poniedziałek, 31 stycznia 2011

Biblioteka Demeter - kolejność przypadkowa, część 1.

Kilka losowo wybranych impresji, gdyż trudno mówić tu o "kompozycjach"mimo, że za projektami stoją tacy głośni perfumiarze, jak Christopher Brosius i Francis Kurkdjian. Co więcej podejrzewam, że - przynajmniej dla drugiego z panów - cały Demeterowy projekt nie jest niczym więcej, jak przynoszącą pewne zyski dowcipną chałturą, rodzajem rozgrzewki przed "prawdziwą pracą". ;) Co widać i czuć.
Dlatego dziś rozpoczęty cykl uzupełniać będę w nieregularnych odstępach czasu i raczej wyłącznie w formie krótkich kompilacji. Na początek kilak wód, które akurat mam pod ręką. W wyborze nie doszukujcie się logiki czy jakiegoś głębszego namysłu, bo ich nie ma. Ot, po prostu pisze "mi się" właśnie notka na winie - recenzuję to, co się nawinie. ;)

W kolejności alfabetycznej.


Amber
Miła, puszysta, słodko-pieprzowa ambra zapadająca w miodowe klimaty. Zacna, ujmująca i rozkoszna. Zdecydowanie jasnowłosa. :) Ładna, ale też nic specjalnego, nie polecałabym jej koneserom tytułowej nuty, choć sama, jako ambrowa dziwaczka, pluskającą buteleczką nie pogardzę. ;) Ogólnie pachnidło w klimacie Ambry Tesori d'Oriente.

Rok produkcji: nieznany

Przeznaczenie i trwałość: przyjemny, nienarzucający się uniseks, który po pierwszej fazie zaczyna przylegać do skóry na najbliższe cztery - pięć godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalna

Skład: ambra, bursztyn


Beeswax
Żeby napisać te słowa wylałam na skórę ostatnie krople z próbki. :) Bo w gruncie rzeczy lubię zapach pszczelego ula [ale nigdy głośno się do tego nie przyznam, więc błagam, nie powtarzajcie niczego mojej rodzinie! ;) ], jednocześnie słodki i pikantny w ten jedyny w swoim rodzaju sposób. Trudno opisać zapach wosku: korzenny, ziołowy, energetyczny i uspokajający jednocześnie. Jeśli dodać do tego lekką woń miodowej wody (bo na miód toto jest za słabe), wówczas tworzy nam się całość prawie jadalna, prawie słodka, prawie błoga. Sielsko-wiejska. Lecz flaszki nie pragnę, jakoś nie korci mnie by upodabniać się do rządzonych totalitarnie robotnic z rodziny muchowatych. Nie w tym życiu.

Rok produkcji: 2008

Przeznaczenie i trwałość: urocze uniseksualne dziwadełko dla ortodoksyjnych miłośników zapachów natury; żyje do pięciu godzin.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład: miód, wosk pszczeli


Fig Feaf
Pachnie tak, jak się nazywa: zielono, soczyście, energetycznie. 100% figi w fidze, a jednak jedzenia czegoś o tym zapachu nikomu bym nie polecała. :) Ewidentny aromat soków drzewa figowego, prosty i bezpośredni; chwilę po aplikacji mlecznieje, wpadając w klimaty znane z Philosykosa. Pojawia się nawet cicha kokosowa nutka, którą Olivia Giacobetti potrafiła wyciągnąć na światło dzienne. Tu jednakże egzotyczny orzech pozostaje w ukryciu, wszelkie zasługi scedowawszy na akcent tytułowy. Ładne i proste.

Rok produkcji: nieznany

Przeznaczenie i trwałość: lekki, letni, nienarzucający się aromat typu uniseks dla miłośników nietuzinkowych świeżaków, zanikający po ok. trzech godzinach (jak to wody kolońskie mają we zwyczaju :) )

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-owocowa

Skład: liście i owoce figi


Ginseng Root
Żeń-szeń - bardziej korzenny kuzyn imbiru. Tak, tak, po trzykroć: tak. :) Tym właśnie jest. Nieprzesadnie soczysty, orzeźwiający, ale też naładowany przyprawami, z goździkami oraz cynamonem na czele. Wyczuwam także miętę pieprzową. Po chwili aromat cichnie i wpada w bardziej miękkie, kremowe tony. Podobno słowo żeń-szeń po chińsku znaczy tyle, co "esencja męskości" (tłumaczenie raczej wolne :) ). Nic dziwnego, w końcu uznawany jest za afrodyzjak oraz w dalszym ciągu pozostaje składnikiem preparatów wspomagających potencję. Hm, tym razem Brosius musiał pójść w przeciwnym kierunku. ;) Zapach ujmujący, ale wyzuty z erotyzmu.Co również bywa zaletą.

Rok produkcji: nieznany

Przeznaczenie i trwałość: ciekawy uniseks dobry jako chwilowa odmiana, "skok w bok" od Poważnych Perfum. :) Wytrzymuje do trzech godzin.

Grupa olfaktoryczna: przyprawowo-aromatyczna

Skład: utajony; na pewno coś z tytułowego korzonka, a poza nim - same domysły


Holy Smoke
Mały, przyczajony gdzieś pod lasem wiejski kościółek o zakurzonym wnętrzu i z... tapicerowanymi ławkami. Naprawdę! :) Kadzidło proste, choć dla oszczędności mocno "uszlachetniane" ziołami wszelakimi: trochę rozmarynu, trochę rumianku, trochę ziela angielskiego i szałwii. A do tego stara, właściwie już sparciała skóra. I dużo, dużo kurzu. Oraz promienie słońca, wpadające przez mały witraż umieszczony w prezbiterium. Miłe miejsce do samotnej, spontanicznej medytacji.

Rok produkcji: nieznany

Przeznaczenie i trwałość: spokojny zapach typu uniseks, świetny na wszelkie nieformalne okazje oraz nie grzeszący przesadną trwałością (jakieś cztery godziny, w końcu to edc).

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład: kadzidło frankońskie, przyprawy


Mahogany
Ech, ten cudak jest naprawdę piękny! Bogaty, ciemny, wytrawny, głęboki. Wart grzechu. Z początku nawet delikatnie rumowy, by ostatecznie ewoluować w stronę zwykłej, niczym nie doprawionej mahoniowej deski. Prosty, a jednak działający na zmysły. Zabójczo prosty. Gdyby tylko trwałość nie była aż tak skandaliczna... :)

Rok produkcji: nieznany

Przeznaczenie i trwałość: zapach rekomendowany mężczyznom, ale na skórze kobiety po prostu oszałamia. Wiem, bo sprawdziłam. :) Tylko dlaczego znika po dwóch godzinach? No, dlaczego?? ;)

Grupa olfaktoryczna:
drzewna

Skład: mahoń, przyprawy


New Zealand
Orzeźwiający, soczysty, zielony. Tryskający wszystkimi sokami z przebogatej oferty zwrotnikowej flory. Zmasowany atak nut ozonowych; dwa tysiące odcieni zieleni i błękitu zamkniętych w jednej, niewielkiej buteleczce. Przy czym całość ani przez chwilę nie staje się słodka. Na szczęście. Kompletnie nie moja bajka, ale całkiem przyjemny (choć latem wąchać go nie mogę - przeokrutnie męczy dosłownością).

Rok produkcji: ściśle tajny

Przeznaczenie i trwałość: miły leni uniseks; do półtorej godziny [!]

Grupa olfaktoryczna: wodna

Skład: woda morska, trawa, roztwór ziemi [?], nuty wodne, drzewne i zielone


Scottish Shortbread
Obły, apetycznie bezpośredni zapach maślanych herbatniczków, w szkockich domach tradycyjnie towarzyszący obchodom Bożego Narodzenia oraz Nowego Roku. Mocno śmietankowy, zauważalny, choć niezbyt silny. Uroczy. Prosty. Łatwy. Oraz jasny. Przesympatyczny. Miękko dopasowujący się do skóry w sposób niemalże oczywisty. Miłe dziwadło do noszenia "dla nastroju". :)

Rok produkcji: nie mam pojęcia

Przeznaczenie i trwałość:
lekki, ewidentnie kulinarny zapach stworzony z myślą o kobietach, ale ciekawi mnie, jak też ułożyłby się na skórze mężczyzny. :) Znika późno jak na Demeter, bo po niecałych pięciu godzinach.

Grupa olfaktoryczna: gourmand

Skład: herbatniki, masło, wanilia

To na razie koniec. Osiem zapachów. Pod ręką miałam jeszcze trzy inne, lecz dziś nie mam już ochoty [ani miejsca na przedramionach] na pisaninę. Zatem dołączę je do kolejnej transzy. Kiedy..? Kto to wie! :)
___
Wpadłam w odmęty Délice d'Épices Niny Ricci.

niedziela, 30 stycznia 2011

Za ile można opylić 2 ml perfum?

...a przynajmniej próbować to zrobić. :)
Zazwyczaj staram się nie robić ludziom takich chamskich numerów [jeśli ktoś złapie naiwnego, to jego, moralnie naganne i finansowo korzystne, szczęście], ale TAKIE COŚ woła o pomstę do nieba.

Błądząc po Allegro natrafiłam na ślicznego kffiatuszka:
[zamazałam nick Sprzedającego, bo mam nadzieję, że czyta te słowa i nabierze rozumu :) ]


W tym przypadku nawet gratis, obiecany przy skorzystaniu z opcji Kup Teraz, nie pomoże.

Dla porządku przypominam, że istnieje znacznie tańsza alternatywa:


Moi drodzy, doskonale rozumiem chęć zarobienia, ale nie tego typu próby rozboju!
To tylko dwa mililitry pachnącego alkoholu, nie żywa woda. :)
A Pana Obrotnego niniejszym przywołuję do porządku.
___
Przerzuciłam się na Explosive marki Etienne Aigner.

sobota, 29 stycznia 2011

Baśniowa rzeczywistość

Czas na kolejnego "cosia" z mojej prywatnej kolekcji.
A postanowiłam, że zostanie nim zapach teoretycznie lekki, ładny i przyjemny, teoretycznie niewymagający, o śmiesznie trywialnych nutach, teoretycznie jedno z tych pachnideł dla głupiutkich gąsek o dość, hm... mało wybrednych upodobaniach zapachowych.
Ale to tylko teoria. :) Dziś chciałabym zaprezentować Wam, jaki naprawdę potrafi być Pikantny Smakołyk, czyli Délice d'Épices?!... od Niny Ricci. [rety, typowe dylematy tłumaczeniowe potrafią dopaść nawet podczas recenzowania perfum ;) ]

Żółta "kupa w koronie" jest jedyną, którą posiadam na własność. Reszta kolekcji Les Belles de Ricci bywa piękna mniej lub bardziej, ale tylko tę jedną kompozycję pokochałam na tyle, by zażyczyć sobie większej jej ilości. Co powinno być pierwszą wskazówką. ;P

Nie jest to zapach oszałamiający; nie rzuca na kolana ani - tym bardziej - nie sposób określić go mianem "majtkozdziercy". Nie budzi gwałtownych emocji. Nie uderza w nozdrza z siłą Jubilation XXV, Cinnabaru E. Lauder czy chociaż Diorowego Poison.
Délice d'Épices nie krzyczy. On śpiewa (a raczej nuci cichuteńko). Choć pewne jest iż, w razie potrzeby, potrafi pokazać siłę i piękno swego głosu. Co stanowi drugą wskazówkę. ;)

Opis rozwoju przekornie zacznę od wyznania, że jestem nieszczęśliwa. Szukam w perfumach piernika, tego najprawdziwszego, miodowo-korzennego na lekkim, ciemnoczekoladowym stelażu. Są szczęściarze, którzy znaleźli go w Belle de Minuit, w D d'É właśnie, w Smell Bentowym Elf-Fulfilling Prophecy; a ja nic! Ani pół cienia zapadłej w pamięć woni. Ciągle muszę zadowalać się smakiem. :)
Albo po prostu docenić to, co pcha się pod mój nos. Docenić, a nawet zapałać doń szczerą, głęboką sympatią.

Bowiem mamy do czynienia z mieszaniną kapitalnie przewrotną: teoretycznie dokładnie taką, jak opisałam na wstępie, ale w istocie niepoważną, wiecznie skłonną do żartów; rozbrykaną, pogodną, jasną. W jakiś baśniowy sposób zawieszoną ponad naszym nudnym, trywialnym życiem, trochę nieobecną, wyróżniającą się z szarego [albo raczej różowego] tłumu, choć przecież z pozoru "stworzoną z tej samej gliny", co jej kwiatowo-owocowe siostry. Lecz (jak zawsze) namawiam do absolutnej nieufności wobec pozorów.

W otwarciu dominuje pewien jasny, słodki i leciutki oranżadowy akcent cytrusów, dodatkowo podrasowany przez brzoskwiniową puchatość oraz.. subtelne nuty słone! Poważnie. :) Czuję je aż nazbyt wyraźnie (och, coś naprawdę fascynującego musiało zostać pominięte w oficjalnym spisie nut). To właśnie im, w mojej opinii, Délice d'Épices zawdzięcza całą swoją niezwykłość, ów frapujący akcent, który nie pozwala o sobie zapomnieć oraz odróżnia omawianą kompozycję od tylu innych.
W miarę upływu czasu cytrusy zanikają, a na ich miejsce wskakuje charakterystyczna, słodko-przyprawowa woń kwiatów goździka. Dołącza do niego orchidea i jakiś niespotykany, mało inwazyjny jaśmin. Czarna porzeczka i kardamon zręcznie łamią schemat niebezpiecznie zbliżony do ulepu. Wyczuwam także szczyptę cynamonu. A tajemniczy słony, świetlisty akcent zyskuje na znaczeniu.
Natomiast w finale już zupełnie nie potrafię poszeregować poszczególnych nut. W miejsce zgranej orkiestry mamy dziwny, niepodobny do niczego dźwięk; muzyka sfer...? ;) Jednak mnie to nie przeszkadza. Wcale. Nie staram się za wszelką cenę wnikać w strukturę mieszaniny, po prostu cieszę się słodko-słoną, kremową masą, puszystą i bogatą. Jasną i optymistyczną. Sandałowiec, bób tonka, wanilia - oto złota triada słodyczy. Która jednak nie byłaby w stanie przebić się przez warstwę wtórnej poprawności bez pomocy landrynkowej oranżady i niewyjaśnionej soli. To właśnie powyższa gra składników zdołała wyróżnić D d'É, nadać mu kapitalny rys. Może nie innowacyjny i całkowicie wyjątkowy, ale z pewnością bardzo, bardzo przyjemny. Co okazało się trzecią wskazówką. ;)

Podsumowując recenzję pozwolę sobie na mały apel. :) Panowie i Panie czytający czasem tego bloga! Jeśli poszukujecie dla swoich ukochanych takiego prezentu perfumowego, który jest słodki, rozbrajająco uroczy, ale nie przytłaczający, jeśli pragniecie podarować im pachnidło, które podkreślałoby ich kobiecość, ale nie powodowało u Was i u nich migren czy duszności, jeśli chcielibyście dać im perfumy jednocześnie stonowane i oryginalne, to błagam, nie szukajcie w polskich perfumeriach sieciowych! Zaklinam Was, nie bierzcie pod uwagę współczesnych, do bólu wtórnych, pozbawionych jakiegokolwiek szyku zapychaczy półek w rodzaju Lady Million Paco Rabanne, Guilty od Gucci czy setki celebryckich słodziaczków! Miejcie odwagę spróbować "wyrobić gust" Waszych Pań i poszukajcie dla nich Délice d'Épices.
Metodą małych kroczków możecie osiągnąć sukces. Korzystny dla wszystkich zainteresowanych stron, słowo. :) Nie pożałujecie. Tak Wam mówi Ciocia Dobra-Rada.

Rok produkcji i nos: 1999, ??

Przeznaczenie: uroczy, nietuzinkowy (jak na dzisiejsze czasy) zapach dla kobiet, mający cechy idealnych perfum - wyczuwalny z daleka, nadzwyczaj delikatny i niemęczący przy bardzo bliskich kontaktach. Testy na męskiej skórze potrafią dać równie ciekawe efekty.

Trwałość: od siedmiu do dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa (albo łagodnie orientalna)

Skład:

Nuta głowy: brzoskwinia, cytryna, pomarańcza, czarna porzeczka
Nuta serca: goździki, cynamon, orchidea, jaśmin
Nuta bazowa: drewno cedrowe, drewno sandałowe, wanilia, bób tonka
___
Dziś eksperymentuję. Zmieszałam Poison Diora z męskim Fever od Celine. Gdy chemiczna słodycz drugiego wyparowała okazało się, że wreszcie jestem w stanie wyczuć bazę Trucizny. Jupi! :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. mój twardy dysk
2. http://photo.net/photodb/photo?photo_id=9336351 (fotografia autorstwa Paolo Bevilacqua'y [?])

czwartek, 27 stycznia 2011

Cisi zabójcy

Europejscy wrogowie pogardliwie nazywali ich hasziszijjin, czyli "palącymi haszysz", która to czynność stanowić miała obowiązkowy element obrzędów inicjacyjnych; jednak ich faktyczne miano brzmi nizaryci i pochodzi od imienia duchowego przywódcy sekty, imama Nizara. Na terenie jedenastowiecznej Persji Hasan-e-Sabbah stworzył organizację, której historię znamy jedynie z przekazów wrogich kronikarzy; stąd też najbardziej znanym jej przywódcą stał się Raszid ad-din as-Sinan, określany, budzącym jednocześnie grozę, podziw i fascynację, mianem Starca z Gór. Dowodzona przezeń grupa przeszła do legendy, na którą składają się ostrożność, podstęp i skrytobójstwo, lęk i odwaga, mistyka i wytrwałość. Jej nazwa w Europie zdołała wejść do języka potocznego, by stać się jednym z synonimów "morderstwa". A brzmi ona [kto jeszcze nie odgadł? ;) ] asasyni.


Jak już wspomniałam, o sekcie morderców wiadomo niewiele a fakty, którymi już dysponujemy, zastały zapisane przez wrogów ruchu (oraz samego Sinana) - zarówno krzyżowców, jak i Saladyna. Zatem brak nam możliwości weryfikacji treści wczesnośredniowiecznych dokumentów. Podaję linki do dwóch stron, na które można zajrzeć: KLIK i KLIK.
Wracając do rzeczy; słynni skrytobójcy skojarzyli się w mojej głowie z zapachem równie, co oni sami, mocnym, bezkompromisowym, zachłannym, wszędobylskim i dławiącym całą konkurencję. Oto przed Państwem asasyni olfaktorycznego świata, zaczarowani w ciemny płyn, ukryty wewnątrz niewielkiego flakonika. Oto Black Afgano! ;)

Zauważyliście już? Hasziszijjin - Ḥashāshīn - Assassins. Asasyni.
Jakież mogłyby być dlań lepsze perfumy nad te, których jedyną ujawnioną nutą pozostaje haszysz? :) Produkt Nasomatto idealnie wpasowuje się w mit polityczno-religijnych morderców.
Choć, co powtórzę jako kolejna z długiego szeregu recenzentów, nie pamiętam, by woń prawdziwego haszyszu posiadała AŻ TAKĄ moc. Niee, tu musiano dorzucić sporą wiąchę innych ekstraktów. Tylko dlaczego
Gualtieri zakazał upubliczniać imiona pozostałych graczy? Kolejna tajemnica...? ;) Jeśli tak, to przecież i ona bywa z reguły rozwiązywana pokątnie, w oparciu o wyimaginowane poszlaki czy niepewne przesłanki. Dwa tysiące domysłów i ani zdania prawdy. [kolejne nawiązanie do tytułowych bohaterów :) ]
Jak więc mają się sprawy z Czarnym Afgańczykiem, który tak naprawdę jest Persem i religijnym stronnikiem Nizara? W tym miejscu postaram się dołączyć swoją teorię spiskową. ;)

Legendy o tajemniczej grupie wyznawców jednego z odłamów islamu dosięgły uszu pierwszych krzyżowców jeszcze zanim ci zdołali postawić stopy na Ziemi Świętej. Podobno owi piekielnie niebezpieczni Saraceni zjawiali się znikąd, podstępnie zabijali wrogów i, bez wzbudzania czyichkolwiek podejrzeń, dosłownie rozpływali się w powietrzu. Bywało, że przez lata udawali serdecznych przyjaciół swej ofiary by, w odpowiednim czasie, wykonać powierzone zadanie. Oddani sekretnemu władcy nazywanemu Starcem z Gór, gotowi na jeden jego rozkaz odebrać życie nawet sobie.
Wiecie już, dlaczego nazywani są sektą? :)

Podobnie Black Afgano: przychodzi właściwie nie wiadomo skąd, rozgaszcza się na skórze, anektuje dla siebie całą dostępną przestrzeń, otaczając nosiciela gęstą smugą czarnego pyłu i niemal wrastając w skórę, stopniowo osłabiają naszą czujność, by nagle - ni z tego, ni z owego - zniknąć. Pozostawiając po sobie zgliszcza oraz świadomość, że "nic już nie będzie takie samo".
Mieszanka rozpoczyna się mocnym uderzeniem akordów drzewnych, żywicznych, kadzidlanych. Gęstych, ciemnych, głośnych, lecz przecież nie wulgarnych ani okrutnych (dla mnie przynajmniej); nawet testy nocne wypadały pozytywnie, a nawet rzekłabym, że nad podziw miło. I to także mogłabym wyjaśnić dzięki, spisanej przez Marco Polo, opowieści o inicjacji przyszłych zabójców. Otóż:
"[Starzec] kazał podawać im napój z opium, po którym natychmiast usypiali. Następnie kazał ich przenosić we śnie do tego ogrodu i obudzić. Obudzeni młodzieńcy, widząc się w ogrodzie i oglądając te wszystkie rzeczy, o których mówiłem, sądzili się naprawdę być w raju. Zaś damy i dziewice cały dzień spędzały z nimi, grając i śpiewając, i oddając się wszelakim rozkoszom; czynili z nimi wedle swej woli. Tak tedy owi młodzieńcy mieli wszystko, czego dusza zapragnie, i z własnej woli nigdy by z tego ogrodu nie wyszli".
W.B. Bartlett, Asasyni.Dzieje tajemnej sekty muzułmańskiej, przeł. Grażyna Gasparska, wyd. Książka i Wiedza, Warszawa 2004.

Tak więc nie znajduję w BA niczego nieprzyjemnego; ani jednego dysonansu. Perfekcyjnie skonstruowana broń o kolosalnym zasięgu, która jednak - ostrzegam! - może być równie niebezpieczna dla tego, kto posługuje się nią nieumiejętnie bądź bez elementarnej dawki pokory. Jak to broń. ;)

Trudno też mówić o typowym rozwoju nut. Może tylko tyle, ze z czasem kompozycja ogrzewa się i mięknie. Początkowe akordy "spalonej" wetywerii i hebanu znikają, zaś sandałowiec, pierwotnie blisko spokrewniony z Etrowym Sandalo, nabiera lekkiej mleczności. Do głosu dochodzi ambra, zastępując coś w rodzaju lekkiego muśnięcia cywetu (a może ten ostatni nadal gdzieś się czai? nigdy nie wiadomo). Moje nozdrza lokalizują nawet charakterystyczną cedrową świeżość; labdanum; któryś z drzewnych balsamów. Nad tym wszystkim unosi się dość znaczna, lecz i tak będąca tylko jedną z szeregu podobnych sobie zapachowych siłaczy, smuga kadzidła. Gdzieś na pewno tkwi sam haszysz, lekko ziołowy i mroczący myśli.
Lecz to wszystko są jedynie domysły. Wariacje na temat mieszaniny równie pięknej i harmonijnej, co mocarnej oraz zaborczej. Niebezpiecznej. Fascynującej. Niezwykłej.
Oraz tajemniczej.
Kiedy znika, zabiera ze sobą nasz spokój ducha, pozostawiając niemożliwy do ukrycia ślad swej bytności: wszechobecny woal zapachu, który potrafi snuć się po pomieszczeniu jeszcze przez kilka godzin. Niektórzy zaś oddychają z ulgą: "uf! mało brakowało!". Lecz i tak włos na głowie mają zjeżony wiedząc, że ich przeżycie zależy wyłącznie od kaprysu siły, nad którą nijak nie da się zapanować.
Pewnego razu, gdy sułtan Saladyn obudził się rankiem w swym namiocie, tuż obok własnej głowy znalazł sztylet z zatrutym ostrzem... wbity w poduszkę. W tym samym miejscu leżał znak asasynów (kartka z pogróżkami bądź owsiany placek [pełniący funkcję końskiej głowy z Ojca chrzestnego ;) ], wersje są różne).

Jakie to szczęście, że wyżej podpisana nie ma się czego obawiać! Black Afgano lubi mnie, ja lubię Black Afgano. :)


Rok produkcji i nos: 2009, Alessandro Gualtieri

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, choć już zdołano zaszufladkować go jako typowo męski. Czym radzę się nie przejmować, bo w istocie nic nie wskazuje na odchylenie kompozycji w którymkolwiek kierunku [cała jej domniemana nie-kobiecość to pewnie "zasługa" nieprzeciętnej siły rażenia]; tak starannie jest wyważona. Charakteryzuje się dużą emanacją i wyrafinowaniem, więc radziłabym korzystać zeń podczas wszelkich szczególnych okazji. Wystarczy jedynie umiejętnie dozować ilość perfum.

Trwałość: do piętnastu godzin; czasem dłużej

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

haszysz (i kilka innych sekretnych składników)
___
Dziś noszę Ambre Noir z asortymentu marki Sonoma Scent Studio (Skarbku, masz u mnie wódkę! ;) ).

P.S.
Źródła ilustracji:
1. Hashashin autorstwa wraithdt.
2. Rashid al-Din Sinan autorstwa SamInabinet.
3. Nasomatto Black Afgano z profilu Nathana Brancha.


Edycja, godz. 23:14
Z cyklu "przygody z perfumami". :) Wiecie, co przed chwilą zrobiłam? Psiknęłam do lampki wina jedną "porcję" Hypnotic Poison, tego najklasyczniejszego. Różowy, półwytrawny, kalifornijski zifandel o lekkim, mineralnym smaku oraz jasnym, delikatnie owocowym bukiecie + zwodnicza wanilia. Smak taki sobie, za to zapach...! Chciałabym mieć identyczne letnie perfumy. ;)

wtorek, 25 stycznia 2011

Paplanina nad sernikiem

Miałam przygotować notkę o Black Afgano (póki jest jeszcze co recenzować ;) ), ale wybaczcie - nie bardzo mam dziś siły do zmierzenia się z tym podobno-narkotycznym cudem. W zamian kilka zdań o czymś znacznie prostszym, łatwiej dostępnym, tańszym i w ogóle znacznie... mniej. Postawiłam na Desire Me Escady.
Przede wszystkim na pewno nie są to perfumy do uwodzenia; kompletnie brakuje im potencjału. A może to ja jestem już tak zwichrowana, że oczekuję od pachnideł góry wrażeń, podczas gdy ogół odbiorców zadowala się prostym "byle nie śmierdziało i nie dusiło"? W każdym razie dla mnie nie ma w nich nic erotycznego, więc nazwa wydaje się całkowicie chybiona.
Co nie znaczy jednak, iż należy spodziewać się kolejnej niepochlebnej recenzji. :) W żadnym wypadku. Desire Me to perfumy - na dobrą sprawę - tak bardzo średnie, jak to tylko możliwe, więc i niniejszy wpis ma prędzej charakter swobodnej impresji, niż rzetelnej opinii.


Krąży po świecie widmo... sernika, ukrytego w DM. Niestety, jako zdeklarowana fanka wspomnianego ciasta pod wszelkimi postaciami, muszę zaprzeczyć. Ani sernika, ani nawet syntetycznego olejku, który przed laty dolewała do serowej masy moja babcia tym razem nie doświadczyłam. Choć skłamałabym mówiąc, iż kompletnie brak kulinarnych nawiązań; jako, że w pewnym momencie (jakoś tak zaraz po ustąpieniu nut głowy) moje nozdrza wychwytują woń tanich lodów sprzedawanych na gałki [kojarzę nawet konkretnego producenta, lecz przez grzeczność zmilczę nazwę ;) ]: słodki, trochę korzenny, lekko "zalatujący" dawno niemytą lodówką, której męczące wyziewy zagłusza aromat chłodzącego się właśnie mlecznego deseru. Cóż, efekt nawet interesujący, lecz nie na tyle, by skłonić mnie do głębszego zainteresowania.
Zanim do władzy dorwie się lekki gourmand, łatwo wyczuć spokojne, wyzute z oryginalności - choć nadal poprawne - słodkawe nuty cytrusowe. Później kompozycja ewoluuje w stronę wspomnianej delikatnej korzenności o lekko czekoladowym odcieniu, by ostatecznie dokonać żywota jako miks waniliny z laboratoryjnym wcieleniem delikatnie słodkiego kwiecia; czasami do głosu dochodzi coś na kształt tiramisu, tyle że ze wspomnianymi lodami zamiast mascarpone (ale kawa i biszkopty są :) ).
To już w zasadzie wszystko.

Desire Me to aromat poprawny, całkiem nieźle zrobiony, więc nie ma powodu, by załamywać nad nim ręce. Znam kilka gorszych; problem w tym, że i lepszych znajdzie się niemało, zatem konkurencja jest mocna. Dla mnie pachnidło przepada w odmętach. Taki bohater jednej nocy.
No i zupełnie nie pojmuję, skąd nazwa. Czego tu pożądać?


Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: bezpieczny, bliskoskórny zapach stworzony z myślą o kobietach, ale myślę, że powinien zainteresować także mężczyzn - wielbicieli słodkości. Bo to w istocie sześciokrotnie rozcieńczony A*Men... ;) Poważnie - aromat wydaje się być stosowny na wszelkie okazje, byle nie te bardziej uroczyste [dygresja: zauważyliście, że Polki i Polacy mają ogromny kłopot z doborem perfum do okazji? Rzekłabym nawet, że znacznie większy, niż ze strojem. Te wszystkie panny młode pachnące Cool Water czy "klasyczną" Euphorią Kleina..]

Trwałość:
może być - w granicach siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, inne cytrusy
Nuta serca: orchidea, piwonia, tiramisu
Nuta bazy: kawa, ciemna czekolada, wanilia

A przy okazji: przelotnie wąchałam dziś Guilty, kobiecą nowość od Gucciego [spoko, ten wypad do perfumerii był planowany; doradzałam w zakupie]. Wrażenia? Już czuję się winna. ;) Makabra. Najprawdziwsza. No normalnie cienkie siki (podobnie, jak Vanitas Versace). Zdradziłam ideały Christophera Brosiusa. :)
___
Dziś noszę Gold Man od Amouage.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.stumbleupon.com/stumbler/sweetsfoods/tag/ice-cream/

poniedziałek, 24 stycznia 2011

Śniadanie na plaży

Jest wyrafinowana, ale odrzuca arogancję; jest dojrzała, ale nie zmęczona; uwielbia ironię, żartuje, że "jest znudzona tylko tym, co jest nudne"...
Dla niej złoto to nie symbol ostentacji, to materiał, który ją naturalnie uzupełnia.

Jest wolna, lubi łamać zasady, kocha dzikość natury; jest elegancka; uwodzi ją to, co tajemnicze; jest jednocześnie romantyczna i nowoczesna... Kobieta, którą pociąga przygoda i egzotyczne podróże; uwielbia świetnie wyglądać a jej styl jest nieformalny; lubi być fair, działa zgodnie z zasadami, które sama uważa za uczciwe.


Powyższy opis przedstawiać ma docelową użytkowniczkę perfum Touch marki Tous. "Dla niej złoto to nie symbol ostentacji, to materiał, który ją naturalnie uzupełnia"? Noo, drodzy państwo! Po takim tekście trudno o spokojne, "zimnokrwiste" potraktowanie zamkniętej w lekko niespójnym flakonie cieczy. Ostatecznie złoto jest symbolem blichtru i ostentacji dla każdego, od zarządców kopalń i całej sieci dystrybutorów począwszy; oni na micie wyjątkowości wspomnianego metalu zarabiają obrzydliwie nieprzyzwoite pieniądze. Więc jego przedłużanie leży w ich żywotnym interesie. Bo tym, co człowieka uzupełnia biżuteryjnie jest prędzej wzór, kunszt wytwórcy, umiejętny dobór świecidełek, dopiero później materiał, z którego precjoza wykonano.
No. To byłoby na tyle, jeśli chodzi o irytujący szczegół. ;) Reszta jest po prostu zabawna.


Co się zaś tyczy samego zapachu, przypomina mi on trochę rozbrykanego szczeniaczka - jest uroczy, ale cholernie męczący. A to dla mnie za dużo.
W wyraźny sposób nawiązuje do pewnego, dziś już szacownego, trendu w perfumiarstwie. Pełnymi garściami czerpie z tradycji perfum ozonowo-morskich. Te zaś dzielą się na dwa nurty: starszy, choć też lekki, doprawiony owocami, którego reprezentantem jest choćby damski Cool Water Davidoffa oraz bardziej słony, może też wytrawny, lekko szampański [dla mojego nosa; część społeczeństwa powie Wam, że to CW "zalatuje" szampanem :) ] w stylu Eau des Merveilles Hermèsa lub całego naręcza perfum niszowych. Touch zdecydowanie zapożyczył sobie coś niecoś z pierwszego stylu.

W ogóle otwarcie sugeruje pokrewieństwo z Cool Water: słodkie, lekkie, przywodzące skojarzenia z porankiem i owocowym śniadaniem spożywanym przed bungalowem w którymś z pacyficznych kurortów. Jest przyjemnie, by nie rzec błogo, lekko, zabawnie, niezobowiązująco. Bryza od morza łagodnie omywa nam twarz, słońce powoli podnosi się znad horyzontu, robi się coraz cieplej. Nic nie musimy. Celebrujemy rozkoszne nieróbstwo. Słodkie kwiaty, którym przewodzą frezja, lotos i gardenia z lekka podbija cukrowa dosadność i z pół tony wanilii.
Szczęśliwie omawiana kompozycja nie uderza w strunę najbardziej traumatycznych "słitaśnych perfumek" o słodko fekalnych konotacjach (w rodzaju Marry me! od Lanvin), lecz umiejętnie dryfuje w stronę słodyczy lekkiej, łatwej i przyjemnej, malinowo-truskawkowej na silnych waniliowych fundamentach. Nie obrzydza; a to już jest coś. :) Ale czemu tu się dziwić, skoro Touch wyszedł spod ręki twórczyni choćby moich drogich Jasmin Noir czy Organzy. Najwyraźniej pani Labbé nawet chałtury zwykła robić na całkiem przyzwoitym poziomie.
Tak więc, zanim słodycz do reszty opanuje spowitą w Touch osobę, kwiaty z uwertury nabierają głębi i ogrzewają się; prym wiedzie jaśmin, wspomagany przez lekkie nuty miodowe. Delikatnie korzenne, choć przecież syntetyczne aż do bólu.
Najmniej godny uwagi, co zresztą nie powinno nikogo zaskakiwać, jest finał kompozycji, kiedy to słodycz malin i miodu ucieka, kwiaty więdną i czekają, aż jakaś litościwa ręka skróci ich wazonową agonię. Pozostaje nam jedynie dziwna, laboratoryjna waniliowo-migdałowa pulpa. Ni to ciecz, ni to pasta (olejek też nie bardzo pasuje); oklejająca skórę dość szczelnie i stopniowo na niej zasychająca w beżową, cienką skorupkę.

Zapach nie jest do końca zły, nie ciąga mnie do toalety, nie dręczy u poduszki [test nocny wypadł bardzo przyjemnie], ale też niczym nie zaskakuje. Pozostaje statyczny, wtórny i wycyzelowany na jak najszerszą grupę odbiorców. Idealne perfumy dla kogoś, kto nie przywiązuje szczególnej wagi do otaczających go/ją aromatów, kto lubi sobie czasem popachnieć. I tyle.
Miły, ale "nie mój".

Na koniec słówko o flakonie. Na wstępie napisałam, że jest niespójny i myślę, że powinnam Wam to wyjaśnić. Otóż sama szklana bryła, opływowa i dopasowana do kształtu niewielkiej dłoni sugeruje prostotę; atomizer ozdobiono zawieszką z misiem, uroczym towarzyszem dziecięcych zabaw; zawartość buteleczki to kolejny pseudozmysłowy przyjemniaczek dla ludzi, którzy - na dobrą sprawę - zapach mają głęboko "w nosie"; natomiast zatyczka, faktycznie nawiązująca do biżuteryjnej kolekcji Duna, mnie kojarzy się... z megalitem! ;) Prostota, pluszak, perfumeryjna plomba oraz megalit - nie wiem, co to ma być, ale na pewno nie spójna, wiarygodna wizja. Pomijając fakt, że ostatni element składowy zasługuje na o niebo lepsze zapachowe odzwierciedlenie. :)


Rok produkcji i nos: 2006, Sophie Labbé

Przeznaczenie: nieskomplikowany, lekki zapach dla kobiet. Raczej na cieplejsze dni.

Trwałość: największa niespodzianka Touch - około trzynastu godzin!

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: lotos, konwalia, frezja
Nuta serca: jaśmin, osmantus, kwiat tiare (taitańska gardenia)
Nuta bazy: wanilia, malina, migdały
___
Dziś noszę Ysatis od Givenchy [takie kwiaty to ja rozumiem! ;) ].

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.allfreelogo.com/rf-vector/5133698-glass-with-juice-on-a-sea-vector.html

niedziela, 23 stycznia 2011

Polecam książkę

Której sama jeszcze nie przeczytałam; ale zamierzam to zrobić w najbliższym czasie. I wiem, że nie pożałuję. Dlaczego?


Bo, odkąd pamiętam, niemal wszystkie Wielkie Narracje Wojenne przedstawiały głównie męski punkt widzenia: dynamizm, ruch, bitwy, heroiczność oraz - bezwzględne podporządkowanie swego "ja" dowódcom, prawie chełpliwą świadomość uczestnictwa w "czymś ważnym". Jakieś bzdety o umieraniu za ojczyznę.
Przykładem żałosna produkcja polskiej telewizji o makabrycznym, choć znamiennym, tytule Czas honoru. Z ciekawości oglądałam pierwszą serię. Z podziwu godną cierpliwością patrzyłam na pozbawioną elementarnej wiarygodności szamotaninę grupy gamoni, których osobiście z mieszanymi uczuciami wypuszczałabym samotnie na ulice Londynu, a co dopiero zrzucać takich do okupowanego kraju jako cichociemnych. :) Ostatni odcinek oglądałam zarykując się ze śmiechu co, jak mniemam, raczej nie było zgodne z zamysłami twórców serialu. W swojej reakcji nie byłam odosobniona. Z tejże ciekawości "zaliczyłam" nawet jeden z odcinków serii drugiej; oto, co zobaczyłam: w momencie, gdy oszołomy, wobec widocznej przewagi wroga i bez szans na wygranie potyczki nie tylko nie wycofały się po cichu, póki nie zostały przez hitlerowców zauważone [akcja była kompletną samowolką, więc naszych dzielnych wojaków nie obowiązywało posłuszeństwo wobec rozkazów "góry"], ale otworzyły ogień, by ostatecznie - przy dźwiękach patetycznej muzyki - ponieść malowniczą klęskę. Wyłączyłam telewizor.

Takiej narracji już od lat nie mogę strawić. Takiej narracji chciałabym się przeciwstawiać. Taką narrację już w latach 60. bądź 70. powinno zepchnąć w cień przesunięcie akcentu z katów (żołnierzy) na ofiary (ludność cywilną), jak to miało miejsce po drugiej stronie żelaznej kurtyny. A dokonywało się ono właśnie przez publikacje w rodzaju Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swietłany Aleksijewicz, czyli przez przedstawianie "innej wersji" znanych nam już wydarzeń. Niekoniecznie konfrontację z obowiązującym kanonem (choć w efekcie łatwo do niej doprowadzić), ale poszerzanie go o kompletnie dotychczas ignorowane aspekty.
No właśnie. Czy ktoś z Was wie może, jak żołnierki powstania warszawskiego radziły sobie z higieną w czasie menstruacji? Przypominam, że wody w mieście było wówczas jak na lekarstwo, do tego ściśle reglamentowanej. Albo jakie były granice wieku niemieckich kobiet, gwałconych przez maszerujących na Berlin czerwonoarmistów? A może komuś wiadomo, czym wsławiła się niejaka Christine Granville?
Tego typu pytania można mnożyć i bodaj nigdy nie wyczerpie się tematu. Tylko kogo to obchodzi? [poza przypadkiem Granville] W końcu brak słowa o podbojach, heroizmie, solidarności frontowców, umieraniu za ojczyznę, nikt nie zająknie się o dojmującej męskiej tęsknocie za byciem częścią "wielkiej, wspaniałej całości" - armii. Zatem babskie bajdurzenie nie znajdzie w Pl wielu chętnych. Tutaj ceni się ef szesnaście czy transportery opancerzone, w pogardzie mając przedszkola, żłobki i sensowne ustawy zapobiegające wykluczeniu społecznemu. Wszystko to są pierdoły niegodne uwagi Prawdziwych Polaków.

Dlatego też z radością przyjmuję pojawianie się każdej publikacji, która może choć trochę zmienić oficjalne postrzeganie historii, dopowiedzieć do niej coś nowego, zwrócić uwagę na zaniedbywany dotychczas akcent. Póki co nie ma ich zbyt wiele, ale nie tracę nadziei. Kropla drąży skałę. :)

Na zakończenie link do wywiadu z autorką reportażu: KLIK. Zajrzyjcie, bo warto! O wiele konkretniejszy i bardziej przekonujący od powyższych wywodów.

Notka bibliograficzna: Swietłana Aleksijewicz, Wojna nie ma w sobie nic z kobiety, przeł. [?], wyd. Czarne, Wołowiec 2010.
___
Dziś noszę Sienne l'Hiver marki Eau d'Italie.

sobota, 22 stycznia 2011

Jak zostać ikoną stylu?

Odpowiedzi na powyższe pytanie ani myślę udzielać; za cienka na to jestem. :) Żyło za to na naszym świecie klika osób, którym się powiodło [przynajmniej na modowej niwie].
Zapachem, który mógłby spleść legendy Grety Garbo, Marilyn Monroe, Grace Kelly czy Audrey Hepburn wydaje się być Jubilation 25 od Amouage.


Aromat, który przyjęto odwrotnie proporcjonalnie do jednoznacznie zachwycającej męskiej wersji, odurzającej orientalno-drzewną aurą, istnym złotym strzałem perfumoholicznym. Nic dziwnego, że od damskiego Jubilation oczekiwano podobnego charakteru, może kolejnego hołdu dla tradycji Wschodu.
I hołd był; tyle, że... dla Zachodu, dla klasycznego perfumiarstwa europejskiego oraz jego kamieni milowych od Chypre Coty'ego i Chanel No. 5 począwszy. Nici z kolejnych orientalistycznych projekcji rodem z Baśni 1001 nocy, żadnego zaglądania do sułtańskich haremów. Dziś sobie nie pofantazjujemy. Dziś prychniemy z dezaprobatą: łeee! ;)

Szczęśliwie ja grymasić nie zamierzam. :) Za bardzo cenię perfumową klasykę.
Rozpoczęcie jest tak bezkompromisowo tradycyjne, tak szyprowo-aldehydowe, że przywodzi na myśl sztywno nakrochmalone halki zakładane pod sukienkę z lat 50. XX wieku lub ortodoksyjną, chanelowską małą czarną, uzupełnioną równie szykownymi rękawiczkami oraz sznurem (kolią?) pereł. Oficjalne, bardzo dobrze wychowane, czyste. Przy czym trudno mi określić, jakie dokładnie składniki stoją za opisanym efektem: bergamotka, ylang-ylang, róża, jałowiec może..? Czuję po prostu puszystą, lekko pudrową, szyprową pulpę zaprawioną aldehydami.

Dopiero po pewnym czasie kompozycja zaczyna spuszczać z tonu, osiadać, pożyczać sobie coś niecoś z ludzkiego ciepła. Do tej pory była zachwycająca, choć przeznaczona raczej do podziwiania z daleka. Teraz pokazuje nam drugie, bardziej "domowe" oblicze; staje się bliższa, ciepła, miękka.

Kolejna faza to Jubilation nieco rozwichrzone, choć wciąż starannie ułożone. Gdyby dało się wstawać z łóżka w pełnym makijażu oraz z nienaganną fryzurą, wówczas spokojnie można byłoby podkreślić swój wygląd oraz nastrój właśnie tym konkretnym pachnidłem. :) Twarz piękna, z uwypuklonymi zaletami i ukrytymi wadami, choć o zaspanym, jeszcze nie całkiem obecnym, rozkojarzonym wyrazie. Błoga, acz estetyczna
Cóż, pomarzyć zawsze można. ;) Chyba, że ktoś potrafi zjeść ciastko i mieć ciastko. Dla całej reszty pozostaje Jubilation, już wyprany z aldehydów szypr pokrewny dwóm innym wielkim zapachom, Mitsouko oraz Bandit. Ciężkawy [choć też eteryczny], rozwichrzony, świetlisty, opływowy. Z wyczuwalnymi nutkami róży czy kadzidła.
W bazie tego ostatniego jest nieco więcej. Miesza się z puchatą ambrą i pudrowym piżmem (jak dobrze, że niezwierzęcym!), gdzieś w tle łatwo wyczuć jakieś paczulowe tło [taa, masło maślane miesiąca ;) ] z oddali daje się uchwycić jakieś paczulowe tło; może jeszcze trochę wetywerii. Choć to tylko moje domysły; w rzeczywistości nadal nie jest łatwo rozszyfrować elementy składowe kompozycji. Tym niemniej nosi się ją z najwyższą przyjemnością.

To nie do końca moja bajka, nie pragnę choćby niewielkiej odlewki. Po co, skoro mam kilka innych wyrafinowanych, zjawiskowych szyprów? Jubilation 25 to tylko nawiązanie. Hołd dla wielkich poprzedników. I niech tak zostanie.


Rok produkcji i nos: 2007, Lucas Sieuzac

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć powinien spodobać się także mężczyznom - fanom klasycznych pachnideł; o przyzwoitej mocy; idealny na wszelkie Wielkie Wyjścia.

Trwałość: ach to Amouage! ;) ponad czternaście godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna (oraz aldehydowa)

Skład:

Nuta głowy: limonka, estragon, róża, ylang-ylang
Nuta serca: kwiat dawana, labdanum, róża, kadzidło
Nuta bazy: wetyweria, piżmo, ambra, mirra, paczuli
___
Dziś pachnę tym, co wczoraj.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://spotlightvintage.com/spotlight-on-vintage-little-black-dresses
2. http://mariehelenesirois.blogspot.com/2008/11/life-photo-archive-and-google.html

piątek, 21 stycznia 2011

Zapuszczam żurawia

...we własne próbki. Kurczę! Czasu na styczniowe notki jakoś zabrakło (nie bezpośrednio z mojej winy, ale jednak) a ja, zamiast zmajstrować naprędce krótką recenzyjkę, siedzę tu i wystukuję jakieś marudzenia. Ale co tam, to mój blog, wolno mi! ;)
Więc zaglądam w próbkowe pudła, pudełka i szkatułki [tak, tak; :) na próbki z atomizerem]. Patrzę, przebieram, wącham, konfrontuję wrażenia z zakodowanym w mózgu dokładnym spisem flakonów i nie wiem - no weźcie mnie trzepnijcie! - nie wiem, o czym mam napisać.
Za dużo, cholerka, za dużo.


Żeby było jeszcze śmieszniej powiem Wam, że spodziewam się kolejnej partii pachnących cieczy w ilościach różnych. :)
Czas na odwyk [oraz oszczędności do maja włącznie (dobra; do kwietnia.. ;) )]. Żadnych zakupów. Żadnego próbkowania. Żadnego latania po Allegro w poszukiwaniu okazji. Żadnych nowych "muszmieciów". Rozpoczynam ścisły post zakupowo-poznawczy. Po prostu będę sobie leżeć i pachnieć (wybacz Loulou, jeśli tylko czytasz powyższe słowa :) ). Oraz opisywać wrażenia.
To Wam mogę obiecać.
___
Dziś noszę Impérial Opoponax marki Les Néréides.

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://www.perfumenapele.com/tag/amostra-de-perfume/

poniedziałek, 17 stycznia 2011

Zrehabilitowałam cesarzową

Konkretnie: Eugénie de Montijo, hiszpańską arystokratkę, żonę ostatniego koronowanego władcy Francji, Napoleona III. Wcześniej, nie całkiem zasłużenie obsmarowałam ją TUTAJ [na swoje usprawiedliwienie zaznaczę, że recenzowany zapach przywoływał naprawdę koszmarne wizje ;) ]. Szczęśliwie talent Geralda Ghislaina, twórcy projektu Histoires de Parfums, pozwolił mi na zatarcie przykrych wrażeń.


Jego 1826 (rok urodzenia cesarzowej Eugenii) rzeczywiście w jakiś zaskakujący sposób świetnie oddaje cechy aparycji swej patronki: osoby jednocześnie eterycznej oraz pulchnej. Z reguły do tekstów promocyjnych odnoszę się z rezerwą, tym razem jednak nie mogłam wyjść z podziwu nad jego prawdomównością. :) Zastanawia mnie tylko, na ile charakter kompozycji Ghislaina odpowiada nie tylko fizjonomii Eugénie, ale również (przede wszystkim?) jej charakterowi.

Bo kompozycja w dalszym ciągu pozostaje przygaszona, wycofana, stłamszona mimo, że - w porównaniu do obrzydliwie niewinnego koszmarka Rancé - rozegrana została w o wiele przyjemniejszy dla mego powonienia sposób. :) Nasza bohaterka, choć wciąż trawiona melancholią i popadająca w coraz głębszą depresję, jakimś cudem ciągle walczy, nie poddaje się zupełnie, usiłuje odnaleźć dla siebie niszę. Co w znacznym stopniu się udaje. Szczęśliwie zarówno dla niej, jak i dla nosicieli perfum stworzonych na jej cześć.

Nie macie pojęcia, jak uradował mnie fakt, iż tym razem nie muszę spotykać się z miałką dziewiętnastowieczną dziewuszką, której nie wolno działać, mówić, myśleć a nawet oddychać bez wyraźnego pozwolenia tych, którzy "najlepiej wiedzą, co dla niej dobre". Z uśmiechem na twarzy zawarłam znajomość z kobietą dojrzałą, której nieobce są troski i cierpienie; z kimś, kto nareszcie może pozwolić sobie na śmiałe wyrażanie opinii (oczywiście, wszystko w granicach kurtuazji i dobrego wychowania ;) ). Nareszcie przeżyłam spotkanie z człowiekiem z krwi i kości, a nie szmacianą lalą. Uff!

Kompozycja rozpoczyna się okragłą, pudrową i nieprzesadnie słodką uwerturą lekkich kwiatów, wanilii oraz mandarynki. Subtelną, pastelową, dziewczęcą [w dobrym tego słowa znaczeniu! żadne tam soczyste owocki z laboratoryjnymi kfiatuszkami]. Chwilę później zza półprzejrzystej, niemal bajkowej zasłony wyłania się przedziwny tandem: fiołek w towarzystwie cienkiej strużki kadzidła. Przyznacie, że taka mieszanka nieczęsto się trafia? :) Zaraz za wspomnianą, pozornie niedobraną, parą kroczą niezbyt nachalne przyprawy: cynamon oraz sproszkowany imbir. Taak, ewidentnie sproszkowany; brak choćby śladu ostrej świeżości soku z kłącza rośliny.
Kadzidło z fiołkiem układają się na skórze niczym dość ciężki, choć miły w dotyku, aksamitny zawój, oplatając szczelnie sylwetkę (a to już robota korzeni oraz cytrusowego marudera, czyli lekko skórzanej bergamotki). Jednocześnie pozwalają nam przygotować się na długotrwałą, przylegającą do ciała bazę. Obła ambra, pudrowe piżmo, delikatnie czekoladowe paczuli, jakieś kremowe, maślane drewno (gwajak? sandałowiec?) uzupełniają obraz, o którym pisałam na początku. Zwiewne i puszyste w tej samej chwili. Olfaktoryczny oksymoron, jeśli coś takiego w ogóle jest możliwe. Gładkie, miękkie, ciężkawe, urocze. Chwytające za serce jest owo "cóś"! ;)

Radość ze spotkania z ukształtowanym charakterem jest bezsporna, choć przecież raczej byśmy się nie zaprzyjaźniły, Eugenia i ja. Ale czy zaraz trzeba przyjaźnić się z każdym? Grunt, abyśmy miały dla siebie szacunek. Cesarzowa mój już zyskała. Czy zrewanżuje się tym samym odkryję, gdy w moje ręce wpadnie trzecia z kompozycji powstałych dzięki tej niebanalnej postaci, Jasmin Impératrice Eugénie marki Creed. Lecz na to muszę sobie jeszcze poczekać. :)

Rok produkcji i nos: 2001, Gerald Ghislain

Przeznaczenie: miły, bezpieczny zapach dla kobiet, odznaczający się raczej marną emanacją, więc przeznaczony do spotkań nieformalnych w wąskim gronie [mogą być nawet bardzo nieformalne, w gronie dwuosobowym :) ]. Tradycyjnie przetestowanie zalecam również mężczyznom; a nuż coś "chwyci"?

Trwałość: do sześciu godzin (czasami, w cieplejsze dni, nieco dłużej)

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka
Nuta serca: białe kwiaty, cynamon, imbir, fiołek
Nuta bazy: paczuli, ambra, kadzidło, jasne nuty drzewne, wanilia, białe piżmo
___
Dziś noszę Back to Black Kiliana (wredne, drzewne miodzio. mniam! ;) ).

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.hotelsoftheworld.com/france/palais-biarritz/eugenie.htm
2. Portret Eugenii de Montijo pędzla Franza Xawera Winterhaltera (1862r.) KLIK

niedziela, 16 stycznia 2011

Urok w starym stylu

W ramach wyjątku od reguły dziś będzie niedzielna recenzja. ;)

Zdarzyło Wam się kiedyś kupić książkę, o której nie macie bladego pojęcia, tylko dla tytułu? Bo mnie tak. Kiedy go poznacie, zrozumiecie.
W jednym z antykwariatów odkryłam razu pewnego krótką powiastkę autorstwa niejakiego Harolda Mac Gratha, wydaną w Krakowie w 1928 roku, nakładem "Ilustr. Kuryera Codziennego". Niepozorna (170 stron) książeczka nosiła tytuł Dżentelmen na koźle (przekład M. Manberowej). :) Chodzi, rzecz jasna, o młodego, "dobrze urodzonego" mężczyznę, który udawał woźnicę, by zbliżyć się do pewnej dziewczyny. Że to harlekin, wiedziałam od początku; i właśnie dzięki romansowemu kontekstowi wspomniany tytuł wywoływał we mnie salwy śmiechu. Zamiast skupiać się na treści przytoczę Wam, drodzy Państwo, pierwsze zdanie:

Jeżeli miłe Czytelniczki i Szan. Czytelnicy będą mieli sposobność dokładnie badać mapę naszego ziemskiego globu, ogromnie się zdziwią, gdy obliczą kolosalną odległość najmilszego miasta Paryża od bynajmniej nie miłego trzeciego komisarjatu policji w szanownym grodzie Waszyngtonie.
(dzieło wzmiankowane, s. 3)

Oczywiście pierwszym, co rzuciło się w moje oczy był znamienny, choć wkurzający fakt, że Czytelnicy są Szanowni [tj. "Szan." ;) ], zaś Czytelniczki jedynie mile. :) Bardzo trafnie obrazujący ówczesny standard w stosunkach damsko-męskich: panie są do podziwiania, panowie są do słuchania. Panie są piękne, panowie - inteligentni. I koniec. Kropka. Tertium non datur.
Kiedy śledzi się ów świat z pozycji czytelniczki bądź miłośniczki kinematografii, ma on nawet swój urok. Lecz za żadne pieniądze nie chciałabym żyć w świecie, w którym, choćbym nie wiem, jak się starała, nigdy nie będę traktowana przez "ogół mężczyzn" jako równorzędna istota ludzka i równoprawna współobywatelka [właśnie się okazało, że ostatniego wyrazu nie ma w słowniku komputera. No no! :) ]. Dziękujmy bóstwom ziemi i powietrza za zbawienną rewolucję seksualną lat 60. XX wieku!

Powyższe rozważania wpadły mi do głowy, gdy zamierzałam podjąć się recenzji Eau de Rochas pour Homme (producenta chyba nie muszę podawać..? ;) ). Dlaczego?
Ponieważ nie mogę oprzeć się wrażeniu, jakoby rzeczony zapach był efektem nostalgii za opisanymi "starymi dobrymi czasami", gdy rozdźwięk między publicznym wizerunkiem a tym wszystkim, co działo się za zamkniętymi drzwiami domowych twierdz był równie kolosalny, co odległość między najmilszym Paryżem a bynajmniej nie miłym trzecim komisariatem policji w Waszyngtonie.


Jak wspomniałam, oficjalne, "politycznie poprawne" wersje życia towarzyskiego i rodzinnego w epoce wiktoriańskiej i później (tak do końca I wojny światowej) nie są pozbawione uroku. Miło się na nie patrzy, miło się o nich czyta, a i łudzenie się, że ten śliczny obrazek nie odbiegał od rzeczywistości, na którą składał się charme i bon ton we wzajemnych relacjach, do praktyk przykrych - oraz rzadkich! - raczej nie należy. Ale ostatecznie czemu mamy się dziwić, skoro to właśnie ta epoka ukształtowała naszą wrażliwość artystyczną i podstawy obowiązujących norm społecznych? Łączy nas z nią zbyt wiele, byśmy mogli pozwolić sobie na jej ignorowanie.

Stąd tak częsta nostalgia za epoką sukien z trenem i rozłożystych kapeluszy. Oraz za silną, podbarwioną mistycznie więzią zrodzoną z "typowo męskich" zajęć w ściśle męskim gronie. Świat klubów dla dżentelmenów oraz marynarskich przesądów o rejsach dalekomorskich w udziałem kobiet. ;) Istna neowiktoriańskość.
Która, w moim odczuciu, łączy się z Eau de Rochas pour Homme, zapachem klasycznym, eleganckim, wyważonym i pięknym. Intrygującym i inspirującym. Przywołującym ducha Wielkiej Przygody, który zawsze był mi bliski. A to dlatego, że jako dziecko zaczytywałam się w powieściach przygodowych i podróżniczych... pisanych z myślą o małych chłopcach. :) Więc wyobraźcie sobie, proszę, gorzkie rozczarowanie małej dziewczynki, która zdała sobie sprawę, że wyprawy, w których chciałaby wziąć udział, przygody, które chciała przeżyć, kompani, z którymi pragnęła dzielić trudności i satysfakcję płynące z podróży, wedle wszelkiego podobieństwa byliby zainteresowani jej towarzystwem równie mocno, co spędzeniem reszty życia w głodowym lochu w jakiejś zapadłej dziurze w okolicach Peszawaru. Urażona zwróciłam się o pomoc do Simone de Beauvoir. :)


Wracając do rzeczy: męska Eau de Rochas łączy w sobie cytrusową świeżość z klasycznym, szyprowym akcentem o podłożu drzewno-przyprawowym. Zapada w pamięć, choć do najoryginalniejszych nie należy - już sam ten fakt winien stawiać kompozycję we właściwym świetle. Nawiązuje do najprzedniejszych klasycznych męskich wód. I jest bardzo przyjemny w odbiorze.
Otwiera się zmasowanym uderzeniem bandy cytrusów: bergamotką, cytryną, limonką oraz słodkim, lekko korzennym aromatem mandarynki. Po chwili dołącza silna, charakterystyczna woń liści bazylii która, paradoksalnie, zamiast potęgować świeżość, pozwala nam przesmyknąć w kierunku aromatycznych przypraw z kolendrą na czele. W tej fazie wyczuwam także goździki (przyprawę), które pięknie komponują się z bazylią. Gdy świeżynki zamierają, na główny plan wysuwa się drewno cedrowe podparte balsamicznym, iglastym akcentem.
W finale kompozycji, nadal zdominowanym przez cedr, igły i kolendrowo-goździkową mieszankę, coraz silniej wyczuwam mech dębowy, nadający całości jeszcze bardziej tradycyjny charakter. Zjawia się również sucha, żółtozielona wetyweria, nawiązująca do iście papirusowej "wodnej suchości".
Całość jest piękna, co do tego nie mam wątpliwości. W jakiś sposób naturalna. Oraz sugerująca udział nut wodnych (lecz te nigdy się nie zjawiają), co może wydawać się dziwne, biorąc pod uwagę spis nut. Kiedy jednak zastanowić się głębiej, szybko okaże się, jak nierozłączne są w naszej kulturze mity "męskości" oraz "żeglarza". Więc może faktycznie coś jest na rzeczy...?


Rok produkcji i nos: 1993, Nicolas Mamounas

Przeznaczenie: spokojny, klasyczny zapach stworzony dla mężczyzn (nie tylko konserwatywnych, na szczęście :) ). Lecz nie widzę przeszkód, by kobiety nie mogły spróbować się zeń zaprzyjaźnić.

Trwałość: około ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa





Skład:

Nuta głowy: cytryna, bergamotka, mandarynka, limonka, aldehydy, werbena
Nuta serca: bazylia, kolendra, sosnowe igły, dzika róża
Nuta bazy: drewno cedrowe, wetyweria, mech dębowy
, ambra
___
Dziś noszę mój drogi Bez od Yves Rocher. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.zastavki.com/eng/Ships/wallpaper-15322.htm
2. http://shocktherapist.deviantart.com/art/sailer-70588315

piątek, 14 stycznia 2011

O róży słów kilka

Tej, od Oliviera Durbano, sprzężonej w jego umyśle z różowym kwarcem, kamieniem, który w mojej rodzinnej mitologii zajmuje miejsce niepoślednie [spokojnie, oszczędzę Wam opowieści ;) chciałam tylko zaznaczyć, że mam do rzeczonego minerału osobisty stosunek]. Nie wdając się w dywagacje czy skojarzenie jubilera jest słuszne, skupię się na samej kompozycji.


Durbano przyzwyczaił nas do innych perfum [wiem, wiem, narzekam, bo rzeczywistość odbiega od moich wyobrażeń, czyli przeczę sama sobie; ale co mam robić, skoro to prawda? ;) ]. Spodziewałam się czegoś bardziej oczywistego, zachłannego, może też pikantnego. Tymczasem jedynym, co zgadza się z "typowym" obliczem Durbanowych kompozycji, jest bezpośredniość Pink Quartz oraz podobna konstrukcja; coś, co nazywane bywa "olfaktorycznym podpisem", pewną cechą wspólną dla wszystkich dzieł najbardziej utalentowanych perfumiarzy. Poza tym, któż spodziewałby się róży tak staroświeckiej, uroczo nobliwej?

Ponieważ obcując z Różowym Kwarcem coraz mocniej utwierdzam się w jego ponadczasowości. Nie mam tu na myśli przypuszczeń o wieloletniej obecności pachnidła w regularnej sprzedaży (któż może za to ręczyć?), tylko pewien dziwny stan zawieszenia, niezależności od liniowego upływu czasu; stan, w którym brak istotniejszych różnic między tym, co jest dziś, co będzie za dwa lub też było dwadzieścia dwa lata temu. Zapach, choć bez dwóch zdań jego, hm.. ramy są zdecydowanie współczesne, stargetowane na gust ludzi początków XXI wieku, mógłby równie dobrze zdobyć popularność w wieku XIX, a może i przyszłości. Jest uniwersalny w ciekawy dość sposób.

Otwiera się świeżo, ale też i cudownie przyprawowo - grejpfrut z bergamotką (nieco skórzaną, ale jednak wierną swemu gatunkowemu przeznaczeniu ;) ) robią chwilowe zamieszanie i - szczęśliwie - znikają po paru minutach, pozwalając rozwinąć się róży, dotychczas złośliwie tłamszonej. I teraz dopiero się zaczyna. :)
Róża w tysiącu odcieniach: mięsista, wielkokwiatowa, tak bordowa, że aż prawie czarna, lekka, biała o różowo zakończonych płatkach, pnąca się ku niebu w kiściach drobnych kwiatów, spokojna, przygaszona herbaciana oraz buduarowa, pudrowo-różowa. Wszystkie mieszają się ze sobą, walczą lub tańczą, w każdym razie jest ich całe multum, skupionych w jednym miejscu. Prawdziwy ogród różany. Trochę później zjawia się kadzidło oraz labdanum, dzięki którym kompozycja zyskuje ów charakterystyczny, durbanowski sznyt. Czasami próbują, wspierane przez paczuli, ambrę czy inne żywice, wydostać się na powierzchnię, lecz szybko zagłusza je kohorta głównych bohaterek; w końcu miało być przede wszystkim o różach, prawda?? ;)
A jednak w bazie żywic i mirry jest znacznie więcej, dopełnia je lekka ambra i przyjemne, pudrowe piżmo, zaś różany temat usuwa się na bok, pozostając "zaledwie" stelażem kompozycji. Tyle, że robi to wyłącznie z kaprysu i doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Muszę; nie mam innego wyjścia. ;)
Pink Quarz obiektywnie jest aromatem dobrym koncepcyjnie, technicznie i artystycznie, nosi się go łatwo i bez cienia złych wrażeń. Szkoda tylko, że tych dobrych, gwarantujących olśnienie i błysk w oku, również brakuje. Mimo wszystko, w podsumowaniu stwierdzam, iż jestem zadowolona. To są naprawdę porządne perfumy.

Rok produkcji i nos: 2010, oficjalnie Olivier Durbano, faktycznie - ??

Przeznaczenie: w mojej opinii lekki, bardzo przyjemny w użyciu zapach uniseksualny; świetny na te okazje, które nie powodują migren czy innych przypadłości o podłożu nerwowym.
Czyli źle "grający" ze stresem. :)

Trwałość: niezła - w granicach siedmiu bądź dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: różowy grejpfrut, bergamotka, kadzidło, imbir, szafran
Nuta serca: palma rosa, róża damasceńska, drewno różane
Nuta bazy: absolut z róży indyjskiej, benzoes, mirra, paczuli, ambra, białe piżmo
___
Dziś noszę Musc Nomade od Annick Goutal (dziś w bardzo pudrowym odcieniu).

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.gardenvisit.com/garden/tyler_rose_gardens

środa, 12 stycznia 2011

Zawartość drewna w drewnie

...a oczekiwania światowego perfumomaniactwa. Analiza porównawcza. ;)
Poważnie zaś recenzja perfum, które zostały przyjęte z mieszanymi uczuciami dorównującymi uprzedniemu gorączkowemu wyczekiwaniu na kolejną premierę marki znanej, lubianej i zbierającej najwyższe noty: Comme des Garçons. Jednak najpierw film, który naprawdę wpadł mi w oko, ucho i nos.



Wszystko jasne - Wonderwood. :)

Miała być opowieść o drewnie we wszelkiej postaci? I była, jako żywo! Pozwólcie, że powtórzę: o drewnie. :) Nie o liściach bądź owocach, nie o żywicy, nie o kadzidle czy innych zmianach chorobowych, zdaniem niektórych ostro zalatujących szpitalem. Wonderwood to historia prosta i dosyć monotematyczna.


Co wbrew pozorom nie oznacza mieszanki nudnej, jednostajnej lub nijakiej. Ani ciut ciut. Bowiem mamy do czynienia z kompozycją suchą, plastyczną i miękką, utkaną z półcieni, z szeptów i subtelnej gry emocji. Tym razem nikt nie wali prawdy między oczy z bezpośredniością Avignonu bądź Palisandru, nikt nie sugeruje ostrej jazdy bez trzymanki wzorem 2Man. Jedynym, co w tym przypadku zawiodło, były oczekiwania i wyobrażenia fanów perfumowych kreacji japońskiego domu mody.

Najpełniej i najpiękniej rozwija się Wonderwood "na spokojnie", tzn. na skórze zrelaksowanego (lub choć wyciszonego) osobnika/osobniczki, bez napinki, bez konieczności tworzenia wokół używającej pachnidła osoby jakiejkolwiek iluzji, ani zawodowej, ani erotycznej, ani żadnej innej. To zapach, który pięknieje dopiero wówczas, gdy używany jest "po prostu", gdy istnieje na zasadzie sztuki dla sztuki, piękna dla piękna.


Otwarcie jest ostre, wysuszone na wiór, lekko pieprzowe, choć nie pozbawione cedrowej świeżości. Delikatnie skórzane, unurzane w brązowawej poświacie przypraw i lekkiego, soczystego soku. Trochę później pojawia się mleczne, nieco obłe drewno gwajakowe, skąpane we frapujących różano-pieprznych kaszmeranowych wiórach. Zwiększa się ilość kminku, który nadaje kompozycji zadziornego sznytu oraz gałki muszkatołowej, nawiązującej do klasycznych pachnideł.
Z czasem przyprawy odchodzą, powoli ewoluując w tło, a na pierwszy plan wybija się trudna do identyfikacji nuta: trochę pikantna, trochę ambrowa, delikatnie kadzidlana; mamma mia, już wiem! To śladowe ilości oudu, złączone z nieuładzonym sandałowcem oraz "spaloną" wetywerią. Ależ to piękna mieszanka! :) Fascynująca, o wciąż wyczuwalnej, świeżej nucie drewna martwego, choć nadal puszczającego soki.
Naturalny recykling to proces dostojny, niewymuszony i cichy. Oraz, w ostatecznym rozrachunku, nie przywodzący na myśl brzydkich woni rozkładu [wyrównuje je czarowna wizja ponownych narodzin; prosta akceptacja cykliczności]. Kompozycja zanika tak samo, jak umierająca w swym przyrodzonym porządku flora i fauna - powoli, stopniowo, systematycznie gubiąc gdzieś po odrobinie swej siły. Aż tu nagle orientujemy się, iż zostaliśmy z niczym. :) Wonderwood zniknął po angielsku.
Na zakończenie drobny akcent rodzinny: omawiane dziś perfumy to bodaj pierwsza jednoznacznie drzewna kompozycja, która nie odstręcza mojego ojca, wiernego fana A*Mena T. Muglera. Najwyraźniej taoiści mają rację i słabość rzeczywiście jest siłą trudną do pokonania. ;)


Rok produkcji i nos: 2010, Antoine Lie

Przeznaczenie: cichy, bezpieczny dla otoczenia zapach typu uniseks; dobry na wszelkie okazje [no, może poza tymi najbardziej uroczystymi, typu ceremonia koronacyjna czy noblowska kolacja ;) poza tym - zawsze i wszędzie, byle "dla siebie"].

Trwałość: do pięciu czy sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewna

Skład:
[cięgiem, wszak to CdG]

bergamotka, pieprz, kadzidło, kminek, gałka muszkatołowa, kaszmeran, drewno gwajakowe, drewno cedrowe, javanol [syntetyczny sandałowiec], sandałowiec, oud, wetyweria, paczuli, cyprys, cristalon [syntetyczna substancja dająca kwiatowo-owocowy aromat]
___
Dziś noszę Patchouli od Mazzolari.

P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji - DeviantArt:
1.
Wood Structure autorstwa S-K-I-L-L.
2.
Source of life autorstwa SteOS.

wtorek, 11 stycznia 2011

Biuletyn Informacyjny Biura Politycznego Pracowni Alchemicznej ;)

...prowadzony językiem nieformalnym [bo nie mam ochoty na naśladowanie nowomowy ;) ].

Matrix się wycwanił i wyrzucił mnie poza system. Z powodu choroby, drobnych perturbacji rodzinnych, a później awarii komputera domowego oraz łącza internetowego w laptopie blog niniejszy złapał przerwę dłuższą, niż zaplanowana. Lecz nie dałam zbyć byle czym i z własnej woli wróciłam do systemu. :)
Dlatego jutro zapraszam na kolejną recenzję, w ramach nadrabiania zaległości premierowych z minionego roku.
Do jutrzejszego popołudnia!
___
Wieczór w oparach Messe de Minuit od Etro.

wtorek, 4 stycznia 2011

No i przylazło

Pamiętaliście o zaćmieniu? Pogoda pozwoliła Wam je oglądać? Bo mnie tak, choć we wcześniejszych fazach trzeba było czatować na moment, gdy chmury znikną.

Minusem obserwacji astronomicznej okazało się przeziębienie, które ścigało mnie już od jakiegoś miesiąca. Czaiło się, czaiło i w końcu przylazło. ;) Tak więc przez kilka najbliższych dni Pracownię czeka przymusowy przestój. Ale nie bójcie się - o ile nie dopadnie mnie nieżyt nosa, testowanie nowych kompozycji nie ulegnie przerwaniu. :)

Tak więc do ponownego spotkania!
___
Zaćmienie słońca postanowiłam uczcić Angelem Thierry'ego Muglera (woda perfumowana).

poniedziałek, 3 stycznia 2011

Róża prawie mroczna

Najsamprzód rzecz dla porządku: na tym blogu nie pojawią się żadne podsumowania, przynajmniej w tym roku. Jako że Pracownia jest internetowym niemowlęciem, siłą rzeczy nie bardzo miałam kiedy zajmować się nowościami; ważniejsze wydawało się opisywanie tych perfum, które - z tego czy innego powodu - zapadły w moją pamięć bądź nie pozostawiały mi innego wyboru. ;) Tak więc skupiam się na tym, co ważne odpuszczając temu, co świeże. :)

A teraz wracam do meritum. Ostatni dzień starego roku należał u mnie do słodkiej, gładkiej i uroczej Nuit d'Orchidee YR, natomiast pierwszego stycznia postawiłam na Lyric Man od Amouage, jedną z ulubionych perfumowych interpretacji róży.


Dawno temu, jeszcze przed poznaniem Lyric nastawiałam się na ciemnoczerwoną, mięsistą różę z kadzidłem. Kwiat się zgadzal, kadzidło zresztą tak samo. Lecz nie do zaakceptowania było dla mnie otwarcie kompozycji, zbyt jasne, świeże, skórzane. Róża i skóra to było wg mojego powonienia połączenie niemożliwe. Ależ byłam zabawna! :)
Szczęśliwie coś się pozmieniało, jakieś skojarzenia zmieniły tory i po wszystkich obiekcjach słuch zaginął. "Soczysta, bordowa róża swymi grubymi, aksamitnymi płatkami spijała krople rosy w pewien słoneczny, letni poranek". Gdybym grzeszyła nadmiarem łatwowierności, tak właśnie mogłabym zacząć recenzję. Tymczasem wiem, iż jasny, cytrusowy początek bardziej przypomina ruchome piaski niż nostalgiczny angielski ogród - zatem nie ufajmy pozorom. :) Bo limonka szybko znika, a bergamotka zaczyna zmieniać swoje oblicze na bardziej skórzane: najpierw powoli, jakby nieśmiało, z czasem, w połączeniu z różą, nabiera animuszu, staje się jakby zamszowa, miękko-twarda jednocześnie. Frapująca. Poranek ewoluuje w zmierzch. ;)


Choć nie zawsze w tym samym stopniu. Ponieważ są dni, gdy wanilia oraz mleczny sandałowiec skutecznie blokują cały niełatwy do poskromienia potencjał nut drzewnych oraz przypraw, zaś róża, jak to róża, potulnie godzi się im pomóc. Szczęśliwie nie jest to częsty przypadek. :) Częściej ostry, wilgotny imbir oraz świeżo starta gałka muszkatołowa, szafran i galbanum zapewniają trudny do podzielenia, choć bardzo wyraźny i plastyczny akcent egzotycznych korzeni.
W miarę upływu czasu galbanum chyłkiem, tylnymi drzwiami, wprowadza kadzidło, drewno sandałowe i z lekka pudrowe piżmo. Przeuroczą, balsamiczną świeżość zapewnia sosnowe drewno oraz lekki waniliowy puszek. Kto zgadnie, że to męskie pachnidło? ;)

Lyric Man
jest mieszaniną pozornie gładką i układną, ale w istocie nie brak mu wyrazistości czy siły. W końcu to Amouage, marka dla osób, które nie muszą ograniczać się do perfumowych subtelności. :) Więc i trwałość niezgorsza.
Mnie Lyric przekonuje.


Rok produkcji i nos: 2008, Daniel Visentin

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, ale doskonale prezentuje się także na kobiecej skórze. Świetny na okazje formalne (i nie tylko!).

Trwałość: typowa dla marki z Omanu - nawet do szesnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa



Skład:

Nuta głowy: limonka, bergamotka
Nuta serca: róża damasceńska, arcydzięgiel, imbir, kwiat pomarańczy, gałka muszkatołowa, galbanum, szafran
Nuta bazy: kadzidło, sosna, sandałowiec, piżmo, wanilia
___
Dziś cały dzień przebywam w domowych pieleszach, więc wystarczy mi balsam do ciała z linii uzupełniającej Scent Intense marki Costume National.

P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji- DeviantArt:
1. Mist autorstwa AneiKhaar.
2. Little Red Trees autorstwa Sythesite.

niedziela, 2 stycznia 2011

Marketing przedwojenny

Witajcie w 2011 roku! :)

Dziś jest niedziela, zatem nadeszła pora na wpis nie-recenzyjny.
Niedawno dostałam mejla z linkiem do pewnej strony i adnotacją "powinno Ci się spodobać". Osoba, która wiadomość wysłała dobrze zna mnie i moje gusta: spodobało się. I to jak!
Archiwum Państwowe M. St. Warszawy zorganizowało wystawę międzywojennej reklamy prasowej. Wśród "eksponatów" znalazło się kilka takich, które i Was powinny zainteresować...

Dla przykładu:






Reklama nie do końca perfumowa, ale myślę, że również się nada:


Na zakończenie coś, czego w dzisiejszych czasach stanowczo nie radzę powtarzać. Współcześnie za czynienie podobnych założeń można dostać w twarz [choć nie w Polsce; tutaj matki, żony czy teściowe dzielnie udają, iż są z tego typu prezentów "dla domu, nie dla osoby obdarowywanej" zadowolone, ale uwierzcie, nie są. Wyjątek stanowi sytuacja, gdy o chęci otrzymania odkurzacza lub kompletu garnków my, obdarowujący, wyraźnie usłyszymy]. Dobra, informacja ździebko spóźniona, ale mam nadzieję, że zostanie zapamiętana. ;) Nie zaszkodzi, a może pomóc.



Więcej znajdziecie TUTAJ. Szczerze polecam kliknięcie i zapoznanie się nie tylko z charakterem upominków lat 20. i 30. XX wieku, ale także z komentarzami, którymi opatrzono reklamy (utworzonymi w czasach ich publikacji).
___
Dziś noszę Hypnotic Poison Diora.