piątek, 30 września 2011

Koszmar (nie tylko) mojego dzieciństwa

Podczas choroby chodzę na łatwiznę. :)
Zamiast pisać coś "od siebie" podłączam i linkuję namiętnie. Dziś, głównie ku uciesze własnej, podlinkowuję felieton Stefana Chwina; o ciemnych stronach szkolnego sportu.

Choć szczęśliwie wiele już się zmieniło, to właśnie szkolny wuef zaprocentował moją trwałą niechęcią do konwencjonalnego sportu. I chyba do końca życia będę się upierać, że - gdyby nie nadzwyczaj szczęśliwy zbieg okoliczności w postaci lekarskiego całorocznego zwolnienia z wychowania fizycznego [wychowania? Dobre sobie!] - w życiu nie byłabym w stanie przygotować się do moich pięciu egzaminów maturalnych. Merytorycznie, lecz przede wszystkim - psychicznie.
Wuef, polski wuef to skrajna głupota oraz zło wcielone. I nikt nie przekona mnie, że "w ogóle" jest inaczej. ;)
___
Dziś noszę Kashminę Touch od Max Mary.

środa, 28 września 2011

Pojedyncze historie

Jako, że przypadłości natury gardłowej uniemożliwiają mi pisanie recenzji, postanowiłam podzielić się z Wami kapitalnym wystąpieniem nigeryjskiej pisarki, Chimamandy Ngozi Adichie, która w niezwykle barwny, dowcipny, ale i przejmujący sposób mówi o stereotypach, nie zawsze świadomej ignorancji oraz powszechności i ryzyku czegoś, co nazywa "niebezpieczeństwem pojedynczej historii". Co to takiego?
Zapraszam do obejrzenia prelekcji. :)

[Film znalazłam na świetnym blogu Chihiro. Polecam również. ;) ]











Po seansie wiem jedno: kocham tę kobietę! ;)
Rzadko kiedy można usłyszeć tak spokojną a jednocześnie dojrzałą i "po prostu" mądrą wypowiedź. A na dokładkę - słodko-gorzką, summa summarum ciepłą.

Polskie tłumaczenie niestety pozostawia co nieco do życzenia, ale przecież od czego oryginalna wypowiedź? ;)

Co prawda zaczęłam od końca, ale teraz nie mam wyjścia i muszę wyszperać skądeś jej dzieła. :)
___
Dziś noszę męski Rive Gauche marki Yves Saint Laurent.

poniedziałek, 26 września 2011

Korzenne wspomnienie dzieciństwa

Maść tygrysia. Rozgrzewające, przeciwbólowe, gojące rany i łagodzące obrażenia panaceum na wszystko; azjatycki amol. ;)


W PRL-u znana jako "maść z kotkiem", popularna we wszystkich kręgach, co zmieniło się wraz z końcem władzy ludowej i otwarciem rynku (także farmaceutycznego) na równie mityczny i upragniony Zachód. Niestety; ponieważ "maść z kotkiem" zapamiętałam jako jeden z najpiękniejszych zapachów mojego wczesnego dzieciństwa. :) Cudny, rewelacyjny, obłędny.
W swym afekcie ku "tygryskowi" posuwałam się nawet do tego, iż podkradałam mały, okrągły i czerwony pojemniczek, by z lubością wdychać upajającą woń zawartości, a nawet wcierać ją w skórę, aby towarzyszyła mi nawet wtedy, gdy ktoś z dorosłych odkryje brak puszki, a następnie z całym okrucieństwem pozbawi mnie pachnącej mazi.
Szczęśliwie dziś z dostępem do maści tygrysiej nie wiążą się żadne kłopoty. Wystarczy paszport, znajomi w Londynie lub... konto w serwisie aukcyjnym. ;) Albo... trochę więcej pieniędzy niezbędnych, by móc cieszyć się perfumami Esprit du Tigre marki Heeley.

Czasami, z rozbrajającą naiwnością, zastanawiam się, jak komuś woń maści tygrysiej może się nie podobać? Jak skojarzenia z nią mogą przywoływać przykre wspomnienia bólu, cierpień i fatalnego samopoczucia? Przecież "kotek" pachnie tak bosko! ;)
Najwyraźniej już od najmłodszych lat przejawiałam ciągoty ku aromatom, które do współczesnego europejskiego pojmowania świeżości pasują niczym pięść do nosa.

Pierwotna receptura maści tygrysiej została opracowana w latach 70. XIX wieku w birmańskim Rangunie, podówczas kolonii brytyjskiej [pamiętacie W osiemdziesiąt dni dookoła świata? ;) ], przez zielarza nazwiskiem Aw Chu Kin. W swoim sklepie sprzedawał środki przeciwbólowe, których pojemniki ozdobione by podobizną tygrysa, tamtejszego tradycyjnego symbolu siły oraz energii życiowej.
Pół wieku później synowie zielarza rozszerzyli działalność, otwierając w Singapurze fabrykę skalibrowaną na poważną, przemysłową skalę. Jej mury opuszczały puszeczki pełne mazidła według ojcowskiej receptury (najpewniej już odpowiednio zreformowanej, jak znam życie).
I tak wszystko się zaczęło.

Moc, lecznicza ale i marketingowa, maści brała się z substancji tworzących kultowe panaceum. W jego skład trafiły bowiem: antyseptyczny eugenol, występujący w cynamonie lub goździkach, znieczulający, chłodzący oraz udrażniający drogi oddechowe mentol, przeciwbólowy i odkażający olejek kajeputowy czy rozgrzewająca kamfora. Jednocześnie każdy ze składników maści miał silne zaplecze w postaci roli w tamtejszej kulturze ludowej, z grubsza odpowiadające naszym uczuciom ku rumiankowi, mniszkowi lekarskiemu bądź tripletowi czosnek-mleko-miód. :) Zaś w myśl alchemii tantrycznej kamfora, a także aloes, szafran i sandałowiec pomagały należycie czcić boga Śiwę.
Mam nadzieję, że ów mini-wywód pomoże zrozumieć olbrzymią karierę maści tygrysiej, w krajach azjatyckich i dalej. :) Przy okazji chciałabym zaprzeczyć pewnemu mitowi: do produkcji maści tygrysiej nie wykorzystuje się żadnej części ciała tygrysa. Jest on, jak wspomniałam wcześniej, wyłącznie logo produktu oraz małym handlowym podstępem; fakt, że w kulturze europejskiej niezbyt czytelnym.


Esprit du Tigre Heeley'a skupia w sobie najlepsze cechy "maści z kotkiem": jest potężnym przyprawowcem ze świeżo-balsamicznym akcentem. Rzeczywiście, kompozycja nie bawi się w żadne subtelności, nie udaje milusiego świeżaczka "dla każdego". Z impetem uderza prosto w nozdrza, atakując je prężną, nietypową - bo przyprawową - świeżością, powstałą dzięki znacznemu udziałowi mięty oraz kamfory. Te wytrwale wwirowują się wgłąb przegród nosowych, wyganiając zeń nie tylko katar, lecz również wszystkie inne wonie. Równie istotny jest korzenny eugenol, znacznie bardziej goździkowy niż cynamonowy, eteryczny, czarowny. Jednocześnie zwiewny i mocarny.
Nieco później do głosu dochodzi ekspansywny, ostry kardamon a także co nieco pieprzu. Goździki otaczają kardamon i kamforę woalem w ciepłych barwach, półprzejrzystym i dość lekkim. Mięta powoli odchodzi w cień; to także zasługa kardamonu, który przejmuje jej rolę małego, uroczego psotnika. :) Gdzieś w tle wyczuwam nuty żywiczne: galbanum a może benzoes? Albo... smocza krew. ;) Choć nie ma po co się zastanawiać, bo kadzidło okazuje sie widmowe; pojawia się i znika po chwili, zabierając ze sobą pieprz i miętę. A może to nie mięta, tylko eukaliptus? Lub aloes?
Z czasem kompozycja staje się coraz bardziej jednolita, utarta na pastę ze znacznym (jak w rzeczywistości) dodatkiem wazeliny albo jakiegoś w miarę neutralnego w zapachu oleju. Kamfora stapia się w całość z cynamonem i goździkami, kardamon staje się bardziej statyczny, skory do układów. Wszystko razem wygrywa finał cichy oraz nad podziw dyskretny. Nadal zauważalny, lecz znacznie bliższy skórze, szlachetniejszy, starannie dobierający środki wyrazu. Równie wyśmienity, co przepotężne otwarcie.

Kiedyś napisałam, że od kamfory w Esprit du Tigre wolę tę bogatą, słodko-korzenną w ujęciu z Lutensowego Serge Noire. I nadal sporo w tym prawdy; wszak szalony, maksymalistyczny, niemal-kiczowaty styl Christophera Sheldrake'a bliski jest mojemu sercu. Białe organiczne kryształy rzeczywiście zostały potraktowane przezeń bardziej "artystycznie", z większa finezją. Lecz, gdybym miała wybierać, chyba jednak poproszę o kamforę i goździki z maści tygrysiej. Jest "inna", mniej typowa, bardziej dosłowna.
Dzięki Tygrysiej Duszy (vel. Duchowi Tygrysa ;) ) wróciło moje dzieciństwo z drobnym nosem wtulonym w okrągłą, aluminiową puszeczkę.

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dla wszystkich miłośników dosłownego perfumeryjnego Orientu i wszelkich jego dziwactw. ;) Z początku o długim sillage, z czasem staje się bliski ludzkiej skórze. Na wszelkie okazje, choć stosowniejsze wydają się te mniej formalne. [moc skojarzenia potrafi być obezwładniająca: jeszcze ktoś podprowadzi Was pod drzwi gabinetu lekarskiego; i co wtedy? ;) ]

Trwałość: od siedmiu do ponad dwunastu-trzynastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: mięta, kamfora
Nuta serca: kardamon, goździki, pieprz
Nuta bazy: wetyweria, cynamon
___
Dziś noszę Lyric Man od Amouage.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.swistak.pl/a11771915,TIGER-BALM-RED-10-g-Masc-Tygrysia.html
[ciekawa aukcja :) lokalizacja Sprzedającego (czy przedmiotu?) to, cytuję: "BANGKOK, Thailand, Śląskie". Niniejszym pozdrawiam wszystkich tajskich Ślązaków! :) ]
2. http://www.the-gallery-of-china.com/chinese-tiger-painting-11.html
3. http://www.vectorstock.com/royalty-free-vector/chinese-new-year-tiger-vector-123139

piątek, 23 września 2011

Dwa pudry w spreju

Czy Wy też miewacie czasem wrażenie, że produkty z linii uzupełniających pachną lepiej od perfum, do których miały być jeno dodatkiem? :) Bo ja tak. Scent Intense pachnie mniej dosłownie od perfumowanego balsamu do ciała, podobnie Casmir od Chopard. Lecz najwyraźniej tendencja owa ujawnia się w przypadku kompozycji marki Yves Rocher. Często staram się w ogóle nie wąchać ich żeli bądź mleczek do ciała powstałych jako dodatek do moich ulubionych wód marki. ;)
Co jednak zrobić, gdy to kosmetyki poznamy przed pachnidłem?
Cóż, pozostaje tylko westchnąć i...


Przykładem podręcznikowym jest trio: mleczko-żel-woda toaletowa z limitowanej linii Fruits de Noël 2010, konkretnie Orange & Chocolat. Najpierw poznałam żel pod prysznic i mleczko, których zapach mnie zachwycił. Obok głębokiej, soczystej, słodkiej pomarańczy unurzanej w lekkiej wytrawnej czekoladzie po prostu nie potrafiłam przejść obojętnie. Zakochałam się zimową porą. ;)
Nic dziwnego, że rozesłałam wici w poszukiwaniu wody toaletowej, której - jak wiadomo - do Polski nie ma sensu sprowadzać. Bo i po co, do kraju brudasów [nieważne, że aby kupić kolejne mleczko z linii, musiałam zapisywać się na specjalnej kolejkowej liście]? ;> Kiedy już stałam się właścicielką własnego flakonika, czym prędzej skierowałam na siebie chmurę pachnących kropel.

Początkowo było tak, jak powinno. Pomarańcza i Czekolada okazały sie dokładnie takie, jak produkty do pielęgnacji. Słodkie, soczyste, nieco wytrawne, sypkie i wysmakowane. Mityczny Duch Bożego Narodzenia w spreju. ;) Może trochę zbyt bliski skórze, ale to nie przeszkoda, by czasem mi towarzyszył.
Niestety, im dłużej miałam zeń do czynienia, tym mniej mi się podobał. Gdzieś zniknęła pomarańczowa świeża słodycz, czekolada straciła resztę swych płynnych, aksamitnych walorów, stając się sypkim, zwietrzałym kakao. W zasadzie to jeszcze nie wada; ot, zderzenie marzeń z rzeczywistością, na które nie mam zwyczaju utyskiwać. :) Lecz później do burego proszku dołącza męcząca, syntetyczna wanilina, zleżały cukier puder, a także coś w rodzaju zimnej kaszki ryżowej na mleku, od rana czekającej na wieczorne mycie naczyń. Teoretycznie w kompozycji nie ma niczego mało przyjemnego, w praktyce całość jest tak bardzo pudrowa, słodko nijaka, że nie potrafię pisać o niej bez zawodu. Gdzie się podziała bezpretensjonalność żelu i mleczka? Kto spieprzył wodę? Smutne to.
Przykre i mdlące. A początek był tak piękny!

Podsumowanie:
żel pod prysznic: 6/6 [pkt]
mleczko do ciała: 4/6 (z racji m. in. zbyt rzadkiej konsystencji)
woda toaletowa: 2/6

Nieco inaczej wygląda sprawa z produktem o teoretycznie słabszej trwałości oraz mocy, mającym za zadanie przede wszystkim odświeżać.
Woda kolońska Cèdre Bleu z serii o niezbyt oryginalnej nazwie Fraîcheur Végétale, czyli Roślinna Świeżość w założeniu miała oddawać aromat narodowego drzewa Libanu.
Także i w tym przypadku swoją pierwszą butelkę kupiłam wyłącznie po blotterowym teście zawartości, skuszona wyłącznie olśniewającym aromatem żelu pod prysznic z analogicznej linii.

Ten zaś pachnie bosko: żywo, drzewnie, świeżo w sposób, który nie jest w stanie zepsuć mi humoru. ;) Nieco pieprzowy, przejrzysty, kryjący w sobie woń północnoafrykańskiego tartaku. Do cna wypełniony niejednoznaczną witalnością; energetyczny, choć daleki od brutalnego ozonowo-cytruskowego potopu iście troglodyckich odświeżaczy powietrza. Cedrowy żel pod prysznic z roślinnej linii YR jest naprawdę zacny! :)

Jak w przypadku Oragne & Chocolat, i Cèdre Bleu w pierwszej fazie pachnie analogicznie do pokrewnych artykułów pielęgnacyjnych. Bardzo podobnie; wówczas bliska jestem olfaktorycznej nirwany. ;) Żałuję, że górne nuty znikają stanowczo zbyt szybko. Ledwie wyparuje alkohol, ledwie zdołam wciągnąć w płuca pachnące powietrze, a tu już następuje dalszy ciąg.
Po ekspresowym odświeżeniu następuje masowa produkcja jasnego, błękitnego pudru. Lecz nie jest to taki sobie, banalny puder. Gdyż wykonano go ze... skóry. A może z zamszu? Chyba jednak to drugie. :) Na ledwie widocznym rusztowaniu z drewna cedrowego rozsiada się upudrowany zamsz, dość wiekowy, ale nadal znać po nim najlepsze z możliwych wykonanie. Jest miękki, delikatny, wręcz subtelny, ale nigdy słodki.
Czasem pudru jest więcej, czasami przeważa zamszowa skóra, ale zawsze cedr pozostaje gdzieś hen, w tyle. Wyczuwalny, lecz nigdy wyraźny. Cóż to za Cèdre bez cedru?
Mimo to woda przypadła mi do gustu. Jest na tyle niesztampowa, przewrotnie ekscentryczna, lekko dziwaczna, że zużywam już drugi flakon. Czy będzie trzeci? Chyba nie, zawartość znika zbyt wolno. ;)

Podsumowanie:
żel pod prysznic: 6/6 [pkt]
antyperspirant: nieklasyfikowany [nie używałam]
woda kolońska: 5/6

Pozostaje tylko westchnąć i... pogodzić sie z losem. ;)

Orange & Chocolat

Rok produkcji i nos: 2010, ??

Przeznaczenie: zapach dla kobiet, miłośniczek hardkorowych pudrów i słodyczy. Bliski skórze.

Trwałość: średnia; w granicach sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-świeża

Skład:

petit grain, pomarańcza, kakao


Cèdre Bleu

Rok produkcji i nos: 2003 lub 2008, ??

Przeznaczenie: miły, łatwo układający się zapach typu uniseks, bardzo bliski skórze. Na wszelkie okazje nieformalne, nie tylko latem. :)

Trwałość: jak na eau de cologne bardzo przyzwoita, do pięciu-sześciu godzin.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-świeża

Skład:

wymieniono tylko drzewno cedrowe, ale z pewnością jest znacznie bogatszy
___
Dziś noszę Midnight in Paris marki Van Cleef & Arpels.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://ciaoflorentina.com/2010/10/24/chocolate-covered-orange-slices-treats/
2. http://www.pracbrown.co.uk/specimen--semi-mature-trees/gallery

środa, 21 września 2011

Oda do męskiej drzewności


Czasami nachodzi nas chęć, by odziać się w zapach suchy, wytworny, znakomicie skrojony, a jednak nietypowy, przytulny i dziki jednocześnie, bezpieczny, choć inny niż wszystko. W poszukiwaniu go możemy zapędzić się do perfumerii niszowych lub butików znanych projektantów mody, gdzie za ciężkie pieniądze dostaniemy nie do końca to, czego się spodziewamy.
W mojej opinii należy podjąć ryzyko poszukiwań na własną rękę: całkowicie indywidualnych, bez oglądania się na wiodące gusta. Dlatego dziś, jeśli chcesz się wyróżnić (nie tylko zapachowo), możesz zwrócić się ku młodemu rękodziełu lub starociom.

Właśnie słucham audycji o stylu vintage. A właściwie o modzie na starocie i o starociach w modzie. :) Jednocześnie planuję recenzję zapachu pochodzącego z nurtu retro; słowem: coś jest na rzeczy.
Jako nieoficjalna i niebiznesowa trendsetterka od pewnego czasu wiedziałam, co w trawie piszczy i zawzięcie flirtowałam z używanymi ciuchami, książkami czy meblami z antykwariatu oraz perfumami, którymi "masa" dawno już straciła zainteresowanie. Tak znalazłam Kodeks Napoleona z 1808 roku, wydany po francusku, polsku oraz łacinie, choć pozbawiony okładki, chustę od Hermèsa z kolekcji mocno zaprzeszłej (za kilkanaście złotych) lub torbę od Daniela Hechtera, człowieka, który wymyślił pokazy mody prêt-à-porter (za równie śmieszną kwotę).
Wracając do domu z udanego polowania uświadomiłam sobie, że przecież mam przynajmniej jedną próbkę zapachu sygnowanego przez Hechtera!
Nosi on nazwę Caractère i jest przesympatycznym, bardzo szykownym męskim pachnidłem.

Prawdę mówiąc, jego charakter najkrócej i w pełni oddaje tytuł dzisiejszej notki. :) Jednak postaram się trochę owo lakoniczne wyrażenie rozwinąć.

Czemu męskość? Wbrew pozorom nie tylko z racji marketingowego przeznaczenia perfum. Głównie chodziło mi o obraz, jaki staje przed moimi oczami podczas testów Caractère: ten zapach to mężczyzna, choć oczywiście nie widzę powodów, dla których kobiety miałyby zrezygnować z tak urzekającej kompozycji. Jednak oczyma wyobraźni widzę osobnika płci przeciwnej, z gatunku tych "prawdziwych"; ani metroseksualnych, ani wydmuszkowych, fasadowych maczo do tego lasu nie zaproszono. Brak też oślizłych dżentelmenów prawiących urocze niby-komplementy oraz zakompleksionych żuczków, których największym zmartwieniem jest, "co [o tym/o mnie] ludzie powiedzą".

Do lasu kreślonego olfaktoryczną Literą ciągnie indywidualistów, niepokornych wolnomyślicieli lub niepoprawnych marzycieli. Mężczyzn, którzy mają odwagę łamać schematy i przeciwstawiać się strasznomieszczańskiemu trybowi życia. Niesformatowanych i nietypowych pod każdym możliwym względem. Znajdzie się tu miejsce dla buntowników bez powodu oraz dla sentymentalnych dżentelmenów. Dla każdego, kto mocno się wyróżnia i nie widzi w tym powodu do wstydu. To las dla mężczyzn z Charakterem. ;)
Esencja prawdziwej Siły, tej spokojnej i mało wyzywającej; tak naturalnej, jak oddychanie. Tej, której nie ma potrzeby ani ukrywać w schowku, ani manifestować na każdym kroku. Siły wiarygodnej i dojrzałej (niekoniecznie wiekiem).

Gdyby do przedstawionej sytuacji dopasować fragment utworu literackiego, ducha Caractère najlepiej oddawałby słynny dwuwiersz [właściwie "trój.." ;) ] z Epilogu Burzy Szekspira, włożony w usta Prospera:

"Opadły czarodziejskie stroje,
O własnych tylko siłach stoję (...)"


Odwaga, niezwykła siła niezbędna do tego, by móc publicznie przyznać się do własnej niedoskonałości. Rzecz rzadka w czasach metro-maczo. ;)

Jak napisałam wcześniej, Caractère jest kompozycją szykowną, elegancką i zwracającą uwagę. Zapach gorący, niesztampowy, aromatyczny i drzewny w najpełniejszym znaczeniu. Niszowy w swej (jak na dzisiejsze czasy) niezrozumiałej ekscentryczności.
To pełen słońca jesienny las, a w nim człowiek, mała istotka o ograniczonych możliwościach. Ani pan, ani sługa; może rezydent? ;)

Otwarcie kompozycji to głęboki, ożywczy wdech świeżego powietrza, nasyconego ozonowym gorącem. Odrobina cytrusów - wśród nich lekko skórzana bergamotka - okolona aromatycznymi ziołami z bazylią, bylicą, lawendą, szałwią i rozmarynem, a także przyprawy. Aldehydy, typowe dla dawnych kompozycji, nie są oczywistym dodatkiem. Wyczuwam je w zasadzie tylko po krystalicznej przejrzystości mieszanki. Wszystko to podnosi mnie na duchu i napawa optymizmem. Jednak o zachwycie mogę mówić dopiero, gdy do kompozycji dołącza ostry, balsamiczny zapach drzew iglastych: sosny, jodły i świerku. Dopiero teraz wiem, żem nie na dawnych salonach, lecz w lesie. :)
Choiny szybko dogadują się z kolendrą, kminkiem oraz kilkoma ziarnami pieprzu. Ładnie im razem. ;) Zwłaszcza, że towarzyszy im woń słodko-korzennego goździka, kwiatu rodem z dawnej epoki [niekoniecznie tej słusznie minionej ;) ] oraz lekki powiew jaśminu i jakby... konwalii? Z czasem pojawia się coraz więcej cedru, suchego mchu dębowego, skóry oraz kadzidła. Kadzidło! :D
Ono stopniowo zyskuje na znaczeniu, by w finale grać pierwsze skrzypce. Wraz nim na skórze ściele się drewno cedrowe (oraz tek?), wspomniana już stara, dawno wyprawiona skóra, żywice drzew iglastych, błagający o odrobinę wody mech. Esencjonalne żywice drzew iglastych dogasają bez pośpiechu, żegnane przez wietrzejące przyprawy sprzymierzone z pudrowym paczuli. W pewnym momencie ujawnia się upojna, szalona - choć niezbyt nachalna - ambra oraz kapka mocnego cywetu bądź kastoreum (raczej tego drugiego, sądząc po spisie nut). Co daje właśnie tę boską, nieoczywistą i pełną trudnej wolności mieszankę, którą zachwycałam się na wstępie.
Gdyby tylko całość była bardziej skłonna do oddalenia się od ciała nosiciela! :) Zwłaszcza w bazie, szczególnie opornej w tej kwestii. Choć to tylko drobny szczegół.

Czy wiecie, jak pachnie szlachetne drewno wędzone w dymie z olibanum, wzbogacone znakomitej jakości skórą, mchem oraz nutami cielesnymi, czyniącymi całość bardziej ludzką i przyjazną? Ja wiem. I jestem z tego powodu bardzo, bardzo zadowolona. :)

"(...)
Skorom odzyskał dawne księstwo
I zdrad wybaczył bezeceństwo,
Niech wyobraźni waszej władza
Na wyspie już mnie nie osadza.
Klaśnijcie w dłonie - moc zaklęta
Pryśnie i spadną ze mnie pęta".


William Szekspir, Burza, akt V; w przekładzie Stanisława Barańczaka

Rok produkcji i nos(y?) : 1989, PFW Paris

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, dziś świetnie sprawdza się jako uniseks; na wszelkie okazje, ale niestety dosyć bliski skórze.

Trwałość: w granicach siedmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-aromatyczna (i skórzana)

Skład:

Nuta głowy: cytryna, bergamotka, aldehydy, bazylia, lawenda, bylica, kminek
Nuta serca: szałwia, goździk, jaśmin, geranium, pieprz, jodła
Nuta bazy: skóra, mech dębowy, paczuli, drewno cedrowe, kadzidło, piżmo, ambra, kastoreum
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.lonelyplanetimages.com/search/256270?query_url=Ntx%3Dmode%2Bmatchpartial%26Ntk%3Dall%26N%3D4294967105%2B4294907719
2. http://www.allposters.com/-sp/Male-Nude-on-Rocky-Outcrop-c-1900-Posters_i325363_.htm
3. http://kla91.deviantart.com/art/Silhouette-of-a-man-in-woods-113438087

wtorek, 20 września 2011

Masala, kadzidło i miód, czyli...

Ociągałam się z recenzją jednego z najgłośniejszych ostatnio zapachów rodzimej perfumosfery, naszego niekłamanego powodu do dumy [o którym, jak zwykle w przypadku polskich powodów do dumy, poza granicami państwa mało kto słyszał ;>], czyli Sale Perfume 01 od Michała Szulca.
Zwlekałam, czekając nie wiadomo na co, więc mam. Dziś weszłam na stronę jedynej perfumerii, która miała 'Szulca' w asortymencie by przekonać się, że zniknął z magazynu. Licznik dobił do tysiąca i się zatrzymał. Czy na dobre? A Wy, jak myślicie? ;)

Umiejętny marketing: szum internetowy, zachwyty oraz kontrowersje zaowocowały zgodnie z przewidywaniami skrzętnych sadowników. ;) I dobrze, o to właśnie chodziło.
Rzemiosło anonimowego perfumiarza (lub perfumiarki) okazało się wielce przyjaznym użytkownikowi złaknionemu czegoś niesztampowego.

Suche, modne, wykwintne oraz proste, ostrawe pachnidło świetnie wpasowało się w moją skórę, ciepłe i kadzidlane, dumnie zahaczające o ponadprzeciętność. Pozbawione zbędnych ozdobników, całego tego tiulowo-koronkowego kobieciarskiego kiczu, coraz częściej świadomie upupiającego użytkowniczki, degradującego je do roli różowiutkich maskotek. Zupełnie jak moda patrona kompozycji.
Z tym, że w moich ustach podobna pochwała brzmi cokolwiek przewrotnie. Ponieważ tak, jak nie znoszę świata generującego wysyp maskotek, prężących swe nadpalone solaryjnymi lampami wdzięki na Facebooku, równym "poważaniem" darzę kręgi, które od wszelkich powiązań z tiulami i koronkami odcinają się w sposób jednoznaczny a pełen chełpliwego wywyższania się. A to z nimi, chcąc nie chcąc, kojarzę projekty pana Szulca. Doceniam, ale nie lubię. Sorry, tak mam. ;)

Tak samo trudno uniknąć nawiązań do legendarnego Black Cashmere od Donny Karan. Lecz te znowuż - ale jestem zmienna! - niezbyt mi przeszkadzają. :) Jakoś nie potrafię Sale Perfume odmówić mocy przyciągania uwagi.
Poza tym, choć podobne, akcenty w obu pachnidłach rozłożono nieco inaczej. Wydają się jednojajowymi bliźniętami, choć nimi nie są.

Słynny poprzednik był (nadal jest) słodszy, bardziej miękki i aksamitny, stworzony przede wszystkim dla pań. SP 01 zaś - to zdeklarowany uniseks. Na kobietach ostry i charakterny, dla mężczyzn gładki i przymilny. Zawsze ożywczy, co zawdzięcza dodatkowi przypraw.


Z początku wyczuwam kadzidło, miękkie, nieco słodkie, podbite kardamonem, bliźniacze do Kaszmiru. Mimo wszystko budzące zachwyt. Po chwili słodycz okazuje się wonią naturalną i znajomą; nawet bardzo, rzekłabym. :) Mam! To jasny miód, nasycony promieniami słońca ogrzewającymi dojrzałą wiosnę klimatu umiarkowanego. Subtelny dodatek pieprzu dyskretnie obramowuje palone żywice a także resztę przypraw, wśród których prym wiodą cynamon, gałka muszkatołowa, kolendra, goździki, wspomniany kardamon oraz szafran. A także kilka innych okołokuchennych ingrediencji.

Czytając spisy nut składających się na Sale, zawsze zastanawiałam się, co to takiego "korzeń masala", deklarowany w bazie kompozycji? Nadal nie jestem pewna. Choć wiem, że w kuchni indyjskiej istnieje coś takiego, jak masala root soup. Termin "masala" oznacza wszak nie tylko mieszankę przypraw, zwyczajowo dodawaną do dań typu curry oraz kino bollywoodzkie bazujące na przemieszaniu kilku(nastu) klasycznych gatunków filmowych, ale też po prostu synonim mieszaniny, miszmaszu, bigosu, potpourri, patchworku. A więc miks wszystkiego z wszystkim. :) Czy zatem "korzeń masala" można rozszyfrować jako "mieszankę przypraw korzennych"? Pewnie tak choć, przyznajcie sami, nie brzmi to już zbyt tajemniczo i zamorsko. ;)

Tak czy siak, ów "korzeń" wyczuwam przez cały czas, podobnie jak pominięte w spisie kadzidło. A ono tam jest, na dziewięćdziesiąt dziewięć procent! ;) Owinięte wokół esencjonalnej purpurowej dzikiej róży (tak ją odbieram), upojnej przyprawowo-żywicznej słodyczy miodu, łagodnej półmrocznej wanilii, goździków oraz półpłynnego, złotego labdanum.
W ostatniej fazie kompozycja ubiera człowieka w jego własne ciało, jakkolwiek dziwnie to brzmi. ;) Chodzi mi o przeurocze pomieszanie gorących przypraw, żywic, róży z arcycielesną ambrą, słodką i erotyczną zarazem. Zaś opisaną masalę przyprószono dyskretnym, bardzo francuskim w wyrazie pudrem. Paczuli czy piżmo? Gdzieś od dołu przebija niedosłowna gorycz drewna wenge, z którego zbudowano, może i mało fotogeniczny, za to stabilny stelaż dla omawianej kompozycji.

Od początkowej ekspansji w teren wokół uperfumwanej osoby, przez pełne słodkiego buntu miotanie się, po ciche, szykowne i dosyć zmysłowe wykończenie w pobliżu skóry, Sale Perfume na przemian prowokuje, kłóci się, rozbawia i czaruje. Nigdy się nie dąsa. Jest misterne, rozrzewnia w swej skomplikowanej prostocie [nawet trzymanie w dłoniach białego, chłodnego i gładkiego flakonu jest przyjemnością :) ].
Czyli znów sprzeczności.
Czyli jestem "za". :)
Całą sobą.

Rok produkcji i nos: 2011, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks dla miłośników miękkich, słodkawych nie-kościelnych kadzideł. Na wszelkie okazje, od kolacji ze śniadaniem po rozmowę kwalifikacyjną.

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: szafran, biały pieprz
Nuta serca: czerwona róża Marechai, goździk, miód
Nuta bazy: wanilia, ambra, korzeń masala ( ;) ), drewno wenge, paczuli, labdanum

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://mawardrobe.blogspot.com/2011/06/lounge.html
2. http://2proo.net/615


* * *

Przypominam o koniach w potrzebie!
Fundacja Centaurus liczy na naszą pomoc. Wraz z nią pewna urocza, choć bardzo smutna Duszka. Dajmy jej szansę!

W chłopięcym stylu

Lubię tę nazwę; przewrotna bardzo. Prawda? :)
Comme des Garçons to nietypowa marka. Quasi-niszowa, dziwaczna, często odważna a jednak stworzona pod egidą domu Puig, odpowiadającego również m. in. za brandy Nina Ricci, Prada, Zara oraz... Barbie! ;)


Otaczająca się nimbem przekornej niedostępności, wystylizowanej na partyzancką, przyczajoną w mało snobistycznych punktach miast, prowokacyjną. Chcielibyście otrzymać jeden z ich flakonów?
Ja też. ;) Dlatego piszę niniejszą notkę. Flakon perfum CdG (tylko których??) można wygrać w losowaniu u Sabbath (zorganizowanym we współpracy z perfumerią Lu'lua).
Spryciula nawet stosowny wpis zilustrowała fotografią własnych zapachów marki. ;)

Proszę zgłaszać się pod zlinkowanym adresem do wtorku, 27 września włącznie. :)
___
Dziś noszę Shalimar Parfum Initial od Guerlain.

poniedziałek, 19 września 2011

Bigos w garnku


Oj, przewrotna to nazwa! :) Lecz tak właśnie można przetłumaczyć termin "potpourri". Z tym, że zamiast kilku rodzajów kapusty, mięsa, śliwek, wina czy czego jeszcze, nasza mieszanka powstaje z ususzonych płatków aromatycznych kwiatów, z egzotycznych przypraw, cytrusowych skórek oraz ziół.
Wieść niesie, że ponad pół wieku temu w posiadaniu marki Diptyque znalazł się pewien angielski przepis na potpourri, pochodzący wprost z szesnastego stulecia. Prawda lub nie, najważniejsze, jak też recepturę postanowiono wykorzystać. Otóż stworzono na jej podstawie perfumy. Zaskakujące, nieprawdaż? ;)
Pachnidło nazwano po prostu Wodą. l'Eau.

Woda. Bezwonna, bezbarwna, bez smaku; beż żadnych wyrazistych właściwości. Dziewięćdziesiąt procent "składu" ogórka oraz sześćdziesiąt procent nas samych. Banał.
Szczęśliwie nie w tym przypadku.

Woda od Diptyque to przesympatyczna, ciepła, żywa kompozycja. Zaskakująco pogodna oraz... świeża. :) Wibrująca, wszędobylska, wiercąca się po ludzkim ciele ze szczególnym uwzględnieniem przegród nosowych. Mocna oraz trudna do przeoczenia. Zaskakująco optymistyczna. Przebogata, a mimo to ujmująca naturalnością oraz prostota wykonania. Ot, kolejne perfumy, które nic nie muszą; udowadnianie czegokolwiek nie leży w ich naturze: są na to zbyt silne, zbyt prostolinijne oraz zbyt mądre. [nie przesadzam z ciągłym personifikowaniem zapachów? ;) ]
Są, bo są. I to wystarczy. Jest pięknie!


Chwilę po aplikacji pachnidła na skórę, kiedy tylko ulotni się spirytus, wyczuwam coś, co od początku do samego końca życia zapachu będzie przesądzało o jego klimacie: przedziwny miks cynamonu, geranium, mięty pieprzowej oraz kamfory. Cudowną, rozkosznie odurzającą pastę (z której połowa składników istnieje wyłącznie dzięki mojej wyobraźni węchowej, albowiem spisy nut o nich milczą), dzięki której czuję się błogo odurzona, nastawiona przyjaźnie do całego świata, zupełnie jakbym ganiała po wsi i mieście z sercem beztrosko umieszczonym na wyciągniętej ku przechodniom dłoni. :) Sto procent ciepłej prostolinijności, okraszonej nutą wytrawnych, zmysłowych przypraw. To dzięki nim kompozycja zyskuje kolejny, głębszy wymiar; nie jest jedynie ślicznym zapaszkiem.
Kiedy "nuta podstawowa" ogrzewa się i wtula w skórę, rozpoczyna swoje czary. Rychło spod pierwszego, dziś (nad czym ubolewam) niezbyt oczywistego, orzeźwienia wygląda nuta esencjonalnej róży, z całą pewnością już nie świeżej i żywej. Nie wiem, czy to ususzony kwiat czy może raczej figurka wykonana z zamorskiego palisandru, pewnie jedno i drugie. Niewątpliwie pięknie: naraz płynnie oraz dyskretnie wprowadza nas w klimaty wykwintnej, naturalnej zmysłowości. Nieco pudrowej, spokojnej, ale też ożywionej mieszanką cynamonu z kamforą; gdzieś od dołu przebija woń kuchennych goździków.
Tych zresztą z czasem jest coraz więcej. Aż do ostatniej fazy, kiedy to podstawowy element kompozycji stał się już trudną do rozdziału mazią (kamforo, gdzie jesteś? ;) ), słabą choć stylową. Pojawia - czy może: ujawnia się - sandałowiec, w połowie kremowy i gładki, w połowie ostry, pełen drzazg tudzież nęcących niedoskonałości. Fantastyczny oraz wymowny.

Takie właśnie jest l'Eau. Kompozycja różnorodnych barw, które razem tworzą ujmującą, niesztampową mozaikę, skutecznie wymykającą się prostemu zaszufladkowaniu. To bodaj najpiękniejszy przyprawowy świeżak, jaki mam przyjemność znać! :)
Prostolinijny i wytworny; entuzjastyczny oraz powściągliwy; zmysłowy, choć gwarantujący ochłodę. I jak go tu nie kochać? ;)

Rok produkcji i nos: 1968, Desmond Knox-Leet

Przeznaczenie: idealnie wyważony uniseks. Dla każdego, na wszelkie okazje i pory dnia/roku/życia. :) O emanacji początkowo znacznej, z czasem zbliżający się ku skórze oraz miękko ją okalający.

Trwałość: w granicach dwunastu-osiemnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: cynamon, róża
Nuta serca: geranium
Nuta bazy: drewno sandałowe, goździki (przyprawa)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Potpourri, którego autorem był amerykański malarz i ilustrator Edwin Austin Abbey; pochodzi z:
http://en.wikipedia.org/wiki/File:Abbey,_Edwin_Austin_-_Potpourri_-_1899.jpg
2. http://www.ticcity.de/imagepoolPopup.php?pool=148

Trzeci bliźniak

Najpierw było ich dwóch. Kiedy wielu posądzało jednego o bycie sobowtórem drugiego [który którego? wersje są podzielone], dla mnie pozostawali rodzeństwem. Dwóch błękitnokrwistych purpuratów: Cardinal i Avignon. Heeley oraz Comme des Garçons.
W ostatnim czasie dołączył do nich trzeci, spłodzony przez pana Montale, Full Incense.
A ja niczego już nie jestem pewna.


Otwarcie jest identyczne, co w przypadku Jego Eminencji: słodkawe, esencjonalne kościelne kadzidło okolone chmurą szklistych aldehydów. Trudno znaleźć jakiekolwiek różnice.
Dopiero po chwili kompozycja uderza w klimaty Avignonu, nieco bardziej wytrawnego, przyprawowo-rumiankowego. Jest sympatycznie, ale niezbyt wyjątkowo.
Właściwie, to w ogóle nie-wyjątkowo.

Finał kompozycji jest nieco bardziej pudrowy, bliższy skórze. Nietrudno wyczuć dodatek metalopaczuli. :) Także nuty suchego, dostojnego cedru, wziętego w karby labdanum, asfaltowej żywicy elemi. To wszystko 'wychodzi z szafy' dopiero w ostatniej, najgładszej, najbardziej eterycznej fazie kompozycji, kiedy pachnidło miękko otula ludzką sylwetkę, ściele się przed naszymi stopami niczym rozwinięta swobodnie bela szkarłatnego aksamitu. Lecz to dopiero na sam koniec przyjemności. ;)
Wcześniej, jakby do Full Incense nie podejść, wpadnie się zawsze w potężną, zachłanną chmurę kadzidła frankońskiego o mydlanym, ostro-słodkim, rumiankowym wydźwięku. Boże Ciało w jednej z rzymskich bazylik.

Mieszanka jest żywa, bogata, zbytkowna i - czy paradoksalnie? - jawnie hedonistyczna. Piękna; misterna, zachwycająca, bosko dosłowna. Jak Cardinal, jak Avignon.
Czy naprawdę rynek perfumeryjny potrzebował kolejnego ich naśladowcy??
Mimo, że skrojonego równie mistrzowską ręką.

Rok produkcji i nos: 2010, Pierre Montale

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników katolickiego kadzidła. O dużym polu rażenia, na wszelkie okazje (choć porą wieczorową wywołuje znacznie mniejsze zdumienie towarzystwa).

Trwałość: ponad dwanaście godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

labdanum, kadzidło frankońskie, elemi, drewno cedrowe, paczuli
___
Dziś noszę Dark Aoud, też od Montale.

P.S.
Ilustracja pierwsza pochodzi z http://flickrhivemind.net/User/lorainedicerbo/Interesting

niedziela, 18 września 2011

Łono natury

Czyli kilka zdjęć z wczoraj.
Las, woda oraz.. dziecię przysposobione. :)




...czyli grzyby w Borach Dolnośląskich. :)
W tym roku obrodziły nieprzesadnie.




Kwisa


oraz.. Zgadnijcie, gdzie jeszcze mnie zagnało? ;)




Opuszczona ewangelicka świątynia w Żeliszowie. :) A raczej Chapel, przebój internetu. Aby dostać się do środka przez zawieszone 100 cm nad ziemią okienko o wymiarach niecałe metr na metr, trzeba było poczekać, aż budynek opuszczą poprzednicy, a i tak chwilę później utworzyła się mała kolejka turystów. Miejscowi tylko się uśmiechali. ;)








Polichromie i zniszczenia. W tle wydrapywany rysunek typowy dla podobnych miejsc; już od czasów starożytnego Rzymu. ;)




Pisałam, że natura już przysposabia zbór w Żeliszowie:


___
Dziś z perfumami nie miałam jeszcze kontaktu.

czwartek, 15 września 2011

Piekący cwał ;)

Szło jak po grudzie; zupełnie nie wiem, czemu...

Do napisania recenzji Harissy z czerwonej serii Comme des Garçons zabieram się od wczorajszego wieczora, kiedy to przez kilka godzin siedziałam przed monitorem komputera powtarzając w myślach co chwila: "Weźże się wreszcie do roboty!". Wynikiem notorycznego samopoganiania było jedynie wyszukanie ilustracji do wpisu. Tymczasem dziś - żadnych problemów. Normalnie cud! ;)

Podejrzewam, że sekretem mojej wczorajszej niemocy była pora aplikacji pachnidła na skórę.
Jako, że Harissa to skondensowany żywioł. Zastrzyk pobudzających czerwieni, gorącej suchości oraz sympatycznej pikanterii. Rankiem potrafi zdziałać cuda, w magiczny sposób rozdymając nozdrza i rozklejając powieki. :) Wieczorne testy siłą rzeczy męczą, niewiele dając w zamian. Chyba, że szykujemy się na całonocne szaleństwo.

Do niedawna myślałam, iż moim ulubionym perfumowym wcieleniem papryki jest Piment Brûlant z l'Artisan Parfumeur. Harissę, owszem, znałam lecz nie ceniłam zbytnio. Ot, chili i przyprawy; taka sobie mieszanka bez polotu. ;)
Dopiero kilka miesięcy temu przeprosiłam się z własną odlewką i przestałam marudzić. Zwyczajnie nie było kiedy.

Pasta z papryki chili, ziół, czosnku i oliwy przeistoczona w perfumy charakteryzuje się subtelnością sierżanta budzącego swoich podkomendnych. ;) Nie daje nawet chwili na złapanie oddechu lub poskładanie kilku podstawowych myśli. Od razu narzuca zbójeckie tempo, mając gdzieś (na przykład w nosie...), czy za nią nadążamy. To jest po prostu nasz obowiązek!

Od pierwszej chili, gdy tylko kompozycja wpada w przegrody nosowe, zaczyna wiercić się po nich niczym natrętna mucha lub świeży, czarny pieprz. A tą różnicą, że tym razem kichnięcie nie rozwiąże sprawy. Zapach chili z rzymskim kminem i kolendrą atakuje w takt wagnerowskiego Cwału niczym rozszalały ogień. Za efekt małego, wściekłego motorka odpowiada również podkręcający mieszankę dodatek gęstego, nasyconego olejku z czerwonej pomarańczy, zwanej także krwawą, co jeszcze mocniej podkreśla nieco upiorny, szaleńczy charakter Harissy.
Dzieje się dużo i szybko.


Dopiero po dłuższej chwili kompozycja uspokaja się, cichnie nieco, przysycha. Jednocześnie pojawiają się akcenty świeżo-warzywne (koprowaty dzięgiel? a może pomidor?), zaś reszta bohaterów zaczyna schnąć w palącym słońcu Północnej Afryki. Znika wątek cytrusowy, ustępujący miejsca nęcącemu kardamonowi oraz gałce muszkatołowej, może też odrobinie pieprzu..? Chili zestala się w twardą bryłkę, krystaliczną dzięki uszlachetnieniu tytułową mieszanką. Zaś kolendra, zapewne z racji współpracy ze wspomnianymi warzywami, z suchych, okrągłych beżowych ziaren poczyna zmieniać się w żywe zioło. Troszkę w siebie, trochę bazylię a także nasz znany, poczciwy lubczyk. :) Do tego schnąca ostrość! Dużo, dużo krwistej czerwieni.

Przyprawy okalają głównych bohaterów tak ściśle, iż w miarę upływu czasu trudno zauważyć granice między poszczególnymi składnikami. Choć co w tym dziwnego? Harissę, jak pesto, należy ucierać w moździerzu na (w miarę) jednolitą masę. :) Trudno ukryć, że mieszanina jest żywa, bogata, stylowa. Bardziej niż energetyczna, a do tego szalejąca z projekcją.
Istna skoncentrowana energia!
Wiecie przypadkiem, kiedy zasób CdG w Lulua [uwaga! tekst sponsorowany ;P ] powiększy się o serię Czerwoną? ;)

Rok produkcji i nos: 2001, Bertrand Duchaufour

Przeznaczenie: zapach uniseks, dla śpiochów i kochanków [skoro pobudza...]. ;) O dość znacznej mocy i polu rażenia, na wszelkie okazje.

Trwałość: średnia; od czterech do ośmiu godzin, choć do górnej granicy dociera stanowczo zbyt rzadko.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

papryczka chili, harissa, czerwona pomarańcza, dzięgiel, kardamon, szafran, gałka muszkatołowa, pomidor
___
Dziś noszę Palazzo eau de toilette od Fendi.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://ilblogqb.blogspot.com/2011/02/arabian-heat.html
2. http://www.thedailyspud.com/2009/03/22/spud-sunday-spicy-skins/

wtorek, 13 września 2011

Dzika woda

To wina innego bloga! ;)
Blisko tydzień temu, zaglądając na Perfume Shrine, można było poczytać co nieco o spocie reklamującym Eau Sauvage Diora. Właściwie chodziło o peta, cyfrowo usuniętego z rąk Alaina Delona. Cóż, mnie podobna cenzura nawet odpowiada, choć tak po prawdzie, to mam ją gdzieś.
Przeto zignorowałam mało pochlebny tekst, skupiając się na Delonie. ;)


Skupienie, jak wiadomo, generalnie dobre jest bardzo i procentuje, więc ochoczo zajęłam się zapachem, którego dotyczyła reklama. Wszak jest czym. :)

Eau Sauvage to więcej, niż klasyk choć mniej, niż ikona. Nie jestem zresztą pewna, czy można owo pachnidło ochrzcić mianem "legendy". Czemu?
Prawda jest okrutna, choć prosta. To zapach dla mężczyzn, a więc - jako taki - nie powinien budzić żywszych emocji. Ma być stylowy, może być innowacyjny, lecz nigdy nie ma prawa budzić nieproporcjonalnych do swej (pośledniej) rangi uczuć. Jeśli pomoże swemu użytkownikowi osiągnąć analogiczny efekt, to dobrze. Lecz nigdy, pod żadnym pozorem, nie wypada uczynić zeń fetysza; nie może być doskonały sam w sobie. Tak zapewne myślano w 1966 roku, gdy pachnidło po raz pierwszy ujrzało światło dzienne.
Cóż, seksizm to ma do siebie, iż potrafi uprzykrzyć życie także mężczyznom; przez kontrast, niejako "w negatywie"...

Szczęśliwie czasy się zmieniają i ES może spokojnie uzyskiwać należne sobie miejsce w panteonie olfaktorycznych sław. :)
W dzisiejszych czasach omawiany zapach jest spokojną, sztandarową wonią każdego dżentelmena z prawdziwego zdarzenia, tak wpasowaną w schemat, iż trudno zrozumieć, jak ryzykowna była decyzja o powołaniu go do życia w takim, a nie innym kształcie. Wszak po raz pierwszy od kilku stuleci w wodzie przeznaczonej dla mężczyzn, oprócz znanych akcentów kolońskich i aromatycznych, pojawiły się kwiaty. Najprawdziwsze, wyraźnie wyczuwalne kwiaty! To musiało być COŚ.

Jednak zanim pojawią się kosze pełne płatków goździka i jaśminu, moja skóra wydobywa jeden, zasadniczy składnik: cytrynę. Ogromną, wściekle żółtą, dojrzałą i soczystą; taką, jakiej nad Wisłą nigdy nie znajdziecie. Poza cytryną wyczuwam jeszcze kapkę lekkiej, skórzanej bergamotki, bliżej niezidentyfikowane "jakieś zioła" a także sporą szczyptę kminku.
Wszystko to miesza się na skórze w jedną, niemal niepodzielną pastę w najlepszym vintage'owym stylu. Trudno skupić się nad kolejnym stadium rozwoju, gdy nie wiadomo właściwie, co się czuje. Do głowy przychodzi mi jedynie kolendra, wspomniane zioła oraz spora dawka miłego, dystyngowanego pudru o orientalnym, nęcącym wydźwięku. Dopiero po dłuższej chwili pojawiają się kwiaty: efektowny, stonowany jaśmin oraz wdzięczny goździk, co prawda nie tak upojny jak w kobiecym wydaniu, lecz równie przyjemny dla nosa. :)
Baza Eau Sauvage jest sucha, nieco mydlana, nienachalnie wetyweriowa. Szykowna niczym garnitur z naturalnych tkanin, szyty na miarę. Za ów efekt odpowiada "cywilizujący" zawsze i wszędzie mech dębowy. Mydło zaś pochodzi od piżma które, jak rzadko w kompozycjach z tradycją, zupełnie mi nie przeszkadza. Wyczuwam także sandałowiec oraz puder z serca. Istotne są akcenty przypraw. Całość utrzymuje się dość blisko skóry, za to trwa w całej swej naturalności, zupełnie niewymuszonej Klasie. [O, słodki paradoksie! Wszak nazwa znaczy tyle, co Dzika Woda :) ]
Lubię takie klimaty w męskim perfumiarstwie, oj, lubię! ;)

Rok produkcji i nos: 1966, Edmond Roudnitska
(w roku 2009 miała miejsce znacząca reformulacja)

Przeznaczenie: klasyczny męski zapach; bliskoskórny i na wszelkie okazje, choć idealnie powinien sprawdzać się przy bardziej oficjalnych.

Trwałość: w granicach dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża





Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna, kminek, bazylia, rozmaryn
Nuta serca: róża, jaśmin, goździk (kwiat), paczuli, kłącze irysa, kolendra
Nuta bazy: mech dębowy, wetyweria, drewno sandałowe, piżmo, ambra

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi ze strony zlinkowanej u samej góry. :)

Mężczyźni wierni i niewierni...

...swojemu ulubionemu zapachowi. ;)

Czym pachną (lub nie pachną) rodzimi celebryci, można dowiedzieć się z filmiku nakręconego podczas polskiej premiery Eau d'Ikar, najmłodszego perfumowego dziecka marki Sisley.
Co odkryłam przy okazji monitoringu prywatnej poczty elektronicznej. Ponieważ jestem kobietą wierną... swojemu pierwszemu adresowi. ;)

Krótką ciekawostkę możecie obejrzeć TUTAJ.

Nie bez pozytywnego zaskoczenia odkryłam, że projektant mody Tomasz Ossoliński to "swój chłop". :) Zastanawiam się, czemu - przy takim stopniu olfaktorycznej wrażliwości - nie planuje wylansowania własnych perfum. A może właśnie planuje? Jeśli tak, byłabym ich ciekawa. Wy również?

Przy okazji: zauważyliście, jakie zastosowanie znaleziono dla, bezużytecznych już, piór Ikara? ;)
___
Dziś noszę Shalimar Parfum Initial od Wiadomo-Kogo. Mogło być co prawda lepiej, choć także i dużo, dużo gorzej.
W ostatecznym rozrachunku jestem pełna nadziei na przyszłość. ;)

piątek, 9 września 2011

Dębowa kaplica

Najpierw obejrzyjcie poniższy film. Tylko, dla większego efektu, koniecznie włączcie tryb pełnoekranowy! :)



Aż wstyd przyznać, lecz do wczoraj nie miałam o nim pojęcia. Przynajmniej dopóki znajomi go nie pochwalili (pozdrawiam! :) ). Kiedy oglądałam kolejne zachwycające ujęcia odruchowo wtopiłam nos w okolice ponad nadgarstkiem i - poczułam, że dziś nie mogłabym napisać o niczym innym, jak o zapachu który, w mojej głowie, na stałe już zrósł się z Kaplicą.

Niech więc będzie. Światło, cień, stare drewno, kurz, dewastujący upływ czasu, odwieczne, niezależne od ludzkiej woli sacrum, słodycz i wytrawność, maestria, zew; Chêne od Serge'a Lutens.


Mieszkam w raju. Miejsc wartych zobaczenia jest tak wiele, że życia nie starczy, by je przemierzyć (a piszę tylko o jednym regionie niezbyt dużego kraju! ;) ). Mój region pełen jest tajemnic, niejednoznacznej magii, tysięcy ścierających się idei, szalonych marzeń i poszukiwania piękna,choć także ludzkiej ignorancji, pazerności czy zwykłej głupoty.

Z czasów studenckich pamiętam jedną opowieść doktor prowadzącej zajęcia z muzealnictwa. W połowie lat 70., jako młoda adeptka etnografii, podróżowała po Dolnym Śląsku w poszukiwaniu unikalnych haftów ludowych, przywiezionych przez kresowych przesiedleńców po 1945 roku. W jednym z typowych, wówczas szarych i niepozornych miasteczek skierowano ją do zdolnej hafciarki, która na moje ziemie miała przybyć z Huculszczyzny. Etnografka zatarła ręce i ruszyła w stronę wskazanego jej bloku. :) Drzwi otworzyła starsza pani, która po krótkich namowach zgodziła się pokazać swoje dzieła. Jeśli wierzyć mojej wykładowczyni, były po prostu śliczne: barwne, bogate, czyste, stworzone ręką najprawdziwszej mistrzyni.
W czasie prezentacji swoich dzieł "babcia" raczyła młodą naukowczynię opowieściami na temat swojej rodzinnej huculskiej wsi, nazwijmy ją X. :) Kiedy zauważyła, że dziewczyna zachwyca się jej dziełami, wyznała nie bez żalu, że to jeszcze nic, że jej matka i inne kobiety z rodziny tworzyły o wiele piękniejsze hafty.
Takie dictum podziało na młodszą z pań niczym kocimiętka na kota. ;)
- Ojej! Czy mogłabym je zobaczyć?
- Nie - odparła starsza pani.
- Rozumiem. Mogę spytać, dlaczego?
- Po prostu nie mam ich tutaj.
- A gdzie są?
- Zostawiłam w domu. Zapomniałam wziąć ze sobą.
- W domu? Myślałam, że tutaj Pani mieszka!
- Bo mieszkam. Ale to nie jest mój dom.
- Nie rozumiem... - miała stropić się etnografka - To gdzie jest Pani dom?
- Jak to gdzie?! - odparła zdumiona babcia - W X!

Przypominam, że rozmowa miała miejsce gdzieś w połowie lat siedemdziesiątych dwudziestego stulecia, trzydzieści lat po wojnie, konferencjach Wielkiej Trójki, przesunięciach granic oraz migracjach ludności. Trzydzieści lat! Wnuki tej pani, urodzone już w nowym miejscu, same płodziły i wychowywały dzieci gdzieś na Dolnym Śląsku, lecz dla niej czas zatrzymał się z chwilą wypędzenia z rodzinnej wsi.
Przez trzy dekady mieszkała "tu", lecz to nie był jej dom; ciągle miała nadzieję na powrót do swej małej ojczyzny.


Nie była wyjątkiem. Ponoć jeszcze w początkach stanu wojennego część przesiedleńców nadal nie potrafiła do cna rozpakować swych waliz czy tobołków.
Dolny Śląsk nie był ich Domem. Oni tu tylko mieszkali.

Piszę o tym, by uświadomić Wam, dlaczego ewangelicki kościół z podbolesławieckiej wsi Żeliszów wygląda tak, jak wygląda. :) Skoro mieszkasz gdziekolwiek, jeśli z Twojego Domu bezczelnie Cię wywalono, skazując na mieszkanie na obcej ziemi, pod obcym niebem, w murach, które szwargoczą do Ciebie po niemiecku (więc w języku Twoich wrogów), kiedy zmuszają Cię do zajmowania się światem, którego nie pojmujesz i - prawdę mówiąc - masz głęboko w d.. (ponieważ nie jest TWOIM), jeśli koniec końców zostawiają Cię z obcym, wrogim a co najważniejsze nie-Twoim dziedzictwem sam na sam, nic dziwnego, że zaocznie mścisz się na nim. Na murach, przedmiotach, na wytworach sztuki i miejscach ostatniego spoczynku. Mścisz się za wszystko: za wyrwanie z korzeniami, za biedę, za szok, za przerwanie wszystkich marzeń i planów odkładanych na "po-wojnie", za całą tę cholerną wojnę, za przymus życia na terenie wroga, w miejscu, którego za nic nie potrafisz zrozumieć.

Tak, jak w dawnych czasach, gdy za czyn popełniony przez nieuchwytnego przestępcę karano jego podobiznę lub czarnego kota. Na czymś swoją złość, frustrację czy ból trzeba wyładować! Na brak szacunku odpowiedzieć brakiem szacunku, zaś gwałt odcisnąć gwałtem.
A jeśli przy okazji da się zarobić na "szwabskich klamotach" to przynajmniej będzie z tego jakaś korzyść, co nie? ;> Dlatego, jeśli gdzieś na mojej ziemi zobaczycie zrujnowany dwór czy pałac [a do tego nawet nie będzie musieli szczególnie się rozglądać ;) ], dawny zbór, pusty cokół czy inną smętną ruinę i usłyszycie, że to wynik działań wojennych w 1945, nie wierzcie. Za żadne skarby.
To nie krasnoarmiejcy czy inne gestapo roznieśli budynek w drobny mak, tylko wasi przewodnicy, współcześni ruin sąsiedzi. Choć fakt, że dziś się tego wstydzą, jest dobrym znakiem. :)

Długo trwało układanie przesiedleńczego dobytku w poniemieckich szafach, kosztowało wiele nerwów i łez, lecz wreszcie się zakończyło. Ponad pół wieku po wojnie, jakieś dziesięć lat po pożegnaniu z władzą ludową. Dziś, po kolejnej dekadzie, niewielu potrafi powiedzieć o starej szafie: "ona nie moja" [i nie ma to wiele wspólnego z zagarnięciem mienia! ;) ].
Czas biegł utartym torem, nauczyliśmy się konwersować z niemieckimi murami. Teraz nareszcie mieszkamy w Domu.

Opowieść słodko-gorzka, nasycona, nieco ponura, choć z optymistycznym zakończeniem; po prostu piękna. :) Takie właśnie jest Chêne.


Zapach gęsty, ciemny, ciepły, nasycony aromatami żywic, antycznego drewna, przypraw, leśnego poszycia oraz znakomitego alkoholu.

Z początku ostry i wytrawny w sposób niedwuznacznie sugerujący bogactwo ducha i portfela, osadzony na wyraźnym akcencie wędzonego kminu i majeranku, z lekką nutą gładkiej, świeżo heblowanej cedrowej deski. Po chwili pojawia się tytułowy bohater Chêne, czyli dąb. A raczej zwęglone szczapy przedwiecznego świętego drzewa, którym towarzyszy zimna, soczysta brzoza (wiecie, że to drzewo miało za zadanie chronić ludzi przed szeroko pojętym złem?) oraz znakomity, plastyczny, nieco miękki tudzież aksamitny rum; jednocześnie miły oraz ostry i lekko drażniący symulowaną słodyczą, na swój przyrodzony sposób. ;) Kompozycja jest sucha, zmysłowa, drzewna aż do upojenia; utkana z setek odcieni czerni i szarości, złożona w hołdzie cieniom.
Lecz kto doceniłby znaczenie mroku, gdyby pozbawiony był światła?
Ono pojawia się w postaci smukłych, wysmakowanych promieni, przecinających nasyconą drzewność rumu i kminu. Lekka, nęcąca i niedosłowna słodycz miodu, chwilami podrasowana wędzoną wanilią rodem z Eau Duelle Diptyque bądź Vanille Noire od Yves Rocher. Jednocześnie mieszanka staje się jeszcze suchsza, głównie dzięki szykownej mieszance wymuskanego kadzidła z mchem dębowym. Kminem, brzozą, rumem, cedrem, majerankiem, miodem...

Zapach bogaty, skomplikowany i dumny niczym przebieg ludzkiego życia. Nie tyle żołnierzy frontowych, generałów, królów, prezydentów czy dyktatorów, zdrajców i bohaterów, ale tych, którzy musieli poradzić sobie z życiem, gdy ci wymienieni wcześniej znudzili się już zabawą losem oraz myślami bliźnich.
Piękny w sposób naturalny; tak oczywisty, że aż niewymagający tłumaczeń. Prawie doskonały. Mogę nosić Chêne w niemym zachwycie. Na przykład szukając wejścia do zamurowanego kościoła w Żeliszowie. ;)

Rok produkcji i nos: 2004, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach uniseks; o typowo Lutensowej mocy, bukiecie i sile rażenia. Na wszelkie okazje.

Trwałość: od dziesięciu do ponad piętnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno- drzewna

Skład:

Nuta głowy: drewno cedrowe, kminek, tymianek
Nuta serca: miód, rum, dębina
Nuta bazy: kocanka, nuty żywiczne, bób tonka, mech dębowy
___
Dziś noszę Kryształ Górski od Oliviera Durbano.

P.S.
Trzy pierwsze ilustracje pochodzą z http://qbanez.wordpress.com/2011/08/09/266-kosciol-w-zeliszowie/
Polecam wizytę na tym blogu. Naprawdę warto! :) Autor o pseudonimie Qbanez tworzy fantastyczne fotografie.

środa, 7 września 2011

To nie są czasy na wielką miłość

Dla Marzeny :)

Mojego dzisiejszego bohatera łatwo skojarzyć z epoką sukien na krynolinach oraz cylindrów, z walcem i kadrylem, z konwenansem sztywnym niczym gorsety, przyprawiające o bezdech i zniekształcające narządy wewnętrzne, z dwój- albo i trójmyśleniem oraz takową moralnością; z bohaterką Henry'ego Jamesa, Isabel Archer. :) To wszystko prawda.
Jednak dziś chciałabym opowiedzieć Wam o innym spojrzeniu na Portrait of a Lady od Frédérica Malle.

Bowiem nie znalazłam w tej kompozycji niczego, co kierowałoby moje myśli wyłącznie na wiktoriańskie tory. Co prawda trudno Portretowi odmówić staroświeckiego ducha, nostalgii za "starymi, dobrymi czasami" bądź typowego dla vintagowych pachnideł utarcia w moździerzu nut na jednolitą pastę, jednak wyczuwam weń coś jeszcze. Tu nikt niczego nie udaje, nawet jeśli takie jest nasze pierwsze wrażenie. Omawiany zapach to nie antyk lecz - dzieło stylizowane; nowoczesna wariacja. Lub coś jeszcze.
Nawiązanie, zrodzone w niespokojnych czasach i złożone pod pomnikiem innych niespokojnych czasów, epoki dynamicznych zmian oraz końca pewnego przedziału w dziejach.

W okresie, gdy wiele osób na rzucone w mediach hasło "kurs franka" truchleje i zaczyna słyszeć własny urywany oddech, gdy dotychczasowa potęga gospodarcza, USA, stoi na skraju bankructwa, gdy co rusz zapalają się europejskie stolice, gdy nadmiar wykształcenia i brak perspektyw tworzą mieszankę zabójczą dla ludzi wkraczających w dorosłość, warto myślami sięgnąć wstecz.
Nieco ponad osiemdziesiąt lat temu kolosalny krach na nowojorskiej giełdzie złamał nie tylko Wall Street i w efekcie gospodarkę Stanów Zjednoczonych, lecz dotarł także do Europy, szczególnie szkodząc i tak już obciążonej niemałymi długami wojennymi Republice Weimarskiej. Właściwie od przerażających skutków uchronił Ziemian jedynie nieznaczny jeszcze stopień globalizacji, a więc i gospodarczo-politycznych powiązań [które, owszem, były lecz nie tak rozłożyste, jak współcześnie]. I zanim Stany wdrożyły New Deal, zanim świeża jeszcze Polska zaczęła budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego, zanim nowo wybrany kanclerz wspomnianej Republiki począł zaklinać rodzimą gospodarkę, delikatnie mówiąc, nie było lekko. ;)

W roku wielkich zmian, mających w zamierzeniu przerwać złą passę świata trawionego Wielkim Kryzysem, Merian C. Cooper, jeden z tuzów ówczesnego Hollywood zaś wcześniej... współtwórca polskiego lotnictwa wojskowego nakręcił film-ikonę, obraz przygodowy o grupie białych odkrywców, która podczas eksploracji tajemniczej Wyspy Czaszek, gdzie czas od milionów lat stoi w miejscu, spotyka oraz zabiera do swojego świata gigantycznego goryla, takoż inteligentnego co zakochanego w pięknej aktorce - uczestniczce wyprawy. King Kong to dziś hasło, którego nikomu nie trzeba wyjaśniać.
W 2005 roku postanowił odnieść się do niego Peter Jackson, na nowo interpretując klasyczną opowieść. Wyszło mu "tak-se". ;) Jednak dla mnie w tej chwili najistotniejszy jest świat, jaki nowy King Kong wykreował w kontekście zdjęć nowojorskich. Ukazał widzom miejsce nieco baśniowe, czyli jednocześnie okrutne i piękne; niełatwe by w nim żyć lecz trudne do opuszczenia. Niepewność i ekscytację towarzyszące nowojorskiej codzienności; choć przecież daje się wyczuć nadciągające zmiany.

W takim świecie również można spojrzeć w oczy sportretowanej damy. :) Ujrzymy w nich lęk, dumę, blask, nieco seksapilu, mieszankę bólu oraz dobrego humoru. Zaś spoglądając dłużej w źrenice eterycznej blondynki nieoczekiwanie poznamy w niej samych siebie. Nas, naszych krewnych, przyjaciół, kochanków, kumpli i kolegów; sąsiadów, prezesa naszego banku i sprzedawczynię z pobliskiego sklepu. Życie w świecie targanym nawet nie namiętnościami czy gigantycznym konfliktem zbrojnym, ale niepokojami, które zżerają nas powoli a konsekwentnie, wysysają niczym gigantyczne włochate pająki. ;) W końcu ceny chleba powszedniego bądź nowego jesiennego płaszcza zależne są od współczesnych wersji Gordona Gekko, powstania w Libii czy, niesławnego już, kursu franka szwajcarskiego.

W takim świecie przyszło nam żyć. Taki świat nas męczy, ale i nieodmiennie wciąga, fascynuje zmiennością, stawia kolejne wyzwania. O takim świecie opowiada nie tylko współczesna wersja King Konga, lecz także Portrait of a Lady.
Od pierwszych chwil ścierający z naszych warg cwane uśmieszki, boleśnie uświadamiający o naszym miejscu w szeregu. Czemu? Kiedy myślimy "dama" wyobrażamy sobie stonowane pastele lub szarości z brązami, wizje świata cichego, skupionego i wolnego od burz. Tymczasem: pobudka! Halo!
Kubeł zimnej wody na twarz.


Ostre niczym igły przyprawy mieszają się z wilgotnym chłodem świtu: kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Bez pracy nie ma kołaczy. Przemożne nuty bliżej niezidentyfikowanych przypraw, suchych i zatykających układ oddechowy niczym węglowy pył lub kurz sprzątany w starej bibliotece, nabierają dziwnej dwuznaczności pod bacznym okiem mroźnej świeżości bergamotki i geranium. Dopiero po kilku minutach kompozycja zaczyna być nieco bardziej przyjazna, zupełnie jak ludzkie oczy, które potrzebują chwili by przyzwyczaić się do światła oraz tego, że już nie śpią. ;) Przyprawy okazują się miłym brunatnym pyłem ze sproszkowanego cynamonu oraz goździków, sympatycznie okolonych przez jędrną zieleń liści czarnej porzeczki a także nasycone nuty owoców jagodowych (malina). W sercu, które ukazuje się zdecydowanie zbyt szybko, mamy czas by chwilę odpocząć.
Rozprostować kości, wypić cienką kawę, odpakować z papieru kanapkę przełożoną taniutkim serem, wypalić papierosa, nasz jedyny luksus, dawkowany w ścisłych ramach czasowych, półgłosem zamienić kilka słów z kolegą. I to wszystko. Czas wracać do pracy. Wówczas kompozycja zaczyna cofać się w stronę pudru, jednocześnie w sposób czysto fizyczny rozpoczynając ekspansję na tereny wokół uperfumowanej osoby; zadziwiające zjawisko! Paczuli miesza się z czymś słodkim, może to syrop malinowy?, oraz z sandałowcem, który nie jest ani kremowy, ani ostry. Gdzieś od dołu przebija wanilia, której towarzyszą łagodne nuty cielesne.

Oraz róża. Mnóstwo róż. Całe naręcza. Nowojorski człowiek Ala Capone zakochany w artystce burleski, przed krachem - profesorskiej córce i pannie na wydaniu. Skąd wiem, że ojcem striptizerki był jakiś szacowny wykładowca?
To proste: kadzidło. :) Ono świadczy o intelektualno-duchowych konotacjach, wijąc się smugą początkowo cienką, z czasem coraz mocniejszą, zręcznie wplecioną w rebelianckie paczuli i róże: kiedyś codziennie obecne w życiu dziewczyny, dziś będące niewyobrażalnym zbytkiem. Jest nawet przysłowie o różach i płonącym lesie, czy tak? ;) Z upływem czasu wraca coś z przypraw, by okrasić finałową scenę, gdzieś o świtaniu, na ulicy Brooklynu, wśród robotników zmierzających po swoje śmieszne pensje, tak samo niepewnych jutra, co porzucona aktorka. Po jej namiętności został pot i trochę łez, z róż powstało potpourri. Jest jak dawniej.

Ponieważ, wbrew oświeceniowym filozofom, historia nie biegnie wzdłuż linii, lecz trwa w obrębie koła, zaklęta w powtarzalności dziejów, wiecznie szukająca Nowego Początku. To jest nasze życie, nasz świat. Po cóż walczyć z cieniami?
Innego końca świata nie będzie.

Wkrótce Roosevelt ogłosi nowy porządek amerykańskiej gospodarki, w wyniku zmian w Niemczech Europa obierze kurs na najbardziej przerażającą wojnę w swej dotychczasowej historii, a nasza aktoreczka o świcie na brooklińskiej ulicy spotka młodego robotnika, spieszącego do swej huty. Szczęśliwcy!

O tym właśnie opowiada mi Portrait of a Lady. Piękny, bogaty i niejednoznaczny pean na cześć magicznej codzienności w ciężkich czasach. Głupie stwierdzenie; w końcu "czasy" zawsze są ciężkie. ;)

Rok produkcji i nos: 2010, Dominique Ropion

Przeznaczenie: niezwykły, silny i efektowny zapach stworzony z myślą o kobietach. Zostawia po sobie długi sillage i świetnie nadaje się na wszelkie okazje, ze szczególnym uwzględnieniem co ważniejszych. :)

Trwałość: nieco powyżej dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: goździki, cynamon, malina, czarna porzeczka, róża
Nuta serca: paczuli, kadzidło, drewno sandałowe
Nuta bazy: benzoes, białe piżmo, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Trzy pierwsze ilustracje pochodzą z http://uk.media.movies.ign.com/media/546/546724/imgs_1.html

wtorek, 6 września 2011

Ambrowy oksymoron

Oksymoron. Wyrażenie, którego poszczególne człony są sobie przeciwstawne, jak na przykład "suchy deszcz", "słodka sól", "ciemny blask". Bardzo lubię oksymorony; pokazują to samo, co pierwiastki składające się na wodę: przeciwieństwa nie tylko się przyciągają, ale razem tworzą zupełnie nową, genialną jakość. :)
Za oksymoron można też przyjąć popularną nazwę "kamienie organiczne".


No bo jak? Kamienie? i Organiczne??
Owszem, generał SS, tłumiciel powstania w getcie warszawskim oraz likwidator tegoż Jürgen Stroop, wynurzając się w powojennej celi śmierci Kazimierzowi Moczarskiemu zdradził się z przekonaniem, że kamienie żyją, rozmnażają się i poruszają, ale przyparty do muru przez dociekliwego Polaka nie zdołał przedstawić żadnych przekonujących dowodów z kręgów dalekich od nazistowskich akademików. ;)
Gdyby miał na myśli kamienie półszlachetne, trudno byłoby nie przyznać mu przynajmniej części racji. ;) Bo przecież bursztyn, perły, koral czy gagat nie są niczym innym. Ale dajmy już spokój zbrodniarzom wojennym. Także dlatego, iż mojemu dzisiejszemu bohaterowi daleko do nazistowskiego fanatyka i półidioty w jednej osobie. Wręcz przeciwnie, mamy do czynienia z zapachem miłym, kuszącym, słodko-pieprzowym. Oksymoronicznym. ;)

Ambrowo-oksymoronicznym właściwie. Ponieważ, nauczeni doświadczeniem i wątłymi dość zasobami perfumistycznego polskiego internetu, zwykliśmy angielskie słówko "amber" bądź francuskie "ambre" tłumaczyć w kontekście tematu jako "ambra". I zazwyczaj mamy rację. Lecz w tym konkretnym przypadku należałoby wziąć stronę tłumaczeń z zasobu perfumerii internetowych. ;) Ponieważ, kiedy wtykamy nos w ciało uperfumowane Ambre od l'Occitane jasne staje się, iż tym razem "ambre" to nic innego, jak nasz stary, poczciwy "bursztyn".
...w pierwszych chwilach.


Owszem, ma w sobie sporo z tendencyjnie odbieranej ambry, puchatej, słodko-cielesnej, miękkiej i dosłownej, lecz dla mnie pozostanie kolejnym ciekawym odzwierciedleniem bursztynu. Blisko mu do Amber z Biblioteki Demeter bądź Ambra Indiana Tesori d'Oriente, choć innemu bursztynowcowi, swego czasu głośnemu Baltic Amber marki Voluspa nie dorasta do pięt; czy raczej do podstawy... ;)

Otwiera się przyjemnym, suchym i przykurzonym akordem żywicznym, by z czasem pomieszać się z, nieco już zwietrzałym, pieprzem. Wwierca sie w przegrody nosowe, drażni, usiłuje bawić się w berka (zawsze irytowała mnie ta zabawa). Dopiero po pewnym czasie uspokaja swoje niewczesne zapędy i nabiera słodyczy. Balsamiczność zamienia się w ciepłą, pastelową drzewność; jednocześnie kremową oraz nieco przekornie aksamitną. Zawsze zaś - miękką.
Im dalej w las, tym słodziej. :) Pieprz, nuty balsamiczne czy drzewne powoli odchodzą na dalszy plan. Główną rolę zaczyna grać ambra: słodka, umiejętnie podszywająca się pod erotyczną Ambre 114 z cyklu Histoires de Parfums [co jest tym ciekawsze, że obie kompozycje powstały w tym samym roku]. Niestety; ponieważ produkt l'Occitane en Provence mógłby stanowić ekwiwalent droższego zapachu HdP (oczywiście, gdyby nadal był w sprzedaży), lecz na nieszczęście dokładnie w tej samej chwili zaczyna uderzać w struny tanie i tak sztuczne, że aż rażące.
Potem jest coraz gorzej: słodko, nieco drzewnie, z nutką starego sproszkowanego pieprzu, ale coraz bardziej chemicznie. Laboratorium dyktuje zasady jak i przebieg akcji.

Czy mogłabym chodzić po świecie w chmurze słodkiego plastiku? Nie.
Co jest tym boleśniejsze, że początki były tak piękne! Lecz finał nie zachwyca: w tym bursztynie zdecydowanie za mało bursztynu. :) Nie znaczy to jednak, iż cała kompozycja jest do bólu marna. Nie jest; nie w swojej - dawnej! - kategorii cenowej. Martwią mnie najwyżej dzisiejsze absurdalne ceny z serwisów aukcyjnych; ale to nic nowego. Za unikaty powinno się płacić, czyż nie? ;>
Jeśli tak, to poszukajcie czegoś innego. Ambre bowiem przestało być unikatem.
Taki paradoks; a może oksymoron? "Wtórny unikat" ;)

Rok produkcji i nos: 2001, ??

Przeznaczenie: zapach teoretycznie dla kobiet, ale mężczyznom też nie powinien zaszkodzić. :) Bliski skórze i raczej codzienny; choć to, jak zwykle zresztą, kwestia indywidualnego wyboru.

Trwałość: w granicach pięciu godzin; czasem odrobinę dłużej, choć już tylko z nosem wtopionym we własną skórę.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

ambra, nuty drzewne, bursztyn (?)
___
Dziś noszę Soir de Lune marki Sisley.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.thevisitor.pl/index.php?id=347
2. http://euchenia.blog.onet.pl/1,AR3_2008-04_2008-04-01_2008-04-30,index.html