do myślenia poza utartymi stereotypami będzie pewnie stanowił przykład kogoś z zupełnie innej bajki, niepasującego do otoczenia, ponieważ nieidentycznego z nim, osobiście jednak dostrzegam w nim praktycznie same podobieństwa. ;)

Sunshine Man to przecież samo sedno europejskiej tradycji perfumeryjnej! Od klasycznej, typowo męsko-paprociowej lawendy, surowej i czystej chociaż delikatnej, przez suchą i jasną tonkową kumarynę czy złociste kocanki, wygładzone miękkimi cytrusowymi sokami a następnie daleką woń szlachetnego alkoholu, stopniowo uziemianą cienistymi, kaszmirowymi w klimacie drewnami wraz z wytrawnym akordem ziołowo-przyprawowym aż po pierzastą, absolutnie niekulinarną słodycz wanilii i tonki, stopniowo przykrywajacej mocny drzewny postument (w bazie jakby jaśniejszy), omawiana kompozycja wydaje się naturalnym i oczywistym potomkiem Fougère Royale od Houbigant, Jicky od Guerlain tudzież męskiego Rive Gauche marki Yves Saint Laurent. :)
Sunshine Man pochodzi z tej samej rodziny, podobnie wygląda i tak samo postrzega świat. Jest tylko nieco od nich wszystkich młodszy. ;)


Rok produkcji i nos(y): 2015, Pierre Negrin oraz Fabrice Pellegrin

Przeznaczenie: zgodnie z nazwą i tradycją marki jest to zapach dedykowany mężczyznom, wg mnie jednak może być noszony przez każdego; szczególnie przez te z pań, które nie darzą sympatią typowych damskich perfum. :)
Charakterem oraz dyskretną, wywarzoną projekcją pachnidło wydaje się pasować do wszelkich okazji oficjalnych oraz zawodowych jako uzupełnienie eleganckiego, pozbawionego ekstrawagncji wyglądu. Dla takich chwil SM wydaje się być stworzone, niezależnie od pory dnia czy roku, w której chcielibyśmy użyć zapachu. :D

Trwałość: zadowalająca, bo sześcio- siedmiogodzinna Plus dalszych parę dosyć gwałtownego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: pomarańczowa brandy, lawenda, kocanka
Nuta serca: bergamotka, jagody jałowca, szałwia
Nuta bazy: drewno cedrowe, (inne nuty drzewne), bób tonka, wanilia
___
Dziś noszę Hypnôse Elixir Envoûtant marki Lancôme. Zaskakująco. ;)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi zhttps://www.flickr.com/photos/mahoneyphotowa/7520693314 [Autor: Ryan Mahoney]

poniedziałek, 28 września 2015

Powitanie jesieni


W swoim minicyklu montalowskich recenzji z okazji pierwszych dni jesieni doszłam dziś do finału, pierwszego miejsca na podium, perfum najśliczniejszych i najniezwyklejszych z całej trójki. :) Zapachu gorącego, jak parząca w język herbata z korzenno-alkoholową wkładką i jasnego, jak złota polska jesień; wprost idealnego na nadchodzące miesiące.

Wiecie co? Wyobrażam sobie nawet, że właśnie tymi perfumami mogłabym pachnieć w samym sercu rozpoczynającej się właśnie pory roku, na przełomie października i listopada, niezależnie od panującej wtedy pogody. Te perfumy przecież znakomicie rozgrzeją mnie w przejmujący mróz a przy ciepłej, złocistej i słonecznej aurze rozkwitną niczym najbujniejszy kwiat.
Cóż to za fenomenalny aromat?

Korzenno-miodowo-drzewna symfonia o nazwie Honey Aoud.
[I wiedzcie, że wszystkie przewijające się w recenzji egzaltowane powiedzonka są całkowicie przemyślane i usprawiedliwione. ;P Tak cudne są te perfumy!]

Paradoksalnie o tym pachnidle najtrudniej jest mi pisać. Nie jest łatwo przedrzeć się przez rude, piekące opary sandałowca, zanurzone w ciemnych akordach drzewnych (nie tylko w oudzie) a następnie gęsto oblane - właściwie to zanurzone w ciemnym, mocnym miodzie o półkrystalicznej konsystencji.


Jednak zanim do nich dojdzie, w pierwszych sekundach życia Honey Aoud wyczuwam przyjemną, kaszmirowo-kaszmeranową, podszytą drewienkami łagodną suchość, do której jednak szybko dołączają skręcone, rude i aż szczypiące w powonienie zwitki kory cynamonowej. Partneruje im trzymający się drugiego planu ciemny, suchy i lekko oleisty oud w stylu Oud Royal Armaniego, lecz z cynamonem zamiast szafranu i dymem zamienionym na lejącą się, złocistą słodycz miodu.
Która sama w sobie zachowuje się podobnie, co w innej miodowo-jesiennej piękności, Botrytis marki Ginestet - w dużo mniej słodkim, orientalno-ciężkim wcieleniu. Przypomina więc dwa świetne, oryginalne, wyjątkowe zapachy cieszące się wśród perfumowych pasjonatów statusem kultowych, zlewając je w spójną, żywą i przemyślaną całość.

Z czasem słodycz i przejmująca cynamonowa pikanteria słabną, stopniowo wracając do kaszmirowego, mieniącego się ale nie nachalnego, niezbyt błyszczącego akordu otwarcia. Na tym etapie zauważam bliżej nieokreśloną ambrowość, delikatność laboratoryjnych ale przemiłych pyłków, sprytnie przełamanych oudową cierpkością. W bazie natomiast wraca cynamon a wraz z nim skojarzenia z klimatami Oud Royal, tym razem opatrzonych pojedynczymi ale zauważalnymi frakcjami ciemnej, podwędzanej skórzanej galanterii. tutaj tez daje się zauważyć pełna, nieco śmietankowa wanilia... a może ciemna, lecz rozbielana wyłącznie przez kontrast z pozostałymi nutami? Trudno orzec. Grunt, że Honey Aoud cały czas pozostaje piękne. :)

Idealnie wyważone, oparte o kruchą ale stabilną równowagę między słodyczą oraz pikanterią a także pomiędzy miodowo-waniliowo-ambrową przyjaznością dla postronnych nosów i typowym "niszowym nonkonformizmem" oudu, innych nut drzewnych czy skóry. Między abstrakcją a cielesnością i niezwykle noszalnym prawdziwie artystycznym sznytem.
Nieczęsto zdarzają się perfumy tak przyjemne i udane, jak Honey Aoud marki Montale. Spróbujcie ich!

Rok produkcji i nos: 2015, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, w którym równie dobrze będzie przedstawicielom wszystkich płci. Jeżeli lubicie którąkolwiek z głównych frakcji pachnidła - oudowo-drzewną, korzenną czy słodką - czujcie się zachęceni do testów. ;)
Z racji silnej emanacji, kompozycja raczej nie będzie pasowała do pracy w dużych grupach ludzi i/lub niewielkich przestrzeniach, przynajmniej dopóki nie zdecydujecie się na odpowiednio skromną dawkę. Z drugiej strony jednak, z czasem perfumy redukują swoją moc do intensywnej, wibrującej i gęstej ale niezbyt rozległej aury; może więc kluczową będzie nie tyle dawka HA, co czas aplikacji?
W każdym razie podczas okazji mniej formalnych lub wieczorowych będzie wspaniałym towarzyszem!

Trwałość: ponad pół doby wyraźnej, śmiałej projekcji oraz dalszych kilka zamierania. Na ubraniu potrafi przetrwać parę prań.

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

oud, cynamon, miód, paczuli, wanilia, skóra, akordy kwiatowy oraz ambrowy
___
Dziś nosiłam to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/brandsvig/5086165892/ [Autor: niejaki Christer]
2. https://www.flickr.com/photos/rdzbox/9299464824/ [Autor: Gerardo Rdz]

sobota, 26 września 2015

Noc i dzień w starym szpitalu


W starym, opuszczonym szpitalu można znaleźć wiele ciekawych rzeczy... Na przykład butelkę z lizolem i stare bandaże wielokrotnego użytku. Kurz i całe mnóstwo przestrzeni. Swoisty industrialny klimat, podszyty subtelną nutką grozy wywołaną przez seans kilku horrorów za dużo. ;)

Tak pachnie Aoud Lavender marki Montale, przynajmniej na początku. :)
Wtedy pojawia się całe mnóstwo cienia, wspomniane bandaże i lizol, same z siebie medyczno-chemiczne i silne, dodatkowo wzmacniane ostrymi, wytrawnymi montalowskimi cytrusami. Gęsty, suchy mrok o niemal zerowej przejrzystości. Idealny scenariusz dla opowieści o duchu psychopatycznego chirurga-sadysty, polującego na grupę żądnych wrażeń amerykańskich nastolatków. :P takich cudów potrafi dokonać ciemny oud do spółki z naturalnym, ziołowobrzmiącym lawendowym olejkiem! No i cytrusy, nie zapominajmy o cytrusach. ;)

Na szczęście dla osób, które nie są miłośnikami opowieści z dreszczykiem, niedługo później sceneria ulega zdecydowanemu złagodzeniu.


W sercu pojawia się cudowny, płonący żywym blaskiem szafranowy płomień, stopniowo spopielający brutalny mrok otwarcia. Nie trwa jednak długo. Bez specjalnego zaangażowania, niby od niechcenia jednak z powolną konsekwencją zastępują go łagodne, trzymające się tła kwiatowe pyłki, delikatne ciemnopudrowe paczuli oraz jasne i miękkie, subtelne nuty drzewne.
Dzięki tej zmianie Aoud Lavender staje się znacznie bardziej spokojniejszy ale i rozświetlony nienachalnym, miękkim światłem.
W takim towarzystwie lawenda zmienia się w blady ale wciąż wyraźnie pachnący puder o złamanej barwie, no cóż, lawendowej. :) Oud również łagodnieje, wpadając w tony łagodnej, balsamicznej drzewności i łącząc się z pachnącymi drzazgami drewna o wyraźnym, pełnym aromacie (trochę sandałowiec, trochę dębina). W ten sposób nadchodzi baza, w której najważniejszymi elementem wydaje się klasyczny paprociowy sznyt, lawendowo-kumarynowy, matowy i spokojny. Wyraźny i słoneczny, jak pogodny dzień następujący po bezksiężycowej, burzliwej nocy. :)

Aoud Lavender nie jest do końca ani orientalny, ani paprociowy, przywodzący na myśl jednocześnie klasyczne męskie lawendowe perfumy w rodzaju Le Mâle marki Jean Paul Gaultier albo mniej słodką, bardziej charakterną wersję la Nuit de l'Homme od YSL - lub doorientalizowaną bardziej przyprawową wariacją na temat Antiherosa od État Libre d'Orange. Złożeniem szafranu i oudu przypominają natomiast Aoud Safran, również od Montale, Gao marki Xerjoff czy opisywaną niedawno Wardasinę Sospiro. Można by się pomyśleć, że Oud Lawendowy oryginalnością nie grzeszy, co nie jest prawdą.

Bo zastanówmy się: oba wspomniane porządki, paprociowy i orientalno-drzewny w jednej kompozycji? Przecież to (niemal) niespotykane!
Jestem więc zdania, że tym bardziej warto poznać omawiane dziś perfumy. :)

Rok produkcji i nos: 2015, ??

Przeznaczenie: uniseks, szczególnie w pierwszej fazie rozwoju. Późniejsze, zestawione z zapamiętanymi wcześniejszymi doświadczeniami zapachowymi, wielu z nas mogą kojarzyć się z perfumami dla mężczyzn. Zapewniam jednak, że i kobiety śmiało mogą korzystać z Aoud Lavender.
Przy okazji zaznaczę, że zapach ten cechuje typowo montalowska, silna projekcja oraz skłonność do pozostawiania za sobą gęstego śladu. Rzecz jasna, z czasem kompozycja rzednie, jednak sam początek to niezły killer. ;) dlatego też trudno mi zarekomendować mieszaninę na jakąkolwiek okazję. Na pewno będzie świetne w te dni, kiedy nie musicie przejmować się niczym, poza własną przyjemnością olfaktoryczną.

Trwałość: około dziesięciu godzin wyraźnej projekcji i dalszych parę stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: lawenda, bergamotka, cytryna, szafran
Nuta serca: paczuli, akordy kwiatowe
Nuta bazy: drewno sandałowe, oud, akordy pudrowe, ambrowe praz białe piżmo
___
Dziś noszę Honey Aoud tej samej marki.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/thomashawk/6936823369/ [Autor: Thomas Hawk]
2. https://www.flickr.com/photos/ro_buk/8157373620/ [Autor: niejaki Rob.]