piątek, 31 sierpnia 2012

Brzoskwiniowe drzewo

Dowód na to, że nie należy przejmować się z bardzo cudzymi opiniami - a wręcz jak najszybciej o nich zapomnieć - widnieje właśnie przed Waszymi oczami. Zaraz go ujrzycie i przeczytacie, o co chodzi. ;)


Miałam "pecha" zapamiętać, z czym Ouris marki SoOud skojarzyło się Trzem Rybom. :) Przez co teraz nie potrafię wykombinować żadnego innego nawiązania. Co nie jest jeszcze żadną tragedią, zawsze mogłabym twierdzić, iż faktycznie omawiany zapach trudno zestawić z czymkolwiek innym, lecz chcąc być uczciwą muszę wyznać: wcale nie mam co do tego pewności. Owszem, jest to mieszanina bardzo owocowa, soczysta i pełna optymizmu, o dominującej nucie brzoskwini, lecz czy skojarzenie byłoby równie silne, gdybym zdołała zagubić w zakamarkach pamięci słowa Ryby? Nie mam pojęcia.
Co troszkę mnie martwi. :)

Zastanawiałam się nawet, czy mogę pozwolić sobie na opisanie tak niepewnych wrażeń, lecz przecież wrażenia mają to do siebie, że trudno ująć je w matematyczne wzory (bez niezbędnej po temu, specjalistycznej wiedzy)! ^^ Zawsze będą tylko i aż wrażeniami; tym, "co nam się wydaje", nie zaś tym, "co jest". I nic tego nie zmieni.
Poza tym Ouris to naprawdę piękny zapach. :) I szkoda byłoby go ignorować z tak drobnego powodu.
Dlatego dziś przed Wami słowa Trzech Ryb w interpretacji wiedźmy z podgórza. ;)


Bo faktycznie mamy do czynienia z fenomenalnym odzwierciedleniem żywej, naturalnej brzoskwini.
Zrozumiałą chyba pokusą, dręczącą perfumiarzy zajmujących się tą nutą, jest obudować ją cukrem, śmietanką, innymi cukierniczo-kawiarnianymi akordami, czyniąc z niej ładnego, choć banalnego słodziaka. Stéphane Humbert Lucas, kreator marki oraz tworzących ją perfum, zdołał oprzeć się temu pragnieniu i pójść kompletnie inną drogą. Dzięki czemu uzyskał jakość prostą, porażająco piękną a chyba także w pewien sposób nowatorską.

Ponieważ mam wrażenie, że Ouris to Philosykos drzewa brzoskwiniowego. :)
Tak samo zamyka w sobie aromat nie tylko dojrzałych, pełnych wdzięku owoców ale również kwiatów, liści, soków drzewa, kory, nawet powietrza otaczającego wonną roślinę, przesyconego wszystkim, co dla niej charakterystyczne. Opiewa zarówno korzenie, jak i owoc. Przede wszystkim zaś - podobnie do słynnej ody do drzewa figowego autorstwa Olivii Giacobetti - okazuje się pachnidłem esencjonalnym choć lekkim, przepełnionym akcentami mlecznymi, którym daleko do kulinarnych zastosowań; to raczej mleczko owocowe, odpowiednik mleka kokosowego z Philosykosa. Skąd ono w brzoskwiniach? Ano pewnie z soków drzewa, lub może z wyciśniętego migdałowego wnętrza brzoskwiniowej pestki...? Tego, które potrafi być trujące, choć tak jest smaczne? ;)
Wiem też, że w Ouris równie przejmująca okazuje się przeplatanka soczystej, rozgrzanej słońcem brzoskwini z lekkimi akordami skórzanymi, ciepłym benzoesowym szalem, dodatkowo podkreślonym nutami tonkowo-jaśminowo-drzewnymi, gładkimi i chropowatymi zarazem. Z czasem zresztą uwydatnia się podobieństwo omawianej kompozycji do dzieł lekkich choć wystudiowanych, do Sensuous Noir od Estée Lauder czy Miroir des Envies Thierry'ego Muglera, tego fantastycznego jaśminowego żelazka, które w Ourisowym wydaniu budzi skojarzenia z roztartymi w dłoniach brzoskwiniowymi liśćmi (czyżby miał z tym coś wspólnego  żywy, lekko korzenny i ziemisty nagietek?).
Kiedy zaś brzoskwinia powoli zaczyna odchodzić w siną dal, szybko zastępuje ją śliwka mirabelka, złamana dodatkiem miodu czy słodkich migdałów - i okazuje się naprawdę dobrą dublerką. :) Do końca starannej, przesyconej ciepłem zachodzącego letniego słońca, lekko śmietankowo-skórzanej bazy pozostaje oczywista i wyczuwalna. Niezbyt słodka, choć w oczywisty sposób wypełniona fruktozą aż po brzegi. ;) Szlachetna, prosta i relaksująca.

Doprawdy świetnie rozegrane pachnidło. Jedno z najlepszych spośród całej oferty SoOud. Oraz najwspanialsza ze znanych mi perfumowych brzoskwiń.
Dzięki niej zrozumiałam, co niektórzy z Was widzą w Philosykosie. ;)


Rok produkcji i nos: 2010, Stéphane Humbert Lucas

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, raczej ze środka skali choć z minimalnym (naprawdę ledwie wyraźnym!) przechyłem w damską stronę. :) O dobrej mocy oraz krótkim, choć oczywistym sillage. Na wszelkie okazje, z zupełnie nieformalnymi na czele. :)

Trwałość: testowałam tylko stężenie o nazwie perfum nektar (odpowiednik wody perfumowanej), utrzymujące się do pięciu godzin. Czyli raczej średnia.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (oraz owocowa)

Skład:

bób tonka, wanilia, brzoskwinia, drewno cedrowe, drewno sandałowe, czarna porzeczka, jaśmin, nagietek, jasny miód, masło irysowe, migdały, śliwka
___
Dziś noszę to, o czym powyżej. A raczej nosiłam, gdyż właśnie umiera.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.sodahead.com/living/which-summer-fruit-do-you-look-forward-to-enjoying-the-most/question-331915/?link=ibaf&q=&imgurl=http://hs.riverdale.k12.or.us/~pnelson/photo/gallery/peaches.jpg\
2. http://www.flickriver.com/photos/ypeterli/435111241/

czwartek, 30 sierpnia 2012

Dwie drogi wojownika

O korridzie w kontekście pewnego zapachu napisano już wszystko, co było do napisania [z tego, co pamiętam, Sabbath zamieściła u siebie nawet wstrząsający filmik z zapisem ostatnich chwil pewnego udręczonego hiszpańskiego byka; i za to należą jej się słowa uznania], lecz postanowiłam, że i ja swoje trzy grosze muszę dołożyć. Choćby dlatego, że bez kronikarskiego wynotowania opisu Siódemki od Loewe nie wyobrażam sobie recenzji jej pięknego pierwowzoru...
Zacznę jednak od propozycji hiszpańskiej.


Od chwili premiery 7 wszyscy zainteresowani tematem wiedzą, iż na twarz zapachu wybrano hiszpańskiego matadora, Cayetano Riverę Ordóñeza, co zresztą w całym perfumomaniackim świecie wzbudziło kontrowersje i sprowokowało komentarze. Zazwyczaj negatywne, choć pozytywne często podkreślały symboliczny wymiar korridy. Nie tylko jako jednego z wyznaczników hiszpańskiej tożsamości, lecz również jako wydarzenia społecznego, obrzędu parareligijnego. Co i dla mnie nie jest żadną nowiną: w końcu byk zajmuje w kulturze Europy poczesne miejsce jako symbol siły, boskości, męskiej energii, czasem też zaświatów; od Krety przez starożytną  Grecję (że wspomnę tylko Minotaura oraz Zeusa-byka, który porwał Europę) po współczesną Hiszpanię.
Doprawdy, nie trzeba być historykiem, archeologiem czy kulturoznawcą, by zrozumieć symboliczne przesłanie oraz moc, jaka się w nim kryje: oto człowiek, zwyczajny mężczyzna (to ważne!) staje oko w oko z pradawnym bogiem czy potworem. Wielkim, silnym, wściekłym samcem, który pragnie jego krwi. Staje uzbrojony jedynie we własną odwagę, płachtę służącą do zmylenia przeciwnika (swoistą pelerynę-niewidkę ;) ) oraz broń białą; przynajmniej w założeniu. I cóż ów zwykły, pozbawiony boskich supermocy mężczyzna robi? Oczywiście pokonuje bestię. :) Na krótki moment staje się Tezeuszem, który przechytrzył Minotaura, Heraklesem zwyciężającym hydrę lernejską, Dawidem triumfującym nad Goliatem, etc., etc. Klasycznym przykładem herosa solarnego [TU macie groteskowo zawężoną definicję, niemniej sugerującą trafnie, w czym rzecz].

Problem w tym, że człowiek nie byłby sobą, gdyby nie próbował wadzić się ze swoimi bogami czy starać się przechytrzyć własne demony. To pewnie dlatego walka z bykiem przeniosła się na zamknięte areny, zaś główny aktor przedstawienia (nie, nie byk ;) ) otrzymywał sporą grupę pomocników mających za zadanie rozwścieczyć zwierzę a w razie czego - nie dopuścić do tego, by herosowi stała się krzywda. Zresztą ten zjawia się już na gotowe, gdy biednemu zwierzęciu z karku sterczą jaskrawe [po raz kolejny: nie bez przyczyny takie barwne] piki. I po krótkiej a dramatycznej walce zadaje bykowi śmiertelny cios. Choć czy aby na pewno jest on śmiertelny, okazuje się po chwili. :]
Brzmi okrutnie, ale jeszcze - w jakiś tam bezduszny, przednowoczesny sposób - jest do przyjęcia. Włosy na karku jeżą się dopiero, kiedy sobie uświadomimy, w jaki jeszcze sposób ludzie postanowili ułatwić sobie obrzędowe zmagania z samcem krowy. Otóż na kilka dni przed walką zwierzę teoretycznie traktowane jest jak bóg, król i wybraniec: niczym na tronie upychane w wąskim boksie, w którym byk może tylko stać. Na jego cześć trwa wielka feta, z muzyką i śpiewami włącznie. Wyjąwszy ucztę. Podczas ostatnich chwil przed śmiercią bykowi nie podaje się jedzenia [widać powiedzenie, że "mężczyzna jak głodny, to zły" w Hiszpanii rozciąga się i na zwierzęta, przynajmniej jednego gatunku ;] ], przez ostatnie godziny także i wody. Odpowiedni ludzie mają za zadanie hałasować nad głową zmęczonego, głodnego i spragnionego zwierzęcia, przez co pozbawia się je również snu.
I tak do dnia korridy, kiedy wymęczone do granic możliwości stworzenie trafia na arenę, gdzie jest straszone, torturowane, doprowadzane do sytuacji, w której instynkt mówi mu, że wszystko na świecie jest jego wrogiem i gdzie wreszcie - może zmierzyć się z "herosem". A raczej dać mu się zarżnąć ku ogólnej uciesze gawiedzi. Muszę Wam wyznać, że trochę ją rozumiem, tę gawiedź: odkąd publiczne egzekucje wyszły z mody, już nic nie cieszy tak, jak korrida. ;>

Prawdziwa walka człowieka, zwykłego mężczyzny, z potężnym, silnym, wściekłym wrogiem.
Ofiara niezbędna, by świat mógł trwać dalej.
Jak fajnie, prawda? :> Jak ci Hiszpanie się dla nas poświęcają!


A przecież, jeżeli 7 musi już kojarzyć się z korridą, istnieje inna jej odmiana!
We francuskim regionie Camargue, w pewien sposób odciętym od świata za pomocą wodnych barier naturalnych, zachowało się wiele nietypowych dla sąsiednich krain zwyczajów. Wśród nich odmiana korridy, równie jak hiszpańska wyczekiwanej, celebrowanej i otoczonej społeczną estymą. Do zawodów stają mężczyźni, których zadaniem jest zdobyć czerwoną wstążeczkę, przyczepioną do byczego czoła. Zwycięzcą, ichnią wersją matadora oraz herosem solarnym jest człowiek, który zbierze najwięcej czerwonych szmatek a i żadnej nie upuści, uciekając z areny przed rozdrażnionym bykiem. Obywa się bez pik i tortur, zaś po zawodach zwierzę wraca do stajni. Ciemna strona przygotowań zwierzęcia do "występu" kończy się na głodzeniu a dostarczanie ludziom rozrywki przypomina raczej chore fikołki fok w cyrku niż film gore.
Wilk syty i owca (znaczy byk) cała, chciałoby się powiedzieć.

I tak właśnie chciałabym widzieć Siódemkę, zapach czystego, lekko słodkiego, delikatnie aldehydowo-rumiankowo-jałowcowego kadzidlanego mydła. Przywodzący na myśl bardzo, bardzo wydelikaconą wersję Cardinala Heeleya czy Avignonu od Comme des Garçons: rozjaśnionego, ocieplonego i wygładzonego. Lecz przede wszystkim inną kompozycję ze słynnej kadzidlanej serii; tę, której do tej pory jeszcze nie opisałam. ;)
Obydwie mieszaniny łączy kadzidło naturalistyczne choć niezbyt gęste, pozornie lekkie oraz zwięzłe. Podkreślone suchą, bardzo dyskretną wetywerią oraz równie stonowanym, odświeżającym cedrem. Jednak propozycja od Loewe okazuje się bardziej słodka i jakby przykrojona do potrzeb masowego klienta (choć i tak niebywale oryginalna na tle tego, co obecnie zajmuje perfumeryjne półki), rozpogodzona zielonym jabłuszkiem, które razem z lekkimi, jasnymi kwiatami tworzy przyjemną, letnią oraz łatwą do przyswojenia pulpę. Mam wrażenie, że to ona uwypukla wspomniane już podobieństwo do Cardinala czy Avignonu, nadając wspomnianym nutom drzewnych słodkiego, "rzymskokatolickiego" wydźwięku.

Całość okazuje się przyjemna, starannie przemyślana, o jawnej wartości artystycznej.
Co w zestawieniu z "heroicznym" skojarzeniem wydaje się jeszcze bardziej okrutne; bezczelnie, nieskrępowanie cyniczne.
Smutno mi z tego powodu. I nawet Camargue nic w tym względzie nie zmieni. :/
Nie chcę Siódemki.


Czego nie mogę powiedzieć o jej, wspomnianym na wstępie, pierwowzorze (przynajmniej ja tak czuję), czyli Kyoto od Comme des Garçons. ;) Które uwielbiam szczerze a spontanicznie.
Co jest dosyć dziwne, kiedy weźmie się pod uwagę, że olfaktoryczna lakoniczność raczej nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej. ;) Widać, prawdziwa sztuka broni się sama i czarowi Kyoto musi ulec nawet taka miłośniczka mocy i węchowej oksymoroniczności, jak moja skromna osoba. :D Bo przecież jest czemu.

Kompozycja doskonale wyważona, cicha, wycofana. Skulona albo pochylona; lecz nie ze strachu lub pokory a z racji dobrego wychowania, połączonego z pragnieniem zachowania własnych myśli, uczuć, emocji tylko dla siebie. Rygorystycznie dżentelmeńska, posłuszna kodeksowi Bushido, szlachetna, wytrwała, sprawiedliwa - aż do bólu, bez zważania na więzy krwi czy przyjaźni. Niezłomna ponad wszystko, trwała niczym spiż.

"Jeśli książę jest pełen cnót, ludzie lgną do niego, wraz z ludźmi przychodzi ziemia, z ziemią z kolei - bogactwo, a bogactwo da mu nagrodę za szlachetność ducha. Cnota więc jest korzeniem, a bogactwo pędem".
Konfucjusz

Otwiera się aromatem lekko gorzkiego, pozbawionego dodatków płonącego olibanum, czystego dosłownie i w przenośni. Szybko jednak dołącza don dwugłos cedru oraz cyprysu, obu jednak stonowanych i cichych. W ogóle "cisza" jest jednym ze słów-kluczy niezbędnych do zrozumienia Kyoto. Innym jest "umiar". Ów cechuje akord grzecznej, suchej choć cienistej, delikatnej wetywerii, wspomaganej przez kocankę, ledwie zasugerowaną, by nie zdołała zburzyć wątłej, stoickiej równowagi mieszanki. Niewiele więcej jest paczuli, które delikatnie osadza pozostałe nuty na ziemi, okazuje się elementem niezbędnym dla zachowania równowagi.
Kolejnym słowem-kluczem jest "harmonia". By ją osiągnąć, należy do kompozycji dodać delikatny, łagodnie zarysowany, pogodny element słodyczy. Ta ujawnia się w akordzie ambrowym, złożonym z odrobiny wanilii z tonką, jeszcze mniejszej ilości olejku różanego oraz dosłownie szczypty przypraw korzennych (głównie cynamonu, kardamonu oraz goździków, o ile mogę wyrokować na podstawie tak drobniuteńkiej dawki :) ). Dzięki nim całość, osnuta wokół wyczuwalnej od początku do końca nuty głównej, utrzymuje delikatną, pełną wyrozumiałości równowagę. Świadomą swojej mocy ale również i tego, jak kruche może być - a faktycznie jest - jej życie. :) Ostatnim słowem-kluczem okazuje się "empatia".
Bez niej nigdy nie zrozumiemy ani siebie, ani otaczającego nas świata. Bez niej nie osiągniemy niebiańskiej, boskiej równowagi. Nawet, jeżeli jesteśmy silni i mamy na to dowody. ;)
Kadzidło, które nie chce dominować, pozostałe akordy pilnują, by nie przyćmić gwiazdy lecz w jej tle prezentować się godnie; po prostu trwają razem, w ciszy i kontemplacji. Takie jest Kyoto.

"Wojownik, który na zewnątrz nie okazuje odwagi, a w sercu nie nagromadzi tyle współczucia, żeby mu pierś rozrywało, nie będzie umiał przestrzegać prawdziwych zasad rzemiosła wojennego. Samuraje zaś, którzy na jednym ramieniu dźwigają lojalność i oddanie wobec pana, a na drugim odwagę i współczucie, a dźwigają je w dzień i w nocy, aż do bólu ramion - w wystarczającym stopniu wypełniają swoją powinność. Samuraj z samą tylko odwagą, bez współczucia, niechybnie przepadnie, i wiele znamy takich przypadków z dawnych i nowych czasów."
buddyjski mnich Tannen

Widzicie różnicę między obiema kompozycjami? Między kontekstami, w których je osadzono?
Czy muszę mówić, który świat mnie jest bliższy i dlaczego?

Loewe, 7 Pour Homme

Rok produkcji i nos: 2010, Emilio Valeros

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, choć według mnie to uniseks. Dla miłośników bezpretensjonalnych kadzideł oraz dla wszystkich, którym nie przeszkadza niefortunny sposób na promocję wody.

Trwałość: około siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna



Skład:

Nuta głowy: czerwone jabłko, pieprz
Nuta serca: konwalia, neroli, róża, kadzidło frankońskie
Nuta bazy: drewno cedrowe, wetyweria, piżmo


Comme des Garçons, Series 3 Incense: Kyoto

Rok produkcji i nos: 2002, Bertrand Duchaufour

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, bliski skórze choć wyczuwalny, sferyczny; na wszelkie okazje oraz pory dnia czy nocy

Trwałość: ech, jak to CdG, mogłaby być lepsza - w granicach pięciu-sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

drewno cedrowe, paczuli, cyprys, kawa, kadzidło frankońskie, drewno tekowe, wetyweria, kocanka, ambra
___
Akurat miałam na sobie Kanz od SoOud, ale zapach już się zmył (po trzech godzinach zostały resztki bazy).


Na zakończenie chciałabym asekurancko coś zadeklarować. ;) Jeśli zdarzy się cud i Señor Cayetano Rivera Ordóñez trafi na tę stronę i zobaczy, jak potraktowałam jego podobiznę [z czego jestem średnio dumna, jednak nie mogłam się powstrzymać. Prawda, że wybitna ze mnie komputerowa graficzka? ;)) ] miałabym nadzieję na kolejny cud: aby CRO znał kogoś, kto zna język polski. Gdyż to w nim chciałabym go przeprosić: karykaturze poddałam nie fotografowaną osobę, do której prywatnie nic nie mam lecz "sport", który osoba ta uprawia, jak również towarzyszący mu okrutny proceder. Zawzięłam się więc na symbol, nie na człowieka jako takiego.
Poza tym miałabym nadzieję na to, że owemu domniemanemu tłumaczowi nieobca będzie polska epopeja narodowa, z której znam jeden stosowny ustęp (nawet tematyka cokolwiek zbliżona ;) ): "Niedźwiedziu głupi! Gdybyś w mateczniku siedział, nigdy by się o tobie Wojski nie dowiedział". :>
To tyle, jeśli chodzi o sprostowanie. :)


P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
Dwie pierwsze pochodzą z Flickrowego kanału użytkownika nazwiskiem Matteo Conta. Naprawdę ma facet oko do szczegółów. :)
Trzecia natomiast przybyła z DeviantArta. To Katana autorstwa Chryonic.

Oba cytaty zaczerpnęłam z Wikipedii.

środa, 29 sierpnia 2012

Impresjoniści

Wzięci w cudzysłów. Odrobina perfumowych wrażeń, zbiór ulotnych słów. :)
Smacznego! ;)


Carthusia, Fiori di Capri

Ponoć nawiązuje do XIV-wiecznej kartuskiej receptury. Czy ja wiem...? Mnie się nie wydaje, by w tamtych czasach potrafiono wycisnąć cokolwiek z aromatu konwalii a już zwłaszcza - z obcego średniowiecznym włoskim mnichom ylang-ylang. ;) A to właśnie nimi Fiori di Capri stoi; przykrytymi innymi słodko-klasycznymi, intensywnymi kwiatami, ziołami, odrobinką lawendy, obudowanymi staroświeckim sandałowcem ale jednak - mam wrażenie, że to właśnie ylang-ylang wraz z syntetycznym odpowiednikiem niemej olfaktorycznie konwalii znajdują się w centrum kompozycji zapachowej. Która też, nawiasem mówiąc, wydaje się ciekawym nawiązaniem do perfumiarstwa sprzed kilku dekad, aldehydowcem bez aldehydów, poprawnym odzwierciedleniem bezpiecznego damskiego zapachu z roku 1990, kiedy to powołano (przywrócono, jak chcieliby twórcy) Fiori do życia.
Zbyt zachowawcze, choć ładne. No i bardzo podobne do...

Skład:
ylang-ylang, konwalia, goździk (kwiat), cyklamen, kwiat pomarańczy, gardenia, tuberoza, bergamotka, mandarynka, drewno sandałowe, hiacynt, gałka muszkatołowa, kłącze irysa, mech dębowy, drewno cedrowe, ambra, piżmo


E. Coudray, Nohiba

...czyli mniej słodka, bardziej gęsta i przyprawowa wersja Kwiatów Capri. :) Właściwie także i samych kwiatów za wiele tu nie znajdziemy, gdyż pierwszoplanowe role rozdano akordom drzewnym oraz przyprawowym z cudnym, postarzanym cedrem oraz gorzką, pylistą, lekko "piekącą w nozdrza" gałką muszkatołową na czele. Lecz równie ważne jest ylang-ylang oraz gra, jaków ów składnik podejmuje z różą a w deblu staje przeciwko kolendrze z bergamotką, równie klasycznymi dodatkami w perfumiarstwie dawnego stylu.
I oto pojawia się podstawowa płaszczyzna porozumienia między Nohibą a Fiori di Capri: oto dwa na wskroś współczesne zapachy zręcznie podszywają się pod ciężkie, aldehydowe damskie pachnidła sprzed kilku dekad; dając całość podobną a jednak zupełnie inną. Czy mnie się to podoba?
No chiba! ;)

Skład:
bergamotka, kolendra, cytryna, różowy pieprz,  jaśmin, ylang-ylang, róża, goździki (przyprawa), piżmo, drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczuli


Nez à Nez, Marron Chic

Dziwna, pokręcona pasta z owoców, przypraw oraz akordów drzewnych (głównie chłodnego benzoesu z suchą wetywerią) z ziemistym, pudrowo-benzynowym fiołkiem. Doprawdy surrealistyczna, gdyż na dokładkę wszystko to w miarę upływu czasu staje się coraz bardziej słodkie, przesycone bogactwem zapachu neroli i podkreślone suchą nutą kakaowych ziaren (właśnie tak, nie czekolady czy kakao). Po kolejnych kilku chwilach rzeczywiście pojawia się mączny, lekko słodki aromat jadalnych kasztanów.
Ogółem coś fantastycznego! :)  Oraz dosyć bliskiego skórze; mnie jednak flakon nie nęci, zawartość okazuje się odrobinę zbyt freakowata, nawet jak na mnie. ;) Niemniej jednak testy z całego serca polecam!

Skład:
kumkwat, kwiat pomarańczy, cytrusy, karo karunde, irys, fiołek, ziarna kakaowca, wetyweria, labdanum, benzoes


Scents of Time, Pyxis

Zapach, który długo nie chciał do mnie przemówić; zrobił to dopiero dzisiaj, kiedy spryskałam sobie nim skórę dla potrzeb niniejszej notki - i bach! Zauroczył. Trzeba mu było dopiero lata, rozgrzanego powietrza, by z nijakiej pasty mogła wyłonić się piękna, czysta, mydlana róża w otoczeniu antyseptycznych: lawendy, rozmarynu, odrobiny mięty oraz podkreślona lekko słodką, drzewno-żywiczną pastą, z czasem coraz bardziej wysuszaną przez mech dębowy. Cudny szypr!
Zachwyciło mnie to pachnidło, stworzone ku czci Pompei. Szkoda tylko, że tak późno...

Skład:
brzoskwinia, bergamotka, lawenda, rozmaryn, bazylia, mięta, jaśmin, róża, paczuli, drewno sandałowe, paczuli, mech dębowy, benzoes


Slumberhouse, Ore

Ostry, niepokorny miks paczuli z ziołami, doskonale gorzkiej czekolady z miętą, szałwią i tymiankiem na bazie głębokiej choć gorzkiej, nieco asfaltowej (balsam peruwiański) lecz jakby wzbogacony nutką anyżową.
Dziwny jak wszystkie kompozycje Slumberhouse; odważny, niekonwencjonalny, "inny". Ore jest pachnidłem o dużym sillage, trwałym, doskonale uniseksowym - choć nie w sposób typowy, a raczej poprzez swoją pełną niedefiniowalność.
Doceniam, choć nie pragnę.

Skład:
szałwia, pieprz, kakao, drewno gwajakowe, balsam peruwiański


Tom Ford, Noir de Noir

Zapach, który miał w sobie kumulować "wszystko, co czarne": więc pewnie od Vanille Noire, przez Black Cashmere i Black Aoud po Czarny Turmalin. ;) I wiecie co? Rzeczywiście ma w sobie ducha większości z tych kompozycji. :)
Z początku słodkie, przyjemne, otulające oraz pełne, z czasem Noir de Noir zaczyna robić się bardziej kanciaste; mniej gwarantowanej przez akordy przytulne wanilii czy różanej konfitury. Pojawia się za to ziemista ostrość fiołka, ciemny oudowy wiew a także kłąb ciepłego papierosowego dymu. Całość podkreśla korzenna, zdystansowana czystość szafranowych nitek. A dymu z papierosa przemieszanego z hebanową czernią coraz więcej i więcej... Dziwne i piękne (nawet pomimo papierochów).
Ważna uwaga: na mojej skórze NdN bardziej mroczną twarz okazuje dopiero w dni ciepłe, zimą jest tylko słodkim puchatkiem, blisko spokrewnionym z Black Orchid opatrzonym nazwiskiem tegoż kreatora.
No właśnie, znowu "black". ;))

Skład:
wanilia, róża, szafran, czarna trufla, mech dębowy, paczuli, oud
___
Dziś przede wszystkim Play Green od CdG (oraz sześć innych zapachów ;) ).

wtorek, 28 sierpnia 2012

Drewniane domy Północy


Uwielbiam architekturę drewnianą, szczególnie taką, która liczy sobie co najmniej dobre kilkadziesiąt lat (w zasadzie im więcej, tym lepiej :) ), podobnie jak dawne budownictwo w ogóle. Cenię je sobie kilkadziesiąt razy bardziej, niż nowoczesne domy płytowe, po których za dwieście lat nie będzie nawet śladu. I nikt nie przekona mnie, że te współczesne brzydactwa są w czymkolwiek lepsze od budowli z duszą, własną historią (niejednokrotnie tragiczną) oraz tradycjami. A wiem co mówię, wszak nie bez powodu zamieszkuję budynek, któremu jakiś czas temu stuknęło ćwierć millenium. ;) I wolę go nawet pomimo wilgoci tudzież zagrzybienia - z którymi walka trwa bez ustanku - jak również mimo dosyć pokaźnej liczby małych lokatorów, głównie z grupy bezkręgowców. ;)
Kocham zapach starego drewna oraz cegieł czy kamieni, pokrytych kurzem, złączonych z charakterystycznym, odświeżającym aromatem paczulowej wilgoci, dających całość wyrazistą i daleką od powszechnego, taniego piękna. Szczególnie cieszę się zaś, kiedy zdołam odnaleźć je w perfumach. :)


Głównie dlatego, że najczęściej perfumowe odzwierciedlenia zabytków architektury drewnianej oscylują wokół akordów przede wszystkim suchych, zadbanych, oddanych czujnej kurateli specjalistów. Zaś rodzimego postsocjalistycznego zapuszczenia, żywiołu niszczącego piękno w sztuce olfaktorycznej ze świecą szukać można. Z powodów logicznych, niemniej jednak podobnych wrażeń trochę mi brakowało.
Dlatego cieszę się, że do takich cudów, jak Vendetta Uomo od Valentino, Caractère Daniela Hechtera, legendarna już l'Eau Trois, Spiritus/Land marki Miller et Bertaux czy prześliczna żeliszowska świątynia z Chêne Lutensa dołączył jeszcze jeden - zapach architektury Północy, szczególnie miłej memu sercu teraz, gdy letnie słońce zdaje się nie mieć litości. :)
Pardon od Nasomatto.


Pachnidło wstrząsająco piękne oraz prostoduszne; drzewne i historyczne tak bardzo, jak to tylko możliwe. Wszystko w nim gra wspaniale, zestrojone niczym w orkiestrze, chociaż gwałtownych ochów i achów nie wywołuje. Na to Pardon jest zbyt ciche, dyskretne choć zauważalne bez problemu.

W otwarciu srebrzystobrązowe, intensywnie pachnące oudem, wymieszanym z akordami jeszcze żywych drzazg (m. in. sandałowca, teku czy dębiny) podkreślonych lekko zwietrzałym czarnym pieprzem oraz unurzanych w olejku paczulowym. To właśnie on, cudny, cienisty i piwniczny zarazem wraz z oudem gwarantuje mi wspomnienie najpiękniejszych odwiedzanych w dzieciństwie miejsc naszej szerokości geograficznej: starych zamków i kościołów. W tym stadium kompozycja okazuje się mocarna, ostra i bardzo dosłowna. Odrobinę niekonwencjonalna, za to mająca moc przywracania wspomnień. A przecież efekt proustowskiej magdalenki jest jedną z największych przyjemności, jakich można doświadczyć dzięki perfumom. :) Choćby z tego powodu ma Pardon u mnie fory.

Których jednak nie potrzebuje. :)


Gdyż po chwili ujawnia kolejne ze swoich wcieleń: suche i przejrzyste, chociaż gęste, w pewien oczywisty - jakkolwiek nie łopatologiczny - sposób przytulne. Jak złociste światło latarni, ogrzewających swoim blaskiem pospołu drewniane domostwa oraz śnieżne czapy. :) Paczuli staje się mniej piwniczne, za to bardziej suche i natężone, bez zbędnego pośpiechu zmierzające w stronę słodyczy. Na drugim planie widzimy za to wyraźne ślady pozostawione przez akordy drzewno-żywiczne, kadzidlano-drzazgowe, oudem jedynie obramowane [co przypomina trochę sposób potraktowania tej nuty w Hommage à l'homme od Lalique].
Jest sucho, ciepło, choć nieco ekscentrycznie. Ale ja wszelkie dziwactwa bardzo lubię, u ludzi, perfum i nie tylko. ;)

Do tego wiem, że czasem suchy śnieg z paczuli, drzew oraz przypraw (bo do pieprzu dołączyła gałka muszkatołowa) staje się bardziej ostry, jeszcze silniej promujący kontrasty. A wiecie, dzięki czemu ową pikanterię zauważam? Dzięki słodyczy. ;) Która z bazy promieniuje już na końcówkę środkowej fazy rozwoju wonnej mieszanki.


I która cały ten przyjazny cień rozświetla i rozjaśnia. Co, o dziwo!, mnie podoba się jeszcze bardziej. ;) Gdyż dzięki niej, przyjemnej, puszystej, pachnącej czystym kocim futrem z nutką wanilii [to, kiedy kot położy się w pobliżu kuchenki wypiekającej apetyczne waniliowe ciasto :) ] Pardon rozkwita i łagodnieje,  niczego nie musząc udowadniać. Delikatnie zielonkawy dzięki bobowi tonka, lekko mroczny za pośrednictwem gwajaku oraz osłodzonej, zaskakująco świetnej drzewno-żywiczno-oudowej pasty oraz ususzony przy pomocy paczuli, z którego piwniczno-grzybowych początków nie zostało już nic. Obecnie, w głębokiej bazie Pardon przypomina bowiem aromat zastygłej czekolady z dużą zawartością kakao, gorzkiej i pobudzającej ślinianki. ;) W takim wcieleniu łączę mieszaninę Gualtieriego z Chocolat od Il Profumo. Co jest wspaniałym, nieoczekiwanym skojarzeniem.
Kto by pomyślał, że agar przemieszany z czekoladą okaże się tak ujmująco przyjemny?

Jak kubek gorącej czekolady doprawionej odrobiną chilli w proszku, podanej nam w oświetlonej dyskretnym złotawym światem staroświeckich lamp drewnianej chacie, w małej skandynawskiej miejscowości, zimą... Jako jedyna skuteczna odtrutka na przedłużający się północny zmierzch, który zimą potrafi trwać przez calutki dzień. ;)
Pardon zabiera mnie w podróż ponad czasem i przestrzenią, pokazując zaczarowany świat oraz ludzi jaśniejących wewnętrznym pięknem. Chciałabym zanurzyć się w ich nierealnej codzienności na dłużej.

Rok produkcji i nos: 2011, Alessandro Gualtieri

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o umiarkowanym sillage choć mocy początkowo dużej, dopiero z czasem redukującej się do woalu otaczającego ludzką sylwetkę niczym aura. Na wszelkie okazje, pory dnia oraz roku.

Trwałość: ponad dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: magnolia (?)
Nuta serca: gorzka czekolada (czyżby moje paczuli..?), bób tonka, cynamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, oud
___
Dziś Alamut od Lorenzo Villoresiego.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1.http://russiatrek.org/blog/photos/abandoned-wooden-house-from-the-fairy-tale/
2. http://www.atomicwasteland.net/album.php?albumid=4
3. http://pl.tripadvisor.com/LocationPhotos-g298527-w2-Irkutsk_Irkutsk_Oblast_Siberian_District.html
4. http://contentinacottage.blogspot.com/2011/12/postcard-town-roros-norway.html
5. http://www.planetware.com/picture/bergen-bryggen-n-nor205.htm

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Rozstrój perfumowy

Dziś będzie o zapachu, który budzi we mnie mieszane uczucia. Przez pierwsze chwile trwania na skórze jest piękny, w bazie natomiast - nie do zniesienia. I co mam robić? ;)

Armani Privé, Kolekcja tysiąca i jednej nocy, Cuir Noir.



Tragedii nic nie zapowiadało, w składzie zadeklarowano same cuda.

W zgodzie z czym otwarcie okazuje się dokładnie takie, jakie lubię: mocne, konkretne, prężne. Skomponowane wokół dwugłosu oudu oraz ostrej, lekko wędzonej skóry (która tak mnie zachwyciła w Cuir Mony di Orio), podkreślonych dyskretną choć wyczuwalną szkarłatną, esencjonalną różą (tu pojawia się aluzja do mojego ostatniego perfumowego zauroczenia - Oudu od Maison Dorin), pięknie doprawionych niewielką ilością zamorskich korzeni, głównie ziaren kolendry z odrobinką czarnego pieprzu. Oczarowała mnie ta faza Mrocznej Skóry. :)
Później zresztą też nie jest źle: oud co prawda szybciutko redukuje się do postaci małej, podeschniętej grudki, róża znika, zaś skóra zaczyna zdradzać podejrzanie słodkie, pudrowo-benzoesowe konotacje, ale przecież są jeszcze przyprawy! One właśnie do spółki ze zdegradowanym agarem oraz słodkim acz oleistym gwajakiem stanowią o bezpiecznej, konwencjonalnej urodzie serca kompozycji. Nie ma śladu po mocnym, niszowym otwarciu, lecz nadal mamy do czynienia z pachnidłem, które można nosić z przyjemnością, nawet podczas Bardzo Ważnych Okazji (i to bez różnicy płci uperfumowanej osoby). Jednak mój wredny umysł jak dotąd tę właśnie chwilę wybierał sobie, by aż skwierczącym od sarkazmu głosikiem zapytać: "skoro TAK wygląda rozwinięcie kompozycji, skoro tak szybko poszli na łatwiznę, co musi dziać się w finale?"
No i niestety ma rację, ten mój wewnętrzny gnom. ;) W bazie Cuir Noir okazuje się aromatem bardzo, ale to bardzo selektywnym. :] Ponieważ taka ilość słodkiego, dusząco puszystego, buduarowo-różowego pudru, niewinna i nijaka, w mojej opinii okazuje się druzgocącą klęską mieszanki. Nie wiem, gdzie podział się agar oraz przyprawy, nie rozumiem, dlaczego do słodkiego gwajaku dodano wiąchę kulinarnej wanilii a na dokładkę jasny, śmietankowy sandałowiec (Sensuous skąpane w wanilii ;> ). A żeby było jeszcze bardziej mdło dołożono słodziutki, puchaty "akord ambrowy" z jeszcze większą ilością wanilii, sproszkowanym benzoesem oraz - uwaga, uwaga! - kilkoma kroplami jawnie syntetycznego wcielenia palisandru! Od czasu do czau błyśnie nawet gładki, przyprawiający o konwulsje piżmowy puder [choć nie mam pewności, czy aby jego godnymi zastępcami nie stały się ambra z benzoesem :> ]. Niestey, finał okazuje się tak przesłodzony oraz wykastrowany, że aż odstręczający.

Jak również stanowiący żywy dowód na to, że nie istnieje coś takiego, jak "uniwersalna miara jakości perfum". Ponieważ to, co w przypadku perfum celebryckich albo tych z Avonu czy Oriflame uznałabym za finał zrozumiały, przewidywalny lecz nawet dobry, przy Cuir Noir bez dwóch zdań pogarsza sytuację.
Raju! TO COŚ po TAKIM otwarciu! Tani bajer dla naiwnych. Panie Armani, leci Pan w kulki! Z Panią Lorson pospołu.

Nie. Nie. I jeszcze raz: nie.

Choć Poli za próbkę z całego serca dziękuję! :*



Rok produkcji i nos: 2012, Nathalie Lorson

Przeznaczenie: zapach teoretycznie typu uniseks (i tak jest, choć tylko przez dwie pierwsze fazy ;) ), dla miłośników gęstego oudu, wędzonej skóry oraz cukrowych różowości w jednym, o ile ktoś taki w ogóle istnieje. ;) Całej reszcie nie radzę ryzykować kupna flakonu w ciemno - dwie pierwsze fazy znikają w sumie po kwadransie. Trzyma się raczej blisko ciała.

Trwałość: około siedmiu-dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: skórzano-drzewna

Skład:

Nuta głowy: kolendra, gałka muszkatołowa, bułgarska róża
Nuta serca: drewno gwajakowe, wanilia, skóra, oud
Nuta bazy: akord ambrowy, benzoes, drewno sandałowe
___
W tej chwili noszę klasyczne perfumy od Palomy Picasso a wcześniej było Wild Tobacco od Illuminum.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.cafleurebon.com/the-three-winners-of-february-spilled-perfume-favorite-interview-draw/

niedziela, 26 sierpnia 2012

Marketing w słowach

Dziś zastanowiłam się nad kolejną (po metodach testowania) drażliwą kwestią ze świata perfum oraz ich marketingu. Przy okazji wpadając w mocno filozoficzne tony. ;)
Jednak któż z nas tego nie zna?


I któż z nas nie zna ich?
Można chociażby tak, długo i z namaszczeniem:
"- W Jubilation kobieta Amouage jest nimfą.
- W Lyric poznajemy przeszłość nimfy, która jako operowa diwa zaprzedaje duszę diabłu w zamian za nieśmiertelność.
- W Epic nimfa staje się legendą Jedwabnego Szlaku, gdy poszukuje zaginionej arii z opery Turandot Pucciniego.
- Memoir objawia nam postać mężczyzny. To flaneur, który poszukuje swego bytu i tożsamości w ukrytym świecie czarnego łabędzia.
- Honour jest kontynuacją podróży mężczyzny Memoir. Zainspirowani operą Madame Butterfly poznajemy go jako syna Butterfly, który przywołuje scenariusz samobójstwa matki i w swojej świadomości prowadzi z nią dialog, próbując pogodzić się z trudną przeszłością.
(...)

Interlude jest jak przestrzeń pośrednia pomiędzy epizodami historii. Od Jubilation do Honour, każdy zapach to rozdział w wielkiej opowieści Amouage. Tym razem zawieszamy powieść w czasie, aby zaprezentować Interlude. Jesteśmy zainspirowani społecznym chaosem, otaczającym nas nieporządkiem i nadmiarem wrażeń. Interlude jest jedną chwilą w czasie. To przestrzeń, w której uczucia mają charakter introspektywny. Zaglądasz w głąb siebie, dzielisz się strachem, złością, frustracją i radością. (...)"
ŹRÓDŁO

Można też krócej:
" Bogaty i bujny zapach przyprawiony nutą bergamoty, drzewa sandałowego i opoponaxu. Barwny niczym indyjskie jedwabie przywodzące na myśl luksus kraju maharadżów i wieczny urok podróży".
ŹRÓDŁO

Albo jeszcze inaczej, geograficznie i artystycznie zarazem:
 "TYPE B to kompozycja dedykowana Berlinowi.
W butelce zamknięta została zima w byłej wschodnia część miasta, w której do dziś wiele budynków ogrzewanych jest węglem.
Zapach przywołuje na myśl przydymione kominy, ciepłe wnętrza domów, drewniane biurka… TYPE B jest elegancko suchy i dymny z odrobiną ledwo wyczuwalnej, kuszącej słodyczy. Zapach ma ostre otwarcie, które dynamicznie wybucha, płonie, przygasa, tli się ujawniając swoje miękkie, drzewne serce. TYPE B ewoluuje w nieoczekiwanym kierunku, kompozycję zamykają przyjemne piżmowe nuty w połączeniu z suchym drewnem."
ŹRÓDŁO

Perfumowe opowieści, serwowane nam przez producentów i dystrybutorów ku uciesze tych, którzy wolą dobry bajer nad zapachowy konkret oraz zgryzocie tych, którym odpowiada sytuacja doskonale przeciwna. Bo do czego nam reklamowy bełkot?

No właśnie, do czego?



Przede wszystkim do tego, by sprzedać oferowany produkt z jak największym zyskiem. :) Do czego nie wystarczy zrobić perfumy, nawet najpiękniejsze i najbardziej trwałe pod słońcem, zapakować do szklanej flaszki po spirytusie salicylowym oraz nakleić plaster z nazwą i nazwiskiem producenta. ;) Co prawda, osiągnęlibyśmy przy okazji ideał 'niszy absolutnej' - a być może faktycznie cudowne, nowatorskie pachnidło - lecz jeśli chcielibyśmy przy okazji coś na nim zarobić, niestety, trzeba się przyłożyć. Nie tylko do reklamy lecz i do wizualnej otoczki naszego pachnącego produktu.
Jakkolwiek dziś nacisk kładziony jest nie na jakość produktu zasadniczego, perfum, lecz na reklamę oraz to, co przyciągać uwagę już z daleka: wygląd flakonu oraz opakowania zewnętrznego. Co już jest mocno niefajne oraz zdecydowanie przesadzone. Lecz mimo wszystko uważam, że marketingowym historiom warto przyjrzeć się bliżej i to z co najmniej dwu powodów.

Pierwszy jest najbardziej oczywisty, choć też i paradoksalny: to niedoskonałość mowy ludzkiej, szczególnie kiedy przychodzi nam rozmawiać o doznaniach zmysłowych, a już zwłaszcza węchowych. To dlatego o rozwijających się płynnie w czasie zestawach składników tworzących perfumy mówimy "nuty" lub "akordy", dlatego samą mieszankę nazywamy "kompozycją" albo nawet "wariacją" na zadany temat. Z tego właśnie powodu oprócz zapożyczeń muzycznych pojawiają się też smakowe, powiązane z żywiołem kulinarnym; dzięki nim bez trudu określimy, czy perfumy są "słodkie", "pikantne", "świeże" a może "słone"? Czy dominują w nich akordy "przyprawowe" czy "deserowe" z grupy olfaktorycznej znanej jako "gourmand" (czyli "apetycznej" lub "smakowitej")? Czy "orzeźwiają" cytrusami bądź woniami ozonowo-wodnymi a może "rozgrzewają" mieszaniną egzotycznych przypraw z nutami teoretycznie odzwierzęcymi?
Nie potrafimy opisywać wrażeń dostarczanych nam przez zmysł węchu; po prostu nie. Pokolenia naszych przodków nie dały nam wystarczająco dobrych narzędzi. Właśnie dlatego musimy pielęgnować w sobie synestetyczne skojarzenia, by umieć w miarę precyzyjnie opowiedzieć, co i dlaczego czujemy. Również za pomocą określeń przypisywanych zazwyczaj zmysłowi dotyku (np. "aksamitny", "chropowaty", "kłujący", "drażniący", "ciężki" czy "lekki") oraz wzroku: zapach może równie dobrze być "barwny", "pstrokaty", "monochromatyczny", "harmonijny", "niewyraźny", "plastyczny"... Czasem mózg przypisuje doń jakiś określony kolor. Wręcz mówimy nawet o "pejzażu olfaktorycznym".

Nagromadzenie epitetów w opisie perfum ma znaczenie dokładnie takie, jak w powieści: w ramach bardzo ograniczonych środków umożliwić innym ludziom jak najbardziej szczegółowe wyobrażenie sobie świata przedstawionego. Nie ma to wiele wspólnego z grafomanią (przynajmniej nie powinno ;) ), lecz z chęcią przekazania bliźnim dokładnej relacji z własnych wrażeń - i owszem. :)



Zapytacie pewnie: a czym różni się opisywanie komuś swoich było nie było prywatnych doznań od grafomanii? I będziecie mieć rację, bo to bardzo dobre pytanie. ;)

Granica między nimi jest równie cienka, co nieoczywista. Mnie się wydaje, że podstawowym rozróżnieniem jest świadomość słowa oraz stylizacji, czyli mówiąc prosto zamysł twórczy. :) Grafoman po prostu siada przed kartką papieru albo ekranem komputera i pisze, co mu lub jej siedzi na żołądku; bez refleksji, bez analizy sytuacji oraz swoich odczuć, bez większego sensu. W przypadku jakiegoś ogólnego zamysłu - o ile ten jest czytelny - daje się uchwycić stylizację oraz zwykły namysł nad wyglądem każdego ze zdań jak również całości, którą te zdania tworzą. Uwierzcie mi, tę różnicę widać bez problemu.
Dlaczego o tym piszę?
Żeby po krótkiej acz niezbędnej dygresji powrócić do tematu zasadniczego. ;) Oraz do pytania: "jaka jest różnica między wywnętrzaniem się na zadany temat a grafomanią?" Na które chętnie odpowiedziałabym kolejnym pytaniem: "a jaki sens mają tłumaczenia w zwykłych codziennych sytuacjach?"

Dlaczego niby miałoby mnie interesować, jak znajomi dowiedzieli się o chorobie swojego dziecka? Dlaczego mój obecny partner spóźnił się trzy godziny na umówione spotkanie? Czemu do sklepu nie dowieźli wątróbki drobiowej? Z jakiego powodu mój ulubiony pisarz zapowiada zakończenie kariery literackiej? Skąd biorą się coraz bardziej fantastyczne teorie na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej? Czy światem kieruje jakaś siła sprawcza czy też działa nań wypadkowa wielu zbiegów okoliczności? Itede, itepe.

Sęk w tym, że każdy element naszej rzeczywistości ma jakąś historię! Czy nam się to podoba, czy nie. Z jakiegoś powodu ujrzał światło dzienne, z jakiegoś ostatecznie trafi w niebyt a po drodze wydarzy się jeszcze wiele innych rzeczy. Tak jest zarówno w przypadku człowieka, jak myszy polnej, podeschniętej leszczyny, telewizora plazmowego oraz perfum Y marki X.
Moglibyśmy oczywiście tę historię po prostu zignorować, interesując się wyłącznie racjonalną, pozbawioną szerszego kontekstu analizą, dlaczego nie? To nasza wola. Sama jednak wolę trzymać się od takiego patrzenia na świat jak najdalej. Nie inaczej jest z ludźmi, którzy je preferują (wybaczcie, ale tak mam). Gdyż nie da się zrozumieć świata ani jego pojedynczego elementu bez poznania argumentów tudzież wersji wydarzeń wszystkich zainteresowanych stron. Dla mnie sens mają tylko konteksty, w których osadzona jest cała nasza rzeczywistość - przeszłość, teraźniejszość oraz przyszłość; tylko takie spojrzenie na świat u siebie akceptuję.

Dlaczego więc miałabym robić wyjątek dla perfum? I dlaczego miałby to robić ktokolwiek inny? W imię czego? Racjonalności, "obiektywizmu"? Przecież one nie istnieją! Liczą się tylko konteksty myśli i działań wszystkich ludzi. :) Także tych, którzy z jakiegoś powodu dopasowali daną marketingową historię do konkretnych perfum. :) Wszak i ona jest Opowieścią. A Opowieści należy słuchać (nawet, jeśli się z nimi nie zgadzamy).



Zatem mamy już chęć zysku, niedoskonałość języka oraz absolutną, niepodważalną względność doznań, których (doznań) mnogość składa się na zrozumienie Istoty Rzeczy. Pewnie powodów, dla których nie trzeba od razu skreślać handlowych opowieści jest jeszcze parę, lecz mnie najważniejsze wydają się te trzy - a szczególnie dwa ostatnie. ;)

Można rzecz jasna zamknąć opis kompozycji zapachowej do "podoba mi się, bo jest świeża" lub "nie podoba mi się, bo jest za ciężka", lecz co będzie kiedy ktoś zacznie drążyć, dlaczego właściwie uważamy dany zapach za świeży albo ciężki lub co za ową świeżość czy ciężkość uważamy? Co wówczas powiemy: "świeży bo świeży", "świeży, bo ma w składzie cytrusy"? A jeżeli nie mamy dostępu do spisu nut zapachowych, to co wówczas? Co jesteście w stanie o pachnidle opowiedzieć, będąc kompletnie offline? Poza tym: dlaczego akurat cytrusy są świeże? ;P Przecież w polskich sklepach najczęściej można je znaleźć w stanie niezbyt dojrzałym a i podgniłe nie należą do rzadkości. ;)) Wówczas okazuje się, że w opisie perfum racjonalność nie wystarczy, rzeczowa analiza wyprowadza nas na manowce zaś najszczersze chęci okazują się bezsilne bez zdania się na zmysły, okazania im choć odrobiny zaufania!
Dlatego uważam, że uporczywe szukanie "rzeczowych" sposobów opisu czegoś, co znamy tylko (TYLKO!) dzięki zmysłom, jest niebezpieczne i fałszywe. Nie ma sensu. A raczej ma; taki, jak niesławne "tańczenie o architekturze" (które nawiasem mówiąc też jest możliwe :D ). Musicie wiedzieć, że taką bezcelowo "racjonalną" argumentację chromolę.
Nie chcę mieć z nią NIC wspólnego. Rzeczowość - tak, o ile nie odcinamy jej od zmysłowości, o ile nie pozwalamy zawładnąć sobą suchej technokracji. W końcu gdyby nie "irracjonalny" zmysł węchu, nie byłoby całego tego zamieszania.

Perfumy bez zmysłowej spontaniczności są jak korporacja bez dostępu do komputerów. ;))
I dokładnie to samo tyczy się pisania o nich.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.freakingnews.com/McDonalds-perfume-Pictures-15560.asp
2. http://keystrokesandwordcounts.wordpress.com/2012/06/19/the-difference-between-liking-to-write-being-a-writer/
3. http://www.workingwriterslife.com/2010/09/7-ways-to-overcome-writers-block.html
4. http://rachelbrimble.blogspot.com/2012/01/welcome-my-online-friend-and-hard.html

Spokojną porą, gdy zapadł już mrok...

Noc to pora spokojna, czarowna, dająca wytchnienie nie tylko wówczas, kiedy za dnia słońce usiłuje zmienić nasz łez padół w kolejną pustynię Atacama. :] Chyba nigdy nie kojarzyłam nocy z grozą, demonicznością,m strachem oraz czymś przeczącym naturalnemu [tj. dziennemu..] porządkowi świata; a z pewnością nigdy poza okresem wczesnego dzieciństwa. ;) Noc chyba zawsze była moją przyjaciółką. Hekate nigdy nie była dla mnie groźna.
Podobnie, jak dni deszczowe i zimne, podobnie jak sama zima. Dlatego też wyobrażenia jesiennej nocy oraz obrzędów pogrzebowych mnie nie przydają ani depresyjnego nastroju ani jeżących włosy na karku wizji wychodzących z grobu upiorów. Co więcej, z biegiem lat coraz mocniej utwierdzam się w przekonaniu, ze strach ma wielkie oczy a tym, co najbardziej nas przeraża, jesteśmy my sami.


Z tej racji pachnidło rzekomo inspirowane "protoamerykańskim kultem śmierci" mnie kojarzy się nie tyle ze zeuropeizowaną, w gruncie rzeczy nie-realistyczną fascynacją śmiercią co po prostu z obrzędami pogrzebowymi. A że te potrafią być nieraz bardzo niezwykłe, to inna sprawa... Nie w tym rzecz.

Chodzi raczej o fakt, że coś, co niby miało kojarzyć się z czymś groźnym, zakazanym, mrocznym, dla mnie tchnie spokojem. Nie dlatego, że odbieram daną rzecz (w tym przypadku perfumy) jako coś milusiego i przyjemnego ale, że zwyczajnie nie lękam się wszystkiego, co za "mrocznym tabu" skojarzenia niby się ukrywa. Nie boję się nocy. Nie przeraża mnie śmierć. Ani Mississippi Medicine od D.S. & Durgi.
Rozumiecie, co chcę powiedzieć?
Nie czuję fascynacji domniemaną demonicznością "kultu śmierci" lecz spokojem, ponadzmysłowym pięknem klimatów świata ukrytego w mniejszym lub większym mroku. A do tego jestem pewna, że cały ten "kult" to jedynie wynik projekcji współczesnej mentalności na  świat ludzi sprzed kilkuset lat; wielkie międzykulturowe oraz międzypokoleniowe nieporozumienie. ;)

Dlatego uważam, że najbezpieczniej będzie skupić się na samym zapachu.
Który, jak już wcześniej wyłożyłam, w ogóle nie ma w sobie nic z demoniczności czy innych makabresek. Jest po prostu lżejszą, bardziej suchą wersją Fumidusa od Pro Fumum Roma. Równie, jak on piękną.


Podobnie do innych dzieł duetu D.S. oraz Durga, również Mississippi Medicine nie grzeszy zbytnią oryginalnością. Lecz to dobrze, w tym konkretnym przypadku szczególnie: biorąc pod uwagę fakt, że dla wielu osób Fumidus okazuje się pachnidłem wartym uwagi acz zbyt intensywnym, MM mogłoby być wygodnym, idealnym zamiennikiem. Dla mnie zaś ma szansę stać się kolejną wariacją na temat jednego z moich ulubionych zapachów; a przecież te zawsze warto poznać. :)

Nawet rozwój nut przebiega podobnie, jak w starszej z wariacji na temat smolno-brzozowy: z początku Mississippi Medicine okazuje się intensywne, nieco drażniące, elemi-dziegciowe, z wyraźną nutą krystalicznego, czystego (choć mocno popielatego oraz gęstego) olibanum, w stylu spomiędzy Rock Crystal Durbano a Encens Flamboyant od Annick Goutal. Czyżby ów kadzidlany akord był odpowiednikiem nut słodowych z Fumidusa...? Trudno powiedzieć,  jakkolwiek podobieństwo charakterów mnie wydaje się aż nazbyt wyraźne. Tym bardziej, że tu i ówdzie wyskoczy ciekawy, paliwowy oraz ziemisty pospołu, akord "męskiego" fiołka.
Dopiero po kilku chwilkach kompozycja staje się bardziej statyczna, spokojniejsza, jakby zadumana. Wówczas mam możliwość obserwować dyskretne przetasowanie nut, kiedy fiołek zlewa się w całość z sokami brzozowej kory oraz czymś na kształt galbanum, dając całość odrobinkę zbliżoną do nieodżałowanego Cuir de Russie od Pivera [oferowana obecnie współczesna wersja, znana pod nazwą Cuir, to jakaś kpina!]. To, plus suchy, popielisty, gęsty dym z palonego kadzidła frankońskiego zlewa się powoli w jedność, wiotka, suchą, wytrawną; cokolwiek iglastą ale też korowo-żywicową, drzewną do aż granic. W miarę upływu czasu na znaczeniu zyskuje dosyć banalna (jak na tak niszowe zestawienie, rzecz jasna!) słodycz opoponaksu, ciekawie przyprószona niebanalnym, organicznym pudrem. Po kadzidle nie zostało już nic, z akcentów brzozowych niewiele więcej, natomiast fiołek albo też zniknął albo po raz kolejny zmienił front i to on pokrywa mieszaninę pudrem. Konia z rzędem temu, kto zgadnie. :)
W sumie zakończenie okazuje się trochę rozczarowujące, jednak zanim do niego dojdzie czeka nas prawdziwa olfaktoryczna uczta. A to przecież liczy się najbardziej.

Rok produkcji i nos: 2011, David Seth Moltz

Przeznaczenie: zapach stworzony jako męski - i jestem przekonana, że mężczyznom będzie pasować jak ulał. :) Lecz osobiście mam go za świetny, raczej wytrawny, nieco "dziwaczny" uniseks. O mocy i sillage początkowo niebagatelnych, z czasem staje się bliski skórze. Na okazje raczej nieformalne [chyba, ze jesteście osobami obdarzonymi dużą pewnością siebie; ale wtedy moja porada Wam niepotrzebna :) ].

Trwałość: w granicach sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

soki brzozy, biały świerk, korzeń cyprysa, fiołek, kadzidło
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje to obrazy:
1. Caspara Davida Friedricha (Niemca, który Mississippi raczej nie widział ;) ) Górski pejzaż nocą [lecz pewności nie mam].
2. amerykańskiego pejzażysty George'a Innessa, Zmrok [celowo unikam innego tłumaczenia ;) ].
Obydwa zaczerpnęłam STĄD.

wtorek, 21 sierpnia 2012

Sport

Perfumy do uprawiania sportu - współcześnie banał nad banały a dla marek fantastyczny sposób na to, by "zarobić ale się nie narobić". ;) Jednak czterdzieści lat temu pomysł na takowe pachnidło wielu wydawał się niesłychany. Mimo to zdrowy rozum podpowiada nam, że "ktoś musiał być pierwszy"! I był; a właściwie była. Właśnie czterdzieści lat temu. Wizjonerka Estée Lauder, wypuszczająca na rynek perfumy o "bezpiecznej" nazwie Alliage.
Czy przypuszczała, że jej pomysł tak się rozrośnie? :)


Alliage, czyli z francuskiego po prostu Mieszanka, reklamowane było jako "pierwszy na świecie zapach do uprawiania sportu. Tylko kobieta mogła go stworzyć" czy też "Niepodobny do niczego na świecie". Wówczas była to zresztą stuprocentowa prawda. Ponieważ pachnidła dla kobiet aktywnych, pozbawione ciężkiego, orientalno-aldehydowego płaszcza nie należały do często spotykanych. Anonimowy zleceniobiorca Pani Lauder postawił (lub postawiła) na czystość, zieleń oraz chłodne podmuchy świeżej, ożywczej bryzy. Taka miała być Mieszanka. I była. Czterdzieści lat temu.
Współczesna interpretacja pachnidła od tej sprzed ponad trzech dekad różni się tak, jak omawiany aromat od znanych nam obecnie kolejnych wcieleń niezawodnego Men Fresh Light Sport. ;)

Przede wszystkim to, co ówcześnie okazało się chwytliwym olfaktorycznym odzwierciedleniem aktywnego trybu życia, dzisiejsze użytkowniczki (szczególnie młodsze) określiłyby jako "babciny śmierdziuch na nabożeństwo" lub coś równie soczystego. Cóż poradzić? Obiegową prawdę, że gorsza moneta wypiera lepszą znali już starożytni Fenicjanie. ;) Do tego dochodzi instrumentalne traktowanie sztuki perfumiarskiej oraz zwyczajny brak wyrobienia zmysłu węchu i mamy, co mamy.
Lecz, co najbardziej ciekawe, Alliage w dalszym ciągu pachnie orzeźwiająco oraz zielono, z wpisanymi w strukturę zapachu prostolinijną wesołością i prawdziwym zastrzykiem energii. Czyli w dalszym ciągu się sprawdza. I to jak! :)
Taką świeżość mogłabym nosić dużo częściej. ;>

Omawiany zapach bowiem w istocie pasuje nie tylko do działalności ściśle sportowej ale też do trybu życia po prostu aktywnego oraz zdrowego, do nowoczesnych kobiet, którym nieobca była zarówno kariera zawodowa (niekoniecznie stereotypowo kobieca), jak i popołudniowe treningi czy weekendowe wypady poza miasto, na łono natury. Dziś takie życie stało się równie oczywiste, co perfumy "sportowe", więc i w tym przypadku zniknął innowacyjny potencjał Alliage.
Co nie znaczy, że sama Alliage przestała pasować do takiego właśnie wizerunku! Ona w dalszym ciągu jest sobą, mimo upływu lat niezmienna. I być może to stało się powodem małej obecnie popularności aromatu. Na szczęście Estée Lauder jako marka perfumeryjna relatywnie rzadko podejmuje decyzję o całkowitym i nieodwołalnym wycofaniu zapachu z produkcji. Dzięki czemu i my możemy cieszyć się gorzkawą rześkością Mieszanki. :)


Która okazuje się bardziej gorzka niż Memoir Man od Amouage, bardziej świeża niż niejeden wykastrowany cytrusoczek oraz znacznie zieleńsza od Siberian Snow D.S & Durgi. Okazuje się przy okazji jednym z najbardziej suchych, mszysto-wetyweriowych pachnideł, jakie dane mi było poznać. To wszystko są niekwestionowane zalety.

W otwarciu kompozycja okazuje się wytrawna, cytrusowo szklista, przesycona wytrawnością cytryny i gałki muszkatołowej, później dryfuje w stronę intensywnego, podbitego zielenią przyprawowca. Posunięcie tak nietypowe, że aż odjechane. Super! :) Pojawiają się akcenty delikatnie słone, jakby morskie choć jestem pewna, iż nie wmieszano tu żadnych nowomodnych molekuł (najwyżej tańsze syntetyczne zamienniki naturalnych substancji), przeto morskość owa pochodzi gdzieś z gry nut z moją pamięcią. :) Zresztą charakterystyczny aromat morskich brzegów: glonów, drewna, odrobiny północnej stęchlizny to niemała zasługa mchu dębowego oraz wetywerii w stylu guerlainowskim, które splecione z cytryną, nutami morskimi i przyprawowymi, podbite słodkawym akordem żywicy sosnowej (a może mirry czy odrobinki benzoesu?) dają całość suchą, złożoną a jednak prostą. Oraz ujmującą, przeznaczoną dla dorosłych kobiet. Bywa, że pojawia się odrobina piołunowej goryczki, nigdy jednak nie staje się czymś więcej, jak elementem tła.
W bazie dominuje sucha, pełna słońca oraz retro-piękna pasta z mchu, wetywerii, gałki muszkatołowej z odrobiną kminku (albo jeszcze mniejszą ilością kminu), świeżo pociętego na aromatyczne deski drewna cedrowego i jednego z "tutejszych" iglaków, jak również odrobinę pudrowa, staroświecka ziołowa goryczka (czuję tymianek). Pojawiają się luźne skojarzenia z Eau Sauvage Diora czy wspomnianym Vetiver marki Guerlain, rozjaśnionymi kobiecą miękkością Chanelowej Dziewiętnastki. Nie ulega wątpliwości, że Alliage ma już swoje lata.
Lecz czy to ważne?

Dla mnie liczy się wyrazisty, silny charakter, indywidualizm oraz pewna uniseksualność pachnidła; także i ona zakrawała na precedens w perfumeryjnym świecie drugiej połowy XX wieku. Na długo przed CK One. :) Choćby z tego powodu warto rozejrzeć się za Alliage - zapachem, który przecierał szlaki wielu współczesnym trendom. A na dokładkę okazał się od ich dzisiejszych flagowców o kilka długości lepszy.

Rok produkcji i nos: 1972, Francis Camail

Przeznaczenie: zapach teoretycznie dla kobiet, lecz dziś mam go za rasowy uniseks z akordami stereotypowo męskimi. Bliski skórze jednak bez trudu wyczuwalny. Nie tylko na czas uprawiania sportu tudzież wycieczkę. ;) Bezpiecznie nieformalny i całodobowy.

Trwałość: w granicach ośmiu-dziesięciu godzin, czasem odrobinę dłużej

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: brzoskwinia, cytrusy, nuty zielone
Nuta serca: palisander, gałka muszkatołowa, kminek, galbanum, tymianek, jaśmin, bylica, sosna
Nuta bazy: wetyweria, drewno cedrowe, mirra, mech dębowy, piżmo
___
Dziś noszę Gucci Pour Homme II.

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Najpiękniejsze Oświecenie

Ze wzmiankowaną epoką w dziejach cywilizacji zachodniej nie mam najlepszych skojarzeń (czy raczej: mam mieszane); epoka rozwój humanizmu równoważąca nieprawdopodobnym zacofaniem w dziedzinie higieny. Na przykład. Stuprocentowa niejednoznaczność. Którą szczęśliwie udało się zamknąć we flakonie perfum l'Humaniste marki Frapin, które już chyba zawsze będę kojarzyć z pewną Wizażową zabawą, jedną z zadanych przez siebie ilustracji oraz skojarzeniem Akiyo... ;)


Światło i cień zestrojone w idealną całość za pomocą klasycystycznej, pozornie (pozornie!) prostej, przemyślanej formy. prostota cytrusów złamana jałowcową goryczką ginu. Z akordami ziół (jak tymianek czy majeranek), łagodnej bergamotkowej skóry oraz sympatycznego wcielenia egzotycznych przypraw. Sympatyczność owa polega na takim ujęciu akordów korzennych, że te okazują się łatwo wyczuwalne, w oczywisty sposób dosłowne acz nieco stonowane, przefiltrowane przez współczesną europejską estetykę. Gałka muszkatołowa, łagodny pieprz, odrobina rzymskiego kminu oraz spora ilość kardamonowych strączków w zestawieniu ze świetlistą prostotą cytrusów, złamaną cieniem woni skóry i jagód jałowca przypominają mi Déclaration Cartiera. :)

Właściwie nie ma się czemu dziwić: wszak w obu kompozycjach główne role grają jałowiec, kardamon, mszysta suchość oraz cytrusy. :) Połączenie takich nut raczej nie mogło dać diametralnie różnego efektu. Jednak Humanista mnie podoba się o wiele bardziej, jako mniej cytrusowy, jasny tudzież świeży, mniej Ellenowy po prostu. ;) Postawiono weń na tę drugą, ciemniejszą stronę osobowości, gdzie prym wiodą nuty esencjonalne, nasycone, odrobinę cięższe. Dzięki takiemu zabiegowi paradoksalnie uwydatniono tony świeże, cytrynowo-cedratowo-pomarańczowe, bergamotkowo skórzane; wyraźne między ginem z przyprawami na drzewno-mszystej podstawie tak, jak wyraźne są złociste smugi światła wśród cienistości przepastnej komnaty na ilustracji powyżej. :)
To nie ellenowska, zalana słońcem przestrzeń, z której nagle wchodzimy do ciemnego pomieszczenia i przystajemy, porażeni chwilowym atakiem śnieżnej ślepoty. Gdyż tak właśnie odbieram Deklarację. ;) Na szczęście nic podobnego przy L'Humaniste nam nie grozi. Proporcje światła i cienia, lekkości i wyrazistości ułożono na właściwszym poziomie. I to przez cały czas trwania pachnidła na skórze człowieka.

Gdyż ono nie tyle rozwija się, ile właśnie trwa. :) Spokojnie, nie ulegając gwałtownym zmianom, nie dynamiczne a jakby zatrzymane w czasie, trochę nierealnie, baśniowe.. W otwarciu tylko nieco bardziej gorzkie a w bazie suche, przesycone molekułami dębowego mchu, bliżej nieokreślonej drzewnej pasty (jest w Humaniście coś cedrowego, cyprysowego czy nawet palisandrowego), w ledwie zauważalny sposób podkreślone łagodną słodyczą. Całość okazuje się klasyczna, stonowana, odrobinę nierzeczywista. Mnie odpowiada. :)

Za jedną z próbek tych perfum chciałabym podziękować Jaroslavovi. :*

Rok produkcji i nos: 2009, Sidonie Lancesseur

Przeznaczenie: zapach teoretycznie uniseksualny, jak zresztą w przypadku  Déclaration, choć w praktyce znacznie częściej używany przez mężczyzn i przez nich chwalony. :) Więc "coś musi być na rzeczy". ;) Choć sama jak zwykle uważam, że paniom pasowałby równie dobrze.
I to na wszystkie okazje, średni sillage raczej nikomu nie przeszkadza.

Trwałość: około sześciu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (oraz świeża)

Skład:

Nuta głowy: cytrusy, bergamotka, kardamon, pieprz czarny, pieprz różowy
Nuta serca: jagody jałowca, gałka muszkatołowa, piwonia, tymianek
Nuta bazy: bób tonka, mech dębowy, gin
___
Dziś Ambre à Sade marki Nez à Nez.

P.S.
Pierwsza ilustracja to Sala marszałka polnego w Pałacu Zimowym pędzla rosyjskiego malarza Siergieja Zarianko z roku 1836. Pochodzi z zasobów mojego twardego dysku, gdzie trafiła STĄD. Do podziwiania bezpośredniego w Ermitażu. ;)

niedziela, 19 sierpnia 2012

O testowaniu zdań kilka

Podczas lektury komentarzy na jednym z polskojęzycznych blogów zauważyłam, że Czytelnicy wyrażają wątpliwości co do metod testowania perfum przez recenzentów. Pomijając jawną nadzieję piszących na schadenfreude w odniesieniu do blogera czy blogerki dostrzegłam także faktyczną niepewność co do metodyki testowania zapachów. Więc uznałam, że będzie to dobry temat na najbliższy wpis. :)


W jaki sposób perfumy testuję ja?
Przede wszystkim jestem zdania, że ocenianie perfum na podstawie spryskanego danym zapachem blottera zwyczajnie nie ma sensu! Kawałek papieru to nie żywa, ludzka skóra. Zapamiętajcie to, proszę. Nawet, jeżeli chcecie rozeznać się w „obiektywnym” rozwoju nut zapachowych; no chyba, że zamierzacie w przyszłości używać perfum X wyłącznie na tekturowym papierku, płatku kosmetycznym czy chusteczce higienicznej. ;) Coś takiego ma sens jedynie podczas procesu komponowania perfum, kiedy trzeba mieć wgląd we wszystkie stadia rozwoju pachnidła, by zawczasu wyeliminować wszelkie ewentualne niedoskonałości. Jednak w większości przypadków perfumy i tak nie ujrzą światła dziennego bez testów na skórze ochotników. ;) Tak robią zarówno marki nastawione tylko i wyłącznie na zysk, których nie obchodzi artystyczna jakość premierowego pachnidła, jak i te, którym nieobojętna jest wizja twórcy, np. Hermès. Jeżeli perfumy nie przejdą pomyślnie fazy testów naskórnych, twórca zabiera je z powrotem do laboratorium. :)
Ponieważ pachnidła służą przede wszystkim do użytku cielesnego, zewnętrznego. I w mojej opinii inne testy potencjalnych użytkowników naprawdę mijają się z celem. Zaś blottery winny służyć nam głównie jako „pierwsza pomoc”, szybka i prosta metoda podstawowej selekcji: podoba mi się/nie podoba mi się. I to w zasadzie wszystko. Testery w perfumeriach służą też do dyskretnego spryskiwania własnej skóry.
Do testów pełnowartościowych służą próbki, miniaturki czy robione przez innych pasjonatów odlewki.


Co rozumiem przez określenie „testy pełnowartościowe”? Ano zazwyczaj to, co winniśmy robić podczas zwyczajnego użytkowania perfum: kilkukrotną aplikację pachnidła na naszą nagą skórę. Podkreślam nagość, to ważne! ;) Chodzi o to, by cząsteczki zapachu miały szansę wymieszać się z cząsteczkami tworzącymi naszą powłokę, bez żadnych barier. Oczywiście, nie zawsze mamy czas by czekać, aż nośnik aromatu całkowicie obeschnie (szczególnie w przypadku perfum olejkowych mogłoby to trwać baaardzo długo ;) ), lecz warto poczekać z odziewaniem się choć chwilkę, niechże przynajmniej alkohol wyparuje. ;) A my w tym czasie zajmijmy się czym innym.
Co więcej, tak chętnie perfumowane nadgarstki nie są do tego celu najlepszą częścią ciała. Często ocierające się o najróżniejsze przedmioty, nie są najszczęśliwszym miejscem do perfumowania. Osobiście preferuję obszar kilka centymetrów ponad nimi. Zaś specjalnie do pisania recenzji aplikuję perfumy w ciepłe zgięcie łokcia lub w połowie przedramienia. Natomiast o bezwzględnym zakazie rozcierania perfum po skórze ledwie wspomnę. Ma ono taki sam sens, jak rozmazywanie przez malarza farby, świeżo nałożonej na płótno. ;)


Na rozwój kompozycji perfumowej ma wpływ wiele czynników, m. in. temperatura naszego ciała, tryb życia, dieta, płeć (chodzi np. o charakterystyczną woń potu, odmienną dla kobiet i mężczyzn), to, czy mamy skórę suchą czy tłustą, nawet samopoczucie a w przypadku kobiet – dzień cyklu miesięcznego. Dotyczy to właściwie nie tylko rozwoju ale i naszego odbioru pachnidła. Znaczenie wszystkich tych elementów jest niebagatelne, jednak nie powinniśmy dać się zwariować. Gdyby starać się wyeliminować wszystkie czynniki mogące ewentualnie psuć rozwój – lub odbiór – perfum, rychło okazałoby się, że nikt nie ma prawa ich nosić! ;) Z nieboszczykami włącznie, gdyż nie mają ciepłych ciał ani z małymi dziećmi, bo ich skóra źle reaguje na kontakt ze spirytusem. ;) Cała reszta nie miałaby nawet szans na towarzystwo kompozycji zapachowej.
Chodzi mi o to, że perfumy powstają mimo wszystko dla ludzi! Więc powinniśmy nosić dokładnie te, które nam się podobają, kiedy i jak chcemy. Żadną miarą nie przeskoczymy własnej biologiczności, może więc warto przestać się nią przejmować? A już zwłaszcza – nie w kontekście perfum? Choć i tu pojawia się wyjątek: ponoć niektórzy perfumiarze eliminują ze swojej diety składniki o silnej woni, jak czosnek i cebula, rezygnują także z palenia tytoniu oraz minimalizują spożycie alkoholu. Uważam to jednak za typowe wyrzeczenia twórcy, raczej zbędne odbiorcom ich sztuki. :)


Zatem wracając do meritum: jakie zabiegi poprzedzają zamieszczenie przeze mnie recenzji na blogowych łamach?
Pomijając wymienione wcześniej podstawy staram się, by wcześniej przetestować pachnidło co najmniej kilka razy. Przy czym co najmniej dwa „całocielnie”, pozwalając woni otoczyć mnie swoją aurą oraz jeden raz powierzchownie, w granicy dostępnych nosowi części ciała. ;) Na przykład na nadgarstkach czy właśnie w połowie przedramienia. Chodzi nie tylko o to, by zweryfikować wcześniejsze wrażenia, lecz by mieć pewność, jaka część z nich wynikała ze wspomnianych „uwarunkowań pozaperfumowych”. Czy uwzględniam różnice? Czasem tak, czasem nie. Zależy, jak silne były [te drobniejsze zazwyczaj wliczam w koszty tego, że jednak jestem zwierzęciem ;) ]. Nie bez znaczenia jest również chęć dowiedzenia się, jak rozwija się zapach otaczający całą ludzką sylwetkę a jak – tylko w obrębie drobnego fragmentu ciała.
Należy również zaznaczyć, że trudno wyrazić wiarygodną opinię o danym zapachu, kiedy w jakiś sposób towarzyszy nam pięć innych. ;) Dlatego najbezpieczniej jest testować na raz jedną, dwie lub ostatecznie trzy wonne mieszanki. ;) A i tak „globalnie” możemy wówczas ocenić tylko jedną. Mam co prawda szczęście posiadania wytrzymałego na rozmaite węchowe bodźce nosa, mogę jednego dnia przewąchać nawet dwadzieścia zapachów i w dalszym ciągu wyczuwać między nimi nawet drobne różnice, jednak w życiu nie przyszło mi do głowy, by z takim bagażem woni zabierać się za opisywanie jeszcze innej. Trzeba odczekać przynajmniej jeden dzień. No właśnie...
Jak widać, napisanie recenzji wymaga czasu. Nie da rady tego wszystkiego zrobić w czterdzieści osiem godzin ani nawet w tydzień (szczególnie, kiedy jest się zapachową maniaczką, która nie wytrzyma z jednym pachnidłem tyle dni pod rząd ;) ). Jest to też jednym z powodów, dla których nie zabiegam o współpracę z perfumeriami czy dystrybutorami. Co prawda za większość próbek muszę płacić z własnego portfela (inne przesyłają mi nieocenieni Dobrzy Ludzie :* ) lecz dzięki temu unikam presji czasu, jaka nieuchronnie towarzyszyłaby recenzjom przedpremierowym. Chcąc być w porządku zarówno wobec siebie, jak i Was, nie dążę do minimalizacji nakładów kosztem rzetelności testów. :)
Od tego wszystkiego istnieje wszakże jeden wyjątek: krótkie opisy, które nazwałam impresjami. „Impresja” znaczy „wrażenie” i tym właśnie jest. :) Krótkim, najczęściej spontanicznym zbiorem ulotnych myśli na temat niemal-gargantuicznej, wciąż rosnącej ilości próbek czy odlewek. Impresje mogą wynikać zarówno z testów pełnowartościowych, jak i z pojedynczego spryskania nadgarstka. Są w końcu głównie ulotnymi wrażeniami, lekkostrawnymi drobiazgami. Raczej inspirującymi zbiorami niepotwierdzonych faktów tudzież wyobrażeń aniżeli poważnymi, przemyślanymi opiniami.

Jednak trzon mojej blogowej działalności z pochopnością sądów nie ma wiele wspólnego. I nie sądzę, by towarzyszyła ona pozostałym uczestnikom pachnącej blogosfery. :)
___
Dziś Black Orchid od Toma Forda. Ale piękne w tym upale!

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://scentsa.wordpress.com/2011/01/25/scents-of-the-season-for-allure-magazine/
2. http://m.inmagine.com/image-tt0146930-young-woman-testing-perfume.html
3. http://undinaba.wordpress.com/2012/03/05/deja-vu-e2-huge-floral-vs-abstract-floral/
4. http://www.perfumepower.co.za/blog-38/fragrance-festivities

piątek, 17 sierpnia 2012

Nie traktujmy siebie zbyt poważnie!

Tak właśnie musiał myśleć Brent Leonesio, kiedy pracował nad kadzidlanym odcinkiem swojej Smell Bentowej serii. [Inna sprawa to wrażenie, że takowa maksyma zdaje się być mottem przyświecającym wszystkim pachnidłom od Smell Bent; szczególnie, kiedy obejrzy się promujące je rysunki. ;) ]


Nie inaczej musiało być z pachnidłem utworzonym na bazie, przeżywającego akurat szczyt swej globalnej perfumeryjnej popularności, kadzidła. W wydaniu luzackiej marki Smell Bent noszącego nazwę Incensed. Przyjaznego, słodziutkiego, olibanowo-mirrowego. Rzymskokatolickiego.
Nie tak wyraźnego, jak w przypadku Avignonu czy Cardinala, było nie było perfum poważnych i wyważonych. Nie tak czystego, jak Rock Crytal ani tak ziołowo silnego, jak Incensi Villoresiego czy Incense Extrême Tauera. Nic z tych rzeczy. Incensed to kadzidło jasne, przyjazne całemu światu, młodzieńcze (chwilami przez swoją słodycz nawet dziecięce).
Wyraziste, budzące skojarzenia tak oczywiste, jak to tylko możliwe a jednak zawierające w sobie niemały ładunek wesołej łagodności, może nawet kapkę zgrywy...? Lub kilka kapek? ;) Rzecz nieczęsta w przypadku pachnideł kadzidlanych, często interpretowanych z szacunkiem i dosłownie.
Takie kadzidło na Prima Aprilis. ;)

Co ma swoje zalety, niemałe ale też i kilka wad.
Zaletą jest niewątpliwie niekonwencjonalne potraktowanie tematu, zerwanie z poważnym wizerunkiem podstawowego składnika, a raczej z przepuszczeniem go przez sito satyry, ożywczej i wnoszącej nową jakość, odbrązawiającej szlachetny monument niczym wąsy domalowane Monie Lisie. [chyba kiedyś użyłam już takiego porównania..?]. W takim przypadku nie mogę nie docenić sympatycznej mieszanki żywicznych grudek z waniliowym budyniem, w którym unurzano gęste, szare smugi kadzidlanego dymu (wiem, że fizycznie jest to niemożliwe; i co z tego?). Takie bezczelne, rozbrajające pomieszanie Wysokiego z Niskim. Walka postu z karnawałem w praktyce. :)
Swoją drogą, chciałabym poznać Encens et Bubblegum od ELdO, które wydaje się być kuzynem omawianego aromatu.

Lecz dokładnie to, co uważam za zdecydowaną zaletę Incensed, okazuje się także jego największą wadą. Ponieważ wychodzi na jaw, że na dłuższą metę pachnidło męczy. Denerwuje swoją nieokreślonością. Czegoś mu brakuje, ponieważ nie wyczerpuje znamion ani grupy gourmand ani drzewnej. Nie cieknie przy nim ślinka (choć wanilii weń od groma i więcej) ani nie pogłębia mało "dziewczyńskiej" części swojego charakteru. Nie pomagają nawet przebłyski ostrego sandałowca, gorzkiego drewna tekowego (lub dębiny) ani oleista gładkość gwajaku. Wszystko utrzymane jest w stanie idealnej równowagi, szalone, nieco ociężałe. Statyczne, gdyż sprawiające wrażenie sytuacji bez początku ani końca.
A przecież karnawał nie bez przyczyny trwa maksymalnie dwa miesiące!

Incensed nie jest złe, jest tylko nużące. A do tego przypomina mi Kadzidło od Matthew Williamsona.

Mimo wszystko chciałabym z całego serca podziękować Lorienie za próbkę tego zapachu. :*

Rok produkcji i nos: 2009, Brent Leonesio

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; dosyć statyczny, choć zauważalny. Na wszystkie okazje.

Trwałość: znam tylko wersję wodną, która wytrzymuje do pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-waniliowa


Skład:

kadzidło frankońskie, mirra, wanilia, nuty drzewne
___
Dziś Attar Al Mohabba for Men od Rasasi. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.thegreenhead.com/2012/07/dynamite-incense-holder.php

czwartek, 16 sierpnia 2012

Wszystkie nasze obsesje

Zapachy piękne i z tradycjami nie mają łatwego życia. Aby utrzymać sprzedaż na zadowalającym poziomie ciągle ktoś grzebie w ich pierwotnej recepturze, bez skrępowania zmieniając składy i proporcje. Pomijając fakt, że oczywiście rozumiem takowe praktyki (bo co tu jest do nie-rozumienia?), chciałabym przy okazji zaproponować jeszcze coś: może by tak napisać na nowo Iliadę i Odyseję, dziś już niemożliwie zetlałe ramoty? Ba, nawet dwudziestowieczne Na Zachodzie bez zmian zdążyło już pokryć się patyną, może i z nim warto zrobić porządek? ;> Albo jeszcze lepiej: zabierzmy się za cały ten niemożliwy jazgot według Bacha i Vivaldiego, zróbmy porządek z paskudztwami pędzla Goyi, z chlapaniną Moneta oraz koślawcami Picassa! Kto to dzisiaj lubi?! Przecież to już od dawna się nie sprzedaje! ;] Prawda?
Prawda?
Niech żyje postęp! Postęp i marketing.

Moje rozgoryczenie bierze się z faktu, że w cieniu reformulacji Chanelowej Piątki oraz Dolce Vita Diora dokonano "unowocześnienia" klasycznej Obsession od Calvina Kleina. Co prawda nie jestem pewna równoległości tych procesów, jednak wiem, że przeprowadzono je w przeciągu dwóch lat. A wszystko po to, by nie wypaść z gry, nie dać się pokonać młodzikom, by przypodobać się pozbawionym własnego gustu konsumentom. Czyż brzęk i szelest nie są warte tego, by podpisać jeden maleńki cyrografik? ;>
Za tę cenę bez żalu namieszamy w głowach wieloletnim, oddanym fanom danej kompozycji. A później, do spółki z wielkimi perfumeriami, ewentualne pretensje klientek zwalimy na przemysł podróbkowy. ;) Beedzie doobrze, Panie!


Tak więc dokonano zmian w recepturze Obsession, niegdyś zapachu gęstszego, bardziej balsamicznego i miękkiego, dziś suchego i krystalicznego. Nadal ciepłego i orientalnego, owszem, jednak oczyszczonego z dotychczasowego przyjaznego, błogiego mroku. Dawna wersja Obsesji dosłownie zwalała z nóg, stając się tym samym perełką w olfaktorycznej kolekcji Kleina. To, co obecnie stoi na półkach perfumerii nadal nie jest złe, pozytywnie odróżnia się od nijakich klonów płytkiej Euphorii tej samej marki [i już  wiemy, jaki kierunek obiera CK], jednak nie zmienia to faktu, że nastąpiła zmiana na gorsze.

Jeżeli jednak nie będziemy porównywać, tylko przyjmiemy obecną wariację na temat Obsession z całym dobrodziejstwem inwentarza, czeka nas przyjemna niespodzianka. :)

 Można wówczas przyjąć, że pachnidło zmieniało się wraz ze światem, nadal jednak cechuje je niby-egzotyczne (a w istocie bardzo euroatlantyckie) bogactwo, charakterystyczna, przyjemna głębia płynąca z akordów gorących oraz aksamitnych.

Pachnidło gładko zlewające się z naturalnym ciepłem ludzkiego ciała, płynnie przechodzące do stanu niewymuszonej współpracy, właściwie symbiozy.
Z początku poreformulacyjna Obsession jest krystaliczna i przejrzysta, okalająca nosiciela grubym szalem z naturalnej, gryzącej wełny; a właściwie z łagodnie cytrusowych, mandarynkowo słodkich oraz bergamotkowo skórzanych, wspomożonych przez ziołową zieleń oraz kilka szczyp mieszanki orientalnych przypraw. Jest to całość jasna, nieco igiełkowa choć bez wątpienia gęsto utkana. Na pewno interesująca oraz wprawiająca w dobry humor, może nawet piękna?, jednak niekoniecznie w przypadku legendarnej Obsesji. Od niej wymagam dawnej wilgoci i wyrafinowanego światłocienia.

Lecz nie ma powodu do rozpaczy. Te składniki pojawiają się po chwili, kiedy woń przypraw się nasila a przyjemnie staroświecki sandałowiec z paczuli, rozwibrowaną, jasną kolendrą i bukietem upojnych, troszkę pudrowych kwiatów zapewniają upragnioną bujność. Obsession staje się wówczas dziełem nasyconym i już nie tak ruchliwym. Co mnie odpowiada nad wyraz. :) Powoli wraca wszystko to, za co przed laty pokochałam omawiane pachnidło. Pojawia się również podobieństwo do Must od Cartier, kolejna cecha charakterystyczne dawnej Obsesji.
Uff! Można więc odetchnąć z ulgą. Okazuje się, że zamach na Legendę nie był tak wielki, jak się obawiałam. Unowocześniono przede wszystkim otwarcie; tak, by zachęcić do zakupu wszystkie powoli dorastające miłośniczki tandetnej świeżości. ;) Mogło być dużo gorzej (jak w przypadku Piątki).
Ciąg dalszy na szczęście nie dołuje żadnymi poważniejszymi "innowacjami z bożej łaski".

W bazie Obsession w dalszym ciągu jest aromatem silnym, zauważalnym, głębokim oraz nasyconym orientalnym czarem. Dokładnie takim, jakie lubię najbardziej. Ciężkim. Zmysłowym. Pięknym.
Cielesno-drzewno-przyprawowym. Suchym lecz nie prostym. O wyraźnych akordach przypraw, klasycznych drzew, balsamów i żywic, paczuli oraz wetywerii, cywetu z szarą ambrą, przywołanych z oddali duchów staroświeckiego bukietu esencjonalnych kwiatów oraz wyszuszającego całość dębowego mchu; gdzie wszystko powoli zlepia się w jednolitą pastę, nasyconą aromatami swych elementów składowych.
I takie Obsession rozumiem! Takie mnie zachwyca.

Obecny rektor szkoły perfumiarzy Givaudan zaliczył mocny, naprawdę świetny debiut. :)

Rok produkcji i nos: 1985, Jean Guichard

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, jednak współcześnie mam go raczej za spokojny uniseks (z niewielkim tylko przechyłem w damską stronę). O dużej mocy oraz sillage z czasem coraz mniejszym acz nigdy nie znikającym całkowicie. Na wszelkie okazje.

Trwałość: od dziesięciu godzin do blisko doby (wersja przedreformulacyjna upalnym latem)

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cytryna, akord zielony, bazylia
Nuta serca: kolendra, akordy przyprawowe, jaśmin, róża, kwiat pomarańczy, drewno sandałowe, drewno cedrowe
Nuta bazy: ambra, wanilia, cywet, wetyweria, paczuli, piżmo, mech dębowy, kadzidło
___
Dziś Truth or Dare od Madonny. ;)

P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://yourchicisshowing.com/2012/06/13/just-one-thing-calvin-klein-obsession/