piątek, 30 grudnia 2011

Mija kilka dni i znów składamy sobie życzenia

Jako, że jutro nie będę miała okazji, życzenia noworoczne chciałabym złożyć Wam już dzisiaj. :)


Tak więc: w chwili, gdy stary rok nie powiedział jeszcze ostatniego słowa...


...życzę Wam udanego Sylwestra spędzonego w najmilszym gronie,


szampańskiej zabawy (w ścisłym tych słów znaczeniu :) ),


a jeśli przypadkiem urządzacie szaleństwa po własnym dachem życzę, aby pierwszego stycznia ominął Was taki oto widok:


Szczęśliwego Nowego Roku 2012! :)



[i oby starożytni Majowie się mylili ;) ]
___
Dziś noszę Perles od Lalique.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.liveinternet.ru/users/larirka/post198115926/
2.http://lovesrobots.blogspot.com/2010_12_01_archive.html
3. http://bobbinsandbombshells.blogspot.com/2010/12/mid-week-inspiration-plans-for-new.html
4. http://www.thevintagewife.com/2011/01/01/2011-resolutions/
5. http://oldecrowprimitives-janet.blogspot.com/2011/12/happy-new-year.html

czwartek, 29 grudnia 2011

Jaśmin cokolwiek egocentryczny ;)

Skusiłam się na recenzję chyba jedynego, sądząc po spisach opinii "konkurencji", zapachu z Lustrzanej serii Muglera, który dostępny jest w Polsce. Mam tylko nadzieję, że nie opisujemy zawartości jednej i tej samej próbki. ;) Miroir des Envies, Zwierciadło Zachcianek, czyli skrzyżowanie Aliena z... czymś innym. :)


Z czym? Właściwie trudno powiedzieć. Wiem jedynie, jak dokładnie przemyślany, wręcz wystylizowany to zapach. W jego ramach nie ma miejsca na niespodziankę, żadne niedociągnięcia czy przerysowania; wszystko ma być na tip-top. Co jednak nie znaczy, że kompozycja nie należy do ciekawych. :) Wprost przeciwnie: może nie poszerza horyzontów, za to nosi się ją bardzo przyjemnie. A i na szczyptę dziwactwa znajdzie się miejsce. Lecz o niej w swoim czasie.

Na co jeszcze nie można narzekać, to wysoka jakość składników. Może niekoniecznie naturalnych, za to złączonych w miksturę finezyjną, wymyślną, o szerokim stadium tolerowalności, w pewnym stopniu nawet snobistyczną (ograniczona dostępność to jest to! ;) ). Dzięki nim otwierający kompozycję jaśmin, najpierw subtelny, miękki, niczym waniliowa chmurka, apetycznie delikatny stopniowo zyskuje na sile, ciemniejąc i ujawniając odrobinkę ze swego przyrodzonego okrucieństwa. I to właśnie jest kopiowanie "efektu Aliena", szczęśliwie nie zawsze rażące dosłownością.
Zaś jeszcze później aromatyczne kwiecie mięknie, ścieląc się gładko na czymś przymilnym, słodkim. Z dna odbija się i szybuje ku szczytowi piramidy akord jadalny, maślano-biszkoptowy, herbatnikowy a może drożdżowy...? Na takim tle, nadal szykownym jak również małokalorycznym, wystudiowanym, jaśmin odzyskuje odcień wyrazisty, znacznie pikantniejszy niż zazwyczaj.
Jest kuszący, interesujący, acz nie zawsze apetyczny. Niczym lody podawane w laboratoryjnej menzurce: w myśl idei, że za grzechy (przeciw Świętemu Kaloriusowi) trzeba zapłacić.


Za to później niejednoznaczna słodycz cichnie, jaśmin zasycha. A kiedy jest już suchy - schnie jeszcze bardziej. :) Jego soki nadal są wyczuwalne bez najmniejszego problemu, jednak przesuszenie postępuje aż do nuty, której żadnym sposobem nie da rady nazwać "konwencjonalną": oto woń rozgrzanego żelazka.
Czyli mamy niszowość pełną gębą. ;) [mimo, że samą linię Miroir Miroir klasyfikować należy jako butikową] Choć czy na pewno? Ostatecznie kompozycja okazuje się bardzo noszalna, dosyć konwencjonalna, bez trudu zyskująca uznanie nawet najzwyklejszych nosów. ;) A trzeba Wam wiedzieć, że diagnoza dotyczy także "gorącego żelazka", które nie sprawia problemów z identyfikacją. [w pewnej chwili usłyszałam nawet: "Ojej! Pachniesz żelazkiem! Ale pięknie..." :O ;) ]

Cóż, nie sposób ukryć, że fascynuje mnie ta nuta. :) Jest tak dziwna, a przy tym wdzięczna, ułożona ze składników raczej mało rewolucyjnych, bezpiecznych w perfumiarstwie głównego nurtu, iż z miejsca zyskuje sympatię. Szczególnie, że jaśminowa, delikatnie cukiernicza słodycz cały czas tkwi gdzieś na granicy zauważalności, nienazwana, a jednak wyczuwalna dzięki intuicji, prosta. Pojawia się nawet Alienowy plastik czy też "mój" papier czerpany nasączony jaśminowym absolutem, gęsty ale przejrzysty, jasny chociaż ciemny.
Najwyraźniej lubię jaśmin w interpretacji perfumiarzy Muglera. ;)

Dlatego Zwierciadło Zachcianek przypadło mi do gustu; lecz co w tym dziwnego? Kto oparłby się takiej nazwie? ;) Jest piękne, stworzone ze smakiem i znawstwem, może nawet przeestetyzowane. Snów nie burzy, za to przyjemnie jest wiedzieć, że gdzieś tam sobie istnieje i w każdej chwili mogę je mieć, jeśli najdzie mnie ochota.
Aktualnie nie nachodzi. W tej chwili mam jeden perfumowy jaśmin i dobrze mi z nim. :)


Rok produkcji i nos(y): 2008, Christine Nagel oraz Louise Turner

Przeznaczenie: teoretycznie kobiecy, choć "gorące żelazko" umożliwia testy także Panom. :) O typowo Muglerowej mocy oraz na wszelkie okazje.

Trwałość: kilkunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

jaśmin, skóra, akordy jadalne
___
Dziś noszę Sarrasins (czyli jeszcze inny jaśmin ;) ) od Lutensa.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://veganyumyum.com/2007/04/lavender-shortbread/
2. http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/northamerica/usa/7880885/Man-held-mother-hostage-for-not-ironing-clothes.html

środa, 28 grudnia 2011

W kilku zdaniach - raz jeszcze

Słodkie, kobiece, urocze - ot, pachnidła jakich wiele. Z jednym wyjątkiem. A na koniec refleksja.
Do rzeczy:

Boucheron, B

Niewinny, gładki, "śliczny, liryczny i apetyczny..." ;) Jassne.
Pudrowe, słodko-kwiatowe pachnidełko, dosyć banalne, a z pewnością bezpieczne. Dla osób, które boją się zwrócić na siebie uwagę. Mimo to jestem w stanie zaakceptować B w swoim otoczeniu, zapewne z powodu głębokiej nuty paczulowo-przyprawowej na śmietankowym stelażu, dzięki którym bibułkowa różyczka unika styczności z szalejącą groteską upupionej kobiecości.

Skład:
różowy pieprz, osmantus, róża, kwiat pomarańczy, paczuli, drewno cedrowe, drewno sandałowe


M.Micallef, Special Edition

A otóż wspomniany wyjątek [nie na tyle jednak, by doczekał się indywidualnej recenzji]: wszechstronne, słodko-owocowe, wwiercające się w nos nowoczesne aldehydy, inaczej limitowanej wody od Martine M. nie potrafię określić. :) Te "nowoczesne aldehydy" przyplątały się do mnie i twardo siedzą gdzieś w zwojach mózgowych i za nic sobie mają spisy nut, w myśl których winnam oczekiwać raczej ozonowo-kfiatuszkowego banału. Tymczasem nic z tego! :)
Trwałość średnia, emanacja zaskakująco pozytywna, całość w bazie leciutko pudrowa, miękko-orientalna, skrystalizowana w cukier ale wciąż daleko - choć wyraźnie - skoligacona z dawnymi klasykami.
Ogólnie duży plus. :)

Skład:
czerwone owoce jagodowe, jabłko, melon, woda różana (to wyjaśnia cukier), róża, drewno sandałowe, piżmo


Valentino, Rock'n'Rose

Nieco wyżej wspomniałam o upupionej kobiecości: oto ona w pełnej krasie.
Śliczna, słodka dzieweczka po lobotomii wspartej kilkuletnią kuracją elektrowstrząsami: gwarantuję, że jej piękna główka (tudzież reszta ciałka) już nigdy nie skala się ani myślą, ani działaniem. Niczym gumowa lala z otwartymi ustami, tyle że ciepła i elastyczna. ;>
Tych, którzy ją tak urządzili najchętniej widziałabym wysmarowanych świńską krwią oraz porzuconych nago w piwnicy pełnej wygłodniałych szczurów. Co i tak nie byłoby wystarczającą karą: może przedtem jakaś mała kastracyjka? ;>

Okej, już poskramiam krwiożercze zapędy. Po prostu nie rozumiem, jak można było wmówić w kobiety, że są tak niewiele warte, że nie mają własnej siły ni własnego głosu? Że powinny zachwycać się leciuśkimi perfumikami, już na starcie pomyślanymi jako tanie, badziewne ochłapy, bezczelnie jawny sposób na złowienie frajera?
Plastik, papier i tanie barwniki. Troszkę słodyczy, pudru i pseudo-kwiatów rodem z nagrobnych bukietów, nic takiego. Konstrukcja Rock'n'Rose obraża podstawowe skojarzenie z nazwą oraz tytułowe kwiaty.
Nigdy więcej.

Skład:
bergamotka, czarna porzeczka, gardenia, kwiat pomarańczy, konwalia, róża, heliotrop, wanilia, piżmo, drewno sandałowe, inne nuty drzewne


Van Cleef & Arpels, Oriens

Czas uspokoić trochę rozedrgane nerwy. ;)
Przesympatyczny twór spod znaku jubilerów znanych z dobrej ręki do pachnideł na taką okazję nada się znakomicie. :) Nawet jako kolejne wcielenie paczulowej oranżadki, mrocznych czekoladowo-owocowych landrynek, słodkich jak-nie-wiem-co.
Myślę, że ujął mnie jako kolejny nowoczesny, a więc tradycyjnie smakowity, szypr, utkany na bazie malin, porzeczek, jaśminu oraz słodkiego paczuli, którego występowanie już dawno przestało ograniczać się do Angela. Ponadto wyczuwam soczysty ozon, słodkie płatki gardenii a w bazie pobrzmiewa cukierniczy (chociaż pełen wystudiowanego uroku) nugat. Ładny z cukrowym paczuli i bukietem laboratoryjnych kwiatów.
A ponadto dosyć trwały.

Skład:
mandarynka, czarna porzeczka, malina, jaśmin, konwalia, nuty wodne, nuty słoneczne (hę?), białe drewno (?), drewno sandałowe, paczuli, wanilia, pralinki, ambra


Na koniec zaś obiecana myśl.
O erotyce w reklamie powiedziano, napisano, wygłoszono i wykrzyczano już bodaj wszystko. W tej chwili chcę jedynie dorzucić mały kamyczek do feministycznego ogródka. Zastanawiam się, kto w zamyśle ma kupować takie na przykład Rock'n'Rose? Mężczyźni swoim kobietom? Kobiety homoseksualne sobie lub swoim partnerkom? A może uzależnione od lektury portalu Pudelek bądź gazety Party dziewoje, trawione zazdrością o wyfotoszopowane ciała celebrytek?
Czyli: do kogo właściwie skierowany jest plakat promujący mizerię Valentino?
I że co? Goła dupa wszystko sprzeda?

Jeśli tak, domagam się większej ilości nagich męskich ciał w reklamach perfum dla panów! Hej, co jest? Golizna rodem z M7 YSL czy Ikona Zirh to stanowczo za mało! :))
Gimmie more! :D
___
Dziś noszę wspomniane Special Edition.

wtorek, 27 grudnia 2011

W dzień Bożego Narodzenia


...a właściwie w Wigilię tegoż, na Zachodnim Brzegu Jordanu, w palestyńskim mieście Betlejem ulice wypełniają się tłumami mieszkańców, pątników oraz zwykłych turystów. Z całą pewnością nie sposób znaleźć ani jednego miejsca w najmniejszej nawet gospodzie. ;) Czyż to nie ironiczne? ;>
Wszyscy oczekują na kulminacyjny moment obchodów tego, chrześcijańskiego przecież [a czczonego w muzułmańskim głównie mieście], święta: Paradę Bożonarodzeniową.
Drobni handlarze, harcerze, uczniowie przejdą w głośnym i radosnym pochodzie ulicami miasta otoczonego wysokim na osiem metrów, betonowym murem, przez władze Izraela zmienionego w swego rodzaju getto [po raz kolejny pytam: czyż to nie ironiczne? ;> ].
Trudno dziwić się, iż cała społeczność tak przykłada się do uświetnienia okazji, która przyciąga do ich miasta tysiące turystów, którzy przecież muszą gdzieś spać, coś jeść i w ogóle czuć się możliwie najbardziej komfortowo. Rozumiem to, a nawet w pewien sposób podziwiam. Interesujący przykład życiowego pragmatyzmu i to z kilku co najmniej powodów. Lecz roztrząsać ich nie mam zamiaru; kto zechce, domyśli się na własną rękę. :) Interesuje mnie ogólne skojarzenie z Paradą, które w mojej głowie zaczęło krystalizować się po obejrzeniu pewnego telewizyjnego dokumentu.


The Frankincense Trail, Kadzidlany Szlak, zrealizowany dla BBC Two i z pewnością znany każdemu miłośnikowi perfum. :) Jasne, że oglądałam go dzięki uprzejmości pewnego wielce użytecznego portalu przeznaczonego do zamieszczania własnych filmów. I nie mam z tego powodu wyrzutów sumienia. :) Innej możliwości zapoznania się z serią nie miałabym nigdy. W życiu.
Dlatego też obejrzałam ją z wdzięcznością i zainteresowaniem. Pomysł zderzenia zachodniej kobiety z patriarchalną i mocno schematyczną kulturą Półwyspu Arabskiego (co szczególnie jaskrawo przedstawiało się w odcinku o Arabii Saudyjskiej) wydawał się odważny. Lecz wysokie standardy BBC oraz profesjonalizm i klasa Kate Humble, bohaterki i narratorki w jednym, umożliwiły bezpieczne przepłynięcie między wszystkimi rafami.

Być może z racji nagromadzenia kilku mocnych skojarzeń Opus V od Amouage splótł się w mojej głowie z innym genialnym dziełem marki z ojczyzny kadzidła frankońskiego, Jubilation XXV.
I dlatego, wkrótce po początkowym akordzie chłodnego, maślanego irysa w ostatniej póki co części serii Library Collection główną rolę gra składnik, o którym wszelkie spisy nut uparcie milczą: kadzidło.


W pierwszej chwili, a właściwie chwilce dominuje akcent zimnego irysa. Wspominanej tu i ówdzie marchewki nie czuję; to po prostu ostry, krystalicznie-oślizły, sangwiniczny irys. Obiektywnie interesujący, subiektywnie obrzydliwy, odrzucający [i to pomimo zwalczonej niedawno mojej niechęci do wspomnianej nuty], zbyt prosty, zbyt minimalistycznie ś w i e ż y. ;)
Jak to dobrze, iż cała ta paskudność znika po minucie do trzech, zastąpiona przez irys nadal zimny i dosyć obły, lecz już znacznie suchszy, bardziej plastyczny, okraszony miękkimi nutami przypraw. W miarę upływu czasu główna nuta, już nie zimna lecz chłodna, wysmakowana, stopniowo usuwa się w cień, zastępowana przez dymy oraz surowe żywice.

Drewno sandałowe, olibanum, łagodne przyprawy oraz wątły cień irysowego mydełka mieszają się z oudem dziwnym i nad wyraz skromnym. Ponieważ trwa gdzieś z boku, na stronie, spokojnie tworząc dystans, do czego - rozbestwiona wszechwładnymi kompozycjami Montale - przyzwyczajona nie jestem. :) Czasami zastanawiam się, czy za ów miks korzeni z kadzidłem odpowiada irys ze wstydliwym oudem, podparte plastycznym, sypkim cywetem; spis nut każe przychylać się do tej wersji. Sęk w tym, że nie jest zbyt wiele warta, skoro wpadłam na nią dopiero po lekturze nut. :)
Tak więc karty rozdają irys, kadzidło, bliżej niezidentyfikowane przyprawy korzenne oraz delikatne tchnienie cywetu. (delikatny cywet, macie pojęcie?) Proste, estetyczne, z klasą.
Opus Piąte stanowi doskonały przykład dzieła bogatego, orientalnego w sposób nietypowy, przekornie zimnego dzięki pobrzmiewającej do końca nucie igiełkowatego irysa.
W sam raz dla mnie, gdyby nie irytujące otwarcie.

Ciekawy debiut twórcy w świecie "typowej" niszy [choć przecież szlagierowe kompozycje z wyraźnym, oryginalnym charakterem to jego numer popisowy].
Zaś dla ciekawych mam pierwszy odcinek Szlaku Kadzidlanego:


Ciąg dalszy na stronie z YT. Miłego oglądania! :)



Rok produkcji i nos: 2011, Jacques Cavallier

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o dość dużym sillage oraz "stopniu angażowania otoczenia". ;) Cóż, Amouage... :) Na dowolne okazje, byle w dużych pomieszczeniach.

Trwałość: od przeszło dziesięciu godzin do blisko doby

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: irys, rum
Nuta serca: jaśmin, absolut irysowy, róża
Nuta bazy: cywet, oud, nuty drzewne
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.israelnewsagency.com/bethlehemchristmasmassisraelpalestinelivevideo48771223.html
2. http://english.peopledaily.com.cn/90001/90783/91321/6852068.html
3. http://www.dawn.com/2011/12/26/no-room-at-the-inn-as-bethlehem-celebrates-christmas.html

niedziela, 25 grudnia 2011

Choinka przyśniona

Z mojego dzisiejszego snu zapamiętałam tylko przedziwną mieszankę historii o starożytnych i współczesnych niewolnikach. Oraz choinkę, malowaną zielonym tuszem na karcie pergaminu. To był pokręcony sen.
Lecz przynajmniej przywiódł mi na myśl zapach gorący, żywiczny, leśny oraz - przerysowany do granic: Pino Silvestre Classico.


Prawdę mówiąc, wyrazu "przerysowany" użyłam w niewłaściwym kontekście. Ponieważ Classico, znany też jako Original, to sosna przemożna, zimno-ciepła, obłędnie aromatyczna; pełna swoistego wdzięku, a jednak niewiarygodna. Gdybym chciała szukać autentycznej woni lasu, musiałabym doznać zawodu. Omawiana woń jest na to zdecydowanie zbyt ciepła, utopiona w rudym proszku korzennym; mimo wszystko powstała w czasach, kiedy naśladowanie natury nie było priorytetem sztuki perfumeryjnej. [Właściwie ideałem byłaby sytuacja, w której to przyroda naśladuje sztukę, pozwalając człowiekowi dowolnie się modyfikować. ;> ]

W Classico dominującą nutą jest oczywiście chłodne, przesycone żywicą, lekko klejące igliwie aczkolwiek przedstawione w sposób ewidentnie syntetyczny, przekornie wystylizowany. Być może z tego powodu nie drażnią mnie akcenty jałowca, ziół, przypraw i geranium. Całość okazuje się przemyślana, choć pozbawiona cienia wirtuozerii, staranna, ale nie-dystansująca. Zwykła, codzienna, do noszenia. :)
Niekonwencjonalna i bezpretensjonalna (jakkolwiek pretensjonalnie to brzmi ;) ).
Zapach jasny choć czuję, że gdzieś tam, tuż pod powierzchnią, czai się komplikująca banał ciemność.


Ujawnia się w głębi suchego cedru, słodko-pikantnych drzewnych igłach, ciemnych przyprawach, z których najważniejsze to cynamon oraz kminek a nawet cichutkie widmo kadzidlanego dymu. Zakłóca je wątły acz wysmakowany, optymistyczny dodatek słonawej, lekko skórzanej bergamotki z geranium i eteryczną lawendą.
Z czasem drzewno-ziołowo-przyprawowej dosłowności ubywa, słonych nut pojawia się coraz więcej jednak daje się wyczuć akord miękkiej, zielonej słodyczy. To bób tonka, zręcznie podparty niecielesną ambrą i - dla kontrastu - ciepłym, przyjaźnie animalnym piżmem. W tle mamy pudrowe zioła, sosnowe gałązki oraz powracające jagody jałowca. Już spokojne, wyważone, optymistyczne w sposób raczej mało konwencjonalny.

Jako miłośniczka nurtu vintage jestem zachwycona. Jako przeciwniczka olfaktorycznego minimalizmu także. :) Jako osoba, dla której "naturalność sama w sobie" nie jest zaletą - tym bardziej. Podsumowując: Pino Silvestre Classico to przyjemna, bardzo życiowa, choć niedoceniana kompozycja. O przyzwoitej trwałości i mocy.
Zaskakuje użytecznością.
Ogólnie duży plus. :)

Rok produkcji i nos: 1955 (!), Lino Vidal

Przeznaczenie: w zasadzie uniseks ;) o nienachalnym sillage, a później bliskoskórny. W sam raz na dzień, choć nie jest to norma.

Trwałość: do ośmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna, bazylia, lawenda, jagody jałowca
Nuta serca: geranium, szałwia, goździk (kwiat), sosnowe szyszki, kminek
Nuta bazy: drewno cedrowe, mech dębowy, bób tonka, ambra, piżmo

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://matthewsalomon.wordpress.com/category/don-pagis/
2. http://www.treefullcommunities.com/company.html

Czym pachniała Wam Wigilia?

Jak w tytule: czym pachniał miniony wieczór, nawet, jeśli spędziliście go przed monitorem komputera, zajadając czipsy i popijając piwo? ;) Lub odpoczywając po białym szaleństwie.
W moim przypadku wybór był tematyczny: Messe de Minuit [na okoliczność powrotu ulubionego zmysłu ;) ].
I nie żałuję; śliczne, nieco demoniczne ziołowe kadzidło w takich chwilach sprawdza się idealnie.
___
A w tej chwili - znaleziony pod choinką Bal à Versailles marki Jean Desprez.


Byłabym zapomniała: w czasie świątecznego błogostanu nie zapominajcie o ...

sobota, 24 grudnia 2011

Szczęśliwych Świąt!


Życzę Wam wspaniałych, ciepłych Świąt oraz pogody ducha, niezależnie od aury za oknem! :)
Szczęścia, radości i wielu pięknych chwil, zdrowia i spokoju.


___
W tej chwili pachnę rybą. Szczupakiem konkretnie. ;)

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://www.christmasfiles.com/pic.php

piątek, 23 grudnia 2011

Syntetyki wprost z kroniki

"Jean des Esseintes, bohater [pewnej] powieści (...) i król ennui, nudy, intonuje hymn pochwalny na cześć [olfaktorycznej] sztuczności. Chodzi mu przecież o to, aby »abstrakcję natężyć aż do halucynacji, zaś na miejsce rzeczywistości umieścić sen o rzeczywistości«.
Des Esseintes staje się żarliwym rzecznikiem sztucznych surowców zapachowych, które od połowy XIX stulecia wnikają coraz natarczywiej do uprzednio w pełni naturalnego świata perfum, aby następnie, w początkach XX wieku, dokonać w nim rewolucji.


»Wyjąwszy jaśmin, którego naśladować nie sposób, który nie znosi żadnej kopii (...), wszystkie kwiaty są imitowane przez połączenia wyciągów alkoholowych i spirytusowych, wysysających z surowca wyjściowego to, co niepowtarzalne, zarazem dodając owo COŚ, ów dodatkowy ton, oszałamiający zapach, jedyny styl, który składa się na dzieło sztuki«.
Dzieje zapachów z retorty zapoczątkowano w latach trzydziestych minionego [czyli dziewiętnastego.. - przyp. WzP ;) ] wieku. Chemik niemiecki Eilhard Mitscherlich odkrył w 1835 roku nitrobenzol. Krótko po nim Liebig i Wöhler zaprezentowali benzaldehyd, imitujący aromat gorzkich migdałów; stał się on wnet głównym surowcem przemysłu perfumeryjnego.
Od tamtej chwili nie mijał rok, aby nie odkryto nowego syntetycznego surowca zapachowego. Poza fasadą świeżych, pozornie całkowicie naturalnych woni, najczęściej nie ma już nic prócz chemicznej formuły i bardzo skomplikowanej nazwy.
Tangerinol, na przykład, przypomina zapachem mandarynkę, oranil zastępuje pomarańczę, poiralyl gruszkę i daje bardzo owocową, zieloną nutę czołową. Rhumacetal naśladuje zapach rumu i likierów owocowych.
Od tamtej pory perfumy miały więcej wspólnego z czarnoksięską kuchnią alchemików, aniżeli z falującymi polami jaśminów z Prowansji.


W 1875 roku uzyskano możliwość wytworzenia łudząco autentycznej, sztucznej wanilii, będącej jednym z zapachowych składników jaśminu. W latach dziewięćdziesiątych chemik z Holtzminden Wilhelm Haartmann zarejestrował pierwszy patent fiołkowy, zaś w 1933 roku niejaki Ruzicka odkrył formułę zapachu jaśminu. On tez mniej więcej dziesięć lat wcześniej wynalazł użyteczną imitację piżma (...).
Perfum z zapachem lilii, hiacyntu, konwalii, fiołków czy bzu nigdy nie udało się stworzyć na bazie naturalnej z powodu niedostatku surowca. W takich razach chemia stała się niejako akuszerem natury.
odkrycie iononu w 1898 roku przez Tillmanna i Krugera wywołało prawdziwą rewolucję w perfumiarstwie. Dopiero bowiem za pomocą iononu, za smużką zapachu irysa i fiołka, możliwe stało się skomponowanie wielkich perfum, takich jak Violetta Vera Pivera i Origan Coty'ego (1905).

W 1868 roku Perkin odkrył kumarynę (...).
Jicky (wykreowane w 1889 roku przez Guerlaina) znalazły się - jako kompozycja z waniliny, kumaryny i linalolu - wśród najsławniejszych perfum z grupy fougères. Jednakże nawykłe do miłych woni kwiatowych ówczesne kobiety były nimi zaszokowane".

Andrea Hurton, Erotyka perfum czyli tajemnice pięknych zapachów, przeł. Michał Struczyński, Warszawa 1994, s. 122-125.
___
Dziś Opus V od Amouage.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.nytimes.com/2006/08/27/style/tmagazine/t_w_1532_1697_face_perfume_.html?_r=1&adxnnl=1&adxnnlx=1324651774-iKJCoXq+TR7nSXIzJdafKw
2. http://aromierotici.blogspot.com/2011/01/guerlain-jicky-extrait.html

czwartek, 22 grudnia 2011

Baudelaire


Oddźwięki
Charles Baudelaire


Natura jest świątynią, kędy słupy żywe
Niepojęte nam słowa wymawiają czasem.
Człowiek śród nich przechodzi jak symbolów lasem,
One mu zaś spojrzenia rzucają życzliwe.


Jak oddalone echa, wiążące się w chóry,
Tak sobie w tajemniczej, głębokiej jedności,
- Wielkiej jako otchłanie nocy i światłości -
Odpowiadają dźwięki, wonie i kolory.


Są aromaty świeże jak ciała dziecinne,
Dźwięczne i niby łąki zielone: są inne
Bogate i zepsute, silne, triumfalne,


Które się rozlewają w światy idealne,
Jak ambra, benzoina, jako piżma wonie,
Gdzie duch przenika zmysły i wzajem w nich tonie.

przeł. Maria Leśniewska
___
Dziś Alliage od Estée Lauder (i nawet troszkę czuję! :) ).

P.S.
Ilustracja wzięta z http://perfumeshrine.blogspot.com/2011/04/perfume-and-perfumed-when-icon.html

wtorek, 20 grudnia 2011

Miało być inaczej

Miałam w planach mini-cykl przedświątecznych recenzji zapachów, których nazwy celowo pomijam. Ich czas przyjdzie kiedy indziej, trudno.
Przyczyna jest prozaiczna:


Dopadła mnie największa zmora każdego miłośnika perfum: katar. Co ma pewne plusy w postaci uodpornienia na przykrą woń środków domowej czystości. ;)
Jednak nie zmienia to faktu, iż mój nos zastrajkował. I aż do Bożego Narodzenia recenzji nie przewiduję (choć może uda się wrzucić w Sieć to i owo :) ).

Do najbliższego spotkania!
___
Dziś Mora Bella marki Comptoir Sud Pacifique, choć nie wiem, po co.

P.S.
Ilustracja pochodzi z
http://www.moneysavingmomcanada.com/2011/08/reactine-benedryl-printable-coupons.html

sobota, 17 grudnia 2011

W kilku zdaniach i na szybko

Jak w tytule. Bo chcę (pisać) i nie chcę (marudzić).

Fridge by yDe, Don't Follow Me...

Spokojnie, nie zamierzam. ;)
Jedna z pierwszych polskich marek perfumiarskich, niszowo-organiczna Fridge powoli nabiera rozmachu. Póki co zamierzam zająć się ich wcześniejszymi kompozycjami.
Nie śledź mnie w zamierzeniu ma być afrodyzjakiem. Nie wykluczam, choć na pierwszy rzut oka (nosa?) trudno w to uwierzyć. Lecz ostry, wilgotny i ciemny przyprawowiec potrafi wykrzesać z siebie taką moc, że pewnie starczyłoby jej na kilka przyjemnie spędzonych godzin... :)
O ile nie przeszkadza nam kminkowa "stara szmata", wypływająca coraz to z paczulowo-wetyweriowych oraz korzennych odmętów.
Moc ograniczona, trwałość też czemuś nie zachwyca. ;)

Skład:
bergamotka, róża, goździk, kminek, drewno sandałowe oraz "egzotyczny rzadki kwiat, którego nazwy niestety nie zdradzimy bo to tajemnica yDe...." [tiaaa]


Fridge by yDe, Lost Passenger

Romantyczna nazwa dla przyjemnego pachnidła.
Suchy, słoneczny, nieco kwaskowaty wetyweriowiec dla "nowoczesnych romantyków". :)
Pozornie chłodny i wycofany, ale kiedy się wwąchać.. Wówczas ukazuje się przyjemne paprociowo-szyprowe serce, ze skórzaną bergamotką i lekko pikantnym cedrem; chwilami nawet daje się uchwycić wątłego słodkiego ducha [zgodnie z tekstem promocyjnym, który przeczytałam dopiero teraz, co piszę dla jasności].
Bardzo przyzwoite, dosyć bliskie skórze pachnidło. Wysokiej klasy, choć niekoniecznie oryginalne.

Skład:
czarna porzeczka, wetyweria, wanilia, drewno cedrowe, mech dębowy


José Eisenberg, J'Ose

Lawenda, kawa, łagodne nuty drzewne, ambra. Coś Wam to przypomina? Szczególnie zestawienie kawy z lawendą? ;) New Haarlem szczęśliwie jest nieco bardziej dosłowny i skreślony inną ręką. J'Ose, mimo że zdaje się pełnymi garściami czerpać z przyjemnie relaksujacej kompozycji, i tak trafia w mój gust. Słodko jesienny, łagodnie orientalny, chwilami tytoniowo zielony, z niezbyt potulnym charakterkiem - staje się wymarzonym zapachem na ponure, słotne i wietrzne dni. Tak myślę.
Niespecjalny sillage oraz spokojna, kilkugodzinna trwałość tylko utwierdzają pozycję J'Ose jako "bezpiecznie niekonwencjonalnego" towarzysza na nudny dzień w pracy oraz szalony wieczór wśród roztańczonych przyjaciół. Na przykład. :) Dla obu płci.

Skład:
cytryna Amalfi, mięta (?), bylica, lawenda, kawa, drewno cedrowe, siano, paczuli, ambra, piżmo


Valentino, V

Rety, co za nudy! O V piszę tylko dlatego, że próbka dosłownie wpadła mi w dłoń podczas wieczornego grzebania w pudle. ;)
Oto, Drodzy moi, czysta, cicha, idealnie przezroczysta nuda. Kolejny zapach, który powstał nie-wiadomo-dlaczego, a jeszcze doczekał się dwóch wariacji (trzech, jeśli liczyć V pour Homme). Słodkie owoce z probówki, równie bezczelne erzace kwiatów na taniodrogeryjnej paście przypominającej najbardziej romantyczne sny niezapomnianej Heli, żony Mariana z cyklu skeczy kabaretu Koń Polski ["Marian, kochasz mnie jeszcze?" "... ... ... Nnooo." ;D ]. Pasta owa jest jasna, pseudoorientalna, słodziutka bez przesady, płaska. Tak musi pachnieć w domu Mostowiaków w Grabinie. ;>

Skład:
mandarynka, grejpfrut, liście porzeczki, gruszka, frezja, pomarańcza, frangipani, róża, drewno cedrowe, drewno sandałowe, wanilia, piżmo, ambra
___
Rano była Special Edition marki M. Micallef a teraz.. Heat od Beyoncé. I jest przyjemnie. :)

piątek, 16 grudnia 2011

Idealna świeżość - popiół i kurz

Naszło mnie na recenzję zapachu ziemi. A właściwie Ziemi. Gorącej, chwilami zimnej, suchej, sproszkowanej i szarej.
Nadejszła pora na popiół i kurz. :)


Sombre Negra to limitowany zimowy zapach od Yosh Han, twórczyni i głównej kompozytorki własnego domu perfumiarskiego. Jak więc pachnie tegoroczna zima według YOSH?
Najpierw - tradycyjnie - dygresja. ;) Przed chwilą przyszło mi na myśl, jak łatwo czasami, mimo wszystko, dostrzec różnicę między okazjonalnymi limitowankami niszowymi (to są takie?) a tymi z głównego nurtu. Nie ma co się oszukiwać: w dzisiejszych czasach Sombre Negra w życiu nie trafiłby na półki typowych perfumerii, nawet z napisem "for men" czy "pour homme". Żeby było zabawniej dodam, iż potrafiłby świetnie się na nich odnaleźć i przynajmniej zrekompensować koncernowi X finansowe ryzyko poniesione podczas promocji. Teoretyzuję, że mógłby stać się ujmującym, suchym pachnidłem dla każdego Pana, który pragnie się wyróżnić ale nie zamierza popadać w sztuczność. :) Idealnie wyważony, niesłodki, nowoczesny oraz ogromnie przestrzenny, przygniatający pierwotną potęgą przyrody. Jak islandzki krajobraz. :)
Problem w tym, że współcześnie przed spłodzeniem kolejnego dziecka o zdanie na jego temat koniecznie trzeba zapytać stado przemądrzałych specjalistów, bezdusznych księgowych oraz anonimowych durniów, którzy guzik wiedzą o potrzebach naszych i naszego otoczenia, a już najmniej obchodzi ich planowane dziecko. ;> Dlatego Czarny Cień nigdy nie pojawiłby się w Sephorach i Douglasach. Sorry; prawo pięści, ups! to jest... oczywiście: prawa rynku są nieubłagane. ;>

A Panowie oraz Panie całego świata nie mają okazji dowiedzieć się, jak cenna perełka śmignęła im właśnie tuż koło nosa.
Ponieważ Sobre Negra jest dziełem tyleż spokojnym i w pewnym stopniu przewidywalnym, co jasnym i przyciągającym uwagę. Innym. Unikającym łatwych pochlebstw. Zdystansowanym. Jakoś tak.. cieniście promienistym. :) Oraz sypkim. Tak, to ostatnie z całą pewnością.


Trudno pisać o rozwoju kompozycji, SN brakuje też olfaktorycznego dynamizmu. Jest statyczny w sposób stereotypowo amerykański, czyli nie tyle zmienia siebie co własne natężenie. Z czasem stygnie, ogrzewa się, nabiera przyjemnego zaangażowania, utkany z radosnego światłocienia na zacisznym, okurzonym strychu. :)

W otarciu najwięcej jest akcentów zimnych, przewiewnych i ostrych. Jakiś pieprz, głęboki, wibrujący tytoń oraz przepiękny, niezwykle czysty oraz jednorodny miks suchej wetywerii, zatrzymanej w połowie drogi od Guerlain do Lalique z paczuli równie suchym, pudrowym, piwnicznym. Lecz nie wpadajcie w panikę: to puder, którego używanie nie zaszkodzi mężczyźnie. Właściwie przyjmijmy, że napisałam "talk". A talku nie używa się do przyprószania twarzy. ;)
Tak więc mieszanina układa się na ciele w sposób prosty, naturalny, jak również wdzięczny. Po prostu; wtapia się w nas, nie wiadomo jak, gdzie i kiedy. Czysta, jasna, lekka; pozbawiona słodyczy i bezpretensjonalna.
Nic nie zmienia się także w kolejnych godzinach znajomości z Cieniem, kiedy wyczuwam więcej ciepła i słońca, zaś ostry popiół wulkaniczny zmienia się w swojski kurz. Potrafię wówczas wychwycić więcej nut drzewnych, lekko gorzkich, żywicznych, tekowo-cedrowych osnutych wokół suchego wetyweriowego filaru, ustawionego na bazie z mchu dębowego a zwieńczonego szykownym, prostym kapitelem z paczuli.

Jest pięknie. Po prostu bez żartów: pięknie. :) Jasno, szykownie, bez póz i udziwniania. Nie spodziewałam się zapachu tak skonstruowanego, tej pieśni ku czci pogodnej stanowczości, radosnego zdecydowania, nowoczesnej prostoty w najlepszym stylu. Nie liczyłam na spotkanie z dziełem sztuki użytkowej, ujmującym naturalnością godną najlepszego skandynawskiego wzornictwa.
Sombre Negra trafiło w mój czuły punkt udowadniając, że nie wszystko, co świeże musi zaraz podlizywać się miłośnikom arcynudnych cytrusków. :) Że świeże może być świetne. Tylko kto się o tym przekona...?
Tak czy inaczej: kapelusze z głów. :)

Rok produkcji i nos: 2010, Yosh Han

Przeznaczenie: kompozycja uniseksualna, co piszę z premedytacją. :) Świetna na wszelkie okazje, a zwłaszcza te mniej zobowiązujące [chyba, że nosi ją mężczyzna, wtedy może pozwolić sobie na większą dowolność. Też tak chcę! ;) ]. Zauważalna z daleka, z bliska nie przytłacza nikogo, więc kolejny ideał projekcyjny.

Trwałość: typowo olejowa, czyli w granicach piętnastu-osiemnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

wetyweria, paczuli, drewno cedrowe, pieprz różowy, pieprz czarny, olibanum (?), goździki (przyprawa), gałka muszkatołowa, kmin, kłącze irysa, bób tonka, mech dębowy, tytoń, opoponaks, drewno tekowe, styraks, bylica, cyprys
___
A w tej chwili J'Ose Eisenberga. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.telegraph.co.uk/news/worldnews/europe/iceland/7604207/Volcanic-ash-cloud-British-attempts-to-pronounce-Eyjafjallajokull-causes-hilarity-in-Iceland.html
2. http://www.opacity.us/image2224_attic_light.htm

czwartek, 15 grudnia 2011

Mirra lana, mirra palona

Ostatnia część goutalowskiej serii Les Orientalistes na swoją recenzję musiała czekać długo. Po trosze dlatego, że zawsze znajduję coś bardziej interesującego do opisania, ale także z racji zmienności Myrrhe Ardente.
Dla porządku musiałabym sklecić dwie recenzje Mirry, letnią oraz zimową, tak dalece potrafi zmienić się rozwój (jak również interpretacja) omawianego pachnidła w zależności od panującej aury. Na chybcika rozpocznę więc od tego, co mój nos (?) zapamiętał z testów wakacyjną porą.


Wówczas na mojej skórze rozkwita aromat, który kiedyś nazwałam roboczo "mirrą bez mirry". To znaczy pojawia się masa złocista, rozsłoneczniona ponad wszelkie granice, a jednocześnie - dziwnie zestalona, krucha, w charakterystyczny sposób męcząca. Aczkolwiek niezbyt mocno - ot, na tyle, by co chwilę bezboleśnie szturchać w nozdrza. Zastanawia mnie ten akcent - suchy, wycofany, gorzkawy chociaż o deserowych konotacjach; głęboki.
Kilka razy wspominałam, jak niemiłe skojarzenia mam z miodem. Jednym z nich są woskowe drobinki wczepione w moje włosy, sklejone w śmierdzące ulem strąki. :) Podobne wrażenia węchowe towarzyszyły mi podczas wakacyjnych testów Myrrhe Ardente. Nic dziwnego.

Wszak pszczeli wosk jest, obok tytułowej mirry, głównym składnikiem mieszaniny. I to właśnie on decyduje o jakości moich kontaktów z dzisiejszą Orientalistką. Wosk suchy, lekko pikantny, jednostajny, żywicznie blady. Doprawiony mirrą, która zamiast pełnić honory słodkiego, żywego, wwiercającego się w nos kadzidła, przybiera postać półsuchej, ziołowo-złotej papki.
To właśnie wspomniana "mirra bez mirry": mimo usilnych starań, nie potrafię znaleźć niczego z przyrodzonego jej ducha. Szkoda.

Latem - woń obiektywnie ciekawa, może nawet ładna. Złota, bliska przyrodzie w jej sielsko-anielskim, czarnoleskim kształcie; skondensowana radość. Faktycznie jednak - zbyt statyczna, zbyt pszczela, mało przyjazna.
Jeśli mirra to kadzidło słoneczne, cenione przez starożytnych Egipcjan, w "wakacyjnym" wydaniu staje się ofiarą składaną złotej tarczy Atona, pierwszego jedynego boga w historii.
Nie lubię go.


Zupełnie inaczej jest teraz. Po irytującym świeżym wosku nie pozostał nawet ślad, a mirra wreszcie wzięła się za siebie. ;) I jest dokładnie taka, jak zawsze: kadzidlana, żywa, nęcąca oraz doskonale sucha.
Od pierwszych chwil, gdy agresywne opary przepędzają resztki wosku, przez serce utkane z wielu smug dymu o różnych odcieniach szarości, unoszącego się znad kadzielnic aż po suchą, słodkawą bazę - "zimowa" Myrrhe Ardente okazuje się hedonistycznym, niekończącym się peanem ku czci tytułowej żywicy.

W otwarciu gęsta i ostra, naznaczona akcentami przypraw oraz - co powtarzam do znudzenia - świeżym woskiem, który na szczęście szybko trafia pod pantofel najistotniejszego ze składników mieszanki. :) Który wkrótce rozpoczyna samodzielne, kompletnie jedynowładne rządy. Potrzeba czasu, by zza kadzidlanej kurtyny nieśmiało zaczęły się wyłaniać niezbyt dosłowne nuty słodkie.
Trzeba było prawdziwego talentu, by nie przesłodzić MA, nie ulec pokusie zanurzenia gołębioszarych, gorących tumanów w miodowej mazi. Zamiast tej ostatniej szczęśliwie znalazłam puchatą, śmietankową drzewność, delikatnie podkreśloną cienką, zielonkawą, tonkową kreską. Dzięki nim pustynne żywice - których suchość w miarę upływu czasu coraz bardziej się pogłębia - nie grzęzną w monotonii, lecz wdają się w miły, idealnie niewinny flirt. :) I nawet kiedy w głębi bazy optymistyczna słodycz powoli, acz systematycznie, buduje swoją pozycję, pnąc się w górę małymi kroczkami, nie mam powodów do narzekania. Nie tylko dlatego, iż płonące grudki mirry zawsze będą górą. ;) Po prostu coś się dzieje.

Z perspektywy czasu nie potrafię opędzić się od myśli, jakobym testowała dwie kompozycje z tej samej linii zapachowej, olfaktoryczne rodzeństwo lub kuzynostwo. Jedna Myrrhe Ardente jest w stanie zaprezentować dwa tak różne oblicza w zależności li tylko od otaczającej mnie aury. Czy będzie świeżym i statycznym woskiem, czy hojną smugą kadzidlanego dymu, okraszoną miłą słodyczą - mogę prorokować wyglądając rano przez okno. ;)
Chyba nie muszę pisać, które z mirrowych wcieleń witam chętniej? ;)

Rok produkcji i nos(y): 2008, Isabelle Doyen z pomocą Camille Goutal

Przeznaczenie: uniseksualny zapach o niezbyt grzecznej projekcji. :) Dla miłośników pszczół (latem) oraz suchego kadzidła (zimą), na wszelkie okazje.

Trwałość: od ośmiu do przeszło dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: absolut mirry
Nuta serca: drewno gwajakowe, pszczeli wosk
Nuta bazy: mirra, benzoes, bób tonka
___
Dziś noszę Chergui Lutensa [utwierdzając się w przekonaniu, że to także jest pachnidło zależne od pór roku; latem cudo, teraz - marniutkie piżmowe kakałko :> ].

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://annadannfelt.com/tag/myrrh/
2. http://30manuelme.blogspot.com/2011/01/view-free-digital-playground-movies.html

wtorek, 13 grudnia 2011

Słodkie Halloween

Spóźniłam się, bo - jak widać na załączonym obrazku - dzisiejsza notka powinna pojawić się już dawno temu. Choć może nie jest tak źle?
Może nie tyle jestem spóźniona, co mam duuży zapas czasu..? ;) [w rodzaju konstrukcji myślowych typu: "na szczęście następne Boże Narodzenie już za 363 dni!" ;)) ] W każdym razie u schyłku tegorocznego października z omawianym dziś pachnidłem nie miałam podobnych skojarzeń.

Postępująca makdonaldyzacja naszego świata, delikatnie mówiąc, nie zachwyca mnie. Nie jestem fanką plastikowej komerchy spod znaku Walentynek, Halloween czy jowialnego staruszka, którego w charakterystyczny czerwony kubraczek lata temu ubrał koncern Coca-Cola. Denerwują mnie jako kolejne preteksty do, jak to trafnie ujął Neil Postman, zabawienia się na śmierć, kompletnie nieświadomego utonięcia w perwersyjnym samozadowoleniu.
Lecz najbardziej irytującą jest myśl, iż sama, z tym blogiem i takim hobby, uczestniczę w zapasach w kilkukrotnie przetrawionym kisielu.
W tym miejscu pojawia się pytanie: i co teraz? Mam tupnąć nóżką i cała w dąsach zamknąć się w leśnej chatce, bez dostępu do jakichkolwiek nowoczesnych przekaźników informacji? Rozwiązanie tyleż wzruszające, co głupio-naiwne. Pozostaje zatem jedno wyjście: częściowo pogodzić się z komercjalizacją oraz uzbroić w grupy pancerz, zabezpieczający przed idiotyzmem świata tego. :) Warto pod pokładami jednorazowego (!) plastiku poszukać czegoś prawdziwego, treści autentycznych i przekonujących, dla zysku jeno skrytych wewnątrz multikinowego popkornu zagryzanego hamburgerem z bąbelkami. ;)
Wszak cóż jest złego w iście karnawałowym dniu w środku zimy, prowokującym miłosne wyznania i romantyczne gesty? Czy, nieco inny od "tutejszego", sposób uhonorowania mieszkańców Krainy Zmarłych naprawdę zasługuje wyłącznie na potępienie? Albo tak: jeśli przerośnięty krasnal nauczy jakiekolwiek dziecko [albo dorosłego] spontanicznego, pozbawionego ukrytego dna altruizmu, wówczas można tylko się cieszyć. O, właśnie. :) W końcu kultura, nawet najbardziej popularna, ma służyć nam, nie my jej. ;)

Ech, zrobiło się poważnie, a przecież miałam napisać tylko recenzję pewnego dosyć ciężkiego, mrocznawego zapachu. Przyjmijmy więc, że ciężkie myśli są do niego odpowiednim wstępem. ;) A może faktycznie - są?


Woń kminku, a znacznie częściej kminu, dziwnym trafem kojarzy się ludziom z aromatem wydzielanym przez niemyte ludzkie ciało tudzież (nie potrafię o tym zapomnieć ;) ) mokrą psią sierścią. Jakby nie spojrzeć okazuje się, że mamy do czynienia z nad wyraz trudnym składnikiem. Kiedy jeszcze otaczają go silne akcenty drzewno-żywiczne oraz słodkie, wtedy trudno uciec od skojarzeń cokolwiek kontrowersyjnych. W tym jednym przypadku jakoś nie potrafię im się dziwić.
Absolue pour le Soir autorskiej marki Francisa Kurkdjiana w rzeczy samej nie należy do miłych i "przytulaśnych" pachnidełek.

Długo nie byłam w stanie stanąć z nim w szranki, choć nie o moc mieszaniny chodzi a o moją niemoc słowną. Nie potrafiłam ubrać swoich względem AplS uczuć w słowa. Prawdę mówiąc, chyba niewiele się w tej kwestii zmieniło. ;) Omawiany zapach to przede wszystkim wrażenie, może nawet złudzenie, senna mara; choć nie powiem, żeby była szczególnie namolna.. :)

Tkwi w nim tak wiele pozornie niekompatybilnych składników, że przywodzi na myśl dosyć szeroką gamę pachnideł: od Arabie Lutensa przez legendarną Messe de Minuit aż po Cuir Mony di Orio. Wszystkiego po trochu, a jednak FK potrafił złożyć całość charakterystyczną i zapadającą w pamięć. To akurat trzeba przyznać, niezależnie od uczuć, jakie budzi w nas Absolut Wieczorny.
Mnie wspomniana kompozycja nieco przytłacza, lecz w tej samej chwili trzyma się daleko od wszelkiej niestosowności. Jednocześnie mroczna, przypalona, w jakiś sposób okultystyczna oraz przekorna, żywa, chochlikowo dowcipna. :) Nigdy nie wiadomo, z którym wcieleniem przyjdzie nam się zmierzyć.


Najbardziej mroczny Absolue pour le Soir zdaje się być w otwarciu, kiedy ostre przyprawy, podgrzewane na suchej patelni aż do granicy spalenia, mieszają się ze skórzano-eteryczną żywicą a w tle dają się wyczuć lekkie strużki kadzidła. Słodyczy ani widu ani słychu. Dzięki czemu nie znajduję żadnych problemów ani przeszkód, by móc AplS darzyć jawną sympatią.

Słodycz sama w sobie nie jest problemem, tym razem jednak wykorzystano ją w rozgrywce przeciwko kuminowi oraz żywicy. Pojawia się wraz z jasnymi, teoretycznie zmysłowymi kwiatami i nie pozwala nawet odetchnąć w spokoju. Uwypukla kadzidło, które staje się wręcz agresywne, kminowe ziarna łączy z czymś, co żywo przypomina kastoreum albo cywet, dając znany nam już efekt spoconego ciała. Co również mało kiedy mnie zniechęca. ;) Tym razem jednak sucha cielesność złączona z silnym "buchem" kadzidła ziołowo-brudnego (Incensi Villoresiego), wymierzonym prosto w moje oczy, oraz żywiczną słodyczą miodu [w polskich warunkach pomyślałabym, że lipowego] tworzy całość równie intrygującą, co męczącą. Nie chciałabym pachnieć tak na co dzień.
Wrażenie "wciągającej niechęci" okraszonej nutą wyśmienitego, cokolwiek czarnego, humoru nie słabnie nawet w bazie. Owszem, kompozycja nabiera statyczności, po kwiatach zostaje jedynie bliżej niezidentyfikowany jasny puder, zaś kadzidło ponownie zamienia się w kilka spokojnych strużek, lecz trzon pozostaje niezmienny: ostry kmin, kastoreum, żywice, miód. Jedynie od czasu do czasu na horyzoncie śmigną nuty egzotycznego drewna; niestety, tak odległe, że nie sposób ich zidentyfikować.

Dziwny zapach. Intrygujący, pobudzający, naprawdę i bez naciągania - inny. Jednak czy do zwykłego użytkowania? Na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć samodzielnie. Bo każda z potencjalnych odpowiedzi będzie równie dobra. :) Nawet sugerująca użycie perfum wyłącznie jako ostatni dodatek do halloweenowego kostiumu. Na Dziady też będzie jak znalazł. ;)
Trafi na właściwe sobie miejsce, jeśli tylko do testów podejdziecie z odpowiednią dawką dobrego humoru oraz twórczego dystansu. :) Ku chwale kultury popularnej! ;>

Rok produkcji i nos: 2010, Francis Kurkdjian

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o dość sporym polu oddziaływania. Na okazje raczej nie-codzienne [a na pewno: do małych pomieszczeń zalecane stosowanie z umiarem :) ]. Dla każdego, kto zdoła unieść.

Trwałość: blisko dobowa

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

ylang-ylang, benzoes, absolut kadzidlany, różany miód, kmin rzymski, drewno cedrowe, drewno sandałowe (tylko?)
___
Aktualnie trwam w oparach wspomnianej Messe de Minuit od Etro. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/28493949@N02/4039459262/sizes/z/in/faves-46135171@N04/
2. http://www.flickr.com/photos/28493949@N02/4036879583/sizes/z/in/faves-46135171@N04/
3. http://www.flickr.com/photos/28493949@N02/4015847519/sizes/z/in/faves-46135171@N04/

sobota, 10 grudnia 2011

Płomień


Wszyscy wiemy, z jakiego powodu.
Wczoraj odeszła od nas wielka Artystka.

Adieu, Mona.
Reposez en paix.

czwartek, 8 grudnia 2011

Dostawa drobiazgów

Kolejna w przeciągu ostatnich kilku tygodni. :)
Cóż jeszcze mogę napisać?
Przyjemnej lektury!

Antonio Visconti, Temps d'hiver

Zapach na zimę? Możliwe, nie wykluczam.
Choć nie ukrywam, że byłoby lepiej, gdyby kompozycja okazała się bardziej zajmująca. ;) Ponieważ niespójna, neurotyczna, klasyczna w sposób nudny woda niezbyt mi imponuje. Nie zaskakuje, ale męczy: jednostajnym goździkowym kwieciem, pudrowo-skórzanymi żywicami, sproszkowanym anyżkiem, pastą o buroróżowej barwie - słodką, zatykającą i mdłą jednocześnie.
Temps d'hiver nie jest pachnidłem tragicznym, jednak zaszkodziła mu kostyczna ortodoksja perfumiarza.
Słaby punkt w portfolio marki.

Skład:
rozmaryn, goździk (kwiat), róża damasceńska, ylang-ylang, heliotrop, konwalia, galbanum, benzoes, bób tonka, wanilia, balsam peruwiański


Chanel, Chance

Woda perfumowana, klasyk, żadne popłuczynowe Tądry i Fresze, które strach testować. ;>
Przyjemne damskie pachnidło. Jedne z - nielicznych we współczesnym perfumiarstwie - cytrusów z prawdziwą Klasą. W stylu pewnym i konsekwentnym, upojnie optymistycznym.
Czaruje przekorną nutą czerwonego (różowego) pieprzu, będącej preludium dla suchej cytryny, grejpfruta, klementynki oraz lekkich, słodkawych kwiatów; wyjątek stanowi ostry irys. Wyczuwam także dosyć gęstą wanilię oraz... tak! pierwowzór modnej współcześnie paczulowej oranżadki. :) Oto bezpośredni przodek większości dzisiejszych sephoro-douglasowych damskich premier. ;)
O wiele ciekawszy od dzieci, dodajmy. Bo szyprowy.

Skład:
różowy pieprz, cytrusy, hiacynt, jaśmin, irys, wanilia, paczuli, wetyweria


Etro, Magot

Ten zapach skłania do namysłu.
Muszę się nad nim porządnie zastanowić. Mieszanka nie jest ani cytrusowa, ani kwiatowa czy przesycona zamorskimi korzeniami. Z pewnością nie jest orientalna ani szyprowa, choć do szypru brakuje jej naprawdę niewiele.
Spokojna, jasna lawenda na cedrowo-paczulowej bazie skłania ku klasyfikacji pachnidła jako nowoczesnego paprociowca. Tym bardziej, iż subtelnego smaczku dodaje masa utarta z niesłodkich cytrusów, słodkiego bobu tonka oraz ostro-mydlanego irysa. Pojawiają się też ozonowe kwiaty w chmurce rudego proszku. Całość jest niejednorodna, trudna do opisania (co chyba widać :) ), skomplikowana a jednak niezbyt intrygująca. Nie rusza mnie, przynajmniej nie w sposób rejestrowalny przez moje prywatne radary. ;)

Skład:
irys, bergamotka, cytryna, jaśmin, lawenda, goździki, wanilia, paczuli, drewno cedrowe, piżmo


José Eisenberg, Diabolique

...w wydaniu kobiecym.
Trudno powiedzieć, ile w zapachu tkwi pierwiastka infernalnego; możliwe, że dużo. Chcecie wiedzieć, dlaczego?
Infusion d'Iris Prady jest dla mnie tak prosty i jasny, że aż toksyczny. Okropny i zatykający, oślepiający tubalną jasnością. Świetlisty, niczym Lucyfer w swym pierwszym wcieleniu. ;> Gdyby więc jakoś podkręcić ten efekt, uwypuklić męczący blask, nieco go ubrudzić, na przykład świeżą papryczką chili w kolorze karminowym, wówczas otrzymalibyśmy Diabolique. ;)
Mydlano-ostry irys pogłębiony dodatkiem chili, w tle kardamon lub szafran i lekkie kwiaty. Puder.
Jak na Sephorę zaskakująco dobry (choć, hm.. inspirowany ;) ), w szerszym kontekście - doskonale obojętny.

Skład:
mandarynka, kardamon, heliotrop, irys, fiołek, drewno cedrowe, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes, piżmo


Shiseido, Zen Purple

Letnia limitowanka z 2010 roku. Woń miękka, słodka, apetyczna. :)
Owocowa i kwiatowa, z wyraźnym akcentem mimozy, konwalii oraz frezji. Gdzieś w tle kusi pokruszone niejadalne ciasteczko, ukręcone na podstawie wywaru z kwiatów delikatnie zmysłowych. Z czasem mieszanka ogrzewa się i powolutku zyskuje coś z aromatu rozgrzanego smacznym snem ciała. Łagodna i pełna ambra oraz ostrawe, lecz niemęczące piżmo wychodzą słodkim kwiatom tylko na lepsze. :)
Całość okazuje się gładka, fascynująca i warta uwagi, nawet pomimo ewidentnej sztuczności.

Skład:
konwalia, frezja, yuzu, tuberoza, jaśmin, drewno cedrowe, ambra, piżmo
___
A w tej chwili.. Le Péché od Eisenberga. :)

Lawenda dla bogów

Sięgając pamięcią wstecz, przywołuję apogeum niegdysiejszej perfumiarskiej mody na kadzidło, podobnej do współczesnej nam oudomanii. :) Te kilka lat temu każda niszowa marka pragnęła posiadać w swoim repertuarze przynajmniej jeden kadzidlany bestseller.
Spółka Lutens-Sheldrake przypomniała wówczas światu swoją kompozycję z połowy lat 90. minionego stulecia. Wyobrażam sobie, że głównym powodem pozostawienia Encens et Lavande w ekskluzywnej, pałacowej linii Lutensyliów wszelakich była chęć podsycenia głodu kadzidła. Sami rozumiecie: moda plus niedostępność równa się gwałtowne, niemal niepohamowane pożądanie. ;)
Jak również oczekiwania wysnute li tylko z własnych wyobrażeń olfaktorycznego cudu.


Dlatego też żądza pojawiła się i u mnie, rzecz jasna dużo później. Być może właśnie z tego powodu nie była zbyt intensywna. Mogłam czekać.
Dzięki temu oszczędzono mi bolesnego rozczarowania, tak zabawnie przelewającego się po rodzimych forach i (części) blogów. ;> Ludziom trudno było ukryć, jak bardzo smuci ich fakt „małokadzidlaności” Encens et Lavande. Pewne rozgoryczenie miałoby oczywiście prawo bytu, gdyby EeL stworzono jako odpowiedź na modę oraz wabik na zapaleńców. Jednak pachnidło powstało zbyt wcześnie, by móc spełnić oba te warunki. Podejrzewam raczej, że miało wpływ na rozwój kadzidlanej mody [niczym l’Eau Trois od Diptyque]. :)

Jako zachęcacz i podsycacz EeL sprawdza się bowiem doskonale.
Z założenia daleko bardziej lawendowy niż kadzidlany, spokojnie ziołowy, wyważony, aromatyczno-paprociowy... męski.
Bach!
Wydało się.

Omawiany aromat nie powstał jako naciągana odpowiedź na aktualną modę, lecz tkwi w ramach spokojnego, nieco staroświeckiego perfumiarstwa, działającego ku chwale konserwatywnej męskiej elegancji. :) Niestety, Drodzy moi.
Podejrzenia o koniunkturalizm nie mają racji bytu.


Choć – kiedy tak siedzę i wwąchuję się we własne przedramię – uświadamiam sobie wkład Kadzidła i Lawendy w rozwój jeszcze jednej olfaktorycznej mody: na minimalizm. Jak z możliwie uszczuplonego zestawu półproduktów wycisnąć maksymalnie wyborny efekt?
Nie był to może wkład szczególnie doniosły, ale teraz, gdy już zdałam sobie zeń sprawę, trudno go nie zauważyć. ;)
Wbrew standardom marki Christopher Sheldrake nie musiał sięgać po cały arsenał pachnących środków, czyniąc EeL kolejnym zabutelkowanym zbiorem tysiąca jeden drobiazgów. ;) Mieszanina jest prosta, strzelista, w jakimś sensie rzeczywiście podniebna, chociaż w tym samym czasie nie traci niczego z typowo Lutensowego sznytu. Co najłatwiej wyczuć zaraz po aplikacji pachnidła na skórę. Wtedy to lawenda jest gęsta, zbita w twardą bryłę, właściwie betonowa, hegemoniczna. Żywa, gorzka szałwia do spółki w rozmarynem tylko utwierdza ten efekt. Zupełnie, jakby akord ziołowy umieszczono w recepturze wyłącznie po to, by umacniał niepodzielną władzę lawendy. Doprawdy, zadziwiający efekt! [Jednocześnie kolejny raz potwierdzający moją tezę o pierwotnie męskim charakterze Kadzidła i Lawendy].

Ani grama słodyczy, niczego z ciepłych, orientalnych nutek. Pachnidło nie bawi się w półsłówka, nie stara się przypochlebiać „kwiatolubom”, fanatykom spalania żywic – tym bardziej. Akord lawendy jest prosty i wszechpotężny, w pewnym sensie samemu stanowiąc o istocie kontaktów między człowiekiem a jego Bogiem. Dlaczego?


Odpowiedź nasuwa się w miarę wydłużania pobytu Encens et Lavande na ludzkiej skórze.
Wówczas aromaty ziół powoli zanikają, zaś tytułowa roślinka stopniowo staje się coraz cieplejsza. Lawenda spalana powoli, w chłodnym, grafitowym dymie: eterycznym oraz gorzkim. Dopiero po naprawdę długim czasie możemy przekonać się, jak zza spalanych bez pośpiechu, suszonych pączków drobnego niebieskiego kwiecia wyłania się pierwszy człon nazwy omawianej dziś wody. :) Kadzidło, niestety lub stety, również pojawiło się w pozycji kompletnie podrzędnej wobec lawendy. Jego zdemaskowanie wynika jedynie z dobrej woli hegemona. ;)
W jednej z chwil orientujemy się, iż spalanie lawendy wymusił brak środków płatniczych. Starodawnej, ubogiej społeczności wiernych, zamieszkującej małą wioskę gdzieś w Prowansji zwyczajnie nie było stać na częste zakupy cennych żywic. :) Dlatego, na niewielkiej podstawie z grudek olibanum i mirry, stareńki ksiądz spalał w trybularzu to, czego w okolicy było pod dostatkiem – lawendę.
Stąd moje wcześniejsze określenie, jakoby drobne kwiatki wzięły na siebie obowiązek zanoszenia modłów ku Niebu.

Encens et Lavande to dzieło statyczne, niezbyt skore do zmian, choć o niezwykle silnej projekcji. Dzięki temu kompozycja potrzebuje naprawdę dużo czasu, by wybrzmieć. Lecz póki to nastąpi czeka nas jeszcze ostatni jej retusz.
Była lawenda z ziołami oraz lawenda ze szczyptą kadzidła. W podstawie czeka na nas lawenda w otoczeniu nut sucho-ziemistych oraz łagodnie animalnych. Susza staje się wyraźna, kiedy tylko ostatnie smużki dymu wzbiją się w górę; towarzyszy jej subtelna ambra: ot, umyte ludzkie ciało, któremu pozwolono wyschnąć na (prawie) świeżym powietrzu. Czasem tu i ówdzie przemknie kadzidlany cień, pojawi się gorzki, ziołowy duch, ale całość pozostaje jasna, głęboka choć najwyżej półprzejrzysta, lekko cierpka, do końca pozbawiona słodyczy.

Wytrawny paprociowiec dla mężczyzn spragnionych kompozycji prostszych, mniej złożonych od tego, czym dysponowały wówczas głównonurtowe perfumerie.
Uniseks i wymóg kadzidła przyszły blisko dekadę później.
Co, rzecz jasna, w żaden sposób nie zmienia współczesnej percepcji aromatu. Warto jednak mieć to wszystko na uwadze, kiedy kolejni zapaleńcy będą przebierać nóżkami w oczekiwaniu na próbkę albo i cały flakon (ważna uwaga: jeśli nie jesteście fanami lawendy, pod żadnym pozorem NIE zamawiajcie „dzwonu” w ciemno!).

Rok produkcji i nos: 1996, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach w zasadzie uniseksualny, wytrawny, efektowny oraz trudny do przeoczenia. :) O znacznej emanacji. Na wszelkie okazje, choć szczególnie przydatny zdaje się za dnia: wiosną, latem, jesienią i zimą.

Trwałość: w granicach piętnastu-szesnastu godzin (lecz najczęściej blisko dwanaście)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

lawenda, szałwia, kadzidło, ambra

___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.dailymail.co.uk/news/article-1296863/Dawn-breaks-business-blooming-Somerset-Lavender-Farm.html
2 http://www.nationalgeographic.com/wallpaper/photography/photos/life-color-purple/purple-fields-ludwig/
3. http://rentinaix.com/wp/regional-guide/midi-pyrenees/

środa, 7 grudnia 2011

Notatki o zbrodni

Jeden z doskonałych zimowych samograjów perfumiarskich, Hypnotic Poison, kryje w swojej czerwonej powłoce tyle energii, że starczyło jej na co najmniej dwie kontynuacje [mówiąc po naszemu: podwójne odcinanie kuponów od popularności pierwowzoru :) ]. Lecz czy należy się dziwić? Annick Menardo kompozycja z 1998 roku to bomba neutronowa skryta wewnątrz zachwycającego rubinu. Obdarzona siłą, która nikogo nie zostawia obojętnym.
O oryginale pisałam dawno temu, dziś nadeszła kolej młodszego rodzeństwa.

Na początek starsze z dzieci.
Hypnotic Poison Elixir powstał jako część kolekcji pogłębionych, silniejszych Trucizn. Jest też jedynym jej elementem, który wzbudza we mnie jakiekolwiek emocje (szkoda, że nie "zeliksirowali" pierwszej Poison).
Kompozycja jest rzeczywiście mocna, dosadna i monolityczna. Głośna, ale też przepełniona elegancką, dymną czernią.
Uwaga, kadzidlani zapaleńcy! Nie bierzcie moich słów dosłownie, mam na myśli raczej zapach kompletnie niejadalnych ciasteczek, ciężkich od wanilii, lukrecji, utartego w moździerzu anyżku oraz rtęci, wyjętych z pieca dokładnie w chwili przekraczania granicy przypalenia. Płynem scalającym składniki suche ciastek okazały się lekko oleisty napar z cykuty oraz Aqua Tofana.
Hypnotic Poison Elixir zamieszkuje te same terytoria, co wspomniane ciasteczka. :) Niby jest słodki, gorący, aksamitny i jak najbardziej "jadalny", ale też duszny, upojnie ciężki, przytłaczający; mocarny. Nic mu nie umknie.
Gęsty od waniliowo-anyżowej lukrecji, osnutej wokół i tak hegemonicznego jaśminu, wplata się we włosy, wypala skórę, pozbawia płuca powietrznego wkładu.
Jest perfidnie, okrutnie, zdradziecko doskonały. Morduje z uśmiechem, w otoczeniu jawnie bizantyjskiego przepychu; boleśnie i tak małymi kroczkami, że miną tygodnie, nim zorientujemy się, że już dawno przyjęliśmy śmiertelną dawkę a teraz nieuchronnie pędzimy ku ciemności.
Jestem nim zachwycona. ;>
Idealnie piękny.

Szkoda tylko, że doskonałość HP Elixir jest tak porażająco pełna. Dzięki niej bowiem mieszance brakuje życia, jakiejś przekory, niezbędnej dawki humoru. Choć w sumie... Cesarstwo Bizantyńskie nigdy nie słynęło z lekkiego dowcipu. ;)

Natomiast kolejna z mieszanek, Hypnotic Poison Eau Sensuelle, przywodzi na myśl czasy zdecydowanie bliższe współczesności. W ramach snutej przezeń opowieści toczą się efektowne, retro-postmodernistyczne knowania rodem z kryminałów Borysa Akunina.
Mamy bowiem do czynienia z salonową intrygą, misternie rozpiętą przez jakiegoś zawistnego pająka, żyjącego w wielkim mieście Wschodniej Europy gdzieś na przełomie wieków XIX i XX. W epoce pesymizmu, dekadencji, fermentu duchowego i intelektualnego, ponurych skojarzeń, uśpionego zła, seansów spirytystycznych, gniewnych Erynii i demonów, które po latach uśpienia bez pośpiechu wracają do życia śmiertelników.
Więc może to nie Akunin, tylko Marek Krajewski...?
Nie. Eau Sensuelle, mimo ewidentnie niecnych zamiarów nie jest aż tak mroczna, poza tym zawarto w niej pewien nierealistyczny, acz plastyczny, estetycznie wysmakowany urok. :) "Krajewskiej" fascynacji ponurą brzydotą świata nie stwierdzam.
Co jest, to ciasteczka upieczone według opisanej wyżej receptury, na szczęście zjedzone jednorazowo i (z pozoru) przypadkiem. Wyczuwam też szpital, stary, o wysokich białych ścianach, pełen pielęgniarek w staroświeckich kornetach, zmęczonych chirurgów w białych zakrwawionych kitlach, aromatów chloru czy lizolu.

Eau Sensuelle teoretycznie miała być lżejsza od klasycznej HP, bardziej dostosowana do dzisiejszych upodobań [przez zaciśnięte szczęki cedzę: ta wszechobecna lekkość! ;P ]. Szczęśliwie moja skóra przedstawiła "ładniutką" historyjkę w krzywym zwierciadle, z którego spogląda na mnie dama podtruwana przez... męża? kochanka? brata? fałszywą przyjaciółkę? a może własnych rodziców lub swoje dzieci? Wanilia w otulinie kwiatowej jasności oraz zielonych nut układa się w przewrotną, okrutną, jakkolwiek zupełnie nie-mroczną historię zemsty.
Co wiem dzięki bazie, kiedy szpital odpływa w siną dal, zaś na jego miejsce przychodzą gładki, śmietankowy sandałowiec oraz pudrowe białe piżmo. Wanilia jest zawsze.
Może więc to dama wrobiła i potem otruła wszystkich? Albo nie zginął nikt, tylko policja dała wyprowadzić się w pole? Pytanie: dlaczego?

Wiecie, że podobno dotąd nie napisano jedynie kryminału, w którym mordercą byłby czytelnik? ;) O czym wspominam bez związku. ;) Pozornie.

Oba flankery [nie lubię tego słowa; zna ktoś polski odpowiednik?] są warte co najmniej przelotnej uwagi. Dobrze zrobione mimo, że wykalkulowane na chłodno; co nie powinno być wadą: w końcu zemsta najlepiej smakuje, gdy serwować ją lekko zmrożoną. ;>
Kompozycje zauroczyły mnie. I choć nie planuję powiększenia kolekcji o dwa kolejne czerwone "zatrute jabłka" (oryginał wystarczy w zupełności), takowe działanie mogę polecić Wam z sumieniem kryształowo czystym. Niczym Lukrecja Borgia. ;)

Hypnotic Poison Elixir

Rok produkcji i nos: 2008, François Demachy

Przeznaczenie: gęsty, słodki i nieco mroczny zapach stworzony z myślą o kobietach [kolejne pytanie bez związku: Panowie, testowaliście już? ;> ]. O ogromnej sile rażenia, choć monolityczny; bardzo wyrazisty, więc idealny wieczorową porą.

Trwałość: od przeszło dziesięciu do blisko osiemnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (jak też przyprawowa)


Skład:

wanilia, anyż gwiaździsty, lukrecja, jaśmin (oraz parę innych rzeczy, jak przypuszczam)


Hypnotic Poison Eau Sensuelle

Rok produkcji i nos: 2010, François Demachy

Przeznaczenie: aromat lżejszy, bardziej "pogodny" i wdzięczny od wersji podstawowej. Stworzony z myślą o kobietach; o mniejszym polu rażenia, za to znacznie trudniejszy do opisania, w pewien sposób "dziwny". Na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach dwunastu-trzynastu godzin, choć pod koniec trzeba trzeć nosem o skórę

Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa (oraz waniliowa)

Skład:

ylang-ylang, kwiat pomarańczy, orchidea, tuberoza, nuty zielone, róża, wanilia, piżmo, drewno sandałowe
___
Dziś Tea Rose od Perfumer's Workshop.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/28493949@N02/4100027147/sizes/o/in/faves-46135171@N04/
2. http://www.flickr.com/photos/captainspaulding/4601553521/sizes/o/in/faves-46135171@N04/