niedziela, 22 października 2017

Październikowa kołysanka

Jesień. Prawdziwa polska jesień, złota i ciepła ale też taka, jak dziś za dolnośląskim oknem: chłodna, sina oraz deszczowa, wymaga odpowiedniej oprawy. Również olfaktorycznej.
Skoro więc na co dzień w sposób dosłowny otulamy się miękkimi swetrami a metaforycznie kubkiem ulubionej herbaty albo filiżanką aromatycznej kawy, dlaczego nie poszukać ich perfumowego odpowiednika? Przecież to wcale nie jest trudne! :) Nie trzeba wcale rozglądać się daleko, by znaleźć dla siebie odpowiednią dawkę słodkiej wanilii, mięciutkich jak kaszmir nut ambrowo-żywicznych oraz kilka szczypt zamorskich przypraw czy tak cienkiej, że nieomal niewidocznej strużki kadzidła dla dodania całości odrobiny pikanterii. Przyjaznego, nieszkodliwego cienia w stosunku do tych wszystkich złamanych różów i złocistości.

Feather, Beverly Harrison

Aby znaleźć perfumy delikatne i mięciutkie jak piórko - a przy tym oswojone przez ogół mniej wprawnych nosów a jednak dalekie od banału - wystarczy wejść do dowolnie wybranego centrum handlowego. ;) Następnie udać się do zazwyczaj niewielkiego sklepiku, zajmowanego przez pewną (niegdyś) zieloną i ekologiczną markę rodem z Francji. I poprosić o tester Voile d'Ambre z ich najbardziej kosztownej linii zapachów Secrets d'Essences. A potem przekonać się, że nie wszystko tandetne, co się złoci i różowi (oczywiście metaforycznie). ;)

Chcąc być uczciwą muszę przyznać jedno: to na pewno nie są perfumy oryginalne. Istnieje co najmniej sto pięćdziesiąt pachnideł, które doborem składników lub ogólnym charakterem przypominają naszego dzisiejszego bohatera. Od Eau des Merveilles czy Eau de Mandarine Ambrée Hermèsa począwszy, przez chociażby un Bois Vanille Lutensa czy L Lolity Lempickiej, Candy Prady, Musc Ravageur z cyklu Frédérica Malle, Tam Dao od Diptyque, nieodżałowany Black Cashmere Donny Karan aż po mniej więcej połowę wspomnianej serii Secrets d'Essences marki Yves Rocher: Vanille Noire, Rose Absolue, Accord Chic... I tak dalej.
Nawiasem mówiąc trudno byłoby się temu dziwić zważywszy na fakt, jak często sięgamy po perfumy "otulające"; mające w zamierzeniu poprawiać humor noszącej je osoby, przywodzące na myśl słodkie i beztroskie lata dzieciństwa. We flakonach perfum szukamy błogości - i właśnie ją dostajemy, każdy w dokładnie takiej postaci, do jakiej tęskni. Jest w tym coś baśniowego, przyznajcie.

Feather, Craig Saunders

Zatem cóż takiego wyjątkowego kryje się we Voile d'Ambre, że aż sprowokowało mnie do odnalezienia w Sieci odpowiednich fotografii oraz ponadgodzinnego stukania w klawiaturę komputera [a przede mną pewnie jeszcze drugie tyle ;) ]? Czym wyróżniają się te perfumy?
Przede wszystkim - niespodzianką oraz nostalgią.

Przyjemnym, choć przecież powtarzającym się zdumieniem, jak świetne mogą być pachnidła z niezbyt wysokiej półki cenowej. A przecież nie od dziś wiem, że we współczesnym perfumiarstwie cena wonnego eliksiru dawno już przestała być adekwatna do jego jakości, natomiast od Yves Rocher w tym względzie zawsze należy oczekiwać przynajmniej porządnej rzemieślniczej jakości (acz nierzadko i Sztuki przez duże S). No tak, wiem ale i tak zawsze mnie to zdumiewa. ;) Bo nie oszukujmy się: gdyby podobna kompozycja wyszła pod szyldem butikowej kolekcji Guerlain czy Diora - co na tle ich najnowszych masowych premier i tak stanowiłoby przyjemną odmianę - bez mrugnięcia okiem zapłacilibyśmy za nią nie 150 ale 1500 złotych. I bylibyśmy zadowoleni z zakupu.
Tyle, jeżeli chodzi o niespodziankę, natomiast w kwestii nostalgii... Przejdźmy do rzeczy, nim zamarudzę Was na amen. ;)

Feather, Chris Jones

Otwarcie Woalu jest zaskakująco ostre ale już od pierwszej sekundy naznaczone wyraźną roślinną lekkością; to wiosna w mandarynkowym sadzie, bujnym młodą, niedojrzałą, seledynową i sprężystą zielenią. Zielone są soki drzewka owocowego spadające na oplątujące go, kolczaste, agresywne chociaż piękne liany. Biedna mandarynka cierpi ale nic nie mogę z tym zrobić. Dlatego w sposób niepodobny do siebie - a może właśnie dla mnie typowy, jak typowym jest dla większości z nas? - odwracam wzrok ku nadciągającej żywiczności. Ku pikantno-słodkiej, wibrującej mirrze, lekko migdałowemu opoponaksowi oraz ciemnej słodyczy niejadalnej wanilii, wszystkim poprzedzanym przez kolejny akcent zieleni: tym razem jest to ciemny, niosący w sobie zapowiedź dymu, nieomal skórzasty kardamon. Jednak on pojawia się na skórze niczym efemeryda lub spadająca gwiazda. Błysk! I już go nie ma.
Zostają żywice oraz wanilia, gotowe do odtańczenia jakiegoś dostojnego i starego tańca. Może pawany? W każdym razie wszystko, co dzieje się na mojej skórze po odsunięciu w niebyt wszelkich zieleni okazuje się klasycznym umilaczem złożonym z ciepłych, nieco chropowatych ale w gruncie rzeczy szalenie przyjaznych nut żywiczno-drzewnych na niewzruszonym waniliowym postumencie.

Owszem, mirra co nieco dokazuje, między innymi sprowadzając cienkie strużki niemal czekoladowego w barwie kadzidła z bliżej nieokreślonych żywic, pojawia się także ciepły, gładki, przesycony Orientem sandałowiec ale żadne z nich nie jest w stanie wytrącić Voile d'Ambre z charakterystycznego dlań błogostanu. Całość pełga po mojej skórze, płoży się bez pośpiechu ani zbytniej gęstości. Po prostu jest. Żyje. Pozwala się podziwiać, niczym przechadzający się paw albo modelka na wybiegu. ;)
No i stopniowo zanika w sposób całkowicie pozbawiony ostentacji. Wykrusza się drobnym żywicznym piaseczkiem, który gdzieniegdzie tylko zdołał rozgrzać się kadzidlanym żarem oraz rozpuścić w wonnym dymie. Czas mija aż w końcu na ciele pozostaje tylko lekkie, słono-labdanowe westchnienie syntetycznej ambry oraz ciepła, coraz bardziej jasna wanilia.

Jest ciepło, miękko, bezpiecznie i błogo. Chcę spać.


Rok produkcji i nos: 2005, Olivier Pescheux

Przeznaczenie: zapach skomponowany z myślą o kobietach i trzeba przyznać, że to na naszej skórze prezentuje swoje najbardziej typowe, bezpieczne wcielenie. Jednak my nie lubimy typowości,, prawda? :) Więc polecam Voile d'Ambre również mężczyznom, na których ciele zapach może buchnąć większym dymem lub zamienić się w spalony i przewiany wiatrem las. Na przykład. ;)
Jeżeli natomiast chodzi o bardziej charakterystyczne cechy, to omawiana kompozycja okazuje się całkowicie godna swojej nazwy; otacza naszą sylwetkę zwartym ale nienachalnym woalem i delikatnie wokół niej wiruje tudzież układa się ze spokojem. Dlatego pasuje na wszelkie możliwe okazje: do pracy w październiku, na bal w styczniu czy na grilla w sierpniu. ;)

Trwałość: w granicach pół doby a więc świetna

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: zielona mandarynka, kardamon
Nuta serca: opoponaks, mirra, kadzidło
Nuta bazy: drewno sandałowe, paczuli, wanilia
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/luvramblin/12041476074/
2. https://www.flickr.com/photos/29614669@N04/2942789064/
3. https://www.flickr.com/photos/stopherjones/6172535171/

niedziela, 15 października 2017

Kompania braci


Któż z nas o nich nie słyszał? Jeżeli nawet przespał lekcje historii poświęcone wyprawom krzyżowym, z pewnością natknął się przynajmniej na kilka hollywoodzkich przebojów, seriali telewizyjnych, popularnych powieści, gier komputerowych, teorii spiskowych, coraz bardziej nośnych, niebezpiecznych trendów politycznych lub chociaż na naszego poczciwego Pana Samochodzika!



Nie jest możliwe, aby ktokolwiek pozostał całkowicie obojętny na opowieści o templariuszach. Członkach Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, nieustraszonych rycerzach, zręcznych bankierach, pysznych politykach, pomysłowych menedżerach. Dzięki nim Szwajcarzy poznali pojęcie tajemnicy bankowej, Anglicy stworzyli swoje słynne na cały świat struktury prawne a masoni odziedziczyli miłość do tajemnicy oraz (być może) kilka mniej lub bardziej niezidentyfikowanych sekretów. ;)
Wykończył ich piątek trzynastego, który właśnie z ich powodu uznawany jest za pechowy dzień.

Templariusze władają naszą wyobraźnią w większym lub mniejszym stopniu. Waszą, moją oraz wszystkich osób, które znamy. Zdumiewają, zastanawiają, fascynują, niekiedy niezdrowo [na przykład pewnego owładniętego obsesją, bezwzględnego norweskiego terrorystę lat temu sześć z okładem]. Czy jednak kiedykolwiek pomyśleliśmy o nich jako o ludziach? Takich jak Wy czy ja?
Czy rozważaliście kwestię rycerzy świątyni Salomona w kontekście zmęczenia? Albo tęsknoty? Rozczarowania? Marzeń oraz wspomnień?


Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co mogło czuć tych siedmiu francuskich facetów, którzy całkiem jak w domu na horyzoncie widywali co prawda wzgórza, te jednak nie były pokryte zielonymi winnicami, jak to w Szampanii lub Burgundii ale spalonymi bezlitosnym słońcem oraz owianymi bezwzględnym wiatrem szaro-buro-żółtymi, praktycznie gołymi, piaszczysto-żwirowymi skałami okolic Jerozolimy. Którzy tak samo jak we Francji zamieszkiwali budowle z kamienia ale jakże daleko temu było do ich rodzinnych zamków!
W odróżnieniu od swoich pseudonaśladowców z XXI wieku oni doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie znajduje się opisywana w Apokalipsie dolina Armageddonu. Przecież właśnie do niej trafili. I walczyli w niej o przetrwanie, dosłownie oraz w przenośni (a przynajmniej tak to sobie wyobrażali).
Siedmiu mężczyzn: Hugo, Mikołaj, Piotr, dwóch Godfrydów oraz dwóch Janów. Taka to była band of brothers ;)

Autorka: Eve Andersson, 2010.

Dlatego abstrahując zupełnie od naszych prywatnych sympatii politycznych ale wracając na bezpieczny grunt stricte perfumowy zastanówmy się, jaki zapach mógłby pomóc Europejczykom, rzuconym przez los w niegościnne, niezrozumiałe, tak bardzo obce ziemie? Według mnie pomostem pomiędzy dwoma światami: kolebką cywilizacji zachodniej oraz egzotycznymi ziemiami na Wschodzie, o które ludzie walczą od zarania dziejów, mogłoby być Néroli Oud od Au Pays de la Fleur d'Oranger, Kraju Pomarańczy; a nim przecież jest nie tylko piękna południowa Francja, Hiszpania czy Włochy ale równie dobrze i współczesny Izrael, Liban oraz... Syria. Ziemie ciągłej wojny.
Czy więc ból i pomarańcze pasują do siebie?

Moim zdaniem jak najbardziej, o ile zestawimy je w umiejętny sposób: z filozoficznym stoicyzmem, lekarską troskliwością oraz żołnierską zaciętością jednocześnie. Gdzie z samotnego, rzęsiście oświetlonego drzewka pomarańczowego śmieją się do nas jego białe kwiaty o charakterystycznym, roziskrzonym, tak świeżym że wręcz surowym, lekko medycznym aromacie. Tak zwykle wygląda na mojej skórze olejek nerolowy, nieznacznie złagodzony bergamotką.
Tym razem jednak nie zdążę nawet mrugnąć, kiedy dołącza do niego ciemna, żywiczna gorycz, zupełnie pozbawiona pierwiastka ludzkiego. Srebrzysta jak rozgrzana stal, jak smukłe smugi dziwnego dymu, dolatujące do nas prosto z muzułmańskiej dzielnicy Jerozolimy. To oczywiście oud, bardziej w postaci suchych grzybnych drewienek aniżeli potężnej chmury kadzidła, znanej chociażby z Dark Aoud Montale. Nie, to bardziej Oud Royal Armaniego osiadający na bazie Neroli Portofino Toma Forda. Wyczuwam również podobieństwo do Akowy od M. Micallef.

Old Jerusalem behind the olive tree, autor: Alex Levin

I tak jak w prawdziwym życiu, jak w wirze Historii przez duże H, według jednych zapewne ów dym będzie tłamsił wonne kwiaty oraz pierwsze drobne, jeszcze zielone owoce, według innych połączy się z nimi w idealnej, praktycznie rodzinnej zgodzie, kolejni natomiast będą chcieli widzieć w tym wszystkim moralne zwycięstwo rośliny. ;) Natomiast ja zamknę wtedy oczy i poczuję... ciepły kurz, wielotysiącletni proch ulicy, osiadły na rozgrzanych bliskowschodnim słońcem złocistych murach wcześniej, niż można byłoby przypuszczać. Zresztą... kogo w czasach zamętu interesuje taki śmieszny drobiazg, jak kurz? Lecz zostawmy to, pozwalając strzelistym nutom neroli oraz oudu rządzić wonną rzeczywistością Néroli Oud ku radości lub zgryzocie całego świata.
Dość powiedzieć, że pachnidło na mojej skórze nie zmienia się aż do samego końca, wciąż pozostając dwugłosem nut tytułowych, zza których tylko czasem wyglądnie a to bliżej nieokreślone, pociemniałe ze starości drewno, a to wspomniany sędziwy kamień, a to rzadka jak śnieg w Śródziemnomorzu nuta cukrowej słodyczy kandyzowanych owoców tudzież nieco częstsza lekko kwaśna jaśminowa bryza.

Potrzebuję czasu aby pojąć, że walka w Néroli Oud właściwie nią nie jest, choć nie jest też współpracą. Nie muszę jej rozumieć, aby móc zauważać drobiazgi, jakie niesie życie i cieszyć się nimi.
Kto wygrał, kto przegrał? Czy to naprawdę takie ważne?


Mam ochotę zakończyć niniejszą impresję - nie mam sumienia nazwać tego tekstu recenzją - odstępstwem od tzw. historycznej prawdy i wyobrażeniem sobie, że krwawy konflikt sprzed tysiąca lat nie skończył się tak, jak mówią nam podręczniki. Nie całkiem.
W zupełnie innym kraju i w znacznie późniejszych czasach trzech kolejnych "braci" śpiewało o jeszcze innym miejscu oraz epoce ale podzielając wciąż te same, niezmienne uczucia:

"Stratowaną dziedziną Bawarów
Oddział wlecze się osobliwy:
Maruderzy spod wszelkich sztandarów,
Jeden bliźni drugiemu, bo żywy".

Ból, gniew, złość, obojętność, znużenie, odwagę, tchórzostwo, zmęczenie, słabość, siłę, zniechęcenie, nadzieję...


Rok produkcji i nos: 2015, Jean-Claude Gigodot

Przeznaczenie: zapach idealnie uniseksualny, swoim charakterem oraz przebiegiem nie zabiegający o przychylność żadnej z płci, za to niezwykle wyraźny i chętny do ciągnięcia się za uperfumowaną osobą wiotkim i półprzejrzystym woalem.
Dlatego  uważajcie na dawkowanie, choć do okazji Néroli Oud pasuje każdej.

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin wyraźnego trwania oraz co najmniej drugie tyle dyskretnego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowo-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy
Nuta serca: jaśmin, róża, kandyzowane owoce, oud
Nuta bazy: akordy balsamiczne oraz słodkie, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.alekinoplus.pl/program/film/templariusze-milosc-i-krew_42815
2. http://www.telemagazyn.pl/artykuly/templariusze-w-grudniu-nowy-serial-w-hbo-i-hbo-go-wideo-zdjecia-60571.html
3. http://www.eveandersson.com/photo-display/large/israel/jerusalem-jewish-quarter-beit-el-road-or-nearby-orange-tree.html
4. https://artlevin.com/product/old-jerusalem-behind-the-olive-tree/
5. https://www.themoviedb.org/movie/38543-ironclad

niedziela, 24 września 2017

Sen o wakacjach

Wyjrzyjcie za okno. Co widzicie? Bo ja ciężkie niebo o jednolicie stalowej bardzie, z którego deszcz pada, siąpi i leje na przemian, nieprzerwanie od ponad doby. Z drzew opadają liście a w trawie pomiędzy nimi bez trudu można znaleźć grzyby. Jest jesiennie i nostalgicznie. Jak dla mnie cudowna pogoda! ;D
O ile siedzimy w ciepłym domu, opatuleni w mięciutki sweter i z kubkiem herbaty z imbirem pod ręką; z radia sączy się nasza ulubiona muzyka a pod ręką leży ciekawa książka, względnie pilot do dekodera z funkcją VOD. ;) Jeżeli jednak w to niedzielne południe musicie ruszyć się z domu na ten deszcz i (subiektywny) chłód - nie daj borze szumiący do pracy! - to pewnie wolelibyście jednak aurę nieco cieplejszą oraz bardziej słoneczną. Bo w taki dzień tęskni się do wakacji bardziej, niż jeszcze dwa czy trzy dni wcześniej.


W dzień taki, jak dziś chcielibyśmy poczuć się jak w upalne lato, kiedy słońce bez litości pali trawę oraz liście drzew, kiedy zanurzamy swoje nosy w wonne bukiety polnych kwiatów lub szukając wytchnienia od słonecznych promieni układamy się pod jakimś potężnym drzewem i z przyjemnością wdychamy jego żywiczne, lekko oleiste, cierpkawe aromaty.

Tęsknimy za zapachem czerwonego garbnikowego wina, pitego wieczorami w porośniętej bluszczem altance tuż przy starej kamiennej chatce gdzieś w malowniczej toskańskiej bądź prowansalskiej wiosce. ;) Lub pragniemy wrócić do wypełnionego promieniami, smukłego, zdrowego lasu iglastego, gdzie zapach suchego i miękkiego mchu zderza się z aromatami drzew, pod których twardą i chropowatą skórą tętnią żywiczne soki; a my bardziej domyślamy się ich obecności, niż jesteśmy jej pewni ale i tak cieszy nas to olfaktoryczne zawirowanie, od którego aż kręci się w głowie.
Marzy nam się w końcu chociażby szybki, chłodny prysznic z użyciem zwykłego marsylskiego mydła [ale bez paniki, klasyczny Biały Jeleń też wystarczy ;) ], po którym wycieramy ciało czystym, wysuszonym na wietrze bawełnianym ręcznikiem. A potem spokojnie moglibyśmy wyjść przed tę kamienną chatkę i napić się czerwonego vin de pays, gdzieś za plecami mając grządkę kwitnących kocanek. ;) Nasze ciało powoli schnie całkowicie i na powrót wraca do swoich przyrodzonych aromatów, dalekich od niepożądanego potu ale przecież oczywistych dla każdego człowieka [sprawdzić, czy nie Grenouille ;P ].

Jeżeli szukacie perfum odwołujących się do dokładnie takiego klimatu, możecie postarać się zdobyć gdzieś spod ziemi Immortelle  z cyklu Acte 1 francuskiej marki Editions Nose Up. :) Łagodne, ciepłe i nienachalnie nostalgiczne pachnidło wydaje się być stworzone wyłącznie po to, aby konserwować w sobie zapachy beztroskich, śródziemnomorskich wakacji; może nieco wyidealizowanych, może rozpatrywanych przez pryzmat wspomnień z lat dzieciństwa albo młodości ale zawsze pięknych i prowokujących delikatny, lekko nieobecny uśmiech.
Słoneczne dzięki kocankom oraz kumarynie, nienachalnie drzewne oraz czyste czystością jasnego, mydlanego piżma, Immortelle okazuje się być dokładnie tym, czego potrzeba wszystkim słonecznym marzycielom - lub mówiąc mniej poetycznie: ludziom, którzy poszukują perfum stonowanych a przy tym niszowych. Czegoś w sam raz na dzień spędzony w pracy albo na spacerze, zakupach, zabawie z dzieckiem, w kinie, na imprezie, na działce, przy pisaniu pracy magisterskiej, w kolejce do lekarza, na obiedzie u teściów...


Rok produkcji i nos: 2014, Anne Flipo

Przeznaczenie: kompozycja znakomita zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, jak wspomniałam raczej spokojna i bliskoskórna ale - uwaga! - naprawdę bardzo trwała, więc decyzję o jej użyciu musicie podjąć przewidująco i z rozwagą. ;)

Trwałość: jak wyżej. ;) Na ubraniu potrafi przetrwać kilka prań a to "tylko" woda perfumowana.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: kadzidło, cytrusy
Nuta serca: kocanka, żywica sosnowa
Nuta bazy: białe piżmo, ambra
___
Dziś noszę Huldrę od Vala's Perfumery.

P.S.
Obie ilustracje pochodzą z https://www.groupon.fr/deals/edition-nose-up-parfum-immortelle

sobota, 16 września 2017

Mieć pokój w sercu

Powroty bywają trudne. Nie tylko dlatego, że wiążą się z ponownym wdrożeniem w rytm, od którego zdążyliśmy się odzwyczaić ale też z powodów czysto technicznych. Na przykład poważnego uwstecznienia w dziedzinie nowości. ;) Nie inaczej jest w moim przypadku.
O ile bowiem czasem zdarzało mi się zaglądać do popularnych perfumerii w centrach handlowych i - ogólnie mówiąc - wiem, że Izia od Sisley to Dzieło przez duże D, natomiast w Gabrielle od Chanel ciekawy jest jedynie flakon, to już w kwestii perfum niszowych i artystycznych od około roku nie wąchałam niczego nowego.

Z tego powodu moja pierwsza recenzja po wielomiesięcznej przerwie dotyczyć będzie pachnidła, którego w żaden sposób nowością nazwać nie można. Dziś opowiem Wam o futrze.


Temat naturalnych futer szczęśliwie we współczesnym świecie jest już na tyle skompromitowany, że pozytywnie kojarzy się właściwie jedynie osobom, które na co dzień posługują się językiem rosyjskim. W ich kręgu kulturowym "szuba" w dalszym ciągu uchodzi za nieomylny znak wysokiego statusu społecznego; zatem u nas już nie musi. ;) Jednak nie zawsze tak było.

Jeszcze zanim Zachód dopuścił do głosu ruchy nawołujące do rezygnacji z tego symbolu niepotrzebnego okrucieństwa, zamożne Francuzki, Brytyjki czy Amerykanki również wzdychały do naturalnych futer a ich producenci głowili się, w jaki sposób rozszerzyć działalność. I tak właśnie, w roku 1912 na trzech braci Weil spłynęło olśnienie: a gdyby produkować perfumy wonią pasujące do miękkich futrzanych płaszczy, specjalnie dla nich komponowane?
Odkąd w roku 1922 marka pokazała światu swoje pierwsze pachnące dzieło, Padisha*, a od 1927 produkowała już perfumy dostępne w powszechnej sprzedaży (a nie, jak do tej pory, będące upominkiem dla najlepszych klientów), jeszcze silniej zaczęła kojarzyć się z luksusem. Naturalnie Parfums Weil w ciągu swojej działalności podążało z duchem czasu, dotrzymując kroku aktualnym modom olfaktorycznym, jednak współcześnie markę otacza nimb producenta dzieł silnych i bezkompromisowych. Cóż, w tamtych czasach nawet perfumy "świeże", "lekkie" i "młodzieżowe" były zdolne swoją mocą wywoływać wojny a i konieczność dopasowania do woni naturalnych futer też musiała mieć duże znaczenie. ;)

A skoro już o świeżości i młodzieńczej odwadze mowa...


W interpretacji opisywanej marki oznaczała ona na przykład niemałą dawkę suchego, zielono-srebrzystego, mieniącego się szypru a na imię jej było Weil de Weil.

Mieszanina powstała w tym samym czasie, co Ô de Lancôme, Rive Gauche YSL, Chanel No. 19 czy Diorella wydaje się nie tylko odwoływać do modnych wówczas interpretacji zapachów "sportowych" i "świeżych" (gdzie za wymienione cechy odpowiadały głównie cytrusy, drewna, kwiaty w typie narcyzów i hiacyntów, wetyweria, mech dębowy oraz cywet z piżmem) ale też w ciekawy sposób mierzyć się z podstawowymi założeniami marki. Bo jak w czasach miłujących pokój, roślinożernyh hipisów opowiadać o zapachu kosztownych futer?
Na przykład opierając się o ich ożywczą, rozbrajającą, humorystyczną interpretację. Ostatecznie czy przymrużając oko nie moglibyśmy określić mchu mianem "wegańskiego futra"? ;)

A tutaj wszystko dotyczy mchu: od migoczącego, kwiecisto-pylistego, lekko pikantnego otwarcia przez serce ukryte we wnętrzu zieleniącego się, balsamicznego, galbanowo cienistego i ziołowo słonecznego lasu zamieszkanego przez zupełnie nie płochliwe cywety aż po skórzasto-sandałowcową bazę, przez którą jak cień dzikiego zwierza przemyka niemal kleista, zmysłowa gorycz piżma. W każdy z etapów rozwoju Weil de Weil wpleciona jest mniej lub bardziej gruba nić suchej, skrzącej się woni mchu dębowego. Uwierzcie, że łamie mi ona serce, ponieważ w roku 2017 stworzenie choćby podobnych perfum nie jest możliwe; nie te czasy, nie ta moc, nie te składniki...

Dlatego pozostaje mi jedynie to drobne wspomnienie minionych czasów, oszczędnie oplatające ludzką sylwetkę. Towarzyszące nam, ponieważ stosowane z wielką ostrożnością i oszczędnością z mojej strony; zbyt cenne, aby roztrwonić je w bezczelnej mgle z atomizera.
Kiedy ze współczesnej perspektywy myślę o Weil de Weil, przypomina mi ono anonimowy aforyzm "Spokój nie oznacza przebywania z dala od hałasu, kłopotów czy ciężkiej pracy. To znaczy być w centrum tego wszystkiego ale wciąż znajdować w sercu równowagę".


Rok produkcji i nos: 1971, ??

Przeznaczenie: podobnie jak przytłaczająca większość dawnych dzieł marki, także i ta kompozycja dedykowana jest kobietom, aczkolwiek wg dzisiejszych standardów jest to typowy uniseks. Ba, co bardziej konserwatywni pewnie przekonywaliby nawet o jej męskości. ;P
Z uwagi na nieprzeciętną moc pachnidła (testowałam wersję z drugiej połowy lat 70.) należy bardzo rozważnie podchodzić do dawkowania; obawiam się, że większość współczesnych nosów nie zniosłaby dawki większej, niż kilka kropel na krzyż. Dlatego nawet z doborem okazji należy uważać, choć osobiście nosiłam WdW nawet do pracy wśród ludzi i nikt nie narzekał. :)

Trwałość: całodniowa

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: neroli, galbanum, hiacynt, akordy zielone, tangerynka
Nuta serca: mimoza, ylang-ylang, narcyz, wiciokrzew, róża, konwalia
Nuta bazy: mech dębowy, drewno sandałowe, wetyweria, cywet, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/seanmolin/12596621403/in/photostream/ [The most wonderful... | Anna, autor: Sean Molin]
2. https://img0.etsystatic.com/187/0/7992770/il_fullxfull.1227057772_16o8.jpg [Autor: NewbornPhotography Props (bonbonsphotopropshop)]

* Nazwa ta oznacza 'padyszacha', więc kojarzenie perfum luksusowych, więc obłędnie kosztownych ze światem islamu jest znacznie starsze, niż moda na oud (czy to wciąż jest tylko moda? śmiem wątpić). ;)

czwartek, 14 września 2017

Powrót zza grobu, czyli kto mi dobierze perfumy?

Iwan Bilibin, Baba Jaga, 1900

Wiedźma przyleciała! Obleciała cały świat kilka razy dookoła (faktycznie lub za pomocą zebranych w Borach Dolnośląskich muchomorów), zajrzała do nieba, piekła na nawet na Saturna, z niejednego pieca dzieci chleb jadła i wróciła. ;) Oby już na stałe.

Nie wróciła jednak sama, towarzyszą jej niemałe wątpliwości. Waszej czarownicy zmienił się bowiem gust perfumowy.

Roman Kochanowski, Zielony pejzaż, 1886

Spokojnie, chociaż faktycznie z większą dawką tolerancji podchodzę do zapachów jasnych, delikatnych lub stereotypowo kobiecych, nieodmiennie jedną nogą siedzę w szeroko rozumianych dziwnościach. :) Wciąż tęsknię do kadzidlanego dymu oraz szykownego oudu, nadal fascynuje mnie Orient i w dalszym ciągu nie znoszę j'Adore ani Euphorii. ;) Jestem jednak na etapie poszukiwań.
Marzy mi się coś ziołowego.

Jednak nie chodzi mi o jakiekolwiek, dowolnie wybrane zioła, o nie! To nie może być nieodżałowana Herba Fresca od Guerlain ani jakakolwiek z kompozycji cyklu HYLNDS by D.S. & Durga, choć to wszystko są bez wątpienia piękne, przemyślane kompozycje. Nie satysfakcjonuje mnie pierwsza lepsza mięta, bazylia, tymianek, piołun ani nawet pokrzywa. ;) Nic z tych rzeczy.
Chciałabym perfum, które pachną jak Słowiańszczyzna.

Alfons Mucha, Epopeja słowiańska: Słowianie w ich pierwotnej ojczyźnie, 1912

Zapytanie pewnie: co to znaczy? A może raczej: w czym problem? Lub dlaczego słowiańskość miałaby pachnieć akurat ziołami?
No cóż, może w tym, że wcale nie musi. Równie dobrze mogłaby pachnieć lasem. Śniegiem i czystym mroźnym powietrzem. Rozgrzanym metalem. Dymem z ogniska i wiankami świętojańskimi. Popiołem. Krwią. Czymkolwiek. Byle mojemu synestetycznemu umysłowi kojarzyłoby się to słowiańsko. ;)

Problem w tym, że takich perfum zwyczajnie nie ma. Skarb i Blask marki Humięcki & Graef to jednak nie jest to z powodu nowoczesności obu kompozycji, podobnie Woda Królowej Węgier naszej Polleny Aromy też nie odpowiada moim standardom, będąc na to zbyt ułożoną (w końcu dworskie pachnidło nie mogło epatować dzikością ;) ).
A mnie potrzeba słowiańskiego ducha: energiczności i rzewności, melancholii oraz zapalczywości, pozerstwa i skromności. Tych wszystkich wewnętrznych sprzeczności, które składają się na odpowiedź, dlaczego tak tak łatwo potrafimy dogadać się z Ukraińcami, Słoweńcami, Rosjanami, Czechami...

Alfred Wierusz-Kowalski, Jazda

Choć istnieje mnóstwo kompozycji odwołujących się do innych europejskich kręgów etnicznych - z naszej szerokości geograficznej wystarczy wspomnieć inspiracje mitologią celtycką i nordycką - jednak słowiańszczyzny w dalszym ciągu brakuje. Wszędzie, nawet w rosyjskiej i ukraińskiej części Etsy. Z jednej strony mówi się trudno i zamawia kompozycje dedykowane wiccanom, neopoganom, gotom lub innym miłośnikom olfaktorycznej dziwności, z drugiej jednak trochę żal.

A przecież wydawałby się, że potencjał jest ogromny!

Iwan Bilibin, Zaczarowany las o zachodzie słońca, 1906

Wyobraźcie sobie perfumy, które odwoływałyby się do Nocy Kupały, dożynek, Dziadów ale też majówek bądź grzybobrania, które eksponowałyby tak obecnie popularne motywy etniczne lub nawiązujące do słowiańskiej mitologii.  Jak pachniałby Twardowski? Smok Wawelski? Baba Jaga? Bazyliszek? Albo ptak ognisty lub Wasylisa Mądra? Którą z tych wód wybrałby dla siebie diabeł Boruta a którą Janosik? Czym pachniałoby uroczysko a czym rżysko? ;)
Na słowiańskość panuje moda ale pachnideł jak na razie ona nie dotyczy.

Zbigniew Rychlicki, drzeworyty ilustrujące Klechdy domowe zebrane przez Hannę Kostyrko, 1962

Mówiąc bardziej konkretnie: wiecie, czego mi brakuje?
Perfum - alkoholowych, olejkowych, nawet niechby i w pomadzie - zbliżonych do zapachu ziołowego żelu pod prysznic Fitomed, czarnego mydła Agafii lub chociaż żelu rozmarynowo-lawendowego Green Pharmacy. Tymczasem po przeszukaniu całego internetu oraz większości wrocławskich sklepów z naturalnymi kosmetykami wiem jedno: nikt nie produkuje nie tylko perfum ale nawet balsamu czy mleczka do ciała w zbliżonej gamie zapachowej. Moje wymagania, lub raczej marzenia, przegrywają z opłacalnością schlebiania bardziej powszechnym gustom.

No właśnie... czy w prawdziwym świecie jest miejsce dla podobnych kompozycji?

Asha Komarovskaya, Katerina Tumanova, 2015

Wydaje mi się, że jak najbardziej jest. Istnieje spora nisza, gotowa do zagospodarowania przez kogoś z pomysłem, czasem i pieniędzmi. Tylko czy takie perfumy kupowaliby wspomniani neopoganie? Historyczni rekonstruktorzy spod Grunwaldu lub z Biskupina? Lub nawet nieszczęśnicy w bluzach i podkoszulkach z szaroszeregową kotwicą na piersi? Czy można byłoby z groźnych rejonów, w które ostatnio zmierza coraz bardziej nieprzyjazna Polska wyciągnąć coś pozytywnego? Coś, co byłoby dobre i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, kolorowe jak łowicka wycinanka tuż obok wspomnianych kotwiczek na majtkach oraz białych orłów na papierze toaletowym?
Czy raczej jest na to nadal za wcześnie? Wszak nasze przekonania i upodobania to jedno a doświadczenia węchowe ogółu w dalszym ciągu zdają się szczególnie do nich nie nawiązywać. Lecz czy wszystko musi być dla każdego...?

Asha Komarovskaya, Katerina Tumanova, 2015
Tak jak nie każdy musi uwielbiać zupę ogórkową czy kochać disco polo a i tak znajdzie dla siebie miliony innych zup oraz gatunków muzycznych, żeby ani razu nie poczuć, że czegokolwiek jemu lub jej brakuje, identycznie jest przecież z perfumami. Czy więc nie ma wśród nas olfaktorycznych odpowiedników fanów Kapeli ze Wsi Warszawa tudzież uczestników kursów białego śpiewu? ;) Czy nikt nigdy nie kupił koronek koniakowskich? Nie preferuje żurku z kiełbasą zamiast ramenu? [aczkolwiek sama ramen bardzo lubię i ani myślę z niego rezygnować]. ;) Nie lubi powłóczyć się trochę po Podlasiu albo Bałkanach zamiast wysmażać plecy na basenie gdzieś w egipskim kurorcie?

A jeżeli ktoś taki jednak żyje gdzieś wśród nas i przypadkiem bądź celowo trafi na mój blog, czy może mi pomóc i podpowiedzieć, które perfumy powinnam kupić? :D

Iwan Bilibin, fragment grafiki ilustrującej baśń Maria Moriewna i Kościej, 1900

Mam nadzieję, że prędzej czy później znajdę odpowiedź. A tymczasem czekam na dostawę czesko-islandzkich perfum nawiązujących do mitologii nordyckiej. ;) Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. :)

P.S.
Źródła ilustracji:
1. https://explorationart.wordpress.com/2014/12/28/ivan-bilibin-russian-illustrator-and-painter/
2., 4. https://lamusdworski.wordpress.com/2017/07/09/19th-century-countryside-in-art/#more-2107
3. https://en.wikipedia.org/wiki/File:Slovane_v_pravlasti_81x61m.jpg
5. https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Fairy_Forest_at_Sunset.jpg
6.https://jarmila09.wordpress.com/2010/11/04/klechdy-domowe
7. https://www.flickr.com/photos/chlemaris/15821701533
8. https://www.flickr.com/photos/chlemaris/16255856117
9. https://illustratornate.wordpress.com/2013/10/23/dont-stop-bilibin/

piątek, 6 stycznia 2017

O krwi czerwona!


Ciekawe, czy wciąż pamiętam, jak to się robi? ;) Ponoć z blogowaniem jest identycznie, jak z jazdą na rowerze ale kto wie, jak jest naprawdę?

Dlatego pozwólcie mi na próbny lot, jeszcze nieśmiały, za to w towarzystwie pachnidła, które skutecznie obudziło mnie z recenzenckiego letargu. :) O jakie dzieło sztuki olfaktorycznej może chodzić?



Ci z Was, którzy śledzą moje konto na Instagramie, mogą się już domyślać. ;)

"Rubies and Pearls of Love In Sails of Scented Winds In Whispers of a Midnight Sun" [po angielsku brzmi to znacznie lepiej, niż po polsku (co nie znaczy, że z większym sensem) ;) ]. Według twórczyni marki dokładnie tak pachnie ukochane przeze mnie zderzenie przeciwieństw, okolicznościami zmuszonych do nawiązania dialogu i odnalezienia wspólnej drogi. Wspaniały twórczy oksymoron.

Gdzieś na bezdrożnych rubieżach znanego świata kwiaty, ten symbol klasycznego europejskiego perfumiarstwa o wielosetletniej tradycji, spotykają jeszcze starszą sztukę olfaktoryczną w postaci bliskowschodnich drzazg i dymów. Oto Grasse staje się miastem partnerskim Aleppo a dzieje się to na z pozoru niegościnnej Dalekiej Północy. :) Co może wyniknąć z podobnego spotkania?


Midnight Sun marki Aqaba. ;) Perfumy zatytułowane po fenomenie z okolic przesilenia letniego, kiedy to na skrajach Ziemi, za granicami kół podbiegunowych, słońce wisi tuż ponad widnokręgiem przez całą dobę. Biała noc. Nietrudno zgadnąć, że na naszej półkuli zjawisko to ma miejsce w okolicach 21. i 22. czerwca, w czasie pradawnych indoeuropejskich świąt ku czci najdłuższego dnia w roku; tak niezwykłe i oczekiwane, że okres ten w językach germańskich do dziś nosi nazwę odwołującą się właśnie do fenomenu słonecznej północy: midsommar po szwedzku, midsummer po angielsku, Sommersonnenwende po niemiecku. Letnie przesilenie słoneczne. Midnight Sun.

Kiedy więc po raz kolejny w odwiecznym astronomicznym tańcu nocy z dniem, światła z mrokiem oraz zimy z latem szczęśliwie minęliśmy okres będący doskonałym przeciwieństwem białych nocy, gdy powoli wychodzimy z kosmicznej smugi cienia, chciałabym opowiedzieć Wam o zapachu, który towarzyszył mi w tegorocznych obchodach chrześcijańskich uroczystości przesilenia zimowego. Ukryta w ciepłym, bezpiecznym cieniu patrzyłam ku promieniom.


Co stanie się zatem, kiedy bogate, europejskie kwiecie napotka na swojej drodze bliskowschodnie tłuste dymy oraz suchy, pylisty popiół czy drewno, z którego ostały się li tylko drzazgi? Jakie dziecko urodzi się ze związku tak żywych, wyrazistych i rozwibrowanych rodziców? No cóż, odpowiedź na tak postawione pytanie znamy od początku ubiegłego wieku a konkretnie od 1917 roku. Oczywiście szypr! ;)
Nim właśnie jest Midnight Sun, aromat bogatej róży o mięsistych płatkach w kolorze rubinowej czerwieni zestawiony z suchym ale gęstym sandałowcem, któremu towarzyszą subtelne, nieznacznie gorzkie smugi jasnego dymu z bliżej nieokreślonych żywic. Za nimi jednak podążają pojedyncze promienie świetlistego kwiatu pomarańczy, z którego całą jego słodycz wyciąga zielona, świeżutka gardenia. W tym momencie wydaje się, że pogoda i jasność pachnidła zatriumfują.


Jednak z czasem cienista kompozycja zamiast blednąć, pogłębia się. Do pojedynku - a może tańca - róży z sandałowcem, gdzieś pomiędzy australijskim drewnem rodem z Santal 33 od Le Labo a kwiatem z Rosenlust marki April Aromatics czy lutensowskiej Sa Majeste la Rose pojawia się sucha wetyweriowa gęstwina oraz... oud, tłusty ale lekki, absolutnie nie dążący do dominacji nad kompozycją. Towarzyszy mu daleki cień miodowej tuberozy, jeszcze bardziej symboliczny aniżeli partner; swoją drogą jest to niemałe osiągnięcie: żeby parę tak wielkich indywidualistów utrzymać w ryzach gdzieś na dalszym planie, no no! ;)

Jakkolwiek patrzeć na współpracę poszczególnych elementów Midnight Sun, baza jest stabilna i prawdziwie głęboka. Ciepła, spokojna, delikatnie drgająca jakby w rytm monotonnego, relaksującego kociego mruczenia. Niczym światłem i cieniem cierpki od olejków aromatycznych różany nektar gra z subtelną pikanterią sandałowca, leniwa słodycz kwiatu pomarańczy z przerzedzonymi kadzidłami, laboratoryjnie narkotyczna tuberoza z gęstniejącym, metalicznym oudem oraz suchą ostrością wetywerii (a może tej ostatniej wcale w MS nie ma, może od początku udawał ją oud...?). Natomiast gdzieś na samym dnie czają się ciemne akcenty animalne: od oleistego kostowca począwszy, przez sierściowe piżmo aż po miękki zamsz, wszystkie jednak bardzo stonowane, podrzędne wobec zgodnej współpracy roślinnych przeciwieństw. Jak na najprawdziwszy szypr przystało. ;)


A przecież dziś prawdziwych szyprów już nie ma. ;) Dlatego wśród popularnych perfum charakter zbliżony do Midnight Sun możemy znaleźć bodaj wyłącznie w Eau du Soir czy Soir de Lune od Sisley, klasycznym Agent Provocateur czy w Cabaret marki Grès.

Coraz trudniej o rubinową czerwień białych nocy. Nie tylko w mroźny grudniowy czy styczniowy wieczór. :) I nie tylko na dalekiej Północy.

W południowo-zachodnich Niemczech, w miejscowości Bingen nad Renem, w dwunastym stuleciu żyła jedna z najciekawszych postaci swojej epoki. Miała na imię Hildegarda i była osobą o tysiącu talentów, których nie stłamsiło rygorystyczne klasztorne wychowanie: dyplomatka, naukowczyni, lekarka, dietetyczka, zielarka, geolożka, biolożka, filozofka, poetka i kompozytorka. A oprócz tego mistyczka i pustelniczka, prekursorka panteizmu, benedyktyńska mniszka, święta kościoła katolickiego oraz doktor kościoła.
Utwór, który wybrałam do zilustrowania recenzji jest jej autorstwa. Dotyczy oczywiście kwestii religijnych ale myślę, że jego tekst znakomicie pasuje do opowieści o lecie i zimie, o słońcu oraz mroku, o życiu i... o kwiatach. ;)

"O krwi czerwona,
która spływasz w dół z wysokości
tknięta boskością.
Ty jesteś kwiatem,
którego mróz wężowego oddechu
nigdy nie uśmierci".*


Rok produkcji i nos: 2007,  Vito Lenoci

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach i jako szypr chyba rzeczywiście najlepiej do nich pasuje (co nie znaczy, że mężczyźni się w nim nie odnajdą; w istocie może być zupełnie na odwrót, choćby z uwagi na składniki). Ciekawa alternatywa dla mieszanek zapachowych, w których nie wolno już stosować mchu dębowego ale wciąż ciągnie nas do jego magii. Nas, czyli mnie. ;)
Bardzo klasyczny i stonowany, więc wydaje się idealnie dopasowany do oficjalnych okazji. Choć oczywiście tylko Wy decydujecie o własnym stroju olfaktorycznym. :D

Trwałość: całodniowa, wyraźna nawet w głębokiej bazie.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: róża damasceńska, gardenia, frezja
Nuta serca: kwiat pomarańczy
Nuta bazy: tuberoza, drewno sandałowe, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/oldeyankee/5077934565/ [Midnight sun Bell Sound Norway]
2. https://www.flickr.com/photos/cpieters/6931192243/ [north cape with midnight sun autorstwa Charlesa Pletersa]
3. https://www.flickr.com/photos/46785534@N06/11997095116/ [Evening with Midnight Sun - EXPLORED autorstwa niejakiej Anity]
4. https://www.flickr.com/photos/haparanda/4705240329/ [Midnight sun in Haparanda autorstwa Sandry Baqirjazid]
5. https://www.flickr.com/photos/11003739@N00/2654514317/ [Midnight Sun, points north. Alaska autorstwa Daniela Heggie]

* Cytat za Kristin De Troyer, Wholly Woman, Holy Blood: A Feminist Critique of Purity and Impurity, Ingram International, Przedmowa, s. X, Tłumaczenie własne.

sobota, 4 czerwca 2016

Byli sobie raz...

"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy".
Jean Cocteau


Jeżeli jesteście kobietami, na pewno przynajmniej raz w życiu miałyście okazję natknąć się na prasowy bądź internetowy psychotest, mający pomóc Wam w odkryciu, z którą z księżniczek Disneya winnyście czuć najsilniejszą więź. Przy czym, jak zdążyłam zorientować się podczas poszukiwania informacji do niniejszego tekstu, współcześnie dominują bardziej rozbudowane wersje psychozabawy, uwzględniające także nowsze disnejowskie bohaterki: Meridę, Tianę z Księżniczki i żaby, Mulan czy Pocahontas. I chociaż niczego przeciwko nim nie mam, dziś chciałabym skupić się na nieco starszym wcieleniu testu, w którym klasyczna triada Śnieżka – Śpiąca Królewna – Kopciuszek urozmaicona została jedynie o Arielkę Małą Syrenkę oraz przede wszystkim o Bellę z Pięknej i Bestii. ;)

W dzisiejszym świecie są to wzory może już lekko wyświechtane, niekoniecznie atrakcyjne dla wchodzących w dorosłość dziewcząt ale wciąż bardzo, bardzo popularne a jednocześnie szkodliwe.
Weźmy takiego na przykład Kopciuszka: czeka toto sobie biernie, aż zjawi się jakaś dobra wróżka i przemieni ją w zupełnie inną osobę, godną lepszego życia oraz bliżej niesprecyzowanego księcia. ;P Ze Śpiącą Królewną jest jeszcze gorzej, ponieważ jej życie – to jedyne, które naprawdę się liczy – rozpoczyna się dopiero z pocałunkiem Pana Właściwego. O ile w ogóle d niego dojdzie, bo przecież Śpiąca prędzej padnie trupem, niż pierwsza odezwie się do interesującego przedstawiciela płci przeciwnej. Śnieżka natomiast jest rodzajem hybrydy dwóch powyższych przykładów: nie dość, że pasywna i bez mężczyzny u boku równie dobrze mogłaby być martwa, to jeszcze na jej życie i pomyślność dybie inna kobieta. Dookoła same zdziry, zastawiające sidła na mojego misiaczka; jak żyć, pani premier? :P
Kolejny przypadek to Mała Syrenka: niby zbuntowana nastolatka, jednak dla księcia gotowa jest całkowicie wyrzec się własnej tożsamości oraz wszystkiego, co uwielbia robić. Po co jej pasje i zainteresowania, skoro ma już faceta? [Znamy takie dziewczyny czy kobiety również i w prawdziwym życiu, oj znamy! ;> ]

Natomiast jeżeli chodzi o Piękną...


Pozornie wydawałoby się, że to najbardziej fantastyczny, bajkowy schemat. Ostatecznie ile znamy historii pięknych kobiet oraz mężczyzn o zdawałoby się odpychającej powierzchowności? ;)
No właśnie... trochę się tego nazbiera, choć może nie w aż tak drastycznej formie. ;] Jednak i w tym przypadku sam archetyp jest naprawdę bardzo popularny. Połowa ckliwych romansideł tego świata opiera się o motyw związku "nowej w mieście", ślicznej i/lub uroczej dziewczyny z lokalnym mrukiem-samotnikiem, któremu ona leczy cierpiącą duszę a później żyją razem długo i szczęśliwie. Mutacją opowieści o Pięknej i Bestii jest również ludowa mądrość na temat "złych chłopców", których jako kobiety niby tak uwielbiamy.
W praktyce natomiast taki związek nazbyt często zaczyna się od złudzenia zakochanej (i zaślepionej) dziewoi, że "dzięki sile mojej miłości on zmieni się po ślubie", po latach karanego syndromem żony alkoholika lub koniecznością szukania schronienia w Domu Samotnej Matki. Albo chociaż zgorzknieniem, depresją czy walką o alimenty dla dzieci.
A to wszystko dzięki wchłanianym bezrefleksyjnie bajkom.

Jednak nie jesteśmy tutaj, aby mówić o skutkach baśni przekazujących kobietom zgubne wzorce, lecz o perfumach. Cóż za niespodzianka, prawda? ;)
Perfumach z bestią w nazwie. Lecz nie z żadnym przerażającym, szatańskim potworem ale z Bestią z baśni; zaklętym księciem, któremu wystarczy tylko trochę pomóc, aby zaprezentował całą swoją urodę. Zresztą czy nawet i bez gładkiego lica naprawdę jest taki straszny...?

Przed Wami Peau de Bête marki Liqiudes Imaginaires oraz... jeszcze jedne perfumy. :) Sami przekonajcie się, które.


Zacznijmy jednak od Bestii, w której skórze może znaleźć się dosłownie każdy i każda z nas.
Bo czy nie drobny przypadek, zbieg okoliczności, jeden atom w niewłaściwym miejscu i nie bylibyśmy tą osobą, którą jesteśmy obecnie? Czy to nie wychowanie do życia w społeczeństwie połączone z osobliwym poczuciem krzywdy i pragnieniem zemsty potrafi zmienić porządnych zdawałoby się ludzi w wielokrotnych wojennych morderców? Czyż największe bestialstwo nie miało przypadkiem zwykłej, całkowicie przeciętnej, buraczanej (a w pewnych okolicznościach na pewno poczciwej) twarzy Adolfa Eichmanna, w którą ze zdumieniem wpatrywała się Hannah Arendt podczas jerozolimskiego procesu zbrodniarza? Czyż filozofka nie stwierdziła wtedy, że tak naprawdę najgorszego zła dopuszczają się nie psychopaci ale właśnie ludzie do bólu zwyczajni, którzy zamiast myśleć samodzielnie własne postrzeganie rzeczywistości opierają wyłącznie o zbiór utartych banałów oraz stereotypów?

Prawdziwe zło - to, które najczęściej dotyka nasz świat - wbrew pozorom wcale nie ma twarzy wykształconego, wyrafinowanego i ponadprzeciętnie inteligentnego Hannibala Lectera ale raczej kogoś idealnie typowego; żyjącego swoim małym życiem, chodzącego na wywiadówki, oglądającego telewizyjne kabaterony, narzekającego na zbyt wysokie podatki oraz nieremontowane drogi jednocześnie, śpieszącego do pracy na siódmą rano a w rozmowach deklarującego: "nie jestem rasistą ale tych wszystkich uchodźców należałoby (wstaw co chcesz)". Bestią może stać się dosłownie każdy. Wystarczy tylko dać nam czas i możliwości.
Dlatego bardzo proszę: nie odsuwajcie się od Bestii. Nie mówcie o niej z obrzydzeniem. Nie czujcie się przy niej obco. Przecież to właśnie ona każdego dnia patrzy na Was z lustra. ;]

Podobne myśli chodziły po mojej głowie podczas testów Peau de Bête, dzieła jednocześnie naturalnego i porażającego swoją laboratoryjnością, bajkowego i futurystycznego, łagodnie roślinnego ale i brutalnie zwierzęcego. Pachnidło chwyta nas za gardło a następnie prosto przez nozdrza wżera się w mózg, po drodze kąsając inne organy. Teoretycznie silne i nie bawiące się w subtelności, faktycznie otacza nas ciepłym, przytulnym i gęstym woalem, dzięki któremu możemy poczuć się błogo. A wszystko to będzie dziać się tak długo, jak długo będzie zdawać sobie sprawę z własnego okrucieństwa, niesprawiedliwości i głupoty.
Jak długo w gęstych, gryzących w nozdrza, metalicznych i tłustych jednocześnie dymnych oparach Peau de Bête będziecie rozpoznawać samych siebie, ze wszystkimi Waszymi... naszymi wadami.
Jak długo będziemy rozumieć, że gorzkie, metaliczno-ziołowe otwarcie mieszaniny, tu i ówdzie ogrzane pieprzowymi, szafranowymi, lub muszkatowymi żarzącymi się węgielkami to nic innego, jak nasz charakter oraz to wszystko, co mamy w głowach; że następujące po nich intensywne roślinnienie mieszaniny, zieleniącej się cypriolem i paczuli, zastygającej żywicą cennych drzew na drzazgach i łagodnie umajającej całość lekko mydlanym, łącznym aromatem rumianku to nic innego, jak nasza dusza, zawsze piękna i nieskalana - przynajmniej według nas samych; ;> że ujawniające się w sercu a później tylko pogłębiające się intensywne, drapieżne, teoretycznie odzwierzęce elementy składowe perfum w rodzaju piżma, cywetu, labdanum, kastoreum czy skatol oraz indol ze wszystkich białych kwiatów świata to przecież nasze własne ciała, pachnące wysiłkiem, potem, chorobami, brakiem higieny czy najróżniejszymi naszymi wydzielinami.
Natomiast całość to po prostu - my. Tacy, jakimi jesteśmy naprawdę. Bez różowych okularów, niepotrzebnego optymizmu oraz photoshopa. Dzieci Natury tworzące Kulturę.

Tak, wiem jak to wszystko może brzmieć w uszach (oczach?) osób niechętnych dorabianiu do zapachów szerszej ideologii. Wiem i jednocześnie mam to głęboko gdzieś, całkowicie impregnowana na opinie ślepych malkontentów. A wiecie dlaczego?
Bo mogę. Wszak i ja również jestem Bestią.


Aczkolwiek wcale nie jestem dumna z okazanej przed chwilą nieuprzejmości oraz gruboskórności. Uważam, że we współczesnym świece jest ich zbyt wiele, bym mogła swobodnie dorzucać kolejną dawkę. Dlatego następna olfaktoryczna baśń opowiadać będzie o cieple i zmysłowości, o pocie, kurzu i brudzie, którym za towarzysza dano typowe, bardzo klasyczne, kwiatowe piękno starej daty.
Tym razem, oprócz Bestii, którą mógłby być każdy, poznacie również Piękną - a ich spotkanie... Oj, stanowczo nie będzie bajką dla dzieci. ;)
Przed Wami Parfum de Peau marki Montana.

Otóż o ile Peau de Bête jest kompozycją do cna współczesną, w niszowy sposób bezpośrednią ani niczego nie udającą, Parfum de Peau już od pierwszej chwili daje nam odczuć swoją historyczność, delikatność ukrytą pod pozorem gorzkiej a nawet lekko kwaśnej ziołowej nalewki, zaprawionej zamorskimi korzeniami a pitej gdzieś na zapleczu butiku Hermèsa, intensywnie pachnącego skórzaną galanterią wszelkiej maści tuż po miłosnym spotkaniu dwójki potajemnych kochanków.
Ona pachniała ciężkim, kwiatowo-drzewnym szyprem, on wtórował jej perfumami osnutymi na wątkach kadzidła z ziołami, paczuli oraz piżmem. Kiedy leżą obok siebie spoceni, z uchylonego na powitanie pogodnej letniej nocy okna dotarła do nich smuga kadzidła, frunąca prosto z pobliskiego gotyckiego kościoła a niosąca w sobie ducha, chłód i cień wyślizganych, wiekowych kamieni. Żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. Nie musieli.

Takie właśnie jest Parfum de Peau, kompozycja o dwuznacznej nazwie, odczytywanej dosłownie po prostu jako "perfumy skórzane" ale metaforycznie oznaczającej aromaty ciała. Czyli znów przede wszystkim to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. Przecież ludzkie ciało pachnie nie tylko tym, co samo wyprodukuje a co nie zawsze jest ładne ale również wszelkiego rodzaju perfumami: od ciepłych i gęstych, aksamitnych kwiatów, wśród których najważniejsze są balsamiczna róża, gorzko-rześki nagietek oraz chłodny, zadziorny narcyz z hiacyntem, przez wonie surowe i kanciaste: skórzaną galanterię, rozgrzewające przyprawy w rodzaju pieprzu, imbir czy szczypty kardamonu, najróżniejsze wonne dymy i drzazgi aż po ciepłą i czułą, za to niezwykle naturalistyczną głębię cywetu z piżmem, słonym ale złocistym akordem ambrowym tudzież srebrzystym, tonującym zwierzęce zapędy mchem dębowym.
W Parfum de Peau ciało i dusza, choć dokładnie takie same jak w Peau de Bête - co nie powinno dziwić, gdyż młodsza z kompozycji pochodzi bezpośrednio od starszej - i tak samo zdolne do zła, ukazują nam się od swojej najpiękniejszej lub raczej najbardziej miękkiej strony, tej kruchej, podatnej na zranienie.

Są delikatne jak najskrytsze dziecięce marzenia lub chwile, ukradzione życiu przez kochanków bez nadziei na wspólną przyszłość. Tak łatwo je zranić, tak łatwo przemienić w coś obrzydliwego.
Obyśmy nigdy i nigdzie nie musieli się o tym przekonywać.


Nie inaczej jest z baśniami, rozumianymi jako pradawni nauczyciele życia oraz reguł społecznych: mogą dać nam mnóstwo dobrego, jeżeli tylko nauczymy się interpretować je w odpowiedni sposób bądź wyciągać z nich to, co najlepsze.
Jak w Pięknej i Bestii z roku 1946, pierwszym francuskim filmie zrealizowanym po drugiej wojnie światowej. Opowieści o tym, że podzielić mogą nas nawet drobiazgi bez znaczenia, które dla innych okazują się być bezcennymi skarbami; o tym, że za zło należy odpokutować ale to, co prawdziwie wstrętne i naganne wyraża się nie w naszym wglądzie ale w czynach; oraz o tym, że niezależnie od wszystkich naszych wcześniejszych wyborów, od tego, jakie decyzje podejmowaliśmy w obliczu niebezpieczeństwa, złe czy dobre, wszyscy musimy na nowo nauczyć się żyć razem. Tworzyć a nie niszczyć.
Czego uczymy się jako dzieci... o ile tylko słuchamy odpowiednio opowiedzianych baśni. :)

Jak stwierdził w prologu do wspomnianego filmu jego reżyser, Jean Cocteau:
"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy, ponieważ nam ufają. Wierzą, że róża skradziona z ogrodu może popchnąć całą rodzinę w konflikt. Wierzą, że dłonie bestii w ludzkiej skórze zajmują się ogniem, gdy ten zgładzi swoją ofiarę i że odczuwa on [bestia] wstyd, gdy młode dziewczę zamieszkuje pod jego dachem. Wierzą w tysiąc prostych prawd.

Proszę was o odrobinę owego dziecięcego zrozumienia i, nie zapeszając, pozwólcie mi wypowiedzieć trzy* magiczne słowa, »sezamie, otwórz się« każdego dzieciństwa:

Dawno, dawno temu..."


Liquides Imaginaires, Peau de Bête

Rok produkcji i twórca: 2016, Philippe Di Méo
[tylko czyimi rękoma? ;P ]

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, stworzony dla miłośników ciemnych, typowo "niszowych" akordów aniżeli dla przedstawicieli którejkolwiek płci. Pachnidło trzyma się bardzo blisko skóry, gęste i okalające, na odległość niewyraźne a całą swoją moc i charakter prezentuje niemal wyłącznie dopiero po przyłożeniu nosa do skóry, szczególnie w późniejszych fazach (aczkolwiek nie wykluczam, że aplikowane chmurą prosto z flakonu mogłoby okazać więcej werw).
Na okazje raczej nieformalne.

Trwałość: w granicach pół doby wyraźnego życia oraz dalszych kilka niezauważalnego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (oraz oczywiście skórzana)

Skład:

Nuta głowy: błękitny rumianek, safranal, kmin rzymski, czarny pieprz, nasiona pietruszki
Nuta serca: drewno jałowca [nie prawdziwe ale dymna molekuła o żywiczno-dymnym zapachu], drewno gwajakowe, dwa rodzaje cedru, cypriol, paczuli, amyris, styraks, akord skórzany, tomka wonna
Nuta bazy: ambrarome, cywet, kastoreum, skatol


Montana, Parfum de Peau

Rok produkcji i nos: 1986, Jean Guichard

Przeznaczenie: pachnidło stworzone dla kobiet jako wieczorowe i zmysłowe, nawet przed trzydziestu laty zgodne bardziej z ponadczasowym stylem niż z ówczesną modą (choć spotkało się z łaskawym przyjęciem), współcześnie zdecydowanie bardziej uniseksowe. Wciąż kuszące, zmienne i bardzo niedosłowne, szczególnie w testowanym przeze mnie wydaniu vintage.
Jako takie, PdP pasuje do okazji nieformalnych, wieczorowych i/lub intymnych, pięknie wkomponowujące się w takie chwile każdej możliwej pory roku. :) Śmiałe, zostawiające za sobą ślad początkowo długi, z czasem coraz skromniejszy za to intensywniejszy, bardziej cielesny i jakby promienisty, może nawet łatwy do pomylenia z wonią zakochanej istoty ludzkiej. ;)

Trwałość: w sprzyjających okolicznościach, przy ciepłym powietrzu ponad dobowa ale i zimą dobrych kilkanaście godzin.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-skórzana (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: czarna porzeczka, brzoskwinia, śliwka, czarny pieprz, kardamon, akord zielony
Nuta serca: imbir, róża, tuberoza, jaśmin, ylang-ylang, goździk (kwiat), drewno sandałowe
Nuta bazy: paczuli, wetyweria, kadzidło frankońskie, ambra, piżmo, kastoreum, cywet, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (dwa zapachy na dwóch nadgarstkach, porównując je co jakiś czas).

P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. Beauty and The Beast autorstwa osoby o pseudonimie demonrobber.
2. Beauty and The Beast. Illustration 5 autorstwa osoby o pseudonimie STorA.
3. Beauty and the Beast (1946) [Autorka: Milena Petrovic].
4. Beauty and the beast z fotograficznego sztambucha Veroniki Ebert.
5. Beauty and the Beast [Autorka: Rovina Cai].

* W oryginale: cztery. Tłumaczenie własne.

piątek, 27 maja 2016

Gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu?


Zacznijmy daleko, chociaż jednocześnie tuż pod nosem większości z nas:
"Był u mnie młody chłopiec z Pińska. Mówił śpiewnie, przeciągając. Cała jego powierzchowność doskonale harmonizowała z tym śpiewnym akcentem. Bez marynarki, w białej, czystej koszuli, w płóciennych pantoflach, przypominał studenta rosyjskiego, (...) który na »daczy« w dawnej Rosji prowadził długie teoretyczne dyskusje z panienkami. Ukryte za okularami niebieskie oczy patrzyły na mnie ciekawie i ufnie. Pisał kiedyś do mnie. Jest na krótko w Warszawie i »ot, nie mógł oprzeć się pokusie, przyjść, pogawędzić«. Otwarta, kresowa natura. Ludzie z kresów mają wiele podobieństwa do Rosjan. Trudno wytłumaczyć, na czym polega trudność prowadzenia z nimi rozmowy. Być może, zbyt łatwo nawiązują kontakt uczuciowy. W pierwszej minucie poznania już oddają całą swą duszę do rozporządzenia. Z niepokojąca łatwością zrzucają z siebie odpowiedzialność. (...)
Młody człowiek z Pińska szukał rady. Teraz właśnie skończył szkołę. Czy ma iść na uniwersytet? Czy tez zostać na wsi, to znaczy wegetować w ubóstwie i osamotnieniu? Jaki wybrać fach, aby stać się pożytecznym dla kraju i ludzkości?
Dużo się teraz pisze o młodzieży wychodzącej ze szkół. Ale bardzo jest trudno w zasięgu tych niebieskich, rzewnych oczu mówić wszystkie te mniej lub więcej banalne prawdy".
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe. 1927-1939. Wyboru dokonał i wstępem opatrzył Władysław Kopaliński, wyd. PIW 1956, s. 348.

Nie jestem pewna, czy jakiekolwiek znaczenie ma tu "kresowość Kresów", ich odległość od serca kraju, jednak ze swojego domu rodzinnego wyniosłam zupełnie inne nauki odnośnie bezkrytycznej otwartości i ufności wobec bliźnich. Bardziej w tym stylu:
"Na początku roku szkolnego ojciec mówi synkowi, pierwszoklasiście:
- Bądź pilnym uczniem a nie minie cię nagroda. Jeżeli przez cały rok będziesz grzeczny, pracowity, posłuszny, jeżeli będziesz zdobywać same dobre oceny, to w czerwcu, zaraz na początku wakacji, w nagrodę tatuś zabierze cię do najlepszej lodziarni w mieście, żebyś mógł się do woli napatrzeć, jak ludzie jedzą lody".
Nie wspomnę, ile razy jako dziecko stawałam się obiektem podobnych żartów, głównie ze strony najstarszych członków rodziny. Jak bardzo mnie frustrowały! Złościły małą wiedźmę, która rozumiała, że dorośli znowu mają jej kosztem radochę. Dziś jednak, z perspektywy osoby dorosłej, bardzo je sobie cenię; cieszy mnie świadomość, że dorastałam w świecie, który trenował bystrość mojego umysłu, poczucie humoru, autodystans oraz ogólną ogładę, słowem: klasyczne przedwojenne esprit. ;) A przy okazji o sile słowa nauczył wszystkiego, czego żaden kurs krasomówstwa [czy jaką to obecnie nosi nazwę] lub kreatywnego pisania nie dałby mi nigdy. Bo słowo trzeba mieć we krwi, podobnie jak inteligencję [a przede wszystkim: skromność ;)) ].
Jestem wdzięczna moim Dziadkom, ich krewnym i przyjaciołom, że nauczyli mnie tego wszystkiego, przywożąc swoje poczucie humoru, ducha i mentalność na dnie niezbyt pojemnych repatrianckich walizek.
Że zaszczepili w moim sercu kawałek świata, którego już nie ma. Oraz miasta, w którym starsze pokolenie rozmawiało z młodszym podobnie, jak w powyższej anegdocie. :)


Dlatego zajrzyjmy, proszę, znacznie bliżej, aniżeli poleskie bagna dzisiejszej Białorusi:
"Lwów, liczący w połowie lat dwudziestych około 250 tysięcy mieszkańców, był po Warszawie i Łodzi trzecim co do wielkości miastem międzywojennej Polski, ważnym ośrodkiem naukowym i kulturalnym (...). Obok Polaków, stanowiących wyraźną większość, we Lwowie żyła ludność żydowska (blisko jedna trzecia wszystkich mieszkańców) a także Ukraińcy, wtedy nazywani Rusinami, spolonizowani Ormianie i Niemcy. Ta wielość etniczna i wyznaniowa tworzyła niezwykły pejzaż miasta, nieznany nigdzie indziej poza Kresami. W panoramie Lwowa, położonego w kotlinie siedmiu wzgórz - niczym Rzym, jak chętnie porównywali lwowiacy - wyróżniały się sylwetki kościołów różnych obrządków.
(...)
Ani (...) ekskluzywne lokale, ani nawet wspaniałe zabytki, tylko mieszkańcy Lwowa byli jego największą osobliwością, wyróżniającą to kresowe miasto spośród innych. »Nie było to mieszczaństwo, nie był to proletariat miejski, te grupy spotykało się we wszystkich miastach. We Lwowie żył prawdziwy lud miejski (...). Ludność miasta była mieszaniną różnych narodowości, które tędy przez wieki przepływały. (...) Chętkę do włóczęgi wziął lwowski ludek od jeńców tatarskich, ale zawsze do swego miasta wracał (...). Przebiegłości nauczyli lwowian kupcy ormiańscy i żydowscy oraz greccy korzennicy. (...) Zastrzyk buty i pewności siebie dali przybysze z Węgier (...). Śpiewać uczył się lud lwowski od sąsiadów i współmieszkańców, tj. Ukraińców oraz od grajków z Czech, czerpał także z kupletów wiedeńskich« - pisał Stanisław Machowski".
Maja i Jan Łozińscy, W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2012, s.44-47.


I choć jest to skojarzenie cokolwiek na wyrost - ponieważ oparte przede wszystkim o nazwę pewnej produkowanej w dawnym Lwowie wódki - wystarczył jeden wdech powietrza przesyconego wonią perfum Sovereign marki Le Galion, aby w mojej głowie pojawiła się myśl: "To był lwowianin! Nie grzeczny chłopiec z Pińska ale wrażliwy i poetycki, chociaż gdy trzeba potrafiący twardo stąpać po ziemi, młodzian z dobrej, niezbyt zamożnej lwowskiej rodziny".

Tak oto w jedno zlały się fragment felietonu Słonimskiego o spotkaniu z prostodusznym prowincjuszem z Kresów oraz moje własne rodzinne lwowskie tradycje. :) Lub raczej sentymenty czy resentymenty, kilka przejętych po przodkach wspomnień, które nie mają już nic wspólnego z rzeczywistością; i tak zresztą będąc zbyt niejasnymi oraz wyidealizowanymi, by ktokolwiek poważnie mógł przywiązywać do nich wagę.
Jednak one wciąż istnieją, tkwią we mnie jako intymna - ale wyraźna - warstwa osobowości. Żyją w sposobie myślenia i poczuciu humoru, dają o sobie znać w podejściu do życia oraz związanych z nim przeciwności, obecne są nawet - a niech to! - we wspomnianej przez Słonimskiego typowo kresowej otwartości (w końcu nie muszę informować Was o zawiłościach losów moich krewnych a jednak właśnie to robię). ;) Sprawiają, że w pracy o wiele łatwiej dogaduję się z kolegą krakusem (też z Galicji) niż z koleżanką Kaszubką, choć obydwoje darzę jednakową sympatią. Dają mi oparcie pomimo faktu, że na co dzień ledwie zdaję sobie z nich sprawę. Lwowska mentalność jest dla mnie jak fundamenty dla budowli.

Być może właśnie dlatego Sovereign od Le Galion okazał się być lwowiakiem - wszak kryje w sobie to wszystko, co w perfumach najbardziej "moje" i kochane, cały ten orientalny przepych, silnie wrośnięty w tkankę świata nie do końca zachodniego...


Zapach ów powstał teoretycznie dla uczczenia modnych na przełomie wieków XIX i XX orientalistycznych klimatów - a faktycznie przede wszystkim po to, aby szastający petrodolarami arabscy szejkowie mogli w ofercie kolejnej luksusowej marki znaleźć coś specjalnie dla siebie. Jeżeli jednak oczekujecie, że świadomość tego w jakikolwiek sposób zmieni moje nastawienie do Suwerena, to najwyraźniej trafiliście pod zły adres ;]
Tak się bowiem składa, że jak już wielokrotnie wspominałam, żadne inne perfumy nie pasują mi tak bardzo, nie układają się na mojej skórze tak wdzięcznie, jak bogate, śmiałe i głośne orientale. Ciemny, drzewno-dymny, historyczny w duchu lecz zdecydowanie nowoczesny ciałem Sovereign jest tego znakomitym przykładem.  :) W jego suchych, załamujących światło, ciemnych oparach czuję się tak dobrze i wygodnie, jak czteroletnie dziecko w ulubionej piżamce. ;)

Kompozycja rozpoczyna się chrakternie ale przy tym zaskakująco niewinnie: to po prostu garść ziarenek różnokolorowego pieprzu, rzucona prosto w bukiet herbacianych róż. Suche, pomarszczone (albo gładkie o kruchej skorupce ;) ) pikantne kuleczki odbijają się od mięciutkich, aksamitnych płatków, delikatnie je raniąc i pozwalając wypłynąć pojedynczym kroplom wonnego różanego soku, wonnym oraz czystym. Dookoła roznosi się zapach różanej, z lekka konfiturowej słodyczy, ani na moment jednak nie przykrywając wibrującej w nozdrzach, drażniącej i suchej pikanterii ale pięknie z nią współgrając, stanowiąc dlan doskonałe przeciwieństwo.
Szybko jednak pojawiają się najpierw drzazgi zamorskiego drewna a chwilę później tłusty, srebrzysto-grafitowy dym z kadzielnic podwieszonych w oknie jakiegoś laboratorium (a może po prostu staroświeckiej apteki, w której akurat trwa proces przygotowywania leków...?). Nie potrzebuje wiele czasu, żeby zasnuć prawie cały krajobraz, z różanym ogrodem i targiem korzennym, przenikając stopniowo nawet przez mury rozgrzanych letnim słońcem ale chłodnych w środku dziewiętnastowiecznych kamienic czy podmiejskich willi.
Piękne żywice, wśród których na pierwszy plan wysuwają się elemi oraz mirra, bez niepotrzebnego krygowania otaczają pieprzowo-muszkatowe uty oraz stopniowo wypierają coraz łagodniejsze, coraz bardziej kremowe nuty kwiatów; już nie tylko róży ale też chłodniejszego, bardziej guerlainowskiego irysa. I ani się obejrzymy, jak przejmą władzę nad całym olfaktorycznym krajobrazem, utrudniając widoczność, wdzierając się w ludzkie życia oraz ciała, gęsty niczym egzotyczny, oudowo-kaszmeranowo-gwajakowy naturalny smog. Nawet, kiedy rzednie ciemna mgła Sovereigna skutecznie ukrywa przed naszym wzrokiem tamten tajemniczy, na poły baśniowy świat. A gdy znika całkiem - unosi go ze sobą.

Pstryk! I już go nie ma. Tylko o nim śniliśmy.


Czy więc można nam się dziwić, że znów chcielibyśmy zasnąć i wrócić do tamtego zaczarowanego świata? Do miejsca, czasów i ludzi, którzy naprawdę nigdy nie istnieli, choć chwilami czujemy, jakbyśmy znali ich osobiście? Do tego, co przecież żadną miara nie może być prawdą - tak jak prawdziwe nie są żadne wyobrażenia współczesnych odnośnie życia przed laty, nie tylko w średniowieczu ale i nawet niecały wiek temu. Tego jednak nasze tęskniące i rozmarzone serca nie chcą przyjąć do wiadomości.
Więc szukają. Jakiegoś tajemnego przejścia, portalu, wrót czasu, które zabrałyby nas wgłąb naszej własnej wyobraźni, którą nazbyt często mylimy z obiektywnym doświadczaniem.* Jak by tu można dostać się do wyidealizowanych, sepiowo rozpoetyzowanych minionych lat?
Na przykład za pomocą zapachu. ;) Perfum, które wskrzeszono po latach, aby odzwierciedlały ducha "dawnych dobrych czasów", wszystko jedno, których. Pachnidła o odpowiednio podniebnej i fantazyjnej nazwie tudzież zapachu, aby z miejsca przeniosły nas prosto w najpiękniejszą z możliwych przeszłości. Jak Sortilège, czyli Magia.

Zapach skrajnie różny od hołdującego współczesnym wcieleniom orientalności Sovereigna nie wstydzi się swoich historycznych korzeni, w czym podobny jest do opisywanych ostatnio [czyli, hmm... blisko miesiąc temu ;P ] innych wskrzeszonych kompozycji Le Galion. W Sortilège bowiem najważniejsza jest eteryczna kobiecość w jej pojmowaniu sprzed dobrych kilkudziesięciu lat. Tu o delikatności mówi nam naręcze chłodnych, pachnących kwiatów; kuszące, pierzasto-mydlane irysy, radosne narcyzy, pyłkowo słodki ylang-ylang, soczysta mimoza, gładki jaśmin wielkolistny, wiosenna, świetlista konwalia, cicha, skromna różyczka oraz kilka innych akordów, które jednak od samego początku unurzano w olbrzymiej ilości klasycznych, szklistych i strzelistych aldehydów. Kto kojarzy dawną (a nawet dawniejszą ;) ) Chanel No. 5? :) To jest właśnie ten klimat. Zgadza się nawet przewijająca się przez wstęp do Sortilège gładka i sucha, mleczna oraz ciepła brzoskwiniowa skórka. Sucha, łagodnie orientalna, drzewna, sandałowcowo-wetyweriowo-piżmowo-ambrowa baza również coś mi przypomina. ;)

Jednak Magia Piątką nigdy nie była i nie będzie; brak jej minimalizmu i typowo chanelowskiej chłodnej powściągliwości. Sortilège ma wrażliwszą duszę i serce, które nie wstydzi się publicznych porywów. Jest cieplejsza, bogatsza oraz w przedziwny sposób jednocześnie intymna ale i wylewna. Nie kryjąca się za szczelnym niczym zbroja misternym kostiumikiem w pepitkę ani za krótkim sznurkiem pereł. Śmiała i bezpośrednia ale jednocześnie skromna; ostentacyjna bardziej ale i mniej, aniżeli najsłynniejsze perfumy świata. ;) Złożona ze sprzeczności, jak na typowo kresową osobowość przystało.
Istota przybyła prosto ze świata, który miał odwagę z podniesionym czołem umrzeć, zniknąć a następnie przeistoczyć w coś zupełnie innego.


Sovereign

Rok produkcji i nos(y): 2015, Amelie Bourgeois oraz Anne-Sophie Behaghel

Przeznaczenie: pachnidło skierowane przede wszystkim do mężczyzn, czego kompletnie nie rozumiem; ostatecznie nie jest ani trochę mniej kobiece, aniżeli Olibanum od Pro Fumum Roma, Myrrhe Ardente Annick Goutal lub Wonderwood marki Comme des Garçons. Tym bardziej, ze charakteryzuje go bardzo dyskretna projekcja, zatem można Suwerena używać nawet podczas typowego dnia pracy bądź nauki i na pewno nie pożałujemy tego ani my, ani nasze otoczenie (o ile odpowiednio dobierzecie dawkę). :)
Dla mnie jest to pachnidło całkowicie uniwersalne, odpowiednie na wszystkie pory doby oraz roku.

Trwałość: ponad osiem do dziesięciu godzin wyraźnego życia oraz dalszych parę skokowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: pieprz czerwony i czarny
Nuta serca: irys, róża, mira
Nuta bazy: paczuli, oud, drewno cedrowe, drewno gwajakowe, akord ambrowy oraz inne nuty drzewne



Sortilège

Rok produkcji i nos: 2014, Marie Duchene
[A oryginalnie: 1937, Paul Vacher]

Przeznaczenie: tym razem mamy do czynienia z kompozycją stworzoną dla kobiet, co oczywiście może znaleźć uzasadnienie w gęstym od kwiatów składzie wody; współcześnie jednak takie perfumy, szczególnie w wydaniu vintage z powodzeniem cieszą nosy oraz skórę wielu mężczyzn, piękniejąc na nich i ukazując kolejne nieznane wcześniej oblicza. :) W niniejszym przypadku mamy zresztą do czynienia z produktem o typowo "męskiej" śmiałej projekcji i gęstości, dopiero w dalszych fazach rozwoju mieszanki redukującej się do spokojnej, nieco przyciężkie aury.
Na wszystkie okazje, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich wieczorowo-formalnych Wielkich Wyjść.

Trwałość: blisko dobowa

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aldehydowa (oraz aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: ylang-ylang, aldehydy, konwalia, bez
Nuta serca: jaśmin, mimoza, narcyz, róża, irys
Nuta bazy: drewno sandałowe, wetyweria, labdanum, piżmo, akord ambrowy, (mech dębowy?)
___
Dziś noszę Rose Oud od Yves Rocher. Gdzieś tam, głęboko pod dwoma opisywanymi mieszaninami. ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lwow-panorama.jpg [diorama z XIX wieku, autor nieznany]
2. http://www.wroclaw.pl/panorama-plastyczna-dawnego-lwowa-w-hali-stulecia [Autor: Tomasz Walków]
3. https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20356/839a5106d5de405e00ca64acadac5262/ [Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn.: 2-8508b]
4. http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/761988,Radio-Lwow-stukano-w-scianke-i-spiker-zaczynal [Autor: Józef Pitułko]
5. http://www.krzysztofgierak.pl/2011/04/zaczaruj-sie-we-lwowie.html [Autor: Krzysztof Gierak]

* A mówiąc mniej poetycko: żadna grupa rekonstrukcyjna i żadna, nawet najbardziej wyczerpująca książka popularnonaukowa nie da nam posmakować "prawdziwego" życia z przeszłości. Bez różnicy, czy spędzamy tydzień offline na polach Grunwaldu, czy z wypiekami na twarzach zaczytujemy się w bogato ilustrowanych książkach dotyczących dwudziestolecia międzywojennego bądź oglądamy serial o Eugeniuszu Bodo. To są jedynie kreacje, bo też niczym innym być nie mogą.
Już w ogóle pomijając fakt, że te wszystkie współczesne internetowe "damy z międzywojnia" w realnym życiu statystycznie częściej byłyby małomiasteczkowymi przekupkami handlującymi czym popadnie, głodowo opłacanymi pomocami domowymi albo wiejskimi kobietami bez połowy zębów i po pięciu porodach już około trzydziestego piątego roku życia. ;> A wszyscy dzielni chłopcy z kotwiczkami na ramionach (ostatnio jakoś dziwnie wykracza to poza bezpieczny rejon pikniku historycznego), co to "na tygrysy mają visy" najprawdopodobniej staraliby się przede wszystkim jakoś przeżyć, bez narażania się i ochotniczego pchania na linię ognia - o tym też mówi nam statystyka. :>
Dlatego nie mylmy własnych fantazji z rzeczywistością, szczególnie tą sprzed lat, bardzo Was proszę. To już nawet nie jest naiwne ale we współczesnej Polsce robi się zwyczajnie niebezpieczne.