piątek, 31 stycznia 2014

Let the sunshine...

Dziś robię sobie mały prezent: wpis w starym stylu z początków blogowania. Chociaż nie byłoby go bez pewnego konkretnego zapachu, o samym soczku wiele nie przeczytacie; zamiast tego skupię się na opowieści, jaką ów wpuściły do mojej głowy. :) Mało konkretów, dużo błądzenia dookoła tematu.
Jednocześnie przypominam, że kto nie chce czytać, ten nie musi. Czujcie się ostrzeżeni. ;)


Dzieci Kwiaty wcale nie pachniały kwiatami, to znany fakt.
Z ruchem hipisowskim można wiązać zapachy natury, rozlicznych nielegalnych substancji psychoaktywnych oraz paczuli. Konkretnie to olejku paczulowego, który - jak chcą plotki - miał znakomicie zagłuszać zapach marihuany, aczkolwiek wszyscy weterani "pierwszej fali" ruchu zgodnie temu zaprzeczają. Ponieważ to nie w celach kamuflażowych (nad)używali paczulowych pachnideł.

Paczuli pochodziło przecież z Indii; kraju, który fascynował hipisów, do którego pielgrzymowali, którego dziedzictwo kulturowe stanowiło ważny element tożsamości najsłynniejszych młodych buntowników lat 60. XX wieku. Już samo to skłaniało, aby poznać zapach w tamtych czasach wydający się przenikać każdego człowieka oraz każdy przedmiot posądzany o jakąkolwiek styczność z subkontynentem indyjskim.
Myślę jednak, że bardziej chodziło nie o egzotyczne i dalekie kraje lecz o coś znacznie bliższego, ponieważ dotykającego samej istoty hipisowskiej niezgody na dotychczasowy porządek świata.


Przypomnijcie sobie, czemu sprzeciwiali się hipisi? Konformizmowi, galopującej konsumpcji, wyścigowi szczurów, grze pozorów, dyskryminacji, agresji i nietolerancji, tabuizacji ludzkiej seksualności, autorytarnemu traktowaniu przez przedstawicieli starszych pokoleń [i pewnie jeszcze paru innym kwestiom społecznym, które w tej chwili nie chcą mi wpaść do głowy]. Wszystkiemu, co składało się na świat ich rodziców, nauczycieli, polityków, duchownych. Hipisi nie akceptowali braku autentyczności, rozumianej jako życie w zgodzie z naturą i poza demoralizującym Ducha "układem", zmuszającym człowieka do pokornego godzenia się na systematyczne łamanie własnej woli.
Nie chcieli tego, do czego dążyli ich rodzice: świętego spokoju, regularnej pracy, akceptacji lokalnych autorytetów, stabilizacji, ustępstw, kredytów ani oceniania bliźnich po ilości posiadanych przezeń przedmiotów; domu z ogródkiem, auta, telewizora, odkurzacza, trwałej ondulacji, lakierowanych butów, sukienek koktajlowych, włoskich garniturów, szwajcarskich zegarków, francuskich perfum... No właśnie; w tym miejscu się zatrzymamy. :D

Powąchajmy teraz olejek paczulowy. Co czujecie?
Wilgotną piwnicę? Stęchłą szmatę? Runo leśne? Jesień? Dżunglę amazońską? Ziółka o właściwościach narkotycznych? Oddech Ziemi? Wykopki? ;)
Czymkolwiek by to było, zauważcie proszę jedną rzecz: myśląc o paczuli, takim prawdziwym niszowym paczuli, myśli się zawsze o aromatach natury - a nawet Natury [bo przecież nawet piwnica i szmata symbolizują takie elementy naszej cywilizacyjnej układanki, które w jakiś sposób wymykają się Kulturze, puszczając oko w stronę jej przeciwieństwa i "goszcząc" w sobie grzyby lub bakterie]. Takie prawdziwe, naturalne paczuli nie pachnie jak Shalimar, Chanel No. 5, Soir de Paris ani nawet Miss Dior. Nie zachowuje się, jak perfumy pokoleń przedhipisowskich, nie zagłusza prawdziwych woni ludzkiego ciała ale jeszcze dodatkowo je podkreśla, jednocześnie pozwalając wyobraźni dryfować w stronę skojarzeń z potęgą nieujarzmionej natury. Jest autentyczne.

Paczuli to kolejna deklaracja zerwania ze starym światem i światem starych, równie wyraźna co życie w komunach oraz odmowa służby wojskowej. :) Tylko nie aż tak brzemienna w skutki.


Choć to także nie jest prawdą. Dziś bowiem wiadomo, że jednym z najtrudniejszych niszowych zapachów dla mieszkańców USA jest właśnie aromat paczuli, w języku potocznym kojarzonej z poważnymi brakami w dziedzinie higieny oraz włóczęgostwem.
Cóż, lata mijały , ruch upadał i stopniowo się wykruszał ale przecież przez dwadzieścia lat skłonił ku sobie miliony ludzi, z których niektórzy pozostali wierni młodzieńczym ideałom do samej śmierci. Problem w tym, że świat pędził do przodu wyraźnie pokazując, iż prąd hipisowski miał także drugą, mroczniejszą stronę; jednak nie trzeba było zniżać się do poziomu bandy Mansona aby obrzydzić życie zachodnim społeczeństwom. W końcu co może być pociągającego w egzystencji wiecznie przyćpanego, starzejącego się włóczęgi jeżdżącego od miasta do miasta, okupującego miejsca użyteczności publicznej i okazjonalnie podejmującego się najpodlejszych, nieopodatkowanych prac? I jakby tego było mało, to jeszcze wylewającego na siebie kolejne buteleczki taniego paczulowego olejku zamiast, przynajmniej raz na jakiś czas, porządnie domyć się i wyprać ciuchy??
Ruch hipisowski zabiło ludzkie dążenie do wygody oraz niechęć do zmian; także - ich własne.

Przecież - teoretyzując - gdyby hipisi nie gardzili stałą pracą, mogliby sobie pozwolić na lepsze jakościowo paczulowe pachnidła; albo i czyste olejki ale pochodzenia organicznego, nie zaś te produkowane z syntetycznych zamienników. Gdyż właśnie takie paczuli kojarzy się dziś z opisywaną grupą, zresztą jak najbardziej słusznie; tanie jak barszcz, kiepskiej jakości, niechlujnie wykonane - ale czy przez to mniej autentyczne?
Mniej kojarzące się z potęgą Natury oraz głębią hinduistycznej duchowości? Mniej dosłowne? Mniej żywe?
Przecież to ludzie dawali temu zapachowi życie! To oni nadawali mu kontekst i przez niego wyrażali siebie samych. Hipisi w znacznej mierze stworzyli paczuli w jego zachodnich interpretacjach - zapach "inności", symbol wolności [jeden z wielu ale zawsze :) ], miłości, równości, jedności.


I kiedy wydawać by się mogło, że współcześnie po tamtym doświadczaniu paczulowych aromatów nie został w nas żaden poważny ślad, wystarczy wejść do pierwszej lepszej mydlarni by zrozumieć, jak bardzo się mylimy. Wystarczy wstąpić do India shopu po prezent urodzinowy dla czternastoletniej siostry lub kuzynki. Wystarczy przestąpić próg wegańskiej knajpy o której wiadomo, że można tam podpisać petycję w obronie praw zwierząt i zapisać się na kursy medytacji. We wszelkich podobnych miejscach możemy łatwo wyczuć woń tamtego syntetycznego, ziemistego i ostrego paczuli, niekiedy dodatkowo podkreślaną aromatem dymu pyłkowych kadzidełek.

Ono jest wśród nas, choć egzystuje głównie w pół-ukryciu. W dalszym ciągu pozostaje wyraźnym tłem życia uczestników i/lub sympatyków pewnej kontrkultury. Wszak czyż w mydlarniach nie szukamy naturalnych kosmetyków, wolnych od parabenów, składników ropopochodnych oraz innego świństwa, które zwykliśmy kojarzyć z ogólnodostępnymi produktami wielkich koncernów?  Czy do India shopów nie kieruje nas pragnienie posiadania wielobarwnych i zwiewnych strojów lub taniej, pstrokatej biżuterii, czy nie polujemy tam na obrzydliwie kiczowatą figurkę Buddy lub Ganeszy albo innego Śiwy, nie szukamy kadzidełek, olejków, wachlarzy tudzież jakiegokolwiek innego taniego, quasi-orientalnego niby-folku? Czyż małe, niszowe wegańskie knajpy nie skupiają wokół siebie ekologów, pacyfistów, osób aspirujących do miana "znawców dalekowschodniego mistycyzmu", czy nie siedzi się tam na poduszkach porozkładanych przy niskich stolikach, wśród mebli kolonialnych - lub odwrotnie, w otoczeniu byle jakim, bo przecież "nie wygląd ma znaczenie"? Czy nie zaglądamy wszędzie tam po ekscytującą odmienność? Moim zdaniem chodzi głównie o to. :)


W każdym z wyżej wymienionych miejsc możemy poczuć aromaty zbliżone do Patchouli włoskiej marki Planter's. :D Zapachu głośnego, potężnego, ostrego tak, że aż wkłuwającego się w nozdrza; suchego ale jednocześnie roziskrzonego lśniącymi, oleistymi kroplami. Soku z mnóstwem dysonujących, rażących wątków pobocznych, ślepych uliczek, wewnętrznych niespójności. Takiego, któremu potrzeba czasu, żeby mógł się uspokoić i pokryć brunatnym pyłkiem, by choć trochę przypominać paczuli naturalne albo to znane z popularnych pachnideł niszowych, w rodzaju paczul od Etro, M. Micallef, Pro Fumum Roma, Histoires de Parfums czy Mazzolari.
Tanie i kiepskiej jakości - ale też nie udające niczego, czym nie jest. Proste, kontrowersyjne a w tym wszystkim odważne. Nie wstydzące się siebie.
Dziś takich pachnideł mamy coraz mniej; szczególnie w zbliżonym segmencie cenowym. Bo przecież nie sztuka podkreślać własny olfaktoryczny indywidualizm oraz silny charakter za minimum pięćset złotych per flaszka. ;> [Swoją drogą... Ciekawe, jak zareagowaliby hipisi z lat 60. i 70. na wieść, że dziś sprzedajemy ich zapach za grube pieniądze, z ich filozofią życiową w gratisie? ;> ] Najtrudniej być niepokornym, kiedy w portfelu mamy pustkę a w kieszeni rachunki do zapłacenia. O, to już wymaga wielkiej odwagi - albo wielkiej lekkomyślności. Nie mnie osądzać.

W Patchouli od Planter's odnajduję echo tamtych czasów i ówczesnych olejków paczulowych, istniejących przecież także i dziś. Tego autentyzmu wyrażanego za pomocą sztuczności czy raczej sztuczność uświęcającego. Tej prawości wynikającej z podważania utartych norm współżycia społecznego. Tej hedonistycznej krótkowzroczności, bez której nie byłoby ani odwagi, ani kręgosłupa moralnego.
Sprzeczności, o których nie sposób opowiedzieć w blogowej notce, choćby nie wiem, jak bardzo się chciało. :)

Ju, ogromnie dziękuję Ci za możliwość poznania tego zapachu. :*


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o ogromnej mocy oraz sillage, głośny i bezkompromisowy; z wyraźnym akordem szkolnego laboratorium chemicznego w tle [nie pytajcie nawet, jak to możliwe :) ], zatem nie dla każdego i stanowczo nie na każdą okazję. Dawkowanie także należy dokładnie wybadać, gdyż intensywność i chemiczność woni może prowokować migreny (mnie jedna dopadła).

Trwałość: siedem-osiem godzin wyrazistej, mocnej projekcji

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

paczuli
___
Dziś nosiłam Barkhane marki Téo Cabanel.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/236720524137212589/
2. http://www.mustbemajor.com/2013/03/love-in-her-eyes-and-flowers-in-her-hair.html
3. http://www.glogster.com/breey1174923/hippie/g-6m8eqlmr5hjpmu6vv9scga0
4. http://www.taringa.net/posts/imagenes/11942214/Fotos-clasicas-del-Rock.html

środa, 29 stycznia 2014

Matecznik


Dziś zapragnęłam podróży wgłąb lasu. Lasu dziwnego, trochę mrocznego ale obfitującego we wszystkie odcienie zieleni, bajkowego pomimo, iż stworzonego z całkowicie realnych elementów. Do lasu, w którym roślinność, ziemia oraz zwierzęcy mieszkańcy prezentują się dumnie jako jeden potężny organizm, multipuszcza. :) Gdzie nie ma dnia ani nocy chociaż cały czas świeci słońce - lub raczej wciąż jest widno, zaś bardziej w sercu owego organizmu, w mickiewiczowskim mateczniku panuje przyjemny dla oka półmrok. I jest ciepło; nieprzesadnie lecz na tyle, aby życie mogło kwitnąć w całej swojej okazałości.

W opisane wyżej miejsce zabiera mnie jednak nie żadne ziemiste paczuli ani drzewny oriental, osnuty wokół kadzidlanych dymów lecz... pachnidło z wyrazem "cologne" w nazwie. Konkretnie Cologne Reloaded marki Bogue Profumo [bosz... cóż to za fantastyczna nazwa dla marki! ;) Czy jakikolwiek Amerykanin nazwałby swój brand Bug Perfumes? Przecież to nie będzie się sprzedawało! ;D A w Polsce, mielibyśmy jakiekolwiek szanse na Robacze Perfumy? ;P Raczej nie przez najbliższych kilkadziesiąt lat]. I uwierzcie, że dla omawianego soczku jest to bardzo, bardzo, bardzo adekwatna nazwa. :)
Wszystko dlatego, iż jest to kolońskość definiowana na nowo. Trochę jak w przypadku dokonań marki Atelier Cologne, lecz tym razem w oparciu o naturalne składniki, bez celowego eksponowania ułatwień oferowanych przez nowoczesną chemię; praca na żywym organizmie. Bez prób obchodzenia przyrody skrótami, ze wszystkimi tego konsekwencjami w rozwoju oraz charakterze mieszanki. Właśnie taką jest Cologne Reloaded.


Pierwszych kilka-kilkanaście sekund po aplikacji pachnidła na skórę czuję chłodną, niezwykle naturalistyczną lawendę otoczoną przez suche, lekko chininowe cytrusy, co rzeczywiście daje bardzo wyraźne złudzenie obcowania z wodą kolońską naszych dziadków albo i pradziadków. :) Jednak pierwsza faza znika prędziutko, powoli przykrywana przez suchą mieszankę mchu dębowego z ziołami oraz silne opary styraksu o wyraźnie naftalinowym wydźwięku. Co wraz ze wciąż obecnym olejkiem lawendowym miesza się w ostrą, gęstą ale nie nieprzyjemną mieszankę o wybitnie inhalacyjnych zdolnościach. Ot, przecudny niszowy dziwak, mocno odrealniony aromat serca pradawnej puszczy, skoncentrowany do konsystencji niebywale gęstego oleju - tak widzę kolejną fazę opisywanych perfum.

Zaś pewność co do leśnych konotacji wody uzyskałam dzięki mieszance żywic, stopniowo ogrzewających zapach, nadających mu, hmmm... mięsistości? namacalności? głębi? Nie potrafię znaleźć odpowiedniego słowa, ponieważ nie chodzi tu ani o "lekkość" (czyż mieszanki do inhalacji nie są już wystarczająco lotne?) ani też o "ciężar", bo przecież olejowi będącemu już w zasadzie ciałem stałym stanowczo nie potrzeba dodatkowego obciążenia. :) W jednak elementy żywiczne coś zmieniają, coś więcej oprócz dogrzania mieszaniny; nie potrafię ich nawet ponazywać, tak enigmatyczne się okazały. Mniejsza o nie, gdyż wkrótce następuje baza, która do żywiczno-styraksowo-lawendowej burzowej chmury (tak! To właściwe określenie: inhalacyjno-naftalinowa faza CR to istna chmura naładowana elektrycznością! :D ), do odcieni szarości oraz ciemnej zieleni dodaje całkiem sporo barwy suchej i ostrej, brunatnej, ziemistej. Oraz zwierzęcej, ponieważ czym byłby las bez zwierząt? :)


Tu pojawiają się pod postacią groźnych ssaków klimatu umiarkowanego, porośniętych ciemnym i gęstym futrem; o ciałach masywnych i potężnych, które można by uznać za dowód ociężałości gdyby nie wiedza, jak szybkimi i zwinnymi mogą być owe zwierzęta, jeżeli tak nakazuje im instynkt. A raczej takimi by były, gdybyśmy nie mieli do czynienia z młodymi, psotnymi osobnikami, dopiero poznającymi swoje królestwo. :) Małe i ruchliwe istotki o uroczych pyszczkach, suche i zakurzone, gdzieniegdzie podrapane ale bez cienia wątpliwości szczęśliwe - jak dzieci wszystkich innych gatunków ssaków podczas udanej zabawy. ;) Tak w Cologne Reloaded przedstawia się kastoreum, jednocześnie żywe, suche, ciemno-sierściowe ale w sumie (jeszcze) nieszkodliwe. Przy czym niekoniecznie musi tu chodzić o prawdziwy strój bobrowy, równie dobrze mogło powstać z zamienników, dla mnie nie ma to najmniejszego znaczenia.
Choćby dlatego, że cieszę się obserwowaniem, jak w miarę upływu czasu ta charakterystyczna woń, wsparta na opisanych wcześniej zawiłościach środkowej części pachnidła, stopniowo wytraca odziedziczoną po nich goryczkę oraz wyraźny kopalny sznyt [mnie kojarzący się trochę z ciemnym, paliwowym piżmem z Al Ward Al Musk od Rasasi] a zyskuje subtelną, karmelowo-żywiczną słodycz. Bardzo niedosłowną, wygładzającą, niewinną pieszczotę benzoesu z balsamem tolutańskim. Jak cichnie i pięknieje, uspokaja się i zasypia, spokojne o swoje jutro.

Cologne Reloaded bez cienia wątpliwości nie jest pachnidłem ładnym, trudno nazwać go pięknym ale poruszającym...? O tak, z pewnością. Mnie przynajmniej poruszył mocno na trzech poziomach poznania: zmysłowym, emocjonalnym oraz intelektualnym. Z intensywnością zaskakującą po tylu perfumach poznanych, po tylu niszowych dziwakach, jakie przyszło mi zgłębić, po tylu woniach cielesnych, drzewnych , aromatycznych... Nie ma sobie równych ta przedziwna, nierzeczywista lekkość-nielekkość.
Nie wiem, co jeszcze mogłabym napisać. Mam wrażenie, że już bełkoczę jak zakochana. ;)


Rok produkcji i nos: 2013, Antonio Gardoni

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla radykalnych miłośników perfum naturalnych oraz niszy w starym tego słowa znaczeniu. ;) A poważnie to dla każdego, kto nie boi się pachnieć inaczej, niż dziewięćdziesiąt procent mijanych na ulicy osób i kogo nie przeraża perspektywa przebywania w gęstej, nieprzejrzystej aurze pachnidła, które daje się wyczuć przy każdym poruszeniu ciałem jak również długo pozostaje w nozdrzach.
Więc zalecałabym stosować Cologne Reloaded raczej na okazje nieformalne.

Trwałość: w granicach sześciu-siedmiu godzin, czyli niespecjalnie kolońska.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna [i... czy może być jeszcze piżmowa, skoro w składzie brak piżma lecz mimo to obecność nuty zwierzęcej trudno zignorować?]

Skład:

cytrusy, lawenda, styraks oraz inne żywice, kastoreum
___
Dziś noszę Fortis Eau Delà marki Les Liquides Imaginaires.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. To Redwoods Forest Life California autorstwa fotografa nazwiskiem Rolf Hicker; wypożyczona STĄD.
2. Matecznik, który pochodzi z serwisu Garnek.pl, gdzie swoją pracę zamieścił użytkownik o pseudonimie (?) Hektor.
3. Jeden z pejzaży leśnych Iwana Szyszkina namalowany przy współudziale Konstantina Sawickiego nosi tytuł Poranek w sosnowym lesie i na mojego bloga przywędrował bezpośrednio STĄD.

sobota, 25 stycznia 2014

Bal na sto par, tydzień pierwszy


Czas odrzucić precz smutki i zmartwienia, przyoblec zjawiskową toaletę, wyciągnąć z sejfu klejnoty po prababkach, usta poczerwienić, policzki poróżowić, głowę zwieńczyć wykwintną fryzurą, sprawdzić, czy aby nie zapomniałyśmy rękawiczek, wachlarza oraz karnetu i niech ogarnie nas ekscytacja, niech zawładnie karnawałowe szaleństwo - dziś jest bal! ;D Niechby jutro świat się skończył, my tej nocy bawimy się i śmiejemy, tańczymy i wymieniamy pikantne ploteczki, spiskujemy i flirtujemy!
Lecz zanim to wszystko nastąpi, kiedy po raz ostatni krytycznym okiem spojrzymy na nasze odbicie w garderobianym lustrze i odejmiemy tę jedną, zbędną błyskotkę - albo dodamy, jeżeli lubimy wzbudzać komentarze - jakby od niechcenia chwycimy stojący na toaletce flakonik perfum a następnie zaaplikujemy chmurę pachnidła na nadgarstki, dekolt, kark. Ostatni szlif dodany; wiemy, iż jesteśmy skończenie piękne. To będzie nasza noc.


Powyższa impresja pojawia się w mojej głowie podczas obcowania z zapachem, którego siła wyrazu, dosłowność i piękno współcześnie wydają się być reliktem przeszłości - i to przeszłości znacznie dłuższej, aniżeli wskazywałaby na to metryka perfum. Być może szlachetniejszej, mniej wymuskanej ale jednocześnie daleko bardziej kuszącej aniżeli współczesny nacisk na "lekkość" i "świeżość" przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu a trzysta sześćdziesiąt pięć w roku. A mimo to (lub dzięki temu), z naszej obecnej perspektywy ów zaprzeszły porządek balowania jawi się jako zachowanie reliktowe, nieszkodliwa fanaberia grupy zapaleńców. Przez swoją inność odrobinę niepokojąca, egzotyczna ale i fascynująca.
Taki bal to dla mnie Bal à Versailles marki Jean Desprez.


Pachnidło jednocześnie ciemne i ostre, o wyraźnie zarysowanych, grubych krawędziach. Pozornie nie ma w nim wiele subtelności, pachnidło dla niewyrobionego współczesnego nosa może okazać się zabójcze.Od razu wykłada na stół wszystkie karty, nie bawiąc się w zbędne półśrodki wydaje się mówić: "nie mam nic do ukrycia; możecie mnie uwielbiać, możecie nienawidzić ale nie zdołacie mnie zmienić ani tym bardziej - ujarzmić". Jednak to pozór.
W istocie Bal w Wersalu opowiada nam historię pełną szeptów oraz głosów podniesionych, perlistego śmiechu, dźwięków tłuczonego szkła ale nade wszystko - muzyki. A to wszystko w wydaniu odświętnym, wśród wielości damskich pachnideł układających się ponad salą balową w jednolita i gęstą chmurę kwiatów, stzrlistych retro-aldehydów, suchych lecz świetlistych szyprów, pikantnych korzeni, gorzkich balsamów z wyraźnym, kadzidlano-waniliowym, jakby Shalimarowym tłem. W woń zatrzymaną dosłownie na skraju olfaktorycznej kakofonii: stuwątkową, głośną, niechętną do dzielenia się terenem z kim- lub czymkolwiek, woń-pojedynkowiczkę. Szaleństwo, które nie miało prawa się udać.


A jednak okazało się sukcesem, jedynym tak dużym w historii marki Jean Desprez. Wiecie, dlaczego?
Ponieważ  twórcy kompozycji potrafili znaleźć składnik, który spina wszystkie wymienione, jakże zróżnicowane akordy, w całość spójną i wiarygodną. Co czuję szczególnie mocno jako osoba, wobec której zapachy chętnie snują opowieści o sobie samych. [Na marginesie: jestem głęboko przekonana, jakoby większość ludzkości była synestetykami - w tej lub innej dziedzinie - jednak nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę lub nauczyliśmy się tłumić odczucia i emocje, co do których obawiamy się, że społeczeństwo mogłoby uznać je za "dziwaczne", "nierealne" lub wręcz "niedorzeczne". O, jakże niesłusznie!] Ostatecznie czyż taneczne szaleństwa oraz tłok i zaduch sal balowych nie sprzyjały nadmiernemu wydzielaniu potu, którego nie potrafią zagłuszyć nawet najsilniejsze wieczorowe perfumy? ;) Zatem to właśnie on, mocny i ostry zapach kilkukrotnie przegrzanego ludzkiego ciała, byłby znakomitą ramą dla całej reszty akordów omawianej mieszanki. Czym byłby Bal à Versailles bez cywetu?

Moim zdaniem kolejnym orientalnym siłaczem utopionym w morzu zmysłowych kwiatów oraz akcentów drzewnych. Bardziej skórzanym i cięższym, kwiatowym Shalimarem; lub dzięki przyprawom, aldehydom oraz piekącej goryczy bliżej byłoby mu do Cinnabaru od Estée Lauder? Przecież zdradza spore podobieństwo do obu pachnideł, oprócz nich nawiązując ponadto do klasycznego Opium od YSL [tak, tak; wiem, ze zarówno ono jak i Cinnabar są młodsze od Balu, jednak kolejność poznawania zapachów robi swoje i to właśnie one są dla mnie punktem odniesienia :) ]Arpège od Lanvin, kultowego w Ameryce Tabu marki Dana a także starych wersji Miss Dior i, last but not least, Chanel No. 5. Tak, od razu widać, że Bal à Versailles wzrastał w nie byle jakim środowisku, którego wydaje się nieodrodnym dzieckiem. :) Nietrudno odgadnąć, z jak wielu różnorodnych źródeł czerpali twórcy omawianej mieszaniny, co jednak nie powinno w żaden sposób wpływać na nasz odbiór dzieła. Przecież wyjątkowego, gdyż złożonego z tylu różnych skrawków oraz posklejanego suchym, wyrazistym, ostrym lecz i słodkawym cywetem. Żywego, donośnego, pełnego werwy tudzież emocji niekoniecznie skrywanych. Z perspektywy roku 2014 zaś - odważnego i wyjątkowego.

Bal à Versailles to szampańska feta. Feta to Karnawał. Karnawał to przesada. Przesada z kolei to nic innego, jak Bal à Versailles. :) W tym miejscu koło się zamyka. Tańczmy więc!


Rok produkcji i nos(y): 1962, Jean Desprez oraz Jean Cavallier

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, który dziś mógłby być postrzegany jako uniseks dla miłośników nurtu retro. Silny aż do nachalności (szczególnie za dnia i latem), ciągnący się za uperfumowaną osobą prawdziwie kilometrowym ogonem. Nawet jako woda toaletowa odważnie zaznaczający granice swego panowania. :)
Indywidualistów rozgrzeje zimą oraz doda wieloznaczności podczas Bardzo Ważnych wieczorowych okazji; całej reszcie z was proponuję najpierw porządnie przetestować Bal aby wybrać odpowiednią dla siebie dawkę.

Trwałość: edt na mojej skórze wytrzymuje od siedmiu-ośmiu godzin do ponad pół doby, przez cały czas będąc wyraźną. Czystych perfum niestety nie miałam okazji testować.

Grupa olfaktoryczna: orientalna




Skład:

Nuta głowy: kwiat pomarańczy, bergamotka, cytryna, neroli, liście czarnej porzeczki, rozmaryn
Nuta serca: jaśmin, kłącze irysa, róża, ylang-ylang, lilia, bez, paczuli, wetyweria, skóra, drewno sandałowe
Nuta bazy: wanilia, balsam tolutański, benzoes oraz inne żywice, drewno cedrowe, piżmo, ambra, cywet
___
Dziś tauerowska PHI Une Rose de Kandahar. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://lord-whimsy.livejournal.com/345391.html
2. http://periodmoviecaps.blogspot.com/2011/08/annas-black-ball-gown.html
3. http://periodmoviecaps.blogspot.com/2011/07/anna-karenina-1997.html

czwartek, 23 stycznia 2014

Morenica


Morenica, Shecharchoret: po polsku znaczyłoby to tyle, co "czarnulka". I tak samo, jak rozumielibyśmy to stwierdzenie na gruncie polskim, chodzi nie tyle o kolor skóry, lecz włosów (także oczu). A dokładnie o młodą kobietę, dziewczynę tak piękną, że kto na nią spojrzy, musi jej zapragnąć; o dziewczynę z ogniem w oczach i skórze, którą palące promienie słońca Południa ze śnieżnobiałej zmieniły w ciemną.
Shecharchoret ma moc poruszania duszy aż do samej głębi, nie trzeba rozumieć słów, aby czuć siłę namiętności, tęsknoty, życia i - smutku, bijącą ze słów utworu. Tradycyjnej pieśni Żydów sefardyjskich, pierwotnie wykonywanej w języku ladino [powyżej zamieściłam hebrajską wersję z jedną zwrotką w języku Żydów hiszpańskich].

Kiedy o niej myślę, przed moimi oczami pojawia się wizja jakiejś egzotycznej piękności, bardzo kobiecej ale i bardzo inteligentnej. Kogoś w typie biblijnej Estery, żydowskiej królowej Persji; osoby, której urok osobisty musiał być równie duży, jak jej talent dyplomatyczny. :) Gdyby uwspółcześnić tę moją wyobrażoną Morenicę bardzo możliwe, że używałaby perfum stworzonych w ramach projektu S4P, Science for Peace. Nie tylko z powodu jego nazwy, która wydaje się być wymarzoną dla zręcznej dyplomatki, ale też brzmienia czterech kompozycji składających się na ową serię: gładkich, kobiecych, najczęściej łagodnych a jednak stanowczych.
Odchodzę trochę od rozpoczynającej wpis pieśni ale cóż, tak właśnie prowadzą mnie perfumy. :)


Aurisse

Pachnidło ma nam przywodzić na myśl bryzę, wiejącą na Riwierze Francuskiej i przynoszącą nieoczekiwaną zmianę pogody. I coś w tym może być, ponieważ po otwarciu lekkiej, przejrzystym oraz delikatnym jak ptasie pióro, po słonecznych cytrusach oraz optymistycznym neroli perfumy nabierają ostrości, lekko się wysuszając. Ujawnia się wyraźny dodatek olejku petigranowego, cytrusy stają się bardziej naturalistyczne, podszyte lekką goryczką: coś mi tu bardzo ale to bardzo pachnie jak liść cytryny, świeżo zerwany z drzewa. :) Dzieje się tak być może dzięki dodatkowi różowego pieprzu oraz ziół, z których najważniejszym wydaje się mięta, wyraźna nawet pomimo utrzymywania jej w ryzach przez inne składniki.
Później jednak cytrusy znikają, zaś na ich miejsce wskakuje jasne, kobiece różane geranium, po raz kolejny zmieniające oblicze Aurisse. To dzięki niemu mieszanka lekko się wysładza i wychładza, nabiera pyłkowej, drzewnej głębi, roztapia w złocistej ambrze oraz pozwala otulić nadtopionymi grudkami aromatycznych żywic, które jednak nigdy nie zmieniając się w kadzidlany dym. Taka ładna, jasna kobieca róża z głębokim, intelektualno-zmysłowym zapleczem; do tego łaskawa, ponieważ pozwala radosnym, nerolowym promieniom na jeszcze jeden, ostatni lot ku słońcu. A przy tym pozostająca blisko skóry a jednak otaczająca ludzką sylwetkę wyraźną aurą. Ot, dyplomacja we flakonie perfum. ;)

Trwałość: około siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża (oraz kwiatowa)

Skład:
petit grain, limonka, gorzka pomarańcza, grejpfrut, biała róża, bazylia, zmrożona mięta, geranium, różowy pieprz, biała ambra, drewno cedrowe, kadzidło


Laawan

O ile przypadek omawiany piętro wyżej ofiarował nam nieoczekiwane zwroty akcji, Laawan to już absolutne ciepło, delikatność oraz klasa. Wyczuwam odeń ogromne pokłady życzliwości. Do pewnego stopnia słusznie, skoro perfumy te nazwano na cześć zachodniego wiatru znad Arabii, zwanego "pomocnym", gdyż swoimi podmuchami osusza tamtejsze pszeniczne plony w czasie żniw.
I faktycznie: sporo weń słońca oraz życiodajnej energii, dryfującej od cytrusowo-irysowego pyłku - zbudowanego z charakterystycznej choć subtelnej cyjankowej goryczki wraz ze schnącym na słońcu marsylskim mydłem - żywego dzięki leciutkiej pikanterii pieprzu ku bogactwu woni jaśminu (bynajmniej nie wielkolistnego) oraz słodyczy ylang-ylang. Kwiaty kwitną bujnie, porastając całą powierzchnię uperfumowanej skóry, śpiewając głosem donośnym oraz czystym. Trzeba czasu, aby dołączyły do nich głębokie acz miękkie, dosyć abstrakcyjne drzewne nuty oraz gładki, kuszący złożonością akord ambrowy [oparty o ambroksan lub coś bardzo podobnego]. Gdzieniegdzie wystaje palisander w swym szaromydlanym wcieleniu, które ożywiają niekiedy irysowy pyłek, zachęcając go do podróży po stopniowo zamierających naręczach sensualnego białego kwiecia. Jakby świadome, że kiedy umrą kwiaty - umrze i reszta kompozycji. W rzeczy samej, stopniowe zamieranie ilangowej słodyczy jest też nieuchronnym kresem Laawan, najwyraźniej niezdolnego do samodzielnego życia jako drzewno-mydlano-ambrowa baza.

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin spokojnej, wyczuwalnej projekcji

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna

Skład:
różowy pieprz, pestki grejpfruta, irys, jaśmin, ylang-ylang, białe drewna, biała ambra, drewno cedrowe, piżmo


Sharky

Ten gagatek natomiast powinien kojarzyć się z południowym lub południowo-wschodnim wiatrem z Maroka, gorącym i suchym, gdyż uparcie nawiewającym wysokie temperatury znad saharyjskiej części kraju. Brzmi to dziwnie - i takim jest, zważywszy na fakt, iż zaczyna się Sharky akcentem optymistycznym, roślinnym ale za to rzeczywiście letnim; do naszych nozdrzy dociera bowiem charakterystyczny zapach figowych liści. Pozbawiony kokosowych akcentów obecnych w owocach, potrafi skusić wyważoną mieszanką roślinnej słodyczy (obietnica smaku fig?) oraz cierpkości soków drzewa, z czasem coraz wyraźniej podkreślanych przez wyzierającą z serca kompozycji nutę bzu. Bez na Saharze? No dobra, niech im będzie. ;) Trzeba kilku ładnych chwil aby soki przestały tryskać, nawadniając całość kompozycji i aby do glosy doszły akordy sucho-drzewne, przynoszące laboratoryjne frakcjonowaną, zieloną ale suchą woń jaśminu. Ta cudownie łączy się z zamierającym już bzem i dzięki temu przedłuża życie akordu figowego, tym razem bliższego woni świeżo rozłupanego pnia owocowego drzewa. W ogóle nut drzewnych jest coraz więcej, zauważam śmietankową gładkość sandałowca, która coraz śmielej nadaje ton całej kompozycji. Ponieważ baza jest już w zasadzie cała o sandałowcu wśród suchego jaśminu, ukrytego tuż za granicą gaju figowego. Układa się na skórze w kilkuwarstwowy, ciepły oraz niespodziewanie jasny światłocień.
Cudowne jest Sharky! :) Żywe i skore do współpracy, ciągnące się za mną krótkim ale zwartym śladem. Niezwykłe oraz abstrakcyjne z punktu widzenia natury. Jednak... czy w perfumiarstwie naprawdę o nią chodzi?
[Ciekawostka: Sharky to nie pierwsza perfumowa interpretacja tego konkretnego wiatru; wcześniej mogliśmy poznać, jak widzą go Serge Lutens i Christopher Sheldrake w swoim pachnidle zatytułowanym Chergui. ;) ]

Trwałość: mniej więcej sześcio- siedmiogodzinna, choć podejrzewam, że latem może wzrosnąć

Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa

Skład:
liście figowe, pąk bzu, czerwona róża, jaśmin, wanilia, piżmo, drewno cedrowe, drewno sandałowe


Skiron

Czyli Skeiron, grecki bóg wiatru północno-zachodniego.
Zatem jesteśmy znów w Europie i możemy wwąchać się w  europejską interpretację mieszanki ziół i przypraw. Gdzie gorzka szałwia, piekący cynamon, maślane goździki oraz cyjankowe migdały, tam mój nos czuje wyraźną woń syropu na kaszel, który łykałam jako dziecko [tylko błagam: nie każcie mi przypominać sobie jego nazwy! :) Nigdy nie miałam głowy do nazw leków]. Co raczej trudno uznać za przyjemne skojarzenie. :D Jednak ów ziołowo-korzenno-migdałowy mocarz, ta masywna bryła z opisanych wyżej składników przypomina mi coś jeszcze: Noir Épices od Frédérica Malle'a. I od tego zestawienia trudno mi uciec, zatem nie będę próbować: Skiron to kolejne Noir Épices, tyle że nie aż tak obezwładniające, jak dzieło Michela Roudnitski; gdyż i w nim wyczuwam silny dodatek maślano-gorzkiego anyżu, chociaż tym razem - dzięki mniejszemu stężeniu wonnych substancji - nie mam wątpliwości, że jest to tylko gra eugenolowych przypraw z gorzkimi cytrusami, zielem oraz migdałami.
Więcej różnic ujawnia się później, kiedy pomiędzy nieprzyjemne mi nuty klinem wbija się ciepła drzewna słodycz, czyli cokolwiek oleiste drewno gwajakowe, wspomagane przez kilka grudek mirry, będącej pomysłowym i świetnym łącznikiem między dwiema fazami kompozycji. Wdzięcznej lekkości dodaje pachnidłu sympatyczna, chłodna i urokliwa kwiatowa nuta, dyskretnie zaznaczająca swoją obecność tuż obok gwajakowych drzazg i żywicy. Z czasem jednak mira zmienia się w opoponaks, który ma wiele wspólnego z migdałami, co po raz kolejny podnosi w górę anyżowo-cyjankową chmurę, tym razem wzbogaconą o oleistą słodycz drewna, co razem daje, o rety!, niemal porażające dosłownością złudzenie przeziębionej małej wiedźmy, łykającej obrzydliwy syrop. Nawet palmarosa nie jest w stanie ożywić mieszaniny, nadać jej choć trochę lekkości, pokumać się z jasnymi kwiatami - a słowo honoru, ze próbuje. Nic z tego. To własnie tłusty, zatykający anyżowo-migdałowy syrop zamiera na mojej skórze.
A ja oddycham z ulgą. Bo taka dyplomacja tożsama jest z potajemnym rozstawianiem wojska wzdłuż granicy wrogiego państwa. ;]

Trwałość: około pięciu-sześciu godzin wyraźnej projekcji i kolejne dwie lub trzy stopniowego zanikania

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (oraz drzewna)

Skład:
kwiat (?) migdałowca, chiński cynamon, szałwia, goździki (przyprawa), glicynia japońska, mirra, opoponaks, drewno gwajakowe, palmarosa


Wszystkie pachnidła powstały w roku 2012 jako rasowe uniseksy. Ich twórca pozostaje słodką tajemnicą marki. ;)

___
Dziś noszę opisywane wyżej Aurisse.

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Boski deser


Chciwość to jeden z chrześcijańskich siedmiu grzechów głównych, moim zdaniem nie bez przyczyny wymieniany w drugiej kolejności (tuż po pysze). Co jednak, kiedy ogranicza się ona do jednej tylko... rzeczy? pokarmu? idei? Jak można postrzegać chciwość, kiedy widzi się w niej przede wszystkim szeroko zakrojone, wszechogarniające łakomstwo na czekoladę? Bardziej teoretyczne aniżeli praktyczne, rozumiane także jako tęsknota za dzieciństwem, za bajecznym deserem, który w każdej możliwej postaci jest w stanie opętać wszystkie ludzkie zmysły? Pragnienie zanurzenia się w gęstym, wyrazistym, słodkim i, hmmm... czekoladowym absolucie. :)
Jak bardzo lubicie czekoladę? ;)


Bo ja uwielbiam! :] Nie musi być jej dużo, do wywołania na mojej twarzy błogiego uśmiechu wystarczy jedna kostka, o ile tabliczka pochodzi z pewnego źródła [za "pewne źródło" uznaję markę, której dowolnie wybrana czekolada zawiera przynajmniej sześćdziesiąt procent kakao]. Może być pita albo gryziona lub roztarta po podniebieniu; może być gorąca lub zmrożona, gorzka, mleczna albo biała (choć ostatnia najmniej), występować w postaci czystej albo z domieszką czort-wie-czego [jadłam kiedyś czekoladę z kawałkami dojrzewającej szynki z jelenia; wytrawna i pyszna! :) ] To wszystko nie ma specjalnego znaczenia, dopóki jedzony przeze mnie deser zawiera czekoladę. I tak, wiem, że ona potrafi uzależnić; cóż, chyba przyznaję się do winy. ;) Jakoś mnie to nie martwi, więc - o kiedyś ile nie popadnę w przesadę i nie spałaszuję całej tabliczki za jednym podejściem - nie zamierzam niczego zmieniać.
Czekolada zaiste jest pokarmem bogów. :)


Hołd tej cudownej, przepysznej oraz pewnej marketingowo substancji postanowiło złożyć także całkiem sporo marek perfumiarskich, w tym Montale [czymkolwiek w tej chwili jest :P ]. Efekty owych działań raz są lepsze, kiedy indziej nieco gorsze, zawsze jednak staram się poświęcić im kawałek miejsca na mojej skórze. Najlepiej taki, który da się często unosić do nosa celem dopieszczenia zmysłu węchu. Bardzo, bardzo, barrrdzo często. ;)
Dokładnie tak wyglądały moje testy Chocolate Greedy marki Montale.

Pachnidła cudownie, bezwstydnie eksploatującego ideę kulinarnej czekoladowości. :) W zależności od pory roku układającego się na skórze w całkowicie odmienny sposób, zawsze jednak zahaczającego o co najmniej dwa czy trzy deserowe wcielenia tej egzotycznej substancji.
Na przykład latem, gdy - co nie powinno nikogo dziwić - gęste i silne czekoladowe łakomstwo objawia się jako najbardziej kleiste oraz wytrawne, od gorzkiego kakao troszkę w stylu Angela edp, przechodząc przez fazę ciężkiego i wilgotnego brownie, zmierza ku akordom maślanym, w miarę upływu czasu stając się mieszanką coraz słodszą. Aż do finału, który hojny dodatek wanilii oraz sypkiego białopiżmowego pudru zamienia w waniliowe, dosłodzone cukrem pudrem ciepłe mleko, w którym ktoś zanurza oblane czekoladą ciasteczko. Jednym słowem: mniam! :D


Natomiast kiedy przychodzi nam cieszyć się towarzystwem Chocolate Greedy podczas miesięcy zimnych i/lub pochmurno-deszczowych, kompozycja od początku do końca wydaje się być gotowym deserem, kakaem już przetworzonym co najmniej kilka razy. To też bardzo dobrze: mniej roboty, więcej węchowo-smakowo-wizualnej orgii! ;)

Na sam początek dostajemy wówczas akord ciepłego czekoladowego ciasta z twardą, chrupiącą skórką. Wyraźnie czuję akord mączny pomieszany z kakaem oraz jasnym cukrem trzcinowym; gdzieś w tle majaczą deklarowane w składzie suszone owoce, bardziej jako abstrakt niż coś wyraźnego i namacalnego, chociaż nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że tym razem oprócz tradycyjnych w Polsce fig czy daktyli, dostajemy także ususzone cząstki mango, ananasa czy kiwi. Jednak to tylko wrażenie, w dodatku z tła kompozycji - której najważniejszym składnikiem przez cały czas pozostaje czekolada. :) Oraz waniliowo-tonkowa słodycz.
Po krótkim czasie pachnidło uspokaja się, wygładza, nabiera bardziej kremowych akcentów. A przy tym cały czas pozostaje porządnie ciepłe, rozlewające się na otoczenie uperfumowanej osoby niczym wnętrze czekoladowego sufletu. Bardziej słodkie aniżeli skorupka, nie aż tak jawnie zbożowe, obok lekkiej bezkresnej słodyczy bobu tonka uwzględniające także pojedynczą ciemną i wytrawną nutkę kawy. Z pozoru bardziej proste ale w rzeczywistości dokładnie przemyślane i bardziej złożone, niż początkowo sądzimy. Widać to w ostatniej fazie, kiedy na znaczeniu zyskuje wanilia a także pyłkowe białe piżma (jak latem), co razem również daje efekt pewnej mleczności, lekkiej i przyjemnej; tym bardziej, że doprawionej bardzo gorzką czekoladą oraz kilkoma kroplami chłodnego espresso. Mam nieodparte wrażenie obcowania z efektownym czekoladowo-kawowym musem. O rety, ale mi pysznie! :D

Czy ja mam w domu jeszcze jakąś czekoladę? ;)


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o naprawdę dużej mocy, ciągnący się za człowiekiem a z czasem zmieniający w lekką, żywą aurę i nawet w najpóźniejszych etapach rozwoju pachnący wyraźnie, chociaż tylko przy skórze. Nie tylko dla czekoladowych łasuchów, choć z przyczyn oczywistych to właśnie dla nich Chocolate Greedy stanowi pozycję obowiązkową. ;) Na każdą okazję czy porę dnia a niekiedy nawet - roku.

Trwałość: typowa dla pachnideł tej marki, bo co najmniej dziesięciogodzinna do dobrze ponad pół doby.

Grupa olfaktoryczna: gourmand

Skład:

gorzka pomarańcza, kawa, kakao, bób tonka, wanilia, suszone owoce
___
Dziś pachnę tym, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/423056958715715065/
2., 3. i 4. http://madzwierzwithinternet.tumblr.com/post/73743424997/tom-sits-like-a-whore-tennants-hair

czwartek, 16 stycznia 2014

Pogoda na miłość? Czy chaos?

"Dobry wieczór, państwu! Nazywam się Leokadia Opadnięta i zapraszam na prognozę pogody.
Jutrzejszy dzień nie przyniesie nam większych zmian. Postępujący front atmosferyczny sprowadzi - jak zawsze - zachmurzenie duże oraz bardzo duże a także znaczący spadek ciśnienia, nawet do 92 244 hPa. Także temperatury nie będą nas rozpieszczać, ponieważ możemy spodziewać się zaledwie 440°C. Za to w powietrzu utrzyma się zwyczajowe, dziewięćdziesięcioośmioprocentowe stężenie dwutlenku węgla, tworzące przyjemny, gęsty smog.
Pod wieczór możemy spodziewać się intensywnych opadów skroplonego siarczku ołowiu co oznacza, że potoki lawowe będą bardziej niebezpiecznie, niż zazwyczaj. Również silne burze, do których zdążyliśmy się już niestety przyzwyczaić, utrzymają się przez całą dobę. Na wszelki wypadek przypominam, aby przy wychodzeniu z domu nie zaprzątali sobie Państwo głowy szukaniem parasola: on i tak po kilku sekundach spali się i stopi, co przecież oznacza kolejny niepotrzebny wydatek. Hahahaha!
Korzystając z okazji pragnę złożyć Państwu życzenia miłego wieczoru, szczęśliwych świąt, smacznego jajka, pięknych prezentów pod choinką, pomyślności w Nowym Roku, wesołego Halloween oraz udanych wakacji. Dobranoc!"

Witajcie na Wenus, planecie, na której dzień trwa dłużej niż rok, jest goręcej niż na położonym bliżej Słońca Merkurym ale nieba i tak nigdy nie widać, ponieważ zasnuwają je gęste chmury z dwutlenku węgla oraz kwasu siarkowego. Woda? Była... kiedyś. Podobno. :] Przywiodłam Was na planetę będącą żywym dowodem na to, do czego może doprowadzić permanentny efekt cieplarniany [Wenusjanie sprzed milionów lat też pewnie w niego nie wierzyli. :P ]. W miejsce, które z całą pewnością nie powinno budzić najmniejszych skojarzeń ze starożytną boginią miłości (chyba więcej z chaosem wojny). ;)
Przynajmniej dopóki moja głowa nie zestawi go z dwoma "mrocznymi" pachnidłami marki Nu_be, Sulphur oraz Mercury. Z Siarką oraz Rtęcią.


Od razu tłumaczę się ze skojarzenia: to wszystko wina Węgla tej samej marki! ;) Gdyby swego czasu nie przywiódł mi kiedyś na myśl zestawień z dalekimi planetami, dziś nie musiałabym szukać astronomicznych nawiązań bliżej Ziemi. :D Na domiar złego sam producent nie ułatwił zadania, każąc doszukiwać się w Siarce diabolicznych nawiązań. Chciał, to ma! ;>

Dla mnie oba te pachnidła wcale nie są nieprzyjemne. Nie czuję też w nich specjalnie dużego mroku - ale to już chyba tradycyjne da mojego postrzegania wszelkich zapachów określanych jako "okrutne", "diaboliczne" czy jakiekolwiek inne w tym stylu.
Na przykład [80Hg] Mercury, gdzie na początek mamy sympatyczną, nieco gryzącą świeżość cytrusów pozbawionych słodycz za to troszeczkę uwodnionych oraz ożywionych rabarbarowym kwasem, z zimno-ziemistym fiołkiem oraz subtelnie zarysowaną subtelną ramą w tle. Co żywo przypomina mi bardzo, bardzo dobre nowoczesne męskie perfumy na dzień.  Ciekawie jest także i później, kiedy świeżość z konieczności zanika, powoli zastępowana przez cieplejsze nuty drzewne omotane gęsto wokół fiołka wraz z najbardziej żywymi, jednoznacznie organicznymi elementami mieszaniny: zasychającym już rabarbarem a także ziołowo-różanym, czerwonym mięśniem (lub raczej kręgosłupem), na którym wydaje trzymać cała kompozycja, który ją spaja. Bo później to już "tylko" łagodny, dosyć jasny, metaliczny paczulowo-drzewny pył. Przyjazny pomimo [dla mnie: dzięki ;) ] ciemnym, tłustym smugom powstałym dzięki balsamowi tolutańskiemu, nadającemu całości nieco dymnej, wibrującej goryczy. A może to fiołek do spółki z cedrem...? Trudno ocenić. W każdym razie całość prezentuje się bardzo korzystnie, choć zachwytów we mnie nie budzi. Jednak cóż w tym dziwnego? Nie jestem mężczyzną. :)


Kiedy zaś przychodzi mi opisać [16S] Sulphur, ów domniemany diabelski pomiot, nie potrafię już wstrzymywać pomruków zachwytu. ;) Uch, jakie to piękne perfumy! Jak złożone i przemyślane! A jakie podstępnie cielesne! ;) Jak pięknie, jak sprytnie, wyprowadzają najbardziej kontrowersyjny akord na sam początek, szare i suche kastoreum doprawiając ostro-cielesnym kostowcem [znacie go np. z Opus VII marki Amouage] a jednocześnie otaczając aromatycznym ziołami oraz lekko chininowym akcentem cytrusów. Stawiając odbiorcę przed dylematem: bierzesz czy nie? Piszesz się na zgrzytający dualizm czy wolisz wrócić do domu, do ciepłych kapci, do La Nuit de l'Homme, Miss Dior Chérie oraz - nudy? To jak będzie? :>

Tych, którzy zdecydują się zaryzykować, rychło czeka niespodzianka. :) Akordy ludzkiego potu dosyć szybko znikają, na placu boju pozostawiając żywe, nasycone bardzo niedosłowną słodyczą żywice. Wyczuwam tu mirrę-wiercipiętkę, zielone i suche galbanum, odrobinę tłustego elemi, sympatyczny opoponaks oraz całkiem sporo grudek olibanum, które jednak ie zostanie spalone (co najwyżej lekko nadtopione); do tego drzewa, wśród których prym wiodą ciemny i słodki, lekko oleisty gwajak oraz sandałowiec w stylu indyjskim (jak Tam Dao lub Santal de Mysore) a także odrobina hebanu lub może dębiny? No i cynamon, piekący i rudy ale niespecjalnie skłonny do przejmowania kontroli nad mieszanką; w każdym razie na pewno nie jest jedyną przyprawą w składzie. Towarzyszy mu jeszcze gałka muszkatołowa, w miarę upływu czasu coraz chętniej wspierająca się na mchu dębowym wysuszającym całość jeszcze silniej, nadającym żywiczno-drzewnej grze umami z ciemną słodyczą całkiem nowego znaczenia. Albo raczej: ujmującym masy, osadzającym w szerszej przestrzeni, pozwalającym Sulphur rozciągnąć się na całą dostępną szerokość. [W tym stadium zresztą zauważam znaczne podobieństwo omawianej wody do Black od Comme des Garçons]. Pozwalającym umrzeć w świetle reflektorów zupełnie, jakby perfumy odgrywały przed naszymi oczyma (nosami?) wielką scenę swojego życia. Z żarem oczywistym dla każdego i każdej z nas.
Dosyć to patetyczne ale moim zdaniem pasujące do zachwycającej złożonością Siarki, do jej siły i klasy, zdolności rozgrzewających tak dalekich od dosadności arabskich pachnideł [znanych ze zdolności podnoszenia temperatury odczuwalnej ;) ], jak to tylko możliwe. Sami widzicie, że trudno mi pisać o tym pachnidle z zachowaniem chłodnego umysłu. :) Ono mnie angażuje, wciąga, kusi i mami. A ja mu na to pozwalam. ;)

Ech, nie było tak źle, jak się obawiałam. :) Mimo wszystko nie potrafię pozbyć się wrażenie, że gdybym była wypoczęta oraz pełna energii, obydwa zapachy opisałabym o wiele lepiej; celniej, na pewno też barwniej. No ale skoro próbki mają jutro wyfrunąć z mojego domu, nie mogłam dłużej zwlekać z opisaniem ich zawartości. ;)
Jednak nie narzekam. Jak mogłabym, udając się do snu w oparach, ekhem, Siarki? ;)


Mercury

Rok produkcji i nos: 2013, Antoine Lie

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, choć w mojej opinii bliżej mu do klasycznego męskiego "casualowca". Charakteryzuje się dosyć wyraźną projekcją, chociaż nigdy nie zostawia za sobą spektakularnego śladu a w końcowych fazach w ogóle opada łagodnie na skórę.
Dobry na wszystkie okazje.

Trwałość: około siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i chyba też świeża)

Skład:

aldehydy, mandarynka, cytryna, czarna porzeczka, geranium, rabarbar, fiołek, drewno sandałowe, drewno cedrowe, balsam tolutański, paczuli


Sulphur

Rok produkcji i nos: 2013, Antoine Lie

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, doskonale wypośrodkowany. Żywy i zauważalny bez większego problemu, jednak przy tym znający umiar, efektowny oraz nieco ekscentryczny. O sillage początkowo sporym, z czasem redukującym się do przyległej acz gęstej, emanującej żarem aury.
Pasuje do dosłownie każdej okazji; przynajmniej w moim mniemaniu. :)

Trwałość: w porywach do dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (no i drzewna, oczywiście)

Skład:

arcydzięgiel, rozmaryn, kostowiec, kastoreum, opoponaks, cynamon, mech dębowy, drewno gwajakowe, drewno cedrowe
___
Dziś nosiłam Patchouli marki Planter's.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.wunderground.com/blog/Weather456/archive.html?year=2009&month=07
2. http://asimplelifeofanordinarylondoner.blogspot.com/2011/09/night-opera.html

wtorek, 14 stycznia 2014

Względna wartość piękna

Zapach to dziwna sprawa: nawet jedna i ta sama rzecz, wąchana przez dwie osoby, może pachnieć im zupełnie inaczej; środowisko, skojarzenia, pamięć czy sugestie również potrafią zmienić naszą percepcję danej woni nawet o sto osiemdziesiąt stopni. Perfumy są tu przykładem ostatecznym, te stricte orientalne chyba w szczególności. ;)


Ostatecznie to w nich najczęściej nasze nosy się gubią i wyczuwają mnóstwo nut niewymienianych w spisach, za to ignorują część deklarowanych. Powiecie pewnie, że listy nut kłamią, ponieważ żaden producent nie pozwoliłby sobie na ujawnienie całego składu czy też z racji ogromnej umowności w epoce coraz ciekawszych syntetycznych składników albo wręcz, że spisy z takiej na przykład Fragrantiki w ogóle mają się nijak do tych deklarowanych przez producenta, lecz są w jakiejś części widzimisię redaktorów portalu. Owszem, wszystkie stwierdzenia są prawdziwe ale moim zdaniem niczego nie wyjaśniają. Bo skoro na przykład w opinii użytkowników pachnidło X kryje w sobie ambrę, o której milczy producent, to naprawdę znaczy, że jej tam nie ma? Jej albo kilku(nastu) innych komponentów, jakie zazwyczaj składają się na współczesny akord ambrowy? Lub odwrotnie: kiedy w opisie producent deklaruje ananasa ale nasze nosy nijak nie potrafią go wychwycić, zamiast niego czując woń benzyny, czy oznacza to naszą kompromitującą pomyłkę [i w ogóle anosmię, bo gdzie egzotyczny owoc a gdzie stacja paliw ;) ]?
Gdzie mają szukać prawdy pasjonaci wiedzący, że według słów Bertranda Duchaufoura "nos nigdy nie kłamie", tzn. jeżeli wyraźnie czujemy dany akord, prawdziwa receptura perfum po prostu musi skrywać jego samego lub kilka jego komponentów, natomiast wedle Luki Turina myli się każdy nos, poza jego własnym? ;] Zbyt wiele sprzecznych danych oraz luk w obecnym stanie ludzkiej wiedzy, by można było odpowiedzieć w sposób choćby zadowalający.

Powyższe rozważania wpadły mi do głowy podczas ostatniego przeglądania notatek z testów Silver oraz Gold arabskiej marki Al Haramain. Czyli kolejnych perfum, w których znajduję brzmienia zupełnie niepodobne do zwyczajowego przebiegu nut deklarowanych w internetowych spisach.


Najdobitniej cecha ta uwidacznia się w Gold, pachnidle złożonym, efektownym, o ciężkiej, tłustej fakturze (nie tylko z powodu bycia olejkiem :) ), które na mnie oprócz drewien, żywic i ciemnych nut skórzanych kryje w sobie także bogaty dodatek szafranu, paliwowej róży oraz... absyntu. :D A także oud, w ilości niewielkiej acz zauważalnej.

Z absyntem sprawa jest ciekawa o tyle, ze najwyraźniej czuję go w otwarciu, jako jedyną w swoim rodzaju mieszankę gorzkich ziół ułożoną na jakiejś gęstej, słodkawej mazi, tyleż niebezpiecznie co fascynująco podszytej orientalizującą spalonką. Otwarcie Gold jest według mnie dziwaczne ale też bez mała wybitne [zresztą... czy to nie na jedno wychodzi? ;) ]. Potem pachnidło oczywiście tężeje, nawet bardzo, jednocześnie nabierając drzewnej, hebanowo-skórzanej głębi przy jednoczesnym silnym przebłysku gęstej, niejadalnej słodyczy; trochę w tym Idole de Lubin, dużo więcej Amouage'owego duetu Interlude, wymieszanego w jedną całość. Niekiedy też uwypukla się akcent gorzkich ziół absyntowych, przenikający przez ciężką [a jednak drugo- albo nawet dalej-planową, jak to w złożonych pachnidłach arabskich bywa] słodycz niczym zielony alkohol przez kostkę cukru.
Jeszcze później zjawia się dużo, dużo ciepłych i miękkich drzew, którym towarzyszy bogaty, zmysłowy akord ambrowy a także ciemny, pikantny szafran i wspomniana róża o paliwowych konotacjach. Kiedy zaś pojawia się oud - jakkolwiek podrzędny wobec drzew, w tym hebanu i sandałowca, szafranu, skóry, róży oraz ambry - nie potrafię opędzić się od skojarzeń z Black Saffron od Byredo. Z czasem poszczególne nuty zlewają się w całość: wielowymiarową, ciepłą i gęstą, orientalną aurę z wyraźnym kontrapunktem w postaci suchego i ciemnego piżma. Więcej niespodzianek Gold już nie ma, za to wybrzmiewa jeszcze przez długie godziny.


O ile Gold to kolejna niezbyt dosadna choć i tak wyrazista perfumeryjna emanacja stereotypowej Arabii, Silver okazuje się dziełem silniej osadzonym w świecie zachodnim. Silniej nie znaczy jednak całkowicie. :) Stąd wybór takiej a nie innej ilustracji: Matt Smith jako [w przytoczonym wcieleniu: nie-do-końca- ] Doktor wydaje się dobrze pasować do europeizującego, flirtującego z nowoczesnym pojęciem elegancji, ducha omawianych perfum.
Jest w nich bowiem coś nierzeczywistego, cokolwiek szalonego chociaż jednocześnie eleganckiego, szczególnie w pierwszej fazie. A że pojawia się także wyraźne nawiązanie do słodyczy charakterystycznej paczulowej oranżadki, to już wizja kosmity lubującego się w słodkościach i klasycznych strojach wykończonych muszką nie powinna budzić żadnych zastrzeżeń. :D Szczególnie, że pochodzenie Silver w jakiś sposób przywodzi na myśl także Doktorowy fez - a i ciążące nad ogółem kompozycji, ledwie zasugerowane, piętno również kazało mi pomyśleć o tej właśnie postaci, w tym konkretnym wcieleniu.
Do rzeczy jednak.

Otwarcie Silver jest miękkie i zaskakująco przestrzenne, z wiodącymi akordami lekko wodnych kwiatów oraz słodkiego musu wieloowocowego, w tle wspartych jednak wonią cytrusów tudzież kilkoma nutkami nowoczesnych paprociowców (coś drzewno-przyprawowo-paczulowo-irysowego), wszelako niezbyt głośnymi; przynajmniej w pierwszych sekundach. :) Chwilę później znika gdzieś beztroska lekkość kwiatów oraz owoców, zastąpiona przez coraz wyraźniejsze połączenie nut drzewnych, słodkiego paczuli, lawendy oraz zredukowanych do minimum przypraw. Tu pojawia się żywe nawiązanie do Black XS Paco Rabanne, La Nuit de l'Homme od YSL, Rochas ManAllure pour Homme od Chanel czy wielu innych wód; esencja nowocześnie rozumianej męskiej elegancji, zbudowana jednak na klasycznych podstawach. Widać ją szczególnie u progu bazy, kiedy oranżadka znacznie cichnie, ustępując pola gęstej i jasnej, pyłkowej wanilii. Ta pozwala przenikać się nutom drzewnym wraz z ostatnimi oddechami mieszanki lawendowo-paczulowo-korzennej i pozornie wydaje się, że oto dotarliśmy do kresu olfaktorycznej wędrówki, kiedy Silver nieoczekiwanie przecina głęboka, poszarpana rysa goryczy, jednocześnie gorącej oraz suchej. To gałka muszkatołowa w otoczeniu żywic i drzew dający złudzenie agaru, być może także piżma.
Na pewno było to nieoczekiwane? A może dusząca gorycz pojawiła się już wcześniej, tylko ja nie umiałam jej dostrzec pod gęstymi splotami wanilii ze słodkim nowoczesnym paprociowcem? Może narastała powoli choć systematycznie aż osiągnęła punkt krytyczny, by następnie - implodować matową czernią? Po raz kolejny przekonuję się, jak bardzo odczuwanie zapachu uzależnione jest od naszych myśli oraz pamięci, jak trafnie potrafi dopasować się do wyobrażeń, jak żywe skojarzenia rodzi.
Bo przecież nie potrafię przestać myśleć o tym mroku, o smutku, któremu chciałoby się zaprzeczyć; jest ze mną aż do samej bazy. Niczym piekąca, gorzka blizna, przecinająca pozornie słodką i lekkostrawną fakturę Silver. Wydawałoby się przecież, że tak dobrze znaną i przerobioną już co najmniej tysiąc razy.

Gold

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, gęsty oraz zostawiający z uperfumowaną osobą całkiem spory ślad. :) W skondensowaną, energetyczną aurę zmienia się dopiero u progu bazy i w takim stanie trwa na naszej skórze, i trwa... W związku z tym raczej nie polecałabym Gold do pracy w małym pomieszczeniu z większą ilością osób; szykując się do podróży autem [a nawet do podróży w ogóle] także chyba lepiej o nim zapomnieć. Za to na okazje wieczorowe, klubowe czy karnawałowe będzie jak znalazł. :)

Trwałość: od dwunastu godzin w górę

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: cytryna, kalamondin, nagietek
Nuta serca: anyż, skóra
Nuta bazy: heban, palisander, paczuli, balsam tolutański, czarne piżmo


Silver

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach przez jednych określany jako uniseks, przez drugich jako typowo męski; cóż, choć nosiło mi się go całkiem przyjemnie, to jednak wyjątkowo skłaniałabym się ku drugiej specyfikacji; oczywiście teoretyzując. ;)
Niemal od początku układa się wokół ludzkiej sylwetki w gęstą ale niezbyt silną aurę, z czasem, w miarę osładzania się mieszanka dosłownie przylega do ciała. A przy tym jest cały czas wyraźna, bez trudu zauważalna; choć w dalszej fazie z konieczności dopiero po zbliżeniu nosa do skóry. Wydaje się zatem być bardziej uniwersalną aniżeli Gold. :)

Trwałość: w granicach siedmiu-dziesięciu (może nawet dwunastu) godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-aromatyczna (oraz waniliowa)

Skład:

Nuta głowy: pomarańcza, mandarynka, różowy pieprz, tymianek, cynamon
Nuta serca: jabłko, kwiat pomarańczy, jaśmin, goździk (kwiat), gałka muszkatołowa, kardamon
Nuta bazy: ambra, piżmo, drewno cedrowe oraz inne nuty drzewne, wanilia
___
Dziś Love is in the Air marki House of Sillage.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.picstopin.com/675/dusk-judean-desert-oct-09/
2. http://theberry.com/2010/12/15/holiday-cheer-with-glittery-goodness-9-photos/glitter-fashion-3/
3. http://outcastfromgallifrey.tumblr.com/

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Myśleć o niebieskich migdałach

...albo raczej: o niebieskim cedracie, kadzidle oraz sandałowcu. Szczerze mówiąc, nie mam [zielonego? ;) ] pojęcia, dlaczego seria trzech pachnideł marki Comme des Garçons z 2013 roku została ochrzczona przydomkiem "blue". Kiedy już stworzę teorię o jakimś punkcie wspólnym wszystkich wód, nie wytrzymuje ona próby czasu, ponieważ jeden delikwent zawsze musi się wyłamać. :) Tak musiałam zrezygnować między innymi z nawiązań do akordów poniekąd-wodnych, ustawionych wszelako w ciekawym i niebanalnym towarzystwie, z przewijającego się w nutach jałowca albo skojarzeń z błękitnoskórym hinduskim bogiem Kriszną.
Trudno; trzeba zatem przyjąć, iż element wspólny trzech kompozycji jest czysto umowny oraz zależny od kaprysu osób odpowiedzialnych za perfumy Comme des Garçons. ;) Przejdźmy zatem do rzeczy.


Przy samym skraju, w pierwszych sekundach życia na ludzkiej skórze Blue Cedrat to pachnidło prześliczne! ;) Nie wiem, czy na moją opinię ma wpływ przedłużająca się łże-zima, czy też faktyczna uroda dzieła ale nie potrafię przejść spokojnie obok takiej cytryny! Suchej, złocistej, świetlistej oraz chłodnej. Cytryny absolutnej, samego olejku bez grama rozmiękczającej całość wody, kwiatków, słodyczy czy innego ustrojstwa o zapędach cenzorskich. :] Cytryny tak jednoznacznej, że aż dosadnej ale jednocześnie ujmującej prostotą i czystością przekazu. Nie, takiego piękna nie da się zignorować: oto potęga natury w skali mikro, fascynujący szczegół obrazu znaczniej bardziej złożonego, niżbyśmy mogli przypuszczać.
Co zresztą wydaje się potwierdzać ciąg dalszy mieszaniny, kiedy do cytryny dołączają akordy jeszcze bardziej suche i ostre tak bardzo, jak tnąca skórę trawa. Na pewno jest to arcydzięgiel, ten zielony, koprowaty chwast o oleisto-pikantnym, bezkompromisowym zapachu, wspomagany przez świeżo rżnięte, wciąż przesycone sokiem cedrowe dechy a także chemiczną, "laboratoryjną" gorycz, przywodzącą na myśl smak soków trawiennych. [Yyyy.. Dosyć kontrowersyjne skojarzenie, wiem]. Wszystko to wyostrza się na mojej skórze, wspina ku górze niczym wroga otoczeniu, perwersyjnie okrutna kryształowa iglica, istna Szklana Góra: królestwo śmierci, perfekcyjnej w swej bezwzględności. I na nic zdadzą się starania, podejmowane przez jałowcowy nasycony żywicą dymek aby jakoś umilić mi towarzystwo Blue Cedrat, zaś deklarowana w spisach nut róża w ogóle pozostaje niemą. Później nie zmienia się nic poza oczywistością, że perfumy coraz bardziej uspokajają się, systematycznie zmniejszając swój zasięg; może tylko czasem zyskują dziwna nutę maślaną, niebezpiecznie ocierającą się o amoniakową woń zjełczałego tłuszczu. Poza tym jednak - nic, Blue Cedrat pozostaje pachnidłem wyniosłym, z równą wprawą (można nawet rodzajem wirtuozerii) dręczącą zarówno ciało, jak i umysł.
Choć trudno nie docenić perfum, z pewnością nie mogłabym nosić ich na skórze. Ani na niczym innym. ;)


Kit z tym, Kriszna znakomicie pasuje mi do skojarzenia, przynajmniej z jednym z zapachów! ;) Blue Encens, bo o nim mowa, aż się prosi o oprawę ciepłą, jednocześnie spokojna, transcendentną ale i zmysłową w sposób niezbyt nachalny. Od pierwszej chwili, kiedy otacza nas kadzidło lekko słodkie, spokojne ale oczywiste, przyjemnie okolone nutami korzennymi, co w sumie przypomina mi jednocześnie Jaisalmer tej samej marki oraz perfumy od Joe Statkusa. W ogóle trudno mi pisać o Blue Encens bez wysypywania z rękawa wielu skojarzeń. Wszak czyż później, kiedy kadzidło jasne ale gęste, wyraziste chociaż stonowane osiada na skórze i nieco się krystalizuje, stygnąc i uwypuklając tym samym delikatne nutki sandałowca oraz staranie wycyzelowane przyprawy, czy nie przypomina wtedy Sherbet Cinnamon, też od Comme des Garçons? Przy czym nie chodzi o sam zapach obu mieszanek ale raczej o sposób potraktowania komponentów, finezyjnego wycyzelowania nut, odkrycia tego jednego, najdoskonalszego (z perspektywy reszty składników) brzmienia danego elementu.
Identycznie odbieram grę pieprzu oraz zestawionych w jedno eugenolowych korzeni, doskonal wpasowanych w coraz jaśniejsze dymy, nadtopioną żywicę, wypolerowane cząstki szlachetnego drewna [sandałowe, cedrowe, gwajak, kaszmeran.. co to??] a także coraz silniejszą, coraz cieplejszą, coraz bardziej wyraźną ambrę - lub raczej akord ambrowy, co jednak z perspektywy całości Niebieskiego Kadzidła nie ma żadnego znaczenia, ponieważ tutaj ambrowość, podrasowaną drewnem, żywicami oraz przyprawami, pokazano bardzo trafnie. Nie dosłownie, nie siląc się na kopiowanie natury ale udanie, słusznie. Nawet tedy, kiedy mieszanina powoli osuwa się w stronę dosyć przewidywalnej, łagodnie orientalnej słodyczy, cały czas trzyma wysoki poziom i nie pozwala nam zapomnieć, że oto dano nam przez chwilę zajrzeć wgłąb duszy bóstwa kochającego i kochanego w każdy możliwy sposób.
Blue Encens to opowieść spokojna i dyskretna aczkolwiek skłamałabym, pisząc o słabej projekcji perfum. Nie, tutaj liczy się nie tylko moc namacalna, możliwa do samodzielnego zweryfikowania; za mocą stoją równie dobrze ciepło oraz harmonia, nadzieja oraz poznanie. No i smutek, podszyty szczyptą samotności, którą nosi w sercu każdy z nas, która jest zupełnie normalna i niezbędna do naszego rozwoju. To opowieść silnie działająca na zmysły, przynajmniej moje. ;)


Natomiast Blue Santal wydaje się idealnym łącznikiem pomiędzy dwoma pozostałymi pachnidłami z serii, skupiając w sobie niebanalną świeżość oraz ostro-szklisty rys Cedratu ze zmysłowym, korzenno-kadzidlanym ciepłem Encens. Fantastycznie całodzienna, niemęcząca ale fascynująca mieszanka, zwyczajnie zresztą przyjemna. :)
W pierwszych chwilach ożywcza choć nie niespotykana; identycznie odświeżony sandałowiec zdążył już przedstawić choćby duet Lutens&Sheldrake w ichnim Santal Majuscule. Tym razem jednak nie zauważam drzewno oleistej pasty, lecz ewidentny jałowcowo-iglakowy chłodek, szybko zresztą stonowany piekącą pikanterią lekko roztłuczonych w moździerzu ziarenek czarnego pieprzu. Tuz za nimi, dosłownie krok w krok, podąża bohater tytułowy. :) Zrazu jasny, lubujący się w matowych bielach, w miarę upływu czasu, pod wpływem ludzkiego ciepła ogrzewa się i nabiera głębi, zaczyna nabierać ciepła oraz lekko oleistego sznytu, który do tej pory był charakterystyczny dla drewna sandałowego z Mysore. Pojawiają się cudowne, szarobłękitne cienie, miękko tańczące wokół akordów otwarcia i ostatecznie zmieniające je w podległe sobie, nasycone żywiczno-przyprawowym mrokiem drobinki, ożywiające coraz bardziej hedonistyczną mieszankę. W Santal przytulnie mi, jak w długim i ciepłym, ręcznie tkanym kaszmirowym szalu (bo też dokładnie tak perfumy zachowują się w styczności z moją skórą). I chociaż szklista zjawa z Cedratu tej samej marki daje o sobie znać w bazie [skąd się tam przyplątała, cholera jedna??], już nic nie jest w stanie zepsuć nasyconej, łagodnej miękkości drewna, wyciszonej oraz wypełnionej pozytywnymi uczuciami pomimo, że tym razem wyjątkowo ich nośnikiem nie została słoneczna jasność ale ciepła "błękitna godzina" zmroku; pora idealnego bezpieczeństwa ludzi, chwila, w której ślepną demony.


Seria błękitna [czy trojaczki można tak nazywać?] we wszystkich przypadkach okazała się skonstruowana z namysłem, dopracowana w najmniejszych szczegółach, co widzę nawet na przykładzie Cedratu, którego jedyną - i tak przecież skrajnie względną - wadą okazuje się fakt sprzeczności z moim prywatnym gustem, jednak nie jakakolwiek miarodajna słabość. Nie są to dzieła unikatowe, żadne też nie budzi we mnie długotrwałego zachwytu, z Encens włącznie, jednak wszystkie będę wspominać jako ważne dla perfumiarstwa. Choćby dlatego, iż to właśnie w nich (oraz kilka miesięcy starszym Black) marka Comme des Garçons wydaje się powracać do klimatów, dzięki którym lata temu ich perfumy szturmem zdobyły wiele serc, w tym moje.
Witajcie z powrotem!




Wszystkie trzy pachnidła to klasyczne uniseksy, powstałe w roku 2013 i charakteryzujące się maksymalnie sześcio-ośmiogodzinną trwałością jak również aurą początkowo znaczną, z czasem coraz bardziej intymną ale jednocześnie gęstą, by ostatecznie zanikać przez blaknięcie.


Blue Cedrat

Nos: Nathalie Feisthauer

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład: 

cytryna, akord chininowy [bingo z tą goryczą! :D ], korzeń arcydzięgla, jagody jałowca, drewno cedrowe, metaliczna róża


Blue Encens

Nos: Evelyne Boulanger

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (oraz drzewna)

Skład:

mrożone przyprawy (a mianowicie: kardamon, cynamon, czarny pieprz), bylica, kadzidło oraz cudo o nazwie "mineralna krystaliczna ambra"


Blue Santal

Nos: Antoine Maisondieu

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa

Skład:

sosna śródziemnomorska, "niebieski pieprz", jagody jałowca, australijski sandałowiec

___
Na razie nie pachnę niczym poza kroplą Encens, jednak za chwilę wskoczę w coś mocniejszego. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Obraz francuskiej malarki nazwiskiem Annick Beaurain, noszący tytuł Niebieska cytryna a zaczerpnięty z internetowej strony artystki.
2. Sekretne spotkanie Radhy i Kryszny to reprodukcja indyjskiej miniatury nieznanego niestety autorstwa, podebrana STĄD.
3. Seria Sandałowcowa to część cyklu tapet marki GardenHouse, stworzonej przez parę amerykańskich dizajnerów, Cheryl Maeder-Antonio oraz Gary'ego Antonio i również pochodzi z portalu twórców.

sobota, 11 stycznia 2014

Się uspołeczniłam

Podobno lepiej późno, niż wcale. ;) Długo biłam się ze sobą, założyć stronę na Fejsie czy nie założyć ale w przeciwnym wypadku gdzie indziej mogłabym wrzucać wszystkie te bzdury, które napotykam w Sieci a którymi chciałabym się z Wami podzielić?

Zatem trudno; a co będę Markowi Zuckerbergowi żałować! ;]


Profil nie nazywa się tak, jak mój blog ponieważ od jakiegoś czasu noszę się z zamiarem stworzenia jeszcze jednego, tym razem bardziej kulturowego; albo raczej popkulturalnego. :) Tylko czasu cokolwiek mało.
No i zamierzam spamować wiedźmowego fanpejdża [irytuje mnie myśl, że osoby odwiedzające to miejsce miałyby być fanami mojej twórczości, cokolwiek to znaczy..] ciekawostkami nie tylko z zakresu sztuki olfaktorycznej tudzież biznesu perfumowego. :)
Cóż jeszcze mogę powiedzieć..?

Zapraszam! :)

___
Dziś Agar Musk marki Ramon Monegal.

wtorek, 7 stycznia 2014

Parę słów

Z początkiem roku okazało się, że nie mogę poświęcać perfumowej pasji tyle czasu, ile bym chciała. Chociaż od testów powstrzymuje mnie jedynie choroba, to przecież całkiem sporo zapachów zdążyłam już opisać; jeśli nie w postaci internetowych szkiców, to przynajmniej w podręcznym kajeciku. :) Na przykład cztery poniższe:


Autour du Parfum, Poudre d'Iris

Mówię Wam, ludzie: jest źle. I to bardzo źle.
Trudno inaczej określić sytuację, w której wącham jakieś perfumy, stwierdzam zgodnie z prawdą: "ale Prada irysowa!" by następnie skonstatować, że zawartość firmowej próbki jest całkiem, całkiem... ;) No więc sami widzicie. :P
Z Pradą oczywiście potwierdzam; Poudre d'Iris w pierwszych chwilach swojego życia to wypisz wymaluj Infusion d'Homme tejże marki, szlachetne, irysowo-piżmowe, doskonale wyważone mydełko, już od pierwszych sekund wtłaczające moje myśli w ciąg skojarzeń zawierający miedzy innymi czystość, klasę, dżentelmeństwo, nienachalną elegancję, nowoczesność oraz pewność siebie. Później pachnidło traci oczywiście pierwszą z wymienionych cech, białe, mydlane piżmo oraz irys nabierają suchej głębi, wzbogacone nutami jasnego drewna i złocistego heliotropu, jeszcze później dołącza do nich mleczko migdałowe, dzięki czemu pachnidło, choć i tak przyjemne,unika zarzutów o wtórność za to zyskuje wyraźną roślinną aurę, tryskającą zielonymi sokami. Trochę to dziwne na skraju bazy ale niech tam! :)
Za to pod koniec mamy więcej tytułowego pudru, co nieco słodkości a nawet... pojawiający się dosłownie znikąd lekki kadzidlany dymek co razem daje efekt dosyć zbliżony o pierwszych perfum sygnowanych nazwiskiem Johna Galliano [jednak wyłącznie w stężeniu wody perfumowanej]. Czy do złośnik migdał połączył się w parę z heliotropem i po kryjomu przekabacił na swoja stronę głównych bohaterów opowieści? A co za różnica! Grunt, że zapach nosi się przyjemnie i trzyma skóry znacznie dłużej, niż oczekiwałam. :)

Skład:
arcydzięgiel, neroli, kwiat migdałowca, heliotrop, irys, drewno sandałowe, migdał, białe piżmo


Pro Fumum Roma, Rosae Mundi

Jakie to sympatyczne perfumy! :) Niewątpliwy musz-niuch dla miłośników róży.
Otwiera się akordem kwiatu gęstego, słodkawego ale balsamicznego i po krótkim czasie zbaczającego w stronę animalnych konotacji kwiatu. Co w ogóle bardzo przypomina mi klasyczny arabski sposób przedstawiania róży w perfumach, w stylu Rasasi czy Arabian Oud. :) Przyjemnie mnie to zaskoczyło.
Potem Rosae Mundi oczywiście zasycha, staje się bardziej ostra dzięki nasyconym akordom drzewnym i fascynującej mieszance paczuli z wetywerią. Nawet, gdy paczuli zaczyna dominować nad mieszaniną, zmuszając do współpracy słodko-zmysłową różę i zmieniając ją w coś bardzo bliskiego przesłodzonej oranżadce, nie potrafię myśleć źle o tych perfumach. Pojawiają się za to żywe skojarzenia z Bent Al Ezz Nabah, Ranią czy Amber Oudh od Rasasi, Hayati marki Arabian Oud, Black Saffron od Byredo oraz, last but not least, damską wersją Lyric od Amouage. Nawiązania do oudowców zjawiają się później, kiedy akord drzewny zyskuje na znaczeniu, wspierane przez mleczno-złociste, lekko pikantne szafranowe nitki.
Może nie jest to pachnidło szczególnie oryginalne, za to trudno go nie lubić, kiedy róża z wyrazistymi orientalami dawno i bez reszty zawojowały czyjeś serce. :) Nawet trwałość i projekcja plasują się w górnych rejestrach skali a właściwie jedyną cechą Rosae Mundi, której nie darzę szczególną sympatią, jest ich cena. ;)
Byłabym zapomniała: nie wierzcie, że to szypr. Szyprem jest to coś piętro niżej.

Skład:
wetyweria, drewno cedrowe, paczuli, róża


Roberta Andrade, Earth

No nie! Ups. Już po nas.
Dni tego świata są policzone, nieuchronnie zbliża się kres, apokalipsa czeka za drzwiami a Ichabod Crane i leftenant Abbie Mills niepotrzebnie marnują swój czas. Wszystko dlatego, że niżej podpisanej spodobał się kolejny delikatny świeżak. ;P
Earth to pachnidło nazwane wyjątkowo adekwatnie do zawartości flakonu tudzież próbki., z początku ostre i agresywne, trochę zbliżone do kompostowego akordu z Bois d'Ombrie by po krótkiej chwili obrać zupełnie różny kierunek. Pojawia się za to ciepła aczkolwiek zroszona zieleń, miękkość polnych kwiatów i osuszające całość sianko [ale stanowczo nie kumarynowe]. Przychodzi też czas i na przyjemną, kwiatową, bardzo niedosłowną słodycz pastelowych fiołków, bezpretensjonalnego nagietka oraz całego mnóstwa polno-leśnego kwiecia o woni delikatnej w pojedynkę za to odurzającej, kiedy zsumować poszczególne elementy. :)
Jednakże Ziemia nie jest pachnidłem o kwiatach, co szybko przypomina nam lekko oleisty sandałowiec oraz goryczka piżma czy mchu dębowego, wraz z paczuli przypominająca, że zwiewna lekkość to zaledwie drobna warstwa w skalistej skorupie pokrywającej naszą planetę. Więcej jednak nie dostaniemy, ponieważ kompozycja dosyć szybko rozjaśnia się i wygładza, pozwala prześwietlić promieniom słońca, znika pokonana przez czas. Zupełnie, jak pojedyncza magiczna chwila poranka. :)

Skład:
trawa, siano, konwalia, irys, fiołek, mech dębowy, paczuli, piżmo, drewno sandałowe


Roberta Andrade, Monsieur

Teoretycznie kolejny nudny, zachowawczy i odtwórczy paprociowiec, zaczynający się gorzkimi cytrusami oraz naturalistyczną lawendą, w miarę upływu czasu osuszany przez żywiczno-drzewno-tytoniowe zadziory i wykończony cierpkawym syntetycznym piżmem czy kilkoma ziarnami wanilii. Nic, czego nie wąchalibyśmy wcześniej przynajmniej tysiąc razy. O emanacji początkowo znacznej, szybko jednak uczącej się pokory, wspartej przez "nie za długą, nie za krótką", kilkugodzinną trwałość. Takie tam męskie perfumy. W teorii.
Faktycznie Monsieur okazuje się wyraźnym nawiązaniem do stylistyki retro, jawnie odstającym od współczesnych bestsellerów męskiej strony wielkich perfumerii głównego nurtu. :) Poza tym kiedy tylko zniknie niby-świeży element z otwarcia, woda przyjemnie zaskakuje harmonijnym zgraniem elementów żywicznych z wetywerią, paczuli oraz tytoniem. Zaś kiedy odsunę uperfumowany fragment ciała od swojego nosa, wszystko jeszcze przez chwilę żywo wiruje mi w nozdrzach, na pierwszy plan wysuwając "waniliobenzoes" oraz mirrę, z tytoniem i ziołami (?) w tle. Niby to nic niezwykłego ale naprawdę mało które perfumy potrafią zmienić się równie drastycznie, kiedy już wwąchaliśmy w siebie ich cząsteczki. Aż chciałoby się wstrzymać oddech najdłużej, jak to tylko możliwe! ;)

Skład:
lawenda, akordy cytrusowe, zielone oraz żywiczne, mirra, kwiat tytoniu, paczuli, wetyweria, wanilia, piżmo
___
Dziś noszę opisane wyżej Rosae Mundi. :)

niedziela, 5 stycznia 2014

Parfums de Rosine, monsieur Poiret!


Wbrew pozorom nie chodzi jednak o współczesną markę perfumową o tej nazwie ale o jej (nieoficjalną) poprzedniczkę, nazwaną tak na cześć niejakiej Rozyny, córki paryskiego projektanta mody z pierwszych dekad XX wieku, Paula Poireta. Człowieka słynnego z fascynacji Orientem czy rosyjskim baletem, tworzącego stroje bajecznie barwne oraz zachwycające teatralną manierą. Jako pierwszy z wielkich kreatorów wzywał do wyzwolenia kobiet z gorsetów [w zamian wprowadzając krótkotrwałą modę na spódnice ściśnięte lamówką w okolicach kolan], pozwolił nam korzystać z płaszczy z rękawami i śmiało ubierał w spodnie [co prawda wieczorowe haremówki ale zawsze :) ], zdjął z kobiecych ramiom ciężkie zwoje materiału: wszelkie bufki tudzież inne ozdoby, zaproponował wykorzystywanie dekoltu w kształcie litery V do strojów dziennych [a na przełomie lat -nastych i dwudziestych wciąż jeszcze wiązało się to z małym skandalem], jako pierwszy wprowadził zwyczaj nazywania projektów damskimi imionami oraz przedstawił światu własną linię zapachów, o której słówko powyżej. :) Poiret wywarł ogromny wpływ na modę pierwszych dekad XX wieku.
Ileż ja bym dała, aby móc poznać jego pachnidła!

Jednak póki to niemożliwe, zawsze mogę zrobić to samo, co Ania z Zielonego Wzgórza [która pewnie długo nie potrafiłaby wybaczyć projektantowi rezygnacji z bufiastych rękawów ;) ]: wyobrazić sobie. Podejrzewam, że coś z ducha tamtych Perfum Rozyny kryją w sobie dwie niszowe i niezależne różane wody: Cameo marki Sonoma Scent Studio oraz Rose l'Orange od April Aromatics, obie stworzone przez ambitne, utalentowane perfumiarki.
A skoro niedawno zaczął się karnawał, dlaczego by nie posłużyć się balowo-dekadenckimi, pięknymi grafikami George'a Barbiera, który często był ilustratorem prac Poireta? Sami przyznajcie, że kryje się w nich coś bajkowego, niecodziennego i niepokojącego:


Identycznie odbieram Cameo, pachnidło gęste i złożone, idealne uzupełnienie zjawiskowej wieczorowej toalety. Od samego początku na skórze oszałamiające bogactwem różanego olejku i tynktury, ocienionych gęstym wachlarzem pierzastej ambry a w miarę upływu czasu coraz bardziej cielesne i drzewne.
Wpadające w upojną, doskonałą zmysłowość jasnego choć oleistego sandałowca, pogłębionego wyraźnym choć skromnym dodatkiem fiołkowej ziemi czy też irysowych opiłków żelaza; jakże wspaniale łączy się to z różą, jaki wyraźny kontrast stanowi! Nie sposób oprzeć się balsamicznej gęstości Cameowego kwiecia; szczególnie, że po kilkunastu minutach róża tężeje i ciemnieje, coraz śmielej wtulając się w słodko-słoną, łagodnie orientalną szarą ambrę natomiast do drewna sandałowego dołącza labdanum (typowo ericksonowskie bo gęste, ciemne oraz miodowe, o wyraźnych zwierzęcych konotacjach), skrywając różaną uwodzicielkę w ciemnym i coraz cieplejszym orientalizującym mroku.

Jeszcze później pojawia się piżmowa ostrość, wydobywająca z nut drzewnych intrygującą goryczkę zaś z róży subtelną choć wyraźną cierpkość [kojarzycie smak rozgryzionych świeżych płatków róży?], udanie wpasowująca się w suszkowy klimat różanego potpourri oraz ciemnego, miodowego czystka. Co prawda pełny, lekko słodki aromat ambry czasem próbuje podjąć zeń walkę jednak ostatecznie zostaje pokonany, zepchnięty na drugi plan dzięki wyraźnej pomocy naturalnego mchu dębowego, który dodatkowo podkreśla ciemne piżmowo-drzewno-labdanowe szramy a także różaną, poważną zmysłowość. I tylko fiołek pastelowy, pudrowy, dziewczęcy [wyraźnie skoligacony ze starym, Shiseidowym Féminité du Bois] psuje niekiedy ten starannie dopracowany wizerunek femme fatale ujawniając przy okazji, że nosicielka wody niekoniecznie musi być taką osobą, za którą chciałaby uchodzić. To jednak zauważą wyłącznie najwrażliwsi, najbardziej uważni obserwatorzy; dla reszty świata różana drapieżnica będzie oczywistą konkluzją Cameo.

Omawiane właśnie perfumy udanie odtwarzają ducha pachnideł sprzed lat, pielęgnując charakterystyczną dla nich aurę tajemniczości oraz nie do końca definiowalnego, wyczuwalnego już na poziomie intuicyjnym luksusu. Siłę czerpaną z tradycji oraz zadziorny charakter, którego nowoczesna kobieta lat 20. XX wieku wstydzić się nie musiała. :)
A wszystko to z mocą typową dla pachnideł z kalifornijskiej Sonomy, z odwagą i pewnością siebie ale też niewątpliwym wdziękiem i szacunkiem dla tradycji perfumiarskich. Tego zapachu trudno nie lubić, nie tylko w karnawale. ;)

Polu, dziękuję Ci bardzo!


Rose l'Orange to inny ciężar gatunkowy aniżeli Cameo; pachnidło energiczne ale przyjazne z samego rana, majestatyczne po południu oraz intrygujące wieczorem. Przy czym musicie wiedzieć, że nie tylko rozwój kompozycji zapachowej miałam na myśli. ;) Ponieważ gdybym żyła w czasach, kiedy do dobrego tonu należało przebieranie się kilka razy dziennie w zależności od pory oraz okazji, prawdopodobnie używałabym perfum w typie Rose l'Orange dla roztoczenia wokół siebie aury dokładnie takich wrażeń. Niewiele zapachów potrafi zmieniać się tak wyraźnie, pozostając jednocześnie równie urodziwymi oraz wyważonymi. Nie bez znaczenia byłaby także stuprocentowa naturalność składników tworzących omawiany aromat.

Otwarcie kompozycji zadziwia złożeniem wytrawnych, cytrusowo-zielonych, trawiastych nut w całość gęstą i wielowarstwową, już na samym wstępie dociążoną przez majestatyczny bukiet złożony z rześko-zmysłowego neroli oraz róży tureckiej, wiotkiej i świeżej jednocześnie. Z czasem kwiaty paradoksalnie cichną, pozwalając ujawnić się akordom cytrynowo-geraniowym, pospołu suchym i zielonym, stopniowo zastępowanym przez ciężki kwiat pomarańczy w lutensowskim stylu wraz z różą nasyconą i korzenną, w chłodniejsze dni wytrwale wspieraną przez suchą słodycz waniliowego pyłu. To wcielenie środkowe, pasujące do ekscentryczki bardziej z konieczności niż przyjemności odfajkowującej popołudniowe wizyty na herbatkach u kolejnych pań z tzw. towarzystwa, osoby lubiącej robić wrażenie. W tym wcieleniu Rose l'Orange tworzy wokół ludzkiego ciała aurę bogatą i ciągnie się na nami iście kilometrowym śladem. Oto mi woń!
Za to potem, wraz z nieodzownym stopniowym wytracaniem przez pachnidło mocy pojawia się tajemniczość. Znajduję ją w doskonałej jedności akordów kwiatowych, gdzie róża i kwiat pomarańczy stają się całością doskonałą: ciepłą, spokojną, iskrzącą się suchymi promieniami aczkolwiek olejkowo tłustą, objawiającą się jako gęsta chmura cząsteczek wibrująca w ludzkich nozdrzach, naznaczona drzewno-żywicznym, słodkawym elementami balsamu peruwiańskiego lub tolutańskiego oraz nienachalnym czarem kilku podwędzonych waniliowych ziaren [gdyż występuje tu wanilia zdecydowanie ciemna, o bardzo niszowym charakterze]. Tu Rose l'Orange stopniowo delikatnieje, mięknie, rozpływa się w łagodnym cieple akordu balsamiczno-waniliowego, stopniowo wznoszącego się ponad wonne kwiaty ale jednocześnie roztapianego przez ich nasyconą, gęstą woń. A jeszcze później - rozpływającego się na wietrze, zanikającego stopniowo niczym filmowa zjawa.


Cameo oraz Rose l'Orange to pachnidła eksploatujące trochę już zapomniane rejony sztuki olfaktorycznej, w dobie syntetycznych zamienników gorliwie uniezależniającej się od Natury. Udowadniające przy okazji, że nawet korzystając z jej ograniczonych możliwości można uzyskać dzieło nieomal wybitne, cudownie niezapomniane, poruszające ukrytą gdzieś w głębi większości z nas tęsknotę za epicką przygodą, wielką miłością lub po prostu życiem "innym" niż obecne: spokojniejszym, bardziej uważnym, pełniejszym.
Adekwatnym do opisanych dziś przeze mnie aromatów. ;)


Sonoma Scent Studio, Cameo

Rok produkcji i nos: 2009 (pierwotnie 2007), Laurie Erickson

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, gęsty i odważny. Jak większość wód tej marki charakteryzujący się olbrzymią mocą, zdecydowaną projekcją oraz długim śladem, po pewnym czasie redukującym się do silnej, luźnej aury.
Świetny na wszystkie okazje wieczorowe acz po dokonaniu niezbędnych eksperymentów nie powinnyście mieć kłopotów z wykorzystywaniem Cameo podczas okazji romantyczno-erotycznych oraz dziennych (w obu przypadkach dawkowanie jest kluczową kwestią).

Trwałość: ohohoho! ;) Od dziesięciu-dwunastu godzin do blisko doby.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

fiołek, róża, kłącze irysa, szara ambra, labdanum, drewno sandałowe, drewno cedrowe, mech dębowy, piżmo


April Aromatics, Rose l'Orange

Rok produkcji i nos: 2012, Tanja Bochnig

Przeznaczenie: zapach kobiecy o skomplikowanym rozwoju, który starałam się przybliżyć w tekście recenzji. Najpierw żywy, energetyczny, potem gęsty i zamaszysty a na koniec meandrujący między gęstością kwiatów a łagodną miękkością akordu waniliowo-balsamicznego. O projekcji początkowo niezbyt silnej za to rozgrywanej na wysokich nutach, później coraz śmielszej aby w bazie zmienić się w umiarkowaną chociaż wyraźną aurę.
Poza moim skojarzeniem pachnidło dobre na prawie wszystkie okazje, jakie tylko wymyślicie. :)

Trwałość: około sześciu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

gorzka pomarańcza, mandarynka, atar z róży tureckiej, neroli, róża stulistna, kwiat pomarańczy, ylang-ylang, balsam peruwiański, wanilia
___
Dziś nosiłam Earth marki Roberta Andrade.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. i 3. http://houseofretro.com/index.php/2013/03/19/george-barbier-the-master-of-art-deco/
2. http://www.coletterie.com/behind-the-seams/paul-poiret-king-of-fashion