środa, 31 sierpnia 2011

Obiecaj jej wszystko

Dziś ostatni fragment z cytowanej ostatnimi czasy książki Perfumy. Podróż w świat zapachów. :)
Ostatnio coraz więcej osób niepokoi się kierunkiem, który obrały perfumeryjne „komórki” największych domów mody. Co złego dzieje się w umysłach decydentów od Chanel, gdy stawiają na nijakie perfumki dla wszystkich, w typie Bleu lub kolejnych klonów Chance? Jak nisko może upaść marka Gucci, niegdysiejszy pewniak wszystkich fanów Prawdziwych Perfum?

Czy badania rynku i ciągłe uśrednianie wyników pod możliwie jak najszerszą liczbę potencjalnych klientów nie zna granic? Czy sprzedaż w istocie jest bogiem?

Różne marki preferują odmienne strategie: czy lepiej co roku wypuszczać klon pięciu tysięcy innych kompozycji i zarabiać na logo, a może raczej warto brać fanów na cierpliwość, nie-sezonowe premiery dawkując w odstępach kilkuletnich?
Przyznam, że – jako miłośniczka kompozycji o silnym, typowym tylko dla siebie charakterze – zdecydowanie obstawiam druga wersję. ;) Jednak pewien cytat z Perfum pomógł mi z większą wyrozumiałością podejść do punktu widzenia zwolenników „zysku asekurowanego”.
Ostatecznie sama ostro bym się wkurzyła, gdyby miało mnie spotkać coś, o czym przeczytacie poniżej...


„(...) było też Giò Armaniego, kosztujące wiele milionów dolarów fiasko, lansowane w 1993 roku.
Na czym polegał błąd?

Na pewno nie chodziło o przyjęcie promocyjne, na którym obecny był cały Nowy Jork i Hollywood. Superlatywy płynęły jak wino. »Przyjęcie roku, jeśli nie dziesięciolecia« - zachwycał się Harper’s Bazaar.

Goście tłoczyli się w suterenie wieżowca na Manhattanie, przerobionej na marokański pałac. Whoopi Goldberg, Cher i Geena Davis uśmiechały się do aparatów fotograficznych, Dustin Hoffman zachowywał kamienną twarz. Lee Radziwiłł wystąpiła w kreacji od Armaniego, a Joan Rivers nie [o obydwie panie musiałam zapytać Wujka Google oraz Ciocię Wikipedię ;) przyp. WzP]. Wszyscy jedli z importowanej marokańskiej mosiężnej zastawy, pod 930 metrami kwadratowymi muślinu, upiętego jak namiot. Sączyli herbatę miętową i szampana, przekąszali kawiorem i kandyzowanymi kumkwatami w cieniu palm, specjalnie przywiezionych na tę okazję. Przyjęcie zostało starannie wyreżyserowane przez Roberta Isabell, (…) [jednego z najsłynniejszych] nowojorskich organizatorów przyjęć, który dwukrotnie latał do Mediolanu, by przedyskutować szczegóły z samym Giorgio Armanim. Wielka gala kosztowała niemal milion dolarów. I te wszystkie pieniądze nie zdołały zapewnić perfumom powodzenia?

- Mimo, że tak bardzo staramy się myśleć analitycznie, badamy trendy i testujemy rynek, i tak w gruncie rzeczy jest to hazard – mówi pewien dyrektor do spraw marketingu. Firmy grają w ruletkę. (…)
Dwa lata po klapie Giò Armani wprowadził Acqua di Giò. Bardzo dobrze się sprzedaje.

Czy światu potrzebny jest jeszcze jeden zapach?
- Tak – mówi Leonard Lauder, prezes i dyrektor Estée Lauder Companies. – Gusty się zmieniają.
- Tak – mówi Patrick Firmenich, wiceprezes Firmenicha. – Myślę, że świat potrzebuje nowego zapachu tak samo, jak nowej rzeźby czy obrazu.
- Oczywiście, że nie – mówi Vera Strübi, prezes Thierry Mugler Parfums. – Chyba, że jest to zapach kreatywny i inny”.
(dzieło uprzednio cytowane, s. 106-111)

Wypływa stąd jeden prosty wniosek: tak, sprzedaż jest bogiem. Lecz wszystko zależy od tego, jakimi uczcimy go ofiarami. ;> Oraz, czy okażemy się gorliwymi wyznawcami.


Jesteście ciekawi tego pierwszego, oryginalnego Giò, tej wariacji na temat kobiecej strony duszy Armaniego?
Ja też. ;)

Tym bardziej, że w retorcie zmieszano wiele cudownych ingrediencji.

W składzie:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, jaśmin, palisander, fiołek, róża, hiacynt
Nuta serca: ylang-ylang, gardenia, tuberoza, konwalia, goździk (kwiat), goździki (przyprawa), kłącze irysa, brzoskwinia, liście czarnej porzeczki, mirra
Nuta bazy: wanilia, drewno cedrowe, drewno sandałowe, piżmo, ambra, styraks
___
Dziś noszę Sables od Annick Goutal.

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Piekło 'Małej Kobietki'

Ostatnimi czasy tu i ówdzie można usłyszeć/przeczytać o ministrantkach. Czyli o dziewczętach pełniących służbę przy ołtarzu w kościele rzymskokatolickim; a raczej o tym, dlaczego w Polsce - mimo wyraźnej zgody Watykanu - takowych jest mniej, niż na lekarstwo.
Cóż, odpowiedź jest oczywista, a ja nie zamierzam psuć sobie, i tak już mocno poniedziałkowego, humoru wykładnią na temat kościelnej mizoginii.

W instytucji ministrantki ważny jest dla mnie jeden szczegół: oto dziewczyna mająca oficjalny dostęp do tradycyjnie "męskich" form uczestnictwa w praktykach religijnych. Miłe, nieco staroświeckie, głęboko wierzące dziewczątko. Starannie wyszykowane przez troskliwą mamę na uroczystości z okazji Bożego Ciała czy wizytacji biskupa: ubrane schludnie, miłe, skromne, uprzejme; jeszcze pachnące mydłem, proszkiem do prania, bukietem kwiatów, odebranym z kwiaciarni w drodze do kościoła oraz kawałkiem ciasta drożdżowego z kruszonką, zjedzonego tuż przed wyjściem z domu.
A do tego woń starego drewna, historycznych murów oraz ociupina kadzidlanego dymu. Ministrantka - to Parfum Sacré marki Caron. :)
Przynajmniej taka jest wersja oficjalna.

W odpowiedzi na komentarz Jaroslava pod poprzednim postem napisałam, iż dotąd z produktami Caron nie miałam większych kłopotów. Lecz zaraz sobie przypomniałam, że to nie do końca tak..
Zaliczyłam wcześniej jeden drobny zawód. I o nim chciałabym dziś napisać.

Parfum Sacré było jednym z pierwszych poznanych przeze mnie zapachów od Caron; co miało miejsce dość dawno temu. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że sugerowanie się cudzymi opiniami nie zawsze ma sens, że - realizując podobne praktyki - jesteśmy skazani na częste a gorzkie zawody. Więc naczytałam się o PS, wyobrażałam sobie nie-wiadomo-co i na to też czekałam. ;) Czy można się dziwić, że rozdźwięk między oczekiwaniami a rzeczywistością mocno mnie zasmucił?
Zamiast skoncentrowanej esencji kobiecości otrzymałam jakieś słodkie, obłe, kwiatowo-drzewne mydło i sporą dawkę pudru. To było straszne; zawiodłam się. Bolało. ;) Potrzebowałam czasu, aby swoje stosunki z Parfum Sacré jakoś poukładać, nabrać doń dystansu oraz choć szczypty życzliwości.


Dopiero po kilku miesiącach zdecydowałam się przeprosić z moim dzisiejszym bohaterem. Na szczęście.

Bo choć raczej nigdy nie zawrzemy trwałej a wiernej przyjaźni, zaczynam doceniać jego, lub raczej jej ducha. Choćby dlatego, że dowiedziałam się przy okazji, iż moja ministrantka jest prekursorką. ;>
Jako, że do służby ołtarza (?) przystąpiła już w połowie dziewiętnastego wieku, jako córka umiarkowanie bogatego, szlacheckiego domu z prowincjonalnej miejscowości katolickiej części Imperium Brytyjskiego bądź Austro-Węgier.
Była grzeczną, w sumie przeciętną dziewczynką. Miała powszechnie szanowaną rodzinę, jak trzeba porządną i pokazowo wręcz pobożną, rodzeństwo, z którym czasem darła koty, ale w sumie je kochała (na typowy, pokraczny dziewiętnastowieczny sposób ;) ), starą nianię i anielsko cierpliwą, inteligentną acz niezbyt urodziwą guwernantkę.
Dziewczynka nie miała wcale poczucia, że robi coś wyjątkowo. Nie zamierzała buntować się przeciwko czemu- i komukolwiek. Nie ona, nie tutaj, nie w swoich czasach. Nie myślała także, że robi coś (wówczas) zakazanego, przełomowego; ona po prostu spełniała pokładane w niej nadzieje. Tylko.
Była posłuszną córką, wnuczką, uczennicą i wierną.

Taką właśnie nieuświadomioną, może pozorną rewolucją jest dla mnie Parfum Sacré, kompozycja gładka, puchata, pastelowa. Pudrowa oraz perfekcyjnie bierna. W duchu czasów, jak i perfum poświęconych francuskiej cesarzowej Eugénie de Montijo, znanej tu jako muza Rancé i Géralda Ghislain.
Od początku do końca mieszanina jawi się jako jasna, buduarowa, nieco smutna, potulna. Oraz słodko-mydlana (piżmo plus kwiaty). Z deklarowanych przypraw wyczuwam jedyne szczyptę cynamonu, wanilię oraz śladowe ilości kardamonu [nie zawsze i nie wszędzie]. Dotrzymują im towarzystwa kwiaty, które teoretycznie powinny przypaść mi do gustu, silne i odurzające. Jednak mamy w końcu do czynienia z dziewczynką z zaprzeszłej epoki. ;) O sile - ani tym bardziej o odurzeniu - nie może być mowy. Tak więc róża, jaśmin, tuberoza czy mimoza stają się przede wszystkim zapachami buduaru, jednymi z wielu, obok pudru i mydlin stygnących w wannie. Neroli także jest niebrzydkie, choć bezlitośnie przygłuszone jakby na polecenie ojca dziewczynki, hojnego sponsora lokalnego szpitala dla obłąkanych, głęboko zatroskanego losem kobiet trawionych przez melancholię, globusa czy histeria nervosa [podobno jego pierwsza żona zmarła właśnie tam, po wielu latach oburzających scen urządzanych pracownikom zakładu...].
Ale o tym moja mała bohaterka nie ma bladego pojęcia.

Po prostu czasem wychodzi z buduaru matki obolała, z totalnym mętlikiem w głowie, wsiada do ojcowskiego powozu i jedzie do kościoła, gdzie modli się i uderza w sygnaturkę ku chwale Pana. Mirra, budyniowo słodka ambra, wanilia i piżmo stanowią sens jej istnienia. Od niej nic nie zależy, ona musi być posłuszna oraz słodka. I, choćby miała paść z wycieńczenia oraz nieuświadamianej neurozy bądź mizantropii, będzie. Oczywiście, że będzie!
Tak jej dopomóż Ród! ;>

Nie jestem w stanie identyfikować się z opowieścią, którą dla mnie snuje Parfum Sacré. Uważam ją za, delikatnie mówiąc, obrzydliwą (o części wizji nawet nie napisałam). Lecz z perspektywy czasu i dotychczasowego doświadczenia życiowego jestem w stanie ją zrozumieć. Nie tyle docenić, co współczuć i trzymać stronę dziewczynki choćby nie wiem, co się działo. Bezwarunkowo. Nie osądzając małej ministrantki ni jej bliskich, zaplątanych w sieć powiązań krzywdzących każdego bez wyjątku.
Mając nadzieję, że ciche piekło rozciągnięte między pokojem dziecinnym, rodzicielską sypialnią a zakrystią kiedyś się skończy.

Rok produkcji i nos: 1991, Jean-Pierre Bethouart

Przeznaczenie: zapach dla kobiet. Mam nadzieję, że moje smutne rozważania należą do mniejszości. :) I Paniom miło będzie spryskiwać się PS na Bardzo Ważne Okazje (także dlatego, ze sillage do małych nie należy).

Trwałość: w granicach siedmiu lub ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (oraz przyprawowa)




Skład:

Nuta głowy: kolendra, cynamon, kardamon, pieprz, lawenda
Nuta serca: goździk (kwiat), róża, jaśmin, kwiat pomarańczy
Nuta bazy: mirra, piżmo, ambra, wanilia, mimoza
___
Dziś noszę czyste iso e super. :)

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje są autorstwa brytyjskiego malarza doby wiktoriańskiej nazwiskiem Abraham Solomon. Pochodzą STĄD, a ich tytuły to:
1.
Ministrantka.
2.
Portret dwóch dziewczynek i ich guwernantki.

piątek, 26 sierpnia 2011

Zawód po dwakroć gorzki

Jak często zdarza Wam się testować perfumy, które po zachwycającym otwarciu zapewniają bolesną, tępą a uporczywą traumę? Migrenogenny zawód, którego obiecujący początek szybko 'strzela focha' i przeistacza się we wrednego poltergeista?
A wszystko dlatego, że raptem - ni stąd, ni zowąd - kompozycja uderza w tony, których nie lubicie najbardziej na świecie.


Mnie taki numer wywinęło kilka zapachów. Od płynu do mycia naczyń stosowanego doustnie w J'Adore Diora, przez co bardziej dosłowne 'piżmaki' po mego dzisiejszego bohatera, którego pobyt na tym akurat miejscu olfaktorycznej skali mocno mnie zaskoczył, przyznaję. :) Tym razem w roli zwodniczego gnoma występuje Eau de Réglisse Liquorice Lukrecja marki Caron. ;)

Przecież tam nie ma niczego, na co zwykle reaguję alergicznie! W upublicznionym składzie ani śladu piżma, irysów, nadmiaru cytruskowej świeżości; ozonowych wodniaków także brak. A jednak.
Początkowe nuty uderzają do głowy ostrą, wściekle soczystą i pozbawioną nadmiaru łagodności słodyczą. Aromatyczna werbena o ziołowo-cytrusowym blasku miesza się z imbirem, czymś na kształt mięty oraz lukrecją. W tej ostatniej, teoretycznie niby słodkiej, wyeksponowano wytrawną przyprawowość, bliskie pokrewieństwo z anyżem. Całość wydaje się być nietuzinkowa i dobrze rokująca. Czyżby następny zdolny do użytku świeżak?

Oj, naiwna.
Kilka minut później soki schną, ogrzewają się, po czym zmieniają w puder. [Paczuli?] Najpierw powoli, jak żółw ociężale... ;) Potem jest już coraz gorzej: pojawia się obrzydliwa piżmowa nuta animalna i zaczyna rozstawiać wszystkich po kątach. Wrzeszczy do ucha, ciska łyżeczkami, nożami i tasakiem; pastą do zębów po ręcznikach a keczupem po białym obrusie wypisuje wyrazy powszechnie uważane za wulgarne, zaś radio uporczywie ustawia na odbiór mikrofalowego promieniowania tła tudzież pewną toruńską rozgłośnię. ;) A do tego śmierdzi jak garderoba osiemnastowiecznego dandysa, który za mydłem i ciepłą wodą, mówiąc oględnie, nie przepadał.
Z czasem czuję już tylko piżmo; traumatyczne, słodkawe piżmo niczym w klasycznym Flower od Kenzo. Na domiar złego zawartość mojej czaszki demoluje właśnie pijany orangutan, ze szczególnym okrucieństwem znęcający się nad węchomózgowiem...

Ogólnie nie polecam. ;)
Idę szorować przedramię, zanim do reszty stracę nie tylko zdolność węchu, ale także popęd płciowy czy umiejętność panowania nad emocjami.

Rok produkcji i nos: 2006, Richard Fraysse

Przeznaczenie: zapach typu uniseks. Jestem pewna, że komuś może się podobać i na kimś układać jak marzenie; ale nie każcie mnie się nad tym zastanawiać...

Trwałość: trwały; po najwyżej godzinnym noszeniu przez następne cztery lub pięć, mimo uporczywego szorowania skóry myjką kąpielową, mokrym ręcznikiem, pumeksem i druciakiem do przypalonych garów trzyma się z podziwu godną wytrwałością.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: werbena cytrynowa, zielona mandarynka
Nuta serca: lukrecja, bazylia, imbir
Nuta bazy: paczuli, wanilia, gałka muszkatołowa
___
Dziś noszę Le Boisé marki Ginestet.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.psychika.eu/trauma-psychologiczna-jak-z-niej-wyjsc/

czwartek, 25 sierpnia 2011

Historia Wszechświata

Magdulenka o coś mnie poprosiła [mam nadzieję, że nie popełniłam faux pas, ujawniając wszem i wobec kawałeczek prywatnej korespondencji? :) ]. W nawiązaniu postanowiłam podzielić się czymś także z Wami.
Taka "mała", ale dosyć interesująca grafika. ;) Koniecznie kliknijcie w nią celem powiększenia!


Łoże usłane różami

Opisy, metafory, synestezja, burze mózgów, męki twórcze, artyzm. To jedna strona pachnącego medalu. Druga jest równie twarda i namacalna, co machinacje giełdowych spekulantów. ;) Perfumiarstwo to przede wszystkim dochodowy – i nerwowy – biznes:


„Handel olejkami eterycznymi można sprowadzić do dźwięku telefonu dzwoniącego w biurze Dominique’a Goby’ego w (...) Grasse. Dzwoni niemal nieustannie. Może to być japoński klient, pytający o perspektywę kształtowania się cen paczuli (»spadną«), lub klient niemiecki, proszący o próbkę lawendy (»jest w drodze«) albo klient ze Stanów Zjednoczonych, zainteresowany ceną olejku cyprysowego (»60 dolarów za kilogram«).

Jako dyrektor do spraw sprzedaży i marketingu Systems Bio-Industrie, wytwórcy i dostawcy olejków, Goby śledzi wzrost i spadek cen około 60 surowców.

- Teraz przygotowuję kampanię marketingową dla olejku różanego – wyjaśnia (...). Goby oferuje kupcom olejki marokańskie, bułgarskie, tureckie oraz ich mieszankę. Uważa, że olejek bułgarski wcale nie musi być lepszy od marokańskiego czy tureckiego. To tylko kwestia gustu. – Jak różnica między burgundem a bordeaux – mówi.

Ilość i jakość róż uprawianych na olejek, tak samo jak winogron na wino, może się zmieniać z roku na rok. Największą niewiadomą pozostaje pogoda. By skompensować fluktuacje jakości i ilości, zazwyczaj zachowuje się część olejku wyprodukowanego danym roku, a następnie miesza z olejkami z innych lat, w ten sposób wyrównując różnice. (...) Zbiór róż lub jakiegokolwiek innego kwiatu może być także różny na poszczególnych polach, bo jest zależny od nasłonecznienia i rodzaju ziemi. Oczywiście, by rozróżnić olejki z różnych pól, trzeba mieć niezwykle wrażliwy nos. Jean Carles, sławny francuski kreator, którego kariera trwała ponad 50 lat, potrafił rozróżnić olejki lawendowe z pól odległych od siebie zaledwie o trzy kilometry.

W tym roku cena róży marokańskiej wzrosła o 20 procent – mówi Goby, wyjaśniając, że wczesny przymrozek zabił niektóre kwiaty i stał się przyczyną »krótkich żniw«. Tam, gdzie spodziewano się tony, otrzymano tylko 700 kilogramów.
- Być może będę musiał wprowadzić ograniczenia dla naszych klientów. Wiem, ze niektórzy nie będą tym zachwyceni. Rozmawiałem także z producentem rozmarynu – ciągnie Goby. – Maroko chce zawiesić zbiory w tym roku. Roślina dziczeje i rząd uważa, że zbiera się jej nadmierne ilości – wyjaśnia.
- Wiem, że cena pójdzie w górę. Staramy się działać z wyprzedzeniem. Zadzwonię do mojego producenta w Tunezji.

Dwa największe zmartwienia Goby’ego to pogoda (»Tajfun na Réunion (...) może zniszczyć zbiory geranium«) i polityka.


- Weźmy na przykład galbanum, żywicę z rośliny rosnącej w Iranie. Gdy władzę objął ajatollah, rynek załamał się. Wojna w Somalii oznaczała, że nie można zbierać olibanu (...). Gdy Stany Zjednoczone nałożyły embargo na Haiti, stanęły destylarnie wetiweru (...). Musieliśmy zacząć sprowadzać go z Indonezji. [coś niecoś wiedzą na ten temat także wszyscy miłośnicy Black Afgano, którego pewien składnik musi pochodzić z Afganistanu ;) przyp. WzP]

Czasami niewielki niedobór przekształca się w spektakularną gorączkę.

W listopadzie olejek paczulowy kosztował 10 dolarów za funt. Do kwietnia cena wzrosła do 30 dolarów za funt – Goby pokazuje mi wykres wyglądający jak elektrokardiogram. – Oczywiście znowu spadnie. Prawdopodobnie do jakichś 15 dolarów w czerwcu. Mówię klientom: »Jeśli możecie, poczekajcie«.

Sześć miesięcy później, w listopadzie, gdy dzwonię, by sprawdzić dane, Goby podaje mi cenę paczuli – 70 dolarów za funt. Zamiast spaść, cena dalej rosła. – Myliłem się – przyznaje – Ale wciąż uważam, że jeszcze spadnie.

W czasie rozmowy z fabryki za biurem Goby’ego napłynął słodki zapach.
- Co się teraz wytwarza? – pytam.
Wychyla się przez okno.
- Prawdopodobnie balsam.
(...)”

[ibidem, s. 75-81]
___
Dziś pachnę Mitsouko od Guerlain.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://ayalasmellyblog.blogspot.com/2009/05/visit-to-rose-de-mai-fields-in-grasse.html
2. http://www.developmentcrossing.com/photo/patchouli-field?context=user

wtorek, 23 sierpnia 2011

Od targu po bukiet

Trzeba wstać skoro świt, albo nawet jeszcze wcześniej i jechać gdzieś [np. na obrzeża miasta, jak w przypadku Wrocławia i okolic ;) ], do zimnej hali, po której należy pomykać pchając przed sobą sporych rozmiarów wózek-platformę.
Ten zaś z czasem robi się coraz cięższy, coraz bardziej załadowany, coraz bardziej pachnący. :)


Witajcie na targu florystycznym!
To dzięki niemu Wasze ulubione kwiaciarnie, restauracje, hotele etc. co rano mogą wypełnić się upojnym aromatem świeżych roślin. Dzięki producentom i dostawcom kwiatów pachną nasze domy i inne pomieszczenia, na co dzień i od święta.

Zwłaszcza od święta. :)
Jest jedno pachnidło, które przywodzi mi na myśl aromat dnia świątecznego, tę nietypową mieszankę eterycznego kwiecia, z różami i lilią na czele, owoców, pudru, potu, wilgoci starych murów i ozonowego suchego gorąca, wprawionego w ruch tanecznymi szaleństwami tłumu. Zapach blichtru, eleganckich strojów, emocji niczym za kulis premierowego spektaklu. Zapach uroczystości ślubnych. Nie ślubu jako takiego, nie perfum panny młodej czy przejętych wydarzeniem gości, lecz samych przygotowań, urywków rozmów, emocji, działań; odzwierciadlający zachowania zaangażowanych w przedsięwzięcie bohaterów drugiego planu, na przykład konsultantów ślubnych.
Ten zapach to Badgley Mischka.


Konsultantów albo ich podwykonawców, wszak podstawowa woda duetu amerykańskich kreatorów to na mojej skórze głównie bukiet z tysiąca kwiatów. :)

To kompozycja bogata, wysmakowana i efektowna; może nawet lekko efekciarska. ;) Mająca rzucić wszystkich na kolana, prowokować do zadawania pytań o nazwę, zadziwiać, zachwycać. Zupełnie jak szczudlarze, płatki róż i białe gołębie, czekające na państwa młodych oraz ich gości opuszczających budynek, w którym małżeństwo zostało zawarte. Sztuczne, kiczowate, rozkosznie bzdurne - to wszystko prawda; ale również lekkie i budzące uśmiech, trafiające w szerokie gusta estetyczne, jakkolwiek pozbawione przaśnej dosadności.
Identycznie zachowuje się Badgley Mischka: podoba się wszystkim, choć trzyma się z dala od wsiowej estetyki czy ludowej wersji dobrego humoru. Życie niby takie jak zwykle, ale jakże inne; obserwowane przez "powiększający kalejdoskop". :)
Teatralizacja, której wszyscy potrzebujemy. Elastyczność obrzędów i zwyczaju weselnego.

BM, powstałe w hołdzie dla amerykańskiej Fabryki Snów lat 30. i 40. minionego stulecia, tego Złotego Wieku Hollywood, odzwierciedla także opisaną wyżej sytuację. Równie zjawiskowe, co legendarne diwy i najsłynniejsi amanci srebrnego ekranu, choć też identycznie niedoskonałe, zapatrzone w siebie, iluzoryczne. Zwykłym obywatelom jednako bliskie i tak samo dalekie.

W końcu cóż złego jest w tym, że raz na jakiś czas mamy chęć poudawać kogoś zupełnie innego? Kogoś, kim nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy i, jak wszystko wskazuje, raczej nie będziemy? :)
Dlaczegóż czasem nie pobawić się w teatr z przeszło setką statystów, sobie przydzielając główną rolę?


Choć mnie obce są podobne zapędy, jestem w stanie je zrozumieć. I naprawdę nie mam nic przeciwko nim [oczywiście, o ile teatrzyk nie oznacza konieczności zadłużenia państwa młodych bądź ich rodziców]. :) Statystowanie czy pośledniejsza rola w czymś takim bywają męczące, ale na krótką metę dość ożywcze. Krótką, czyli najwyżej kilkugodzinną; nie przez całą noc i dłużej. ;)

Szczęśliwie Badgley Mischka nie przyczepia się do mojej skóry na tak długo.
Po prostu umila mi czas spokojnym, szykownym glamour, skrząc na skórze niczym tańczący w promieniach słońca brokat. Wspaniały szypr, łączący najlepsze 'gatunkowe' tradycje klasyczne z nowoczesnymi. W początkach ostry, owocowo-kwiatowy, soczysty, zielony i odurzający, mieniący się aromatami odświeżającego i zimnego targu florystycznego.
Po pewnym czasie kompozycja ogrzewa się, nieco matowieje, odpoczywa w cieniu. Wówczas główną rolę grają wonie ciężkich, zmysłowych kwiatów, jak biała róża, piwonia, jaśmin, otaczających ludzką sylwetkę lekkim, zwiewnym szalem w ciemnym kolorze. To czas przygotowań.
Dopiero w finale można wyczuć więcej słodyczy, łagodne nuty zwierzęce (piżmo, ambra), suchy i czekoladowy puder z paczuli, nieco sypkich egzotycznych przypraw. Smakowitym dodatkiem są kremiste, okrągłe nuty drzewne; przede wszystkim sandałowiec we wcieleniu znanym z Sensuous. Jest szykownie, gładko, aksamitnie. Zapach Prawdziwej Damy, nawet takiej jednodniowej. ;)

Rok produkcji i nos: 2006, Richard Herpin

Przeznaczenie: elegancki, świetnie skrojony zapach, stworzony z myślą o kobietach, ale myślę, że od testów mężczyznom piersi nie wyrosną. ;P O dość dużej mocy, idealny na Bardzo Ważne Okazje.

Trwałość: od sześciu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa (i owocowa)

Skład:

Nuta głowy: liście czarnej porzeczki, brzoskwinia, owoce jagodowe
Nuta serca: osmantus, piwonia, jaśmin
Nuta bazy: chiński cynamon, piżmo, ambra, drewno sandałowe, paczuli

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.newcoventgardenmarket.com/flowers/guide-to-flower-market
2. http://www.honeyem.co.uk/index.php?why_choose_honey_event_management
3. http://www.professionalflorist.co.uk/article-583-summer-weddings-at-new-covent-garden-market/

Perfumy dla Cathy, część druga oraz dwie inne sprawy

Zaczynam od początku. :)


Malutkie uzupełnienie wczorajszego cytatu z Perfum:

"Opowiadanie o zapachach przypomina próbę schwytania w dłonie obłoku. Szukam właściwych określeń i stwierdzam, że nie potrafię ubrać pragnień w słowa. Według profesora Harry'ego Lawlessa, psychologa i profesora nauki o żywieniu na Uniwersytecie Cornell, istnieje nawet na to odpowiedni termin: »węchowa pustka słowna«. Lawless ukuł także termin »zjawisko koniuszka nosa«, oznaczający trudność w nazwaniu zapachu przy braku jakichkolwiek innych informacji. Jeśli nie pokażesz róży, mówi doktor Lawless, to 25 do 50 procent ludzi czających jej zapach nie będzie w stanie zidentyfikować go jako zapachu róży.

Gdy nie potrafimy się wysłowić, opisujemy zapach językiem innych doznań zmysłowych. Język zapachów korzysta na przykład z kolorów: określenie »zielona nuta« mówi o trawiastych aromatach [oj, nie tylko..! - przyp. WzP], uzyskanych z ziół i roślin. Można też stosować obrazowość muzyczną. »Nuta głowy« (...) odnosi się do substancji, które pierwsze unoszą się ze skóry i docierają do nosa, jak na przykład olejki hesperydowe.

Albo korzystamy jedynie z metafor".
(s. 12)

W ramach komentarza dodam jeszcze, iż powyższe akapity ostatecznie - w mojej opinii - rozprawiają się z wielkopomnym cytatem, jakoby "pisanie o zapachach" było równoznaczne z "tańczeniem o architekturze". :))
Zapach siłą rzeczy, jak i ewolucji społecznej, nie jest tylko zmysłem niejako endemicznym, pochodzącym z czasów bardzo-przedhistorycznych, ale również upośledzonym znaczeniowo. Z tego zaś wynika, że kilka tysięcy lat cywilizacji, jaką znamy nie było w stanie wykształcić żadnego mechanizmu zapachowej metodyki, który byłby typowy tylko dla tego jednego zmysłu. Zapach możemy tylko i wyłącznie wywąchać. Co nie znaczy, że powinno nam to wystarczyć.

Co dzieje się z pozostałymi zmysłami, kiedy jeden z nich ulega uszkodzeniu? Wiadomo - wyostrzają się. Czy ktokolwiek z nas miałby odwagę wyznać niewidzącej osobie, że g*wno wie o kolorach?? Nie, ponieważ taki ktoś kolory albo pamięta, albo jest w stanie je wyczuć, na zasadzie odniesień: czerwony - ogień, niebieski - lód. Czy ktokolwiek jest w stanie powiedzieć, że Beethoven nie wiedział, co czyni komponując Dziewiątą Symfonię w świecie niemal całkowitej ciszy? Bo przecież jedyne dźwięki, jakie wówczas słyszał, powstawały w jego mózgu. On nie miał pojęcia, czy np. muzycy wypełniają jego dyrektywy, czy któryś z instrumentów nie brzmi fałszywie, czy - w ogóle - to, co sobie wymyślił, ma jakiekolwiek odniesienie do muzycznej rzeczywistości!

A co ma powiedzieć czy zrobić ktoś, komu uniemożliwiono podobną synestezję na gruncie doznań węchowych? Czy powinien/powinna położyć uszy po sobie stwierdzając, że lepiej nie dokonywać żadnych ulepszeń, nie męczyć się, nie starać się wspomagać węchu czekającymi na tyłach, zwartymi i gotowymi udzielić pomocy siłami innych zmysłów bądź własnego intelektu?
Wszyscy jesteśmy tak samo upośledzeni. Wszyscy jesteśmy niedowąchający. ;)
Dlatego nie liczcie u mnie ani na Franka Zappę i jego pogardliwe "mówienie o muzyce...", ani na perfumowe kompozycje Le Labo.
Zaraz, zaraz...
Czy w tym ostatnim przypadku pisanie o "kompozycjach" ma jakiekolwiek uzasadnienie? Przecież to termin muzyczny! ;>

* * *

Sprawa druga: niedawno po raz pierwszy miałam do czynienia z czystym iso e super. Zauważyłam, że jest nieco słodszy i bardziej pergaminowy, książkowo-drukarski, drzewno-ambrowy, niż sławne Molekuły. Co więcej, żyje na skórze dłużej, intensywniej, choć znacznie bliżej ciała. Zaś najciekawsze jest to, że o ile Molecule 01 niesie się po świecie niczym najbardziej "ogoniaste" pachnidła, olejek pachnie pięknie, acz neutralnie; jest przede wszystkim dla mnie. :)

Tak zachowuje się, kiedy zaaplikować go w identycznej dawce oraz w te same miejsca, co zwykłe perfumy. Ciekawe co by było, gdyby potraktować substancję jak zwykły olejek do ciała. Jakoś się nie odważyłam.. ;)

* * *

Ostatnia sprawa jest także tą najsmutniejszą.

Okaleczona, stara klacz. Z bolesnymi bliznami po zbyt małym kantarze, który przez lata wrzynał się w jej głowę:
„To bez znaczenia proszę Pani, ona jest tak brzydka, że nikt o zdrowych zmysłach jej nie zakupi - idzie na transport”.
Podoba Wam się taka praktyka??

A może, w myśl tego, co napisałam nieco wyżej, wszyscy jesteśmy wybrakowani i upośledzeni, więc także nas należałoby przerobić na salami?? Kto wie, może ludzina wcale nie jest taka zła..? ;>

Proszę, pomóżcie Lotnej!

Aleksander Wielki nazwał na cześć swego karego Bucefała indyjskie miasto. Kasztanka Piłsudskiego przeszła do historii. Koń Kaliguli wszedł do senatu. O Koniku Garbusku czytało każde dziecko na świecie. O Lotnej nie słyszał nikt. Nie będzie miała swojej legendy. Nie powstanie miasto jej imienia.

Klacz wystawia poraniony łeb przez obskurne drzwi. Dała gospodarzowi kilka źrebaków, ciągnęła wóz - ale zużyła się. Handlarz zdjął zbyt mały kantar, który wżynał się w skórę - pozostały liczne rany na głowie. „To bez znaczenia proszę Pani, ona jest tak brzydka, że nikt o zdrowych zmysłach jej nie zakupi - idzie na transport”.

Głaszczemy Lotną po poranionym pysku. Za uszami rany są znacznie głębsze. Mruży oczy i wtula się nam w ręce. Może dla gospodarza nie jest nic warta - dla nas stała się wszystkim tego dnia. Wdzięczność zawsze umiera pierwsza - co mówi się o nadziei, Lotna wie najlepiej..

Życie Lotnej kosztuje 2900 zł, mamy czas do 30 sierpnia, aby wykupić ją przed transportem. Może dołączyć do stada blisko 300 ocalonych koni, możemy zapewnić jej utrzymanie i życie w ośrodku fundacji, ale najpierw musi trafić na klinikę ponieważ rany są poważne.


___
Dziś noszę Tabu marki Dana. Słynne Tabu... :)

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://artsuppliesonline.com/blog/portraitwrist.jpg

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Perfumy dla Cathy

Wszystkie cytaty z tego oraz kilku następnych postów pochodzą z albumu Perfumy. Podróż w świat zapachów wydawnictwa National Geographic, autorstwa Cathy Newman (zdjęcia Robb Kendrick), Warszawa 2000; po raz pierwszy wydano książkę w roku 1998, która to informacja może okazać się niezbędna podczas prób ogarnięcia perfumiarskiej rachuby czasu. ;)


" - Uważasz się za zmysłową czy elegancką? - pyta Cathleen Montrose, gotowa zanotować moje słowa na pliku żółtych kartek.
Siedzę w jej biurze, wysoko nad Madison Avenue w Nowym Jorku. Montrose, wiceprezes do spraw kreacji w firmie Firmenich – dostawcy, czyli firmie tworzącej kompozycje zapachowe na przykład dla Calvin Klein Cosmetics i Estée Lauder Companies – ma być moją przewodniczką po procesie tworzenia zapachu.
- Elegancką – odpowiadam, patrząc na oczko w pończosze
- Jakie kolory nosisz?
- Czarny – odpowiadam.
- I jaki jeszcze?
- Grafitowy.
- I?
- Granatowy.
Surowe spojrzenie.

Nagle zaczynam paplać.
- Wolę poczytać książkę niż iść na przyjęcie. Gdyby mnie było stać, kupowałabym szmaragdy, nie diamenty. Wole ocean niż góry i nie znoszę duszących zapachów kwiatowych.
- BEZ TUBEROZY – notuje Montrose.
Kontynuuję monolog.
- Mając wybór nosiłabym ubrania od Yves Saint Laurenta, a nie tego kłopotliwego Christiana Lacroix (zerkam na moje obgryzione paznokcie). Wolę czerwone wino od białego (Przyglądam się plamie z atramentu na ręce) i uwielbiam portrety Johna Singera Sargenta. Szczególnie Madame X – mówię.
Nabieram tchu.
- Lubię perfumy niedopowiedziane. Błyskotliwe. Wyrafinowane. Dowcipne.
Moje wyznania złożą się na to, co w przemyśle perfumeryjnym nazywa się opisem – zarysem koncepcji perfum i zdefiniowaniem klienta, do którego mają być skierowane (…).
Gdybym była wielką firmą, typu Parfums Christian Dior, proces byłby bardzo podobny. (…)

Montrose zaprasza mnie na wizytę za dwa tygodnie, 14 marca – wówczas zapoznam się z pierwszymi kompozycjami. Wychodzę, a w mojej głowie miga światełko: stworzyłam fantastyczny wizerunek samej siebie.

Szmaragdy, czerwone wino, Yves Saint Laurent. No właśnie. Wychowałam się w Miami Beach na Florydzie, gdzie ostatnim krzykiem mody były obszyte muszelkami torebki z przezroczystego plastiku, a woda sodowa – produktem najbardziej zbliżonym do wina. Uwiodła mnie całkowicie nierealna wizja. Usłyszałam syreni śpiew mody i zaczęłam nucić do wtóru.

- Perfumy – mówi Sophia Grojsman, gwiazda perfumiarzy w IFF – to zamknięta w butelce obietnica.
(…)


Mój niepokój, czy nie jestem zbyt wymagająca, perfumiarze zbywają, twierdząc, że łatwa ze mnie klientka. (…)

Odkrywam także coś, o czym dobrze wie każdy w tej branży: jednym z najbardziej frustrujących aspektów procesu tworzenia kompozycji zapachowej jest język. Jak wytłumaczyć twórcy, czego właściwie się chce? Im dokładniej potrafię opisać, co lubię, a czego nie lubię, tym łatwiej przyjdzie perfumiarzowi spełnić moje życzenia. Najgorszy jest klient, który mówi: »Będę wiedział, czego chcę, jak to powącham«. Ponieważ słowa często nie wystarczą bywa, że klienci do wytycznych dołączają planszę ilustracyjną. Niektórzy posuwają się jeszcze dalej. Jako załącznik do opisu Contradiction, firma Calvin Klein Cosmetics wysłała rywalizującym o zlecenie dostawcom orchidee, by dać do zrozumienia, że opracowywana kompozycja powinna zawierać tę nutę.

Dostawcy mają własne strategie motywacyjne. W niedawnym projekcie dotyczącym sportowego zapachu od Tommy’ego Hilfigera (opis mówił o przypływie adrenaliny), Quest [Quest International, jeden z wielkich dostawców – przyp. WzP] wysłał perfumiarzy z nowojorskiego biura, by spróbowali skakać ze spadochronem. (…) W celu stworzenia zapachu Feminité du Bois Serge Lutensa, opartego na wspomnieniu marokańskiego tartaku, gdzie cięto pnie cedrów, perfumiarze z biura z Paryżu pojechali do tego samego tartaku, by poczuć ten zapach osobiście. Otrzymawszy opis, mówiący o woni pustynnego kwiatu, inna firma wysłała swoich perfumiarzy z New Jersey na pustynię Mojave w Kalifornii".
(s. 3-11)
___
Dziś noszę Jasmin Noir od Bulgari; wcześniej był Portret Damy, ale się zmył. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://wwwdelivery.superstock.com/WI/223/1606/PreviewComp/SuperStock_1606-9322.jpg
2. http://www.nathanbranch.com/2011/03/mandy-aftel-liz-zorn-letters-to-a-fellow-perfumer-ep-1.html

czwartek, 18 sierpnia 2011

Pegaz dęba

Niestety, i tym razem oszczędzę Wam zachwytów, zaś o rozkosznym absurdzie - który zdaje się sugerować tytuł - nawet nie ma co marzyć. "Pegaz dęba" czyli Pegaz, który się znarowił. Nie mityczny zdobywca Olimpu, lecz śmieszna mała istotka, o emocjonalności oraz intelekcie najwyżej trzyletniego dziecka. Może i wyglądającego uroczo, ale nadal śmierdzącego mlekiem i ubrudzoną pieluchą.

Śliczne małe Pegaziątko. ;)
Gdyby formuła Pegaso marki Etro dziwnym zrządzeniem losu trafiła w ręce naczelnego perfumiarskiego kompozytora marki należącej do potomków pewnego szacownego rodu paryskich siodlarzy, spokojnie mogłaby zostać przygarnięta, zaakceptowana, przerobiona na pachnidło, zabutelkowana w kolejny zielonkawobłękitny flakon i rozesłana do perfumerii całego świata pod nazwą Le Jardin du Mont Olympe. ;>
Nawet świetnie się składa, ponieważ Olimp znany jest także jako park we francuskim mieście Charleville-Mézières, będącym stolicą regionu (powiatu) Szampania-Ardeny. Tak więc w poszukiwaniu skrzydlatego rumaka decydenci Hermèsa razem z J-C.E. nie musieliby nawet opuszczać kraju. Co stanowi spore ułatwienie. ;)

I problem z głowy; nie trzeba wymyślać nowej formuły, nawet koncept marketingowy też się znalazł! Żebyście tylko nie pomyśleli, że z kogokolwiek się nabijam. :) Nie nabijam się, naprawdę.

Po prostu Pegaso od początku do końca pachnie, jak słynne Hermèsowe Ogródki; te jednojajowe wieloraczki, których nader często - bez podpowiedzi w postaci odpowiedniego napisu na flakonie czy próbce - kompletnie nie potrafię rozróżnić. Kubek w kubek identyczne; o powierzchowności jak spod kalki, różniące się jedynie osobowościami [choć niezbyt jaskrawo]. Pegaz to po prostu piąta, jeszcze nie powstała, część serii. :) Zaginiony w dzieciństwie brat, niczym z jednego z transoceanicznych telewizyjnych tasiemców. ;)

Mnóstwo ziół z bazylią i kolendrą na czele, skórzana, lekko słona bergamotka, przejrzyste neroli, sucha cytryna, cedr, zmydlony irys i ten charakterystyczny, ascetyczny chłód. Gdyby kompozycji ująć późniejsze akcenty ciepłe w postaci żywicy i pieprzu, z pozostawić jedynie dokładnie przystrzyżone labdanum wyszedłby klon współczesnych dokonań pana Elleny. Bo tak normalnie, omawiana mieszanka pachnie jak wcześniejsze jego dzieła, od Eau de Campagne począwszy na Déclaration kończąc. Jest w Pegazie za to spora szczypta sławnego Terre.
Jak również słaba trwałość i kiepska moc.

Kompletnie nie-moja bajka.

I teraz powiedzcie, proszę: kto zrobił te perfumy?? Napisał formułę, wymieszał składniki?
Etro na ten temat milczy, za to ja mam pewną teorię... ;)

Rok produkcji i nos: 2009, ?? Alberto Morillas

Przeznaczenie: typowy, niekoniecznie nudny letni świeżaczek typu uniseks. Dla miłośników perfumiarskiego ascetyzmu, na wszelkie okazje. Dość bezpieczny i przewidywalny, bliski skórze (choć nie na każdym).

Trwałość: identyczna, jak przy "pozostałych" Ogródkach - około pięciu, może sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: świeżo-drzewna (i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, neroli, cedrat
Nuta serca: irys, czarny pieprz, bazylia
Nuta bazy: drewno cedrowe, labdanum, benzoes

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://disney-clipart.com/Hercules/

Podróż wetyweriowym szlakiem

Czy aby...?
Dziś będzie o Route du Vétiver marki Maître Parfumeur et Gantier. Postanowiłam, kiedy tylko zwlekłam się z łóżka [kiedy idę spać około trzeciej w nocy, następnego dnia z łóżka mogę się tylko zwlec ;) bez różnicy, która aktualnie jest godzina]. Zaraz też napadły mnie wątpliwości, które gdaczą mi nad uchem nawet w tej chwili. No właśnie.
Czy jest o czym pisać? Czy Route du Vétiver zasługuje na osobną notkę?

Dobre pytanie. :)


Zapach, który jest częścią firmowej kolekcji podróżniczej a do tego nosi dumną nazwę Wetyweriowego Szlaku (mniej więcej.. ;) ) zdaje się gwarantować nie byle jakie doznania. Chemicznych popłuczyn raczej nie powinniśmy tu znaleźć.

I nie znajdujemy.
Co nie znaczy jednak, że kompozycja godna jest honorowego miejsca kolekcji perfumomaniaków. Taką mogłaby być, gdyby nie kilka szczegółów. Najważniejsze z nich to: Encre Noire pour Homme Lalique,
Le Vétiver od Lubin, Coeur de Vétiver Sacré, Bois d'Ombrie, Chaman’s Party, nawet Molecule 03! Oraz parę innych, których nazwy chwilowo wypadły mi z głowy. :) Zwęglona wetyweria po raz pierwszy, po raz drugi, po raz trzeci, ..., po raz pięćdziesiąty ósmy; sprzedane! Sprzedane! S-prze-da-ne! [błędna sylabizacja nie jest pomyłką ;) ]
Jest ładna, trudna w odbiorze, nasycona i pełna głębi, ale na litość Zeusa, nie w takiej częstotliwości, a już na pewno - nie jako główna bohaterka!

Gdybyż chociaż Route du Vétiver chciało zachować konsekwentny, typowy dla siebie, styl! Niestety. Zimna, ostra i transparentna woń starej apteki, nieodmiennie zachwycająca w otwarciu, po kilkunastu lub kilkudziesięciu godzinach minutach zanika, zmieniając się w wilgotne drewniane szczapy, które już tyle razy opisywałam. Sytuacji nie ratują nawet subtelne przyprawy, delikatne muśnięcie białego kwiecia czy kilka drzazg sandałowca, budujących nastrój bazy.
Wetyweriowy Szlak nie zachwyca. Najwyżej intryguje w pierwszej fazie rozwoju. A potem - nic. To samo. Znów. Nuda. Droga na Ostrołękę. ;)
Podobno najgorzej jest być letnim. (albo letnią)

Rok produkcji i nos: 1988, Jean Laporte

Przeznaczenie: zapach raczej uniseksualny, przychylający się ku męskiej stronie szali. O niskim stopniu emanacji, efektowny choć może być postrzegany jako kontrowersyjny w odbiorze (przez niewyćwiczone nosy). Dla ortodoksyjnych miłośników wetywerii lub groupies którejkolwiek z wymienionych wyżej kompozycji. ;>

Trwałość: około siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

wetyweria burbońska, czarna porzeczka (?), piżmo, jaśmin, drewno sandałowe oraz inne nuty drzewne
___
Dziś noszę - a raczej nosiłam - to, o czym powyżej.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.flickr.com/photos/42615849@N08/galleries/72157626361148788


* * *
Pamiętajcie o pomocy Fundacji Centaurus! Oskar, Milka, Korek, Ptyś i inni liczą na nas!

środa, 17 sierpnia 2011

Czekolada w środku lata

Kiedy sierpień spadł nam na głowy, nabrałam ochoty na tony lejącej się słodyczy. Mocnej, gęstej, upojnej. Lecz czy można się temu dziwić?
W końcu badania naukowe mówią, iż średnio jedenaście na dziesięć osób deklaruje miłość do czekolady. ;)
Czemu na zakończenie postaram się dać wyraz nieco bardziej namacalny. :)

Jednak póki co trzy perfumowe wcielenia ukochanego smakołyku.


Jak sama nazwa wskazuje, Delicious Chocolate od Gale Hayman - będąc perfumowym łasuchem - po prostu nie można nie polubić! ;)
Słodkie, przestrzenne i podejrzanie lekkie pachnidło uderza wprost do głowy w ujmująco prostolinijny sposób. Niczego nie udaje, nie bawi się w budowanie muru z wydumanych teorii marketingowych; po prostu jest. Proste, zacne, uśrednione pod gusta możliwie jak najszerszej publiczności (co jednak, w tym przypadku, trudno potraktować jako zarzut).
DC nie wychyla się w żadną stronę, a jedynie mieni się czarująco, otacza aksamitną skórką brzoskwini i śliwek okolonych bukietem z utemperowanych róż i jaśminu, które pozbawiono ich słynnej killerowatej mocy oraz ułożonych na posłaniu z piżma i ambry, udrapowanych wokół stelażu ze śmietankowych nut drzewnych (sandałowiec? gwajak? szczypta cynamonu rodem z Musc Ravageur?). Lecz od początku do końca kompozycja jest peanem na cześć słodyczy: nieco galaretowatych, chrzęszczących pod naciskiem zębów waniliowych ziaren oraz zmysłowej czekolady, początkowo gorzkiej i sypkiej, z czasem coraz delikatniejszej, wpadającej w akordy mlecznej tabliczki z nadzieniem owocowym.
Błogo i prosto, nawet pomimo wyzierającego tu i ówdzie zmydlonego piżma. Ono nie męczy, lecz nadaje całości co nieco życia. Niczym wpleciona w dialog niewielka dawka sarkazmu. :)

Czymże jednak jest, choćby i najbardziej smakowita, tabliczka czekolady z jednej z wielkich fabryk, wobec szalonej, wysokogatunkowej uczty dla wszystkich zmysłów człowieka? Wobec na poły erotycznego artyzmu?


Tym właśnie okazał się dla mnie zapach-legenda, najpopularniejsza nad Wisłą część limitowanej serii Love Frills. Wiadomo już, o czym teraz będzie? ;)
Oczywiście. :) Dark Extacy marki La Perla, spontaniczna, grzeszno-grzeczna rozkosz we flakonie, prosto od twórców luksusowej kobiecej bielizny.
Zapach jednoznacznie słodki w sposób, którego nie umiem opisać słowami. To trzeba po prostu poczuć! :) Także świeży, ale w stylu, który nie robi na mnie nawet ułamka złego wrażenia; sypka, nieco pudrowa gorzka czekolada oblepia ludzką skórę nieomal z prędkością światła, w szalonym tańcu łącząc się z wanilią, lukrecją, nugatowym kremem. Gdzieś na horyzoncie majaczy konfitura z płatków róży, otoczona przez ramy z jeszcze jednego kremowego, tłustawego drewna.
W miarę upływu czasu całość zaczyna wibrować i wzbijać się ku niebu, przeistoczona w aromat... truskawek w czekoladzie! Poważnie, jak Was lubię! Całe opisane towarzystwo wpada do blendera, skąd wyłazi jako unurzane w czekoladzie, soczyste truskawki. Czyż trzeba nam słodkiej rozkoszy większej nad truskawki w czekoladzie? ;) Toż to połączenie doskonałe!
Doskonale słodkie, doskonale wytrawne, doskonale soczyste, jak i doskonale suche.

Kiedy jednak pościelowa przyjemność to dla naszego spragnionego słodyczy nosa trochę za dużo, zawsze możemy skusić się na jeszcze jedną, również skazaną na banicję, perfumeryjną czekoladę.


Sephora jako marka własna stworzyła swego czasu kilka interesujących zapachów: słynną waniliową serię, Green Connection czy Brown. Bodaj wszystkie zostały całkiem wycofane lub przynajmniej opuściły polskie granice. [choć po prawdzie to i dostępne obecnie kompozycje, zamknięte w dziesięciolilitrowych perfumetkach do wód złych nie należą; bodaj każda może się podobać] Cóż, prawa rynku są nieugięte. Wszystko, co nie zyskało powszechnej miłości w przeciągu miesiąca od premiery, musi odejść. Bez wyjątków.

Ta zasada dotyczy również wspomnianego wyżej Brown, czyli puchatego, pastelowego i upudrowanego jadalniaka. Kompozycja podobno potrafi wyrywać z butów, działając jak zastrzyk skondensowanych endorfin.
Żałuję, ale nie dane mi było poznać tego oblicza Brown. Wiem, że jest urocze, dziewczyńskie z akcentem na podlotkowate, proste, sypkie, słodkie, unoszące się w powietrzu niczym amorki na obłoczku. ;) Wyczuwam orzechy laskowe, deserową czekoladę i całą wiąchę wanilii. Gdzieś w tle majaczy delikatnie musujący, słodko-cytrusowy akcent; wyraźny o tyle, że rejestrowany przez moje prywatne olfaktoryczne radary: wiem, że coś jest, ale nie umiem określić, co dokładnie.
Czekoladowo-nugatowy puder plus wanilia; nie jest źle, choć mogłoby być dużo lepiej. Jego słodycz nie zabija, lecz dyskretnie umila upływający czas.
W sumie nie narzekam. :)

Gale Hayman, Delicious Chocolate

Rok produkcji i nos: 2007, ??

Przeznaczenie: miły, dzienno-wieczorowy zapach dla kobiet, miłośniczek czekolady i owoców. Dość wyraźny, o żywym charakterku i przeciętnej emanacji.

Trwałość: około siedmiu godzin, choć często krócej

Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa

Skład:

bergamotka, brzoskwinia, śliwka, jaśmin, róża, meksykańska czekolada, wanilia, piżmo, ambra, nuty drzewne

La Perla, Dark Extacy

Rok produkcji i nos: 2007, ??

Przeznaczenie: gorący, sugestywny i szalenie słodki zapach dla pań [choć testy polecam także mężczyznom :) ]. O znacznej sile rażenia, choć przy bliższym kontakcie mieszanka traci na wyrazistości; na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (i gourmand)

Skład:

wanilia, lukrecja, róża, nugat, czekolada, nuty drzewne


Sephora, Brown

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: bezpieczny, pudrowy i bardzo bliski skórze zapach dla kobiet. Świetny w towarzystwie ulubionych ciuchów w dzień wolny od wszystkiego. :)

Trwałość: od czterech do sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna

Skład:

wanilia, krem kasztanowy, praliny, słodka pomarańcza
___
Dziś noszę Arpège od Lanvin.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.allposters.pl/-sp/Chocolate-Cream-Cinnamon-plakaty_i2548271_.htm
2. http://ghassandeeb.com/dessert/jc-chocolate-caramel-sauce-with-strawberries/
3. http://loovingfreedom.blogspot.com/2011/03/chocolade.html


* * *

A teraz obiecane "namacalne" zakończenie. :)

Długi weekend pachniał i smakował u mnie Ciastem marchewkowym z czekoladą.
Oto przepis:



Na 6 lub 8 porcji:
masło (do smarowania)
5 jajek
150 g drobnego cukru
150 g mąki (dodałam przesianą z jedną łyżeczką proszku do pieczenia)
40 g kakao w proszku
175 g marchewek, obranych, drobno startych i odciśniętych z soku
50 g orzechów włoskich, posiekanych (miałam migdały)
2 łyżki oleju kukurydzianego (miałam słonecznikowy)

krem:
350 g półtłustego białego sera (może być taki z wiaderka)
175 g cukru pudru
175 g mlecznej czekolady, stopionej

Sposób przygotowania:
Jajka z cukrem przełożyć do dużej miski umieszczonej nad rondlem z gotującą się wodą i ubić na kogel mogel [pominęłam; od czego robot z dużą ilością ustawień obrotów? ;) ].
Zdjąć miskę z ognia, dodać mąkę przesianą z kakao, dokładnie wymieszać (na niskich obrotach robota kuchennego). Następnie dodać starte marchewki, orzechy oraz olej i mieszać, aż wszystkie składniki dobrze się połączą.

Tortownicę o średnicy 20 cm wysmarować masłem i wyłożyć pergaminem. Przelać do niej masę i piec 45 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 190 st. C. Wyjąć z piekarnika i wystudzić, po czym przeciąć na dwie warstwy.

Biały ser utrzeć z cukrem pudrem (można dorzucić łyżeczkę cukru z prawdziwą wanilią), dodać stopioną czekoladę i ubijać aż powstanie gładka masa. Warstwy ciasta przełożyć połową kremu, a resztę rozsmarować na wierzchu i uformować fantazyjne kształty za pomocą noża. Schłodzić w lodówce lub podawać natychmiast.

Smacznego! :)

Przepis pochodzi z książki Przysmaki z czekolady wydawnictwa Parragon, przeł. Ewa Kleszcz, s. 124.

wtorek, 16 sierpnia 2011

Za murami

Coś się dzieje. Coś dziwnego: najpewniej strasznego, ale przecież intrygującego, wciągającego, drażniącego i męczącego. Coś istotnego. Jednak mnie wzbroniono dostępu. Mam się nie wtrącać i grzecznie na wszystko godzić.
Może to najlepsze rozwiązanie?


Chciałabym, żeby było inaczej: by coś mną wstrząsnęło i do tego miało odwagę się ujawnić, żeby przestało irytować, nakłaniając jednocześnie do rozwiązania zagadki, żeby co bardziej pokraczny kadłubek wreszcie mnie rozśmieszył! Tymczasem nic. Zero. Nul.

Perfumując ciało Incensi od Lorenzo Villoresiego czuję się trochę, jak mąż głównej bohaterki Silent Hill [uwaga: nie znam gier z tej serii, więc moje skojarzenia opierają się tylko i wyłącznie na filmie].
Tuż pod powierzchnią zjawisk namacalnych, zaraz za ścianą, po drugiej stronie jakiejś denerwująco niewidzialnej granicy dzieją się rzeczy, od których włosy stają dęba i zależy cała moja przyszłość. Wiem to i czuję, ba! jestem pewna, tylko co z tego? "Miejscowi" - jak zwykle w horrorach - staną na rzęsach i zaklaskają uszami, bylebym tylko nie odkryła, co mnie tak bardzo męczy i dlaczego właściwie to robi. ;]

A ja chcę, pragnę, muszę zrozumieć, co to takiego!


Chciałam, i mam. Tyle, że i tak nic z tego nie rozumiem. :)
Wyczuwam mrok, dużo lepkiej krwi, śliny i w ogóle płynów ustrojowych człowieka. Jakiś industrialno-okultystyczny horror z akcentami eksperymentów genetycznych w tle. Dużo wrzasku, jeszcze więcej skłębionych emocji, kapka sensu i - już. To wszystko.
Intrygująca narracja, za którą stoi jakaś totalnie pokręcona logika, rozszarpana na skrawki i sklecona na powrót w barwną, frapującą lecz wyrwaną z kontekstu opowieść.

Nie chciałabym być źle zrozumiana: nie "pojeżdżam" po Incensi, które naprawdę potrafię docenić a czasem nawet i ponosić na skórze. Wszak nie od wczoraj uwielbiam pasjami bogate, wielostopniowe, agresywne i barokowe w wyrazie zapachy. :)
Drugiego tak głębokiego kadzidło-zioło-przyprawowca niełatwo będzie znaleźć [uładzoną jego wersją jest Kadzidło od Annick Goutal, nawet 2Man CdG pod tym względem nie dorasta Incensi do pięt].
Potrafię zanurzyć się w prezentowaną historię, nie mam problemu z załapaniem rządzących nią praw. Tak Silent Hill, jak i Incensi potrafią ukazać się jako plastyczne, estetyczne i wciągające baśnie. Jednocześnie piękne i okrutne, zgodnie z najbardziej klasycznym duchem gatunku; jakby wprost spod pióra późnego wnuka (lub wnuczki) braci Grimm.

Tylko, że...

No właśnie. Tylko, że. Niczym wspomniany ojciec rodziny z nietypową córką wbrew własnej woli tkwię poza obrębem zamkniętej klatki.
A kiedy już, jakimś cudem, dostanę się do środka nigdy nie wejdę na stadium wyższe od chaotycznej szarpaniny, nerwowego miotania się po ekranie tudzież resztek wiary we własny zdrowy rozum czy racjonalne wyjaśnienie zagadki.
Wiem, że od kadzideł, żywic i ciężkiego ziołowo-przyprawowego kowadła trudno uciec.


Kompozycja wżera się w nozdrza i pozostawia po sobie trwałe ślady niczym kwas wylany na skórę. Rozdyma aurę uperfumowanej osoby, po czym rozbija ją niczym rozsadzający czaszkę mózg, udręczony przewlekłą migreną. Nie bierze jeńców, nie pozostawia świadków.
Niczym czarna dziura niszczy wszystko w swoim zasięgu. Jest wiecznie głodna.
I ciężka. I głęboka. I powoli wchłaniająca Cię w siebie.

Z początku nieprzejrzysta, pochłaniająca nawet światło (jeszcze raz czarna dziura ;) ), gęsta i zimna, dopiero po dłuższym czasie ogrzewa się i zaczyna spalać. Na tym etapie kusi mnie najmocniej. :) Cynamon, pieprz, skórzana bergamotka oraz dwanaście ton żywic z elemi, styraksem i benzoesem na czele skutecznie bronią sekretów swego twórcy. Nawet, kiedy całość powoli, cichaczem zaczyna przepuszczać poszczególne promienie światła dziennego, gdy do gorzkiej masy bitumicznej [n-no., prawie..] dołączają ciche akcenty słodkie, typu opoponaks oraz jakiś upojnie jasny, dziewczęcy kwiat. Rzut oka na spis składników i już wiem, iż jest to mimoza.

W każdym razie na żadnym etapie rozwoju Incensi nie potrafię do końca zaakceptować pachnidła, ale nie mam nic przeciwko. :) Tajemnicze, tak przez nas cenione ulotne "coś", magiczny składnik jest, ale jakby go nie było. A może rzeczywiście wcale się nie pojawił, tylko ja wmawiam w siebie jego obecność?

Coś się dzieje. Coś dziwnego: najpewniej strasznego, ale przecież intrygującego, wciągającego, drażniącego i męczącego. Coś istotnego. Jednak mnie wzbroniono dostępu.
Może to najlepsze rozwiązanie?

Rok produkcji i nos: 1997, Lorenzo Villoresi

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników naprawdę mocnych wrażeń. ;) Na wszelkie okazje, choć stosowniejsze wydają się te bardziej oficjalne, szczególnie w przypadku mężczyzn (po prostu wypadają "bezpieczniej"). Uwaga na sillage!

Trwałość: od dziewięciu godzin wzwyż

Grupa olfaktoryczna: drzewno-aromatyczna (i orientalna)





Skład:

Nuta głowy: galbanum, elemi, nuty zielone, bergamotka, jabłko, cytryna
Nuta serca: labdanum, imbir, cynamon, mimoza, pieprz
Nuta bazy: olibanum, mirra, styraks, balsam Tolu, benzoes, opoponaks, drewno sandałowe
___
Dziś noszę 2 od Comme des Garçons.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.compleatseanbean.com/silenthill.html
2. http://www.miastogier.pl/news,ps3,12522.html
3. http://preparationsforbirth.wordpress.com/tag/silent-hill/

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Terminologia

Dziś kilka na zdań na temat przedmiotowego traktowania ludzi.

O ile określanie genialnego naukowca mianem "mózgowca" to - dość nieudolna zresztą - próba maskowania protekcjonalnością własnego podziwu czy zazdrości, a więc w gruncie rzeczy jest akceptowane, o tyle nie ma mojego przyzwolenia na nazywanie ludzi od co bardziej intymnych części ich ciała.
"Niezła dupa" nie jest komplementem, a obelgą. Tylko i wyłącznie. Nawet, jeśli skomplementowana osoba kraśnieje z uciechy [o ile rzeczywiście jest to uciecha!].

Nie, nie i nie!

Prawda, kutaski, chujeczki, chuje, kutasy, szyneczki, jajczęta, jądrki i jajusie (bądź jajusiowie)? ;>
Czy zdanie "Zajebisty z niego kutas!" brzmi jak komplement?
___
Dziś Santalum od Pro Fumum Roma.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Ogłoszenia drobne


AAAAA pomocy potrzebuję!

Zrobię coś, czego nigdy jeszcze nie robiłam: chciałabym poprosić Was o pomoc. I to w konkretnej postaci. :)
Wczoraj poproszono mnie o recenzję Portrait of a Lady z asortymentu Frédérica Malle, którego to zapachu próbki nie posiadam.
Czy ktoś z Was byłby na tyle miły i uprzejmy, by poratować narwaną maniaczkę-recenzentkę? Plis! :]

Aaaa Zauważyłam

Niby nic nowego, że smak sprzężony jest z węchem. Lecz niedawno po raz kolejny przekonałam się, jak bardzo.
Zdałam sobie sprawę, że smak gotowanego bobu z zadziwiający sposób zbieżny jest z aromatem.. iso e super. :) Jak babcię kocham! Jedząc ugotowane ziarenko miałam wrażenia niemal identyczne do wąchania spryskanej Molekułami skóry.
Czy kiedyś zdarzyło się Wam coś takiego?
___
Dziś noszę Organzę od Givenchy.

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://libraryschmibrary.wordpress.com/tag/journal/

środa, 10 sierpnia 2011

Storczykowa nowela

Prościej już się nie da; ciemna, nasycona orchidea z delikatnie cielesnymi akcentami: Nuit d'Orchidée marki Yves Rocher. I nic więcej.
Li tylko.
W prostocie siła. ;)


Mamy do czynienia z orchideą, - głęboką, satynowo gładką, megakobiecą. Znów... Skąd w perfumiarstwie tyle stereotypowego postrzegania rzeczywistości?? [głupie pytanie, wiem ;) ]

Od pierwszej chwili nietrudno się zorientować, że obcujemy z pachnidłem wycofanym już z produkcji. Głównie dzięki dyskretnej chmurce aldehydów, trzymających się z tyłu, lecz gotowych w każdej chwili wkroczyć, by skutecznie obronić cześć słodkiego kwiatu. Grrhh! ;>
Złoszczę się, ponieważ Orchidea najwyraźniej nie chce być broniona, szczególnie latem. To właśnie w najcieplejsze chwile roku aromat ujawnia swoje mroczniejsze, nieco dymne i, jak już wspomniałam, zwierzęce oblicze. Gdzieś tuż pod powierzchnią świadomości czai się piżmo, ciemne oraz czujne, stopione z otoczeniem i gotowe w każdej chwili skoczyć na grzbiet upatrzonej ofiary. A może to aldehydy..? :) W każdym razie lubię także zbilansowaną kompozycję ostrego dymu (elemi? kapka wetywerii? jakaś wariacja na temat nano-cywetu?) z miękką, lejącą się i aksamitną niczym skórka brzoskwini słodyczą, typową dla storczyków a pojawiającą się, kiedy aldehydy i domniemane piżmo spuszczą z tonu.
Dobre wrażenie robi również powrót laboratoryjnych upiększaczy w bazie. To dzięki nim słodkości kwiatowe ani na moment nie stają się mdłe czy "tylko" monotonne. Jest bardzo, bardzo przyjemnie. :)

Za to o zimowym wcieleniu Nuit d'Orchidée nie mam wiele do napisania: ot miły, delikatny choć przyciężkawy kwiatowy budyń ze sporym dodatkiem wanilii. W końcu wanilia to też storczyk. :)
Całość poprawna, ale nie zachwycająca. Po prostu spełnia zadanie "czasoumilacza" w długie, najczęściej ponure zimowe wieczory i poranki.
Czarować zaczyna dopiero późną wiosną.

Podobno kompozycja powstała na cześć Pico da Néblina, góry na pograniczu Brazylii i Wenezueli, co zdaje się potwierdzać moją teorię o pogodowych predyspozycjach N d'O. Wszak wzmiankowane rejony raczej nie są mekką miłośników białego szaleństwa. :)

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, aczkolwiek jego dymno-piżmowe oblicze powinno ułatwić testy płci niesłusznie nazywającej siebie "brzydszą". ;) Początkowo wyrazisty, czasem agresywny, jednak szybko wtula się w ludzkie ciało. Dość bezpieczny; na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach siedmiu godzin, czyli mogłoby być lepiej

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa (lub kwiatowo-orientalna)

Skład:

znany jest tylko jeden składnik, czyli orchidea, ale nie uwierzę, by zamykała ona listę produktów ;)
___
Dziś noszę At the Beach 1966 marki CB I Hate Perfume.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://crh.wikipedia.org/wiki/Fayl:Orchid_flower.jpg
2. http://lesparfumsdesyssy.over-blog.com/article-orchidee-nuit-d-orchidee-64828676.html

poniedziałek, 8 sierpnia 2011

Efemerydy


Właściwie nie wiem, od czego zacząć.
Jak pisać o zapachu, który uderza prosto do głowy niczym lekkie białe wino i opętuje człowieka z podejrzaną łatwością? Jak pisać o perfumach świeżych, ale i nie-świeżych, odurzających oraz zmysłowych? Jak w końcu mam podejść do pachnidła, które uważam za esencję stereotypów na temat kobiecości, przedstawionych w sposób frapujący i zachwycającego kunsztem wykonania?
Czy można przekazać w ograniczonej formie pisemnej recenzji sposób, w jaki odbieram dzieło, które żyło przed laty, a współcześnie zachwyca wyłącznie za pośrednictwem starych fotografii?
Jak ugryźć Fleurs d'Oranger Lutensa?

To zapach jednocześnie świeży i wieczorowy, pościelowo zmysłowy; słodki, chłodnawy, bogaty i bardzo zmienny. Prawdziwa perfumowa efemeryda. :) Sportowy w taki sam sposób, jak stroje tenisowe z początków XX wieku, podziwiane ze współczesnej perspektywy. ;) W epoce, kiedy nawet kultura czasu wolnego musiała ustępować przed koniecznością bezwzględnego zachowania elegancji. Co - choć w tamtej epoce miało znamiona kolejnej szpileczki wbitej w siedzenia ówczesnych kobiet - dziś odpowiada mi jak najbardziej. W końcu nie bez kozery szczycę się faktem, iż osoba zdolna do namówienia mnie na udział w którejkolwiek grze zespołowej jeszcze się nie urodziła. ;P
[zasada nr 1 brzmi: żadnych meczy! zasada nr 2 i kolejne: wszyscy nie przyjmujący zasady nr 1 do wiadomości proszeni są o jej ponowne przeczytanie. ;) ]

A wracając do sedna sprawy: jeśli "sportowe" znaczy to samo, co "efektowne", to mnie ta świeżość odpowiada. Wreszcie.
Podobnie, jak wszystko, co jest po lutensowsku skomplikowane i wielogłosowe. Proste i złożone jednocześnie. Bo w tym właśnie tkwi tajemnica Fleurs d'Oranger.


Prostota Kwiatów Pomarańczy może być rozumiana dwojako: z perspektywy żywych, migotliwych i nieco skrzypiących cytrusów oraz z pozycji pachnidła stricte kwiatowego i w takim wcieleniu dosłownego, stroniącego od półsłówek. Lecz dokładnie w tej samej chwili, takie same składniki mają zwyczaj grać ze sobą we wspomnianego tenisa: z całą ofiarnością i z narażeniem ścięgien odbijając piłeczkę słodko-gorzkiego uniwersum; nie potrafiąc zdecydować, czy kompozycja ma być bardziej ostra i pobudzająca czy może wprost przeciwnie, zmierzając w kierunku wieczorowej ciężkości oraz narkotycznego eliksiru, skroplonej istoty uwodzenia. I tak gra - czy też może flirt - toczy się przez długi, długi czas.

Od początkowego akcentu pomarańczowo-grejpfrutowego, umiejętnie złamanego ciężkością neroli z tuberozą, przez późniejszy duet, po gęste, głębokie i słodko-miodowe wcielenie finału, bez reszty zanurzone w boskich, dusznych oparach okrytego mrokiem letniego ogrodu gdzieś na południu Europy.
Zachwycają mnie zarówno wibrujące cytrusy (w pewnej chwili lub w pewnych okolicznościach ujawnia się soczysta cytryna z mandarynką), jak i mnogość trudnych do jednoznacznego wskazania kwiatów. Wiem, że we Fleurs d'Oranger są jasne róże, jaśmin czy tuberoza w ilościach wprost nieprzyzwoitych, lecz tak je zmieszano iż rzadko kiedy mają odwagę na jakąkolwiek solówkę. Poza jednym wyjątkiem: składnikiem tytułowym.

Kwiat pomarańczy jest tu tak piękny, że zasługuje na osobny akapit. ;) Bardziej niż udana próba oddania jego charakteru dosłownie rzuca na kolana. Toż to aromat miękki, krystaliczny, słodki, gorzkawy (nawet nieco korzenny), zawiesisty, ulotny, mięsisty. Christopher Sheldrake okazał się jedną z osób, które udowodniły, jak nierozsądnym posunięciem może być ignorowanie mocy neroli. Większym admiratorem rzeczonego składnika okazał się chyba tylko Francis Kurkdjian. :) Zresztą nasycone piękno Fleurs d'Oranger ma w sobie sporo z finezji słynnego Le Mâle, zaskakująco prostego, porażającego autentyzmem zachwytu mężczyzny nad stereotypowo kobiecym składnikiem perfum. Kapitalnie przesunięte granice semantyczne!

Sheldrake nie był aż tak przewrotny. Nie bawił się w definiowanie na nowo, po prostu stworzył perfumiarskie odzwierciedlenie super-kobiety. :) Lub surrealistyczną jazdę bez trzymanki dla mężczyzn - miłośników neroli. I cóż w tym złego? W końcu do odważnych świat należy!

Rok produkcji i nos: 1995, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: wyrazisty, bogaty, wielowarstwowy zapach o sporej mocy oddziaływania z daleka i przyjemnym ciepełku wydzielanym z bliska. :) Portale internetowe polecają go kobietom (i mają sporo racji), ale jak to ma się do deklaracji Lutensa o płciowej uniwersalności wpisanej w definicję jego autorskiej marki? W każdym razie, co odważniejsi panowie nie powinni być zawiedzeni.

Trwałość: od dziewięciu do ponad dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa



Skład:

biała róża, kwiat pomarańczy, jaśmin, tuberoza, pestki cytrusów, przyprawy

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://tampabayhistorycenter.blogspot.com/2010/10/history-center-highlights-train-travel.html
2. http://www.chethstudios.net/2010/06/all-things-orange-color-photography.html

Fast Watch

czyli coś wrzuconego "na szybko", choć bynajmniej nie pozbawionego wartości.
Coś dla ducha i coś... dla ducha. :)

Od nieskończenie wielkiego do nieskończenie małego [zamieszczam mimo, że jest to reklama]:



Oraz próbka możliwości pewnego młodego wrocławskiego kabaretu. Wybaczcie kiepską jakość obrazu i dźwięku; licealistom niełatwo o profesjonalny sprzęt. ;) Nawet, jeśli ówcześni licealiści zdali już maturę a obecnie cieszą się zasłużonymi wakacjami.
Zobaczcie, jakie cuda potrafiły się dziać w jednej małej, litewskiej wiosce...



To tak na szybko. Aby nabrać rozpędu z początkiem tygodnia. :)
___
Dziś noszę Lavandulę marki Penhaligon's.

czwartek, 4 sierpnia 2011

WASP


Po raz kolejny przekonałam się, że jestem dziwna. :) Nie dość, że darzę sympatią perfumy wylansowane na długo przed moim urodzeniem, to jeszcze nie akceptuję wszystkich tych nowoczesnych 'cudowności', za które wielu dałoby się pokroić.
Dla przykładu: bardzo lubię męskie mainstreamowe perfumy sprzed trzydziestu, może czterdziestu lat. Prezentują akurat ten styl wrażliwości, który w pachnidłach z "przeciwnej strony perfumerii" odpowiada mi najbardziej: są wyważone, szykowne, jakby szyte na miarę. :) A do tego posiadające wiele punktów wspólnych. Bez różnicy, czy testuję Vetiver Guerlain, Eau de Rochas pour Homme, Phileasa Niny Ricci czy Z-14 marki Halston, zawsze mogę liczyć na podobne wrażenia i spokojne ukontentowanie.
[Obawiam się, że straszna ze mnie perfumowa nazistka; ;) niczym gros facetów, z chęcią wpakowujących swoje partnerki w świeżuteńką, milusieńką, ładniusieńką makabreskę w rodzaju Euphorii (brr!), Lady Million (brrr!) czy damskiego Guilty (brrrr!) ;>]

Wracając do tematu zasadniczego: gdybym była w stanie kupować moim panom perfumy wyłącznie podług własnego gustu, wszyscy pachnieliby niemal identycznie. Na przykład wspomnianym Z-14 Halstona. :)

Zapach powstały w połowie lat 70. jest nieodrodnym dzieckiem swojej epoki. Wtedy mężczyźni nie skrapiali się słodyczami w płynie, nie bawili się w mielenie przypraw, nie jarały ich ozonowe owocki (bo ich jeszcze nie znali ;) ). Mężczyźni pachnęli męsko, cokolwiek miałoby to znaczyć.
W końcu Europa i Ameryka doświadczały wówczas ostatnich podrygów starego porządku, ustanowionego w trakcie wieków imperialnej buty i egocentrycznego kolonializmu; zarówno w sferze publicznej, jak i w domowym zaciszu. Wraz z postępem rewolucji obyczajowej powoli odchodziła epoka Wielkiego Terroru (obyczajowego), oby na zawsze. W tych wywrotowych czasach bezpiecznym zaciszem tudzież ostoją konserwatyzmu potrafiła stać się... własna łazienka. ;) A konkretnie półka z wodami toaletowymi czy - trzymając się amerykańskiej nomenklatury - kolońskimi.


Właściwie mogłabym w ogóle nie pisać o Z-14, zamiast tego wklejając linki do kilku poprzednich recenzji perfum z opisanej wyżej grupy. I nic by się nie stało.
Sęk w tym, że mój dzisiejszy bohater jest po prostu ładny i nieobiektywnie - uroczy. Prostolinijny w swym pozornym, niewystudiowanym skomplikowaniu. Przyprawiający o uśmiech.
W pewnym sensie podobny do ikonicznej ostoi burżuazyjnego snobizmu, jaką jest Eau de Campagne marki Sisley (moim zdaniem, zarzut niesłuszny), jednego z bardziej skomplikowanych dzieł autorstwa Jean-Claude'a Elleny - naturalnego i wymuskanego, świeżego w sposób zdatny do użytku, nasyconego aromatami mięty, cytryny, bergamotki, szałwii czy geranium. Piszę teraz o Z-14! ;)

Odrobina kwiatów, świeże drewno w rodzaju cyprysu bądź cedru, mnóstwo kolendry oraz szczypta paczuli odpowiadają za wysuszenie dalszych partii pachnącej partytury, za dżentelmeński umiar oraz kolonialny sznyt. Ma nawet coś z uroku dzieł Josepha Conrada lub z grafik przedstawiających spotkanie Stanleya z Livingstonem. :) Staroświecki charme, cień nostalgii za starymi, dobrymi czasami.
Które to wrażenie z upływem czasu staje się coraz wyraźniejsze: mieszanina jeszcze silniej zasycha, mech dębowy miesza się ze świeżymi drewnami, geranium czy kolendrą, zmieniając paczuli w pozbawioną wody różę jerychońską. Dołączają nuty żywiczne oraz delikatnie słodkie, coś jak benzoes i opoponaks w jednym. Lecz dominujący staje się akcent cielesny, odzwierzęcy: zmysłowa ambra, nieco zmydlone (i skutecznie przytłumione! ;) ) piżmo oraz najważniejszy aktor - skóra. Stara, przykurzona, znoszona; lekko brzozowa, w wydaniu znanym z Cuir de Russie Pivera. Choć może raczej jest to zamsz - twardy, ale i przyjemny w dotyku, matowy, ciepły.

Z-14 nie jest killerem, nie potrafi też zachwycić współczesnych minimalistów, którzy każdą nutę muszą mieć wyeksponowaną niczym na złotej tacy. ;> Nie, tu trzeba się nagłowić, porozdzielać przebogaty koktajl, przeprowadzić małe śledztwo; pobrać próbki i wsadzić do wirówki do DNA. Albo i nie. :) W odróżnieniu od mrówczej pracy detektywa, my nie musimy poznawać prawdy; wystarczy po prostu cieszyć się duchem, który przysiadł na naszej skórze - dyskretny, nawet przyjacielski, przybyły gdzieś z przełomu wieków dziewiętnastego i dwudziestego.
Założę się, iż za życia był zamożnym, heteroseksualnym, białym anglosaskim protestantem, a do tego mężczyzną. ;)

Rok produkcji i nos(y): 1976, Max Gavary oraz Vincent Marcello

Przeznaczenie: spokojny, dość bliski skórze, wytrawny zapach. Stargetowany na mężczyzn, ale mnie to nie przeraża. Świetny na okazje co bardziej oficjalne, choć nie jest to normą. :)

Trwałość: od siedmiu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna, bazylia, gardenia, cyprys
Nuta serca: jaśmin, geranium, paczuli, wetyweria, drewno cedrowe, cynamon, kolendra
Nuta bazy: skóra, piżmo, ambra, benzoes, olibanum, bób tonka, mech dębowy
___
Dziś noszę Brown marki Sephora.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z http://www.directarticle.org/Bialowieza_visits.html