piątek, 30 marca 2012

Róża i coś ponad nią

"[...] wbrew temu, co się sądzi, botanikiem był autor słynnego zdania 'Róża jest różą', poeta powiedziałby zaledwie 'Róża', reszta polega na cichym jej kontemplowaniu".
José Saramago, Historia oblężenia Lizbony
ŹRÓDŁO

Królowa kwiatów; tyleż piękna, co niedostępna.
W perfumiarstwie spotykamy zazwyczaj dwa sposoby jej ujęcia: albo jest upraszczana, maksymalnie ułatwiona, przystosowana do konwencjonalnego odbioru rzeczywistości, albo też - wprost przeciwnie; kiedy urodę kwiatu podkreśla się poprzez dodanie jeszcze większej ilości kolców, kiedy zjawia się w ujęciu balsamicznym i ciężkim od pudru czy aldehydów tudzież okolona nutami żywiczno-animalnymi. Rzadko kiedy udaje się trafić na różę porażająco prostą (znam chyba tylko dwie lub trzy takie wody) a znalezienie różanej indywidualistki, definiowanej nie przez porównanie czy kontrast, zupełnie niezależnej, to już prawdziwy rarytas. ;)
Dziś chciałabym zająć się takim właśnie przypadkiem. Różą prostą, jednoznaczną oraz całkowicie niezależną od stereotypów [w ujęciu standardowym, jak i "kontestacyjnym"].


Rose Noir od Byredo to spojrzenie na kwiat tak prosty, że aż krystaliczny, wstrząsająco dosłowny oraz nie-bogaty. Z wybijającymi się akordami skórzano-zamszowymi, skoncentrowanymi wokół chłodnych, pokrytych rosą różanych pąków. I to wcale nie karminowych, nie bordowych czy białych. RN, czyli Róża Czarny ( ;) ), nie jest też odzwierciedleniem kwiatu o płatkach herbacianych; nie jest rośliną o pąkach dużych, wywodzących się ze szklarni ani nie pnącym się ogrodowym krzewem. Nie jest w końcu różą dziką. Im dłużej wwąchuję się w omawiane właśnie pachnidło, tym silniejszej nabieram pewności, iż dotyczyć ono ma swego rodzaju "różanej uniwersalności", swoistego zjednoczenia wszystkich wariantów w jednym, całkowicie odsłoniętym i monolitycznym, acz zachwycającym, pomniku. Róża, której nie ma, chociaż faktowi jej istnienia nie sposób zaprzeczyć!
Mamy więc sprzeczność. Czyli moje ukochane perfumiarskie klimaty. ;)
Jak również sugestię sympatycznego, nowoczesnego szypru.

Przewijają się w niej akcenty zarówno świeże, cytrusowe i ozonowo lekkie, delikatne niczym woń wodnych lilii, jak również nieco bardziej dosłowne, delikatnie cielesne, zaznaczone "brudną" słodyczą i pudrem wrosłym w żyjące ciało. A może to nie puder, tylko wspomniany wcześniej zamsz? Doprawdy, niełatwo pojąć tę rzeczywistość. Gdzie zaimki "każdy" i "żaden" zdają się występować jako synonimy. :)
Róża, o której trudno jest opowiedzieć.

Dosyć trwała, dosyć ekspansywna, łatwo stapiająca się z naszą skórą. Rose Noir, czyli refleksja na temat; zaduma nad pięknem. Im mniej analitycznych wyliczeń, tym lepiej.
Róża. ;)


Rok produkcji i nos: 2008, Jerôme Epinette

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet; wyrazisty, aczkolwiek nienarzucający się. Dzięki swej krystaliczności niezdolny do wywoływania negatywnych reakcji organizmu (chyba, że ktoś naprawdę nie znosi róż ;) ). Na wszelkie okazje.

Trwałość: od siedmiu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: grejpfrut, frezja
Nuta serca: róża damasceńska
Nuta bazy: piżmo, mech dębowy, labdanum
___
Dziś 21 od Costume National.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.widescreen-wallpaper.eu/view/black_rose-1280x800.html

czwartek, 29 marca 2012

Zadanie domowe

Do przemyślenia: w kontekście załączonych materiałów rozważ na nowo terminy "przemoc", "patriarchat", "tradycyjne wartości". ;>

"Syndrom sztokholmski – stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub u zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Może osiągnąć taki stopień, że osoby więzione pomagają swoim prześladowcom w osiągnięciu ich celów lub w ucieczce przed policją.

Syndrom ten jest skutkiem psychologicznych reakcji na silny stres oraz rezultatem podejmowanych przez porwanych prób zwrócenia się do prześladowców i wywołania u nich współczucia.

Nazwa syndromu wiąże się z napadem na Kreditbanken przy placu Norrmalmstorg w Sztokholmie, podczas którego napastnicy przez kilka dni (między 23 a 28 sierpnia 1973) przetrzymywali zakładników. Po złapaniu napastników i uwolnieniu przetrzymywanych przez nich osób, te ostatnie broniły przestępców pomimo sześciodniowego uwięzienia. W czasie przesłuchań odmawiały współpracy z policją. Termin został użyty przez szwedzkiego kryminologa i psychologa, Nilsa Bejerota, który współpracował z policją podczas tego napadu i który przedstawił swoje obserwacje dziennikarzom.
(...)

Inne opisane przypadki syndromu sztokholmskiego dotyczą zakładników uprowadzonych samolotów oraz porwanych osób. Najbardziej znany przypadek dotyczy Patty Hearst, wnuczki amerykańskiego wydawcy Williama Randolpha Hearsta, która została uprowadzona 4 lutego 1974 przez wyznającą utopijne koncepcje socjalne grupę Symbionese Liberation Army. Porwana przyłączyła się do grupy i uczestniczyła m.in. w napadzie na bank. Została aresztowana w 1975 i rok później skazana na 7 lat za współpracę z terrorystami, jednak zastosowano wobec niej prawo łaski i zmniejszono wyrok do dwóch lat.

Wśród szczególnych przypadków syndromu sztokholmskiego wielu psychologów wymienia Nataschę Kampusch. Porwana w wieku 10 lat była więziona, bita i poniżana przez kolejne 8 lat. Przyznaje jednak, że dążyła do nawiązania swoistego rodzaju relacji ze swoim oprawcą Wolfgangiem Priklopilem, gdyż była to jedyna osoba z jaką miała kontakt przez osiem lat niewoli aż do 23 sierpnia 2006 roku, gdy udało się jej uciec. Przypadek Kampusch, według niektórych psychologów, wykracza znacznie poza definicję syndromu sztokholmskiego i doradzają oni używanie terminu: syndrom Nataschy Kampusch. Oba te stany psychiczne cechują się emocjonalnym stosunkiem do oprawcy, co w przypadku Nataschy było jawne".
ŹRÓDŁO








"By można było jednak mówić o istnieniu sytuacji uzależnienia ofiary od dręczyciela, musi wystąpić w relacji kilka z poniższych wskaźników:

  • Ofiara musi żywić pozytywne uczucia do oprawcy,
  • Ofiara musi odczuwać negatywne uczucia w stosunku do swych najbliższych: rodziny, przyjaciół, autorytetów próbujących wyzwolić ją z relacji,
  • Popierać motywy i zachowania oprawcy.
  • Oprawca musi wyrażać pozytywne uczucia w stosunku do ofiary,
  • Ofiara musi zachowywać się jak obrońca w sytuacjach zagrożenia dla oprawcy,
  • Ofiara nie jest zdolna zaangażować się w działania prowadzące do rozluźnienia i zerwania związku z oprawcą.

Pojawienie się powyższych czynników nie prowadzi jeszcze do rozwoju syndromu sztokholmskiego. By on zaistniał, ofiara musi:

  • wierzyć, że obecne psychiczne lub fizyczne ataki oprawcy mogą nieść dla niej zagrożenie życia,
  • dostrzegać niewielkie ustępstwa, przywileje i uprzejmości ze strony oprawcy czynione w jej kierunku,
  • odczuwać swą samotność, bezradność i izolację w 'walce' z oprawcą,
  • odczuwać brak możliwości ucieczki z relacji z oprawcą".
ŹRÓDŁO

Skupmy się nie tyle na dosłownym "zagrożeniu życia", choć z pewnością i ono mogłoby mieć miejsce, co na niebezpieczeństwie "dożywotniego wyroku", który otrzymuje się za niewinność, i to w sposób całkowicie dosłowny. Najbardziej istotne wydaje się ryzyko pełnego i dożywotniego uzależnienia od "oprawcy" (w tym przypadku: porywacza i jego rodziny).

Zaznaczam, że owo, pozornie rażące, skojarzenie przyszło mi do głowy kilka dni temu, nie ma więc żadnego poparcia merytorycznego (chyba..). Czynię to "na wszelki wypadek", zanim ktoś zarzuci mi szerzenie bzdur. ;>

Winnice i celebryci

Starałam się, kombinowałam, przekonywałam. I wiem, że dzisiejsi bohaterowie z całą pewnością nie zdobędą mojego serca. Aczkolwiek skojarzenia budzą optymistyczne. Gdyby tylko obie wody nie były tak bardzo świeże!


Żywioły, zamknięte w perfumach przez markę Ramon Molvizar, stanowczo nie są dla mnie. Nie potrafię ich okiełznać. Co w realnym świecie jest zrozumiałe (i świadczy o zdrowym porządku rzeczy), jednak w ramach teorii sztuki trochę wytrąca z równowagi. :) Tym, bardziej, że skojarzenia wzbudzają pozytywne.
Winnica, ziemia, słońce, pot, moszcz, gorycz, słodycz, piwniczna pleśń. A raczej zręczne ich zasugerowanie.

4 Elements dla przykładu, skupiać ma w sobie siłę i charakter czterech żywiołów. Dla mnie jest "jedynie" ich zręczną iluzją; albo wizją, ruchomym obrazkiem z pierwszych lat kina. Nie ma sensu oczekiwać po nich dosłowności. Żadnej mocy, żadnej grozy, nawet piękno zostało tak zręcznie przycięte i usystematyzowane, iż przypomina raczej francuski ogród niż rezerwat przyrody. ;)

Z początku jasny, słoneczny i irytująco, hm.. świeżo-kwiatowy [jak J'Adore light; a pamiętacie, jaki mam doń stosunek? ;> ]. Na szczęście dla mnie jest od Żador znacznie bardziej finezyjny, dopracowany, potraktowany z szacunkiem. Podkreślony przez przebijające od dołu nuty ziemiste i suche, nieco bardziej drzewne, okraszone dodatkiem przypraw i paczuli.
W ostatniej fazie zaś najpiękniejsze. Po ozonowych dusicielach pozostaje jedynie słaby, ledwie zauważalny ślad a wspomniana drzewna suchość zamienia się w ciche szepty tuż przy skórze. Równie lekkie, ale za to jakie! :) Bogate w treść i emocje, z lekka balsamiczne, o słodyczy pochodzącej z cięższych akordów kwiatowych, ciepłe, wibrujące. Zaklęte w mech dębowy, ambrę, piżmo oraz trudne do nazwania żywice. Na samym dnie natomiast agarowe. Do cna wypełnione pozytywną energią.
Żywe. Zacne. Pogodne. Gdyby tylko darowały sobie przesadny sopranowy wrzask z początku, byłyby idealne.

Podobnie przebiega rozwój 5 Elements: od popowego nadmiaru do cichej równowagi sił w popularnym nurcie perfumiarstwa "mało chwytliwych". Ich otwarcie ratuje w zasadzie tylko większa, niż w przypadku Czterech Elementów, chropowatość. Nadmiar chodliwego ozonu [czy eteru, jak chciałby Twórca ;) ], słodko-owocową, pospolitą wrzaskliwość łagodzą akcenty przypraw i goryczka, płynąca z suszonych na słońcu ziół.
Potrzeba chwili, by kompozycja, spuszczając z tonu i nabierając pokory, upodobniła się do swego kobiecego odpowiednika. Środkowa faza obu wcieleń Żywiołów przebiega nieomal identycznie. Gdzie pojawiają się i suche drewna (w tym najważniejszy - cedr), i cięższe kwiaty, i cierpki moszcz, i paczuli. Jak również zapowiedź głębokiego, balsamicznego finału.
Może trochę głośniejszego, bardziej mszystego i agarowego, "zabrudzonego" sandałowcem za to znaczniej mniej piżmowego, więc szczęśliwie pozbawionego mydlanych akcentów. :) Jak również niekoniecznie słodkiego, choć zupełnie tej wartości nie pozbawionego. Równowaga w przyrodzie musi istnieć.
Dzięki równowadze w bazie otrzymujemy pachnidło wielowymiarowe, przemyślane, złożone z półtonów i oddźwięków; pieszczące powonienie bez pośpiechu, za to z lubością.
Tak więc jedyne, co mogę 5 Elements zarzucić, to zbyt koniunkturalna uwertura. Jakkolwiek wiem, że jej zadaniem było wabić klientów.

Obydwa zapachy posiadały - i posiadają nadal - kolosalny potencjał. Kryją się za nimi wulgarne pozory oraz prawdziwe, zaskakująco intymne emocje. Mieszanka tyleż artystyczna co wybuchowa. Mnie zaś intrygująca. ;) Lecz bardziej jako obiekt badań niż przedmiot prywatnego zainteresowania. Czemu? Odpowiem pokrętnie.
Brukowe gazety oraz serwisy internetowe może i opisują perypetie ludzi z krwi i kości, osób takich, jak Wy czy ja, lecz dzięki swemu niesłabnącemu wścibstwu przemieszanemu z niezdrową, sztucznie podsycaną ekscytacją sprawiają, iż o człowieczeństwie celebrytów skutecznie zapominamy. :>


4 Elements

Rok produkcji i nos: 2011, Ramón Bejar

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach; z początku niezwykle silny, o dużym sillage, później dyskretny. Więc raczej na okazje wieczorowe. I letnie... chyba. ;)

Trwałość: w granicach ośmiu-dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Piramida zapachowa, czyli nie skład ino przeplatanka nut:
[cudaczne, prawda? ;) ]

Nuta głowy: cyklamen, konwalia, melon, cytryna, malina, róża, akordy drzewne oraz ziemiste
Nuta serca: neroli, jaśmin, róża, grzyby, imbir, minerały (?), nuty drzewne i korzenne, wilgotność (raz jeszcze - ?)
Nuta bazy: paczuli, piżmo, bursztyn (ambra?), wanilia, miód, drewno cedrowe, drewno sandałowe, oud, tajemniczy balsam



5 Elements

Rok produkcji i nos: 2011, Ramón Bejar

Przeznaczenie: zapach w zamierzeniu męski, o sile i projekcji identycznych, co w przypadku poprzedniego "punktu". ;) Tak więc i moja klasyfikacja pozostaje niezmienna.

Trwałość: ponad dziewięć godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa

Piramida zapachowa:
[równie zabawna]

Nuta głowy: cyklamen, konwalia, anyż, akordy drzewne i ziemiste, gałka muszkatołowa, czarny pieprz, pelargonia
Nuta serca: nuty korzenne i grzybowe, wilgotność (?), minerały (?), akordy korzenne, paczuli, jaśmin, róża, drewno cedrowe
Nuta bazy: paczuli, drewno cedrowe, balsam (jaki?), mech, drewno sandałowe, wanilia, bursztyn (ponownie pytam: ambra?), oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.cuendet.com/inspiration/life-style/wine-vacation.html
2. http://cincycoolness.com/wine.aspx

poniedziałek, 26 marca 2012

Andy ze Srebrnej Fabryki

Andy Warhol - geniusz i ekscentryk; mistrz pop-artu, artysta igrający z popularnym obliczem kultury, bożyszcze nowojorskiej elity lat 60. i 80. XX wieku oraz najsłynniejszy Łemko świata. Jakże tu się dziwić, że do dziś budzi fascynację? Marka Bond No. 9 na przykład zadedykowała mu całą serię zapachów. ;) I dziś zamierzam zająć się jednym z nich, w mojej opinii najciekawszym; oraz jedną z najlepszych (spośród znanych mi) pozycji tej firmy w ogóle. Moi Drodzy: Silver Factory. :)


Jeśli studio Warhola rzeczywiście pachniało tak, jak owe perfumy nic dziwnego, że oblegały je tłumy, chętne by ogrzać się w blasku Mistrza. ;) Ponieważ SF okazuje się być zapachem spokojnym i wycofanym, chłodnym lecz przemyślanym starannie. Gdzie nie ma miejsca na niedoróbki, za to jest go sporo na wszechstronną improwizację. ;) Wyczuwam weń także odrobinę ducha lekkiego autyzmu, na który słynny artysta mógł cierpieć [jak chcą niektórzy biografowie]; głównie za sprawą nut metalicznych i benzynowych, porządkujących chaos przyrody, odzwierciedlający się w akordach cytrusowych i drzewnych. Jak również dzięki spokojowi, zapewniającemu etykietkę "nieśmiałości", będącej wszak doskonałą przykrywką dla wyśmienitego i bezlitosnego obserwatora.
Silver Factory układa się w opowieść o Miejscu, o pokrytych aluminiowymi płytami ścianach i wszechobecnym artystycznym minimalizmie oraz o Człowieku, którego najłatwiej było poznać poprzez jego prace, ale nie przez bezpośredni kontakt.

Równie trudno, jak o samym artyście, opowiada się też o zapachu, który odzwierciedlać ma charakter jego atelier. Ponieważ nie umiem ułożyć sobie w głowie "rozpiski" Silver Factory; nie wiem, jak dokładnie przebiega rozkład nut. Chyba znów mamy do czynienia z typowo amerykańskim rozwojem pachnidła, gdzie trójpodział istnieje jako coś wielce umownego, lub wręcz symbolicznego. ;)
Więc na pewno, że w otwarciu daje się wyczuć wspomniane nuty metaliczne (gra irysa z lawendą, kadzidłem i jeszcze czymś) i paliwowe (fiołek). Oprócz nich pojawia się łagodna, skórzana bergamotka, ciepłe nuty kwiatowe oraz delikatna, jasna słodycz. Tej ostatniej z upływem czasu jest coraz więcej, podobnie jak plastycznych nut drzewno-żywicznych, chłodnego kadzidła, ambrowych powidoków. Gdzieś w tle majaczy jaśmin, wzbogacony o... ciche wspomnienie sorbetu z owoców jagodowych. Poważnie. :D Jest ono jednak ledwie wyczuwalne i szybko znika pod naporem wyciszonych, już nie tak wyraźnych, nut "industrialnych".
Silver Factory układa się na ciele z dużą łatwością, bez trudu daje się lubić, ale jednak męczy mnie świadomość, iż nie sposób dotrzeć do sedna opisywanego pachnidła, że nigdy nie poznam go naprawdę. Jest to uczucie ciekawe, aczkolwiek nieco frustrujące. :) Od silnego, wyrazistego początku aż po delikatny, pełen niedosłownej słodyczy, nieco pudrowy koniec pachnidło pozostaje tajemnicą.
Sprytnie balansuje na granicy towarzyskości oraz chęci do izolacji, najgłębsze myśli trzymając tylko dla siebie. Niczym patron zapachu.

Rok produkcji i nos: 2007, Aurelien Guichard

Przeznaczenie: idealnie skrojony uniseks, dla każdego. Cichy i bliski skórze, więc świetny na wszelkie okazje. Nie męczy głowy ani żołądka. ;)

Trwałość: około ośmiu do dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa
(i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, grejpfrut, lawenda
Nuta serca: irys, fiołek, jaśmin, kadzidło
Nuta bazy: ambra, drewno cedrowe, żywice
___
Miałam urządzić sobie "dzień bez perfum", ale w końcu nie wytrzymałam i wskoczyłam w Violet Blonde od Toma Forda. ;)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.bondno9.com/shop/eau-de-parfum/downtown/view/andy-warhol-silver-factory

piątek, 23 marca 2012

Ale wkoło jest wesoło!

Zauważyłam, że od dłuższego czasu nie pojawiła się tutaj ani jedna notka z impresjami. Nie bardzo wiem, dlaczego; wszak nadmiar przytłaczających mnie próbek i odlewek wcale nie zmniejszył objętości (a nawet wprost przeciwnie ;) ). Dlatego dziś będzie kwiatowo, kolorowo, intensywnie; delikatnie i z werwą, bardzo zielono i... niekoniecznie. :)
Pięć kompozycji opartych o akordy najróżniejszych roślin.


Balenciaga, Rumba

Intrygujący vintage, skomponowany z nut owocowo-kwiatowych, co w roku 1989 nie było jeszcze tak oczywiste, jak dzisiaj. Być może z racji braku masowych, rutynowych rozwiązań Rumba przedstawia sobą więcej niż niejedna współczesna nam kompozycja. :)
Złożona z niespotykanej mnogości nut owoców jagodowych (oraz śliwki) i kwiatów białych, zmysłowych, podkręcona orientalną słodyczą. Przemożna, barokowa a jednak zaskakująco czysta. Powstała ku chwale jawnej radości życia oraz dosyć ekspansywna. W chwili debiutu wymarzona dla kobiet pełnych młodzieńczego czaru, dziś idealna raczej dla nieco dojrzalszych optymistek. Zawsze zaś - świetna. Rewelacyjny, mało typowy szypr.
Jaka szkoda, iż Jean-Claude Ellena porzucił ten rodzaj perfumeryjnej ekspresji!

Skład:
bergamotka, brzoskwinia, malina, śliwka, kwiat pomarańczy (piękny! :) ), magnolia, goździk, tuberoza, gardenia, heliotrop, konwalia, orchidea, nagietek, jaśmin, miód, styraks, wanilia, drewno sandałowe, skóra, bób tonka, ambra, piżmo, drewno cedrowe, paczuli


Bond No. 9 Brooklyn

Który gra w zdecydowanie innej lidze. Nie wyższej ani nie niższej, to po prostu subdyscyplina. ;)
Towarzyszy jej przede wszystkim wysoce skoncentrowana, pełna uroku zieleń. Cytrusy, przemiłe nuty nuty przypraw, głównie kardamonu i odrobiny goździków, balsamicznie świeżego jałowca z iglastym odświeżaczem cyprysowo-cedrowym, złamanym akcentami słodkawego gwajaku oraz skóry. Wszystko to układa się w pachnidło nie tyle wielkomiejskie, co wakacyjne. Lub majówkowe, a na pewno pełne nieskrępowanego, rozleniwiającego relaksu. :)
Szkoda tylko, że z mojej skóry znika po około czterech godzinach.

Skład:
grejpfrut, kardamon, jałowiec, cyprys, geranium, gin, drewno cedrowe, drewno gwajakowe, skóra


Chopard, Madness

Następna w kolejce jest róża niesłodka, aczkolwiek otoczona słodkimi konfiturami. :) Wstrząsająco prosta, pozbawiona śladów pretensjonalności, w kategorii "sztuka użytkowa" zasługująca na najwyższe laury. Poważnie. Prosty, nieco skórzany akcent królowej kwiatów zmieszano z malinowym, plastycznym liczi oraz zadziornym różowym pieprzem. Zjawia się też ślad hibiskusa - kwiatu, którego smaku nie znoszę, za to zapach cenię. Baza układa się dzięki delikatnie osłodzonemu, lekko dymnemu palisandrowi. Całość nie zachwyca projekcją, a jednak sprawia wrażenie zjawiska ze wszech miar przyjaznego zarówno użytkownikowi, jak i jego/jej otoczeniu.
Brawa dla Christine Nagel! :)

Skład:
różowy pieprz, liczi, róża, hibiskus, wata cukrowa, palisander


Guerlain, Secret Intention

Jakiś czas temu trafiła w moje ręce limitowanka Guerlaina z roku 2001, przeznaczona na rynek północnoamerykański (dzięki, Rysiu! :) ).
Znając profil marki miałam prawo podejrzewać, iż pachnidło okaże się co najmniej zadowalające, poprawnae. Nie pomyliłam się. :)
Niestety, poza "poprawnością" nie ma sensu oczekiwać zbyt wiele. Ponieważ Secret Intention, jakkolwiek staranna i zrobiona bez ewidentnej hochsztaplerki, nie przedstawia sobą niczego szczególnie wartościowego. Powstanie tej wody nie ubogaciło świata perfum, jej zniknięcie z rynku niczego nie uszczupli. Może tylko czasem komuś zabraknie, nietypowego w olfaktorycznym świecie, aromatu świeżej żurawiny (choć co dokładnie zań odpowiada, nie umiem już stwierdzić), jasnych i plastycznych kwiatów na delikatnej, śmietankowej, orientalno-przyprawowej bazie. Całość jest słodka, mało inwazyjna, dziewczyńska.
Oraz zupełnie, całkowicie pozbawiona guerlinade. To naprawdę jest Guerlain?

Skład:
cytryna, bergamotka, kolendra, herbata, kardamon, piwonia, neroli, jaśmin, drewno sandałowe, bób tonka, wanilia


Serge Lutens, Tubéreuse Criminelle

Zapach, dzięki któremu pojęłam, dlaczego tyle osób nie trawi tuberozy. ;) We wcieleniu Kryminalnym ów kwiat pleni się ponad wszelką miarę, zagłuszając wszystkie inne nuty oraz sąsiednie wonie. Tuberoza silna, miodowa, wpadająca w tony ostrych przypraw, okolona pudrowym piżmem. Lecz to nie ma żadnego znaczenia. Kwiat tytułowy jest tu stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu hegemonem, który stłamsi najmniejsze nawet oznaki indywidualizmu swoich poddanych.
Jest miła, lecz w ilościach minimalnych, dozowanych pipetą, po kropli. ;)
Chyba nie muszę mówić, że moc zapachu wykracza daleko ponad przeciętną, nawet w normach typowo lutensowskich?

Skład:
tuberoza, heliotrop, jaśmin, kwiat pomarańczy, goździki (przyprawa), gałka muszkatołowa, wanilia, piżmo, styraks
___
Dziś noszę Qessence od Missalów. :)

środa, 21 marca 2012

Taniec żelaznych szkieletów

Dziś będzie opowieść o drewnie niedrewnianym, zapachu gorącym, zmysłowym i bogatym, który jednak, na pierwszy rzut oka, takowego wrażenia nie sprawia. A wręcz jest odeń równie daleki, co obchody pierwszomajowe od walentynek. ;) Diabeł jednak, jak to on ma we zwyczaju, tkwi w szczegółach. I dlatego właśnie intrygująca, drzewno-przyprawowa kurzawa rodem z Vikt od Slumberhouse, okazała się pachnidłem nad zwyczaj użytecznym oraz czarującym.
Czarującym w sposób niszowy, dodajmy. ;)


Intensywnie żywicznym, wiercącym się, wibrującym ciepłą wydzieliną, przeciekającą przez drewnianą tkankę. Lecz również metalicznym, ciemnym, rozgrzanym intensywną pracą zawiasów, tłoków czy przekładni.
Wykreowany dzięki czarującemu minimalizmowi składników, z których wydobyto wszelką moc, każdą wariację, dosłownie ostatnie cząsteczki niezbędne, by pozorną prostotę przeobrazić w czystą, wysoce skoncentrowaną energię. Swoistą jedność między Naturą i Kulturą, między drewnem oraz stalą. A wszystko to na intrygującej, słonej zamszowo-eugenolowej podstawie.

Vikt, skomponowany jako pachnidło nowoczesne w duchu i amerykańskie w sposobie kreacji: wolne od, zgodnego z europejską szkołą perfumiarstwa, stopniowego przemijania nut zapachowych, zastępowanych przez kolejne. Jest za to ów aromat z początku wyraźny, przemożny, ekspansywny, z czasem dopiero stopniowo uspokajający się, tracący na sile.
Jednocześnie żywy, drzewno-żywiczny, chwilami wykazujący podobieństwo nie tylko z deklarowanymi oudem i styraksem lecz równie ochoczo przyjmujący oblicze upojnego, złotego, kapiącego labdanum bądź charakterystycznej mieszanki ambry z kastoreum.
Jednak równie szybko dają o sobie znać nuty sztuczne, metaliczne, stukocząco-piszcząco-warkotliwe; industrialne, posuwiste oraz "skalane" ludzkim towarzystwem. Za nimi postępują zaś opisane wcześniej przyprawy: świeżo starte na proszek, intensywne, eugenolowe, pylące bez umiaru. Z dominującą nutą podeschniętych liści wawrzynu, znanych choćby z genialnego Victrix od Pro Fumum Roma, furkoczących na wietrze do wtóru mechanicznym potworom. Z czasem pojawia się także wyraźna, ciągnąca się w górę smuga kadzidlanego dymu, ułożona z olibanum, mirry oraz drzazg sandałowca, czasem suchego jak w Sandalo od Etro, niekiedy tłustego niczym poblask Tam Dao, Santal de Mysore lub nawet Black Afgano. :) Zawsze zaś - ostrego, niechętnego układom, pięknego w swej stanowczości.

Prosta gra trzech oficjalnych składników zdołała uczynić z Vikt dzieło niezwykłe; budzące fascynację, obiecujące, żywe. Ani szczególnie skomplikowane, ani też proste. Utarte tak doskonale, iż odkrycie, która z nut odpowiada za jaki olfaktoryczny obraz staje się istną syzyfową pracą. Po co więc zawracać sobie nią głowę, skoro i tak do niczego nie doprowadzi? :) Czyż nie lepiej cieszyć się mocą kolejnego dzieła o kilku obliczach, jeszcze jednego stałego w swej zmienności.



Zgodnie z tradycją, do dzieła Slumberhouse postanowiłam dobrać muzykę. I raz jeszcze moja przekorna natura kazała zwrócić uwagę na utwór z przebogatego asortymentu muzyki klasycznej, w którym każdy może znaleźć coś dla siebie. Tym razem będzie to Danse macabre Camilla Saint-Saënsa, znany również jako Taniec szkieletów. Wszystko jedno, kostnych czy żelaznych. ;) Liczy się finezja wykonania. Której, w tym przypadku, dopełnia wariacja na temat trzech filmów Tima Burtona.

Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o dosyć dużym polu rażenia, aczkolwiek niemęczący. Układający się na skórze w sposób bardzo naturalny, przyjazny. Więc na wszystkie okazje. :)

Trwałość: około ośmiu - dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

oud, styraks, ravensara [łac. ravensara aromatica, zwana także "goździkowym muszkatem"; laur madagaskarski]
___
Dziś Fourreau Noir od Lutensa plus kilka cudów z pachnącej wymiany. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z DeviantArta.
To Steel Docks - original copy autorstwa osoby o pseudonimie DdraigCymraeg.

poniedziałek, 19 marca 2012

Mały domek na prerii

...a właściwie to na polu. Tytoniowym. Gdzie jest dużo, duuużo więdnącego tytoniu. ;)
A gdzie rośnie tytoń? W ciepłych krajach.
Mamy więc tytoń w ciepłych krajach.
Żal tropików.


Choć prawdę mówiąc, to nie jest aż tak źle. Akaba od Antonio Viscontiego to przede wszystkim dosyć ciężki, duszny, orientalny zapach. Zaskakująca jest głównie jego monolityczność, brak niezbędnej finezji. A kiedy ja zarzucam orientalnemu pachnidłu brak finezji, sytuacja jest poważna! ;) Lecz kiedy tylko dobrze się zastanowić...

Trudno jest pisać o zapachu, który wywołuje u nas intensywne reakcje biologiczne. Dlatego mam w tej chwili niemałego pecha, gdyż Akaba zaowocowała przed chwilą skrzyżowaniem migreny z mdłościami. Lecz nie są jednak na tyle intensywne, bym nie mogła przezwyciężyć ich, wwąchując się z uwagą w zgięcie łokcia. Dziwna sprawa.
Oraz powód, dla którego daruję sobie ględzenie a od razu przejdę do rzeczy. ;)

Otwarcie omawianego aromatu jest żywe i ostre, gorzkie dzięki bylicy oraz korzenne, kreujące wokół morze ciężkiego, rozgrzanego powietrza, co można poczytać za zasługę eugenolowego cynamonu, wspomaganego przez świeżo zmielone w blenderze anyżowe gwiazdki. Właściwie to chyba lukrecję, gdyż na powierzchnię wytrwale przebija się słodka, przypalona woń, wkrótce zresztą pogłębiona dzięki mieszance bobu tonka z wanilią; one także dominują nad długą bazą Akaby.
Jednak wcześniej mamy okazję obserwować narodziny łagodnej, jasnej drzewnej masy, bliżej nieokreślonej, zaś bylica z przyprawami wyciągają ku górze krystaliczne, typowe akordy oudu wraz z tytoniem. Ten ostatni w pewnej chwili wypiera przyprawy, pokrywa ziołową ostrość, spławia agar, by z czasem objąć ster. Po dłuższej chwili przegania także i egzotyczne drewna, by połączyć się ze wspomnianymi słodkościami.
I potem już sobie trwają: waniliowo-tonkowe morze, omywające brzegi wykonane z suchego papierosowego wkładu. Dosyć ekspansywne, okalające, rozbuchane.

Głębokie, jednakże pozbawione równowagi. Całkiem przyjemne, a jednak bez "iskry bożej". Wdzięcznie układające się na skórze, chociaż męczące. Akaba jest ładna: godna przetestowania, nienachalnie szykowna i prosta w użytku. "Ładna" bez napinki.
Jednak "ładna" to czasem za mało.
Próbka wędruje w ręce nowej i łaskawszej, mam nadzieję, właścicielki. :)

Rok produkcji i nos: 2005, Antonio Visconti

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników wielowątkowych opowieści. Wyczuwalny, aczkolwiek niezbyt ekspansywny. Jednak okazje musicie dobrać sobie sami. Ja się boję. ;)

Trwałość: od ośmiu do ponad jedenastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: cytryna, paczuli, bylica
Nuta serca: drewno cedrowe, drewno sandałowe, oud
Nuta bazy: lukrecja, tytoń, wanilia, bób tonka

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://trvlworld.net/interesting_places/341-vinales-kuba.html

Kiedy las zapada w sen...

Pora roku równie ważna, co niedoceniana po raz kolejny odchodzi w niepamięć. Aby ją godnie pożegnać, chciałabym zaproponować Wam recenzję zapachu z "zimą" w nazwie. :) Niech odejdzie godnie i pięknie.


A odprowadzać ją będą wspomnienia pokrytych śniegiem leśnych ostępów, surowych i pięknych, opromienionych łagodnym, miękkim światłem słońca. Lub nieprzejrzystą aurą dni mglistych i pochmurnych, kiedy biała pokrywa dopiero osadzała się na powierzchni ziemi, monotonnie oraz bez pośpiechu. Krajobraz niezwykły, jakby zapożyczony z baśni albo snu. Czyniący współczesność magiczną, pozbawioną powłoki trywialnej nudy, dojmującej pustki. Czarującej samotnością, jaka daje nam możliwość wytchnienia, odbudowania wątłych pokładów nadziei. Kontaktu z przyrodą bliskiego, a jednak już na wstępie naznaczonego pieczęcią śmierci. Nieskalanego w swej ciszy.
Oraz, jak widać, szalenie rozpoetyzowanego. ;) Świata porażającego pięknem pustki, świata wolnego od innych istot; takiego, dzięki któremu rozsmakowujemy się w towarzystwie samych siebie i związanych z nim - myśli.
Opowieści o porażającej urodzie świata owładniętego oniryczną, czarodziejską zimą. Świata zimowych lasów, Winter Woods.

Ów produkt marki Sonoma Scent Studio skupia w sobie wszystko, co widzę w zimie (a o czym usiłowałam napisać Wam akapit wyżej :) ). Zachwycił mnie i z miejsca stał się moim prywatnym ucieleśnieniem zimy; właściwie jednym z dwóch, obok Winter Delice od Guerlain, o którym napiszę innym razem. Zagwarantował drzewną krystaliczność i ciepło, które przybywa niejako z zewnątrz, spoza świata sennego, pozornie martwego lasu. A do tego - paradoksalnie, zważywszy na ilość śniegu - suche. ;) Przejrzyste, subtelne w swej niejednoznaczności oraz dosłowne w prostocie. I tak, doskonale zestrojone ze sprzeczności. Celebrujące równowagę przeciwieństw; a więc zawierające w sobie dokładnie to, co w perfumach cenię najbardziej - harmonijną oksymoroniczność.


Ani ciemne, ani jasne. Ani gorące, ani mroźne. Nie zbyt bogate, ale też nie prościuteńkie. A raczej i takie, i takie; o wszystkich wspomnianych cechach. Dosłowne i niedosłowne zarazem.

Nad otwarciem Winter Woods dominuje mieszanka nut ostrych oraz krzepkich, nieomal dymnych czy tak krystalicznych, że aż ocierających się o miodową słodycz. I potrzeba chwili, by odkryć, iż nie jest ona tym, czym się wydaje. Ponieważ nie o miód chodzi a o wosk i nie o słodycz, lecz o głęboką, nie-kadzidlaną żywiczność. A w ogóle to labdanum, złote i lejące, zespolone z nutami pikantnego sandałowca, cedru o ograniczonym stopniu świeżości, cielesnego kastoreum a także surowej oraz ociekającej mroźnymi sokami brzozy, bezlitośnie mroźną zimą pozbawionej skóry. Nad nimi z wolna układają się akordy dymu z ogniska, jagód jałowca, wetywerii "spalonej" acz niezbyt dosłownej i ambry, pięknej, dosłownej a jednak dystansującej.
W chwili, kiedy labdanum z żywicami i kastoreum cichnie, kiedy po surowym wosku zostaje ledwo cień, wszelkie pozostałe soki osusza mech dębowy, wspierany przez pozostałe składniki. Wówczas powraca to "coś", które w pierwszym zachwycie wzięłam za słodycz. Jest już znacznie spokojniejsze, gładko wpasowane w drzewny, cichnący już krajobraz. To drewno gwajakowe, jednocześnie tłuste oraz oleiste, łączące delikatność śmietanki z czarownym pieprzowym chochlikiem. :)
Wszystko to trwa w stanie idealnej równowagi; nie mocując się już ze sobą i nie swarząc, stopniowo tracąc na wyrazistości, zlewając się w całość, zacierając granice między drzewami, śniegiem skrywającym leśne poszycie, zmianami terenu oraz powietrzem. Jednocząc się w szarości zmroku i później, w ciemnościach pochmurnej, bezksiężycowej nocy. Kiedy czas zgasić już wszystkie ogniska.

Wyobrażam sobie, iż w duchu Winter Woods utrzymana jest powieść Eowyn Ivey Snow Child. [Polecam seans filmiku reklamowego! :) ]

Rok produkcji i nos: 2006, Laurie Erikson
[w roku 2009 pachnidło przeszło reformulację, wzbogacone o naturalny absolut mchu dębowego; ponoć teraz jest nieco mniej słodkie od pierwszej wersji]

Przeznaczenie: uniseks o dużej sile i projekcji; potrafi "zainfekować" całe otoczenie uperfumowanej osoby (jak to SSS :) ), więc należy wiedzieć, kiedy nie warto przesadzać. ;)

Trwałość: ponad dwunastogodzinna, i to z zapasem

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna (oraz aromatyczna)

Skład:

drewno gwajakowe, drewno cedrowe, drewno sandałowe, kora brzozy, cade [czymkolwiek w tej chwili jest ;) ], mech dębowy, kastoreum, ambra, labdanum, wetyweria, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.wallpapersbuzz.com/winter/winter-road-through-the-woods.html
2. http://peacefullwarrior.wordpress.com/2008/01/09/lunar-tree-calender-beth-luis-nion/

piątek, 16 marca 2012

O sobie samej

Jestem zła i straszna. Poważnie.
Kto nie wierzy, niech zajrzy TU. ;) Wszak, jak stwierdziła Pewna Pani, "(...) tagując Cię czuję się jak molestator. I jak molestator prawdziwy - i tak nie umiem się powstrzymać. Tylko tak ściemniam i owijam w bawełnę, żebym była kryta w razie jakby Ci się tak nie spodobał. Bo wiem, że ogólnie nie lubisz. Ale to jest silniejsze ode mnie (...)" :>
Po takim wstępie mogę zrobić tylko jedno: przyłączyć się do zabawy. [Aczkolwiek z zastrzeżeniem, o którym nieco później]

Więc do rzeczy!
Zaproszona przez Sabb oraz Dominikę z Pachnącego blogowania, przedstawiam Wam moje


Siedem grzechów głównych


Pycha, czyli który kosmetyk daje Ci najwięcej pewności siebie?



Kosmetyk? Pewności siebie?
Teoretycznie na usta cisną się słowa lekceważące i z lekka ośmieszające tak postawione pytanie, ale... zastanówmy się. Choć żaden przedmiot nie może - a nawet nie powinien - zastępować naszych zasobów asertywności, zdecydowania, odwagi cywilnej bądź jakiejkolwiek innej, to istnieje przecież kilka czynności, które sprawiają, iż czujemy się najbardziej komfortowo a tym samym - stają się katalizatorami wspomnianej pewności siebie. :) Bywa tak. Czasami wystarczy dobrze zrobiony makijaż, odpowiednie perfumy lub zwykła pewność, że gdzieś w torebce mamy schowaną paczkę chusteczek higienicznych lub tampon/podpaskę "na wszelki wypadek". Świadomość, nic więcej.
Lecz najbardziej oczywistym z działań tego typu jest zwyczajne, codzienne dbanie o higienę. Pewność, że nie otacza nas przeurocza aura zaschniętego potu, z naszych głów nie osypuje się łupież (czy przetłuszczenie włosów nie odstrasza rozmówców) a z ust nie wydobywa się przykry zapach. Podstawowe minimum komfortu. :)


Chciwość, czyli najdroższy kosmetyk, jaki kupiłaś oraz najtańszy, jaki posiadasz



Myślę, że nietrudno zgadnąć. ;)
Najdroższe są perfumy, najtańszy kosmetyk mam w domu całkowicie za darmo. Właściwie są ich aż trzy.
Pierwszy, najbardziej dosłowny to miód od spokrewnionych pszczelarzy, znakomity jako balsam do ust. Dwa kolejne to błogi sen aż do całkowitego wyspania oraz śmiech, spontaniczny i szczery. Nic prostszego a ile radości dają! :)


Nieczystość, czyli jakie atrybuty uważasz za najatrakcyjniejsze u płci przeciwnej?



W ramach, jakże miłego moim uszom hasła "brainy is the new sexy" [na Fejsie powstała już nawet grupa pod taką nazwą ;) ] cenię narząd, dzięki któremu pojęcie atrakcyjności w ogóle istnieje: mózg. Żywa inteligencja jest tym, co sprawia, że dany osobnik z "ciacha" przekształca się w obiekt poważnego zainteresowania. :)
Lecz równie ważne są poczucie humoru (mężczyzna, z którym nie można pośmiać się z absurdów codzienności, jest do bani) oraz silny charakter. Jednak nigdy nie może przejawiać się jako maczyzm, tendencje autorytarne albo przymus nieustającej rywalizacji, ze wszystkimi i o wszystko. Tak po prawdzie uważam, że są to cechy, które charakteryzują niemal wyłącznie mężczyzn słabych, którzy ciągle muszą udowadniać światu swoją siłę i męskość; lecz punkt dotyczy czego innego.
Tak więc: inteligencja, poczucie humoru, mocny charakter. Oraz uroda, rzecz jasna. Bez urody nie ma "przypraw". ;)


Zazdrość, czyli jakie kosmetyki lubisz dostawać w prezencie?



Nie bywam zazdrosna o kosmetyki. Czy to w ogóle jest coś, czego warto zazdrościć?
Nie znaczy to jednak, iż otrzymywanie urodowych prezentów nie sprawia mi przyjemności. :) Mam na myśli jednak urodę wewnętrzną. ;) Zaś do jej pielęgnacji najlepiej nadaje się literatura. I takie właśnie kosmetyczne prezenty przyjmuję z największą radością, odkąd pamiętam.


Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu, czyli jakie produkty są Twoim zdaniem najpyszniejsze?



Czy Wam również się wydaje, że pytania przetłumaczone są z języka angielskiego? Czy też to tylko ja słyszę "most yummy" zamiast "najpyszniejsze"? :) Ponieważ po polsku ten podpunkt nie ma najmniejszego sensu. N-no, może o tyle, o ile miód potrafi służyć za balsam do ust a plasterki ogórka za maseczkę. :D Lecz poza tym - kto z Was wcina mleczko do ciała, kto podgryza kule do kąpieli? ;)

Odpowiadając na pytanie zaś nadmienię, że lubię produkty pachnące czekoladą (np. od Farmony) lub substancjami o woni typu śmietanka kremówka, karmel, nugat, przyprawy korzenne... Z drugiej strony zahaczam o stany euforyczne po użyciu kilku produktów z Korresowej serii Kings & Queens: King Caspar Myrrh, Tsar Peter Tobacco, Queen Isabella Cinnamon Orange. Są wydajne i aromatyczne.


Gniew, czyli których kosmetyków nienawidzisz a które uwielbiasz? Który kosmetyk był najtrudniejszy do zdobycia?



Nie mam pojęcia, o co chodzi. Naprawdę. Nie dość, że żaden kosmetyk nie jest w stanie wzbudzić we mnie aż tak negatywnych emocji, to jeszcze nie potrafię powiedzieć, które są najgorsze a które najlepsze.
Nawet, jeżeli mająca zdziałać cuda maseczka przyprawiła mnie o zaczerwienioną mordę, to przecież nie jest jej wina! Już w ogóle pomijając fakt, że mszczenie się na posłańcu przynoszącym złe wieści wyszło z mody dawno temu. ;) Tak samo nie potrafię odpowiedzieć na pytanie o miłość do kosmetyków. Fakt, iż coś bardzo mi pasuje, fakt, że dane perfumy (bo o nie najczęściej chodzi) wzbudzają mój silny zachwyt, także nie ma z nimi czy ich producentem bądź dystrybutorem wiele wspólnego.
Za to wiem, jaki kosmetyk był najtrudniejszy do zdobycia. Black Afgano od Nasomatto. Którego musiałam zapragnąć akurat w chwili, kiedy (ponoć) wstrzymano produkcję owego boskiego pachnidła! Wkurzające są takie "muszmiecie", prawda? ;)


Lenistwo, czyli których kosmetyków nie używasz z lenistwa?



Przede wszystkim tych do makijażu. Wszystko jest lepsze od babrania się z tuszem osiadłym na wewnętrznej stronie dolnej powieki. ;) Poza tym zbyt rzadko stosuję peelingi, różnego rodzaju maseczki, płukanki czy co tam jeszcze. Pewnie podobnych "grzeszków" znalazłoby się dużo więcej, ale nie uważam, by wpędzanie kogokolwiek w poczucie winy z powodu zaniedbań w dziedzinie zbędnych czynności higienicznych mogło prowadzić do czegoś dobrego.
Dbanie o swoje ciało jest świetną, godną pochwały sprawą, o ile wiąże się z działaniami radosnymi i spontanicznymi. Zmuszanie kogokolwiek do, załóżmy, depilacji za pomocą plastrów z woskiem, w mojej opinii zakrawa na mały totalitarny idiotyzm. Wybaczcie ostrość sądów, lecz tak właśnie uważam.
Przede wszystkim świadomy wybór, radość i ochota. Taką motywację popieram, taką też sama stosuję. ;) Owczemu pędowi mówiąc zdecydowane "nie".


To chyba wszystko. Nie typuję do zabawy w spowiedź nikogo innego. Choć oczywiście mogę poprosić, by zechciała się doń przyłączyć każda osoba, która poczuje taką potrzebę. :)


* * *

Teraz pora na obiecane zastrzeżenie. ;) Specyfiką prowadzenia bloga o perfumach jest pozostawanie w kręgu osób o zainteresowaniach urodowo-kosmetycznych, które - w ich popularnym rozumieniu - nie są moją domeną. Nie "kręcą" mnie. Dlatego konieczność zmierzenia się z tagiem dotyczącym kosmetyków wymęczyła mnie bardziej, niż początkowo sądziłam. ;)

Był to też powód, dla którego wymyśliłam własną ankietę. Na temat, który naprawdę mnie interesuje. Z odpowiedziami, których sama byłabym ciekawa, podpatrując tagi innych blogowiczów.
Zamierzam zapytać Was o literaturę. ;) W tym celu wygrzebałam spod ziemi starą ankietę, którą podglądałam na wielu różnych blogach kilka lat temu. Oraz co nieco ją zmieniając.
Wszystko dlatego, że ciekawi mnie co, jak, kiedy i dlaczego czytacie. :)


Pomyślałam także, iż warto byłoby na postawione pytania dać wprzódy własną odpowiedź. Choćby po to, by zbyt szybko znów nie zostać otagowaną. ;)

O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Kiedy się uda. Może być do późnej nocy, może być rano, jeszcze przed wstaniem z łóżka (to, kiedy książka wciągnie mnie zbyt mocno ;) ) albo chwilka wyrwana ze środka dnia, w tramwaju czy pociągu.

Gdzie czytasz?
Chyba nieopacznie odpowiedziałam w poprzednim punkcie. :) Jednak prawda jest taka, że czytam wszędzie, nawet w wannie oraz przy jedzeniu. Choć to ostatnie to stara tradycja: cała rodzina siedzi przy stole wspólnie jedząc obiad oraz w pojedynkę podróżując po dalekich krainach (geograficznych lub umysłu, bez różnicy). Poczucia bliskości, jaką rodzi podobne doświadczenie, nie potrafi zastąpić byle jaka rozmowa o niczym. Zapewniam Was.

W jakiej pozycji najchętniej czytasz?
Pytanie jest tak uroczo absurdalne, iż nie mogłam go pominąć. ;) W jakiej? Najchętniej w ten sposób:


Poważnie zaś nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Wszystko, co ma okładki. ;) Bywało, że zagłębiałam sie w romanse oraz literaturę dla dzieci. Czytuję baśnie i literaturę faktu. Kryminały, fantastykę, baśnie i mity, leksykony, poezję... Pomiędzy Antropologią totalitaryzmu Barbary Olszewskiej-Dyoniziak a Pierścieniem i różą Williama Makepeace Thackeray'ego jest wiele, wiele przestrzeni.

Jaką książkę ostatnio kupiłaś/kupiłeś albo dostałaś/dostałeś?
Od jakiegoś czasu ciągnie mnie do literatury, której nie można sklasyfikować ani jako młodzieżową ani "dorosłą". Więc niedawno moja biblioteczka wzbogaciła się o dwie pierwsze części steampunkowego cyklu Lewiatan autorstwa Scotta Westerfelda: Lewiatana oraz Behemota a także o Zatrute ciasteczko, czyli pierwszą część Alana Bradleya cyklu o małej detektywce Flawii de Luce.

Co czytałaś/czytałeś ostatnio?
O tym mówi małe okienko na mojej stronie. ;)

Co czytasz obecnie?
Wspomnianego Lewiatana i - choć chwilami wizja Westerfelda wydaje się tak odjechana, jak to tylko możliwe, bawię się doskonale! :)

Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Nie zaginam rogów, choć nie wynika to z jakiejś szczególnej miłości do literackich artefaktów, po prostu zakładka nie zostawia śladów. ;) A używam do tego celu czegokolwiek, co nie brudzi. W tej chwili za zakładkę służy mi awizo od firmy kurierskiej, złożone na cztery części.

E-book czy audiobook?


Raczej to pierwsze. Książka elektroniczna, choć czytanie jej za pomocą "dużego" komputera przyprawia o stwardnienie karku, znakomicie nadaje się do użytku w gadżetach typu tablet a tym samym - do dyskretnego wykorzystywania dosłownie wszędzie. To dużo bardziej poręczne, niż codzienne noszenie ze sobą kilku książek "na zmianę". ;)

Jaka jest Twoja ulubiona książka z dzieciństwa?
Trudno powiedzieć. Muminki, baśnie świata, zwożone do domu przez całą rodzinę, Mity greckie i rzymskie, Dzieci z Bullerbyn, cykl o Ani z Zielonego Wzgórza [dziś zadziwia mnie, jaki wkład ma on w uspołeczniające pranie dziecięcych mózgów ;) ], urocza bajka o króliku imieniem Chrupek... Trochę tego było. ;)

Którą z postaci literackich cenisz najbardziej?
Teoretycznie Lisbeth Salander, aczkolwiek niemiły jest mi fakt, iż całą swoją siłę szwedzka hakerka czerpała z traum, których życie jej nie szczędziło. Chociaż reakcja taka jest godna najwyższej pochwały, zauważam też pewną jej podbramkowość. I nie wiem, czy gdyby mała Lisbeth dorastała w cieplarnianych warunkach własnego domu, przy boku kochających ją i siebie nawzajem rodziców, gdyby szła przez życie otoczona rodzeństwem oraz przyjaciółmi również byłaby tak wyrazistą, krystaliczną wręcz postacią.
Dzięki czemu tym bardziej doceniam pomysł Larssona, by uczynić bohaterkę właśnie taką, jaką chciał.


To wszystko. Teraz należy rozesłać TAG-ową zarazę do pięciorga wybranych blogerów i zawiadomić ich o tym za pomocą komentarza.

W moim przypadku "wybrańców" będzie szóstka:

Sabbath, za jej miłość do łańcuszków. ;) Poza tym niezmiernie ciekawią mnie jej gusta literackie.
Fqjcior; wiem, jakie zapachy lubi, wiem też, czego słucha. Nie wiem, co lubi czytać. :)
Dominkab; a jak odpisze, że nie czyta, bo nie ma czasu, to ukatrupię. Jak mi życie miłe, ukatrupię! ;))
Trzy Ryby; tu ciekawość wprost wyżera mi mózg od środka. ;)
Domurst, który wyznał kiedyś, że czyta w kolejności alfabetycznej. Przy której literze jesteś? ;)
Anna Maria, która o książkach pisze co chwilę, jednak swoje prywatne pasje czytelnicze ujawnia zdecydowanie zbyt rzadko. :)

To tyle. Proste, czyż nie? ;) Teraz, w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, idę zrobić obiad. :D
___
Dziś Carbone od Balmain.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.kaboodle.com/reviews/apt.-9-lifestyle-bath-coordinates
2. http://fineartamerica.com/featured/vintage-perfume-bottles-john-rivera.html
3. http://www.igre123.com/forum/tema/photografi/24816/2
4. http://zapiskinastronie.blox.pl/2010/05/Jennifer-Zwick-The-Reader.html
5. http://delialicious.wordpress.com/2012/01/06/chocolate-indulgence/
6. http://www.asianjobportal.com/2010/11/5-tough-interview-questions/
7. http://500px.com/photo/182828
8. http://www.rubywildflower.com/2011/03/14/what-your-reading-style-says-about-you/
9. http://friendsofspl.wordpress.com/2010/09/11/summer-reading-wrap-up/
10. http://teen-reading-club.wikispaces.com/**WELCOME+PAGE**

środa, 14 marca 2012

Rzecz o kwiatach i słońcu

Czyli o wiośnie, która zbliża się coraz większymi krokami.


Pachnie ona jasnością, wykwitem zieleni, euforią świeżości oraz radosnej, kwiatowej słodyczy. Pani Wiosna postanowiła, że w roku 2012 przybierze postać Sol-Sun marki Ramon Molvizar. :)
I będzie czarować prostotą nut oraz nieskomplikowaną, czystą radością. Będzie wlewać się przez okna oraz wpełzać przez szpary, obejmując rządy nie tylko nad światem przyrody, lecz również nad ludzką cywilizacją oraz naszymi umysłami. Wiosna, pora radosna. ;)

I choć ostentacyjnie luksusowy entourage marki, delikatnie mówiąc, odstręcza chciałabym niniejszym dołączyć do grona osób miło zaskoczonych jakością, skrytą w przetykanych złotem (dosłownie) odmętach pachnideł Ramon Molvizar.
Samo Sol natomiast znajduję jako zapach stworzony bez werwy, w sposób ewidentnie zachowawczy [kto szuka flirtów i prowokacji w zabawie stereotypami płciowymi - albo po prostu dziwności i silnego indywidualizmu, dozna zawodu], nie wnoszący do współczesnego perfumiarstwa niczego nowego lecz, na Peruna!, jakże przyjemny! ;) Optymistyczny, bezpretensjonalny, pozbawiony śladów afektowania. Bardziej dziewczęcy niż kobiecy, ale za to do ostatniej cząsteczki przepełniony radością życia, i to wysoce skoncentrowaną. ;)

Zastanówcie się tylko. Czy mieszanina kwiatów z euforyczną, soczystą roślinnością - nawet nie zieloną a tylko seledynową - może budzić zniechęcenie?


Nie u mnie. :) Nawet ja potrafię docenić lekką, pełną czaru łagodność. Zresztą w przypadku Słońca docenianie nie przychodzi z trudem. ;)

W otwarciu świeży, soczysty, ozonowy, kwiatowo-cytrusowy, rozpostarty między lekkością lotosu i orchidei a miękkim, niezwykle "kobiecym" ujęciem cytrusowych ekstraktów, podrasowany subtelnym tchnieniem róży oraz rozrzedzonego soku imbirowego (który pobudza, chociaż z jego "wyjściowej" ostrości wiele się nie ostało), raduje oraz powoli zmienia się w prawdziwy endorfinowy koktajl.
Z czasem cytrusy i imbir wyruszają na przechadzkę, my zaś zostajemy w towarzystwie swobodnych, lekkich ozonowych kwiatów. Obok wspomnianych akordów lotosu i orchidei rolę wzmacniacza zręcznie i z satysfakcją przejmuje zielonkawy jaśmin (kojarzycie Jasmin Noir od Bulgarich?) Wkrótce zresztą wraca róża, która trzyma się z tyłu, wspierając środkowe oblicze kompozycji niczym szkielet. Który w miarę upływu czasu zostaje wzbogacony o jeszcze większą ilość słodyczy, równie świeżej co poprzednicy, znakomicie sklejonej z kwiatami. Dosyć szybko (jak na bazę) ukazuje się także ciche, świetliste aczkolwiek nieco mydlane piżmo. Jeżeli jednak przypuszczacie, iż ostudzi ono moje zapały, to jesteście w błędzie. ;) Ponieważ ów akord do reszty Sol zwyczajnie i bez zbędnego gadania - pasuje. Jak puzzel włożony w odpowiednie miejsce. Nic nie mogłoby zastąpić pełnej białego światła czystości, którą ów składnik ze sobą niesie. Równie dużą rolę odgrywają nuty drzewne; ciepłe i gładkie podobnie do reszty bohaterów mojej dzisiejszej opowieści. Śmietankowy sandałowiec, kilka drzazg świeżo ściętego cyprysu a przede wszystkim fikcyjny aromat drewna kaszmirowego, słodko-różano-balsamicznego.

Wszystko to układa się w jedyny w swoim rodzaju krajobraz wiosny w pełnym rozkwicie, żywego ataku bujnej zieleni, przetykanej kielichami słodko pachnących kwiatów i wabiącej ku sobie nie tylko miłośników Botticellowej Primavery. :) Czarodziejsko poskładanej, na poły dosłownej oraz iluzorycznej, gdzie granice między Prawdą a Fałszem zatarto tak, iż próby odszukania ich zakrawają na iście prometejską, uporczywą głupotę.

Mam wobec Sol-Sun tylko dwa drobne zarzuty. Pierwszym jest średnia trwałość oraz pewna narowistość wody powodująca, że jej woń z mojej skóry ucieka, by następnie wrócić i skryć się znowu, jak aromat naturalnych fiołków. :) Co idealnie pasuje do mojej wiosennej wizji, za to utrudnia testowanie. Drugim zarzutem są drobinki złota pływające wewnątrz flakonu; świetne, by odbijać drogocenne promienie słońca lecz jednocześnie podnoszące cenę flakonu do poziomu, który przekroczyć się lękam. Lecz to wszystko. Sol zachwyciło mnie, tak szczerze. Może nie na całe sto mililitrów, ale kto wie...? :) Sprawianie światu niespodzianek lata temu zdążyło wejść mi w krew. ;>

Rok produkcji i nos: 2010, Ramón Bejar

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, bardzo plastyczny oraz przyjazny; nie stwarza kłopotów, nie ciągnie się bardzo poza naszą skórę, więc nadaje się świetnie na dosłownie wszystkie okazje.

Trwałość: w okolicach sześciu godzin, może trochę dłużej

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-świeża

Skład:

Nuta głowy: imbir, bergamotka, cytryna
Nuta serca: orchidea, jaśmin, róża, lotos
Nuta bazy: trzcina cukrowa, nuty drzewne, piżmo
___
Dziś Grev od Slumberhouse.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.imagenesamor.net/wallpaper/dialluvioso/
2. http://www.flash-screen.com/free-wallpaper/20-hand-painted-spring-vector-illustration-wallpapers-fill-your-desktop-with-breath-of-spring/

poniedziałek, 12 marca 2012

Róż i już!

Takie mam skojarzenie i powiem Wam, że niespecjalnie mi ono odpowiada. ;) Lecz cóż poradzić? Walka z synestezją przypomina walkę z wiatrakami. I śmiesznie, i strasznie, i niepotrzebnie.
Więc: różową barwę przybrały w mojej wizji dwie wody So Elixir od Yves Rocher i to właśnie im chciałabym poświęcić dzisiaj kilka zdań.


Jako pierwszą wybrałam wodę toaletową mimo, że powstała później, jako lżejszy ekwiwalent wody perfumowanej. Właśnie. Zapewne nie będzie tajemnicą, iż to właśnie So Elixir edt przypadł mi do gustu w znacznie mniejszym stopniu. ;) Choć lekkości, jak również wynikającego zeń swoistego uroku, nie sposób mu odmówić.

W apetycznym, choć nieznośnie już zgranym otwarciu, dominuje charakterystyczna nuta osłodzonego paczuli, oranżady, która ostatnimi czasy doprowadza mnie do konwulsji. ;) Jednak omawiana kompozycja ma w sobie coś, dzięki czemu reaguję lekkim tylko znudzeniem i z ochotą zagłębiam się w dalszą opowieść. A może to po zwykłe przedwiosenne przesilenie i potrzeba słodyczy...? ;) Nieistotne.
Grunt, iż za duetem suchych, nieco czekoladowych listków paczuli unurzanych w konfiturze różanej postępuje lekki akord cytrusów (spis nut każe myśleć o bergamotce, ja podejrzewam raczej klementynkę i cytrynę) płynnie przechodzących w kwiatowe nuty wodne. Dalekie od deklarowanego jaśminu, gdyż wyczuwam prędzej coś w stylu magnolii, może nenufarów (prosto z Nocy i dni ;> ), słodyczy kwiatowej i lekkiej zarazem, zręcznie tuszującej paczulowy ciężar.
W ostatniej fazie paczuli i róża odbywają krótki taniec z akordami ozonowymi, wzbogaconymi kilkoma ziarnami pieprzu, kręcą na skórze króciutki piruet i - znikają.
pozostawiając po sobie ślady tak słabe, że aż żadne, kilkakrotnie rozmyte, sterane życiem słabowinki. ;) Niestety, trwałość oraz baza dyskwalifikują So Elixir eau de toilette. Odtąd nie zamierzam zawracać sobie nim głowy.


Inaczej mają się sprawy z wersją pierwotną, cięższą, bardziej zmysłową oraz znacznie mocniej oranżadkową.
I to jest dopiero zagadka! ;) Ponieważ So Elixir eau de parfum musuje wytrwale przez cały okres swej bytności na ludzkiej skórze. A jednak trudno zaprzeczyć jego finezji, pełnemu słodyczy, radosnemu błogostanowi. Oraz daleko mniejszej dosłowności. Edp więcej skrywa niż ujawnia, cieszy atmosferą pozorów bądź brakiem skupienia na leciuteńkim szczególe.

Pobudza zmysły najpierw gęstą słodyczą, wynikłą z przemieszania akordów suchego, czekoladowego paczuli z konfiturą z płatków róży [tak, otwarcie w obu przypadkach jest niemal bliźniacze, choć w edt oczywiście bardziej przestrzenne], by później przejść ku niemal lepkiej, kuszącej paście z uwertury, podrasowanej dodatkiem ciepłych żywicznych grudek, które za wspomnianą lepkość odpowiadają. Zjawia się również jaśmin pod postacią znaną z Miroir des Envies Muglera bądź Jeux de Peu Lutensa, czyli pospołu cukierniczy oraz "gorąco-żelazkowy". Wyobraźcie go sobie w towarzystwie paczuli, róży oraz żywic, które lada moment zaczną się spalać, by ulecieć w świat jako kadzidło. Czyż to nie jest piękne? :) A z upływem czasu, kiedy dym znika, róża z jaśminem odchodzą w dal, pozostawiając po sobie już bliżej nieokreśloną słodycz paczuli, przenikającą się wzajemnie z lekko słoną, skórzaną bergamotką. Wówczas jestem zadowolona. Nic to, że moc So Elixir edp ma w bazie znacznie ograniczoną, nic to, że aby poczuć tę słodycz i tę skórę słoną trzeba jeździć nosem po własnej powłoce. Nic to.
Mnie ta kompozycja i tak zachwyciła!

Lecz czy na tyle, by pokusić się o flakon...? Może, kiedyś. Kto wie? :)

Obie wody zaś, choć znakomicie wpisujące się we współczesne realia rynku, mimo że - delikatnie mówiąc - powielają zgrane schematy; i tak zwracają uwagę. W sposób niedający się racjonalnie wyjaśnić, na poziomie instynktu. Czuję po prostu, że w pewnych sytuacjach mogłabym pachnieć SE edp, które dopełniałoby mego wizerunku. Tak przypuszczam.. ;) Chcąc zakończyć trzeźwo nadmienię, iż - jak zwykle w przypadku Yves Rocher - atrakcyjna cena idzie w parze ze świetną jakością. Tak po prostu.


So Elixir eau de toilette

Rok produkcji i nos(y): 2010, Marie Salamagne, Olivier Cresp oraz Jacques Cavallier

Przeznaczenie: lekki, zabawny kobiecy zapach. Niezobowiązujący oraz szybko zlewający się otoczeniem, zatracający na jakości. Co czyni go idealnym zapachem dziennym na czas, gdy nie powinniśmy zwracać na siebie uwagi.

Trwałość: w porywach do pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, bergamotka
Nuta serca: jaśmin, róża
Nuta bazy: bób tonka, paczuli


So Elixir eau de parfum

Rok produkcji i nos(y): 2009, Marie Salamange, Olivier Cresp oraz Jacques Cavallier

Przeznaczenie: zapach ciepły i bardzo ładnie stapiający się ze skórą; ciężki, aczkolwiek idealny zarówno do praczy czy szkoły, na romantyczny wieczór jak i na bal w operze. ;) Więc wyważony; a do tego początkowo o dużym sillage, z czasem coraz bliższy skórze.

Trwałość: od ośmiu do ponad dziesięciu godzin (latem)

Grupa olfaktoryczna: orientalno-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka
Nuta serca: jaśmin, róża
Nuta bazy: bób tonka, paczuli, kadzidło
___
Jeszcze Praline de Santal od PG, ale zaraz wskoczę w Obsession Kleina. A co! ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://favim.com/image/177300/
2. http://www.flickr.com/photos/missnita/455625669/

piątek, 9 marca 2012

Ponad pół


Tyle okazów z autorskiej kolekcji Pana ze zdjęcia powyżej zamierzam dziś opisać. ;) Czyli słów kilka o dziełach Marka Buxtona, z których mnie podoba się... No właśnie.
Może dla bezpieczeństwa wybiorę porządek alfabetyczny. ;)

Lecz nie popadajmy w paranoję. Wszystko po kolei.
Dużo ilustracji, mniej tekstu. Odchudzam go; bom zmęczona. :)


Na pierwszy ogień wystawia się English Breakfast. Kto myśli o ciężkim, kalorycznym posiłku z kilku rodzajów smażonego mięsa, fasoli, pomidorów, jajek oraz tostów, jest w błędzie. Ponieważ brytyjski perfumiarz celowo zadrwił z najbardziej oczywistego skojarzenia użytkowników kultury. :)
EB w ujęciu Buxtona ma oddawać wizję Anglika, który w porannym pociągu do Kioto wsuwa na śniadanie sushi czy sashimi.
Do pewnego stopnia zresztą udało się zachować coś z ducha aromatów rzeczonych dań, rzecz jasna bezwzględnie świeżych oraz stworzonych wprawną ręką. Lecz to dopiero w bazie, suchej, przejrzystej i nie-rybiej. ;) Wcześniej jednak English Breakfast w moim odczuciu stapia się ze staranniejszym, mniej dosadnym Light Blue od panów Dolcego i Gabbany. Tak, tak. Nic odkrywczego.
Najwyżej co nieco przypraw (z imbirem i kolendrą na czele) bądź żywic, jakieś kwiaty. Oraz kawa, dobrej jakości ale zimna. Potem dopiero suche, upudrowane drewno cedrowe, podrasowane akordami ostrymi i metalicznymi zaś złagodzone wonią nagietków. Co w sumie - jakimś cudem - układa się w powidok sztandarowego dania Japonii.
Nie dla mnie on.


Nieco inaczej mają się sprawy z Hot Leather.
Choć, tak samo jak w przypadku poprzednika, marketingowe opowieści sobie a moje wizje sobie. :) Ponieważ nie jestem w stanie przyjąć za dobrą monetę opowieści o nocnym życiu Paryża w czasach największej popularności Moulin Rouge. Może o tyle, o ile mój mózg tworzy obraz czegoś ciemnego i fikuśnego, uroczych kobiecych mebli w zdecydowanie mało pensjonarskiej kolorystyce. :)
Tak więc jest Hot Leather zabawą z konwencją, uroczym żartem z irysowym, metalicznym pudrem okrywającym jaśminowo-mandarynkową słodycz, skórą wyeksponowaną na zielonym ciele bergamotki, cedrem podbitym kolendrą tudzież wygładzonym dodatkiem wanilii. Z powracającym jaśminem w bazie.
Całość jest niekoniecznie bliska skórze oraz dosyć przyjemna. Jakkolwiek nie byłabym w stanie zużyć nawet małej odlewki, o całym flakonie ledwie wspominając.


Kolejną kompozycją jest rzekome ucieleśnienie spokoju, narastającej błogości, jaka ogarniać ma podczas wakacji nad jeziorem Como, gdzie możemy celebrować jedność żywiołów drzew oraz wody. Nie wiem, nie byłam, nie wypowiadam się. :)
Jestem za to pewna, iż akordy drzewno-ozonowe w Nameless oddane są w sposób niezwykle udany, który - choć go nie trawię - potrafię docenić. Niestety, aby to stwierdzić należy wprzódy dosłownie zlać się perfumami. W ilościach mniejszych z bogactwa nut nie pozostaje wiele ponad aromat papieru rozmoczonego w zwietrzałym spirytusie (mam wrażenie obcowania z kiepską podróbką iso e super ;) ).
Nie potrafię też opowiedzieć wiele na temat Bezimiennego. Albowiem, o ile w przypadku EB byłam w stanie wznieść się ponad własne skojarzenie węchowe, tutaj cała dobra wola opuszcza mnie w przedbiegach. Zamiast omawianego dzieła czuję... Bois d'Ombrie z niewielką domieszką Light Blue (ponownie). I nic ponadto.
Prawie-trauma.


Jako ostatnie na mojej liście lądują Sounds & Visions.
W ich przypadku także doświadczam swoistego déjà vu. Ponieważ w otwarciu ów twór powstały ku czci piękna lasów oraz tańców na polanie (vicca lub zjawiska pokrewne? ;) ) przybiera postać 'odsłodzonej', męsko podrasowanej Euphorii [tak, tej słynnej, w obrzydliwej różowej flaszce] lub... Fever pour Homme od Celine! :) I - chociaż zapowiada się tak samo dobrze, sprawia mi równie duży zawód. Ponieważ, identycznie co w przypadku Fever, akordy przyprawowo-drzewno-kwiatowe, wetyweria z gwajakiem i palisandrem, i kadzidłem, i paczuli a nawet benzoesową skórą zmienia się w bliżej nieokreśloną pastę, mączącą sztucznym oraz wymuszonym zakończeniem.
Sounds & Visions potencjał miały kolosalny, jednak moja skóra wyczynia z nimi wszystko, co najgorsze, sprowadzając nawet nie do parteru lecz bez mała do sutereny. ;) Naprawdę przykre.
Wrażenie poznawczego dysonansu nie zamierza mnie opuszczać.

Co właściwie należałoby odnieść do wszystkich znanych mi dzieł z autorskiej kolekcji Buxtona. Doceniam nietuzinkową świeżość jak również nowoczesny sznyt, lecz nie potrafię ich zrozumieć; ni zaakceptować. Na dłuższą metę męczą mnie i drażnią. Jakkolwiek mam świadomość, że wina nie leży po stronie żadnego z pachnideł ani ich twórcy. To mój odbiór deformuje je bez litości, niczym krzywe zwierciadło wiązki światła. Z perfum czyniąc ich własne karykatury.
Chyba nigdy ich nie polubię. Mimo tego chciałabym podziękować Jaroslavovi za dostarczenie materiałów testowych. :)


Wszystkie wody trafiły na rynek w roku 2008, zaś ich twórcą jest jedna osoba. Pozwólcie więc, że pominę dziś pierwsze podpunkty podsumowań.

English Breakfast

Przeznaczenie:
zapach typu uniseks, z przechyłem w męską stronę. Dla fanów radosnej świeżości, zdrowego trybu życia oraz biznesowych podróży. ;) Poważnie zaś na dzień, dla osób, które nie lubią, jak zapach pałęta się kilometrami po świecie. :)

Trwałość: około siedmiu godzin, może trochę dłużej

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-świeża

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, pomarańcza, imbir, kolendra, pieprz, geranium
Nuta serca: galbanum, jaśmin, gardenia, nagietek
Nuta bazy: drewno cedrowe, paczuli, wetyweria, labdanum, benzoes, jodła


Hot Leather

Przeznaczenie:
zapach typu uniseks, nieprzesadnie bliski skórze; na wszelkie okazje... chyba. ;)

Trwałość: około ośmiu-dziewięciu godzin


Grupa olfaktoryczna: drzewno-skórzana

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, inne cytrusy, kolendra
Nuta serca: kłącze irysa, jaśmin
Nuta bazy: wanilia, drewno cedrowe, paczuli


Nameless

Przeznaczenie:
dla przesadnie nowoczesnych acz ortodoksyjnych miłośników świeżości. Na bodaj każdą okazję i bliski skórze (czasem aż za bardzo ;) ).

Trwałość: żadna albo - przy oblaniu ciała - w granicach sześciu albo siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: kwiat pomarańczy, lawenda, kardamon, mandarynka
Nuta serca: cynamon, goździki (przyprawa), kawa, jaśmin
Nuta bazy: benzoes, labdanum, ambra, drewno cedrowe, drewno gwajakowe, inne nuty drzewne, paczuli


Sounds & Visions

Przeznaczenie:
uniseks ze wskazaniem na kobiety (tak przypuszczam); bliskoskórny oraz całkiem bezpieczny, gdyż umyka otoczeniu. Idealny na okazje, kiedy nie powinniśmy zbytnio epatować zapachem.

Trwałość: około pięciu albo siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, kardamon, imbir, pieprz
Nuta serca: gałka muszkatołowa, jaśmin, róża, brazylijski palisander
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, drewno gwajakowe, paczuli
___
W tej chwili otulają mnie cudne opary Wild Tobacco od Illuminum [wreszcie z własnej flaszki, jupi! :) ].

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.mimifroufrou.com/scentedsalamander/2008/10/mark_buxton_metamorphoses_of_c.html
2. http://www.iheartmyart.com/post/2093157670/zadok-ben-david-evolution-and-theory-1999
3. http://stylecrave.com/2008-10-30/black-leather-william-blake-couch-affordable-luxury/
4. http://travelblogadvice.com/technical/how-to-optimally-configure-all-in-one-seo-pack-for-your-travel-blog/
5. http://realtravel.com/dp-37652-463791-olkhon_island_photos

czwartek, 8 marca 2012

Na Dzień Kobiet o mężczyznach - i nie tylko

Jako osoba o zainteresowaniach nieco, hm... sprzecznych, zaglądam w różne miejsca. :)
Jednym z nich jest blog o polskim wojsku w Afganistanie. Tłumaczę sobie, że biorę przykład z Józefa Czapskiego. ;) Ten, jako jawny homoseksualista w dojrzałym wieku wziął ślub z wieloletnią przyjaciółką, zaś jako zdeklarowany pacyfista ochotniczo walczył w dwóch wojnach (z jednej "wyniósł" nawet Virtuti Militari). Czy można dziwić się, iż w wielkim poprzedniku wyczuwam swego rodzaju bratnią duszę? ;)
W każdym razie: wczoraj na łamach strony ZAfganistanu.pl znalazłam taki oto smaczek, cokolwiek, hm... pachnący ;>

- No, panowie – czyściutki, pachnący jestem – młody, szczupły chłopak śmiał się zawadiacko, „wożąc” przy tym szeroko ramiona. – Wymyłem się wczoraj w Ghazni. Nie to co wy, trolle.

- Taa, uważaj, żeby ktoś ci w śpiwór nie wszedł – drwił kolega, który nie załapał się na patrol do „Gazowni”; nie miał więc okazji skorzystać z prysznica. – Pachniesz, jak jakaś laseczka… – dodał, po czym zaczął udawać nawąchiwanie.

Reszta towarzystwa ryknęła śmiechem, lecz „wymyty” nie dał się zbić z tropu. Nonszalanckim gestem wyciągnął papierosa z ust i leniwie wydmuchał dym.

- Zazdrościcie – odrzekł, zdeptał niedopałek i poszedł w swoją stronę.

No cóż, o gorący prysznic w Arianie rzeczywiście można być zazdrosnym. Do niedawna działało tu kilka „szałerów”, ale Amerykanie – którzy za kilkanaście dni mają przejąć bazę – mieli inny pomysł na miejsce, w którym stały. Kontenery odłączono i przeniesiono gdzie indziej. „Może dziś będą działać” – słyszę to już drugi dzień. (...)
ŹRÓDŁO


Nie wnikając w nic, co nie jest tematem niniejszego bloga, postanowiłam zamieścić powyższy fragment jako ciekawostkę; oraz dowód na to, że czystość - jak się okazuje - w dalszym ciągu bywa cnotą oraz cechą ze wszech miar pożądaną. ;) Nawet wśród zawodowych sadystów [wybaczcie określenie, nie mogłam się powstrzymać ;> ].
___
W tej chwili Santal de Mysore, ale zaraz wskoczę w Black Afgano. :>