czwartek, 30 września 2010

Jak rozcieńczyć perskiego boga

..ale zanim o tym, chciałabym złożyć najserdeczniejsze życzenia wszystkim chłopcom i mężczyznom, facetom, kolesiom, ziomalom, dżentelmenom i maczom. :)
Wszystkiego najlepszego, chłopaki! :*



I do rzeczy.


Perski bóg to niejaki Anais, na którego cześć miał powstać Anaïs Anaïs, przez lata flagowy zapach marki Cacharel [oraz – na przestrzeni kilku wiosen - mój prywatny signature scent :) ]. W minionym roku świat poznał jego młodszą siostrę, Scarlett, nazwaną na cześć bohaterki Przeminęło z wiatrem.
Podobnie, jak postać stworzona przez Margaret Mitchell, pachnidło okazuje się uroczym, nieco infantylnym, słodkim i kapryśnym, ujmującym stworzonkiem. Egzaltowanym i przewrażliwionym. Jaskrawo odcinającym się od szarej, stanowczo nie-słodkiej rzeczywistości; niby silnym i wolnym duchem, ale w istocie zagubionym i błądzącym po rubieżach realnego świata. Pozornie wysublimowanym i „nie dla każdego”, a faktycznie - delikatnym, eterycznym i pragnącym jedynie silnego ramienia, na którym mogłoby się wesprzeć (gdyby było kobietą, oczywiście ;) ). Cały sekret interpretacji Scarlett zależy od kontekstu, w jakim przyjdzie nam ją dostrzec.


Z tego też powodu nie przeczę, iż kontakt z nią sprawia mi przyjemność i nie wykluczam, że kiedyś mogłabym chcieć pachnieć nią częściej. Jednak jeszcze nie dziś.
Albowiem nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakoby perfumowe wcielenie dziedziczki Tary było rozwodnionym Anaïs Anaïs. Ni mniej, ni więcej. Jest może bardziej współczesne, bardziej dziewczęce i znacznie mniej perfidne, ale wyczuwam weń tego samego ducha: w końcu i w tym przypadku zmieszano ze sobą ekstrakty z lekkich owoców, zmysłowych, ekstatycznych białych kwiatów i roziskrzonego, mięciutkiego sandałowca. Tyle, że zrobiono to pod ścisłą kuratelą miejscowych strażników moralności; moje kurtyzany wpakowano w gorsety i pasy cnoty. Oczywiście daleko im do niewolnic-reproduktorek z Opowieści Podręcznej autorstwa innej Margaret (tym razem Atwood), ale w rzeczy samej stoją o krok od porządnej dziewiętnastowiecznej panienki. Przed którą długa droga do dorosłości, a jeszcze dłuższa – do świadomości samej siebie.

Początek to miękkie, świeżo ścięte kwiaty, rozsiewające swój aromat już od kilku godzin, choć nadal wystarczająco wyraźne. O tradycyjnym kształcie, więc bardzo odpowiednie do salonu w klasycystycznej wiejskiej rezydencji. Ich moc zręcznie przełamuje woń słodkiej, dojrzałej gruszki. Chwilę później pachnidło staje się bardziej wytrawne, ale i odświeżające, przede wszystkim za sprawą cytrusów, z pomarańczą, bergamotką i grejpfrutem na czele. Z czasem coraz silniej daje o sobie znać herbata, również biała. Oraz spokojny, nie próbujący nikogo zadusić, jaśmin. Szkoda tylko, ze całość jest jawnie syntetyczna; ale to nie powinno dziwić – w końcu po naturalność „chodzi się” do nieco innych perfumerii. :)
Finał upływa wśród cichej współpracy sandałowca, nadającego kompozycji głębszego wymiaru, nad wyraz grzecznego piżma, coraz mniej wyraźnych kwiatów oraz subtelnej słodyczy (czyżby bób tonka?). Jest ładnie i miło. Naprawdę.

...ale to nie „to”. Nadal wolę oryginał. :)


Rok produkcji i nos(y): 2009, Honorine Blanc, Olivier Cresp oraz Alberto Morillas

Przeznaczenie: spokojny, dość przewidywalny zapach sklasyfikowany jako damski. Ale proszę się nie zrażać! ;)

Trwałość: szczęśliwie perfumy przemijają wolniej, niż wiatr – trwają na skórze do siedmiu godzin.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna




Skład:

gruszka, kwiat pomarańczy, cytrusy, jaśmin, kapryfolium, herbata, białe piżmo, drewno sandałowe
___
Dziś nosiłam Infusion de Tubereuse Prady.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://img515.imageshack.us/i/dzienchlopakafn5.jpg/
2. http://krishnnaleela.wordpress.com/2009/03/10/gone-with-the-wind/
3. http://karabana.blogspot.com/2010/03/old-hollywood-new-idea.html

środa, 29 września 2010

Miło mi


Są zapachy, które może na kolana nas nie powalają, może nie przyprawiają o palpitacje serca i gorączkę, ale myślimy o nich z niekłamaną przyjemnością i od czasu do czasu doń wracamy. Zapachy sympatyczne oraz ujmujące, przywodzące na myśl jak najprzyjemniejsze wspomnienia (tudzież skojarzenia). :) Jednym z nich jest dla mnie Terre d'Hermès, aromat optymistyczny, lekko zadziorny, inteligentny.
Nie, nie jest to dzieło niezapomniane, nie sądzę też, by pozwoliło panom hurtowo uwodzić wszystkie/wszystkich/wszystkich [ ;) ] wokół; ale nie mam wątpliwości, że potrafi ułatwić nosicielowi wydobycie na wierzch najprzyjemniejszych cech własnej osobowości, a nawet spróbować uczynić go znacznie sympatyczniejszym, niż jest w istocie. Bo Terre d'Hermès to taki miły, użyteczny akcent. :)

Mamy do czynienia z typowym, może nawet sztampowym, nie próbującym narzucać własnego stylu męskim pachnidłem; jest jak trzeba cytrusowo, jak trzeba przyprawowo, sztandarowo drzewno-kadzidlanie i przestrzennie, jak należy. Tysiąc procent poprawności.
A jednak coś sprawia, że - nie tracąc niczego z pierwotnej układności, prawdziwie dżentelmeńskiego zachowania - w T d'H zdołano przemycić kapkę indywidualizmu, wolności uosabiającej się w swobodnym galopie po równinnej przestrzeni oraz świadomości, że "niczego nie muszę". Co za taki stan rzeczy odpowiada?

A bo ja wiem? Może charakter użytkownika...? ;)
Poważnie zaś, to zastanawiam się akurat, czy jest sens silić się na dłuższy opis rozwoju nut na skórze ponad: cytrusowo-przyprawowy początek, drzewny środek i "ciepłoorientalne", nieco syntetyczne zakończenie. Wszak jest Ziemia kompozycją poprawną i do bólu przewidywalną; bezpieczną aż do dna flakonu. Ani za dużo w tym kadzidła, ani kolońsko świeżych cytrusów, a z przypraw mamy pieprz - więc nad czym tu się roztkliwiać?

Jestem Wam jednakże winna wyjaśnienie, czemuż to spokojna, pozbawiona innowacyjności kompozycja ma być tak kapitalnym pomocnikiem, jak wspomniałam nieco wyżej.
Kojarzycie film Hitch, z Willem Smithem w roli głównej? Dokładnie w tym przedziale mieści się Terre d'Hermès: sympatyczny, dyskretny sprzymierzeniec i trener tych wszystkich, którym naprawdę zależy, ale nie bardzo wiedzą, z której strony "ugryźć temat". :)
Oto i cała tajemnica. :)


Rok produkcji i nos: 2009, Jean-Claude Ellena

Przeznaczenie: zapach stworzony jako męski, ale przypuszczam, że znakomicie sprawdza się na skórze sporej grupy kobiet. Spokojny, wyważony, nienachalny i ciepły wydaje się być idealnym dodatkiem zarówno do garnituru, jak i do swetra z golfem (oraz kapci :) ).

Trwałość: może być; w granicach siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna



Skład:

Nuta głowy: geranium, grejpfrut, krzemień (i pomarańcza?)
Nuta serca: paczuli, czarny pieprz
Nuta bazy: drewno cedrowe, wetyweria, benzoes
___
Dziś noszę Angel Thierry'ego Muglera.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z DeviantArta; Gentleman Caller autorstwa użytkownika o pseudonimie BurlapZack. KLIK


I jeszcze coś. :) W nawiązaniu do krótkiej dłuższej wymiany długaśnych opinii z Sabbath pod jej recenzją zapachu inspirowanego markizem de Sade, czyli 1740 Histoires de Parfums: szukając ilustracji do dzisiejszej notki, wpisałam w Google hasło "fine gentleman" i kliknęłam w zakładkę "grafika". W pierwszym rzędzie pierwszej strony dopadło mnie TO. No i masz babo placka! ;)

wtorek, 28 września 2010

Między skrajnościami

Właściwie w dalszym ciągu nie wiem, jak odnieść się do Infusion d’Homme Prady: z jednej strony zapach mnie rozczarował, lekko zniechęcił, ale przecież jest w nim coś zastanawiająco niezwykłego! Trudna, dwoista woń.


Cała historia rozpoczyna się dziwacznym połączeniem łagodnych, mało inwazyjnych zamszowych akcentów z toną irysowego pudru, tłumiącego i przyduszającego cały świat swym jasnofiołkowym, sproszkowanym jestestwem. ;) W mojej głowie zaczyna wykluwać się wizja upudrowanego, uperuczonego, strojnego w jedwabie, atłasy i brokaty osiemnastowiecznego dandysa, który z czystą wodą nie styka się nawet podczas posiłków. ;) Człowieka głośnego, obcesowego, nieco zaborczego, irytującego – słowem: prostackiego. Postaci tak jaskrawej, że aż nierealnej. Karykaturalnie przerysowanej.
Ów osobnik zwykł spędzać całe dnie i noce na zabawach i rozrywkach wszelakich. Jest mu z tym tak wygodnie, że nawet nie zastanowi się, czy czegoś przypadkiem nie traci, czy aby coś mu nie umyka. Pozwala, aby atłasy i puder zagłuszyły jego osobowość; nie przejmuje się starymi zrzędami i kpi ze szkaradnych panien na wydaniu; wszystko, co nie jest łatwą rozrywką nuży go i męczy.
Kiedy czasem zza ubrudzonego irysowym pudrem kostiumu wyjrzy delikatny obłoczek kadzidła, mój bohater otrząsa się z obrzydzeniem i idzie się napić. ;) Kiedy, choć na moment, stery obejmuje wetyweria, dandys czym prędzej wzywa służącego, by ten przypudrował jego perukę. I udaje się do teatru: najpierw „w krzesła”, a później, po sztuce, za kulisy. :)


Jednak, wraz w upływem czasu i rozwojem Infusion d’Homme, opisana wyżej maska powoli zaczyna opadać; choć irys nadal dyktuje warunki, to spomiędzy jego płatków zaczyna unosić się dym: delikatnie, wąską strużką, bardzo dyskretnie, ale jednak. Suchy wetyweriowy papirus staje się nieco wyraźniejszy, by po krótkiej chwili zniknąć na zawsze; jeszcze krótszy jest akord cedrowy. To wszystko jednak wystarczy, by wstrętny puder ewoluował w prawdziwy kwiat, zerwany przed chwilą przez dłoń w ciemnej zamszowej rękawicy.
Aromat staje się... smutny (tak, to dobre słowo). Ponury, a może zrezygnowany. Pozbawiony nadziei. Wszystko dlatego, że mój dandys nareszcie dojrzał; po to, by zrozumieć, ze nic i nikt nie jest w stanie cofnąć czasu i że właśnie stracił wszystkie szanse na godne życie oraz prawdziwe spełnienie. Czy bezpowrotnie?
Przypuszczam, że tak.

Baza jest nadspodziewanie, nawet jak na wycofaną konstrukcję całości, miękka i dyskretna, w pewnym sensie mleczna. A raczej mleczno-kadzidlana. :) Do niezwykłego, ani dymnego, ani zimnego kadzidła dołącza ciche, wyszeptane wspomnienie po cedrowym drewnie oraz jakieś jeszcze drzewne akordy, niemożliwe do zdemaskowania (heban to czy cyprys?), nieomal rozpływające się w gęstej mgle. Niezrozumiałe, a jednak wciągające. W pewien sposób rozpaczliwe, choć też oczarowujące niecodzienną urodą. Niezbyt męczące, a jednak trudne. Dziwne. W dwójnasób – dziwne.

Stąd skojarzenie z Eugeniuszem Onieginem [na drugiej fotografii Ralph Fiennes, wcielający się w tę postać w jednej z ekranizacji poematu Puszkina]: bohaterem skomplikowanym, niejednoznacznym, w równym stopniu antypatycznym co skłaniającym czytelników do identyfikacji z nim. Żywym. I beznadziejnym.
Ot, człowiek.


Rok produkcji i nos: 2008, Daniela Andrier

Przeznaczenie: aromat stworzony jako męski, ale ciekawie układa się również na skórze kobiety. Spokojny, wyważony, elegancki – więc znakomicie sprawdzi się podczas wszystkich okazji formalnych, zawodowych i prywatnych.

Trwałość: w granicach dziesięciu godzin.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: irys pallida, neroli
Nuta serca: wetyweria, drewno cedrowe
Nuta bazy: kadzidło somalijskie, benzoes
___
Dziś noszę l’Air du Temps od Niny Ricci.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. 18th century blog. Fashion and culture from the 1700s. (KLIK) Na zdjęciu widnieje nie kto inny, jak Hugh Laurie, czyli książę Walii w trzeciej serii Czarnej Żmii. ;)
2. knightleyemma.wordpress.com/2009/12/21/onegin-1999 [recenzja filmu Oniegin].

poniedziałek, 27 września 2010

Skarb


Zanim opowiem Wam o moim dzisiejszym zapachu pozwólcie, że głos zabierze najpierw kto inny:


"(...) Potem zrobił klika kroków naprzód, a ponieważ mniemał, że jaskinia jest pozbawiona światła, nie mógł się nadziwić, gdy ujrzał przed sobą jasną salę wykładaną marmurem z wysokimi kolumnami i wspaniałymi ozdobami na ścianach. W sali było nagromadzone tyle potraw i napoi, ile dusza zapragnie.

Stamtąd Ali Baba [ ;) ] przeszedł do drugiej sali, która była jeszcze większa i obszerniejsza od pierwszej. Były tam przedziwne sprzęty, wysadzane najrzadszymi kamieniami, których blask oślepiał i których nikt nie zdoła opisać. Leżało tam mnóstwo sztab szczerego złota oraz przeróżnych przedmiotów kowanych z czystego srebra. Denary i dirhemy leżały usypane w kupy niczym żwir czy piasek w nieprzeliczonej ilości.

Gdy Ali Baba po tej wspaniałej sali przez chwilę się rozejrzał, otwarły się przed nim jeszcze jedne drzwi. Przez nie wszedł do trzeciej sali, która była jeszcze wspanialsza i piękniejsza od poprzednich i cała wypełniona po brzegi najwykwintniejszymi tkaninami ze wszystkich krain świata. Były tam bele kosztownej delikatnej bawełny, cienkie jedwabie i wypukły złotogłów. Nie było chyba ani jednego gatunku tkanin, którego byś w tej sali nie znalazł. Pochodziły one z syryjskich równin i odległych afrykańskich krain, z Chin i doliny Indu [czyli Indusu - przyp. WzP], z Nubii i najdalszych prowincji Hindustanu.

Następnie Ali Baba przeszedł do jeszcze innej sali, pełnej drogich kamieni, która była największa i najcudowniejsza ze wszystkich. Znajdowały się tam lśniące matowym blaskiem perły i różne klejnoty, których nie można było ogarnąć wzrokiem ani przeliczyć, opalizujące hiacynty, ciemnozielone szmaragdy, blade turkusy i różnokolorowe topazy. Pereł leżały całe góry, a obok nich - przejrzyste agaty i różowe korale.

Wreszcie Ali Baba przeszedł do jeszcze jednej sali, pełnej zamorskich korzeni, kadzidła i przeróżnych wonności. I to była już ostatnia sala. Znajdowały się tam specjały najbardziej wyszukane i i najdelikatniejsze. Gorzka woń aloesu i mocny zapach piżma unosiły się w powietrzu, ambra i cynamon roztaczały najpiękniejszy aromat. Słodki zapach mirry, wody różanej i mieszanina różnych innych wonności napełniały całą salę. Jak drwa na opał leżało wszędzie drogocenne drzewo sandałowe, a zamorskie korzenie rozrzucone były niczym chrust, jakby nie miały wartości.

Ali Baba był widokiem tych wszystkich niezmierzonych skarbów oślepiony i niemal nie postradał zmysłów, a rozum jego był bezradny. Stał tak przez chwilę nieruchomo, jakby odurzony i urzeczony tym cudownym widokiem. Potem podszedł bliżej skarbów, aby im się dokładniej przyjrzeć. To brał do ręki najczarowniejszą z pereł, to wyszukiwał wśród klejnotów najdrogocenniejszy kamień, to odkładał na bok sztukę złotogłowiu, to znów ulegał pokusie i podchodził do błyszczącego złota. Zbliżał się do delikatnych i cienkich jedwabi i wchłaniał w siebie aromaty aloesu i kadzidła".

Ali Baba i czterdziestu rozbójników, cyt. za [to będzie pełny tytuł! ;) ]: Baśnie z 1001 nocy. Wg niemieckiego opracowania Enno Littmanna. Spolszczyli: Krzysztof Radziwiłł i Janina Zeltzer. Ilustracje reprodukowane ze staroindyjskich miniatur znajdujących się w państwowych zbiorach w Berlinie, Nasza Księgarnia, Warszawa 1989, s. 12-13.


Uff! Wybaczcie, proszę, ów długi cytat; nie byłam w stanie skrócić go tak, by nie uszczknąć opisowi ani krztyny czarownego klimatu. :) A teraz niech podniosą rękę do góry ci, którzy zauważyli, jak wysoko w przytoczonej wyliczance uplasowały się "perfumowe półprodukty". ;) A jak jeszcze ktoś mi ktoś powie, że Arabowie nie umieli cenić przyjemności życia, to zdzielę kindżałem przez łeb! ;)


Powyższe przytoczenie zamieściłam z kliku powodów, z których dwa najistotniejsze to niedawne pytanie Skarbka o to, jakie zapachy lubię najbardziej [wszystko, co mieści się w bezpośrednim sąsiedztwie klimatów ostatniej sali w grocie zbójców, Skarbie :) ] oraz zagajenie recenzji Sandalo od Etro.

Baśnie z 1001 nocy były jedną z najwspanialszych lektur mojego dzieciństwa: dość wcześnie, bo wkrótce po dacie wydania, sprezentowano mi zanotowane wcześniej dzieło. Jeszcze nie byłam w stanie przeczytać więcej, niż kliku słów naraz, przeto zadowalałam się pozycją słuchaczki (oglądającej obrazki :) ) oraz bawiłam się książką oddając jej honory w jedyny znany mi sposób, czyli nie rozstając się z nią nawet na krok (aż dziw, że małe dziecko targało ze sobą takie opasłe tomiszcze); uwierzcie, nie chcecie wiedzieć, jak ono dziś wygląda. ;)
A wspominam o tym dlatego, że wizja jaskini Ali Baby musiała być niezwykle stymulująca dla wyobraźni cztero- czy pięcioletniego dziecka, skoro pamięć o niej jest dla mnie żywa i dziś. Do tego stopnia, iż rozpoczynając przygodę z perfumami - zwłaszcza z tymi niszowymi - poszukiwałam idealnego zapachu sandałowca. Takiego, który odpowiadałby dziecięcym wyobrażeniom o baśniowej wyjątkowości, zaprawionej nutą ryzyka (w końcu zbójcy mogli wrócić w każdej chwili, przyłapując poczciwego perskiego biedaka na gorącym uczynku!). Nic więc dziwnego, że każdy kolejny aromat ze znacznym dodatkiem sandałowca rozczarowywał: Santal Blanc był przewrotny, ale dość miękki i płaski, podobnie, jak mleczne Tam Dao, nie wspominając już o puchatych nutach pokroju Sensuous. To wiecznie nie było "to".

Aż tu nagle, pewnego zimnego dnia (to tak, jak dzisiaj!) zjawiło się Etrowe Sandalo i sprawiło, że nareszcie uśmiechnęłam się z satysfakcją. Ali Baba wrócił. :)


Właściwie nie jest to mieszanina wybitna, choć nie sposób odmówić jej mocy: oto nareszcie odarto drewno sandałowe ze wszystkich zbędnych puchatych krągłości, płowych zmiękczaczy oraz bezpiecznych pluszów. Stworzono mieszankę ostrą, zadziorną, nieobrobioną i pozbawioną wszelkich zbędnych ułatwień; po prostu czystą.
Sandalo to kompozycja sucha ale i przestrzenna, sugerująca możliwość objęcia wzrokiem całych połaci pustyni, aż po horyzont i zachłyśnięcia się możliwością przemierzenia tej krainy, choć bez - charakterystycznego dla wszystkich istot obdarzonych ciałem - lęku przed zabłądzeniem, przegrzaniem, brakiem wody i pomocy. Mam wrażenie, że mój dzisiejszy aromat to czysta emanacja ducha bliskowschodnich opowieści, dżinn, który czeka wewnątrz butelki na śmiałka bądź głupca, który nieopatrznie wypuści go na wolność.

Podobnie, jak uwolniony z więzienia demon, tak Sandalo zaraz po aplikacji musi rozprostować kości, uwolnić nadmiar energii, zaszaleć. Od samego początku wyczuwam niepojętą, niemożliwą do podziału mieszaninę drogocennych drzew, ambry, czegoś gorzkiego (paczuli), czegoś słodkiego (mirra), czegoś pieprzowego (lawenda, róża) z cytrusową zbitką, równie niejasną, co reszta kompozycji. Nad wszystkim zaś czuwa suche, nieheblowane, rzucone byle jak i byle gdzie naręcze surowego sandałowca.
Wraz z upływem czasu kompozycja traci na mocy, choć nigdy nie przetasowuje się na skórze, a jedynie stopniowo, systematycznie zanika. [Wyjątkiem jest krótki, ledwie wyczuwalny piżmowy meteor w sercu]. Dzięki temu zabiegowi nie bardzo potrafię pochwalić się rozpoznaniem kolejnych nut, zaimponować (?) znajomością zamorskich korzeni oraz ich sekretów, wzbudzić zazdrość opisem dynamicznego rozwoju mieszanki na skórze. Nie tym razem. Dziś po prostu stoję zbaraniała pośrodku sali niczym Ali Baba i w oszołomieniu doświadczam świadomego poplątania zmysłów w najbardziej dosłownym ze znaczeń. ;) I całkiem mi z tym dobrze. :)
Dodam też, że Sandalo duchem przypomina mojego drogiego Ambrowego Fetysza od pań Goutal i Doyen; jest podobnie zachwycający i erotyczny (ach, ta ambra!).

W każdym razie, zapach rozpoczyna się donośnym, spazmatycznym wdechem, trwa poprzez narkotyczne oszołomienie, by zakończyć życie wśród cichego mruczenia i czułych szeptów. Czy trzeba dodawać, że go uwielbiam? :)
W końcu Sandalo to Przygoda na wyciągnięcie ręki. Spełnione marzenie małej dziewczynki. :)


Rok produkcji i nos: 1989, ??

Przeznaczenie: aromat typu uniseks; niech każdy oceni, na jakie okazje będzie odpowiedni. W każdym razie, dość bezpiecznie można zrobić to w czasie nadchodzących chłodów - migreny nie powinny dawać się we znaki. ;)

Trwałość: od pięciu do ośmiu godzin (jako  edt edc, oczywiście, edc)

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna




Skład:

Nuta głowy: róża, pomarańcza, cytryna
Nuta serca: sandałowiec, paczuli, lawenda, drewno cedrowe
Nuta bazy: piżmo, ambra, mirra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Ilustracja do Ali Baby i czterdziestu rozbójników autorstwa Edmunda Dulaca; Serwis Flickr, konto użytkownika ayacata7. KLIK
2. Ali Baba autorstwa Maxfielda Parrisha; z zasobów Wikimedia Commons. KLIK

niedziela, 26 września 2010

Dziś nowego wpisu nie będzie ;)

Dziś czytam. Co takiego?
A, o:



"Napisana z humorem i wdziękiem książka Kazimiery Szczuki jest przede wszystkim wywrotowa. Wywraca bowiem nasze utarte przekonania, skamieniałe stereotypy i wygodne przyzwyczajenia.

Każe zajrzeć pod podszewkę wystrojonych manekinów, jakimi stały się - nie tylko w potocznym odbiorze - słynne bohaterki literackie (Pani Bovary czy Effi Briest). Pozwala zastanowić się nad tym, co w naszej kulturze zostało stłumione lub wyparte - i odkryć stłumioną kobiecą genealogię. Odsłania bolesne działania władzy i przemocy tam, gdzie jej najmniej się spodziewaliśmy. Ta lekcja przekory i odwagi przyda się każdemu, kto chciałby zrozumieć, jak "zrobiony" jest tekst-świat, w którym żyjemy".

Maria Janion


Jako osoba pozbawiona możliwości pełnego uczestnictwa w tradycji kulturowej, zmęczona przeintelektualizowanym bajdurzeniem ex cathedra, zniesmaczona jednonogą, jednoręką, jednooką, jednouchą i półnosową (czysto męską) wizją naszej rzeczywistości, poszukuję takiej "teorii wszystkiego", w ramach której istotne byłyby kobiece doświadczenia, kobieca pamięć i tożsamość, kobieca interpretacja cywilizacji.
A Szczukę zawsze czyta się przednio! :)

piątek, 24 września 2010

Witam jesień :)

Po ataku wściekłej zieleni postanowiłam ukoić skołatane nerwy i zrelaksować się przy czymś znacznie bardziej przytulnym. :) Padło na Twill Rose od Parfums de Rosine.


Mam wrażenie, iż bardzo podobnie Oliban od Keiko Mecheri musiał pachnieć Escoricie. ;) Bo Twill to róża miękka, gęsta, mięsista, vintage'owa, zanurzająca się w półmroku; poetycka. Rysowana subtelnymi pociągnięciami pędzla; niezwykle subtelna, ale pełna przy tym zdecydowania: silna, stanowcza, przyciągająca uwagę. No, męska po prostu. ;) [Co nie znaczy wcale, że panie winny od flakonika z rzeczoną zawartością trzymać się jak najdalej - co to, to nie! :) ] Podbita akcentami żywicznymi, uparła się pieścić naszą skórę czułymi muśnięciami: nie spieszy się nigdzie, nie dławi reszty kompozycji, nie dymi kadzidlanym obłokiem. Działa powoli, delektując się teraźniejszością i upajając ciepłem. Jest miło; zwyczajnie, po ludzku, miło. :)

Naprawdę nie spodziewałam się takiej spokojnej, subtelnej, choć też erotycznej jedności. W końcu galbanum, tajemnicze drewna i paczuli sugerują raczej żywot krótki i gwałtowny; tymczasem wspomniane nuty okazują się być idealnym dopełnieniem nadmienionej wyżej mięsistej, nieco mrocznej róży oraz wiotkiego, eterycznego z definicji, fiołka. Owe aromaty składają się na fundament dystyngowanej, pięknej w swej dwoistości, cudownie wyważonej kompozycji, od której trudno mi oderwać nos. ;)


Początek jest trudnym do pokawałkowania splotem surowego, jeszcze nie potraktowanego ogniem, galbanum, pokaleczonej róży (o poharatanych nożem płatkach) z figlarnym nieco, podskakującym na skórze różowym pieprzem. Jest miło, miękko, urokliwie; tak w sam raz na kolację przy świecach, podaną o zmierzchu na tarasie apartamentu z najpiękniejszym widokiem na Wielkie Miasto. Dopiero po chwili zza umiarkowanie erotycznego parawanu zaczyna wyzierać dość jednolita, cytrusowa konstrukcja, na której go oparto. Jednak owe owoce nie są bardziej nachalne od świetnie wyszkolonego kelnera ze "starej szkoły", o którym wiadomo, że staje się widzialny jedynie wtedy, gdy klient wyraźnie sobie tego zażyczy. :)
W takim towarzystwie udaje nam się dotrwać do serca zapachu, gdy pieprz całkowicie stapia się z galbanum, a róża staje się bardziej dosłowna (choć nigdy otwarcie prowokująca!), jednocześnie oplatając się lekkim, fiołkowym szalem. Cytrusy znikają jeszcze bardziej dyskretnie, niż się pojawiły, a spośród ciepłych, welurowych oparów zaczyna wyglądać ambra.
Ta, łącząc się z suchymi, dość ciemnymi drewnami, w rodzaju mahoniu i palisandru, rozpoczyna swój zwykły, działający na wszystkie zmysły taniec. Jako kontrapunkt zjawia się suche, choć nadpleśniałe paczuli, które wnosi to mieszanki trochę niepokoju - ale zaraz znika, zastąpione przez ledwie wyczuwalne, łagodne nuty drzewne (sandałowiec). Ostatecznie, aż do wygaśnięcia aromatu mamy do czynienia z miksem róży z drewnami oraz ambrą.
I jak tu Twill Rose nie lubić? :)

Na zakończenie jeszcze jedna drobna uwaga: szukając informacji o TR zajrzałam na stronę polskiego dystrybutora i znalazłam ciekawy opis nut, w którym można trafić na takie oto perełki: "liście róży rozgniecione w dłoni" czy "drzewo wyrzucone na brzeg morza, przesiąknięte słonym zapachem". Zaciekawiona, czy nie jest to przypadkiem zbyt dosłowne tłumaczenie, postanowiłam zajrzeć do innego sklepu oraz na stronę producenta: tam "w nutach" niczego o gnieceniu i przesiąkaniu nie było. Cóż, co uchodzi w rozpoetyzowanych opisach "ogólnych" czy w grafomańskich recenzjach, nie zawsze wypada w spisie nut. Bo od tegoż oczekuje się jednak konkretu i rzetelności.
Tyle w ramach czepiania się. :)


Rok produkcji i nos: 2006, François Robert

Przeznaczenie: zapach stworzony jako męski, ale z powodzeniem może być stosowany przez przedstawicieli obu płci. Uniwersalny - wydaje się być odpowiednim zarówno do dżinsów, jak i do fraka lub sukni z trenem.

Trwałość: do siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: świeżo-drzewna (?)

Skład:

Nuta głowy: galbanum, tangerynka, nuty zielone, różowy pieprz
Nuta serca: róża, fiołek
Nuta bazy: ambra, nuty drzewne, paczuli

P.S.
Źródła ilustracji:
1. DeviantArt; Rose autorstwa Ruskatukka.
2. DeviantArt; Rose autorstwa breakdownxxx.
3. Strona Les Parfums de Rosine, zlinkowana powyżej.

Żegnam się z latem

Wczoraj był pierwszy dzień jesieni. Jupi! ;)
Bo lato lubię (lato to wakacje, zabawa, świeże warzywa i owoce, lekkie, zwiewne stroje itd.), choć do jego maniakalnych zwolenników nie należę. Tym niemniej pożegnam je recenzją aromatu, którego nosić nie jestem w stanie, ale który, jak mało co, oddaje ducha minionej właśnie pory roku.


Ową wonią letnią jest zapach do pomieszczeń i mgiełka do ciała jednocześnie, o nazwie Hawaiian Maile Vine, za którego to produktu powstanie odpowiada Voluspa.
Maile to nazwa pnącza z rodziny Alyxia, rosnącego na wyspach Pacyfiku i wykorzystywanego przez miejscową ludność do tworzenia znanych nam wszystkim (choćby z filmów i seriali) tradycyjnych odświętnych girland. Nigdy tego cudeńka "na żywo" nie widziałam, więc nie bardzo wiem, jaki aromat wydziela; jednak wyobrażam sobie woń świeżą, żywozieloną, soczystą, niemal wodną. Pachnącą słońcem, ruchem na świeżym powietrzu, zdrowiem. Niezwykle pogodną i optymistyczną.
Problem w tym, ze nie mam pojęcia, czy nie sugeruję się przypadkiem aromatem HMV. ;)

Bo sugestywna jest gadzina: z początku bije w nozdrza zapachem podzwrotnikowego powietrza, ledwie co orzeźwionego monsunem (znacznie bardziej wymownym od słynnego Monsunowego Ogródka): aromat ogórka i wspomnianego pnącza miesza się z wonią świeżo skoszonej trawy, dając w efekcie kombinację tak obłędnie świeżą, iż równać się z nią może chyba tylko New Zealand od Demeter. Gdzieś w tle widoczny jest cień białych, jednocześnie rześkich i sensualnych, kwiatów (mimoza...?), który jednak szybko odpływa w niebyt.
Pozostawiając jedynie trawę i coraz bardziej gorzkniejące pnącze; ogórek zmył się nie wiadomo kiedy. Mieszanka staje się coraz bardziej wytrawna, może za sprawą tajemniczych żywic, niemożliwie trudnych do wychwycenia. O tym, że w jakiś sposób zaznaczają swój udział w konstrukcji zapachu, dowiaduję się tylko dzięki lekkiemu stężeniu kompozycji, zamknięciu niewielkiej jej części w bursztynowym kamyku.

I to w zasadzie tyle.
Na mojej skórze brak bazy w typowym jej rozumieniu: aromat stopniowo cichnie, zanika, pozwala rozwiać się przez łagodny, ciepły wiatr.
Hawaiian Maile Vine to woń miła, przyjemna, odświeżająca oraz kompletnie nie w moich guście. Dlatego też nie planuję nawet krótkiego doń powrotu. Na pewno nie w dającej przewidzieć się przyszłości. :)


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; lekki, rześki, nie działający na nerwy (a raczej: działający rzadko ;) ). Idealny na upalny letni dzień.

Trwałość: ok. pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: świeżo-wodna

Skład:
[podaję za Wizaż.pl]

pnącze maile (Alyxia oliviformis), ogórek, żywica, trawa
___
Dziś noszę Black Cashmere Donny Karan.

P.S.
Ilustracja pierwsza pochodzi z kailahawaii.com/2010/05/15/maile_malie_organics (zdobyłam się na małą perfumową dywersję ;) ).

środa, 22 września 2010

Krypta pełna magii


Musisz ulepić w piątek, we wrześniu, na nowiu,
małą lalkę, podobną do twego kochanka.
Zrobić jej usta z głogu, wprawić oczy sowie
i tulić ją co wieczór i każdego ranka,

by tamtemu - głupiemu - zdawało się czasem,
że mu coś w sercu słodko, niepotrzebnie śpiewa,
że go gonią ćmy jakieś z jedwabnym hałasem,
i aby się opędzał i martwił, i gniewał,

I by samotnie błądził aleją jesienną,
na wpół jeszcze uparcie, na wpół nieprzytomnie -
i tupiąc w suche liście malowane henną,
myślał: "diabli nadali! nie mogę zapomnieć!"

I aby poczuł w sercu tęsknotę i chandrę,
by w chmurach z przerażeniem ujrzał sylfy nagie,
w dziupli drzewnej nos dżina, w fajce - salamandrę -
i wpadł prosto w drzwi twoje - wprost w różową magię...

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska, Rada Pani Girard, czarownicy





Skoro dostałam oficjalne pozwolenie... ;)

Odkąd człowiek spisywał swoje dzieje, w oficjalnych annałach niemal zawsze wspominano o nich z przerażeniem, odrazą, ale też swego rodzaju estymą, a już na pewno - z fascynacją. Z czasem lęk się nasilał, przybierając rozmiary histerii, która mogłaby nawet zostać uznana za groteskową, gdyby z jej powodu nie zamordowano ok. 35 000 Europejek. Trzydzieści pięć tysięcy! Macie pojęcie??
W chwili, gdy ostatnie ideały oświeconego wczesnego średniowiecza [jakkolwiek brzmi to absurdalnie] odeszły do lamusa, wraz ze wzrostem znaczenia antycznych wzorców, których ducha w znacznej części "przetrzymali dla własnego użytku" Ojcowie Kościoła, a którego "uwolnienie" i odrodzenie postępowało nieuchronnie, narastała w społeczeństwie Europy przełomu XV i XVI wieku nienawiść do kobiet, podbudowywana, zawsze wszak aktualnym, lękiem przed przyszłością (a pamiętajmy, że była to epoka ogromnych zmian, że wspomnę tylko o wielkich odkryciach geograficznych). W niepewnych jutra, zagubionych ludziach zrodziła się potrzeba znalezienia "środka zastępczego", na który będą mogli scedować własne lęki, żale i zawiedzione nadzieje. O kozła ofiarnego na kontynencie z przewagą ludności żeńskiej, zwłaszcza tej w wieku poprodukcyjnym, jakbyśmy dziś powiedzieli, trudno nie było. Gdy zaś dodamy do tego zawsze aktualny strach przed mściwymi czarownicami, wszystko staje się jasne. Machina śmierci ruszyła.


W jej żądne krwi tryby trafiały coraz bardziej przypadkowe ofiary, od sędziwych zielarek, "wiedźm" w ścisłym tego słowa znaczeniu, po padające ofiarą spisku arystokratki. Wbrew pozorom, ta drastyczna forma mizoginii z równą popularnością szerzyła się nie tylko w krajach katolickich, ale również w tych, które od kościoła rzymskiego odłączyły się w wyniku reformacji, o czym wspominam "dla porządku" oraz by nieco utrzeć noska stereotypowi (dodam tez, że w procesach o czary bywali skazywani także mężczyźni, jednak działo się to nieporównanie rzadziej).

Z tym niełatwym tematem w mojej głowie splótł się zapach paczuli, co w sumie nie powinno być dla nikogo zaskoczeniem: w końcu aromat tej rośliny, gęsty, zachłanny i mroczny, jest tu dość oczywistym odniesieniem. Jednak nie mogło to być paczuli byle jakie; trzydzieści pięć tysięcy ofiar ludzkiej podłości i miernoty zasługuje na zachwycające epitafium. Padło na Patchouli od Mazzolari, bodaj najpiękniejsze znane mi wcielenie paczulki wonnej.

Kiedy pewnego wieczora, zaopatrzona w starą, niepozorną z wyglądu księgę oraz rozjaśniającą spowijające mnie mroki pochodnię, z drżącym sercem zstępowałam do wilgotnej, zimnej, ciemnej kruchty położonej pod dawno nieużywaną romańską kolegiatą, spodziewałam się... wszystkiego. Jak wtedy, gdy oglądając horror i towarzysząc bohaterowi, z lękiem przedzierającemu się przez nieoświetlone tereny, wpatrujemy się z napięciem w najciemniejsze partie ekranu (przynajmniej ja tak mam :) ). Myślałam, iż to, co wkrótce ujrzę, zjeży mi włosy na głowie i na zawsze zmieni moją wizję świata. Spodziewałam się - wybuchu supernowej.
Zastałam wątły blask gasnącego kaganka.


W pomieszczeniu nie było nikogo. Trafiłam do opuszczonej pracowni, pełnej kolb, retort, fiolek z tajemniczymi substancjami: pełnych, opróżnionych w połowie i zupełnie pustych, ziół wiszących u powały, różnego rodzaju pojemników z najdziwniejszymi substancjami, noży, moździerzy oraz tysiąca innych przedmiotów, których przeznaczenia nie znałam bądź nie mogłam sobie przypomnieć. Znalazłam wielki, otwarty kominek, na którym wisiał duży mosiężny kocioł. Wzdłuż ścian pyszniły się półki pełne ksiąg, zwojów, woluminów i map. Znalazłam nawet astrolabium, wciśnięte między ludzką czaszkę a mapę nieba północnego. Szybko okazało się że, dzięki zmyślnie rozmieszczonym łuczywom, którym przekazałam cząstkę przyniesionego wraz z pochodnią ognia, cała sala zyskała nagle tyle światła, że śmiało mogło ono imitować blask słońca.
Od tej pory Wielki Świat słyszał o mnie sporadycznie. :)

Patchouli Mazzolari pozwala mi doświadczyć prawdziwego, przedodrodzeniowego czaru: to ni mniej, ni więcej, jak żywa skamielina. Latimeria świata zmysłów. ;) Zapach gęsty, mroczny, od pierwszej chwili wilgotny, typowo (arche-typowo? ;) ) stęchło-piwniczny, ciężki, bez pardonu zagarniający ku sobie całe okoliczne bogactwo zapachów, zatapiający je w sobie bez cienia zażenowania. W końcu po to istnieje.
Dopiero po chwili mieszanka stygnie, tężeje niczym wypływająca w wulkanu lawa, stając się bardziej przyjazną człowiekowi, gównie za sprawą gorących, egzotycznych przypraw, z kminkiem, anyżem, goździkami i cynamonem na czele. To czas zagłębienia się w odziedziczoną po dawnych pokoleniach wiedzę, wsłuchania się we własne "ja"; czas przebywania w odosobnieniu, niezbędnego w procesie inicjacji.
Wówczas mamy szansę dowiedzieć się, poznać, zrozumieć wszystko to, z czego istnienia wcześniej nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy. Wraz z rosnącymi umiejętnościami przychodzi głód wiedzy, ten sam, który trawił Fausta czy Mickiewiczowego Gustawa-Konrada. Ów głód sprawia, że ciągle nam mało, że pragniemy ponad miarę, że płaczemy z bezsilnej wściekłości, gdy znika wszechogarniająca potęga paczuli, która dotąd była dla nas bezpiecznym oparciem, opoką i opiekunem, niczym rodzic dla dziecka.
Zostajemy sami i to jest straszne.

Mimo wszystko, im dłużej przebywamy zdani na własne siły i im mniej dosłowna jest paczulowa hegemonia, tym spokojniejsi się stajemy. Musimy wszystkiego uczyć się od nowa. Po prostu. Pogodzeni z losem kontemplujemy paczulowo-przyprawową ciszę, wycofaną, a jednak istotną i dochodzimy do wniosku, że wszystko się powoli układa. Do przypraw dołącza słodki miód: na poły skrystalizowany, a więc trudny do jednoznacznego sklasyfikowania. Dzięki niemu doświadczamy powrotu paczuli, tym razem w jej drugim, ciemnoczekoladowym, gorzkim wydaniu. Jednak z czasem i ona przestaje być istotna; zastępuje ją miękka, łagodna ambra, która tworzy wraz z miodem zupełnie nową, spokojną całość. Jest pięknie. Tak jak my nie jesteśmy już tą samą osobą. Możemy wrócić do społeczności.
Obrzęd przejścia dokonany.

Wniosek? Strach ma wielkie oczy, a czarownice są niezwykle przydatne. ;) Ot, co!


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: typowy, idealnie skrojony uniseks; dla osób o silnym charakterze, nie dających się łatwo stłamsić. ;) Zapach z porządnym "kopem", prezentujący niezwykły sillage, więc wymagający licznych testów.

Trwałość: bardzo dobra - około dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: przyprawowo-orientalna

Skład:

paczuli, nuty przypraw, miód, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Fragment strony tytułowej siódmego wydania Młota na Czarownice. KLIK
2. Sabat Czarownic autorstwa flamandzkiego malarza, Fransa Franckena II. KLIK
3. Sabat Czarownic pędzla Francisco Goya. OSTATNI KLIK

wtorek, 21 września 2010

"...kiedyś dla wzruszeń będą pretekstem"

To nie jest, stanowczo NIE jest zapach na tamte czasy. Okres dwudziestolecia międzywojennego ewidentnie nie sprzyjał delikatnym, słodko-owocowym woniom. A już zwłaszcza takim, którym towarzyszyłaby słona nuta.
Lata 20. i 30. XX wieku z całą pewnością nie mogły być epoką triumfu perfum choćby zbliżonych do Womanity Thierry'ego Muglera.
A jednak. :)


"Coś" jest na rzeczy. I to "coś" niekoniecznie musi być związane z projektem flakonu, utrzymanym w duchu art déco. Po dosyć ciężkich, dosadnych klasycznych wydaniach kobiecych zapachów, Mugler zdecydował się firmować swoją osobą aromat prosty i bezpośredni. Równie skomplikowany, co legendarni już, poprzednicy a jednak przewrotnie świeży [tzn. w sposób nie prowokujący mnie do natychmiastowego szorowania nadgarstków :) ]. Uroczy, dziewczęcy, ale i wyrafinowany. Przekorny. Co chwilę mrużący jedno oko.

Jest w Womanity jakaś ujmująca prostota, istotnie bliska stereotypowemu kobiecemu postrzeganiu rzeczywistości: jednocześnie dystansująca i czule ciepła; o zimnych, ostrych kantach konsekwentnie łagodzonych mięciutkimi tkaninami w ciepłych barwach. :) Porannie rześka, ale też wieczorowo zmysłowa. Tak mniej więcej. ;)
Ten poranek rozpoczyna się od słodkiej, niemal przejrzałej, fioletowo-zielonej figi, której towarzyszą lekkie, soczyste cytrusy oraz ujmująca, dość tajemnicza, egzotyczna słodycz owocowa (mango? kiwi? papaja?); witaminowy koktajl na początek dnia. ;) Z dodatkiem szczypty soli, tak dla balansu.


Z czasem cytrusy i reszta owocowego towarzystwa znikają gdzieś za horyzontem, pozostawiając "na posterunku" figę, której towarzyszy owa wspomniana wcześniej słoność, konsekwentnie zyskująca na znaczeniu. Jest jej coraz więcej, więc nie ma potrzeby zachodzić w głowę, skąd też może pochodzić. Zjawiła się jako forpoczta kawioru; rybich jajeczek o dość wyraźnej strukturze (a wiadomo, że im kawior większy, tym droższy), naturalnie jak najciemniejszych.
Dwugłos figowo - kawiorowy brzmi jasno oraz bardzo sympatycznie; lekko i naturalnie, dzięki czemu nietrudno nam znieść jego ewidentną syntetyczność. Słodkie i słone trwają w idealnej równowadze.

Finał to powrót zielonej figi, tym razem dzięki akcentom figowego drewna, dość jeszcze soczystego: ozonowe nuty wodne nie czują już potrzeby, by chować się za zaskakującym połączeniem flagowym. Jednak i to niespecjalnie mi przeszkadza. :) Bo przecież kremowa, jedwabista struktura mieszanki nie może generować przykrych skojarzeń. Puchaty sandałowiec nadaje kompozycji jeszcze więcej lekkości oraz ciepła.
Całość pozostaje nieco gorzka, słoneczna oraz bardzo, ale to bardzo pogodna. :)

A jednak zapytana, czy pragnę pełnowymiarowego flakonu, będę zmuszona zaprzeczyć. Dlaczego? Ponieważ Womanity to kompozycja bardzo ładna, może nawet chwilami piękna, o niezaprzeczalnym uroku, ale nie wybitna. Choć trudno zarzucić jej wtórność, równie niełatwo posądzić ją o odwagę, charakterystyczną przecież dla Anioła czy A*Men'a. Mojej aprobaty nie zyskuje także przesadzona, iście gargantuiczna w formie ideologia przesadzonego, choć jeszcze nie gargantuicznego (jeszcze! ;) ) we własnej sylwetce projektanta. Bo nie ma czegoś takiego, jak zunifikowana definicja kobiecości, globalne siostrzeństwo. Kurczę, sama nie wiem, co dokładnie znaczy, iż jestem "kobietą", więc jak tu dywagować nad czysto teoretyczną płaszczyzną wspólnych doświadczeń i mentalności (a to już w ogóle bzdura z palca wyssana!). Zatem nie postarali się tym razem marketingowcy pana Muglera. Co nie znaczy, że sukcesu ich najmłodszemu dziecku nie wróżę. ;)

Tym niemniej stworzę zaraz stuprocentowy oksymoron i stwierdzę, że Muglerowe słone słodycze warte są przynajmniej degustacji. To rarytas dla każdego smakosza. ;)


Rok produkcji i nos(y): 2010, załoga z Mane

Przeznaczenie: zapach uznany za damski ale - jak wszystkie klasyczne perfumowe produkcje T.M. - świetnie leży na skórze przedstawicieli obu płci. :)

Trwałość: niezła; w granicach siedmiu godzin (a bywa i dłużej!)

Grupa olfaktoryczna: owocowo-aromatyczna





Skład:

Nuta głowy: figa, cytrusy, inne nuty owocowe
Nuta serca: kawior, nuty wodne
Nuta bazy: drewno figowe, sandałowiec, ambra
___
Dziś nosiłam Cuir de Russie od L.T.Piver.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z bloga Art Deco. Celebrating the Jazz Age (1920s-1930s.):
1. Outfit by the Mattita fashion house, 1920s
2. Thalia Barbarova, 1920s

poniedziałek, 20 września 2010

Fairy Queen

I to w znaczeniu dosłownym, w myśl kampanii reklamowej i ducha zapachu. :) Którego? Pierwszego dzieła sygnowanego 'Lolita Lempicka' (tak, chodzi o to arcykiczowate fioletowe jabłko w zielonym pudełku).


Jak podaje tekst źródłowy, klasyczna Lolita Lempicka to baśń dla kobiet, pełna symboli zapożyczonych z miłosnych opowieści, przenosząca nas w świat zdolny zaczarować naszą codzienność. Uff.
Rany Julian! Jakaż to odpowiedzialność dla jednej małej, szklanej fiolki! ;) Aż strach pomyśleć. Brzemię doprawdy heroiczne; szczególnie w naszych, obłędnie szybkich, nastrajających depresyjnie czasach.
Nic więc dziwnego, że wiele osób pragnie odmiany, spokoju, zadziwienia, zatrzymania się, odpoczynku - lub chociaż ich namiastki w postaci perfum (albo czego innego). Czy wolno nam niszczyć ich złudzenia? Nie.

Szczególnie, że - w tym przypadku - nie bardzo jest co niszczyć: bo LL, choć słodko-syntetyczna, jest też niezwykle miła w odbiorze i czarująco urocza. A i pazurek (zdobny w najstaranniej wykonany, klasyczny francuski manicure) potrafi pokazać. :)


Z początku Lolita próbuje kokietować słodyczą: nieśmiało, nieudolnie, w sposób przesadnie wystudiowany i nienaturalny [ale zważywszy na jej młody wiek, nie powinno to nikogo dziwić; w końcu ma jeszcze dziewuszka czas]. Jest pastelowa, niewinna, arcysłodka, wanilinowo-tonkowa, nie potrafiąca oprzeć się wiśniowym pralinkom i jasnym pudrowym pastylkom leżącym na, przykrytym fiołkowo-różowym obrusem, stole. Jest słodko; lepko ale i przejrzyście.
Dopiero po chwili aromat nabiera głębi, tężeje, zyskuje drugie dno. Oczywista, dziewczęca słodycz zostaje zakłócona gęsto-dymnym akcentem lukrecji, do której rychło dołącza anyż. Dzięki nim płatki fiołka ciemnieją, dryfując w stronę królewskiej purpury, a wanilia pozwala lekko się podwędzić. Gdzieś spomiędzy grzesznych łakoci wyziera delikatna woń... tytoniu (czyżby nasza dzieweczka paliła w sekrecie papieroski? ;) ).

Po dłuższym momencie słodycz uspokaja się, staje się bardziej miękka i lejąca; bardzo jedwabista. Gdzieś z głębi wyczuwam aromat jasnej, bogatej piany, powstałej dzięki dodaniu do ciepłej wody sporej ilości płynu do kąpieli o delikatnie kwiatowym (może nawet konwaliowym??) zapachu - to oczywiście piżmo, które stopniowo zyskuje na znaczeniu. Jednak nie potrafi mnie do Lolity zniechęcić; dzieje się tak za sprawą interwencji bobu tonka, który ociepla kompozycję - a któż z nas nie lubi czasem zanurzyć się w gorącej wodzie? :)

Byłoby idealnie, gdyby nie ten irys-cholernik, który od czasu do czasu, niczym złośliwy poltergeist, zamienia finał pachnidła w mydlaną pulpę, zatapiającą z upodobaniem ostatnie wspomnienie urokliwej słodyczy.
I z tego właśnie powodu nie pragnę fioletowego jabłuszka na własność.
Ogólnie biorąc - cud, miód, malina i pralina! ;)


Rok produkcji i nos: 1997, Annick Menardo

Przeznaczenie: zapach sklasyfikowany jako damski; delikatny, eteryczny, słodki, więc wydaje się być stosownym na jesienne słoty i zimowe mrozy. ;)

Trwałość: przyzwoita - od sześciu do ponad ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-waniliowa

Skład:

Nuta głowy: bluszcz, anyż
Nuta serca: fiołek, lukrecja, wiśnia amarena, praliny
Nuta bazy: bób tonka, piżmo, wanilia, wetyweria, irys
___
Dziś noszę Black Toumaline Oliviera Durbano [jednak nie Incense Normy ;) ]; i to właśnie dzięki temu aromatowi grupa wrocławskiego dresiarstwa stwierdziła dzisiejszego popołudnia, że czuć ode mnie "kiełbasą. Krakowską podsuszaną". ;) Co niniejszym zapisuję pomna kadzidlanej przygody Marcina z dresami warszawskimi. :)

P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji: serwis vi.sualize.us; konto użytkowniczki tinacolada23
1. (via milkdrop)
2. ObsessionMIA: Love and Romance - Rodney Smith

niedziela, 19 września 2010

Usiędzie na grzędzie i pachnieć będzie ;)

Niedziela zostanie chyba dniem wpisów nierecenzenckich. :)

Wspominałam kiedyś, że lubię czasem pozaglądać na fora dla przyszłych panien młodych. ;) Dziś postanowiłam przejrzeć je pod kątem odpowiedzi na pytanie: "jakie perfumy w dniu ślubu?"

Mam kilka wniosków:
1. Najważniejszy jest znaną prawdą i tajemnicą poliszynela pospołu - Polki kochają się w banale; albo świeżynki, albo słodziaki, tertium non datur [ani quartum, ani quintum też; wszystko inne dusi je i męczy]. Nuda, Panie, nic się nie dzieje. Nie wiem, czy to zwykłe niewyrobienie, lenistwo zmysłowe czy świadoma abnegacja.

2. Znaczna grupa pań wykazuje się lekkomyślnością, planując zakup perfum specjalnie na "ten dzień", bez wcześniejszych testów, by "poczuć się wyjątkowo". Z drugiej strony plasuje się grupa, której "wszystko jedno", bo to przecież "żadna różnica". A pomiędzy nimi osoby planujące pachnieć tak, jak w dniu poznania przyszłego narzeczonego/pierwszej randki/zaręczyn itp. nawet, jeśli miało to miejsce osiem lat wcześniej [ciekawe, czy ich skóra nadal łaskawie będzie przyjmować w siebie molekuły dawnego signature scent? ;) ].

3. Związane z punktem poprzednim: poszukiwanie (czasem za wszelką cenę) zapachu na tyle rzadkiego, by był unikatowym [nie dość, że porządne perfumy na każdej skórze rozwijają się inaczej, to chyba miejscem odpowiednim na podobne pytania nie powinno być popularne forum, którego użytkowniczki dysponują najpowszechniejszym gustem?].

4. Powszechna jest błędna pisownia nazw; i o ile mogę zrozumieć, że nie każdy musi zaraz mieć w małym paluszku wiedzę o pachnidłach i nie każdy wie, jak i gdzie dostawić niepolski znak diakrytyczny, o tyle chwalenie się posiadaniem oryginalnego flakonu Indeconens od Avon (a nie Incandessence), Cashmir marki Chopard (miast Casmir), Preta Porte czy wręcz Coco Madmuaseile od Chanel [sic!] zakrawa na kpinę.

5. "Ogół" traktuje pachnidła jak "perfumki": miłe, urocze, śliczniutkie, dziewczęce pierdółki. Byle tylko nie zakłócić wizerunku niewinnej panny młodej.
oraz

6. Niby co chwilę przywołuje się ducha indywidualizmu (w stylu "żeby się tobie i twojemu mężczyźnie podobały"), to jednak większość sugestii należy do tego samego sortu (propozycje Angela czy Poison zdarzają się sporadycznie; Amarige od Givenchy* widziałam tylko raz, podobnie jak Black Cashmere Donny Karan). Totalna unifikacja.

Może nie są to spostrzeżenia odkrywcze, może brak im błyskotliwości, może potraktowałam zaaferowane narzeczone nieco zbyt ostro (przecież nie każda musi być pasjonatką perfum), ale przyznajcie - ogólnie nie wygląda to zbyt kolorowo.
Jakby nie spojrzeć, jesteśmy w awangardzie. ;)


Na koniec kilka źródeł:
1. Ślubowisko.pl
2. Kafeteria.pl (topik zapomniany)
3. EkspertWeselny.pl
4. Wizaż.pl Przenajświętszy ;)
5. NetWesele.pl
6. WyjdzZaMnie.pl (temat o męskich perfumach)
7. Forum Weselne miasta Łódź
8. Ślub-Wesele.pl
...i długo by jeszcze wymieniać. :)

* Po dokładniejszym przewertowaniu rzeczonych źródeł okazało się, iż Flower od Kenzo, o którym wcześniej w tym miejscu wspomniałam, wymieniono jeszcze co najmniej dwa razy. Więc zmieniłam przykład na bardziej zgodny z prawdą. :)

Wpis pięciozdaniowy

Nie-na-wi-dzę wyrazu "perfumy" w rodzaju męskim ("jest to perfum...", "używam tego perfuma..." itd.), coraz bardziej panoszącego się w polszczyźnie, prawem kaduka zajmującego miejsce poprawnej formy. Komu jest to na rękę?? Gdyby chociaż niewłaściwa forma wnosiła do języka jakąś nową wartość, byłabym w stanie zaakceptować jej użycie; tak się jednak nie dzieje - barbarzyński "perfum" szarogęsi się z prostacką bezczelnością niepiśmiennego chama, który wparował na salony po uprzednim wyrżnięciu ich bywalców. Pozostaje tępym rewolucjonistą, równie silnym, co ordynarnym; ograniczonym, niechlujnym prymitywem pełnym samozadowolenia, figurą z menażerii Gombrowiczowego Ferdydurke.
Odpowiedzialnych za taki stan rzeczy kazałabym powywieszać za... sami wiecie, za co [albo na pal powbijać]. :)
___
A dziś noszę 21 od Costume National. [to było szóste zdanie, na szczęście już w didaskaliach ;) ]

sobota, 18 września 2010

Dawno temu, w pewnej odległej galaktyce...

...żyły sobie pachnące jaśminem, fioletowe istoty. O nich dziś opowiem.


Alien z perfumoteki Thierry'ego Muglera to propozycja przewrotnie głównonurtowa i kwieciście lepka. Oraz trudna do przeoczenia [chyba, że ktoś jest ortodoksyjnym wyznawcą specyfików sprzedawanych w GaliLu i Quality Missala, względnie na stronie Luckyscent ;) ].

Zaczynam mieć skojarzenia dosyć jednostajne jako, że znów atakują mnie wizje świetlistego mroku. :)  Z zastrzeżeniem, że tym razem gęsta ciemność otoczona jest poświatą mieniącą się setkami odcieni fioletu, od jasnofiołkowego po najciemniejszą purpurę. A wszystko to migocze, błyska i roztapia się w dusznym cieple.

Ów głośny jaśminowy poemat rozpoczyna się... wcale nie kwiatowo; na mojej skórze Obcy z reguły wykonuje salto i całkowicie przenicowuje własną strukturę: otwarcie jest gęste, esencjonalne, żywiczno-paczulowe, lukrecjowo-kumarynowe, delikatnie owinięte zwiewnym fiołkowym woalem. Istna harmonia przeciwieństw, coś jak bokser wagi ciężkiej czytający Królewnę Śnieżkę. ;)


Później aromat ogrzewa się, staje się bardziej miękki i przyjazny: gdzieś w tle pobrzmiewają aromaty bergamotki oraz coraz silniejszego jaśminu, jednak główną rolę w dalszym ciągu odgrywa drewno; tym razem suche i giętkie. Migotliwe. Trudne do zidentyfikowania: palisander to czy gwajakowiec? A może bardziej swojski orzech?
Za to z pewnością wyczuwam w Alienie całe flachy iso e super. No, jak pragnę zdrowia: gdyby do pierwszego produktu z serii Escentric Molecules dorzucić nieco drewna i jaśmin, wyszłoby niemal to samo! ;)

Z czasem coraz więcej jest białego, odurzającego kwiatu, a coraz mniej drewnianej zwiewności (choć i ona akcydentalnie daje o sobie znać). Pieprzno-papierowa molekuła łączy się z jaśminem, dając całość przewrotną oraz bardzo żywą, nienachalnie zmysłową. Niezwykle pogodną i nastawioną niedwuznacznie pokojowo. :) Radosną.
Dopiero zamknięcie daje pokaz duszącej, jaśminowej hegemonii, gęstej jak mleczna mgła i odurzającej niczym laudanum. Ciemnej, niemożliwej do zignorowania, monolitycznej, miłej w odbiorze dzięki ambrowym oparom. Zachwycającej.
Bywa, że nuta iso zdoła jakoś przetrwać atak wściekłego jaśminu, a nawet jest w stanie go zwyciężyć, niemal w nieskończoność przedłużając trwanie serca zapachu, tego listu z papieru czerpanego, nasączonego jaśminowymi perfumami. I właśnie taka odsłona Obcego zyskuje sobie moje największe uznanie, taką chciałabym pachnieć ciągle. Tylko kto mi to zagwarantuje? :) Wszak dzisiejsze pachnidło podobne jest do swego starszego brata, Angela, którego cechą charakterystyczną jest nieprzewidywalność oraz zupełny brak pokory.

Na koniec krótka uwaga techniczna: powyższa recenzja dotyczy wersji eau de parfum. Wody toaletowe Muglera (choć nie tylko jego) są dla mnie najczęściej znacznie gorszą wersją mocniejszego wydania, cienkuszem zbyt mocno rozrzedzonym. Więc, o ile wyraźnie tego nie zaznaczę, perfumy od Muglera w stężeniu "toaletowym" murów Pracowni nie będą odwiedzać zbyt często.


Rok produkcji i nos(y): 2005, Dominique Ropion oraz Laurent Bruyère

Przeznaczenie: zapach programowo męski, ale - o ile na panach będzie się układał w sposób zbliżony do opisanego wyżej - może zostać uznany za świetnie skrojony uniseks.

Trwałość: dobra - w granicach dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: jaśmin, bergamotka
Nuta serca: wanilia, nuty drzewne
Nuta bazy: ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z DeviantArta, a ich twórcą jest użytkownik o pseudonimie Silvian25g:
1. Fractal 214 KLIK
2. Fractal 258 KLIK

czwartek, 16 września 2010

Ultrabłękit


Dziś będzie krótko. O Addict Diora.

Muszę wyznać, że mam z tym zapachem problem: otóż, jakbym się nie starała, nie potrafię go polubić. Przecież ma w sobie wszystko, co zazwyczaj przypada mi do gustu: jest i Orient, i słodycz, i jakaś gęsta, delikatnie mroczna nuta. A tymczasem nic. Zero. Nul.
Żadnego trzepotania serca, żadnych westchnień (choć i odruchów niechęci brak). Totalna, niezachwiana obojętność, której nie potrafiły przełamać nawet testy "globalne" (trzeba wymyślić jakiś sensowny odpowiednik tego określenia ["dopępkowy" też odpada] ;) ), wykonywane na przestrzeni kilkunastu miesięcy za pomocą paru firmowych próbek z atomizerem.

Nosząc Addict mam wrażenie przebywania na innej planecie... i, w tym przypadku, nie jest to miłe uczucie. Choć nie znalazłam się w świecie pełnym obrzydliwych, krwiożerczych Obcych, których przysmakiem jest szpik kostny Ziemian, a prędzej wśród małych, uroczych inteligentnych androidów rodem z Gwiezdnych Wojen, to nijak nie potrafię się zaaklimatyzować.
Początek zapachu jest dziwny: bywa, że właśnie wtedy ujawnia się jakieś tajemnicze waniliopaczuli, coś jednocześnie stęchłego i słodkiego w sposób ciężki oraz bardzo kaloryczny, dodatkowo zmącone wonią kwiatów. Jednak najczęściej przez pierwsze minuty nie wyczuwam niemal niczego; pachnie toto jak ostatnie podrygi bazy, delikatnie wspomnienie po wanilii czy bobie tonka.
Krótko później pojawia się waniliowy bobas, rozcieńczona wersja Hypnotic Poison, z czasem wzmocniona nieco podsuszonymi kwiatami oraz lekkim niby-cytrusowym wicherkiem. W tle pobrzmiewa okrągły, puchaty i jasny sandałowiec.
Finał to powrót podejrzanego akordu słodkiego, w stylu waty cukrowej przyprószonej wyschniętymi ziarenkami wanilii; popłuczyny po Hipnotycznej. Bywa, że sytuację ratuje miękki, kremowy sandałowiec (zbliżony do tego z bazy Sensuous E.Lauder), ale ogólnie nie jest za wesoło.

To jednak nie jest to. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś z tą mieszanką jest nie w porządku, coś sknocono albo czegoś zaniedbano. A podchodziłam doń naprawdę wiele razy.
Szkoda...


Rok produkcji i nos: 2002, Thierry Wasser

Przeznaczenie: zapach uznany za damski, ale odnoszę wrażenie, że na męskiej skórze częściej bywa skłonny do pokazania pazura.

Trwałość: bardzo dobra - od dziesięciu godzin wzwyż

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: liść mandarynki, mimoza
Nuta serca: kwiat królowej nocy, jaśmin, róża, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: wanilia, drewno sandałowe, bób tonka
___
Dziś nosiłam Belle d'Opium YSL (fatalna trwałość).

P.S.
Ilustracja pierwsza pochodzi z DeviantArta; Blue Moon autorstwa użytkownika o pseudonimie microbot23.

środa, 15 września 2010

Tysiąc odcieni czerni


Są ludzie, dla których biel jest nudna: niby wiedzą, że Eskimosi potrafią rozróżnić ileś tam rodzajów śnieżnej białości, "ale dla normalnych osób biały to biały". Są ludzie, dla których czerń jest jednostajna. Nie umiejąca niczym zaskoczyć. Tak, wiem, że są tacy. Nie ufam im (na takiej zasadzie, na jakiej nie darzę szczególną sympatią osób, które otwarcie deklarują swoją niechęć do zimy).
Przecież zarówno czerń, jak i biel potrafią być równie żywe i wibrujące, co pozostałe barwy! Jasność i mrok potrafią swobodnie wirować, wibrować, tlić się i lśnić pełnym blaskiem; mogą mieć tysiące odcieni; wszystko zależy od zewnętrznych okoliczności oraz wewnętrznej wrażliwości spoglądającej osoby.
Dlatego dziś pragnę opisać jeden z olfaktorycznych odcieni czerni: męski Encre Noire marki Lalique.

Czerń tuszu to barwa czarnej dziury, gęsta, transparentna, bezgranicznie przepastna; przyciągająca ku sobie nawet własne przeciwieństwo, wchłaniająca je żarłocznie. A przy tym niezwykle mała, subtelna, cierpliwa i przyczajona (jak pająk w sieci). I, co paradoksalne, przejrzysta oraz przewiewna. A także trudno namacalna, podobna powietrzu: wiemy, że jest niemal wszędzie na powierzchni, zobaczyć je możemy tylko w pewnych (dosyć dramatycznych) okolicznościach, ale złapać go w dłoń i ścisnąć nie jesteśmy w stanie.


Encre Noire to zapach bez wątpienia szlachetny i dystyngowany, idealnie wyważony, nienagannie skrojony, zwracający uwagę w sposób niejako przypadkowy. I, jak pisałam wyżej, jednocześnie mroczny oraz przejrzysty, bardzo przestrzenny. Frapujący, w odróżnieniu od rozczarowującej damskiej wersji.
Obcując z nim, ma się wrażenie podobne do podziwu dla doskonale wykonanego, ekskluzywnego wyrobu rękodzielniczego: zachwyt połączony z, nie do końca uświadamianą, estymą. Bo od pierwszego niuchnięcia po prostu się wie, że w procesie powstawania Encre Noire niczego nie zostawiono przypadkowi - to mieszanka doskonale przemyślana, dopracowana w najmniejszych szczegółach, najstaranniej wychowana. :)

Dowodem niech będzie brak uwertury. Rezygnacja z jakiegokolwiek rozpoczęcia pozornie wydaje się głupotą, ale czy tak jest w istocie? Wątpię. Dzięki temu zabiegowi mamy możliwość wejścia od razu w nagą, niczym nie zakłóconą istotę aromatu; możemy zanurzyć się prosto w świetlistą poświatę, odbijającą się od transparentnej czerni, wpaść w objęcia pozornie świeżej, lekko przesuszonej wetywerii, której towarzyszy podobnie przewrotny cyprys i drewno cedrowe (w składzie nieujęte).
Po chwili zaczynam wyczuwać swąd: wiem, ze stoję w samym środku doszczętnie spalonego, egzotycznego lasu. Ogień wygasł dawno, na osmalonych kikutach drzew, wśród przejmującej ciszy umarłej puszczy unosi się mgła, pozostawiając po sobie chłodną mżawkę. Świta.
Krajobraz cmentarza samoniszczącej się natury wprawia mnie w nastrój melancholijny, przywodzi na myśl potężny strumień materii, który wymyka się z czeluści aktywnej czarnej dziury. Swąd w cedrowo-cyprysowym lesie jest przejmujący.

Z czasem mieszanka rozpogadza się nieco, staje się miększa i bardziej cielesna, głównie za sprawą drewna kaszmirowego, delikatnego piżma i jakiś tajemniczych przypraw (kardamon...?). Jest bardziej migotliwa, żywa, wibrująca [nawet drewno nagle ożywa i zaczyna toczyć soki :) ].
Życie upomina się o swoje prawa. Czas nareszcie zakończyć żałobę.


Rok produkcji i nos: 2006, Nathalie Lorson

Przeznaczenie: zapach stworzony jako męski, jednak z powodzeniem może być stosowny przez kobiety, które mogą nosić go także podczas oficjalnych spotkań towarzyskich (bo panowie to jednak chyba nie... ;) ale "co kto lubi")

Trwałość: zmienna - od czterech do ponad dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: nie istnieje
Nuta serca: wetyweria haitańska, wetyweria burbońska, cyprys
Nuta bazy: piżmo, drewno kaszmirowe
___
Dziś noszę Eau de Sisley 3.

P.S.
Źródła ilustracji:
1.http://gallery.sjsu.edu/arth198/painting/ink.html
2. strona fotografki Dominique Silberstein KLIK
3. Pachnąca Salamandra JESZCZE JEDEN KLIK

wtorek, 14 września 2010

Zła Pani leśnych dróg



Potężna, okrutna bogini, władczyni życia i śmierci. Znów będzie o Kali...? ;)
Nie, tym razem swoją bohaterką uczyniłam jej europejską siostrę, Babę Jagę.

Kiedy dziś mówimy "Baba Jaga" mamy na myśli starą, obrzydliwą czarownicę, obmierzłe, demoniczne babsko, chcące pożreć Jasia i Małgosię czy straszące poczciwych carewiczów w co drugiej rosyjskiej baśni. Bardziej zabawną niż straszną dziwaczkę, kompletnie zwariowaną psychopatkę; od stuleci niezmiennie fascynującą, w sposób przewrotny i dość niekonsekwentny. Dla mnie natomiast powyższa wizja stanowi okazję do zaobserwowania zmian, jakich w słowiańskiej mentalności dokonały przeprowadzana drastycznie chrystianizacja oraz coraz bardziej panoszący się patriarchalizm [czas przestać bać się tego słowa! ;) ].
Bo dla mnie Baba Jaga nie jest żałosną, zgrzybiałą psychopatką, a budzącą pierwotny lęk, przerażającą władczynią "tamtego świata", czymkolwiek by on nie był. Niebezpieczną Staruchą Mąk, jak chce etymologia; bóstwem, którego imię tak było święte, w tak wielką moc zaopatrzone, że stanowiło tabu. Zresztą, do dziś aktualne - bo jakoś nie chcę uwierzyć, by wspomniane wyżej miano było oficjalną nazwą bóstwa (podobnie, jak w przypadku Boga Izraela).

W mojej wyobraźni wizja wspomnianej Staruchy złączyła się z Cuir de Russie od L.T.Piver. I podobnie, jak Baba Jaga dzierżyła władzę zarówno nad śmiercią, jak i nad jej przeciwieństwem, takoż w Piverowym klasyku trudno doszukiwać się wyłącznie mroku oraz rzek spływających krwią pożartych dzieci.


Z początku czuć ciemną, dość wiekową skórę: taką, która rzeczywiście dość dawno temu posłużyła do uszycia praktycznego przedmiotu (mogą być i buty ;) ). Po chwili wyczuwam gęstą, lekko zatęchłą, dość złośliwą świeżość, przywodzącą mi na myśl kobietę przeklętą, która z własnej klątwy nic sobie nie robi i śmieje się prosto w twarze przerażonej wioskowej ludności, na czele z lekko struchlałym, poczciwym kapłanem tudzież wojami lokalnego władyki. To brzozowa kora, która z upodobaniem kpi sobie z tłuszczy i jej śmiesznych norm.
Widzę również przeogromne połacie stepu, nad którym wiszą ciężkie deszczowe chmury, roszące ziemię mżawką (a może to mgła opada?). Jest zimno i wilgotno.

Jednak z czasem mroki słabną, mgła się przerzedza; do chatki Baby Jagi dociera bezbronna, wypędzona z domu dziewczyna. A wiedźma nie tylko jej nie pożera, ale nawet proponuje dach nad głową, oczywiście w zamian za morderczą pracę od rana do nocy - nie ma łatwo. ;) Z czasem dziewczę przyzwyczaja się do nowego otoczenia i towarzystwa okrutnej bogini, stopniowo oswaja się z tym wszystkim, co - jeszcze nie tak dawno temu - budziło w niej paniczny lęk.
Dziś śmieje się z głupoty wioskowych bajarzy, którzy opowiadali o mieszkającej w lasach czarownicy "niewiadomoco" a sami, gnani chęcią udowodnienia własnej mężności, namiętnie mścili się na starej. W mojej wersji dziewczyna nie ucieka od Baby Jagi, nie staje się żoną przypadkowo przejeżdżającego w pobliżu księcia, nie daje się z powrotem zamknąć w klatce. Pozostaje dziwnym, brudnym, nienormalnym odludkiem. Jędzą na bis. I bardzo jej z tym dobrze! :)

W tym momencie do brzozowo-cyrusowej, stęchłej skóry dołączają nuty przypraw, ogrzewając i oswajając kompozycję. Wkrótce pogłębiają się, ustępując miejsca ciepłemu, przejrzystemu drewnu, zmieszanemu z gęstym, ciemnym miodem o ostrym smaku.
W finale daje się wyczuć powiew aldehydowy, miękko owijający się wokół nut korzenno-miodowo-brzozowych. Gdzieś w tle pobrzmiewa piżmo, co wiem dzięki delikatnej woni mydlin. :) Chyba służka Baby Jagi robi przepierkę. ;)
Wraca także akord skórzany, miękki, nieco mleczny, zatęchły i przykurzony jednocześnie. Mnie to się podoba.

A że opowiedziana przeze mnie historia nie przewiduje udziału mężczyzn?
Otóż bohater pewnej rosyjskiej baśni, carski strzelec, został zięciem Baby Jagi i wyszedł na tym jak najlepiej. ;)


Rok produkcji i nos: koniec XIX wieku (choć Basenotes podaje rok 1939), ??

Przeznaczenie: zapach powstały jako męski, ale dziś najlepiej sklasyfikować go jako uniseks; stosowny za dnia, jak i po zmroku

Trwałość: najsłabszy punkt Cuir de Russie - od trzech do sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-aldehydowa

Skład:

skóra, mandarynka, bergamotka, nuty drzewne i korzenne, miód, kora brzozowa (ale to z pewnością nie wszystko)
___
Dziś noszę Womanity Thierry'ego Muglera.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Baba Jaga autorstwa Wiktora Wasniecowa; z zasobów Wikimedia Commons.
2. Mój twardy dysk; grafika Iwana Bilibina najpewniej do Dzielnej Wasylisy.

poniedziałek, 13 września 2010

Sprawozdanie prosto z beczki

Wróciłam.
I zaczynam od pijactwa. ;)


Ponieważ specjalnie dla własnej uciechy wlazłam do beczki (a nie jest to beczka Diogenesa ;) ); takiej, w której jeszcze nie tak dawno temu dojrzewał szampan. Do beczułki Yvresse marki Yves Saint Laurent.

W ramach informacji praktycznych oraz ciekawostek, o których i tak wszyscy wiedzą, ale przypomnieć wypada nadmienię, że na początku zapach ów nosił nazwę Champagne; jednak musiano ją zmienić z uwagi na (moim zdaniem, słuszne) protesty producentów szampana [tego oryginalnego, z Szampanii]. Jeśli ktoś ciekaw, czemu słuszne, po odpowiedź wysyłam TUTAJ.

Wracając do naszego Yvresse i mojej beczki: otóż weszłam sobie do niej myśląc "a posiedzę tu sobie cichutko, oparów się grzecznie nawdycham; co to komu szkodzi?" ;) Jak pomyślałam, tak zrobiłam.
I zostałam przez los nagrodzona, bowiem okazało się, że na dnie olbrzymiej kadzi ostała się dość spora kałuża szlachetnego trunku. Więc się nad nią nachyliłam. :) Pachniała zabawą, śmiechem, dźwiękami muzyki, szalonym tańcem, pocałunkami i... świeżą zielenią. Pierwsze zetknięcie z aromatem rodzi podejrzenie, jakoby część bąbelków zabłąkała się w przegrody nosowe. Choć trudno "z miejsca" odurzyć się samym zapachem alkoholu, to przyznam, że wąchając Yvresse łatwo o tym zapomnieć. Soczyste, okrągłe, miękkie owoce o słodkim zapachu i letnim, nieco lolitkowym smaku mieszają się z cięższymi woniami anyżu oraz lekko gorzkim kuminem. Gdzieś spomiędzy tego wszystkiego wypływa róża.


Róża miękka i jasna, choć z czasem coraz mroczniejsza. Kroku dotrzymuje jej jaśminowy meteor. Chwilę później aromat zaczyna się dymić.
Jednak nie jest to typowy dym z kadzidła, a prędzej zapach palonego drewna. Jakby ktoś postanowił podłożyć ogień pod beczkę, w której leżę w stanie upojenia alkoholowego [w sumie mogę mówić wielkim szczęściu, skoro jakaś dobra dusza zawiadomiła straż pożarną, która wyciągnęła ze środka kadzi mój zezwłok ;) ]. Teraz, już z bezpiecznej odległości, mam okazję napawać się wizją osmalonych desek i przywędzonego szampana.
Benzoes łączy się z przyprawami, w których prym wiedzie mroczny, zamaszysty kmin, dzielnie wspomagany przez anyż, coś jakby goździki (choć spisy nut deklarują obecność kwiatu, nie przyprawy) oraz - niekiedy - lekką cynamonową poświatę. W tym momencie kompozycja wydaje się być najbardziej ciekawa i piękna.
Jakaś taka retro; może nie do końca zgodna ze współczesnymi standardami, ale jakże uwodzicielska i głęboka! :)

Niestety okazuje się, że na finał kompozycji inwencji już nie stało. Ponieważ mam do czynienia z gwałtownym, szybko spalającym się drewnem nasączonym szampanem, po którym zostaje słodki, waniliowo-owocowy, delikatny szypr; a właściwie szyperek. Grzeczny, puchaty, sympatyczny, przymilny. Mały, miły kociak, kiedy ja wolałabym tygrysa zasypiającego po udanym polowaniu. No, nic, trudno się mówi; w końcu i tak nie jest źle. Jest wanilia, wetyweria, jest nieco piżma, mech dębowy, brakuje tylko charakteru.
Może to zemsta za wychlanie resztek z kadzi? ;)


Rok produkcji i nos: 1993 (pod nową nazwą od 1994 r.), Sophia Grojsman

Przeznaczenie: zapach sklasyfikowany jako damski; sympatycznie rozgrzewający i poprawiający humor, więc polecałabym go na jesienne słoty. :)

Trwałość: taka sobie; od pięciu do ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-owocowa


Skład:

Nuta głowy: brzoskwinia, morela, bergamotka, nektarynka, anyż, kmin rzymski
Nuta serca: róża, jaśmin, goździk, cynamon, fiołek, mięta
Nuta bazy: wanilia, benzoes, drewno cedrowe, piżmo, paczuli, wetyweria, kastoreum, mech dębowy
___
Noszę dziś Sensuous Noir od Estée Lauder.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.thewhiskyexchange.com/selection/frapin_1888_cognac.aspx [strona o whisky, fotografia ilustruje notkę o szampańskich konotacjach, a w rzeczywistości przedstawia kadzie po koniaku marki Frapin (czyli też perfumowo ;) )]
2. DeviantArt; Champagne autorstwa undrcover KLIK