niedziela, 30 września 2012

Już niedługo

Skoro wraca mi węch, właściwie mogę już planować przyszłe recenzje. ;)

Dlatego zapowiadam, że wkrótce czeka na Was i na mnie:


jedno niezbyt staroświeckie, niekoniecznie orientalne, nie całkiem drzewne ognisko,


jedno małe historyczne kłamstewko, kryjące wszakże całkiem przyjemną opowieść.


Jednak najpierw zamierzam zająć się zjawiskowym czarem Hollywood w dawniejszym stylu.



Wystarczy tylko do reszty przegnać nieżyt nosa. ;) Właściwie już nie mogę się doczekać!
___
Dziś pachnę jednym ze wzmiankowanych zapachów. ;)

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://fineartamerica.com/featured/sold-bonfire-charlie-mumah.html
2. http://www.franceattraction.com/louis-xvi-marie-antoinette.html
3. http://loveloovelooove.tumblr.com/post/5458457687/old-hollywood-glamour

czwartek, 27 września 2012

Bendonc młodom lekarkom...

"Bendonc młodom lekarkom, przyszedł raz do mnię pacjęt..." 

Jeśli mogę zacytować słowa legendarnego na Dolnym Śląsku cyklu radiowych skeczy z Ewą Szumańską i Janem Kaczmarkiem w rolach głównych. :)

Tak więc: bendonc młodom blogerkom perfumowaną, przyszedł raz do mnię katar. ;)

I niestety cholernik jeden, przyprowadził ze sobą lekki ból głowy oraz ogólne otępienie ciała (byle tylko nie umysłu ;) ). Tak więc zapowiada się kolejna przymusowa kilkudniowa przerwa.

Za to wrócę pewnie z czymś ciekawym.
___
Oud Mony di Orio czasem się jednak przebije. ;)

środa, 26 września 2012

Jaś bez Małgosi... i chatka czarownicy ;)

Poprzednia recenzja perfum od Rasasi okazała się co najmniej entuzjastyczna. ;) Słusznie, gdyż zapach zasługiwał na najwyższe pochwały. Logika nakazuje więc, by dzisiejsza notka stanowiła równowagę dla zachwytów. ;]


Z tego powodu nie zamierzam specjalnie się rozpisywać. Bo też i nie ma o czym. ;) Attar Al Mohabba for Men [czy też Male, co w końcu nie robi najmniejszej różnicy ;D ] to pachnidło złożone z kilku ton skrzących się, obficie lukrowanych, cieknących po brodzie i palcach arcysłodkim sokiem z owoców na skraju przejrzałości paczulowych akordów. Żeby jednak było męsko, doprawionych lekką pikanterią drewna sandałowego, którego zresztą i tak nie bardzo widać zza kolorowej sterty słodyczy, będącej koszmarnym snem chyba każdego stomatologa. ;)

Nie zrozumcie mnie źle, męskie pachnidła w stylu gourmand co najmniej doceniam - a najczęściej po prostu bardzo lubię. Nie mam nic przeciwko A*Menowi Muglera wraz z setką jego świty, Black XS Paco Rabanne'a, Blu Notte pour Homme Bulgarich czy Blue Sugar od Aquoliny. Attar Al Mohabba Male jednak skądś znam. To, moi Drodzy, B*Men skrzyżowany z 1 Millionem. Perfumy fajne zestawiono z wtórnymi, nieco słodkie z ulepem, popularne z mega bestsellerem. :]
Omawiany aromat nie zaskakuje niczym, to męska wersja paczulowej oranżadki, która tak męczy mnie w mainstreamowych premierach ostatnich lat. Jest tylko mocniejszy, bardziej wyrazisty, dosłowny, słodszy. Dużo, dużo słodszy.

"Podarunek dla kogoś, kogo kochamy"? Owszem, o ile siostra Małgosia ofiaruje flakon braciszkowi Jasiowi, nim wyprawi go do lasu, w stronę chatki złej czarownicy. ;)

Fajnie, że Rasasi stara się sprostać gustom europejskiej (czy amerykańskiej) klienteli, doceniam to. Choć na razie trudno, bym na ten segment ich produkcji spoglądała łaskawszym okiem. Może kiedyś rzecz się zmieni, nie wiem.
Póki co Attar Al Mohabba Male mnie odstręcza. Choć kolor ma ciekawy. :)

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach, w sam raz dla fanów wyrazistych słodkości, a więc właściwie uniseksowy :) Jako olejek ciężki, wyrazisty choć trzymający się tuż przy skórze. O okazjach Wam nie napiszę; ani słowa. ;P

Trwałość: ponad dziesięciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, neroli
Nuta serca: ylang-ylang, wanilia, jaśmin (wielkolistny?)
Nuta bazy: drewno sandałowe, styraks, piżmo
___
Dziś Oud Royal z Prywatnej linii Armaniego.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.advancedanime.com/displayimage.php?pid=358786

wtorek, 25 września 2012

Namiętność w stylu orientalnym

Spokojnie, nie będzie ani harlekinowych gniotów o romansach Amerykanek z arabskimi arystokratami ani wstrząsających historii matek, walczących o dzieci z bliskowschodnimi byłymi mężami. Ani w ogóle niczego w tym stylu.
Dlaczego więc 'namiętność'? Z powodu skojarzenia, takiego oto:


Tak po prostu brzmi tytuł powyższego obrazu. :)

Mnie owa pani kojarzy się bardzo zwyczajnie; z sennym wyluzowaniem, błogością wypoczynku, rodzajem okołosjestowej ociężałości w chwili, kiedy na zewnątrz domu jest zbyt gorąco, żeby myśleć o czymś istotnym. :) Tak po prostu. Bez usilnego doszukiwania się emocji. Orientalna błogość.
A kolorystyka, familiarna poza, intymność gołych stóp i ogólne "nieprzyzwoite rozchełstanie" [hłe, hłe, hłe]? One po prostu , podkreślają, że mimo wszystko jesteśmy daleko od chłodnego, europejskiego domu.

Namiętność przywodzi mi na myśl perfumy równie ciężkie, cielesny, przyjazne, ciepłe, pełne zupełnie niezobowiązującej, leniwej zmysłowości. Zapachem, jaki mógłby rozpościerać się w ożywającym dzięki wyobraźni słynnego wiktoriańskiego malarza [znacie wiele jego prac, jestem pewna ;) ] świecie, jest Rasha od Rasasi.

Arabska marka, o której ostatnio wiele słychać w rodzimej pachnącej blogosferze (dzięki pewnej perfumerii :) ) tworzy dzieła mogące śmiało konkurować z pachnidłami od Amouage. Oczywiście nie tyle jakością - choć czuję, że tu raz i drugi mogłoby spotkać nas zaskoczenie - co gatunkowym wysmakowaniem, eleganckim, bardzo dosłownym ciężarem. Mnie osobiście odpowiadającym bardzo.


Rasha okazuje się dobrym przykładem. Oto kompozycja bardzo dosłowna, klejąca się do ciała nie tylko dzięki olejowemu nośnikowi o konsystencji zawiesiny. Ciężka, słodkawa, o poszczególnych akordach sklejonych w całość tak jednolitą, iż trudno powiedzieć o niej coś więcej. Wiadomo tylko, że w otwarciu zachwyca słodyczą animalnej ambry, delikatnie podkreślonej przez ciężkie nuty owocowe, wpadające stopniowo w łagodny puch białych kwiatów. Przy czym ze wszystkich akordów "wyciągnięto na wierzch" te ich wonie składowe, które tylko mogą kojarzyć się z wydzielinami ludzkiego ciała; oczywiście w sposób na tyle ograniczony, by skojarzenia nie dryfowały w stronę "zapaszków" znacznie mniej ciekawych. ;)
Po kilku chwilach kompozycja traci nieco początkowej słodyczy, którą zastępuje suchy i ciepły drzewny akord. Lekko pikantny, choć w sposób niebudzący podejrzeń co do jego łagodności, rozgrzanej południowym powietrzem a leniwej (choć nigdy gnuśnej czy znudzonej). W jakiś subtelny sposób drażniącej powonienie, przywołującej ducha bliżej nieokreślonych zamorskich przypraw. Spis nut chce, by owym drewnem był sandałowiec. Nie wykluczam. :) Jak napisałam, naprawdę trudno jest nazwać po imieniu wirujące wokół mnie składowe molekuły zapachu. Wiem tylko, że jest mi przyjemnie. :)

Także po kolejnych kilkudziesięciu minutach, może nawet po dwóch godzinach, kiedy ta sympatyczna, łagodnie zmysłowa drzewność powoli zaczyna ustępować miejsca powracającemu akordowi plastycznej szarej ambry. Aż gęstej od cielesnych konotacji a przy tym ujmująco niewinnej [a może totalnie niezainteresowanej tym, co my zwykliśmy najczęściej ze "zmysłowością" kojarzyć?], statycznej aż do niedręczącej ociężałości, nasyconej, pełnej. A do tego okraszonej wytrawnymi żywicami, z mirrą, balsamem tolutańskim oraz leciutkim woalem zielonego galbanum na czele. Pojawia się też ciężka, tłusta mleczna woń. Skąd pochodzi? W tej chwili kompletnie mnie to nie interesuje.
Gdyż zajęta jestem kontemplowaniem ogółu wrażeń, jakie zapewnia mi Rasha, dziś bardziej drzewna i ambrowa, kiedy indziej w ostatniej odsłonie ukazująca jeszcze inną, różaną twarz.

Cudna mieszanina! Do tego w cenie, która czyni ją jeszcze bardziej atrakcyjną. Zamierzam nabyć Rashę. Kiedyś. Szybko. :)


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; wyczuwalny i silny choć trzymający się blisko ludzkiej skóry. Jeżeli będziecie uważać z aplikacją pachnidła, ono sprawdzi się w każdych okolicznościach. :)

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin, może troszkę dużej

Grupa olfaktoryczna: orientalna

Skład:

Nuta głowy: czarna porzeczka, tropikalne owoce
Nuta serca: jaśmin wielkolistny, kardamon
Nuta bazy: szara ambra (lub coś co bardzo, ale to bardzo ją przypomina), drewno sandałowe, akord laktoniczny
___
W tej chwili noszę to, o czym powyżej. I jestem w siódmym niebie. :)

P.S.
Za ilustrację posłużyła mi Namiętność pędzla brytyjskiego malarza, Franka Bernarda Dicksee, inspirującego się twórczością prerafaelitów. Jak wspomniałam w tekście, z pewnością znacie przynajmniej jedną z pozostałych jego prac, tylko możecie nie wiedzieć, kto jest jej autorem. ;) Ciekawe, czy podacie mi ich tytuły?

Pieprz na wodzie

...ognistej. ;D Choć nie tylko.

Dochodzi jeszcze akord pikantny, suchy choć świetlisty, w jakiś dziwny sposób ozonowy, słodki, jednak klasycznej słodyczy pozbawiony. Na wskroś nowoczesny. Młodzieżowy. Radosny.

Tak właśnie widzę Black, czyli najciekawszą (w mojej opinii) część serii Play od Comme des Garçons. :) Kompozycję pozornie spapraną, wybierającą drogę łatwizny. Po co?

Ano dlatego, by przyciągnąć młodzież. :) Tak przypuszczam. W końcu miłośnicy wód lekkich, ozonowo świeżych - i to z obu stron mainstreamowej perfumerii - powinni znaleźć coś dla siebie również w ofercie CdG. Coś, co by ich nie odstraszało. ;) Coś lekkiego, przyjaznego, teoretycznie znanego i udomowionego [dzięki Bang Marca Jacobsa na przykład] a jednak powoli nakierowującego na mniej mdłe za to bardziej ekscentryczne perfumowe obszary.


Nie bez przyczyny powołałam się na pierwszą męską kompozycję sygnowaną przez Jacobsa. Bum okazuje się bliskim krewnym Black: obie kompozycje łączy jednoznaczna pieprzowość ułożona na nutach niby-balsamicznych a podkreślona żywym, radosnym ozonowym wiewem, osadzającym dzieło w odpowiedniej (czyli naszej ;) ) epoce.


W Black jednakże główny składnik pojawia się w otoczeniu suchych, szykownych ziół i przypraw; takich, jak tymianek, z upływem czasu wzbogacony "nowoczesnym" wibrującym w nosie aromatem ostrych papryczek z lekką nutą goździkową, kiedy indziej zjawia się modny wkład z pieprzu różowego, wnoszącego pozbawioną refleksji lekkość. Później, kiedy akord ziołowy cichnie pojawia się mocna, olfaktorycznie jak zawsze wycofana, lekko gorzka czarna herbata. To ona łączy się z pieprzowymi ziarenkami w całość żywą, zrównoważoną; tyleż przemyślaną, co interesowną.
A wszystko przez wymuszony kompromis między radosną twórczością a marketingowymi kalkulacjami: "jeśli ma się sprzedawać, zapach musi być świeży. Szczególnie w dobie kryzysu, kiedy ludzie dwa razy liczą pieniądze, nim je wydadzą, ceniąc przede wszystkim wygodę oraz pewne inwestycje, także we własny imaż. Więc im to dajmy! Ale w takiej formie, by nie zniechęcić fanów naszych dawnych kompozycji. Wszak oni też wydają, przecież oni również oczekują". ;))

Mam wrażenie, iż tak właśnie powstał świeży pieprz herbaciany z Black. :) W dalszej chwili zresztą doprawiony akcentami paliwowego fiołka, świeżych, chłodzących soków z wierzby (które czasem, lecz rzadko, występują jako dziegieć :) ), nasyconej słońcem suchej wetywerii z cyprysem, jak również finalnego mchu dębowego o kumarynowych konotacjach. Do końca wczepionego w świeżość pieprzu z sokami goździkowej papryki oraz chłodną herbatą.

Kompozycja ładna, chociaż nie poruszająca. Daleka od generowania zachwytów, aczkolwiek bardzo przyjemna. Oto Comme des Garçons w kryzysowym wcieleniu. ;)

Rok produkcji i nos: 2012, Antoine Maisondieu

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o mocy niezbyt małej, choć nad podziw łatwej w pożyciu. Dla osoby uperfumowanej, jak również dla jej/jego bliskich. ;) Sillage raczej nie zachwyca, zapach otacza nas ścisłym woalem.
Na okazje dzienne.

Trwałość: od niecałych czterech do blisko sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: pieprz czarny, pieprz różowy, drewno pieprzowe (?)
Nuta serca: czarna herbata, tymianek, fiołek
Nuta bazy: kadzidło, drewno brzozowe albo dziegieć, mech
___
Dziś Noir od Toma Forda.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.kobieta.pl/gotowanie/przepisy-kulinarne/napoje/zobacz/artykul/pieprzowka/
2. http://www.freshnessmag.com/2010/07/15/comme-des-garcons-play-x-exi-t-pop-up-shop-hong-kong/

piątek, 21 września 2012

Nic nie muszę

Nie mogę być ani lepsza, ani gorsza; dobrze czuję się ze sobą i mam wrażenie, że Wam również w moim towarzystwie nie jest źle.

Nie, jeszcze mi nie odwaliło. ;) Więc ową deklarację przypiszcie, proszę, pewnemu miłemu zapachowi, z którego aż bije łagodna pewność siebie. Nic nie muszę, najwyżej chcę. :)
To Greyland od Montale.


Ujął mnie ten zapach, zainteresował pozorną mrocznością oraz chłodem, będącym jedynie atrapą niezbyt dosłownego, orientalizującego ciepła. Pachnidło okazało się tak przyjazne, naturalne ale i wytrawne, ze doprawdy trudno pominąć je milczeniem. :)

Internetowe plotki głoszą, jakoby Greyland miało przypominać słynne a nieodżałowane Gucci Pour Homme a także nie mniej dobre 2 Man od Comme des Garçons. Cóż, osobiście przychylam się raczej do drugiej ewentualności. Omawiane pachnidło kryje w sobie taką samą chłodnawą, kadzidlaną ziołowość, by z czasem podryfować w stronę znacznie cieplejszych przypraw na nieco metalicznej, drzewnej podstawie.
Składniki Greyland pomieszano tak doskonale, że czuję je jako jednolitą masę, pikantną, świdrującą przegrody nosowe, żywą ale również łagodną oraz wyciszającą. Skupioną na wsłuchiwaniu się w siebie, lecz nigdy egocentryczną. Zwyczajnie pewną siebie.

Greyland takie po prostu jest: po montalowsku ekspansywne, choć zdecydowanie mniej blisko- czy dalekowschodnie, niźli trzon jego perfumowej kolekcji. Ze świetnie rozpisanym trójgłosem czarnego i białego pieprzu [chyba gdzieś tam pojawia się nawet kilka ziarenek "pieprzu" syczuańskiego?], wetywerii oraz drewna cedrowego. A może raczej sandałowego...? Jak wspomniałam, trudno jednoznacznie ocenić, co w omawianej mieszance lgnie do czego - i dlaczego. ;) Na uwagę zasługuje również szczypiący w język imbirowy sok - z czasem przechodzący w akordy lekko pudrowe, przypominające raczej opiłki żelaza - wydelikacony słodkawym, szarym olejek drewna gwajakowego. Czy jest tam róża i skóra?
Wierzę, że tak. :) Tylko nie potrafię ich zlokalizować.

Naprawdę świetna, utrzymana w ciemnych barwach, pogodna kompozycja. Co tylko z pozoru brzmi jak sprzeczność. :)

Za próbkę Greyland chciałabym podziękować Aileen. :*

Rok produkcji i nos: 2008, Pierre Montale

Przeznaczenie: spokojny zapach typu uniseks. Świetny, bo introwertyczny. ;D O typowo montalowskiej mocy oraz sillage, z czasem redykującym się do wyraźnej aury.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: blisko dwanaście godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa

Skład:

imbir, pieprz, drewno cedrowe, drewno sandałowe, drewno gwajakowe, skóra, wetyweria, róża, piżmo

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://tailfeather.ca/2010/03/the-idea-of-hades/
Że quoi?? ;) Wszyscy nawijają o mhrroku a tylko dla mnie tego typu klimaty są łagodne i przyjazne? :o

Tymczasem na drugim blogu...

...znów powstało coś, czym chciałabym się z Wami podzielić.

Przyjemnej lektury to może nie życzę, jednak chciałabym, byście czasu spędzonego na czytaniu nie uznali za zmarnowany. :)

I pamiętajcie, proszę: to tylko luźne, spontaniczne przemyślenia. :)
___
Dziś Ambre Soie od Armaniego.

środa, 19 września 2012

Ciepło i chłód


Rozpoczęła się. Na razie półoficjalnie, jednak jeszcze kilka dni i pojawi się po raz kolejny. Jesień.
Może będzie chłodna i słotna, może złota, polska i słoneczna, zawsze jednak pozostanie preludium do zimy, porą wyciszenia, namysłu, nostalgii.
Najmniej dosłowną ze wszystkich polskich pór roku, najbardziej symboliczną.

Nawet perfumy chciałoby się dopasowywać do jej nastrojów. Przy czym dzień taki, jak dziś, deszczowo-pochmurny, choć nie zimny, nie zawsze mamy ochotę łączyć z pachnidłami miękkimi i przytulnymi, jednoznacznymi otulaczami, np. z grupy gourmand.
Czasem nachodzi nas na coś bardziej szorstkiego, żywego, odrobinę ironicznego.


Pamiętam, że swego czasu łączyłam tę piękną porę roku z Twill Rose od Parfums de Rosine, z Aromatics Elixir od Clinique czy też "czarnym" wcieleniem Manii Armaniego. A to tylko trzy przykłady z ogromnego morza pachnideł pięknie wtapiających się w oniryczny czar jesieni.
Kolejnym jest klasyczny zapach od Palomy Picasso, Paloma Picasso eau de parfum. :)

Kompozycja, w której czuć ducha lat 80. XX wieku, kiedy to ujrzała światło dzienne. Wobec tego należy do pachnideł wieloskładnikowych, skomplikowanych, nieco gorzkich, trudnych do zrozumienia.
Spośród bogatego asortymentu egzotycznych przypraw oraz kwiatów (głównie słodkiego ylang-ylang), spomiędzy stonowanych lecz dystansujących otoczenie (bez żadnych podtekstów ;) ) akordów cierpkiego cywetu, kastoreum czy paczuli z wetywerią wyziera ku nam spokojny, wykwintny niedzisiejszy szypr.

Początkowo wydaje się chłodny, raczej niezbyt przyjazny, o wiodącej nucie pikantnej kolendry ze skórzaną bergamotką oraz klasyczną dla dawnego perfumiarstwa nie-lemoniadową cytryną, która z czasem przeistacza się w bukiet goździków, neroli oraz mimozy. Wówczas też kompozycja powoli zaczyna nabierać ciepła.
Nigdy jednak nie stanie się łatwą w odbiorze, to w dalszym ciągu będzie ciepło jesienne, nienachalne, pochodzące raczej z koca i kubka gorącego napoju, niż z samej przyrody. Gdyż ta, smukła, zamykająca się w sobie, obojętnieje na świat ludzkich spraw niczym Demeter, uzależniona od swej biednej córki [i tak będącej tylko pionkiem w rozgrywce wujostwa]. Nie wnikając w temat głębiej muszę przyznać, iż Paloma Picasso edp znakomicie oddaje klimat historii o "strajku" greckiej bogini urodzaju.


Pasowałaby również do opowieści o lady Jane Grey, nieszczęsnej dziewięciodniowej królowej Anglii, dziewczynie, której nie dano możliwości jak najlepszego przeżycia ziemskich dni [jak każdej tudoriańskiej arystokratce i każdej kobiecie tamtej epoki zresztą]; podejrzewam jednak, że głównie dzięki filmowej interpretacji Trevora Nunna. ;) Paloma w podobny sposób kipi od emocji, lecz nie okazuje ich bez potrzeby, nie epatuje  nas swą wrażliwością, w jakiś niezwykły sposób pozostaje skryta, cierpliwa oraz mądra. Niczym filmowa Jane, prostolinijna oraz zakładająca dobre intencje całego świata. I na tym właśnie polega "chłodne ciepło" omawianej kompozycji.

W miarę upływu czasu, kiedy kwiaty powoli zbijają się w jednolitą masę, rezygnując z indywidualności, pojawiają się rudo-bure nuty przypraw, przemieszanych z uroczo niedzisiejszym sandałowcem, z równie staroświeckim pomieszaniem paczuli z wetywerią na spokojnej, ciemnosrebrzystej, wyważonej poświacie z cywetu a także kastoreum. Jeszcze później mieszanina staje się bardziej sucha, ujęta w nawias mchu dębowego, z akordami szyprowo-animalnymi, które spotkał ujednolicający poszczególne elementy los kwiatów, z przebijającym się tu i ówdzie ledwie wyraźnym waniliowym podmuchem czy spokojnym, leciutko mydlanym piżmem.
W Palomie wszystkie części składowe, choć dosłowne i dla postronnych trudne do przeoczenia, pozostają niedopowiedziane, nad wyraz spokojne, dyskretne. Co nie znaczy, że zahukane czy pozbawione ikry. Duch skryty wewnątrz flakonu po prostu doskonale zna swoją wartość - i wcale nie musi jej udowadniać, światu ani samemu sobie. Liczy się przede wszystkim spokój. :)

Rok produkcji i nos: 1984, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, jednak uważam, że upływ czasu powoli kieruje go w stronę uniseksu, jak np. Habit Rouge od Guerlain z drugiej strony skali. :) Dosyć wyraźna kompozycja, o mocy początkowo olbrzymiej, później zaś bliskiej ciału; zawsze jednak wyważonej, więc nie męczącej otoczenia.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach ośmiu-dziewięciu godzin (oceniam współczesną wersję zapachu)

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, kolendra, dzięgiel, goździk (kwiat), cytryna amalfi, róża, neroli
Nuta serca: ylang-ylang, mimoza, jaśmin, hiacynt, paczuli
Nuta bazy: drewno sandałowe, cywet, wetyweria, kastoreum, mech dębowy, ambra, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://artyzm.com/obraz.php?id=9162
2. http://fotogalerie.pl/fotka/2840731223931986s2,modraszek,Jesien-%28w%29.htm
3. http://wroclawski.blog-ogrodniczy.pl/2010/09/26/juz-jesien-2/

wtorek, 18 września 2012

Byłam, wąchałam

Wpadłam dziś na chwil kilka do centrum handlowego, gdzie odwiedziłam pewną francuską ekodrogerię oraz perfumerię mainstreamową o niemieckich korzeniach. Wąchałam, miejsca na przed- i ramionach do testów nie szczędziłam. ;) Wszystko po to, by zauważyć, co następuje:

Lancôme, La vie est belle

Paczulowa oranżadka po raz nie-wiadomo-który-ale-na-pewno-nie-ostatni. :> Słodycz w wysokim stężeniu, o mocy zdolnej zwalić z nóg pociągowego konia [a na pewno usunąć z naszego bezpośredniego sąsiedztwa w poczekalni wszystkich, obok których na nieszczęście usiadłyśmy ;) a to tylko od jednej aplikacji w zgięcie łokcia]. Więc ostrożność wysoce wskazana. :)
Jeśli chodzi o sam zapach, naprawdę trudno jest mi przebić się przez krystaliczną, cukrowo-karmelową słodycz doprawioną syntetycznymi owocami oraz niezbyt silnymi białymi kwiatami.
Kto lubi zwaliste ulepy - nie zawiedzie się. :)

Skład:
czarna porzeczka, gruszka, kwiat pomarańczy, jaśmin, irys, bób tonka, praliny, wanilia, paczuli


Marc Jacobs, Dot

Ach, mój jeżu! ;)
Co mam napisać? Jak, skoro właściwie nie bardzo jest o czym? Ot, marne pachidełko będące popłuczynami po klasycznej damskiej Cool Water Davidoffa. Z tym, że Dot wydaje się jeszcze bardziej świeży, wodny, ozonowo-lekki, nudny; jeszcze bardziej zachowawczy niż Cool Water, macie pojęcie???
Choć jedno kompozycji trzeba przyznać: jest wyrazistsza od Fame Lady Gagi. Tylko co z tego?
Uroczy kampowy flakon poszedł na zmarnowanie (czyli mamy kolejny punkt wspólny z nie-Sławą ;> ).

Skład:
czerwone jagody, pitaja, wiciokrzew, kwiat pomarańczy, jaśmin, dryfujące drewno, piżmo, wanilia, kokos


Roberto Cavalli, Roberto Cavalli eau de parfum

Lżejsza wersja La vie est belle, z wyraźniejszą nutą łagodnego Orientu, widocznego w grze modnego ostatnimi czasy różowego pieprzu, neroli jak również osłodzonego benzoesu. Oranżada jest, chociaż nie przytłacza ani nie męczy dosłownością.
Mimo, że zapach nie jest "mój", narobił mi apetytu na inne olfaktoryczne kreacje sygnowane przez Cavalliego. :)

Skład:
różowy pieprz, kwiat pomarańczy, bób tonka, wanilia, benzoes


Thierry Mugler, Alien Essence Absolue

Mniam! :)
Mniam, mniam, mniam.
Pierre Aulas stworzył bardzo zachęcającą wariację na temat jaśminu z klasycznego Obcego, przesuwając nieco środek ciężkości w stronę ciemniejszych akordów drzewnych, położonych na słodko-ambrowym postumencie. Nieco mniej jaśminowego "gorącego żelazka" ze "słodkim pieczywem" pospołu, więcej łagodnej cielesności oraz pojedynczych, bardzo kobiecych, drzazg. No i Essence Absolue kryje w sobie mniejszą ilość niezobowiązującego światła niźli zeszłoroczna limitowanka, Or d'Ambre, charakterem bardzo zbliżona do omawianej wariacji.
EA zdecydowanie zasługuje na więcej uwagi. :)

Skład:
jaśmin, kłącze irysa, kaszmeran, mirra, kadzidło, biała ambra, wanilia


Tom Ford, Noir

Zapach, w którym jest wszystko, cała zbieranina składników tradycyjnie męskich perfum - a mimo to intryguje.
Już od pierwszego "niucha" wiem co prawda, że Noir kryje w sobie wiele wad, niemniej jednak chętnie poznałabym go bliżej. :) Mieszanka sucha i ostra, z egzotycznymi przyprawami okalającymi ziemistego irysa oraz benzynowe fiołki, zastanawia i kusi. Za grosz mu nie wierzę, jego sztuczki robią na mnie wrażenie raczej średnie, ale i tak dam mu szansę podczas testu całocielnego. Z ciekawości. :)

Skład:
różowy pieprz, kminek, werbena, bergamotka, fiołek, irys, szałwia, czarny pieprz, gałka muszkatołowa, geranium, róża, opoponaks, wanilia, paczuli, wetyweria, cywet, ambra


Yves Rocher, Les Plaisirs Nature Smoothie: Ananas-Noix de Coco

Na tę serię zawsze można liczyć. Chociaż pod jej szyldem powstają wody raz bardziej przyjemne, kiedy indziej znacznie mniej, w ciemno można obstawiać ich pełną zgodność z woniami deklarowanej nazwą substancji. :)
W tym przypadku zaprezentowano nam olfaktoryczne wcielenie jednego z kulinarnych połączeń doskonałych, ananasa z orzechem kokosowym (tak mleczkiem, jak i wiórkami :) ). Całość okazała się naturalistyczna, pełna pogody, radosna jak również prostolinijna. Całkowicie pozbawiona pretensji do bycia Wielkimi Perfumami - i to właśnie największa zaleta Ananasa z Kokosem, jak również dowód na wybitność wody.
Znakomite letnie pachnidło. :)

Skład:
ananas, orzech kokosowy


Poza tym poznałam Coco Noir oraz So Elixir Purple, ale o nich będzie kiedy indziej. :)
___
Dziś, poza wymienionymi, mam na sobie Greyland od Montale. Tak, śmierdzę jak cała perfumeria na raz. ;)

poniedziałek, 17 września 2012

Amazonka

Kim była Maria Amalia? Na to pytanie swego czasu pragnęła dać odpowiedź Sabbath. Dlatego sama zrezygnuję z historycznych dywagacji, skupiając się na samym zapachu perfum stworzonych przez Morris Profumi.

Które mnie skojarzyły się z dziewiętnastowieczną (bardzo około :) ) damą, ceniącą aktywny tryb życia oraz ruch na świeżym powietrzu, osobą inteligentną, charakterną, nieświadomie łamiącą konwenanse. Czyli raczej nie postawiłam jej małych wymagań. ;)
Ponieważ w tamtych czasach pani (a pannie tym bardziej) z dobrego domu za aktywny tryb życia musiało wystarczyć organizowanie spotkań towarzyskich, kwest charytatywnych czy wojażowanie do modnych uzdrowisk, zaś ruch na świeżym powietrzu ograniczał się do pikników czy garden party tudzież konnych przejażdżek, okazjonalnie polowań na dzikie ptactwo lub małe zwierzęta futerkowe [gdzieżby tam z damą na wilka? Albo i nie daj Boże na niedźwiedzia?? :> ]. Że o charakterze, inteligencji, wolnomyślicielstwie lepiej w ogóle nie mówić.
Dlatego też musiałam zawęzić skojarzenie do dystyngowanej amazonki, która puściła się w pęd za lisią kitą (czyli mamy do czynienia z amazonką angielską ;) ). Pachnąc przy tym mieszanką egzotycznych przypraw z nutami drzewnymi, z dzisiejszego punktu widzenia zdumiewająco "męską".


Marii Amalii bowiem daleko do milusiej, ubezwłasnowolnionej przez obowiązujące normy społeczne damulki; takiej, która lęka się pachnieć czymkolwiek innym nad łagodną wodę kwiatową. Maria Amalia kpi sobie z podobnych ograniczeń. A raczej kompletnie o nich nie myśli, nawet w buntowniczym kontekście. Jest po prostu sobą i bardzo jej z tym dobrze. :) Osobą zwracającą na siebie uwagę, choć w sposób raczej niezależny od własnej woli, pragnącą żyć po swojemu, konsekwentnie acz powoli realizującą wyznaczone sobie cele.

Kompozycja okazuje się jednocześnie sucha, ciepła oraz wytrawna, przyjemnie drażniąca powonienie czy to tumanem startych na proszek zamorskich przypraw czy igiełkową strukturą ciemnego, nieheblowanego sandałowca podkreślonego żywicami. A może za ów efekt odpowiada osobliwy miks wspomnianego drewna z mirrą, dwugłosem kardamonowo-muszkatołowym (świetny, eugenolowo-goryczkowy akord!) tudzież pikantną miazgą z rozdrobionego w moździerzu imbirowego kłącza? Nie mam pojęcia.
Maria Amalia wydaje się mieszaniną zbyt bogatą, skomplikowaną, o wysublimowanym charakterze, by można było pozwolić sobie na swobodne rozebranie jej na czynniki pierwsze. wiadomo w zasadzie tyle, że początkową wytrawną świeżość, wwiercającą się w nozdrza pikanterię szybciutko zastępuje woń łagodniejsza, w ciekawy sposób zestrojona z przypraw i jakby różano-lawendowego potpourri (to skojarzenie przewija się się już w drugiej recenzji pod rząd ;) ), po pewnym czasie ciemniejąc, nabierając silnych akcentów drzewnych. Wówczas poczyna Maria Amalia dryfować ku kompozycjom bardziej współczesnym a jednoznacznie przyprawowym, jak Ambre Sultan Lutensa czy Baume du Doge od Eau d'Italie, wyjąwszy jednak ich orientalizujący charakter. Pani MA z całą pewnością nawet przez chwilę nie przestaje być Europejką. :) Tym bardziej, że w bazie pojawia się spokojny, esencjonalny a nawet delikatnie mydlany akord palisandru; skojarzenia z Palisandrem Comme des Garçons widziane są jak najmilej. :)

Wyśmienita, stworzona z namysłem, skomplikowana choć nie rzuca się to w oczy (a raczej w nos ;) ) mieszanina, wyrazista acz znająca cywilizacyjne ograniczenia. Ponadczasowa, chociaż tworząca zręczną iluzję niedzisiejszości. Jak więc jej nie lubić? ;)

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach teoretycznie dla kobiet, choć moim zdaniem to uniseks z samego środka skali. :) O sporej wyrazistości i sillage z czasem niwelującym się do spokojnej aury wokół uperfumowanej postaci. Na wszelkie możliwe okazje oraz pory roku.

Trwałość: testowałam edp, która utrzymuje się na skórze do siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-drzewna (oraz przyprawowa)

Skład:

Nuta głowy: kłącze imbiru, cytryna, kardamon
Nuta serca: gałka muszkatołowa, liście cynamonu, róża stulistna
Nuta bazy: kadzidło, mirra, palisander, paczuli
___
Dziś Jade Oliviera Durbano.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.angelpig.net/victorian/ridinggallery.html
2. http://fragrancebouquet.blogspot.com/2007/10/maria-amalia-by-morris-perfume-review.html

niedziela, 16 września 2012

Oud kreską Szancera rysowany, cz. 2

Po ostatniej agarowej przygodzie z zagadką w roli głównej dziś dla odmiany pachnidło bez mała monotonne, niezbyt rozbudowane, zdecydowanie grubo ciosane. Oraz, na Boginię, jak piękne! :)


Oud z cyklu o wiele mówiącym tytule Un Air d'Arabie marki Maison Dorin tylko z pozoru nie ma nam wiele do opowiedzenia. Choć jedno mu przyznać muszę: wszyscy znudzeni nadmiarem tego składnika we współczesnych perfumach proszeni są o zakończenie lektury niniejszego postu na tym właśnie zdaniu. ;P




Już można? Malkontenci zwiali ekscytować się Hermesiątkami? ;>
Jeżeli tak, nadeszła pora, by dzisiejszy bohater mógł ukazać nam się w całej okazałości. :)

Mogę też wyjaśnić, dlaczego narzekacze nie są grupą docelową mojego tekstu. Z dwóch wiele mówiących powodów, które zawrę teraz w wyjątkowo zwięzłych słowach: oud i róża. :] Oto główne (a jak chcieliby twórcy jedyne) składniki omawianej mieszaniny. Więc zrozumcie, nie potrzebuję osób, które z kwaśnymi minami już na wstępie podsumują pachnidło słowem nouda. ;)

Ponieważ oud i róża w kompozycji Maison Dorin potraktowane zostały jako stabilna, łatwa do zaakceptowania rama pewnej niezwykłej opowieści. Sennej, utkanej z ulotnych gestów, z cienia uczuć i emocji, rządzących widmowymi nocnymi gośćmi, opowieści rozświetlonej srebrnymi nitkami księżycowych promieni w pewną czystą, niespodziewanie chłodną, letnią noc.


Niezwykłość dzisiejszego Oudu nie jest łatwa do opowiedzenia. Bo wszak cóż może być niezwykłego w krystalicznym, czystym różanym mydle, nawiązującym do balsamicznych splotów potpourri lecz jednocześnie świeżym i przywodzącym na myśl mroźny, irysowy szron (jakkolwiek irysa w kompozycji brak, jestem pewna) jak również udrapowanych na postumencie z tytułowego składnika o konotacjach wybitnie orientalnych? Gdyż takim właśnie prezentuje się Dorinowy Oud w chwili otwarcia. No, może róże w nim są bardziej mydlane niż gęste i dosadne. :) Balsamiczność i potpourri pojawiają się nieco później, jednak przejście pomiędzy nimi jest płynne i nigdy nie dokonuje się do końca.
Dużym plusem mieszanki jest odważna decyzja perfumiarza lub perfumiarki, by nie mącić różanej nuty dodatkiem żadnych innych kwiatów, co nieuchronnie rozjaśniłoby ją i odsunęło uwagę od pełnej symbiozy czerwonego kwiatu z agarem. Mimo wszystko, kiedy szukam olfaktorycznych powiązań tej konkretnej róży, na myśl przychodzą mi dzieła takie, jak Tea Rose od Perfumer's Workshop, Rose Noir Byredo czy Rose Musc od Sonoma Scent Studio. Skojarzenie przebiega raczej po linii "ogólnego pokrewieństwa charakterów" wszystkich wymienionych kompozycji, niż realnego, racjonalnego podobieństwa.

Do tego wszystkiego dochodzi akcent agarowy, z gatunku tych zdecydowanie orientalnych, nie bawiących się w westernizującą maskaradę: gęsty, trochę "brudny", lekko zwierzęcy z czasem przechodzący w woń suchą, prostą oraz do pewnego stopnia mineralną. Jest to oud bardziej ajmalowski czy montalowski niż nawiązujący do produkcji spod szyldu Juliette Has a Gun albo M. Micallef.
Smaczny, zrównoważony, może trochę ociężały (choć nie ospały), zmysłowy. Zręcznie połączony w jedność z różą daje właściwie nową jakość, już niepodobna rozdzielić obu tych akordów. Do tego stopnia, że pojawiające się tu i ówdzie akcenty szafranu, muszkatu czy kminku bardzo trudno uznać za kolejne składniki opowieści. Bo kto zaręczy, że nie wzięły się z wzajemnej fascynacji dwóch mistrzowsko skojarzonych składników?
Doprawdy, wielce przyjemna to opowieść. Romans w starym stylu. :)

I pomyśleć, że w bazie omawianego pachnidła poza oudem nie wyczuwałam kiedyś żadnych innych elementów!
Pozory mylą.

A duchy ukazują się, kiedy i komu chcą. :)

Rok produkcji i nos: 2010, ??

Przeznaczenie: zapach wedle niektórych damski, inni zaś mają go za uniseks - i do tej właśnie klasyfikacji sama się przychylam. :) O potężnej mocy, choć z bliska niemęczący, ze znacznym sillage.
Na wszelkie okazje i pory roku (wystarczy tylko uważać przy aplikacji).

Trwałość: przeszło dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: róża
Nuta serca: róża [tak twierdzą wszystkie możliwe źródła]
Nuta bazy: oud
___
Dziś noszę iso e super na czystym wyciągu z lawendy (no, wymacerowanej w spirytusie.. ;) ). Szkoda, że już uleciała, pozostawiając samo iso.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje ponownie z http://szancer.blogspot.com/
A dokładniej, są reprodukcjami pocztówek z cyklu Legendy starowarszawskie autorstwa Jana Marcina Szancera. Choć bywały wykorzystywane inaczej: kiedyś miałam książkę z legendami, ilustrowaną właśnie tym zestawem grafik. :)

piątek, 14 września 2012

Oud kreską Szancera rysowany, cz. 1

"W groźną, mroźną noc zimową,
w ciepłej chacie u komina,
babka starym obyczajem
dawne baśnie przypomina..."
Ewa Szelburg-Zarembina, Szklana Góra

 Ilustracje Jana Marcina Szancera były obecne w moim życiu od najmłodszych lat, przeplatające kartki choćby O krasnoludkach i sierotce Marysi, bajek Brzechwy czy właśnie Szklanej Góry. :)
Zresztą, świetna to opowieść. Do dziś pamiętałam tylko, że początkową najzwyklejszą w świecie bajkę zakończył uroczy, komunistyczny happy end, w którym Królewnę - wyrwaną ze szponów kapitalistycznego Czarnoksiężnika - oraz jej dzielnego wybawcę, Stacha, czekała wyśniona perspektywa długich lat pracy w hucie. ;) Absurd takiego zakończenia wyczuwałam już jako małe dziecko.
Mimo to, skoro mimo lat odizolowania od tej opowieści jestem w stanie przypomnieć sobie jej zakończenie oraz atmosferę splecioną z dziełami Szancera, musiała mieć jakąś moc.


A może chodziło nie tyle o same słowa Szelburg-Zarembiny, co o ilustracje właśnie? W końcu oprócz pierwszych wersów Szklanej Góry do dziś pamiętam lekko uśmiechniętego, zadowolonego z siebie sybarytę Lisa Witalisa. ;) I legendy starej Warszawy, z których też pochodzi powyższa ilustarcja.
Lub po prostu od zawsze lubiłam zanurzać się w cudowny świat bajek? :)

Co by się nie okazało, z kreską Szancera (wspomnianą też w ostatnim poście) kojarzę pewne ciemne, w beztroski sposób mroczne, baśniowe perfumy z drewnem agarowym w nazwie. Black Oud marki LM Parfums. Gdzie "black", choć ewidentnie występuje, nie ma wiele wspólnego z mrocznością czy grozą, zaś "oud" otoczony bywa składnikami, którym w niczym mu nie ustępują.
Po prostu bajka! ;)

Noc nie okazuje się przeto ani groźna, ani mroźna zaś zimowa jest w sposób identyczny, co np. jesienna - po prostu chłodna, nostalgiczna, zaczarowana ale przytulna. Znakomicie wprowadzająca słuchaczy w klimat niesamowitej opowieści.
Podobnie czuję się obleczona w Black Oud, pachnidło niezwykłe w tym sensie, że nigdy nie wiadomo, jakie wcielenie przybierze podczas kolejnego testu: czy oprócz nuty tytułowej dominować będzie suche kadzidło, czy aromatyczne przyprawy podkreślone pikantnym, naturalistycznym sandałowcem (w stylu Sandalo od Etro) a może złociste, głębokie, cielesne labdanum, jakby żywcem wyjęte z butikowej wariacji od Donny Karan? Trudno powiedzieć, jak potoczy się historia.


Lecz nie ma w tym niczego dziwnego: jak Opowieść do pewnego stopnia "snuje się sama", zaś pisarz czy poeta pozostaje tylko narzędziem, dzięki któremu ta pojawia się na świecie, tak wielkie perfumy w jakimś stopniu pozostają dla nas zagadką, nigdy nie pozwolą sobie na opowiedzenie ludziom wszystkich tajemnic.

W Back Oud zauroczyła mnie przede wszystkim jego zwodniczość, fakt, iż choć poza agarem nic nie zdaje się dominować, przy każdej kolejnej odsłonie towarzyszy mu odmienna gra pozostałych składników. Bywa, że pojawia się ciężka, lekko gorzka nuta gałki muszkatołowej i kminu z czasem przechodzących w nasycony, spokojny cywet, niekiedy lekko słodkie labdanum, dopiero po chwili przeistaczające się w suchą, żywiczno-ziołową kadzidlaną mieszankę, kiedy indziej pojawia się lekki, zwinny, pikantny sandałowiec stopniowo wpadający w akcenty ambrowe; dziś natomiast w otwarciu doświadczyłam ciężkiego, zmysłowego akordu osłodzonej puszystą wanilią skóry (najpewniej z jakiejś żywicy: benzoesu? elemi? jakowejś wariacji na temat mirry?), który z czasem zaczął dryfować ku wyciszającej choć wyraźnej paście z sandałowca, przypraw oraz kastoreum. Na to wszystko nakłada się piękny, krystalicznie czysty agar, kojarzący się z Oud Royal Armaniego czy Black Cube od Ramona z Molvizar, obecny w każdym z wcieleń Czarnego Oudu Mazzonego.

Zadziwia mnie ta baśń, zwana w świecie "najpiękniejszym wcieleniem oudu w perfumach". Czy tak jest w istocie - nie wiem, za to z pewnością dałam się jej ponieść. I nie żałuję.
Piękna jest. :)


Rok produkcji i nos: 2011, Richard Ibanez

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla wszystkich miłośników Black Cube i innych szykownych drzewniaków. ;) O podobnej mocy i wyrazistości: silnej, choć znającej umiar. :)

Trwałość: w granicach piętnastu-osiemnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: gałka muszkatołowa, kmin rzymski, kadzidło frankońskie
Nuta serca: oud, labdanum
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, cywet, kastoreum, szara ambra, wanilia
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z http://szancer.blogspot.com/

środa, 12 września 2012

Za siódmą gorą, za siódmą rzeką żył sobie kot

Dziś postanowiłam opisać zapach pasujący do aury za dolnośląskim oknem: szarej, zimnej, deszczowo-jesiennej. Taka pogoda potrzebuje równowagi, na przykład w postaci perfum ciepłych, nieco chropowatych, przytulnych, otulających błogą aurą. Takich "cozy", jakby powiedzieli Anglosasi. :)
Myślę, że powyższe warunki znakomicie spełnia Fourreau Noir z pałacowej linii Serge'a Lutensa.


W przypadku tej mieszanki po raz kolejny uległam zgubnej sile sugestii. ;) Tym razem jednak nie ze strony cudzej recenzji a uroczego limitowanego flakonu z wizerunkiem siedzącego kota, bajkowego indywidualisty.
No więc wpadłam: Fourreau Noir to dla mnie przyjemne, dalekie od dosłowności, przefiltrowane przez świat dziecięcych marzeń, kocie futro. "Bajkowe", gdyż doprawione szczyptą egzotycznych przypraw w otoczeniu eterycznej lawendy, delikatnie słodkie. Nieco szorstkie, choć puszyste i miłe w dotyku. Naelektryzowane samymi ładunkami dodatnimi [choć tylko w znaczeniu metaforycznym, gdzie "dodatni" znaczy "pozytywny", "dobry" :) ].

Omawiane pachnidło to przede wszystkim wariacja na temat lawendy w ujęciu klasycznym, bardzo dosłownym. Kto po skojarzeniu ze słodyczą spodziewał się nawiązań do New Haarlem czy Man od Rochas, dozna zawodu. ;) Lawenda w Fourreau Noir budzi skojarzenia z naturalistycznymi, nieco gorzkimi wcieleniami tego kwiatu, jak w Lavande Royale marki Roger & Gallet, Lavanduli od Penhaligon's czy Wild Lavender Wawrzyńca Villoresiego. Można więc powiedzieć, że okazuje się niemal męska. ;) Towarzyszy jej jednak woń migdałów - a raczej migdałowego mleczka - ciepła, wibrująca, cokolwiek ironicznie wprowadzająca turpistyczne skojarzenie z kwasem pruskim (a w istocie zapewniająca element równowagi), luźno nawiązująca do mniej słodkiego wcielenia kolejnych "jabłuszek" Lolity Lempicki czy niszowych pachnideł osnutych wokół woni rachatłukum (np. Keiko Mecheri czy Lutensa właśnie). Lawendę i migdały osładza łagodny, delikatnie zielony akcent bobu tonka, czasem też bardzo sugestywny aromat opoponaksu. Łagodny piżmowy puder w bazie nadaje całości delikatnego kobiecego sznytu; jest cichy i finezyjny, nikogo nie przydusi. ;)

Ogółem mieszanina sprawia wrażeni, ciepłej, przyjaznej człowiekowi, umilającej czas choć dalekiej od banału. Naprawdę artystycznej. W jakiś sposób nierzeczywistej, pewnej siebie - jakby żywcem wyjętej z najmniej brutalnych opowieści Braci Grimm; a może Charlesa Perrault...? Za to zilustrowanej przez Jana Marcina Szancera. Unoszącej się wokół człowieka niczym wonny kokon, ciemnofiołkowa aura, idealnie sferycznej.
Kusząca wizja. :)

W sam raz na chłodny, jesienny wieczór.

Rok produkcji i nos: 2009, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, po kobiecemu delikatny a po męsku wytrawny i aromatyczny. ;) O mocy całkiem sporej, choć z sillage raczej średnim. Na wszelkie okazje, choć obawiam się, że upały mogą zredukować FN do zwykłego, ciężkiego pudro-słodziaka (przynajmniej mnie to spotkało); kompozycja potrzebuje więc chłodu.

Trwałość: od dziesięciu do przeszło szesnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

lawenda, migdały, bób tonka, piżmo
___
Dziś Paloma Picasso eau de parfum.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.sodahead.com/fun/its-going-to-freeze-here-tonight-hows-your-weather-this-evening/question-1355647/?page=2&link=ibaf&q=&imgurl=http://i295.photobucket.com/albums/mm136/furiataurina1010/cats/shoppingcat.jpg
I niestety nie powstała dzięki J. M. Szancerowi. :( Wśród jego prac nie mogłam znaleźć odpowiedniego kota.

poniedziałek, 10 września 2012

Kankan industrialny

Slumberhouse ma talent do tworzenia kompozycji w zdumiewający sposób łączących w sobie wytrawną drzewność z futurystyczną duszą. A może raczej z industrialną..? Przy perfumach surowych, ostrych, pełnych kantów oraz chropowatości naprawdę trudno o jednoznaczną ocenę. I bardzo dobrze!
Nie ma to jak sztuka, która uparcie wymyka się ludzkim klasyfikacjom. :)


W przypadku Norne szorstkość obycia łączy się z ciekawą, zaskakującą lekkością, z jasnością daleką od dosłownych interpretacji. Zawierającą się w aurze silnej, na wskroś nowoczesnej, ujętej w ramy akcentów słonych i ziołowych jednocześnie.
Bardzo to przyjemne.

Pachnidło rozwija się sferycznie, więc raczej trudno oczekiwać w nim klasycznego przemijania kolejnych nut zapachowych. Wiem, ze w otwarciu Norne jest tak gęste, że aż zawiesiste, smoliste bez mała [o konsystencję mi chodzi, aczkolwiek coś z brzozowej, zwęglonej ciężkości także jest tu obecne]. Ułożone z akordów ziołowo-drzewnych (jakby tek zmieszać z dużą ilością szałwii, majeranku, piołunu, z odrobiną aromatu cyprysowego, sosnowego, jak również czymś, co roboczo nazwałam "kiszonym selerem". ;) Mieszanka okazuje się gęsta, lepka, dosadna. Przypomina wówczas nieco lżejszą wersję Grev tej samej marki (o którym kiedyś też muszę napisać ;) ). Dopiero po pewnym czasie pojawia się przestrzeń jak również wspomniana jasna lekkość, spokojna i ożywcza, chętnie zlewajaca się w całość z pozornienie niepasującymi doń aromatami początku. Które najpewniej zwyczajnie utraciły coś ze swej pierwotnej mocy i stąd wrażenie lekkości. :)
Wówczas zresztą w Norne pojawia się delikatna gorycz suchych traw; lecz nie wetyweriowa, raczej stanowiąca pomieszanie wspomnianych nut z mchem dębowym i gałką muszkatołową. Nie bez znaczenia jest również dyskretny, czający się tuż za sceną aromat ciepłego labdanum, łagodzący niezamierzony industrialny chłód, z czasem zmieniające go w ciepłe chociaż nie parzące, przejrzyste kryształki. W czym przypomina trochę Vikt tej samej marki, zacne choć niepokorne. Omawiana mieszanka w finale wydaje się jednak znacznie bardziej spokojna. Co nie znaczy jednak, iż staje się bezpieczna. O nie, ona nadal ma całkiem pokaźne rogi; okazuje się tylko, po raz kolejny, że "nie taki diabeł straszny jak go malują". :)

Diabeł z Norne wydaje się wręcz osobnikiem silnym, zdeterminowanym lecz dyskretnym i - summa summarum - niegroźnym. :) O ciekawym, spójnym wnętrzu, udanie łączącym w sobie tony wysokie oraz niskie. W pewien sposób bliskim Kankanowi Dymitra Szostakowicza. :)


Dzięki czemu tradycji stało się zadość i perfumy od Slumberhouse skojarzyłam z muzyką klasyczną. One naprawdę świetnie się komponują. :D

A za możliwość poznania tego pięknego zapachu chciałabym podziękować Dominceb. :*

 Rok produkcji i nos: 2012, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach, choć uważam, że mogą go nosić wszyscy miłośnicy perfum dziwacznych silnych, bez różnicy płci. Bo silne Norne jest na sto procent; może nie odstaje od skóry jakoś znacznie, lecz wyczuwalne jest bez problemu.
Niektórych może męczyć intensywnością.

Trwałość: w granicach dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

igły jodłowe, mech, paproć, sosna, nasiona selera albo szalej (hę?)
___
W tej chwili noszę Royal Muska od M. Micallef. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://wvs.topleftpixel.com/05/10/04/

piątek, 7 września 2012

Starcie tytanek?

Legendy kultury popularnej mają to do siebie, że zna je każdy; i to bez różnicy, czy za nią stoi coś, co dawno przestało być aktualne czy wręcz kompletna bzdura, czy w nie wierzymy czy wyśmiewamy bez litości, czy kulturę popularną łykamy z lubością czy odgradzamy się od niej grubymi murami zdobnymi w zasieki - znamy je. Elvis Presley nie umarł, tylko sfingował własną śmierć i nadal żyje gdzieś sobie po cichutku [no, może nie całkiem samotnie, bo ostatnio dołączył do niego Michael Jackson ;) ], zaś Madonna jest obrazoburczą prowokatorką, otoczoną przez aurę niesłabnącego skandalu. Wszyscy gdzieś kiedyś to słyszeliśmy, prawda?

Legendy popkultury ponadto lubią przyciągać naśladowców. Prowokatorka i skandalistka Madonna na przykład ostatnimi laty "doczekała się" Lady Gagi. :>
Zatem choć sama od lat nie zrobiła niczego, co skierowałoby na nią ogólną uwagę, potępienie oraz niezdrową fascynację w jednym [zajście w ciążę z dwudziestolatkiem? Też mi co! Nie ona pierwsza ani nie ostatnia. Zawiśnięcie na krzyżu podczas koncertu? Byłoby 'dobre' może ćwierć wieku temu, obecnie zaś ma racjonalne, budżetowe rzekłabym, podłoże i jako takie zupełnie nie robi na mnie wrażenia - negatywnego ni pozytywnego], współcześnie doczekała się wiernej naśladowczyni.
Postanowiłam więc porównać dwie głośne perfumowe premiery ostatnich miesięcy, obie stworzone do spółki z kochającym się w mainstreamie oraz celebrytach Coty - Truth or Dare Madonny oraz jeszcze ciepłą Fame od Lady Gagi.
Może choć w taki sposób uda się zobaczyć, jak to z tym skandalem oraz prowokacją w obu przypadkach jest.


Jeżeli chodzi o porównanie obu wód, pierwsze wrażenie jest dokładnie takie, jak z wyglądem obu głównych postaci z powyższej fotografii. :) Gaga, to znaczy Fame, przyciąga wzrok opakowaniem, każe zastanowić się, ile ma ono wspólnego z wnętrzem; natomiast Truth or Dare jest takie, jak Madonna: z pozoru spokojne i dobrze ułożone, z wyraźnie zasugerowanym - i tylko "zasugerowanym" - mocnym charakterem ale wiadomo, że wystarczy choć trochę zaleźć mu (czy jej) za skórę a wtedy prędko okaże się, że znikąd ratunku. ;)

Chociaż jestem fanką perfumowych oczywistości, z jakiegoś względu tanie efekciarstwo Gagi nie przypadło mi go gustu. Dlatego też skupię się najpierw na perfumach sygnowanych przez Madonnę.

W pierwszej chwili lekko rozczarowują: ani odrobiny skandalu. ;) Zamiast niego pojawia się bukiet białych kwiatów na skórzano-orientalnym postumencie. Ale cóż to są za kwiaty!
Arcymocna, miodowa tuberoza połączona z ciemnym, nieco animalnym kwiatem pomarańczy, gardenią oraz duszną lilią już na dzień dobry zwala nas z nóg, prędziutko wchodząc w jeszcze jeden silny alians: ze skórzanym benzoesem; tak, że już w uwerturze pachnidła wyczuwamy silną, zdecydowaną woń kwiatowo-skórzaną, wpadającą w mało dosłowne tony orientalne.
Niedosłowne z racji niekonwencjonalnego doboru poszczególnych nut ale za to wyraźne, niepozostawiające złudzeń co do charakteru, któremu daleko do cichej zachowawczości perfum celebryckich. To wyróżnia Truth or Dare; dowodzi, iż aromat stworzony na zamówienie gwiazdy wielkiej lub mniejszej jako dodatkowe źródło dochodu, naprawdę może czymś się wyróżniać, w jakiś sposób rzeczywiście oddawać to, co w scenicznej (czy filmowej) twórczości osoby X jej fani cenią najbardziej.

Dużym plusem jest również ciąg dalszy ToD, kiedy to kompozycja zbija się w jedną bryłę, delikatnie zesładza, rozjaśnia dodatkiem jaśminu oraz wanilii, choć w dalszym ciągu pozostaje wyrazista tuberozowo miodowa, srebrzyście gardeniowa jak również naznaczona pewnym "mrokiem" kwiatu pomarańczy oraz woni skórzanych. Nadal bardzo "jakaś", w dalszym ciągu silna, nieco chropowata aczkolwiek niepozbawiona wdzięku.
Wyrafinowana w sposób wyuczony, lecz niech nas Siła Wyższa broni przed tym, by cokolwiek z  wyrafinowania miało ustąpić miejsca drzemiącej tuż pod powierzchnią Mocy. ;)


Natomiast o perfumach o Lady Gagi nie mogę powiedzieć nawet połowy tego, co o Truth or Dare i to bynajmniej nie z racji małej ilości testów (których było dwa, z czego jeden nadgarstkowy :D ). O Fame po prostu zbyt wiele powiedzieć się nie da!

Ot, po prostu kolejny bezpieczniusi, milusi oraz do bólu nijaki celebrycki soczek. I nic ponadto.
Naprawdę chciałabym napisać coś więcej, na przykład o ciekawym flakonie oraz malowniczym czarnym płynie, pozostawiającym na skórze szarobury film [rzecz rzadka we współczesnych pachnidłach selektywnych!], ale naprawdę nie da rady. Flakon się zmarnował, czarne perfumy także.
Co ciekawe, nie przemawiają przeze mnie nawet zawiedzione nadzieje, które niby umiejętnie podkręcała sama Gaga, rozpowiadając o krwi czy spermie. Cóż, ani mnie to ziębi ani grzeje - w niszy nihil novi sub sole - zaś wszelkie reklamy czy inne pytania sugerujące, mające sterować moimi odpowiedziami zupełnie, jakbym była poddana hipnozie, nie robią na mnie żadnego wrażenia. Nic z tych rzeczy. O Fame po prostu nie da rady powiedzieć wiele dobrego.
W ogóle trudno powiedzieć cokolwiek nie rażącego wymuszonym pustosłowiem. :)

Gdyż o ile samo otwarcie nie jest jeszcze złe, może do bólu nudne i wtórne ze swoją gładką, brzoskwiniowo-storczykową, słodką masą, lecz przy okazji również całkiem przyjemne. Bez skandalu ale i bez napinki. Przez pierwsze dwie lub trzy minuty Fame dzielnie się broni.
Szkoda, że im później, tym perfumy robią się delikatniejsze, cichutkie, wręcz rachityczne. Wymuszone oraz po prostu słabe. Papierowe, uładzone; bezlitośnie pozbawione jakichkolwiek punktów zaczepienia, chociażby jednej drobnej rysy na nieskazitelnej, przezroczystej tafli plastiku. Dzięki temu okazują się nie tylko wtórne oraz zbyt wycyzelowane, ale też zwyczajnie, beznadziejnie nudne.
Jak flaki z olejem.


Przepraszam: flaki to przynajmniej wydzielają jakiś zapach. ;> Zaś Fame po trzech godzinach od aplikacji ostaje się jako kilka pojedynczych, miałkich akordów, zupełnie ze sobą niepowiązanych. Takie anty-perfumy.
Więc może jednak kryje się za nimi jakaś myśl przewodnia...? ;) Tylko dlaczego była dotąd pilnie strzeżona, podczas gdy historyjki o belladonnie oraz czarnych perfumach pierwszej skandalistki XXI wieku obiegają świat bez ustanku? :>
Dziwne to trochę.

Niemniej jednak w jakiś pokrętny sposób potwierdziło moją tezę. :) Żadna z Pań nie jest (już? nigdy?) skandalistką, bo też i samo słowo "skandal" się zdezawuowało. Już nie wystarczy pokazać piersi czy rozwalić gitarę pod koniec koncertu, jak jeszcze kilka dziesiątek lat temu. Dziś, aby porządnie zaszokować, trzeba... bo ja wiem? Publicznie zjeść własne... i tu nie dokończę, bo a nuż ktoś z Was postanowił zasiąść przed ekranem komputera ze śniadaniem/obiadem/kolacją. ;) Tak więc pomimo, że ani Madonna ani Lady Gaga nie są już w stanie wzbudzić porządnego skandalu, którego nigdy by im nie zapomniano, coś jednak je dzieli: to Madonna była pierwsza. Jako artystka-bywalczyni pierwszych stron brukowców ale też jako osoba, która nosiła większość scenicznych kostiumów Lady Gagi. :] Co widać nawet w internecie, którego jedną z głównych rozrywek wydaje się zestawianie podobnych fotografii obu piosenkarek.

Jeśli natomiast chodzi o same zapachy, to chyba zbędnym wydaje się jakiekolwiek podsumowanie. Perfumy Madonny nie są może szczytem ekstrawagancji, jednak silnego charakteru odmówić im nie sposób, pachnidło Gagi zaś to klasyczna para, kłęby pary, które poszły li tylko w gwizdek.
Truth or Dare zawiera w sobie pewien artystyczny koncept, Fame ma się po prostu sprzedawać. Pytanie tylko: czy będzie? Czy tej pary z gwizdka starczy na kilkuletnie marketingowe podsycanie apetytu miłośników Lady Gagi?
Na to wszystko Madonna będzie mogła spoglądać z niezmąconym spokojem. Jestem o tym (prawie) przekonana.

Zaś Poli chciałabym podziękować za dostarczenie mi imponującej ilości Truth or Dare, znacznie przewyższającej moje potrzeby. :*

Madonna, Truth or Dare

Rok produkcji i nos: 2012, Stephen Nielsen

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, o naprawdę dużej mocy oraz sillage. Do pomieszczeń z dużą cyrkulacją powietrza. ;)

Trwałość: w granicach ośmiu-dziesięciu godzin. Jak na perfumy celebryckie - nie byle co!

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: tuberoza, gardenia, neroli
Nuta serca: benzoes, jaśmin, biała lilia
Nuta bazy: wanilia, piżmo, ambra


Lady Gaga, Fame

Rok produkcji i nos: 2012, ??
[czyżby twórca/twórcy zapachu woleli pozostać anonimowi? ;> ]

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach; i chyba dla nich byłby najlepszy, szczególnie dla tych sympatyzujących z ruchem przeciwników perfum (a niemogących "zerwać" z nimi całkowicie). ;P Raczej cichy, bliski skórze, w miarę upływu czasu coraz bardziej niemrawy.

Trwałość: testowałam zbyt mało razy, by móc należycie ją ocenić. Jednak wątpię, by Fame wytrzymało na skórze dłużej, niż pięć-sześć godzin - a to i tak optymistyczne prognozy.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna [hłe hłe hłe ;> ]

Skład:

jaśmin wielkolistny, morela, orchidea, miód, belladonna (taak?), kadzidło (doprawdy?), szafran (mhmm...)
___
W tej chwili noszę śliczne Bois d'Encens od Armaniego a wcześniej była właśnie Gagowa Fame. ;]

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.vh1.com/celebrity/2010-03-29/biggest-pop-culture-controversies-lady-gaga-vs-madonna/
2. i 3. http://hitorshit-hos.blogspot.com/2012/08/pop-rivalries-lady-gaga-vs-madonna.html

środa, 5 września 2012

Na Zachodzie bez zmian

W dalszym ciągu pozostaje Dziki. ;)
Czyli po kilkudniowej przerwie wracam do tego, co w zamierzeniu miało być podwójną recenzję perfum określonej marki z kowbojami, Indianami i w ogóle westernem w tle. Poprzednio zainteresowałam się produktami marki Lubin, dziś powrót do dzieł duetu D. S. & Durga. W miarę krótko, bo jestem zmęczona (ale pisania sobie odpuszczę, nie trzeci dzień z rzędu ;) ).

Cowboy Grass oraz Freetrapper, dwaj poszukiwacze przygód w bezkresie amerykańskiej przyrody.


Pierwszy pojawia się Kowboj Trawek, na rączym rumaku, późnym porankiem przemierzający aromatyczne łąki pełne na wpół uschniętej wetywerii. ;)

Z początku słoneczny, nieco zawadiacki, z czasem nabiera mrocznej ostrości, jakże podobnej do "zwęglonych" akordów niezrównanej Encre Noire w wydaniu męskim! Jednak myliłby się ktoś sądząc, iż Cowboy Grass to jedynie plagiat głośnego poprzednika. Jest na to zbyt ciepła, choć w dalszym ciągu sucha oraz przyjemnie pobudzająca nos do działania, zbyt optymistyczna. Tę łagodna pogodę ducha daje Trawie mieszanka gorzkich choć smacznych ziół: szałwii, tymianku, rozmarynu, sprytnie połączona z wetywerią w coś szlachetnie, nowocześnie drzewnego (cedr?), z delikatnym akordem tytoniowo-przyprawowym w tle.

Nie jest to może silna aura Lonestar Memories Tauera ani tym bardziej mroczny, stoicki chłód Czarnotuszowych zgliszczy, niemniej jednak nosi się omawianą mieszankę z nadspodziewaną lekkością, wciąż ciesząc powonienie jej spokojnym, choć dalekim od miałkości, charakterem.
Chętnie zanurzałabym się w tę opowieść częściej. :)


Następny w kolejce ustawia się traper, jednoosobowa instytucja: myśliwy, handlarz, pośrednik, czasem nawet dyplomata krążący pomiędzy osadami białych kolonistów a terenami zamieszkanymi przez rdzenną ludność Północnej Ameryki. Człowiek pogranicza, dosłownie i w przenośni; taki, który równie dobrze czuł się wśród Indian jak i w gronie przybyłych z Europy - a może równie źle, może tak naprawdę nigdzie nie był u siebie...? Poza chwilami, kiedy przemierzał amerykańskie lasy, prerie, góry i pustynie w zupełnej samotności, w zgodzie z sobą i własnymi myślami?

Nic dziwnego, że dedykowany mu zapach osnuto na bazie nut suchych i ostrych, z wetywerią potraktowaną identyczne, co w przypadku piętro wyżej oraz ciekawym "bergamotkowym piżmem" na czele. :) Ciekawy jest to akord, jednocześnie lekko cytrusowo-cierpki, łagodnie skórzany ale też w jakiś sposób kojarzący się z piżmem pudrowym choć zwierzęcym [trochę jak u Ramona z Molvizar, wyjąwszy słodycz]; nie jest to woń nieprzyjemna a tylko odrobinę drażniąca.
Szybko zresztą pokrywa ją aromat schnących na słońcu cedrowych desek, zapewniających mieszaninie luz i rodzaj dobrotliwej ironii. Szybko dołącza do nich aromat ziół, jednocześnie lekko gorzki, spokojny, odrobinę kumarynowy (choć siana jako takiego w Freetrapperze nie czuję), niczym pomieszanie majeranku z szałwią jak również odrobiną bazylii. W miarę upływu czasu wszystko do zlewa się w jedną całość: suchą ale rześką, nieco pikantną choć niepozbawioną bardzo niedosłownej (rzekłabym nawet, że niesłodkiej ;P ) słodyczy. :) Drzewno-wetyweriowo-ziołowo-piżmową, aczkolwiek ostatni akord ucieka ze skóry już w początkach bazy.

Udał się Freetrapper niesłychanie. Lubię gościa; szanuję jego świat i rozumiem samotność, do której prędko zaczyna się świadomie dążyć a kiedy jesteśmy jej pozbawieni - tęsknić. Dobrą samotność.


Pomimo, że świat Dzikiego Zachodu stanowczo nie jest moim ulubionym, po drugim i ostatnim odcinku mini-serii czuję, iż wcale nie chcę go opuszczać. Jeszcze nie teraz.
Dopiero, kiedy już nacieszę się samotnością, twarzą w twarz z Matką Naturą. Choć... czy wtedy nadal będę tęsknić do świata "cywilizowanego"? :)


Cowboy Grass

Rok produkcji i nos: ??, David Seth Moltz

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach, choć mnie wydaje się ciekawym, wymagającym uniseksem. O średniej mocy, dosyć bliski skórze. Na wszelkie okazje, w szczególności jednak z tymi wysoce nieformalnymi, kiedy niczego nie musimy. :)

Trwałość: od blisko sześciu do ponad ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

tymianek, szałwia muszkatołowa, szałwia lekarska, wetyweria


Freetrapper

Rok produkcji i nos: 2011, David Seth Moltz

Przeznaczenie: zapach dla mężczyzn, choć w zasadzie mogłabym skopiować stosowny podpunkt z podsumowania powyżej. :) Z tą różnicą jednak,  że Traper w głębokiej bazie dosłownie wczepia się w ludzką skórę, choć nadal jest dobrze wyczuwalny - o ile przyłożyć nos do uperfumowanego miejsca. ;)

Trwałość: do siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

drewno cedrowe, drewno sosnowe, bergamotka, wężowy korzeń
___
W tej chwili noszę Insherah Gold od Rasasi, ale coś czuję, że muszę się umyć.. jeszcze raz. :>

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://designspiration.net/image/1236404996329/
2. http://www.posterlux.ru/artists/gallery/clymer-john/2494/page/1

niedziela, 2 września 2012

Co mnie boli

Pozwolę sobie podlinkować pewien post ze swego drugiego bloga. Ponieważ mnie to obchodzi. A Wam chciałabym opowiedzieć. Ale to nie będzie pogodna historia; o szczęśliwym zakończeniu nawet nie ma co marzyć.


A wystarczyłaby szczypta rozsądku trzydzieści-czterdzieści lat temu! Dokładnie taka, jak ta, która podczas ostatniego wielkiego remontu w połowie lat 60. XX wieku uratowała zabytkową boazerię przy kasach wrocławskiego Dworca Głównego, nakazując nie zrywać jej a zasłonić miłymi socjalistycznym decydentom "prostymi", dalekimi od "burżuazyjnego nadęcia" architektonicznymi gotowcami. Tylko dlatego, iż mądrzy konserwatorzy wiedzieli? czuli? mieli nadzieję? że w przyszłości nadejdą lepsze czasy, kiedy już nie będzie trzeba wstydzić się piękna. Nawet, jeżeli jest ono poniemieckie. ;]

Problem w tym, że podobnych atrap nie sposób założyć na budynki. Na zamki, pałace, dwory, na zabudowania folwarczne, na miejskie kamienice czy chłopskie domy, na protestanckie zbory a nawet katolickie kościoły (bo i takie przypadki zna najnowsza dolnośląska historia), na małe wiejskie lub małomiasteczkowe domy ludowe, na teatry i gasthausy, na zabytki architektury przemysłowej, dla których zabrakło już maszyn oraz robotników, na targowe hale, na wieże widokowe oraz kamienne wiadukty turystycznej kolei wąskotorowej, na pomniki ku czci ofiar pierwszej wojny światowej, na wielkie mauzolea oraz zupełnie małe wiejskie cmentarzyki...
Ich już nie ma. I nie będzie.


To, co przetrwało do dziś w stanie jakiejkolwiek użyteczności, to zaledwie drobny procent architektonicznego bogactwa mojego regionu. Kiedyś nawet wspominałam o tym w recenzji perfum. :)
Ten świat już nie istnieje; i nie piszcie, że mam po nim nie płakać, że mam iść śmiało do przodu, nie oglądając się za siebie. Człowiek bez historii nie ma też i przyszłości. Tak uważam.

Dlatego mnie one są drogie, zabytki natury i kultury pospołu.
Kocham je.

Całym sercem
___
Dziś, natchniona jednym z Wizażowych wątków o korzystaniu z własnych flakonów [ ;) ] użyłam 21 od Costume National.

P.S.
Źródła ilustracji:
1.http://www.gazetawroclawska.pl/artykul/618653,wroclaw-xix-wieczny-strop-sali-sesyjnej-dworca-glownego,id,t.html
2. http://www.mmwroclaw.pl/photostory/423316/Dolny+%C5%9Al%C4%85sk+to+polska+Dolina+Loary+%5Bfotostory%5D/1

sobota, 1 września 2012

Jak Dziki był Zachód?

Traktując pytanie dosłownie, musiałabym odpowiedzieć: dokładnie tak, jak Ziemia jest płaska. ;) Wszędzie, gdziekolwiek mieszkają ludzie - a mamy to do siebie, że najczęściej żyjemy w grupach - pojawia się i kultura, charakterystyczna dla danego społeczeństwa. Jako, że Dziki Zachód daleki był od bezludności, to... no cóż. Tu już wchodzimy na teren etnocentryzmu białych europejskiech kolonizatorów, ksenofobii, odnoszenia do całego zastanego świata wyłącznie znanych sobie szablonów, upychania w nich na siłę wszystkiego, co choć trochę wydaje nam się "dziwne", "niezrozumiałe" czy "nielogiczne". A to szybka i łatwa metoda nadużyć poznawczych, prostą drogą wiodących ku rasizmowi. Którym się brzydzę.
Dlatego nie mogę potraktować tytułowego pytania poważnie.

Także dlatego, iż sami twórcy omawianych przeze mnie pachnideł bazowali raczej na kulturowych tropach, skojarzeniach czytelnych dla każdego, kto choć trochę orientuje się w kulturze zachodniej. Czyli dla większości użytkowników popularnych perfum. ;) Zadając podobne pytanie godzę się na pewną konwencję.
Chciałam, abyście zdawali sobie z tego sprawę jeszcze zanim przeczytacie dzisiejszą recenzję.


A raczej dwie połączone w całość. Co nie powinno jednak nikogo zdziwić. :)
Wszak dwa lata temu marka Lubin zaprezentowała światu dwa premierowe zapachy, których korzenie chciałaby widzieć właśnie na Dzikim Zachodzie. Ukłon w stronę amerykańskich klientów? Dla mnie to bez różnicy. Liczą się historie, które zapragnęły mi opowiedzieć Bluff oraz Itasca. :)

Hm.. Pierwsza, ta pokerowa, nie mówi właściwie zbyt dużo. ;) Gdyż nie kryje w sobie wielu emocji, ryzyka  ani nawet marzeń o Prawdziwej Przygodzie, które w dziełach kultury masowej tak często okazywały się podstawowym motywem działań bohaterów, zmierzających ku przełęczom Kolorado czy złotonośnym strumieniom Alaski. Nic z tego. Na jakiekolwiek wyraźne historie Bluff jest dla mnie zbyt świeży. :)

Z początku nawet przyjemny, lekki, cedrowo-cytrusowy, z akordem ożywczym choć nie tak kwaśnym jak cytryna, skórzanym jak bergamotka ani gorzkim niczym grejpfrut a jednak zawierających w sobie po cząstce każdego z tych wrażeń. Chyba zaszczyciła mnie limonka. ;) Do spółki z cedrem przyjemnie prosta oraz delikatnie pudrowa.
Szkoda, że później całość staje się coraz bardziej zielona i wilgotna, później dojrzała, przejrzała a ostatecznie - nadgniła. Słodka w sposób mdły, obła i jasna a to w połączeniu z wonią zgniłych roślin dalekie jest od przyjemności. Pojawia się akord ziemisty, który tak mnie sponiewierał w Bois d'Ombie od Eau d'Italie, irysowo-fiołkowy, kompostowo świeży. Jednak nie zimny. Za co odpowiada paczuli, w opisanym świeżym towarzystwie równie mdłego i nadpsutego, co cała reszta składników. Znane mi skądinąd; spotkałam je wcześniej w jednej z wód Green Connection Sephory. Tak więc Bluff okazuje się być połączeniem owej wody z Lasami Umbryjskimi oraz L'Artisanowym Dzingiem! Ogólnie więc okazuje się dla mnie pachnidłem traumatycznym.
Wierzę jednak, ze miłośnikom którejś z powyższych kompozycji może przypaść do gustu. :)


Za to bardziej przyjaznym okiem spoglądam na Itascę, pachnidło nazwane na cześć jeziora, z którego wypływa rzeka Mississippi. Mające kierować nasze myśli ku zamieszkującym owe tereny Algonkinom oraz pierwszym białym traperom, przemierzającym dzisiejszy północnoamerykański stan Minnesota. Czyli ma Itasca być aromatem czysto, do cna amerykańskim.
No i znów okazuje się, że idea rozmija się z rzeczywistością.

Na esencję historycznej amerykańskości owo pachnidło jest zwyczajnie zbyt współczesne. :) Zbyt delikatne, uładzone, ciepłe. Naprawdę bardzo przyjemne ale jednak zbyt mocno osadzone we współczesnych konwencjach męskiego perfumiarstwa, bym mogła uznać je za wiarygodne odzwierciedlenie ducha dawnych czasów czy wspaniałej, nieposkromionej przyrody, z meandrującą rzeką na czele.
Bardzo niedosłowna mieszanina, drzewno-żywiczna, podkreślająca nuty cedru niezbyt oczywistą choć łatwo wyczuwalną żywicą sosnową, jagodami jałowca, szałwią, gorzką i sypką, świeżo startą na proszek gałką muszkatołową. Po chwili wszystko to jeszcze bardziej się pogłębia, zaczyna spalać się spokojnym dymem o bardzie popiołu, przypominającym kadzidło z olibanum, mirry, odrobiny benzoesu czy ziaren wyłuskanych z laski wanilii. Ta faza mnie podoba się najbardziej. :) Nawet po pewnym czasie, kiedy do całości ciepłego, wieloskładnikowego choć konsekwentnego dymu dołącza nuta jednocześnie pudrowa i słodka. W mojej opinii to bób tonka, złączony z lekkością przyjaznej ambry oraz lekko cielesnymi wyjątkami z pomarańczowego kwiecia. Jeszcze później kompozycja zestala się w jednolitą, lotną kurtynę: delikatną i przewiewną, nieznacznie przypudrowaną oraz osuszoną jasnymi piórami trawy wetyweriowej; spokojną a jednak wyraźną, w pewien niezbyt dosłowny sposób pachnącą leśną ściółką.

Zapytacie pewnie: co w tym współczesnego, skoro opis sugeruje jakość odrębną od tego, co obecnie zalega na sephowo-douglasowskich półkach? Przede wszystkim cichość, aurę pachnidła oficjalnego a jednak dyskretnego, niezobowiązującego osób postronnych do ciągłego wytężania uwagi. Szykowną zwięzłością ogółu kompozycji olfaktorycznej przywodzącego na myśl takie pachnidła, jak Terre d'Hermès, Gucci Pour Homme II, Hommage à l'Homme, Equus czy White od Lalique. Czyli wody spokojne, dobrze skonstruowane lecz jak ognia unikające wszelkiej ostentacji. Wierzę, że może to być zaletą.
Sama jednak wolałabym, aby świetne nuty drzewne z Itaski jakaś zdolna dłoń rozrysowała grubszą kreską. :)

Zaś na zakończenie chciałabym zauważyć, że nadmiar "cywilizacji" szkodzi. Zawsze i wszędzie. ;) Kropka.


Bluff

Rok produkcji i nos: 2010, Thomas Fontaine

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, początkowo bardzo silny z czasem coraz bliższy skórze. Dla każdego, kto lubi wyraziste aromaty przyrody. ;)

Trwałość: do sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, limonka, cynamon, gałka muszkatołowa
Nuta serca: orzechy cola, szałwia, irys
Nuta bazy: wetyweria, paczuli, wanilia, drewno sandałowe, drewno cedrowe



Itasca

Rok produkcji i nos: 2010, Lucien Ferrero

Przeznaczenie: sympatyczny, przyjemny dla powonienia uniseks (z przechyłem w męską stronę :) ), dosyć bliski skórze; na wszelkie możliwe okazje.

Trwałość: od pięciu do ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: jagody jałowca, mandarynka, grejpfrut, nagietek, neroli
Nuta serca: geranium, gałka muszkatołowa, goździk (przyprawa), bób tonka, szałwia
Nuta bazy: wetyweria, kadzidło partak, mirra, drewno sosny czerwonej, drewno cedrowe, żywica świerkowa, ambra
___
Dziś Oud od Maison Dorin.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.searchamateur.com/Cowboy-Games/Cowboys.htm
2. http://www.irablock.com/keyword/itasca#!i=1384928822&k=ZL3VjBZ