sobota, 30 marca 2013

Zimowa Wielkanoc? ;)


Mimo chłodnej i pochmurnej aury chciałabym życzyć Wam pogody ducha, dużo wewnętrznego światła oraz radości.



A poza tym smacznego jajka, mokrego dyngusa oraz szczodrego zajączka. 
I takich tam... ;)

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://pinterest.com/pin/54113632995221374/

Czy szafran pochodzi z Azji?

Nie do końca. Najstarsze źródła każą łączyć odpowiedni gatunek krokusów z terenami bliskowschodniego Żyznego Półksiężyca albo basenem morza Śródziemnego, konkretnie z Kretą. Jednak stereotypowo zwykliśmy wiązać go z daleką Azją, z Kaszmirem lub Chinami. W tę stronę podążyły też moje dzisiejsze myśli.

Zazwyczaj kojarzy nam się z czymś delikatnym i nadmiernie rozjaśnionym; no dobrze, mnie się kojarzy. :) Głównie dzięki jednemu z pierwszych olfaktorycznych wcieleń tej przyprawy, które miałam okazję poznać: badziewnemu, słabiuteńkiemu, pozbawionemu ikry Safran Troublant od L'Artisan Parfumeur [jego nazwa to kpina w czystej postaci]. Co jednak, kiedy szafran podać w sosie tyleż pikantnym, co jednoznacznie egzotycznym, w otoczeniu cieni i półcieni wynikających z orientalnego charakteru danego pachnidła? Wówczas owa przyprawa i tak nie stanie się mroczna, nabierze jednak przyjemnej wieloznaczności.
Oczywiście wówczas, gdy szafran dumnie piastuje miano głównego bohatera olfaktorycznej opowieści.
Dziś będzie o dwóch takich przypadkach.


Jako pierwszy Black Saffron od Byredo, pachnidło jednocześnie gęste, lejące się, złocisto-czerwono-pomarańczowe, gorzko-słodkie, łagodnie balsamiczne.
A do tego stanowiące nie całkiem luźne nawiązanie do Rose Anonyme; przy czym obie kompozycje powstały w roku 2012, więc nie całkiem wiadomo kto, od kogo i czy w ogóle zżynał. :) Lecz mniejsza o to. Grunt, że Czarny Szafran to naprawdę przyjemne pachnidło.

Przede wszystkim nie tyle szafranowe, co właśnie oudowo-różane, słodko lejące się, z labdanum i słodyczą soczystych malin (jak przypuszczam...) w miejsce nut znanych z kompozycji Atelier Cologne. Gdzie szafran pełni rolę złocistego, przyjemnie zahaczającego o nos rozświetlacza i ogrzewacza, łagodnie grając z balsamiczną różą oraz stonowanymi woniami ciemnej skóry. Od dołu zaś powoli przebija się niezbyt nachalny oud, pojedyncze nuty szklistego irysa oraz jasna, nęcąca drzewność. No i oczywiście lekka słodycz, płynąca tak z róży, jak i z miazgi bliżej nieokreślonych owoców. Zaś szafran łączy się z drzazgami, stając się bardziej suchym i miękko-słonecznym.

Wszystko dzieje się bez pośpiechu czy spektakularnych fajerwerków, tylko powoli, z namysłem, bliżej ludzkiej skóry. Sugerując nieokreślone acz wyczuwalne, nieprawdopodobne uniwersum azjatyckiej duchowości [jakkolwiek kuriozalnie to brzmi, bo przecież między buddyzmem tybetańskim, szamanizmem, sikhizmem a krajami respektującym wyłącznie islamskie prawo szariatu istnieją kolosalne różnice; ale przypuśćmy, że podobna kondensacja byłaby możliwa], stoickiej oraz odrobinę sennej, uniezależnionej od czasu oraz przestrzeni. Aż do bazy, która jest jeszcze bardziej ciepła, miękka, plastyczna, uformowana z nut drzewnych, resztek labdanum oraz szafranu, już bez soczystych balsamiczności oraz słodyczy. Może nawet trochę zbyt ciepła i miękka; lecz mnie to nie przeszkadza. Może dlatego, że tak bardzo przypadła mi do gustu Rose Anonyme, więc jestem w stanie zachwycić się nawet jej sobowtórem? ;)


Na szczęście drugi z omawianych dziś przypadków, Saffron Rose marki Grossmith, okazuje się znacznie bardziej oryginalny. Więcej w nim przekory, więcej cienia i piekącej goryczy. Jeśli Black Saffron był baśniową abstrakcją na temat azjatyckiej duchowości, Saffron Rose stanowi luźną impresję na temat starożytnych mieszkańców Krety. Według ustaleń archeologów ludu także wywodzącego się z Azji; jak chcą plotki, być może uskuteczniającego rytualny kanibalizm. A może nie, może to tylko wymysł nienawidzących Minojczyków kontynentalnych Greków z Myken czy Aten; przecież poddani mitycznego Minosa byli od Achajów tak różni, jak to tylko możliwe. Dzięki odmiennemu, wschodniemu wyglądowi, standardom estetycznym, może też charakterowi oraz mentalności [by wymienić wyższą niż wśród Greków pozycję kobiet w społeczeństwie]. Co nawiasem mówiąc stanowi kolejny, po opisywanym w nocy Galaad od Lubin, przykład Orientu wczepionego głęboko w  europejską tożsamość.

W otwarciu pachnidła uwypuklono mocny, jakby przypalony szafran oraz silną, cokolwiek zbożową słodycz której zapach mnie przywodzi na myśl miód gryczany. Z czasem pojawia się róża, choć bardziej sucha i rozsłoneczniona, niż w przypadku Black Saffron; no i nie aż tak dosłowna. Nie dominuje nad kompozycją, główną rolę przeznaczając suchemu, odymionemu szafranowi w otoczeniu gorzkich nut orientalnych, głównie sandałowca, szczypty gorzkawego cynamonu oraz dobrej jakości cygara. W miarę upływu czasu do nuty tytułowej dołącza niezbyt mocarne wcielenie animalnego agaru, które łącząc się z różą mnie przywodzi na myśl łagodniejszą postać Oudu od Maison Dorin. Natomiast w bazie pojawia się trio labdanum, kastoreum oraz mirry, które razem jawią się jako całość ciemna, wytrawna i miodowa w wyrazie. Może to one stworzyły miód gryczany z otwarcia...? W każdym razie pięknie komponujące się z szafranem oraz różą, otulające ludzką sylwetkę ciężkim, szczelnym, aksamitnym woalem. Niezbyt oryginalne lecz skomplikowane, fascynujące i bez wątpienia dobrze skrojone.



Byredo, Black Saffron

Rok produkcji i nos: 2012, Jérôme Epinette
[czyli ten sam człowiek, który zmajstrował Rose Anonyme. Hmm...]

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o strukturze aury, w miarę upływu czasu wlepiającej się w ludzką skórę.
Na każdą okazję.

Trwałość: w granicach sześciu-siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa

Skład: 

Nuta głowy: pomelo, jagody jałowca, szafran
Nuta serca: róża, czarny fiołek, akord skórzany
Nuta bazy: wetyweria, malina, jasne drewno, kaszmeran



Grossmith, Black Label: Saffron Rose

Rok produkcji i nos: 2012, Trevor Nicholl

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; początkowo o mocy całkiem sporej (choć sillage krótkim), z czasem redukującej się do ścisłej aury.
Dobór do okazji musicie ustalić sobie sami; dla mnie to pachnidło idealnie uniwersalne choć wiem, że będę w mniejszości. :)

Trwałość: około dziewięciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: cynamon, róża, szafran
Nuta serca: tytoń, mirra, oud, inne nuty drzewne
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno gwajakowe, labdanum, kastoreum, ambra
___
Dziś Vanille od Mony do Orio.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://hepsylone.tumblr.com/post/12331523210
2. http://en.wikipedia.org/wiki/File:Saffron_gatherers_detail_Thera_Santorini.gif

O legendach

Święta, święta, znowu święta. ;) Co oznacza nie tylko brak czasu ale i energii, na testowanie oraz opisywanie własnych wrażeń.
Dlatego dziś postaram się nie rozwlekać opowieści ponad miarę. :] Też i dlatego, że opisanie moich dzisiejszych bohaterów po prostu chcę mieć już z głowy. Bo choć zasługują na tych kilka słów, jakoś nie potrafię podzielić ich na części, trafnie rozróżniając Dobre od Złego [czy raczej Przeciętnego ;) ]. Co oznacza, że skazana jestem na recenzję łączoną; która przecież wcale nie jest taka znowu zła.
Do rzeczy jednak. Już późno a ja mam za sobą dzień gotowania, pieczenia, ucierania...

Przed Państwem Talismania, ostatnia kolekcja marki Lubin!



Jako pierwszy, zgodnie z porządkiem alfabetycznym, Akkad. Czyli pachnidło, którego byłam ciekawa najbardziej z całej trójki. Bo nazwa, więc i skojarzenie odpowiednio starożytne, bo 'wschodnia' część świata, do której woda ma się odwoływać, bo - last but not least - spis nut, wywołujący niezdrową ekscytację. Zapach z taaakim potencjałem.
Szkoda tylko, że na potencjale się skończyło.

Gdyż czemuś nie kręci mnie sucha, zatykająca, podrasowana przyprawami oraz egzotycznymi balsamami słodycz. Nie dla mnie utytłane w benzoesowym karmelu kadzidło z labdanum, które aż nazbyt przywodzi mi na myśl mniej finezyjne Cuir Velours od Naomi Goodsir. Sytuacji nie poprawia chlust podłej jakości koniaku, wlany prościuteńko w gardło (pewnie jakaś gra żywic z ambrą, wanilią i kocanką). Dziwna mieszanka, pewnie warta więcej uwagi niż byłabym skłonna z siebie wykrzesać, lecz wybaczcie - jakoś nie chce mi się chcieć. :]
Za dużo kiczu w tym mezopotamskim landszafciku. Nawet jak dla mnie. ;)



Następny w kolejce Galaad okazał się znacznie bardziej interesujący. Znów pojawia się orientalność oraz przyprawowo-żywiczna kurzawa, lecz tym razem więcej weń przestrzeni, wiatru. Snującej się wśród biblijnych gór orientalizującej senności, gorącego powietrza spowijającego bliskowschodnią, dosyć skąpą florę. To coś więcej, niż pseudo-krajobraz dla zblazowanych miłośników Opowieści z 1001 nocy; to Orient, który mieszkańcy Zachodu zdołali wpoić w siebie, zaakceptować, uznać za ważną część własnej tożsamości już wiele pokoleń temu. Ten Orient, który siedzi głęboko wewnątrz nas. Czym się objawia?

Nasłonecznionym, pikantnym kontrastem między akordami "wschodniego" kardamonu, wręcz epatującego antyseptycznym, zielonozłotym blaskiem a "zachodniego" rozmarynu, od czasów starotestamentalnych proroków porastającego kraje Śródziemnomorza; między balsamiczną słodyczą miodu a goryczką płynącą od balsamu kopaiwowego oraz tytoniowych liści rodem z Tabac Aurea SSS, wszystkich trzech zaś zmąconych ostrym mirrowym korkociągiem, bez pardonu wrzynającym się w moje nozdrza; między stonowaną lekkością śródziemnomorskich iglaków (cyprys, cedr) a gorącą, lizolową zachłannością arabskiego oudu. Gdzie wszystko jest suche i mocarne, żywe. Aż chce się więcej! :)



Natomiast Korrigan to istna bajka! :) Co jest zarówno zaletą, jak i wadą.
Tym pierwszym, ponieważ pozwala z przymrużeniem oka spojrzeć na otwierający zapach, wielce ciekawy akord pozbawionej nadmiaru cukru maślanej kruszonki [takiej, jaką daje się na wierzch ciasta drożdżowego; i zgadza się, wiem, że kruszonka cukrem stoi - lecz co z tego? ;) ] co po chwili, krokiem zwiewnym, dosyć szybkim a posuwistym  przesuwa się w stronę nut słodowych, które po prawdzie równie dobrze mogłyby zostać uznane za płatki owsiane napęczniałe pod wpływem kiepskiej whisky; ale niech będzie, że to szlachetny trunek, powoli dojrzewający we wnętrzu dębowej beczki, w ciemnej piwnicy o ścianach wyłożonych kamieniami. :) Przez chwilę kruszonka walczy o lepsze z "owsianką" na wódzie, by po chwili obrać kurs na wonie skórzano-drzewne, ziołowo-aromatyczne, lawendowo zimne oraz szafranowo złociste, dyskretnie ogrzewające całość. Cóż za harmonia przeciwności! Jakiś abstrakcyjny, baśniowy las ukazany od strony jesiennych barw oraz jednoznacznego ruchu. Pełen dynamiki acz pozbawiony emocji wyraźnych dla odbiorcy.
Baza Korrigan to łagodne, cielesno-organiczne ciepło na stabilnym, ocienionym drzewnym postumencie. Zaś ogół mieszanki charakteryzuje brak przesadnej słodyczy, z czasem wręcz redukującej się do zera. No, mnie się podoba. ;) I to również jest zaleta.

No dobrze, a wady? Przecież bajkowość miała kryć i mniej ciekawe aspekty?
Cóż, te ujawniają się zapewne, kiedy nie mamy zamiaru przymykać oczu na abstrakcyjne przerysowanie, swoisty nawias strukturalny, w jaki zdaje się wzięto całą kompozycję.


A może i w ogóle całą serię?
Ostatecznie żadna z wód nie wnosi do olfaktorycznego świata niczego nowego; żadna nie zachwyca oryginalnością (nawet rzekłabym, iż jest dokładnie na odwrót). Wszystkie kryją w swoim charakterze jakiś sztuczny rys, niczym aktorzy mający kłopot z wyjściem z roli. Co pewnie w świecie realnym i wśród ludzi byłoby cechą co najmniej utrudniającą koegzystencję z aktorskim pracoholikiem, lecz w ramach węchowych fantazji pozwala na popłynięcie z nurtem cudzych wyobrażeń. A że dziej się to niejako "poza nami", w sposób bierny?
Niechże więc choć raz będzie i tak!

Bywało przecież o wiele gorzej. Talismania przynajmniej nie jest nudna; nie może taką być, kiedy proponuje nam trzy tak magiczne Opowieści. Których warto wysłuchać, niechby tylko z niezobowiązującej grzeczności.


Akkad

Rok produkcji i nos: 2012, Delphine Thierry

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; o mocy pozornie dużej, choć szybciutko redukującej się do wąskiej aury, by dalej trwać wyraźnym tuż przy ludzkiej skórze, zgodnie z najnowszymi trendami.
Okazje stosowne, by korzystać z Akkadu musicie wybadać osobiście. :)

Trwałość: ok. pięciu-sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, szałwia
Nuta serca: olibanum, elemi, styraks, kardamon
Nuta bazy: wanilia, paczuli,labdanum, ambra



Galaad

Rok produkcji i nos: 2012, Delphine Thierry

Przeznaczenie: jw. [tylko z początkowym drobnym sillage i wolniejszą przemianą w chmurę wonnych molekuł]

Trwałość: w granicach sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: kardamon, rozmaryn, cyprys
Nuta serca: balsam kopaiwowy, mirra, miód
Nuta bazy: drewno cedrowe, olejek cypriolowy, tytoń, oud



Korrigan

Rok produkcji i nos: 2012, Thomas Fontaine

Przeznaczenie: jak u samej góry [tylko jeszcze silniej ;) ]

Trwałość: około pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: jagody jałowca, szafran, koniak
Nuta serca: nasiona piżmianu, lawenda, whisky
Nuta bazy: oud, wetyweria, drewno cedrowe, skóra, piżmo
___
W tej chwili noszę Korrigan a wcześniej był Galaad. Cały dzień w temacie. :)

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://genesisflood.blog.com/2010/09/03/is-this-the-famed-city-of-akkad/
2. http://www.israelrising.com/2011/08/return-with-usand-you-shall-be-head.html
3. http://polarbearstale.blogspot.com/2011/05/by-pascal-moguerou.html
4., 5. i 6. http://your-antwerp.com/2012/12/21/lubins-korrigan-galaad-and-akkad/

czwartek, 28 marca 2013

Piżmo białe, choć niełatwe

Od jakiegoś czasu obserwuję u siebie niepokojące objawy fascynacji piżmem. I to nie tym białym, pudrowym, miękko-słodkim, ale piżmem zwierzęcym. Mocnym, zgryzającym się w nozdrza; takim, które jeszcze niecały rok temu kojarzyłam z brudną łazienką i/lub co bardziej wstydliwymi czynnościami fizjologicznymi. Cóż, ponoć zmiana jest gwarantem rozwoju. Dobrze wiedzieć, że się rozwijam. ;)

W każdym razie nagła a entuzjastyczna ciekawość prowadzi mnie ku perfumom o dominującym akordzie piżma, które najprościej odnaleźć dzięki nazwie. Jeżeli coś na piżmo w tytule, możecie być pewni, że wzbudzi moje zainteresowanie. :) Dlatego, kiedy tylko zauważyłam, że Wizażowa Genialefrau w ramach wspólnych zakupów rozlewa flaszkę Musk Pure z Piżmowej Kolekcji Toma Forda, po prostu nie mogłam przejść nad tym do porządku dziennego. :) I tak stałam się posiadaczką własnego drobnego dekantu.
Dziś natomiast chciałabym opisać Wam swoje wrażenia z testów.

Przede wszystkim okazuje się, że pachnidło jest białe, dojmująco i bezgranicznie, tysiącem odcieni. Jest też zauważalne lecz niespodziewanie delikatne, udanie podporządkowujące się uperfumowanej osobie, starające się aby ją dopełnić, nie zaś zdominować. Doceniam podobny rozwój nuty, która nie potrzebuje wiele trudu, by odegrać wszystkie role w olfaktorycznym przedstawieniu.

W otwarciu jest mocne i czyste, przywodzące na myśl czyste marsylskie mydło. Mocne, eksplorujące tematy z Musc Bleu od Il Profumo czy Silver Musk Nasomatto, trochę też Clair de Musc Lutensa.
Szczególnie później, kiedy kompozycja delikatnieje, rezygnuje z akordów świeżo-mydlanych, przyoblekając się w cieniutki obłoczek pudru, nadającego pierwotnemu ostremu światłu łagodnego, pastelowego blasku. Kiedy zjawiają się delikatne białe kwiaty, nadające kompozycji bardziej stereotypowo "kobiecego" sznytu. Między jaśminem, ylang-ylang, odrobiną neroli czai się przyjemne, piżmowe ciepło zaprawione lekką słodyczą. Zresztą w miarę upływu czasu przyjemnego ogrzewania jest coraz więcej, dzięki skórzano-żywicznej dawce benzoesu, trochę zbliżonego do Candy Prady (tylko bez karmelowych ciągutków ;) ). Wówczas też pojawia się przyjemna pieprzowa pikanteria. Oraz coś kręcącego w nosie, złocistego, balsamicznego i bardzo, bardzo organicznego - czyżby wosk? Możliwe, choć jako takiego nie potrafię go zlokalizować. Wiem tylko, iż przyjemnie zlewa się z piżmem, oddając mu co nieco z własnej żywotności, dzięki czemu z Musk Pure znika prawie cały dziewczęcy puder. Zaś ciężar kompozycji przesuwa się od symbiozy piżma z kwiatami w stronę jego ożywionego dialogu z pieprzem oraz nutami balsamicznymi, wyniesionymi ku niebiosom w chmurze irysowej, szklistej ostrości. Trochę w nim Musk Extrême marki Perris Monte Carlo.
Pastelowa biel znów staje się wyrazista, jednak nie dzięki światłu zimowego słońca tylko cieniowi.
I jest dobrze. :)

Czyste Piżmo nie jest pachnidłem zachwycającym, nie wyrywa mnie z kapci; jest też zupełnie inne, niż początkowo oczekiwałam: delikatniejsze, pełne subtelnych niuansów [z których zdaję sobie sprawę, choć być może nie wszystkie zechciały mi się pokazać]. A ponadto spokojne; o umiarkowanej mocy i sporym potencjale na uniwersalne perfumy dla oddanego miłośnika tej charakterystycznej nuty. :) Może nie piękne, lecz "tylko" przyjemne; przyjemne i przydatne. Takie zapachy również są nam potrzebne.
Jejciu, świat się kończy! Przychylna opinia o kolejnym piżmowcu! ;)

Rok produkcji i nos: 2009, ktoś lub ktosie z Givaudan

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o stonowanej mocy uformowanej w kształt równomiernej aury wokół sylwetki uperfumowanej osoby. Z czasem staje się bliskoskórny, lecz nadal stosunkowo łatwo wyczuwalny.
Na wszelkie okazje, od rozmowy o pracę po szaloną noc imprezowania. :)

Trwałość: w granicach sześciu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-piżmowa (oraz drzewna)

Skład:

bergamotka, ylang-ylang, konwalia, jaśmin, kłącze irysa, bób tonka, benzoes, piżmo, pieprz, pszczeli wosk
___
Dziś noszę Rhizomes od L'Atelier Bohème.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://pinterest.com/lindsaymwright/black-and-white-landscapes/

wtorek, 26 marca 2013

Zaduma u drzwi Wschodu

Dzisiejsza recenzja rozgrywa się w mojej głowie na trzech płaszczyznach: "analitycznej" czyli ściśle perfumowej, literacko-malarskiej oraz trzeciej, spajającej dwie poprzednie w całość dzięki nawiązaniu do nazwy recenzowanego pachnidła.
A wszystkie łączy spokojna, nostalgiczna zaduma nad tym, cośmy sami utracili, rozgrywająca się w okolicznościach łagodnego, dobrze oswojonego Orientu.
Niezbyt oryginalnego choć na pewno pięknego; kruchego jak rozpamiętywanie wyznań poczynionych przez starsze pokolenia ale i namacalnego, jak orientalizujący imaż polskiej szlachty, też dziewiętnastowiecznej. Kiedy przekraczamy progi egzotyki czeka na nas - Preludio d'Oriente włoskiej marki Cale Fragranze d'Autore.

Jak chciałby internetowy katalog Muzeum Narodowego w Krakowie, Józef Simmler namalował Szlachcica z papugą pod wpływem wrażeń, jakie wywołała w nim lektura Grobu Agamemnona Juliusza Słowackiego. Czyli wiersza, w którym początkowa refleksja na temat nieśmiertelnej sławy Greków, zwycięzców spod Troi zmienia się w gorzki wyrzut czyniony Polsce, która sama siebie doprowadziła do upadku; gdzie jako nić wiążąca obie części w całość występuje myśl o "sławie, poezji, historii, ojczyźnie i narodzie".

Juliusz Słowacki siedzący u stóp starożytnego grobowca [pewnie, jak przypuszczam, w odpowiednio egzotycznym stroju ;) ] w kraju, który w jego czasach i na jego oczach dekadę wcześniej (po wieloletnich a krwawych walkach) uwolnił się spod osmańskiego zaboru - i któremu w czasie wizyty polskiego wieszcza świeżo zdobyta niepodległość zaczynała wychodzić bokiem [czego dowodem był absolutyzm władcy, kryzys ekonomiczny, bieda, rozruchy - czegoś Wam to nie przypomina? ;) ]. Niemniej jednak Grecja była wolna, w odróżnieniu od Polski. I była jednym z pierwszych przystanków na drodze ku Orientowi. Tak drogiemu sercu każdego, kto przynajmniej od wielkiego dzwonu poczuwał się wówczas do przyodziewania żupanów lub kontuszy przewiązanych barwnymi pasami słuckimi i przytroczenia do boku szabli zakrzywionej na wschodni wzór. Wszak nie tylko Grecja była wówczas Preludio d'Oriente. Polska - ta wyimaginowana, żyjąca w głowach szlachty zamieszkującej dwory wzorowane na starożytnych świątyniach greckich - także. :)

Podobnie jak dla mieszkańców europejskiego Zachodu, do pewnego stopnia, również Wenecja. O której wspominam, gdyż jednym z pierwszych skojarzeń, jakie pojawiły się w mojej głowie podczas pierwszego testu Preludio d'Oriente, były właśnie Wenecja oraz myśl: "ułagodzone Baume du Doge od Eau d'Italie". Tylko brak mu tej jednoznacznej, przyprawowej kurzawy, cudnej zatykającej dosłowności oraz przepychu; nie, Preludio jest odeń delikatniejsze, bardziej dyskretne, kruche. Jakby oniryczne, utkane z marzeń i snów. Cieniste.

W otwarciu przywodzi na myśl znany, zgrany i przeze mnie kochany miks pikantnej ambry z przyprawami oraz suchym paczuli (Ambre Fétiche Goutal, Mitzah Diora), by szybko przyoblec się w stalowoszarą smugę kadzidła; i przypominać Miyako, aczkolwiek w wydaniu również delikatniejszym, płochliwym. A później zjawiają się akcenty ostre i przewiane, kojarzące się właśnie z Balsamem Doży.
Jeszcze później kadzidło przylega do skóry, nieznacznie się wysładza, nabiera lekkości i ulatuje ku niebu. Niczym odrobinę tylko mniej romantyczna wersja Messe de Minuit. W miarę upływu czasu znikają wszelkie nawiązania do akordów ostrych; żadnych przypraw, ambr, paczuli, nawet kadzidła wiele nie znajduję. Pojawia się za to żywa, osłodzona cytrusowym sokiem skóra, może zamsz. Dzielnie dotrzymuje mu kroku delikatny półcień sandałowca; ani ciemnotłustego jak w Tam Dao ani miękko-śmietankowego niczym w Sensuous, lecz zatrzymanego w połowie drogi między jednym a drugim. Zaś w stronę "szpitalnej" goryczki nieśmiało popycha całość przesuszony ale wciąż niebezpieczny piołun oraz czysty, jaśniejący srebrzystym blaskiem oud, okolony ostatnimi strużkami olibanowo-mastyksowo-mirrowych oparów. Wówczas też pojawia się zauważalne acz dyskretne widmo wysuszonego na słońcu drewna cedrowego. Im dłużej Preludio d'Oriente przebywa na skórze, tym mocniej zlewa się w jednolitą drzewno-skórzaną, słodko-gorzką, suchą całość; tym trudniej rozdzielić poszczególne nuty. Tym bardziej staje się, nomen omen, stonowanie orientalne. :) A przy tym czułe, zamyślone, nieco smutne chociaż niepozbawione nadziei; łagodne, pełne naturalnej łaskawości; po prostu dobre.

Takie, którego - choć daleko mu do jakiejkolwiek oryginalności - z jakiegoś powodu nie chce się zapomnieć. Co czyni go dla mnie jeszcze bardziej podobnym do myśli towarzyszących Słowackiemu w Podróży z Ziemi Świętej do Neapolu, nie tylko przy starożytnych greckich ruinach.

Rok produkcji i nos: 2008, Silvio Levi

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, raczej bliski skórze, szczególnie w ostatnich fazach rozwoju.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: niezachwycająca, bo około pięcio- sześciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)





Skład:

Nuta głowy: cytryna Amalfi, bergamotka, mandarynka
Nuta serca: piołun, kadzidło, skóra
Nuta bazy: drewno sandałowe, paczuli, oud
___
W tej chwili noszę to, o czym powyżej a wcześniej był Korrigan od Lubin. Za oba zapachy dziękuję Jarkowi! :*

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://artyzm.com/obraz.php?id=1674

sobota, 23 marca 2013

Protomiasto

Jeśli rozumieć je w sposób zgodny z podręcznikami archeologii, protomiasto będzie, jak sama nazwa wskazuje, formą przejściową między większą, zorganizowaną osadą a organizmem typowo miejskim. Powstałe jeszcze wcześniej niż, uznawane za jedne z najstarszych miast świata, Jerycho oraz tureckie Çatalhöyük. Wszak starsze od nich było Tell Qaramel w dzisiejszej Syrii.
Jednak dziś postanowiłam odnieść się do terminu trochę szerzej. Bo przecież, ze współczesnego punktu widzenia, osady znajdujące się na miejscu obecnych wielkich aglomeracji europejskich były tak śmiesznie małe, iż niepodobna określić ich mianem "miast".
Przykłady?
Mam dwa, z czasów ekspansji Cesarstwa rzymskiego na Europę.

Lutetia jako rdzeń współczesnego Paryża oraz Londinium w miejsce dzisiejszego... ale to już wynika z nazwy. ;)


To od nich wszystko się zaczęło. Lutecję Rzymianie przejęli od podbitego plemienia Paryzjów, czyniąc miastem w swoim (a więc i naszym :D ) rozumieniu; Londinium zbudowali od podstaw.
Serge Lutens oraz Christopher Sheldrake mieli chrapkę na oddanie hołdu Berlinowi (a raczej jego mieszkankom). Szkoda, że zamiast tętniącej metropolii, bogatej w mieszkańców oraz budowle, w doznania, emocje oraz barwny kalejdoskop świateł, wyszło im protomiasto. :>
Znacznie bardziej proste, logiczniejsze, łatwiejsze do objęcia rozumem - i przewidzenia.

Odniosłam wrażenie, że ci dwaj panowie poszukują nowej drogi, niebadanych przez siebie wcześniej sposobów ekspresji. Bo o ile sangwinicznie zimne, dystansujące się oraz utarte na pastę Santal Majuscule mogło zostać uznane za przypadek przy pracy, La Fille de Berlin udowadnia, iż decyzja o zmianie wizerunku została przemyślana.
Albo raczej: że spółka Lutens-Sheldrake nie jest głucha na głosy odbiorców, narzekających na przesadne ponoć bogactwo ichnich perfum. ;] Że to bzdura wierutna, utrzymuję nie od dziś; bo do narzekaczy było mi daleko. Podobnie, jak do zwolenników olfaktorycznego minimalizmu [a fuj!], na który S.L. i C.S. zdaje się obrali nieśmiały kurs .
Pisząc po ludzku: jestem mocno sceptyczna wobec zmian zachodzących w okolicach paryskiego Palais Royal. Jak również wobec najnowszego efektu tychże zmian.

Który przecież nie jest zapachem złym. Fille de Berlin to porządna, chłodno-pieprzowa róża. Starannie wystylizowana, jak firmowe grafiki Lutensa, sucha oraz niezbyt przyległa do skóry. Ślicznie karminowa.
Otwiera się akordem świeżej, energetycznej mięty pieprzowej, w którą wpleciono kilka kopuł jasnoczerwonych róż. [Swoją drogą, wyobraźcie sobie, jak taki bukiet by wyglądał! :) Według mnie coś ślicznego.] Co daje uwerturę mocną oraz charakterystyczną, zapadającą w pamięć. Naprawdę bardzo dobrą.
Lecz rośliny bardzo szybko schną; nie z powodu braku ludzkiej opieki, co z jej nadmiaru. ;) Ktoś ma niecny zamiar zmienienia ich w potpourri. Takie z dodatkiem pączków kilku innych gatunków róży, odrobiny utłuczonych w moździerzu korzennych przypraw; tak zmasakrowanych, że niepodobna określić, na które się zdecydowano: goryczkową gałkę muszkatołową czy rudy, ogrzewający cynamon? A może to różowy pieprz w towarzystwie kolendry oraz jednego czy dwóch goździków? Nie wiem nic poza tym, że do róży i mięty dołączyło coś ciepłego, delikatnie pikantnego, łagodnie orientalnego. I wciąż jest nieźle.
Za to w bazie pojawia się więcej pudru, najpewniej z białego piżma, nadającego pachnidłu łagodnej miękkości. Natomiast róża staje się bardziej słodka, nieśmiało konfiturowa; dołączają do niej również subtelne, fiołkowo-kobiece tony. Mięta miesza się z tłem, pobrzmiewa jako łagodny, zielono-pieprzowy kontrapunkt dla buduarowych klimatów. Wszystko to stopniowo zbliża się do ludzkiej skóry choć, mówiąc prawdę, szczególną mocą nigdy nie grzeszyło.

Więc właściwie nie jest aż tak źle. To czemu dramatyzuję?
Ponieważ już tęsknię do klimatów rodem z Ambre Sultan, Fille en Aiguilles, Serge Noire, Borneo 1834, Santal de Mysore, Bois Oriental, Gris Clair, Fleurs d'Oranger, Boxeuses, Chêne... To są moje światy.
Minimalistów na perfumiarskim rynku mamy coraz więcej, Serge Lutens jest tylko jeden. :D

Rok produkcji i nos: 2013, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; dosyć wyrazisty choć nowoczesny w duchu. Układający się wokół ludzkiej sylwetki jako luźna aura, z czasem coraz bardziej intymna.
Na wszelkie okazje, nie tylko dla fanów róży. :)

Trwałość: w granicach dwunastu-czternastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

róża, fiołek, pieprz czarny oraz różowy, białe piżmo
___
Dziś By baj Dolce & Gabbana. ;]

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.livius.org/lu-lz/lutetia/lutetia.html

czwartek, 21 marca 2013

Smaczki

Ciekawostki perfumowe w kilku zdaniach. Zapachy przyjemne bardziej lub mniej, bardziej lub mniej "moje", wszystkie warte wzmianki.

Annick Goutal, Gardenia Passion

Początkowo nie miałam szczególnej ochoty na zapach, który z fiolki czuć było rzeczywiście głównie delikatną, mleczno-kokosową gardenią oraz może kapką jaśminu; jednak przemogłam niechęć i pewnego wieczora skropiłam GP swoje ciało. A wtedy - och i ach! :D Istna orgia białych kwiatów.
Tytułowa roślina znika w pierwszej minucie, zastąpiona przez gęste i suche pomarańczowe kwiaty o animalnych konotacjach, indolowy jaśmin oraz rozgrzaną słońcem, przemożną (jak to ona ;) ) tuberozą. To tego ostatniego dołącza prędko akord cywetu, dosłownego oraz zadziwiająco ładnie zlewającego się z kwiatami.
Jak również kremową, staroświecko orientalną bazą (wetyweria plus paczuli). Która i tak od początku do końca podległa jest akordom miodowej tuberozy ze złocistym, kłującym w nos cywetem. Ech! Czuć, że receptura zapachu powstała w roku 1989 - i nawet późniejsze reformulacje [bo nie wierzę, że ich nie było] nie zdołały przytemperować mocy Gardenia Passion. Moc i trwałość równie znaczące, co sama woń.
Cudo!

Skład:
kwiat pomarańczy, gardenia, jaśmin, tuberoza, wanilia [i tylko one?]


Arabian Oud, Gharam

Leciuchny, niezobowiązujący i 'kobietowaty' zapach w fikuśnym flakoniku. ;)
Zupełnie przewidywalne, ozonowe kwiaty lotosu (wspomagane przez białą różę) zdominowały całą resztę kompozycji, czyli zaskakująco świeże, że aż zimne, ostre akordy przypraw. Zaś z bazowej sensualności piżma, zapewne w zamyśle ścielącego się ciężko na rozgrzanej skórze wyodrębniły coś, co podejrzanie przypomina mydło o zapachu zielonego jabłuszka. Rety!
Śmiało mogę powiedzieć, że to najsłabsza ze wszystkich znanych mi kompozycji marki.

Skład:
gałka muszkatołowa, rozmaryn, lotos, róża, wetyweria, piżmo


Comme des Garçons, Odeur 71

Metaliczny chłód, gorące przyprawy, tysiąc odcieni lasu - od ożywiającego całość seledynowego bambusa przez żywicę iglastą po gęste opary kadzidła. Kompozycja, która lśni suchym blaskiem; początkowo dzięki szybującym pod niebiosa nowoczesnym aldehydom, później mchowi dębowego. Dla kontrastu w tę nieznoszącą sprzeciwu, drapiącą suchość wrzucono aromat hiacyntów, przedziwnie wymieszanych z wawrzynowymi liśćmi.
A wszystko to mocne, świetnie połączone, spójne choć wyniesione na wyżyny abstrakcji. Pozytywnie odjechane. To lubię! [uwaga: nie mylić z "lubię to" ;> ] Nie zachwyca jedynie trwałość.

Skład [równie szalony, co sama kompozycja ;) ]:
akordy: mineralny, metaliczny, elektryczny oraz biurowy, kurz na rozgrzanej żarówce, gorący metal, toster, toner do ksera, atrament do pióra wiecznego, strużyny z ołówka, słone akcenty baterii, akordy drzewne, kadzidło, mech dębowy, brzoza, wierzba, wiąz, bambus, hiacynt, soki z sałaty


Hermès, Terre d'Hermès Parfum

Powstały trzy lata po pierwowzorze, bardziej od niego mocny oraz zdominowany przez słonawe drzewa oraz nowocześnie męską skórę. Ta ostatnie wynikła zapewne z typowo ellenowskich choć zdecydowanie tuningowanych cytrusów, głównie gorzkawego grejpfruta, niezwykle lekkiego. Do nich dodano plastyczne jasne drewna, wpadające w pozakadrową słodycz i benzoes (kolejny kandydat na "surogat skóry").
Nie ma śladu po lekkości pierwszego Terre, jest za to identyczny duch, pogłębiona moc oraz trwałość.
Zupełnie obce mi rejony olfaktorycznego świata.

Skład:
grejpfrut, pomarańcza, mech dębowy, benzoes, nuty drzewne


Keiko Mecheri, Cuir Cordoba

Miękki, lekko osłodzony zamsz, pełen półcieni i subtelności. Sprawia wręcz wrażenie kruchego. ;) To pewnie dzięki żywicom, głównie benzoesowi, oraz lekko pikantnego, bardzo kobiecemu duetowi fiołków z irysem. :) Troszeczkę w stylu tego, jaki ukazuje popularny Génie des Bois tej samej autorki. ;) Lecz nie posiadający nawet czwartej części siły Leśnego Duszka. A może to jednak głóg?
W bazie spokojna, jasna drzewna pasta oraz słodycz zamszu. Nawet przyjemnie. Gdybyż tylko Cuir Cordoba tak szybko nie degradowała się do sypkiego, wtulonego w skórę pudru! I gdyby trwałość była lepsza. ;) I gdyby...

Skład:
czarny fiołek, irys, zamsz, paczuli, głóg, drewno sandałowe, drewno cedrowe, benzoes, elemi


Rasasi, Tagreed Al Nagham

Wyrazista, słodkawa róża na przyprawowo-drzewnej podstawie. Nie czuję geranium, tylko... kawowo-śmietankowe kruche ciastka. Może nawet z odrobiną sypkiego kakao. :D Nie pytajcie nawet, jak to jest możliwe. Grunt, że ciekawie komponuje się z różą, szczyptą starych na proszek goździków [i chyba utłuczonych ziaren kolendry? A może tak ujawnia się na mnie akord pelargoniowy...? Bo obie wonie mają w sobie coś podobnego.] oraz ambrowo-drzewną, prześwietloną miękkim słońcem bazą.
I może te ciasteczka z jaśminu się wywodzą? Wszak przykład Miroir des Envies Muglera udowodnił, że skojarzenie może być na rzeczy.
Mnie się podoba; nawet jako niezbyt ścisła aura, gdyż w takiej właśnie postaci Tagreed zwykł pojawiać się na świecie. :) Trwałość nieco tylko słabsza, niż zwykle u pachnideł Rasasi.

Skład:
geranium, róża, jaśmin, goździki (przyprawa), ambra, drewno sandałowe

Oud z miasta?

Z perfumiarstwem zwykliśmy kojarzyć Francję, jakże przecież słusznie, jednak nie kraj naszych zachodnich sąsiadów. Owszem, wszyscy znają perfumy marki Hugo Boss ["niech ktoś powie Hugonowi, że już nie jest szefem", jak swego czasu głosił forumowy podpis kogoś z użytkowników Wizażu ;) ]. Lepiej zorientowani w temacie wiedzą, iż termin 'woda kolońska' nie wziął się z Księżyca; jeszcze więksi pasjonaci orientują się w pochodzeniu marki Joop (i nawet nie wymawiają jej jako "Dżup" ;> ) a już kompletnie szaleni niszowi maniacy potrafią trafnie umiejscowić na mapie założycieli brandu Humiecki & Graef - ale to wszystko.

Tymczasem tradycje perfumiarskie w Niemczech są długie oraz wciąż żywe. Ot, weźmy na przykład założycieli marki Philly & Phill, których trudno nie porównać do wskrzesicieli pamięci nazwiska Grossmith. Przynajmniej do pewnego stopnia. ;)
Gdyż tam, gdzie spadkobierca brytyjskich nadwornych perfumiarzy w pierwszej kolejności pochylił się nad oryginalnymi recepturami przodków, potomkini monachijskich twórców pachnideł od początku zrywa z historycznymi rekonstrukcjami. Zamiast tego stawia na mieszankę popularnych trendów muzycznych z lat 90. XX wieku, glamour oraz kosmopolityzm.
Kosmopolityzm w stylu glamour, hm... Pewnie tym właśnie wytłumaczono premierę trzech pachnideł z oudem w składzie oraz nazwie. :]


Wbrew fotografii powyżej, agarowe pachnidła marki Philly & Phill niewiele mają wspólnego z szarościami, miękkim światłem, ciężkim powietrzem (choć tu pewne analogie zauważam ;) ), z miastem przycupniętym wśród gór.
Zamiast nich pojawia się nowoczesna, uładzona struktura, bezpieczna przewidywalność. To zarówno źle, jak i dobrze. Lecz nie zamierzam nikomu niczego sugerować. Każdy z nas musi ocenić, który przymiotnik zdaje się być bliższym stanu faktycznego.
Mogę za to napisać kilka słów o rozwoju agarowego tria.

Ze wszystkich najsilniej naszą uwagę zwraca Emotional Aoud; lecz nie szczególnie misterną konstrukcją lub nieoczekiwanym zestawieniem nut, lecz zwyczajnie, mocą. Taką, której nie sposób zignorować. Oto zapach ze wszystkich najbardziej słodki, cukierkowo-ulepowaty. Z akordem tytułowym, który aż nadto mnie kojarzy się z nieco łagodniejszym Attarem Al Mohabba Male marki Rasasi - lub trochę mniej łopatologicznym Perfume Gold alias Signature Scent marki Bond No. 9. Czyli jest straszlliwie, przytłaczająco przewidywalnie, choć bardziej urokliwie; zatem wcale nie tak źle. :)
Po kilkudziesięciu minutach na czoło wysuwają się akcenty kwiatowo-owocowe, spychające mieszankę w stronę konwencjonalnej, przesłodzonej oranżady, jeszcze silniej akcentując nieprzejednaną moc pachnidła. I dopiero w bazie kompozycja nabiera akordów cieplejszych, bardziej skórzastych, słodko-dymnych (acz bez przesady z tym dymem ;) ); staje się odrobinę ciemniejsza, mięsista, kremowo-gąbczasta. Później już nic się nie zmienia, poza siłą Emotional Aoud, która słabnie bardzo, bardzo powoli acz systematycznie.

Kolejne pachnidło, Glamourous Aoud, zamiast przedłużonego scukrzonym oudem śladu stawia na aurę, zbliżoną do ludzkiej sylwetki, rozkładającą się w miarę systematycznie a przy tym wyczuwalną z odległości kilkudziesięciu centymetrów. Tuż po aplikacji na skórę paradoksalnie wydaje się najsilniejszym z całej trójki - a na pewno najbardziej gorzkim, przyjemnie drapiącym w nozdrza, lekko pikantnym.
Cichnie po kilku minutach, rozpoczynając przemianę w aromat drzewno-zwierzęcy. Wówczas też dokonuje się jego transmutacja najpierw w jednolitą, wytrawną pastę a później stonowany "widzialny pęd powietrza", coś jak łagodny srebrzystoszary wiatr nad tundrą. Kiedy na drzewnym postumencie osiada lekki zamsz, przyprószony gałką muszkatołową, ledwie zauważalnie ogrzany kilkoma nitkami szafranu. To im zawdzięczam wrażenie spokojniej, niezbyt dosłownej goryczy. Oud występuje zaś jako suche obramowanie całości.
Zaś głęboka baza aromatu przynosi powrót do tego, co początkowo wydawało mi się akordem zwierzęcym, tym razem bardziej miękkim, naznaczonym słodko-słonym tchnieniem.

Ze wszystkich zapachów najbliżej skóry trzyma się Sensual Aoud, stereotypowo najbardziej kobiecy. Z początku delikatny, przestrzenny, przesycony sokami europejskich owoców oraz wiotkimi, wydelikaconymi kwiatami. Miękki oraz dziewczęcy. Dopiero po jakimś czasie pojawia się ledwie zauważalny woal świeżych ziół, dzięki któremu białe i pastelowe kwiatuchy układają się w.. świetnie mi "znany" akord płynu do zmywania naczyń. :] Nie tak dojmujący, jak w J'Adore, prędzej zbliżony do którejś z lżejszych odmian cacharelowskiego Amor Amor; więc i tak średnio ciekawie. ;] Na szczęście gdzieś na skraju bazy pojawia się wprowadzający dyskretną zmysłowość kwiat pomarańczy oraz pełen roślinnej słodyczy jaśmin. A gdzieś z tyłu mojej czaszki tłucze się dalekie skojarzenie z Loverdose Diesla; już jest o wiele lepiej. ;) I to właśnie te nuty odpowiadają za błogi spokój bazy, kiedy całość staje się bardziej miękka, cokolwiek zdrewniała dzięki drewnu sandałowemu, bez emocji rozpływająca się w cieniu kwiatów.
Zaś składnik tytułowy jest tu najsłabiej wyczuwalny.


Wszystkie trzy kompozycje to pachnidła zdecydowanie współczesne, reprezentujące silnie osadzone w świecie zachodnim wcielenia oudu. Niekoniecznie głębokie, rzekłabym raczej, że urokliwe. :) Proste oraz - niestety - niezbyt zapadające w pamięć. Przynajmniej moją, pamięć miłośniczki pachnideł bardziej dosadnych i zmysłowych; nie aż tak "efekciarskich" jak moi dzisiejsi bohaterowie, w których pewnie świetnie balanguje się aż do świtu.
Ponadto, rzecz ciekawa, powyższy opis możliwy był tylko dzięki testowi porównawczemu wszystkich trzech aromatów na raz. W pojedynkę, choć oczywiście zauważałam między nimi różnice, lecz z perspektywy czasu wszystkie agarowce od Philly i Philla mieszały się w mojej głowie. Nie umiałabym w ciemno powiedzieć, który to Sensual a który Emotional. I to chyba też jest znaczące.
Szkoda, ponieważ mam wrażenie, że zmarnowano świetną szansę na pomysłowe perfumy. Czy naprawdę tak trudno jest wykroić przekonujące agarowce jednako nowocześnie zachodnie oraz wielkomiejskie ?



Na temat nazwisk twórcy lub twórców serii oraz roku jej produkcji źródła milczą.


Emotional Aoud

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników skrzącej się, stroboskopowej słodyczy. ;) O mocy pisałam wyżej.

Trwałość: w granicach sześciu-siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: owocowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: czerwone owoce jagodowe, pomarańcza
Nuta serca: róża, gałka muszkatołowa, śliwka
Nuta bazy: wanilia, cynamon, oud


Glamourous Aoud

Przeznaczenie: zapach teoretycznie najbardziej męski ze wszystkich; o stonowanej mocy.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: też w okolicach sześciu czy siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalna

Skład:

Nuta głowy: gałka muszkatołowa, szafran
Nuta serca: róża
Nuta bazy: skóra, piżmo, oud, akordy drzewne


Sensual Aoud

Przeznaczenie: jak pisałam wyżej, najbliższy stereotypowo kobiecym pachnidłom; bliski skórze.
Raczej dzienny.

Trwałość: około czterech-pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: owocowo-orientalna (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: szafran, jabłko, brzoskwinia
Nuta serca: kwiat pomarańczy, jaśmin wielkolistny, śliwka
Nuta bazy: drewno sandałowe, wanilia, oud
___
Dziś noszę Tagreed Al Nagham od Rasasi.

P.S.
Pierwsza ilustracja to panorama Monachium. Wzięłam ją STĄD.

środa, 20 marca 2013

I właśnie...

...kolejna recenzja odpłynęła w siną dal. :] A co miałam dziś opisać, będzie musiało poczekać jeszcze chwilkę.
Ponieważ dostałam dziś przesyłkę od perfumerii Yasmeen, więc zajęta jestem przede wszystkim wąchaniem. Moje ręce pachną tysiącem woni.

Zachwyciły mnie produkty marki Arabian Oud oraz Oudh Al Methali Dhanal Oudh Nashwah od Rasasi; Ward Al Musk tej samej marki zafascynował a Matau od Robbiego VanGogha początkowo wprawił w zakłopotanie. A to dopiero ułamek z zestawu próbek.
Ależ się cieszę na testy! :)
___
Dziś pachnę pierwszym, klasycznym Lukhoum od Keiko Mecheri. Lecz to pewnie niedługo przestanie być aktualne... ;)

wtorek, 19 marca 2013

Imię róży

...wciąż pozostaje nieznane. :)

Recenzję Rose Anonyme planuję już od ładnych paru miesięcy. Pamiętam nawet, że miałam skojarzyć ów zapach z Rose d'Arabie z subkolekcji kryjącej się w zestawie wód Armani Privé. Jednak w chwili publikacji recenzji Arabskiej Róży nie miałam czasu na pisanie podwójnej opinii; zresztą w podobnym zestawieniu moja dzisiejsza bohaterka musiałaby zostać ukazana jako ta mniej ciekawa. A na coś podobnego Rose Anonyme z pewnością nie zasługuje.

Właściwie to trudno jest uwolnić się spod jej zniewalającego wpływu. ;) Omawiana mieszanina jest bowiem wyjątkowo podstępną bestią. Z pozoru przeciętna, dobrze znana i oswojona, zdająca się mówić: "to przecież ja, Wasza stara i dobra róża z oudem, znacie mnie od lat", lecz musimy pamiętać, iż jest to wyłącznie kokieteria. :) Róża, której daleko do jakiejkolwiek anonimowości, lubi czarować swoją publiczność, stylizować się na zwyczajną dziewczynę z sąsiedztwa.
Dlatego też w otwarciu pojawia się kwiat szkarłatny, lekko słodki i balsamiczny, złączony w całość z chłodnym i krystalicznym agarem, przywodząc na myśl Black Aoud. Lecz trwa to moment, dosłownie chwilkę; po chwili wszelkie skojarzenia z najsłynniejszym zapachem Montale rozpływają się w nieco zielonkawym (a może zimnobłękitnym?), niejadalnie słodkim, różano-drzewno-żywicznym syropie. Tu do róży z oudem dołączają akordy gorącego szafranu oraz skarmelizowanej skóry, gwarantowanej przez benzoes i opoponaks. Lecz kompozycja nie zmienia się w ulep ani nie gęstnieje od razu, gdyż szybko pojawiają akcenty lekkie, świeże, orzeźwiające olfaktorycznych mocarzy: ostry, zółtozielony papirus zmieszany z odrobiną gładkiej wetywerii w stylu dawnego Vetiver od Guerlain (dosłownie kroplą) oraz świeżo-pikantnym sokiem imbirowym.

Składniki te fenomenalnie równoważą ciężar otwarcia, paradoksalnie nie rozrzedzając go lecz uwypuklając duet różano-drzewny (różano-oudowy w szczególności) tak, jak zimne barwy podkreślają wyraźne piękno szkarłatnego kwiatu z ilustracji obok. Głębia widoczna dzięki lekkości; podobnego efektu do tej pory doświadczyłam chyba tylko w L'Humaniste marki Frapin, choć w omawianym teraz przypadku mam do czynienia z negatywem ówczesnych wrażeń. Lecz mniejsza o to. Grunt, że balsamiczna gładkość, głęboka dosłowność podniesiona na wyżyny artystycznego wystudiowania dzięki lekkiej pikanterii, zapewniają mieszaninie rys klasyki w starym stylu, mocnej a jednak wyrafinowanej, mało dosłownej.
Natomiast baza... baza przypomina mi Qessence Missalów. :) Ta sama gęstość  identycznie ukazany kwiat, powoli cichnący na tle akordów drzewnych, z podskórnym ciepłem niedosłownej słodyczy oraz paczuli, zatrzymanej o trzy kroki od granicy, za która już tylko oranżadowe musowanie; do niego Rose Anonyme nie dociera. Zamiast niej ujawnia się wiotki, nierzeczywisty, łatwy do przepłoszenia szypr. I jest pięknie.
Prawdziwa bajka.

Rok produkcji i nos: 2012, Jérôme Epinette

Przeznaczenie: zapach typu uniseks (tym bardziej, że wzmiankowana róża nie potrzebuje wcale wysiłku, by stać się idealnie "męską"). O dosyć pokaźnym sillage i mocy, wyczuwalnej z odległości kilkudziesięciu centymetrów, z czasem redukującej się do luźnej aury.
Na okazje albo Bardzo Ważne i wieczorowe, albo w ogóle nieformalne tudzież luzackie.

Trwałość: od czterech do ponad sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (oraz szyprowa)


Skład:

turecka róża, bergamotka, imbir, opoponaks, oud, benzoes, paczuli, papirus
___
Dziś Musk Pure od Toma Forda.

P.S.
Pierwsza ilustracja przydreptała z DeviantArta. To Frozen Rose autorstwa użytkowniczki o nicku Meyrembulucek

niedziela, 17 marca 2013

O lecie na szybko

Dziś kolejna porcja skrótowców. W większości sponsorowana przez Jaroslava. ;)
Głównie opowiadających o cieple i słońcu, więc raczej nie w moim guście. Mimo to  po testach chciałabym pozostawić ślad tutaj, na blogu.

Alice & Peter, Fancy Choco

W pierwszej chwili przemiłe suche, miło drapiące w gardło pudrowe kakao z dodatkiem miętowych cukierków. Z czasem zmienia się w nijaką, słodko-owocowo-piżmową pulpę na fantomie paczuli. Do tego wszystkiego rachityczną.
Dziełko zacne i całkiem dobrze ułożone... jak na Avon. :> Nawet słaba, czterogodzinna trwałość się zgadza.

Skład:
cytryna, pomarańcza, limonka, mięta, morela, brzoskwinia, ananas, mimoza, bez, ciemna czekolada, bób tonka, wanilia, ambra, piżmo


Atelier Cologne, Bois Blonds

Damskie Light Blue z większą ilością drzazg.
Strzeliste cedry, rozłożyste cyprysy, suche a pozłociste cytrusy oraz pojedyncze kwiatowo-wetyweriowe igiełki. W bazie miękka, łagodna cielesna poświata plus przestrzenne iso e super w stylu rozrzedzonej Kashminy Touch. Kompozycja niezbyt odstająca od skóry (choć i nie całkiem przyległa), całkiem trwała.
Warto poznać.

Skład:
czerwony pieprz, tunezyjskie neroli, kwiat pomarańczy, kadzidło, wetyweria, akordy piżmowe oraz drzewne


biehl.parfumkunstwerke, mb03

Miała być pełna recenzja, skończyło się jak zwykle u mnie z tworami Buxtona. ;]
Omawiany przypadek to klasyczny, rzymskokatolicki kadzidlak w typie Cardinala, Avignonu, montalowskiego Full Incense, czyli olibanum z akordem słodko-przyprawowym, szklisto-strzelistym. Tym razem jednak delikatniejsze, z pogłębionym pierwiastkiem ludzkiego ciepła (labdanum, ambra) oraz drażniącym moje nozdrza olfaktorycznym podpisem autora. ;) Co jednak niespecjalnie mi przeszkadza. I to jest najbardziej miły aspekt całej kompozycji. :)
Dobra robota!

Skład:
czerwony pieprz, elemi, rumianek, labdanum, kaszmeran, styraks, drewno sandałowe, kadzidło, piżmo, szara ambra, paczuli


Imaginary Authors, Falling Into The Sea

Najpierw calone lekko słone, później calone w solowej partii, ostatecznie calone z suchymi, słonecznymi cytrusami oraz wyrazistym liczi. Czyli baza najlepsza. ;] Przynajmniej dopóki nie spudruje się i nie wyblaknie nad miarę.
Choć nie odstrasza mnie jakoś szczególnie, przed Falling Into The Sea chciałabym szczerze ostrzec wszystkich anty-fanów nut ozonowych. ;) Ot, niszowa wersja Cool Water Women.
Pachnidło występuje bez sillage, jednak nasze otoczenie nie powinno mieć kłopotów z wyczuciem tworzonej przezeń aury.

Skład:
grejpfrut, cytryna, liczi, akordy kwiatów tropikalnych oraz piasku [hmm... ;) ]


Keiko Mecheri, La Collection Hespérides: Tarifa

Takiego optymizmu dawno-m nie kosztowała. :)
Najpierw pojawiają się drobne, pokryte jeszcze chłodną rosą poranka kwiaty pomarańczy podrasowane zielonymi, słodko-gorzkimi sokami. To w ich stronę dryfuje całość, stając się jednocześnie bardziej sucha oraz ożywczo zielona, wręcz musująca. A do tego dostajemy obramowanie z korzennego ciepła i łagodnych nut drzewnych. Zapach uroczy, choć bliskoskórny. :) O ile Lys Soleia od Guerlain stanowi uosobienie poranka późną wiosną, Tarifa okazuje się identyczną porą wczesnym latem.

Skład:
olejek petitgrain, kwiat afrykańskiej pomarańczy, bergamotka, ambra, przyprawy
___
Dziś noszę właśnie Tarifę, w ilości nieprzyzwoitej. :]

czwartek, 14 marca 2013

No i klops!

Nie wiem, co powiedzieć.
Też tak czasem macie? ;)

Są perfumy, o których chciałabym napisać - i to nawet trochę więcej, niż króciutkie impresje, ale w ostatecznym rozrachunku zostaję z niczym, bo zapach za nic nie chce do mnie przemówić. Dziś będzie o dwóch takich przypadkach.

Obawiam się, że Amber Oudh oraz Mukhallat Al Oudh to najsłabsze agarowce z całej kolekcji Rasasi. Owszem, nie mogę odmówić im swoistego wdzięku, łagodnego orientalnego sznytu - jednak w ostatecznym rozrachunku trochę (a właściwie to bardzo ;) ) mnie nudzą.



Dziś przeprowadziłam test porównawczy obu pachnideł.
Chyba bardziej przypadło mi do gustu otwarcie Amber Oudh, gęstsze, bardziej żywiczne i ambrowe, ze słodkawo balsamiczną różą początkowo na pierwszym planie, w miarę upływu czasu zlewającą się z tłem. Przy Mukhallat Al Oudh czułam przede wszystkim nieokreślony, kompletnie nieopisywalny miks drewna agarowego z kwiatowym woalem; taki konwencjonalny, stereotypowy Orient.

Później moje sypatie rozkładają się identycznie: AO mówię "tak", MAO zaś "nie". :] Pierwsza z kompozycji bowiem pogłębia akcenty animalne, zlewające się z oudem w całość zawiesistą, zdecydowanie ciemną, ładnie poprzetykaną gdzieniegdzie solnymi igiełkami oraz okrytą korzenną kurzawą; dosłownie arabską (jak spora część zapachów marki) acz przyjazną zachodniemu powonieniu.W drugim z opisywanych przypadków zaś na pierwszy plan wysuwają się akordy miękko-drzewne, trochę zbyt szczelnie poowijane woalem z jedwabiu, tiulu i organtyny (czyli z jaśminów, róż, czegoś słodko-pudrowego); nie jest fajnie, kiedy spomiędzy zwojów "babskich" tkanin w ogóle nie widać drewna. :) Jest ładnie tylko okropnie nudno.
Za to baza przynosi woltę o sto osiemdziesiąt stopni. ;) Ponieważ w ostatnim ze swych wcieleń to Mukhallat Al Oudh okazuje się zapachem bardziej ciekawym; kiedy zamierające akcenty delikatnych kwiatów łączą się z nutami drzewnymi oraz ciemnym, sypkim lekko kakaowym paczuli dając całość żywą, zestawioną z kontrastów, o grze światła z cieniem takiej, jaką zwykł serwować twórca marki Ramon Molvizar. Tylko w zapachu od Rasasi kryje się niepomiernie więcej cienia. Za to Amber Oudh zmienia się w jednolitą, burą pastę; proszek utarty z olejem oraz szczypta soli, która nie dodaje smaczku a jeszcze bardziej pogrąża kompozycyjną fuszerkę. Tu nic nie gra z niczym, nic się nie dzieje, intrygująca partytura została przemocą zrównana do jednego poziomu.

To, co z początku zyskało sobie moją przychylność boleśnie rozczarowało finałem. Tam, gdzie po nijakim początku nie spodziewałam się niczego dobrego, nieoczekiwanie znalazłam niebanalną, wartą uwagi bazę. Problem w tym jednak, że od perfum oczekuję, by były "jakieś" od początku do końca [no, zazwyczaj... ;) ]. Dlatego o żadnym z omawianych dziś pachnideł nie potrafię powiedzieć więcej. Są ładne, poprawne, wierzę, że komuś szczerze mogą się podobać. Dla mnie brakuje w nich życia, owej tajemniczej iskry, która czasem odbija się w naszych oczach przy pierwszym kontakcie z czymś lub kimś budzącym zachwyt.

Między nami kompletnie brak chemii.

Amber Oudh

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, bez przechyłów w żadną ze stron.
Olejkowa konsystencja czyni go ciężkim i w kwestii emanacji; pachnidło jest zdecydowanie bliskoskórne.
Za to dobre na wszelkie mniej formalne okazje.

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: róża, jaśmin wielkolistny, irys
Nuta serca: goździk (kwiat), cynamon, szafran, kardamon
Nuta bazy: wanilia, ambra, żywica kopal, benzoes, oud


Mukhallat Al Oudh

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; bardziej skory do "podróży po świecie" niż przypadek piętro wyżej acz i tak bliski skórze. Otaczający ludzką sylwetkę aurą, z czasem opadający na ciało.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: także od dziewięciu czy dziesięciu godzin do pół doby

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (oraz drzewna)


Skład:

Nuta głowy: bergamotka, geranium
Nuta serca: fiołek, róża, białe kwiaty
Nuta bazy: ambra, piżmo, praliny, paczuli, oud, drewno sandałowe
___
Jak wspomniałam, dziś noszę obydwa opisane zapachy, ręka w rękę.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.agarscentsbazaar.net/product_p/aomba3.htm

wtorek, 12 marca 2013

Kiedy kwitną lipy


No dobrze; wiem, że na tym konkretnym zdjęciu lipa zdążyła już przekwitnąć, jednak jest w nim coś takiego... Jakiś rodzaj zielonego cienia, aromatów nasyconego, dojrzałego lata, spokojnej łagodności, że po prostu musiałam je zamieścić w dzisiejszej recenzji. Której przedmiot aż nadto wyraźnie dał mi do zrozumienia dwie rzeczy: to, że naprawdę lubię zapach lipy w perfumach oraz po drugie - jeśli istnieje jakakolwiek stereotypowo letnia woń, która budzi we mnie wyłącznie pozytywne skojarzenia, dzięki której w ogóle jestem w stanie za latem zatęsknić, jest nią właśnie aromat kwitnących lip.
I tego się trzymajmy.
Lipy. Lipy są fajne. ;)

Szczególnie, kiedy towarzyszy im aksamitne, niezdatne do spożycia zielone mleczko, swoista intrygująca roślinno-zwierzęca hybryda oraz ciekawy miks jasnych, delikatnych drzew z nutami ciemniejszymi.
Clemency marki Humięcki & Graef.


Choć kompozycja ma nam przywodzić na myśl pełną dumy i dostojeństwa matkę o królewskiej postawie, po raz kolejny muszę stwierdzić, że wizje twórców marki oraz moja niespecjalnie się pokrywają. Choć podejrzewam, że w tym konkretnym przypadku "winę" ponosi mój mózg, który już dawno temu wyobrażenie takiej właśnie matki splótł z Ambre Sultan Lutensa [czyli kolejną kompozycją, która bezskutecznie doprasza się o zrecenzowanie; ale w końcu się doprosi; :) nie ma innej opcji]. Jeżeli pojawia się matka, to jedynie zwyczajna, jakich  są miliony.
A może właśnie niezwykła?

Clemency to tylko i aż rodzinny odpoczynek na łonie natury. Ruch na świeżym powietrzu, może mały meczyk (piłkarski, badmintonowy czy jeszcze inny, bez różnicy) zakończony smakowitym piknikiem z sezonowych dań. W słoneczny dzień, na trawie, w cieniu przekwitającej lipy, z dalekim wspomnieniem akacjowych woni.
W miejscu, gdzie można spokojnie spożyć domowej roboty jogurt zaprawiony miodem - a jakże! - lipowym a później kurczaka pieczonego w płatkach róży; wyjąwszy aromat kurczaka. ;) Skupmy się na samej róży, różowej, wielkokwiatowej, słodkiej. A może róże rosną gdzieś w oddali, na skraju trawnika? Chyba tak właśnie jest [bo co to za kurczak, który nie pachnie kurczakiem?? Szczególnie pieczony. ;) ]. No więc siedzimy sobie pod drzewem, jedząc jogurt i odpoczywając, ciesząc się towarzystwem najbliższych oraz zapachami późnego lata.
Po jakimś czasie na lipa łączy się z akcentami drzewnymi oraz łagodnym tchnieniem bliżej nieokreślonych ziół, dzięki czemu jogurt rozrzedza się, przestaje być słodki oraz jadalny. W tym momencie pojawia się wspomniana na wstępie zielona mleczność; i nie chodzi o białe soki rośliny, lecz o fascynującą mutację chlorofilowych molekuł z pokarmem dla ssaczych dzieci. Ani roślina, ani zwierzę. Cudny, pełen łagodności oraz słońca stwór o sierści pachnącej ostro i drzewnie. Owiany dymem, sandałowcową pikanterią i o skórze pachnącej, jak gotowa galanteria. ;) Gdyż nutę tę ukazano identycznie, jak w pachnidle marki Bottega Veneta, w Cuir Améthyste Armaniego czy Boxeuses z pałacowej linii Serge'a Lutensa. Tylko akcentów takich, jak śliwki czy jaśmin trudno w Clemency poszukiwać. Zamiast nich jest lipa, akacja, daleka słodka róża, mleko oraz łagodny, bajkowy stwór.
Zapach wakacyjnej błogości, czułości oraz prawdziwego szczęścia.

Choć nie 'moje', pachnidło i tak znalazło własny kącik gdzieś w zakamarku mojej duszy. Dzięki wspomnieniu rodzinnych pikników w cieniu starej, rozłożystej lipy.

Rok produkcji i nos(y): 2009, Christophe Laudamiel oraz Christoph Hornetz

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, choć dla mnie to łagodny, bezpretensjonalny uniseks (z niewielkim tylko przechyłem w stronę pań - a i on może wynikać li tylko z "matczynych" sugestii), otaczający uperfumowanego człowieka wąską acz wyrazistą aurą.
Na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

kwiat lipy, Cassie (destylat z kwiatów rośliny o nazwie akacja Farnesa), róża, mleko, skóra, drewno sandałowe, inne akordy drzewne
___
W tej chwili pachnę Rose Ishtar marki Rania J.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://pixabay.com/pl/wapna-blossom-infructescence-linde-55863/
2. http://www.wellhome.com/blog/2011/06/planet-friendly-activities-for-the-summer/

sobota, 9 marca 2013

Egipt na styku jawy i snu

Właściwie nie wiem, kiedy ani gdzie - na którymś z blogów, na Wizażu czy może na pewnym nieistniejącym już forum? - wyczytałam swego czasu, że Ceremony od Normy Kamali to bezjajeczny tworek, niewart głębszej uwagi [co sugeruje tamto forum ;) ]. Od tamtej pory jakoś nie miałam okazji, by pogląd ów zrewidować; choć chęci oczywiście były, jednak nie na tyle silne bym zabijała się za próbką. Zatem kiedy tylko nadarzyła się sposobność (dzięki, Rybo! :* ), postanowiłam sprawdzić, ki czort ta Ceremonia. :)


Z perspektywy obecnego doświadczenia olfaktorycznego wiem, że nie było się czego bać. Chociaż faktycznie Ceremony ma się do najsławniejszego pachnidła marki, Incense tak, jak zefir do huraganu, trzeba doprawdy niskiego progu tolerancji zapachowej, by widzieć weń tylko popłuczyny. Bo o ile nie da się ukryć, że omawiany zapach to łagodniejsza, bardziej "ludziowa" wersja Kadzidła, i tak zasługuje na uwagę - oraz całkiem sporo sympatii. :) Nawet, jeśli nie zapałaliśmy doń gwałtownym uczuciem.

Ceremony przypomina malarstwo orientalistyczne, te piękne, wydumane wizje życia na wschód od Europy. Przesiane przez sito fantazji dziewiętnastowiecznych zachodnich mężczyzn do tego stopnia, że finalnie od mile odległe od realnego świata; bajkowe. I tu kryje się niewątpliwa artystyczna wartość całego nurtu: krajobrazy i ludzie, zwierzęta i architektura z dzieł orientalistów przypominają światy, jakie zwykliśmy tworzyć marząc, gdzieś na pograniczu jawy i snu. W krainie, po której z największą swobodą poruszają się dzieci oraz artyści. A także innej maści wrażliwcy.
Dzięki wyobrażeniom kadzidła z kilku żywic, złączonego w harmonijną całość z labdanum, mnie Ceremonia przywodzi na myśl wszystkie nasze wizje starożytnego Egiptu, w szczególności Starego Państwa, epoki budowniczych piramid; faraonów, którzy dosłownie byli ziemskim wcieleniem najwyższego boga. Pewnie dlatego, iż obrzędy połączone z paleniem kadzidła w świątyniach starożytnego Egiptu nie należały do rzadkich widoków. I być może chodziło o kadzidło właśnie takie, jak w Ceremony:  gęste ale przejrzyste, gorzko-tłuste acz naznaczone słodyczą. Głównie olibanowe, choć niemało weń wstawek z balsamu tolutańkiego czy wiotkiego mastyksu. Jednocześnie strzeliste oraz przestrzenne, zmącone akordami drzewnych drzazg [trochę postarzanego cedru, trochę sandałowca, trochę gwajaku (nie przejmujemy się faktem, że tego ostatniego starożytni Egipcjanie nie mieli prawa znać ;) )]. Z wyraźnym akordem złocistego labdanum; lejącego się, miodowego acz niekoniecznie słodkiego. Bliskiego mojemu czystkowemu ideałowi od Donny Karan (który dziwnym trafem też kojarzę z antycznym Egiptem).

Charakterystyczne też, że kompozycja niespecjalnie zmienia się w czasie. Może słabnie jej emanacja, mieszanka lekko ogrzewa się, podbijając animalne akcenty labdanum oraz żywic, z czasem poczyna dosłownie wlepiać się w ludzkie ciało, jednak trzon pozostaje niezmienny. Drzewno-orientalny, złożony z perfekcyjnie zbilansowanych przeciwności: gęstości i przejrzystości, zwierzęcej słodyczy oraz balsamicznej goryczki, smukłości i rozłożystości, lekkości oraz ciężkości, zmysłowości i transcendencji, światła i cienia, kiczu oraz artyzmu...
Co czyni Ceremony pachnidłem dokładnie takim, jakie lubię. :)
To nie popłuczyny tylko fantazje, niechby i erotyczne. W końcu z jakiegoś powodu orientaliści lubowali się w wizjach codzienności haremowej.

Inne skojarzenia, prócz wymienionych wyżej, to: Oliban Keiko Mecheri, Mystra marki Aesop, Oriental Lunge od The Different Company, L'Air du désert marocain Tauera, Rasha od Rasasi, Ambre Noir Sonoma Scent Studio.

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; o sillage początkowo znacznym (ale bez przesady), później redukującym się do aury a na koniec bliskoskórnym.
Na wszystkie okazje.

Trwałość: w granicach siedmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

tajemniczy :)

P.S.
Pierwsza ilustracja to U brzegów Nilu w Gizie pędzla francuskiego malarza, Charlesa-Théodore'a Frère. Zaczerpnęłam ją STĄD.

Ponadczasowy styl, szyty na miarę epoki

Wygląda na to, że pierwszy oddech wiosny dosłownie zwalił mnie z nóg. ;) I potrzebowałam całego tygodnia, aby się podnieść.
Na szczęście już jestem z powrotem, z całym naręczem recenzenckich przemyśleń oraz skojarzeń zapachowych.

Na pierwszy ogień - perfumy konwencjonalnie eleganckie, zwracające uwagę, szykowne oraz bez dwóch zdań urodziwe. Nawiązujące do klasyki męskiego perfumiarstwa, wyśmienite nowoczesne fougère; starannie wystylizowane, świadomie kreujące własny imaż oraz - za jego pośrednictwem - swój wizerunek w oczach innych.
Zapach, który mnie przywodzi na myśl obraz mężczyzny młodego i ślicznego (lub "tylko" przystojnego ;) ), świetnie wiedzącego, jak przedstawić siebie w możliwie najkorzystniejszym świetle jeszcze zanim cokolwiek powie. Osobnika "zimnokrwiście wyrafinowanego" i eleganckiego, jednak nie dandysa-niewolnika mody. Kogoś, kto na rodzimym polskim gruncie dopiero wyrabia sobie pozycję, wprawiając w zakłopotanie niejednego przedstawiciela płci własnej oraz równie sporo przedstawicielek przeciwnej: nowoczesnego dżentelmena. Człowieka z premedytacją przeciwstawiającego się normom postsocjalistycznej "nowej świeckiej tradycji", każącej panom nie zawracać sobie głowy swoim wyglądem [a tych, dla których własny strój czy zdrowy, harmonijny wygląd mają znaczenie deprecjonować]. Słowem - tych mężczyzn, którzy ze zdumiewającą starannością przywracają do życia styl przedwojennych dżentelmenów, dla których schludny i elegancki wygląd był głównie wizytówką piękna wewnętrznego [a przynajmniej zręcznie takowe sugerowały ;) ] oraz dbałości o cały otaczający ich świat.

Że jednak mamy do czynienia z człowiekiem XXI wieku, który nie wyobraża sobie świata bez elektronicznych gadżetów, potrafi zaakceptować zmiany wynikłe z równouprawnienia kobiet zaś innych przedstawicieli własnego gatunku poznaje głównie dzięki internetowi, zatem i perfumy dla kogoś takiego powinny być bezwzględnie nowoczesne. Żadnych dosadnych gęstości, żadnego szarpania trzewi, żadnego cywetu i piżma, ciągnących się za nosicielem kilometrową chmurą. Najważniejsze są umiar i dyskrecja. Pachnidło, które nie będzie w stanie zdominować noszącej je osoby.

Zeszłoroczna - acz z ostatnich miesięcy roku - nowość marki M. Micallef, Style. Nawet nazwa zapachu okazuje się dobrana starannie. ;)
Bo też i sam Styl rozegrano umiejętne, tworząc pachnidło o przebiegu łatwym do przewidzenia, dla maniaka chyba nawet zbyt oczywistym. ;) Lecz osobom niezafascynowanym perfumami, pragnącym przede wszystkim użyteczności, nie powinno to przeszkadzać. Kompozycja klasyczna, stonowana, gładkolica; zauważalna acz dyskretna; chcąca się wyróżniać lecz jak ognia unikająca ostentacji.

Jeśli zaś pojawi się wrażenie jej przestylizowania, jestem pewna, że będzie wynikać wyłącznie z naszego, zaburzonego półwieczem socjalizmu (oraz późniejszego stylistycznego bezhołowia), rozumienia kalekiej rzeczywistości oraz nikłego stopnia tolerancji dla szeroko pojmowanej odmienności.

Kiedy spojrzymy na omawiane pachnidło bez powyższego bagażu złych doświadczeń okaże się, że mamy do czynienia z kolejnym przykładem wysmakowanego, pełnego wdzięku nowoczesnego paprociowca. Z gatunku tych, które zgodnie z zamysłem twórców mają służyć nosicielowi, nigdy na odwrót. :) Zaś z artystycznego punktu widzenia - bardzo udaną współczesną reinterpretacją dawnych wzorców.
Gdyż Style okazuje się być potomkiem szacownych aromatycznych klasyków, w rodzaju Antaeusa od Chanel czy Habit Rouge marki Guerlain. Lecz znacznie od nich nowocześniejszym, bardziej spolegliwym (nie mylić z potulnym!).

Otwiera się akordem suchym, srebrzystym i przewianym, goryczkowo-cytrusowym, niedosłownie świeżym. Co  wynika z udanego mariażu przypraw, głównie gałki muszkatołowej i bliżej niezidentyfikowanych eugenolowych nutek, z niezbyt wytrawną, esencjonalną lawendą, złamaną miękką, jasną oraz raczej metaforyczną niż oczywistą kwiatową słodyczą. A wszystko to przepleciono gorzkimi, strzelistymi promieniami cytrynowej jasności.
W miarę upływu czasu kompozycja cichnie, staje się bardziej sucha, na pierwszy plan wybijająca przyprawy oraz czarodziejski kwiatowy miks. Wiotki, oniryczny, kaszmirowy woal; a obecność tego akurat akordu staje się zapowiedzią kolejnego, drzewnego stadium; lecz o nim za chwilę. najpierw powinnam zająć się cynamonem, który na tym etapie obejmuje prowadzenie. Miękkim, puchatym, miłym w dotyku niczym płaszcz ze szlachetnej wełny, gdzieś pod powierzchnią kryjącym odrobinę ludzkiego ciepła, zmieszanego z goryczą muszkatu oraz lawendy ale przecież i tak rodzącym swobodne skojarzenie ze słynnym Musc Ravageur.

Lecz w Stylu próżno szukać charakterystycznych cech Malle'owej i Roucelowej mieszaniny, obecny jest prędzej ich wątły powidok. Podobnie, jak innego ikonicznego pachnidła; tym razem selektywnego choć otoczonego (złą) sławą równie zwierzęcej zmysłowości, dla kontrastu podanej w nimbie świeżości. Chodzi mi o Kourosa marki Yves Saint Laurent. Tak, właśnie tego Kourosa. :] Gdyż i jego widmo wypływa czasem spomiędzy ciepłych i suchych słodko-gorzkości omawianej wody. Dzieje się tak wówczas, gdy w bazie powraca słoneczne zimno otwarcia, ów srebrny wiatr - i łączy się z piżmem oraz sandałowcem utrzymanym w oczywistej manierze vintage, dając całość podejrzanie bliską czystości cytrusów, wetywerii, paczuli oraz cywetu ["czystość cywetu", czy to przypadkiem nie oksymoron? ;) ]. Tak dzieje się dokładnie w połowie testów Style. Inaczej wygląda baza, kiedy suchość przyprawowej kurzawy pogłębiana jest przez drewno sandałowe oraz przyjemne i równie staroświeckie paczuli do tego stopnia, że aż ożywają ukryte w głębinach cenne żywice, które nagle zaczynają wydzielać szary, całkiem gęsty dym. Olibanum, odrobina mirry, wytrawne elemi lub jeden z dwóch najpopularniejszych balsamów (a może oba?); wszystkie pomieszane z nutami ziół i lawendy, podejrzanie bliskie innemu Klasykowi przez duże K, Encens et Lavande Lutensa, jeszcze jednemu probierzowi olfaktorycznej paprociowości.
Za to w głębokiej bazie cichną wszelkie zgrzyty, zanikają gorzkie nuty. Tu już nikt nie broni jasnemu piżmowemu pudrowi niejadalnie się zesłodzić, paczuli zmienić się w coś pomiędzy zadbaną piwnicą starego domu (żadnej wilgoci na ścianach) a czekoladą, zaś żywicom stygnąć powoli w objęciach ciemnego, lekko kaszmeranowego sandałowego puzderka. Bo też i bazie Style najbliżej do uniseksu rozumianego jako stan całkowitej równowagi miedzy pierwiastkiem męskim a żeńskim. Oczywiście, w rozumieniu stereotypowym. ;)
Mnie w cieszeniu się towarzystwem Stylu nie przeszkodzi nikt i nic.

Rok produkcji i nos: 2012, Jean-Claude Astier

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn.
O mocy łatwo wyczuwalnej, choć projekcji ograniczonej. Ze spokojną aurą zamiast sillage.
Na wszelkie okazje, nie tylko dla nowoczesnych elegantów (choć im pasuje chyba najbardziej :) ).

Trwałość: ech, te pachnidła od Micallef i Nejmana! ;) W porywach do sześciu godzin.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: cytryna, gałka muszkatołowa, kardamon, cynamon
Nuta serca: jaśmin, konwalia, lawenda
Nuta bazy: piżmo, paczuli, drewno sandałowe, kadzidło
___
Dziś Dark Aoud od Montale.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://polluteyourbritches.tumblr.com/post/11636416362
2. http://pinterest.com/pin/446067538062104042/

sobota, 2 marca 2013

Pierwszy oddech wiosny


"Omniscjencja, wszechwiedza - pełna wiedza o wszystkich realnych i potencjalnych faktach i relacjach między faktami, tzw. znajomość wszechrzeczy. Gdy mówimy, że ktoś (lub coś) jest wszechwiedzący, mamy na myśli to, że wie o wszystkim: o wszystkich prawach natury oraz o wszystkim, co się wydarzyło, dzieje i wydarzy we wszechświecie od początku do końca czasu.
Jeśli zaś istnieje coś takiego, jak multiświat, wówczas o nim również wie wszystko. W wielu religiach za byt wszechwiedzący uważa się boga.
Podstawowym problemem filozoficznym związanym z wszechwiedzą jest pogodzenie wszechwiedzy boga z wolną wolą człowieka i aniołów". 
Cytat za Wikipedią



Śmiałe założenie, spróbować oddać tę ideę w perfumach.
Chyba nawet niemożliwe. I nie chodzi o jawną  nieporadność językową zacytowanego wyjaśnienia. ;)
Wszechwiedza oraz Jednia zamknięte we flakonie to pomysł zbyt szalony, zbyt groźny, by mógł kojarzyć się z czymś dobrym. Niebezpiecznie jest pragnąć czegoś, czego istoty nie jesteśmy w stanie pojąć [bo nie jesteśmy, jak nikt z żyjących ani umarłych].
Lecz jeszcze gorzej, kiedy nadajemy czemuś nazwę, której nie sposób sprostać. Inaczej niż w przypadku Enchanted Forest, gdzie zdołałam zauważyć nić porozumienia między zapachem a towarzyszącą mu Ideą, Omniscent marki YOSH już na wstępie winduje skojarzenie daleko ponad poziomy.

Co oznacza iż zapach, chociaż niewątpliwie wart uwagi, nigdy nie zdoła dorównać swojemu mianu. W żaden sposób.
Choć prawdę mówiąc, musiałabym cierpieć na nieuleczalną anosmię by zignorować fakt, że naprawdę próbuje. ;) Stara się ogarnąć swoim mocnym, zwartym i sprężystym ciałem jak największą przestrzeń, rozumem objąć tyle tematów, ile się uda. Dlatego w jednym pachnidle można odnaleźć dziesiątki tropów ku odmiennym olfaktorycznym klimatom. I dzięki czemu kompozycja z mało finezyjną acz zabawną grą słów w tytule wydaje się niezwykle energetyczną. Nadzwyczaj silną lecz stosunkowo niegroźną. Jak gwiazda neutronowa obserwowana z oddali, przez teleskop. ;)
Fantastyczne, astronomiczno-perfumowe fraktale. W kolorze - czyżby dzięki skojarzeniu z barwą pachnidła? - intensywnie pomarańczowym. Oddającym otoczeniu nadprodukcję energii, optymistycznym, stawiającym na nogi po mrokach zimowej depresji [tak przypuszczam; mnie samą nastraja depresyjnie raczej brak zimy ;> ].




Pewnie dlatego w chwili nanoszenia na skórę kompozycja dosłownie eksploduje; jakby tylko czekała na uwolnienie, by ze straszliwą prędkością oraz mocą rozpierzchnąć się po całej otaczającej ją przestrzeni. Kiedy nic nie stoi na przeszkodzie wiązce przypraw, upojnego kwiecia oraz nowoczesnych (ale tylko w kształcie, nigdy w energii) aldehydów, tak gęstej i świetlistej, że aż drażniącej powonienie.
Silny, jasny, rozgrzewający promień powstał na równi z akordów tuberozy, gardenii, geranium czy goździka co z metalicznego, suchego miksu cynamonu oraz paczuli, obu potraktowanych identycznie co w Lauderowym Cinnabar, z gałką muszkatołową tudzież szczyptą mielonego kminku. A do tego jasne, niewysłowione aldehydy, wypiętrzające aromat ponad niebiosa, przemożne, gęste.
I szybko zwężające się, wysmuklające, nabierające delikatności dzięki nutom słodkim. W kolejnej odsłonie podkreślające piękno kwiatów, wśród których prym wiedzie ciemna, miodowa tuberoza oraz gładka, jasna gardenia do spółki ze słodkim ylang-ylang; zresztą po pewnym czasie słodycz tylko zyskuje na znaczeniu, niemal spychając w cień akcenty przyprawowe. Niemal. ;) Sympatyczna konstrukcja z wanilii, niejadalnych egzotycznych owoców, ni to słodkich, ni to kwaśnych, nie soczystych ale i nie całkiem dojrzałych wspomaganych przez ciemne tony bazyliowych liści zdołała pięknie zestroić się z mocarzami otwarcia, dodając im nawet odrobiny gorzkich, wysuszających żywic oraz balsamów. A pod koniec cichnąc, zbijając się w jednolitą grudkę, już bardziej słodką i kwiatowo mocną niźli orientalno-drzewną. Chociaż... i tu pojawia się wyraźny kontrapunkt w postaci suchego, orientalizującego lecz potraktowanego zgodnie z wymogami stylu vintage drewna sandałowego. Kolejny trop wiodący nas ku Cinnabarowi.

Gdyby bóstwa z Cinnabar spotkały się z Habanitą oraz Truth or Dare Madonny - i gdyby razem postanowiły poprowadzić świat ku odradzającej się wiośnie - być może nam, śmiertelnikom, na dowód ich współpracy pozostałby wątły ślad w postaci właśnie Omniscent 0.96.

Które rzeczywiście stara się obsadzić wszystkie możliwe stołki. ;)

Rok produkcji i nos: ??, Yosh Han

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, choć tradycyjnie testy zalecam i mężczyznom - nie powinny zaszkodzić, a mogą uwypuklić orientalne aspekty mieszaniny.
O nielichej mocy choć sillage ograniczonym. Raczej na okazje mniej formalne (lub formalne w sposób wieczorowy :) ).

Trwałość: w okolicach pół doby

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa (oraz szyprowa i orientalna)



Skład:

Nuta głowy: gardenia, egipska tuberoza, bez, fiołek, figa, bazylia, liść marihuany, tunezyjskie opium
Nuta serca: goździki (przyprawa), geranium, czerwony grejpfrut, ananas, kiwi
Nuta bazy: wanilia, drewno sandałowe
___
Dziś noszę Oud Royal od Armaniego; ale już nie mogę się doczekać aż wskoczę w Carbone od Balmain [bo go z wiosną kojarzę, a tę dziś czuć w podgórskim powietrzu : ) ].

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://hdwpapers.com/orange_3d_fractal_wallpaper-wallpapers.html
2. http://hdwpapers.com/orange_fractal_wallpaper-wallpapers.html