piątek, 6 stycznia 2017

O krwi czerwona!


Ciekawe, czy wciąż pamiętam, jak to się robi? ;) Ponoć z blogowaniem jest identycznie, jak z jazdą na rowerze ale kto wie, jak jest naprawdę?

Dlatego pozwólcie mi na próbny lot, jeszcze nieśmiały, za to w towarzystwie pachnidła, które skutecznie obudziło mnie z recenzenckiego letargu. :) O jakie dzieło sztuki olfaktorycznej może chodzić?



Ci z Was, którzy śledzą moje konto na Instagramie, mogą się już domyślać. ;)

"Rubies and Pearls of Love In Sails of Scented Winds In Whispers of a Midnight Sun" [po angielsku brzmi to znacznie lepiej, niż po polsku (co nie znaczy, że z większym sensem) ;) ]. Według twórczyni marki dokładnie tak pachnie ukochane przeze mnie zderzenie przeciwieństw, okolicznościami zmuszonych do nawiązania dialogu i odnalezienia wspólnej drogi. Wspaniały twórczy oksymoron.

Gdzieś na bezdrożnych rubieżach znanego świata kwiaty, ten symbol klasycznego europejskiego perfumiarstwa o wielosetletniej tradycji, spotykają jeszcze starszą sztukę olfaktoryczną w postaci bliskowschodnich drzazg i dymów. Oto Grasse staje się miastem partnerskim Aleppo a dzieje się to na z pozoru niegościnnej Dalekiej Północy. :) Co może wyniknąć z podobnego spotkania?


Midnight Sun marki Aqaba. ;) Perfumy zatytułowane po fenomenie z okolic przesilenia letniego, kiedy to na skrajach Ziemi, za granicami kół podbiegunowych, słońce wisi tuż ponad widnokręgiem przez całą dobę. Biała noc. Nietrudno zgadnąć, że na naszej półkuli zjawisko to ma miejsce w okolicach 21. i 22. czerwca, w czasie pradawnych indoeuropejskich świąt ku czci najdłuższego dnia w roku; tak niezwykłe i oczekiwane, że okres ten w językach germańskich do dziś nosi nazwę odwołującą się właśnie do fenomenu słonecznej północy: midsommar po szwedzku, midsummer po angielsku, Sommersonnenwende po niemiecku. Letnie przesilenie słoneczne. Midnight Sun.

Kiedy więc po raz kolejny w odwiecznym astronomicznym tańcu nocy z dniem, światła z mrokiem oraz zimy z latem szczęśliwie minęliśmy okres będący doskonałym przeciwieństwem białych nocy, gdy powoli wychodzimy z kosmicznej smugi cienia, chciałabym opowiedzieć Wam o zapachu, który towarzyszył mi w tegorocznych obchodach chrześcijańskich uroczystości przesilenia zimowego. Ukryta w ciepłym, bezpiecznym cieniu patrzyłam ku promieniom.


Co stanie się zatem, kiedy bogate, europejskie kwiecie napotka na swojej drodze bliskowschodnie tłuste dymy oraz suchy, pylisty popiół czy drewno, z którego ostały się li tylko drzazgi? Jakie dziecko urodzi się ze związku tak żywych, wyrazistych i rozwibrowanych rodziców? No cóż, odpowiedź na tak postawione pytanie znamy od początku ubiegłego wieku a konkretnie od 1917 roku. Oczywiście szypr! ;)
Nim właśnie jest Midnight Sun, aromat bogatej róży o mięsistych płatkach w kolorze rubinowej czerwieni zestawiony z suchym ale gęstym sandałowcem, któremu towarzyszą subtelne, nieznacznie gorzkie smugi jasnego dymu z bliżej nieokreślonych żywic. Za nimi jednak podążają pojedyncze promienie świetlistego kwiatu pomarańczy, z którego całą jego słodycz wyciąga zielona, świeżutka gardenia. W tym momencie wydaje się, że pogoda i jasność pachnidła zatriumfują.


Jednak z czasem cienista kompozycja zamiast blednąć, pogłębia się. Do pojedynku - a może tańca - róży z sandałowcem, gdzieś pomiędzy australijskim drewnem rodem z Santal 33 od Le Labo a kwiatem z Rosenlust marki April Aromatics czy lutensowskiej Sa Majeste la Rose pojawia się sucha wetyweriowa gęstwina oraz... oud, tłusty ale lekki, absolutnie nie dążący do dominacji nad kompozycją. Towarzyszy mu daleki cień miodowej tuberozy, jeszcze bardziej symboliczny aniżeli partner; swoją drogą jest to niemałe osiągnięcie: żeby parę tak wielkich indywidualistów utrzymać w ryzach gdzieś na dalszym planie, no no! ;)

Jakkolwiek patrzeć na współpracę poszczególnych elementów Midnight Sun, baza jest stabilna i prawdziwie głęboka. Ciepła, spokojna, delikatnie drgająca jakby w rytm monotonnego, relaksującego kociego mruczenia. Niczym światłem i cieniem cierpki od olejków aromatycznych różany nektar gra z subtelną pikanterią sandałowca, leniwa słodycz kwiatu pomarańczy z przerzedzonymi kadzidłami, laboratoryjnie narkotyczna tuberoza z gęstniejącym, metalicznym oudem oraz suchą ostrością wetywerii (a może tej ostatniej wcale w MS nie ma, może od początku udawał ją oud...?). Natomiast gdzieś na samym dnie czają się ciemne akcenty animalne: od oleistego kostowca począwszy, przez sierściowe piżmo aż po miękki zamsz, wszystkie jednak bardzo stonowane, podrzędne wobec zgodnej współpracy roślinnych przeciwieństw. Jak na najprawdziwszy szypr przystało. ;)


A przecież dziś prawdziwych szyprów już nie ma. ;) Dlatego wśród popularnych perfum charakter zbliżony do Midnight Sun możemy znaleźć bodaj wyłącznie w Eau du Soir czy Soir de Lune od Sisley, klasycznym Agent Provocateur czy w Cabaret marki Grès.

Coraz trudniej o rubinową czerwień białych nocy. Nie tylko w mroźny grudniowy czy styczniowy wieczór. :) I nie tylko na dalekiej Północy.

W południowo-zachodnich Niemczech, w miejscowości Bingen nad Renem, w dwunastym stuleciu żyła jedna z najciekawszych postaci swojej epoki. Miała na imię Hildegarda i była osobą o tysiącu talentów, których nie stłamsiło rygorystyczne klasztorne wychowanie: dyplomatka, naukowczyni, lekarka, dietetyczka, zielarka, geolożka, biolożka, filozofka, poetka i kompozytorka. A oprócz tego mistyczka i pustelniczka, prekursorka panteizmu, benedyktyńska mniszka, święta kościoła katolickiego oraz doktor kościoła.
Utwór, który wybrałam do zilustrowania recenzji jest jej autorstwa. Dotyczy oczywiście kwestii religijnych ale myślę, że jego tekst znakomicie pasuje do opowieści o lecie i zimie, o słońcu oraz mroku, o życiu i... o kwiatach. ;)

"O krwi czerwona,
która spływasz w dół z wysokości
tknięta boskością.
Ty jesteś kwiatem,
którego mróz wężowego oddechu
nigdy nie uśmierci".*


Rok produkcji i nos: 2007,  Vito Lenoci

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach i jako szypr chyba rzeczywiście najlepiej do nich pasuje (co nie znaczy, że mężczyźni się w nim nie odnajdą; w istocie może być zupełnie na odwrót, choćby z uwagi na składniki). Ciekawa alternatywa dla mieszanek zapachowych, w których nie wolno już stosować mchu dębowego ale wciąż ciągnie nas do jego magii. Nas, czyli mnie. ;)
Bardzo klasyczny i stonowany, więc wydaje się idealnie dopasowany do oficjalnych okazji. Choć oczywiście tylko Wy decydujecie o własnym stroju olfaktorycznym. :D

Trwałość: całodniowa, wyraźna nawet w głębokiej bazie.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: róża damasceńska, gardenia, frezja
Nuta serca: kwiat pomarańczy
Nuta bazy: tuberoza, drewno sandałowe, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/oldeyankee/5077934565/ [Midnight sun Bell Sound Norway]
2. https://www.flickr.com/photos/cpieters/6931192243/ [north cape with midnight sun autorstwa Charlesa Pletersa]
3. https://www.flickr.com/photos/46785534@N06/11997095116/ [Evening with Midnight Sun - EXPLORED autorstwa niejakiej Anity]
4. https://www.flickr.com/photos/haparanda/4705240329/ [Midnight sun in Haparanda autorstwa Sandry Baqirjazid]
5. https://www.flickr.com/photos/11003739@N00/2654514317/ [Midnight Sun, points north. Alaska autorstwa Daniela Heggie]

* Cytat za Kristin De Troyer, Wholly Woman, Holy Blood: A Feminist Critique of Purity and Impurity, Ingram International, Przedmowa, s. X, Tłumaczenie własne.

sobota, 4 czerwca 2016

Byli sobie raz...

"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy".
Jean Cocteau


Jeżeli jesteście kobietami, na pewno przynajmniej raz w życiu miałyście okazję natknąć się na prasowy bądź internetowy psychotest, mający pomóc Wam w odkryciu, z którą z księżniczek Disneya winnyście czuć najsilniejszą więź. Przy czym, jak zdążyłam zorientować się podczas poszukiwania informacji do niniejszego tekstu, współcześnie dominują bardziej rozbudowane wersje psychozabawy, uwzględniające także nowsze disnejowskie bohaterki: Meridę, Tianę z Księżniczki i żaby, Mulan czy Pocahontas. I chociaż niczego przeciwko nim nie mam, dziś chciałabym skupić się na nieco starszym wcieleniu testu, w którym klasyczna triada Śnieżka – Śpiąca Królewna – Kopciuszek urozmaicona została jedynie o Arielkę Małą Syrenkę oraz przede wszystkim o Bellę z Pięknej i Bestii. ;)

W dzisiejszym świecie są to wzory może już lekko wyświechtane, niekoniecznie atrakcyjne dla wchodzących w dorosłość dziewcząt ale wciąż bardzo, bardzo popularne a jednocześnie szkodliwe.
Weźmy takiego na przykład Kopciuszka: czeka toto sobie biernie, aż zjawi się jakaś dobra wróżka i przemieni ją w zupełnie inną osobę, godną lepszego życia oraz bliżej niesprecyzowanego księcia. ;P Ze Śpiącą Królewną jest jeszcze gorzej, ponieważ jej życie – to jedyne, które naprawdę się liczy – rozpoczyna się dopiero z pocałunkiem Pana Właściwego. O ile w ogóle d niego dojdzie, bo przecież Śpiąca prędzej padnie trupem, niż pierwsza odezwie się do interesującego przedstawiciela płci przeciwnej. Śnieżka natomiast jest rodzajem hybrydy dwóch powyższych przykładów: nie dość, że pasywna i bez mężczyzny u boku równie dobrze mogłaby być martwa, to jeszcze na jej życie i pomyślność dybie inna kobieta. Dookoła same zdziry, zastawiające sidła na mojego misiaczka; jak żyć, pani premier? :P
Kolejny przypadek to Mała Syrenka: niby zbuntowana nastolatka, jednak dla księcia gotowa jest całkowicie wyrzec się własnej tożsamości oraz wszystkiego, co uwielbia robić. Po co jej pasje i zainteresowania, skoro ma już faceta? [Znamy takie dziewczyny czy kobiety również i w prawdziwym życiu, oj znamy! ;> ]

Natomiast jeżeli chodzi o Piękną...


Pozornie wydawałoby się, że to najbardziej fantastyczny, bajkowy schemat. Ostatecznie ile znamy historii pięknych kobiet oraz mężczyzn o zdawałoby się odpychającej powierzchowności? ;)
No właśnie... trochę się tego nazbiera, choć może nie w aż tak drastycznej formie. ;] Jednak i w tym przypadku sam archetyp jest naprawdę bardzo popularny. Połowa ckliwych romansideł tego świata opiera się o motyw związku "nowej w mieście", ślicznej i/lub uroczej dziewczyny z lokalnym mrukiem-samotnikiem, któremu ona leczy cierpiącą duszę a później żyją razem długo i szczęśliwie. Mutacją opowieści o Pięknej i Bestii jest również ludowa mądrość na temat "złych chłopców", których jako kobiety niby tak uwielbiamy.
W praktyce natomiast taki związek nazbyt często zaczyna się od złudzenia zakochanej (i zaślepionej) dziewoi, że "dzięki sile mojej miłości on zmieni się po ślubie", po latach karanego syndromem żony alkoholika lub koniecznością szukania schronienia w Domu Samotnej Matki. Albo chociaż zgorzknieniem, depresją czy walką o alimenty dla dzieci.
A to wszystko dzięki wchłanianym bezrefleksyjnie bajkom.

Jednak nie jesteśmy tutaj, aby mówić o skutkach baśni przekazujących kobietom zgubne wzorce, lecz o perfumach. Cóż za niespodzianka, prawda? ;)
Perfumach z bestią w nazwie. Lecz nie z żadnym przerażającym, szatańskim potworem ale z Bestią z baśni; zaklętym księciem, któremu wystarczy tylko trochę pomóc, aby zaprezentował całą swoją urodę. Zresztą czy nawet i bez gładkiego lica naprawdę jest taki straszny...?

Przed Wami Peau de Bête marki Liqiudes Imaginaires oraz... jeszcze jedne perfumy. :) Sami przekonajcie się, które.


Zacznijmy jednak od Bestii, w której skórze może znaleźć się dosłownie każdy i każda z nas.
Bo czy nie drobny przypadek, zbieg okoliczności, jeden atom w niewłaściwym miejscu i nie bylibyśmy tą osobą, którą jesteśmy obecnie? Czy to nie wychowanie do życia w społeczeństwie połączone z osobliwym poczuciem krzywdy i pragnieniem zemsty potrafi zmienić porządnych zdawałoby się ludzi w wielokrotnych wojennych morderców? Czyż największe bestialstwo nie miało przypadkiem zwykłej, całkowicie przeciętnej, buraczanej (a w pewnych okolicznościach na pewno poczciwej) twarzy Adolfa Eichmanna, w którą ze zdumieniem wpatrywała się Hannah Arendt podczas jerozolimskiego procesu zbrodniarza? Czyż filozofka nie stwierdziła wtedy, że tak naprawdę najgorszego zła dopuszczają się nie psychopaci ale właśnie ludzie do bólu zwyczajni, którzy zamiast myśleć samodzielnie własne postrzeganie rzeczywistości opierają wyłącznie o zbiór utartych banałów oraz stereotypów?

Prawdziwe zło - to, które najczęściej dotyka nasz świat - wbrew pozorom wcale nie ma twarzy wykształconego, wyrafinowanego i ponadprzeciętnie inteligentnego Hannibala Lectera ale raczej kogoś idealnie typowego; żyjącego swoim małym życiem, chodzącego na wywiadówki, oglądającego telewizyjne kabaterony, narzekającego na zbyt wysokie podatki oraz nieremontowane drogi jednocześnie, śpieszącego do pracy na siódmą rano a w rozmowach deklarującego: "nie jestem rasistą ale tych wszystkich uchodźców należałoby (wstaw co chcesz)". Bestią może stać się dosłownie każdy. Wystarczy tylko dać nam czas i możliwości.
Dlatego bardzo proszę: nie odsuwajcie się od Bestii. Nie mówcie o niej z obrzydzeniem. Nie czujcie się przy niej obco. Przecież to właśnie ona każdego dnia patrzy na Was z lustra. ;]

Podobne myśli chodziły po mojej głowie podczas testów Peau de Bête, dzieła jednocześnie naturalnego i porażającego swoją laboratoryjnością, bajkowego i futurystycznego, łagodnie roślinnego ale i brutalnie zwierzęcego. Pachnidło chwyta nas za gardło a następnie prosto przez nozdrza wżera się w mózg, po drodze kąsając inne organy. Teoretycznie silne i nie bawiące się w subtelności, faktycznie otacza nas ciepłym, przytulnym i gęstym woalem, dzięki któremu możemy poczuć się błogo. A wszystko to będzie dziać się tak długo, jak długo będzie zdawać sobie sprawę z własnego okrucieństwa, niesprawiedliwości i głupoty.
Jak długo w gęstych, gryzących w nozdrza, metalicznych i tłustych jednocześnie dymnych oparach Peau de Bête będziecie rozpoznawać samych siebie, ze wszystkimi Waszymi... naszymi wadami.
Jak długo będziemy rozumieć, że gorzkie, metaliczno-ziołowe otwarcie mieszaniny, tu i ówdzie ogrzane pieprzowymi, szafranowymi, lub muszkatowymi żarzącymi się węgielkami to nic innego, jak nasz charakter oraz to wszystko, co mamy w głowach; że następujące po nich intensywne roślinnienie mieszaniny, zieleniącej się cypriolem i paczuli, zastygającej żywicą cennych drzew na drzazgach i łagodnie umajającej całość lekko mydlanym, łącznym aromatem rumianku to nic innego, jak nasza dusza, zawsze piękna i nieskalana - przynajmniej według nas samych; ;> że ujawniające się w sercu a później tylko pogłębiające się intensywne, drapieżne, teoretycznie odzwierzęce elementy składowe perfum w rodzaju piżma, cywetu, labdanum, kastoreum czy skatol oraz indol ze wszystkich białych kwiatów świata to przecież nasze własne ciała, pachnące wysiłkiem, potem, chorobami, brakiem higieny czy najróżniejszymi naszymi wydzielinami.
Natomiast całość to po prostu - my. Tacy, jakimi jesteśmy naprawdę. Bez różowych okularów, niepotrzebnego optymizmu oraz photoshopa. Dzieci Natury tworzące Kulturę.

Tak, wiem jak to wszystko może brzmieć w uszach (oczach?) osób niechętnych dorabianiu do zapachów szerszej ideologii. Wiem i jednocześnie mam to głęboko gdzieś, całkowicie impregnowana na opinie ślepych malkontentów. A wiecie dlaczego?
Bo mogę. Wszak i ja również jestem Bestią.


Aczkolwiek wcale nie jestem dumna z okazanej przed chwilą nieuprzejmości oraz gruboskórności. Uważam, że we współczesnym świece jest ich zbyt wiele, bym mogła swobodnie dorzucać kolejną dawkę. Dlatego następna olfaktoryczna baśń opowiadać będzie o cieple i zmysłowości, o pocie, kurzu i brudzie, którym za towarzysza dano typowe, bardzo klasyczne, kwiatowe piękno starej daty.
Tym razem, oprócz Bestii, którą mógłby być każdy, poznacie również Piękną - a ich spotkanie... Oj, stanowczo nie będzie bajką dla dzieci. ;)
Przed Wami Parfum de Peau marki Montana.

Otóż o ile Peau de Bête jest kompozycją do cna współczesną, w niszowy sposób bezpośrednią ani niczego nie udającą, Parfum de Peau już od pierwszej chwili daje nam odczuć swoją historyczność, delikatność ukrytą pod pozorem gorzkiej a nawet lekko kwaśnej ziołowej nalewki, zaprawionej zamorskimi korzeniami a pitej gdzieś na zapleczu butiku Hermèsa, intensywnie pachnącego skórzaną galanterią wszelkiej maści tuż po miłosnym spotkaniu dwójki potajemnych kochanków.
Ona pachniała ciężkim, kwiatowo-drzewnym szyprem, on wtórował jej perfumami osnutymi na wątkach kadzidła z ziołami, paczuli oraz piżmem. Kiedy leżą obok siebie spoceni, z uchylonego na powitanie pogodnej letniej nocy okna dotarła do nich smuga kadzidła, frunąca prosto z pobliskiego gotyckiego kościoła a niosąca w sobie ducha, chłód i cień wyślizganych, wiekowych kamieni. Żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. Nie musieli.

Takie właśnie jest Parfum de Peau, kompozycja o dwuznacznej nazwie, odczytywanej dosłownie po prostu jako "perfumy skórzane" ale metaforycznie oznaczającej aromaty ciała. Czyli znów przede wszystkim to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. Przecież ludzkie ciało pachnie nie tylko tym, co samo wyprodukuje a co nie zawsze jest ładne ale również wszelkiego rodzaju perfumami: od ciepłych i gęstych, aksamitnych kwiatów, wśród których najważniejsze są balsamiczna róża, gorzko-rześki nagietek oraz chłodny, zadziorny narcyz z hiacyntem, przez wonie surowe i kanciaste: skórzaną galanterię, rozgrzewające przyprawy w rodzaju pieprzu, imbir czy szczypty kardamonu, najróżniejsze wonne dymy i drzazgi aż po ciepłą i czułą, za to niezwykle naturalistyczną głębię cywetu z piżmem, słonym ale złocistym akordem ambrowym tudzież srebrzystym, tonującym zwierzęce zapędy mchem dębowym.
W Parfum de Peau ciało i dusza, choć dokładnie takie same jak w Peau de Bête - co nie powinno dziwić, gdyż młodsza z kompozycji pochodzi bezpośrednio od starszej - i tak samo zdolne do zła, ukazują nam się od swojej najpiękniejszej lub raczej najbardziej miękkiej strony, tej kruchej, podatnej na zranienie.

Są delikatne jak najskrytsze dziecięce marzenia lub chwile, ukradzione życiu przez kochanków bez nadziei na wspólną przyszłość. Tak łatwo je zranić, tak łatwo przemienić w coś obrzydliwego.
Obyśmy nigdy i nigdzie nie musieli się o tym przekonywać.


Nie inaczej jest z baśniami, rozumianymi jako pradawni nauczyciele życia oraz reguł społecznych: mogą dać nam mnóstwo dobrego, jeżeli tylko nauczymy się interpretować je w odpowiedni sposób bądź wyciągać z nich to, co najlepsze.
Jak w Pięknej i Bestii z roku 1946, pierwszym francuskim filmie zrealizowanym po drugiej wojnie światowej. Opowieści o tym, że podzielić mogą nas nawet drobiazgi bez znaczenia, które dla innych okazują się być bezcennymi skarbami; o tym, że za zło należy odpokutować ale to, co prawdziwie wstrętne i naganne wyraża się nie w naszym wglądzie ale w czynach; oraz o tym, że niezależnie od wszystkich naszych wcześniejszych wyborów, od tego, jakie decyzje podejmowaliśmy w obliczu niebezpieczeństwa, złe czy dobre, wszyscy musimy na nowo nauczyć się żyć razem. Tworzyć a nie niszczyć.
Czego uczymy się jako dzieci... o ile tylko słuchamy odpowiednio opowiedzianych baśni. :)

Jak stwierdził w prologu do wspomnianego filmu jego reżyser, Jean Cocteau:
"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy, ponieważ nam ufają. Wierzą, że róża skradziona z ogrodu może popchnąć całą rodzinę w konflikt. Wierzą, że dłonie bestii w ludzkiej skórze zajmują się ogniem, gdy ten zgładzi swoją ofiarę i że odczuwa on [bestia] wstyd, gdy młode dziewczę zamieszkuje pod jego dachem. Wierzą w tysiąc prostych prawd.

Proszę was o odrobinę owego dziecięcego zrozumienia i, nie zapeszając, pozwólcie mi wypowiedzieć trzy* magiczne słowa, »sezamie, otwórz się« każdego dzieciństwa:

Dawno, dawno temu..."


Liquides Imaginaires, Peau de Bête

Rok produkcji i twórca: 2016, Philippe Di Méo
[tylko czyimi rękoma? ;P ]

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, stworzony dla miłośników ciemnych, typowo "niszowych" akordów aniżeli dla przedstawicieli którejkolwiek płci. Pachnidło trzyma się bardzo blisko skóry, gęste i okalające, na odległość niewyraźne a całą swoją moc i charakter prezentuje niemal wyłącznie dopiero po przyłożeniu nosa do skóry, szczególnie w późniejszych fazach (aczkolwiek nie wykluczam, że aplikowane chmurą prosto z flakonu mogłoby okazać więcej werw).
Na okazje raczej nieformalne.

Trwałość: w granicach pół doby wyraźnego życia oraz dalszych kilka niezauważalnego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (oraz oczywiście skórzana)

Skład:

Nuta głowy: błękitny rumianek, safranal, kmin rzymski, czarny pieprz, nasiona pietruszki
Nuta serca: drewno jałowca [nie prawdziwe ale dymna molekuła o żywiczno-dymnym zapachu], drewno gwajakowe, dwa rodzaje cedru, cypriol, paczuli, amyris, styraks, akord skórzany, tomka wonna
Nuta bazy: ambrarome, cywet, kastoreum, skatol


Montana, Parfum de Peau

Rok produkcji i nos: 1986, Jean Guichard

Przeznaczenie: pachnidło stworzone dla kobiet jako wieczorowe i zmysłowe, nawet przed trzydziestu laty zgodne bardziej z ponadczasowym stylem niż z ówczesną modą (choć spotkało się z łaskawym przyjęciem), współcześnie zdecydowanie bardziej uniseksowe. Wciąż kuszące, zmienne i bardzo niedosłowne, szczególnie w testowanym przeze mnie wydaniu vintage.
Jako takie, PdP pasuje do okazji nieformalnych, wieczorowych i/lub intymnych, pięknie wkomponowujące się w takie chwile każdej możliwej pory roku. :) Śmiałe, zostawiające za sobą ślad początkowo długi, z czasem coraz skromniejszy za to intensywniejszy, bardziej cielesny i jakby promienisty, może nawet łatwy do pomylenia z wonią zakochanej istoty ludzkiej. ;)

Trwałość: w sprzyjających okolicznościach, przy ciepłym powietrzu ponad dobowa ale i zimą dobrych kilkanaście godzin.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-skórzana (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: czarna porzeczka, brzoskwinia, śliwka, czarny pieprz, kardamon, akord zielony
Nuta serca: imbir, róża, tuberoza, jaśmin, ylang-ylang, goździk (kwiat), drewno sandałowe
Nuta bazy: paczuli, wetyweria, kadzidło frankońskie, ambra, piżmo, kastoreum, cywet, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (dwa zapachy na dwóch nadgarstkach, porównując je co jakiś czas).

P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. Beauty and The Beast autorstwa osoby o pseudonimie demonrobber.
2. Beauty and The Beast. Illustration 5 autorstwa osoby o pseudonimie STorA.
3. Beauty and the Beast (1946) [Autorka: Milena Petrovic].
4. Beauty and the beast z fotograficznego sztambucha Veroniki Ebert.
5. Beauty and the Beast [Autorka: Rovina Cai].

* W oryginale: cztery. Tłumaczenie własne.

piątek, 27 maja 2016

Gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu?


Zacznijmy daleko, chociaż jednocześnie tuż pod nosem większości z nas:
"Był u mnie młody chłopiec z Pińska. Mówił śpiewnie, przeciągając. Cała jego powierzchowność doskonale harmonizowała z tym śpiewnym akcentem. Bez marynarki, w białej, czystej koszuli, w płóciennych pantoflach, przypominał studenta rosyjskiego, (...) który na »daczy« w dawnej Rosji prowadził długie teoretyczne dyskusje z panienkami. Ukryte za okularami niebieskie oczy patrzyły na mnie ciekawie i ufnie. Pisał kiedyś do mnie. Jest na krótko w Warszawie i »ot, nie mógł oprzeć się pokusie, przyjść, pogawędzić«. Otwarta, kresowa natura. Ludzie z kresów mają wiele podobieństwa do Rosjan. Trudno wytłumaczyć, na czym polega trudność prowadzenia z nimi rozmowy. Być może, zbyt łatwo nawiązują kontakt uczuciowy. W pierwszej minucie poznania już oddają całą swą duszę do rozporządzenia. Z niepokojąca łatwością zrzucają z siebie odpowiedzialność. (...)
Młody człowiek z Pińska szukał rady. Teraz właśnie skończył szkołę. Czy ma iść na uniwersytet? Czy tez zostać na wsi, to znaczy wegetować w ubóstwie i osamotnieniu? Jaki wybrać fach, aby stać się pożytecznym dla kraju i ludzkości?
Dużo się teraz pisze o młodzieży wychodzącej ze szkół. Ale bardzo jest trudno w zasięgu tych niebieskich, rzewnych oczu mówić wszystkie te mniej lub więcej banalne prawdy".
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe. 1927-1939. Wyboru dokonał i wstępem opatrzył Władysław Kopaliński, wyd. PIW 1956, s. 348.

Nie jestem pewna, czy jakiekolwiek znaczenie ma tu "kresowość Kresów", ich odległość od serca kraju, jednak ze swojego domu rodzinnego wyniosłam zupełnie inne nauki odnośnie bezkrytycznej otwartości i ufności wobec bliźnich. Bardziej w tym stylu:
"Na początku roku szkolnego ojciec mówi synkowi, pierwszoklasiście:
- Bądź pilnym uczniem a nie minie cię nagroda. Jeżeli przez cały rok będziesz grzeczny, pracowity, posłuszny, jeżeli będziesz zdobywać same dobre oceny, to w czerwcu, zaraz na początku wakacji, w nagrodę tatuś zabierze cię do najlepszej lodziarni w mieście, żebyś mógł się do woli napatrzeć, jak ludzie jedzą lody".
Nie wspomnę, ile razy jako dziecko stawałam się obiektem podobnych żartów, głównie ze strony najstarszych członków rodziny. Jak bardzo mnie frustrowały! Złościły małą wiedźmę, która rozumiała, że dorośli znowu mają jej kosztem radochę. Dziś jednak, z perspektywy osoby dorosłej, bardzo je sobie cenię; cieszy mnie świadomość, że dorastałam w świecie, który trenował bystrość mojego umysłu, poczucie humoru, autodystans oraz ogólną ogładę, słowem: klasyczne przedwojenne esprit. ;) A przy okazji o sile słowa nauczył wszystkiego, czego żaden kurs krasomówstwa [czy jaką to obecnie nosi nazwę] lub kreatywnego pisania nie dałby mi nigdy. Bo słowo trzeba mieć we krwi, podobnie jak inteligencję [a przede wszystkim: skromność ;)) ].
Jestem wdzięczna moim Dziadkom, ich krewnym i przyjaciołom, że nauczyli mnie tego wszystkiego, przywożąc swoje poczucie humoru, ducha i mentalność na dnie niezbyt pojemnych repatrianckich walizek.
Że zaszczepili w moim sercu kawałek świata, którego już nie ma. Oraz miasta, w którym starsze pokolenie rozmawiało z młodszym podobnie, jak w powyższej anegdocie. :)


Dlatego zajrzyjmy, proszę, znacznie bliżej, aniżeli poleskie bagna dzisiejszej Białorusi:
"Lwów, liczący w połowie lat dwudziestych około 250 tysięcy mieszkańców, był po Warszawie i Łodzi trzecim co do wielkości miastem międzywojennej Polski, ważnym ośrodkiem naukowym i kulturalnym (...). Obok Polaków, stanowiących wyraźną większość, we Lwowie żyła ludność żydowska (blisko jedna trzecia wszystkich mieszkańców) a także Ukraińcy, wtedy nazywani Rusinami, spolonizowani Ormianie i Niemcy. Ta wielość etniczna i wyznaniowa tworzyła niezwykły pejzaż miasta, nieznany nigdzie indziej poza Kresami. W panoramie Lwowa, położonego w kotlinie siedmiu wzgórz - niczym Rzym, jak chętnie porównywali lwowiacy - wyróżniały się sylwetki kościołów różnych obrządków.
(...)
Ani (...) ekskluzywne lokale, ani nawet wspaniałe zabytki, tylko mieszkańcy Lwowa byli jego największą osobliwością, wyróżniającą to kresowe miasto spośród innych. »Nie było to mieszczaństwo, nie był to proletariat miejski, te grupy spotykało się we wszystkich miastach. We Lwowie żył prawdziwy lud miejski (...). Ludność miasta była mieszaniną różnych narodowości, które tędy przez wieki przepływały. (...) Chętkę do włóczęgi wziął lwowski ludek od jeńców tatarskich, ale zawsze do swego miasta wracał (...). Przebiegłości nauczyli lwowian kupcy ormiańscy i żydowscy oraz greccy korzennicy. (...) Zastrzyk buty i pewności siebie dali przybysze z Węgier (...). Śpiewać uczył się lud lwowski od sąsiadów i współmieszkańców, tj. Ukraińców oraz od grajków z Czech, czerpał także z kupletów wiedeńskich« - pisał Stanisław Machowski".
Maja i Jan Łozińscy, W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2012, s.44-47.


I choć jest to skojarzenie cokolwiek na wyrost - ponieważ oparte przede wszystkim o nazwę pewnej produkowanej w dawnym Lwowie wódki - wystarczył jeden wdech powietrza przesyconego wonią perfum Sovereign marki Le Galion, aby w mojej głowie pojawiła się myśl: "To był lwowianin! Nie grzeczny chłopiec z Pińska ale wrażliwy i poetycki, chociaż gdy trzeba potrafiący twardo stąpać po ziemi, młodzian z dobrej, niezbyt zamożnej lwowskiej rodziny".

Tak oto w jedno zlały się fragment felietonu Słonimskiego o spotkaniu z prostodusznym prowincjuszem z Kresów oraz moje własne rodzinne lwowskie tradycje. :) Lub raczej sentymenty czy resentymenty, kilka przejętych po przodkach wspomnień, które nie mają już nic wspólnego z rzeczywistością; i tak zresztą będąc zbyt niejasnymi oraz wyidealizowanymi, by ktokolwiek poważnie mógł przywiązywać do nich wagę.
Jednak one wciąż istnieją, tkwią we mnie jako intymna - ale wyraźna - warstwa osobowości. Żyją w sposobie myślenia i poczuciu humoru, dają o sobie znać w podejściu do życia oraz związanych z nim przeciwności, obecne są nawet - a niech to! - we wspomnianej przez Słonimskiego typowo kresowej otwartości (w końcu nie muszę informować Was o zawiłościach losów moich krewnych a jednak właśnie to robię). ;) Sprawiają, że w pracy o wiele łatwiej dogaduję się z kolegą krakusem (też z Galicji) niż z koleżanką Kaszubką, choć obydwoje darzę jednakową sympatią. Dają mi oparcie pomimo faktu, że na co dzień ledwie zdaję sobie z nich sprawę. Lwowska mentalność jest dla mnie jak fundamenty dla budowli.

Być może właśnie dlatego Sovereign od Le Galion okazał się być lwowiakiem - wszak kryje w sobie to wszystko, co w perfumach najbardziej "moje" i kochane, cały ten orientalny przepych, silnie wrośnięty w tkankę świata nie do końca zachodniego...


Zapach ów powstał teoretycznie dla uczczenia modnych na przełomie wieków XIX i XX orientalistycznych klimatów - a faktycznie przede wszystkim po to, aby szastający petrodolarami arabscy szejkowie mogli w ofercie kolejnej luksusowej marki znaleźć coś specjalnie dla siebie. Jeżeli jednak oczekujecie, że świadomość tego w jakikolwiek sposób zmieni moje nastawienie do Suwerena, to najwyraźniej trafiliście pod zły adres ;]
Tak się bowiem składa, że jak już wielokrotnie wspominałam, żadne inne perfumy nie pasują mi tak bardzo, nie układają się na mojej skórze tak wdzięcznie, jak bogate, śmiałe i głośne orientale. Ciemny, drzewno-dymny, historyczny w duchu lecz zdecydowanie nowoczesny ciałem Sovereign jest tego znakomitym przykładem.  :) W jego suchych, załamujących światło, ciemnych oparach czuję się tak dobrze i wygodnie, jak czteroletnie dziecko w ulubionej piżamce. ;)

Kompozycja rozpoczyna się chrakternie ale przy tym zaskakująco niewinnie: to po prostu garść ziarenek różnokolorowego pieprzu, rzucona prosto w bukiet herbacianych róż. Suche, pomarszczone (albo gładkie o kruchej skorupce ;) ) pikantne kuleczki odbijają się od mięciutkich, aksamitnych płatków, delikatnie je raniąc i pozwalając wypłynąć pojedynczym kroplom wonnego różanego soku, wonnym oraz czystym. Dookoła roznosi się zapach różanej, z lekka konfiturowej słodyczy, ani na moment jednak nie przykrywając wibrującej w nozdrzach, drażniącej i suchej pikanterii ale pięknie z nią współgrając, stanowiąc dlan doskonałe przeciwieństwo.
Szybko jednak pojawiają się najpierw drzazgi zamorskiego drewna a chwilę później tłusty, srebrzysto-grafitowy dym z kadzielnic podwieszonych w oknie jakiegoś laboratorium (a może po prostu staroświeckiej apteki, w której akurat trwa proces przygotowywania leków...?). Nie potrzebuje wiele czasu, żeby zasnuć prawie cały krajobraz, z różanym ogrodem i targiem korzennym, przenikając stopniowo nawet przez mury rozgrzanych letnim słońcem ale chłodnych w środku dziewiętnastowiecznych kamienic czy podmiejskich willi.
Piękne żywice, wśród których na pierwszy plan wysuwają się elemi oraz mirra, bez niepotrzebnego krygowania otaczają pieprzowo-muszkatowe uty oraz stopniowo wypierają coraz łagodniejsze, coraz bardziej kremowe nuty kwiatów; już nie tylko róży ale też chłodniejszego, bardziej guerlainowskiego irysa. I ani się obejrzymy, jak przejmą władzę nad całym olfaktorycznym krajobrazem, utrudniając widoczność, wdzierając się w ludzkie życia oraz ciała, gęsty niczym egzotyczny, oudowo-kaszmeranowo-gwajakowy naturalny smog. Nawet, kiedy rzednie ciemna mgła Sovereigna skutecznie ukrywa przed naszym wzrokiem tamten tajemniczy, na poły baśniowy świat. A gdy znika całkiem - unosi go ze sobą.

Pstryk! I już go nie ma. Tylko o nim śniliśmy.


Czy więc można nam się dziwić, że znów chcielibyśmy zasnąć i wrócić do tamtego zaczarowanego świata? Do miejsca, czasów i ludzi, którzy naprawdę nigdy nie istnieli, choć chwilami czujemy, jakbyśmy znali ich osobiście? Do tego, co przecież żadną miara nie może być prawdą - tak jak prawdziwe nie są żadne wyobrażenia współczesnych odnośnie życia przed laty, nie tylko w średniowieczu ale i nawet niecały wiek temu. Tego jednak nasze tęskniące i rozmarzone serca nie chcą przyjąć do wiadomości.
Więc szukają. Jakiegoś tajemnego przejścia, portalu, wrót czasu, które zabrałyby nas wgłąb naszej własnej wyobraźni, którą nazbyt często mylimy z obiektywnym doświadczaniem.* Jak by tu można dostać się do wyidealizowanych, sepiowo rozpoetyzowanych minionych lat?
Na przykład za pomocą zapachu. ;) Perfum, które wskrzeszono po latach, aby odzwierciedlały ducha "dawnych dobrych czasów", wszystko jedno, których. Pachnidła o odpowiednio podniebnej i fantazyjnej nazwie tudzież zapachu, aby z miejsca przeniosły nas prosto w najpiękniejszą z możliwych przeszłości. Jak Sortilège, czyli Magia.

Zapach skrajnie różny od hołdującego współczesnym wcieleniom orientalności Sovereigna nie wstydzi się swoich historycznych korzeni, w czym podobny jest do opisywanych ostatnio [czyli, hmm... blisko miesiąc temu ;P ] innych wskrzeszonych kompozycji Le Galion. W Sortilège bowiem najważniejsza jest eteryczna kobiecość w jej pojmowaniu sprzed dobrych kilkudziesięciu lat. Tu o delikatności mówi nam naręcze chłodnych, pachnących kwiatów; kuszące, pierzasto-mydlane irysy, radosne narcyzy, pyłkowo słodki ylang-ylang, soczysta mimoza, gładki jaśmin wielkolistny, wiosenna, świetlista konwalia, cicha, skromna różyczka oraz kilka innych akordów, które jednak od samego początku unurzano w olbrzymiej ilości klasycznych, szklistych i strzelistych aldehydów. Kto kojarzy dawną (a nawet dawniejszą ;) ) Chanel No. 5? :) To jest właśnie ten klimat. Zgadza się nawet przewijająca się przez wstęp do Sortilège gładka i sucha, mleczna oraz ciepła brzoskwiniowa skórka. Sucha, łagodnie orientalna, drzewna, sandałowcowo-wetyweriowo-piżmowo-ambrowa baza również coś mi przypomina. ;)

Jednak Magia Piątką nigdy nie była i nie będzie; brak jej minimalizmu i typowo chanelowskiej chłodnej powściągliwości. Sortilège ma wrażliwszą duszę i serce, które nie wstydzi się publicznych porywów. Jest cieplejsza, bogatsza oraz w przedziwny sposób jednocześnie intymna ale i wylewna. Nie kryjąca się za szczelnym niczym zbroja misternym kostiumikiem w pepitkę ani za krótkim sznurkiem pereł. Śmiała i bezpośrednia ale jednocześnie skromna; ostentacyjna bardziej ale i mniej, aniżeli najsłynniejsze perfumy świata. ;) Złożona ze sprzeczności, jak na typowo kresową osobowość przystało.
Istota przybyła prosto ze świata, który miał odwagę z podniesionym czołem umrzeć, zniknąć a następnie przeistoczyć w coś zupełnie innego.


Sovereign

Rok produkcji i nos(y): 2015, Amelie Bourgeois oraz Anne-Sophie Behaghel

Przeznaczenie: pachnidło skierowane przede wszystkim do mężczyzn, czego kompletnie nie rozumiem; ostatecznie nie jest ani trochę mniej kobiece, aniżeli Olibanum od Pro Fumum Roma, Myrrhe Ardente Annick Goutal lub Wonderwood marki Comme des Garçons. Tym bardziej, ze charakteryzuje go bardzo dyskretna projekcja, zatem można Suwerena używać nawet podczas typowego dnia pracy bądź nauki i na pewno nie pożałujemy tego ani my, ani nasze otoczenie (o ile odpowiednio dobierzecie dawkę). :)
Dla mnie jest to pachnidło całkowicie uniwersalne, odpowiednie na wszystkie pory doby oraz roku.

Trwałość: ponad osiem do dziesięciu godzin wyraźnego życia oraz dalszych parę skokowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: pieprz czerwony i czarny
Nuta serca: irys, róża, mira
Nuta bazy: paczuli, oud, drewno cedrowe, drewno gwajakowe, akord ambrowy oraz inne nuty drzewne



Sortilège

Rok produkcji i nos: 2014, Marie Duchene
[A oryginalnie: 1937, Paul Vacher]

Przeznaczenie: tym razem mamy do czynienia z kompozycją stworzoną dla kobiet, co oczywiście może znaleźć uzasadnienie w gęstym od kwiatów składzie wody; współcześnie jednak takie perfumy, szczególnie w wydaniu vintage z powodzeniem cieszą nosy oraz skórę wielu mężczyzn, piękniejąc na nich i ukazując kolejne nieznane wcześniej oblicza. :) W niniejszym przypadku mamy zresztą do czynienia z produktem o typowo "męskiej" śmiałej projekcji i gęstości, dopiero w dalszych fazach rozwoju mieszanki redukującej się do spokojnej, nieco przyciężkie aury.
Na wszystkie okazje, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich wieczorowo-formalnych Wielkich Wyjść.

Trwałość: blisko dobowa

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aldehydowa (oraz aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: ylang-ylang, aldehydy, konwalia, bez
Nuta serca: jaśmin, mimoza, narcyz, róża, irys
Nuta bazy: drewno sandałowe, wetyweria, labdanum, piżmo, akord ambrowy, (mech dębowy?)
___
Dziś noszę Rose Oud od Yves Rocher. Gdzieś tam, głęboko pod dwoma opisywanymi mieszaninami. ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lwow-panorama.jpg [diorama z XIX wieku, autor nieznany]
2. http://www.wroclaw.pl/panorama-plastyczna-dawnego-lwowa-w-hali-stulecia [Autor: Tomasz Walków]
3. https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20356/839a5106d5de405e00ca64acadac5262/ [Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn.: 2-8508b]
4. http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/761988,Radio-Lwow-stukano-w-scianke-i-spiker-zaczynal [Autor: Józef Pitułko]
5. http://www.krzysztofgierak.pl/2011/04/zaczaruj-sie-we-lwowie.html [Autor: Krzysztof Gierak]

* A mówiąc mniej poetycko: żadna grupa rekonstrukcyjna i żadna, nawet najbardziej wyczerpująca książka popularnonaukowa nie da nam posmakować "prawdziwego" życia z przeszłości. Bez różnicy, czy spędzamy tydzień offline na polach Grunwaldu, czy z wypiekami na twarzach zaczytujemy się w bogato ilustrowanych książkach dotyczących dwudziestolecia międzywojennego bądź oglądamy serial o Eugeniuszu Bodo. To są jedynie kreacje, bo też niczym innym być nie mogą.
Już w ogóle pomijając fakt, że te wszystkie współczesne internetowe "damy z międzywojnia" w realnym życiu statystycznie częściej byłyby małomiasteczkowymi przekupkami handlującymi czym popadnie, głodowo opłacanymi pomocami domowymi albo wiejskimi kobietami bez połowy zębów i po pięciu porodach już około trzydziestego piątego roku życia. ;> A wszyscy dzielni chłopcy z kotwiczkami na ramionach (ostatnio jakoś dziwnie wykracza to poza bezpieczny rejon pikniku historycznego), co to "na tygrysy mają visy" najprawdopodobniej staraliby się przede wszystkim jakoś przeżyć, bez narażania się i ochotniczego pchania na linię ognia - o tym też mówi nam statystyka. :>
Dlatego nie mylmy własnych fantazji z rzeczywistością, szczególnie tą sprzed lat, bardzo Was proszę. To już nawet nie jest naiwne ale we współczesnej Polsce robi się zwyczajnie niebezpieczne.

sobota, 30 kwietnia 2016

Podróż Wędrowca do Zmierzchu


To chyba jedyna marka marka, której odrodzenie mnie nie ucieszyło. Więcej nawet: wskrzeszenie Le Galion wystraszyło mnie, że ich stare produkty - o których poznaniu zawsze marzyłam - zaczną znikać z serwisów aukcyjnych a wcześniej osiągną jeszcze bardziej niebotyczne ceny, wywindowane pod samo niebo przez miłośników perfum, zaciekawionych nowymi produktami ale chcących też zgłębić historię marki. Kieyd jednak próbki nowych kompozycji same wpadły mi w ręce (głównie dzięki regularnym dostawom od perfumerii Quality), to czemu nie miałabym ich przetestować...? ;)
Odważyłam się więc i - bardzo dobrze zrobiłam! :D Przecież każda podróż w czasie to dla mnie niemała gratka!

A w taką właśnie wyprawę zabierają nas Galeony (nie wszystkie ale większość z poznanych przeze mnie), chociaż są de facto całkiem nowe... :)


Ponieważ w świecie konwenansu sprzed lat damy zawsze i bez wyjątku miałi pierwszeństwo, więc tym razem skupmy się najpierw na perfumach wiotkich i poetyckich, stworzonych przede wszystkim z woni kwiatów oraz owoców.

Iris

Ciekawy, w pewien sposób guerlainowski irys o matowym, łagodnym i pełnym, mydlano-pieprzowym wydźwięku, otoczony komfortowymi nutami innych kwiatów, wśród których na pierwszy plan wysuwają się pastelowa, łagodna lilia oraz słodka mimoza; towarzyszą im jednak akordy ożywczo-zielone, cudnie żywiczne. W tym moje ukochane galbanum, dodające kompozycji życia i charakteru. Baza jest jasnopiżmowo-drzewna, pierzasto-kwiatowa, trochę w stylu rozpropagowanym przez urocze bestsellery Narciso Rodrigueza (które to porównanie wcale a wcale nie powinno deprecjonować marki luksusowej i "niszowej", za jaką pragnie uchodzić Le Galion).
Przeuroczy, choć średnio trwały, spokojny i bliski skórze. :)

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka oraz inne cytrusy, zielona mimoza, nasiona piżmianu
Nuta serca: irys, róża, lilia, galbanum
Nuta bazy: drewno cedrowe, jasne piżmo, akord ambrowy


La Rose

Na anglojęzycznej Fragrantice ktoś nazwał ją "różą pokrytą grubą warstwą balsamu do opalania" i tak własnie jest! ;) Róża miękka, o grubych, aksamitnych płatkach, nieoczekiwanie zdjęta ze swego królewskiego piedestału; zestawiona z plebejskim akordem niedojrzałej brzoskwini, chłodnej i czystej wody oraz czegoś piaskowo-ziemistego ale kremowo-maślanego jednocześnie (piżmo i fiołek? piżmo, fiołek i paczuli...?) La Rose zaskakuje, prowokuje do uśmiechu. Pałętająca się gdzieś na skraju bazy sucha wanilina zdaje się tylko potwierdzać plażowe skojarzenia; ostatecznie kto powiedział, że krem przeciwsłoneczny nie może mieć waniliowego zapachu? ;)
Na pewno mieszanina jest dosyć wyraźna i śmiała, choć naturalnie na nowoczesną modłę, bardziej wibruje wokół ludzkiej sylwetki jako swobodna aura, aniżeli zostawia za sobą wyraźny ślad. Jednak kontakt z nią to sama przyjemność. :)

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: świeżo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: liście fiołka, bergamotka
Nuta serca: "wodna brzoskwinia", ylang-ylang, lilia, róża
Nuta bazy: wanilia, paczuli, piżmo, drewno cedrowe


Snob

Nie lubię myśleć o sobie jako o snobce; jednak jestem nią, aczkolwiek nie w najbardziej utartym rozumieniu terminu. Nie ekscytuję się bardzo drogimi przedmiotami [o ile nie są to cenne książki lub perfumy o fenomenalnym zapachu], nie pożądam jawnie bądź skrycie [no chyba, że książek], nie zazdroszczę ich nikomu [sprawdzić, czy nie książki]. ;D Dlatego do perfum o takim tytule podeszłam z niemałą rezerwą. Bo co może być ciekawego w Snobie? No co?
Przede wszystkim to, że galionowski Snob okazał się być... dzieckiem. Płci nieokreślonej ale to nieważne; grunt, że mocno nieletni miliarder jest istotą energiczną, wesołą, otwartą i o dobrym sercu. Lubiącą towarzystwo innych dzieci, zabawę  od rana do wieczora, świeże chrupiące jabłka prosto z drzewa - które jego troskliwa niania czasem zapieka w kruchym cieście - oraz gumę do żucia. Duże ilości gumy żucia w typie popularnych w latach 90. XX wieku, arcysłodkich kolorowo powlekanych kulek o bliżej nieokreślonym owocowym smaku. :) Takich, które można porozrzucać po całej rezydencji: od chłodnej, odrobinę mrocznej piwnicy, przez wyposażoną w drewniane antyki bibliotekę ojca i pachnący ciężkimi, kwiatowymi perfumami buduar matki aż po lekko przykurzony, rozgrzany, suchy i słoneczny strych. W takim otoczeniu wszystko zmienia się w przygodę!
Nasz dziecięcy miliarder to Richie Rich. ;) Wszędobylski, niezmordowany, hałaśliwy ale niezaprzeczalnie uroczy.

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: szafran, jabłko, mandarynka, bergamotka
Nuta serca: irys, kwiat pomarańczy, róża, jaśmin wielkolistny
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, białe piżmo


No dobrze, kwiaty i owoce sobie, mnie jednak najbardziej ekscytują zupełnie inne olfaktoryczne klimaty [mimo wszystko wciąż to dymy i drewna cenię najbardziej ;) ]. To właśnie dla nich z radością rzuciłam się odbyć podróż w przeszłość pod francuską banderą. Opłaciło się; na starym galeonie poznałam duchy trzech niezwykle intrygujących i wyjątkowo urodziwym mężczyzn sprzed lat... lub raczej męskich perfum. ;)
Oto one.

Cuir

Paul Vacher, legenda francuskiego perfumiarstwa i mózg (oraz oczywiście nos ;) ) marki Le Galion, słynny był m. in. ze skórzanych kreacji dla najwykwintniejszych marek swoich czasów: Diorling na prośbę Christiana Diora oraz starszego o trzydzieści lat Scandal dla Lanvin. Powstałe w zeszłym roku Cuir ma nawiązywać do tradycji oraz ducha tamtych wód. Ma ale... nie nawiązuje.
Tak się bowiem składa, że obie wspomniane kompozycje były pachnidłami typowo kobiecymi, natomiast Cuir nie powstydziłby się żaden mężczyzna żyjący gdzieś pomiędzy 1931 a 1960 rokiem. Ta skórzana mieszanka: gęsta, dymna, mroczna i sucha, wyobrażająca człowieka o głosie zdartym przez zbyt wiele tytoniowego dymu tudzież dobrych, starych alkoholi, kryje w sobie czar dawnych lat. Popularne przed laty akordy rosyjskiej skóry zestawiono tu z suchymi, pełnymi drzazg deskami ciemnego, szlachetnego drewna oraz tłustymi dymami ziołowych kadzideł; głęboko w bazie wybrzmiewa naturalny mech dębowy oraz zwierzęce piżmo. Takich olfaktorycznych opowieści prawie nikt już nie pisze; może tylko jeden Roja Dove. :) Jednak ten człowiek to fenomen; który, jak się okazuje, od niedawna musi mierzyć się z francuskim Galeonem. ;) A podróż nim będzie długa i ekstatyczna, choć szczęśliwie pozbawiona przygód w postaci sztormów, mielizn czy raf.

Rok produkcji i nos: 2015, Vanina Muracciole

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, elemi
Nuta serca: biała lilia, skóra
Nuta bazy: drewno sandałowe, szara ambra, piżmo, mech dębowy


Eau Noble

Na internetowej stronie producenta możemy przeczytać, że rok narodzin pierwszego wcielenia Eau Noble, 1972, był znamienny dla świata: w końcu to właśnie wówczas zdobycze rewolucji seksualnej powoli krzepły a widok odzianych w spodnie kobiet powoli przestawał robić jakiekolwiek wrażenie [głównie dzięki pracy Yvesa Saint Laurenta]. Duch mężczyzny, o którym opowiada mi Eau Noble, świetnie pamięta te czasy oraz swoją niepewność wobec zachodzących zmian: sprzeciw, może też zdumienie lub rozczarowanie a w końcu przyzwyczajenie i akceptację nowej sytuacji. Jednak zanim do niej doszło nasz bohater mówił głośne i stanowcze: "nie".
Wyrazem buntu przeciwko nowemu porządkowi śmiało mogłoby być właśnie omawiane pachnidło, czyli klasyczny, znakomity paprociowiec starej daty. Stanowczy ale nieostentacyjny twór mógłby uchodzić również za ideał biernego oporu. ;) W każdym razie robi znakomite wrażenie, skupiając naszą uwagę za pomocą suchych i słonecznych, niesłodkich cytrusów w starym stylu, otoczonych przez skrzące się żywiczne nuty galbanum oraz antyseptyczną lawendę, ciepłe suszone zioła, różane geranium, paczuli wraz z cennymi drewnami oraz nutami okołocielesnymi, z których najważniejsze są labdanum i cywet. Eau Noble, choć tak bogata, zachwyca skromnością i umiarem, za co może odpowiadać osuszający całość mech dębowy, podsumowujący mieszankę jak wąsy męską twarz.

Rok produkcji i nos: 2014, Marie Duchêne

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cedrat, galbanum
Nuta serca: lawenda, geranium, szałwia, (jaśmin?)
Nuta bazy: paczuli, drewno cedrowe, drewno sandałowe, mech dębowy, piżmo, (labdanum, cywet)


Vetyver

Ostatnia z opisywanych dziś kompozycji po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w roku 1968 jako wariacja na temat kwiatowy, która trafiłaby do gustu ówczesnym mężczyznom. No cóż, nie wiem, jak z panami sprzed blisko pół wieku ale na tle obecnych bestsellerów "męskiej ścianki" popularnych perfumerii współczesny Vetyver wprost poraża ilością testosteronu w organizmie. ;) Świeży, żywy, energetyczny dzięki cytrynie i bergamotce zestawionych z lawendą i świeżo ściętymi ziołami przypomina mi jakiegoś ówczesnego sportowca tuż po prysznicu, kończącym poranny trening. :)
Z czasem okazuje się, że tytułowy składnik pachnidła jest w nim praktycznie nieobecny, mnie jednak zupełnie to nie przeszkadza. Jestem zbyt zajęta cytrusową świeżością, gęstniejącą w akord zmysłowego, podkreślonego sandałowcem w dawnym stylu oraz suchą, sianowatą kumaryną lenistwa. Błogiego nasycenia i zmęczenia; co ciekawe - a we współczesnych perfumach (lub raczej ich handlowej otoczce) niemal niespotykane - są to zmysłowość i spełnienie bez najmniejszych podtekstów erotycznych. Cudo! :) Dyskretny odpoczynek w cieniu przydomowego tarasu, chwila ukradziona rutynie codzienności. Vetyver to promowany przez kolorową prasę cenny "czas tylko dla siebie", wyjątkowo jednak w typowo męskim wydaniu. :) Jestem zakochana.

Rok produkcji i nos: 2015,  Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, gałka muszkatołowa, kolendra
Nuta serca: werbena, szałwia, lawenda, petitgrain, estragon
Nuta bazy: wetyweria, drewno sandałowe, bób tonka, piżmo


A o dwóch najprzyjemniejszych kompozycjach marki opowiem Wam następnym razem. Wciąż będziemy podróżować zaczarowanym galeonem, aż do spotkania z pewnym Lwem oraz dwójką jego towarzyszy. :)
___
Dziś noszę nic innego, jak Vetyver. :)

P.S.
Ilustracje pochodzą ze strony internetowej Le Galion: legalionparfums.com

czwartek, 28 kwietnia 2016

Słodkie lata 90., czyli dzień w muzeum

Perfumiastwo, jak każda dziedzina sztuki, ma charakterystyczne style, mody oraz inne cechy, po których od razu można odgadnąć czas powstania danego dzieła. Od przykładów najwybitniejszych, nieśmiertelnych i zachwycających urodą bez względu na upływ czasu aż po niezliczoną ilość mniej lub bardziej wiernych i udanych naśladownictw, czasem wystarczy tylko zwrócić przelotną uwagę, aby (mniej więcej) oszacować wiek danego obrazu, budynku, utworu muzycznego lub literackiego albo właśnie - perfum. :)
Bez różnicy, czy to, na co patrzymy, czego słuchamy bądź wąchamy, przypadło nam do gustu, czy niekoniecznie. Ani nawet, czy dane dzieło okazuje się obiektywnie wybitne i wyjątkowe, czy raczej wtórne jak kolejne limtowanki Escady. ;) Styl czuć od razu.
Podsumowując: nie każda budowla może być Petit Trianon, londyńskim Somerset House czy łazienkowskim Pałacem Na Wodzie ale już typowo polskim sielsko-anielskim, mazowiecko-małopolskim białym dworkiem z kolumniekami - czemu nie...? ;)

Z perfumami jest identycznie. Choć nie każde mają szczęście być Angelem, Féminité du Bois, Trèsorem czy l'Eau d'Issey, to naprawdę nie trzeba wiele trudu, aby w ich oryginalnym, nieskalanym setką reformulacji rówieśniku rozpoznać typowy produkt lat 90. XX wieku. :)

I skoro już mowa o Escadach...


Jardin de Soleil, limitowany zapach sprzed dwudziestu lat (wydany jeszcze pod szyldem Escada Margaretha Ley), to typowy przykład perfum z tamtych lat: potężny wielokwiatowy bukiet kwiatów o odurzającym zapachu ale prezentujących się ludziom od swojej słodkiej, wybitnie syropowej strony. :) Owszem, są tu wydelikacone, przygładzone hiacynty, nienachalny ale ulizany na "mokrą włoszkę" kwiat pomarańczy w duecie z jasną, lekko kokosową gardenią a nawet słabiutkie - a to wtedy była sztuka! - jakby wydestylowane widmo tuberozy, są soczyste brzoskwinie o suchej i ciepłej, pokrytej przyjemnym meszkiem skórce, jednak wszystko to przypomina raczej płaski obrazek, ładną ale nierzucającą się w oczy fotografię z epoki aniżeli poważne perfumy.

Żeby Słoneczny Ogród się sprzedawał, cały ten landszaft, jak pieczęcią okrągłą z orłem, podbito modnymi wówczas ozonowymi nutami morskimi, tu pasującymi jak kwiatek do kożucha. Dużo calone czy czegoś podobnego - i już ładna, budząca zainteresowanie dojrzałych kobiet lat 90. (pamiętających przecież narkotyczne kwiatowce minionych dekad) mieszanka staje się modna. Na miarę nastolatek sprzed dwudziestu lat, ślepo zakochanych w Cool Water Davidoffa czy Acqua di Gio od Armaniego. Dla wszystkich natomiast jest ulepowata słodycz, która wówczas akurat szturmem zdobywała kolejne bastiony sztuki perfumiarskiej [do dziś na nich siedzi, jak Witchking of Angmar na Minas Morgul ;P ]. I pięknie, można sprzedawać!
Przed laty potencjalny, zaspokakający najpowszechniejsze gusta hicior, dziś kompozycja już nie całkiem zrozumiała (choć z pewnością wciąż mogłaby znaleźć grupę zwolenników płci obojga) - obiektywnie jednak Jardin de Soleil to lekka kakofonia.

Dlaczego więc o nim wspominam?
Po pierwsze dlatego, że wbrew pozorom wcale nie jest zły, w końcu składa się z całkiem przyjemnych elementów. ;) Poza tym traktuję omawiane perfumy jako ciekawostkę, rodzaj eksponatu prosto z Muzeum Sztuki Olfaktorycznej. ;) Okazu co prawda niekoniecznie wybitnego - choć stworzyła go doświadczona i utalentowana głowa - ale w szczególnie precyzyjny sposób pokazującego, jak pachniała ówczesna ulica, co się podobało oraz sprzedawało.
Podsumowując: w roku 2016 dwudziestoletni Jardin de Soleil pomaga zrozumieć, dlaczego tak kochamy świeżaki oraz skąd właściwie wzięły się Euphoria Calvina Kleina czy la Vie est Belle od Lancôme. :) To klasyczny wehikuł czasu, jak na muzealny artefakt przystało. ;)


Rok produkcji i nos: 1996, Sophie Labbé

Przeznaczenie: pachnidło skomponowane dla kobiet i... jako jedne z nielicznych takim właśnie jest (choć oczywiście ani mi głowie odradzanie testów mężczyznom, którzy lubią podobne klimaty lub po prostu są ciekawi). W każdym razie kompozycja okazuje się wyrazista, w początkowych fazach łatwo wyczuwalna ale gęsta i niechętnie odstająca od skóry, cooczywiście z czasem się pogłębia. ;)
Na okazje raczej niezobowiązujące; aczkolwiek dyskrecja mieszaniny z powodzeniem kwalifikuje ją do użytku dziennego.

Trwałość: bywało lepiej; trzy lub cztery godziny spokojnej projekcji oraz dalszych parę stopniowego zaniku to naprawdę nie jest dobry wynik. [Zastanawiam się nawet, czy to nie wina nut ozonowo-wodnych, z którymi ma ns skóra się nie lubi ale szybki rzut oka w Sieć upewnia mnie, że nie tylko ja mam kłopot z trwałością Jardin de Soleil].

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: gardenia, tuberoza, neroli, malina, brzoskwinia
Nuta serca: kwiat pomarańczy, hiacynt
Nuta bazy: drewno sandałowe, mech dębowy
___
Dziś noszę Feuillage Vert marki Miya Shinma.

P.S.
Jak widać, pierwszą ilustrację zaczerpnęłam z Getty Images, choć nie pamiętam, po jakim źródle do niej dotarłam. :( Jej autorem jest Tom Roney.

czwartek, 31 marca 2016

Rewolucja obok ogrodu

Róże, róże, wszędzie róże! Myślałby kto, że mamy ciepły, słoneczny oraz bujny późny czerwiec a nie przełom marca i kwietnia, kiedy wiosna dopiero się zaczyna ...przynajmniej w Polsce. ;) Tymczasem trudno zaprzeczać faktowi, że nasz kraj do grona "domyślnych użytkowników perfum luksusowych" raczej się nie zalicza (choć sytuacja szczęśliwie powoli się zmienia), zatem to nie nasza wiosna stanowi priorytet dla producentów pachnideł. Prędzej tradycyjny basen Morza Śródziemnego z przyległościami, gdzie aura jest przecież nieporównanie łagodniejsza.
Myślę, że do tego rejonu spokojnie można zaliczyć także Półwysep Arabski, razem z Omanem, jego sułtanem oraz marką Amouage. ;)

Pachnące klejnoty w tamtejszej koronie wzbogaciły się ostatnio o kolejny okaz, wielkiej urody karminowo-różany rubin z niezwykłymi, metalicznymi inkluzjami.


Opus X, bo o nim mowa, rozpoczyna się z hukiem i łoskotem, potężnym strzałem z różanej haubicy. :D Dokładnie tak, róża w najnowszym Dziele to broń, gwałtowna, niezawodna a także - przez wysoki stopień skoncentrowania oraz olfaktoryczne otoczenie - zdolną poczynić niemałe straty w ludziach. ;) Nie dość, że występuje w czterech różnych postaciach, to jeszcze asystuje jej jasne, cytrusowo odświeżające (choć przecież równie różane jak ona sama) geranium.

Nie byłoby jednak historii, gdyby nie inne towarzyszące hegemonce nuty. I tu dopiero robi się ciekawie; królowej kwiatów w kilku wcieleniach towarzyszą bowiem akordy chemiczne, industrialne, hutniczo-kopalniane. Cóż, to chyba rewolucja przemysłowa w ogrodzie różanym. ;)
Najpierw do przesyconych cennymi sokami grubych, mięsistych i aksamitnych płatków dołącza ciepły opar spalonego węgla, tłusty i słodki ale jednocześnie lekki (w końcu i zadeklarowany w nutach werniks, i sztuczna skóra bywają spokrewnione z węglem), skontrastowany jednak obecnością chłodnego żelaza, starego ale nie zardzewiałego. Potrzeba czasu, aby kompozycja ogrzała się i ułożyła na ciele, kradnąc mu trochę ciepła, łagodności i zapachu. W ten sposób Opus X nie staje się kompozycją animalną, zyskuje jednak niedosłowną słodycz, łagodność i spokój, dzięki którym róża - tym razem już nie żywy kwiat ale jego wyraźne odwzorowanie, na przykład w najciemniejszej odmianie palisandru - stopniowo roztapia się w zlocistej miedzianej kąpieli.

Najmłodszy element Serii Bibliotecznej to perfumy różane stokroć bardziej, aniżeli starsza o dekadę seria Lyric. Są równie abstrakcyjne ale bardziej mineralne, od początku do końca utrzymane w stylistyce zręcznej iluzji. A zatem znakomicie pasujące do naszych czasów, nie ceniących przecież naturalności w perfumach.
Co nie zmienia faktu, że bardzo, bardzo ładne. ;)


Rok produkcji i nos: 2016, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny o dużej mocy; może nie ciągnie się za uperfumowaną osobą kilometrowym ogonem ale jak na współczesne kompozycje naprawdę daje popalić. ;) Z czasem oczywiście słabnie, redukując się do szerokiej ale ciężkiej, stosunkowo nieruchomej aury.
W związku z czym Opus X wydaje się być wymarzony na wszystkie okazje wieczorowo-nocne, bardziej lub mniej oficjalne. Sprawdza się jednak i za dnia.

Trwałość: bardzo dobra, ponieważ oscylująca wokół pół doby wyraźnego życia na skórze i wokół niej oraz dalszych trzech do prawie ośmiu godzin stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: róża stulistna, akord krwawej róży, róża damasceńska, tlenek róży [? coś, co w oficjalnym spisie nut figuruje jako "rose oxide"]
Nuta serca: akord werniksu, geranium, skóra
Nuta bazy: ambrarome, ylang-ylang, akord metaliczny, oud
___
Dziś noszę Rose Oud od Yves Rocher.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://wallpapercave.com/w/cks4CEs#google_vignette

sobota, 26 marca 2016

Na wiosnę


Wielkanoc, szczególnie tak słoneczna i ciepła jak tegoroczna, to święto nie tylko religijne ale przecież także cudowny, radosny czas, w którym odradza się życie, rośliny na powrót zaczynają zachwycać swoją bujnością i w ogóle chce nam się chcieć, gdy wszystko wokół jest takie serdeczne, energetyczne, pozytywne i kolorowe. Uff, to było długie zdanie. ;) Ale i jednocześnie całkowicie prawdziwe.

Wielkanoc - czy w ogóle wczesna wiosna - to ten okres w roku, kiedy jak nigdy chce nam sie przebywac na świeżym powietrzu, jeść tryskające świeżością [w dzisiejszych czasach co prawda chemiczną ale zawsze ;] ] owoce i warzywa a także pachnieć ożywczo, niezobowiązująco, zielono. :) Inni pewnie napisaliby, że świeżo i lekko ale to jestem ja, która nie przepadam za świeżością czy lekkością w ich potocznym rozumieniu. ;)
Dlatego co roku szukam swojej własnej interpretacji tętniącego życiem i beztroską wielkanocnego pachnidła. W poprzednich latach padało między innymi na Moon Bloom od Hirama Greena czy Jasmine White Moss z butikowej kolekcji Estée Lauder [choć to beztroska cieniem i nostalgią podszyta], w tym natomiast zdecydowałam się na Lolę marki Signature Fragrances London.

Pachnidło pokazujące, że nawet wiosenna feeria barw, nawet słodycze i popularne kwiatki mogą kryć w sobie zupełnie niespodziewaną głębię...


Kompozycja rozpoczyna się w stylu identycznym do pierwszej z mieszczonych fotografii: jest słodko, przyjemnie, wesoło i ładnie; tak po prostu. Bez żadnych filozofii, bez silenia się na nic, może poza sprawieniem odbiorcy artystycznej przyjemności balansującej na granicy kiczu. :) Tu do głowy idzie wysokoprocentowy szot z serotoniny i endorfin, reprezentowanych przez popularne kwiaty w rodzaju bezpretensjonalnego jaśminu wielkolistnego, sprężystego neroli, łagodnej herbacianej róży oraz jasnego, krystalicznego, płynnego miodu. Gdzieś w tle pachnie koniczyna i bliżej nieokreślone drzewa owocowe. Jest słonecznie ale nie upalnie, wieje lekki wietrzyk, chce się żyć. Jakkolwiek jest to życie osoby pozbawionej nawet najmniejszych trosk, pozornie może i kuszące ale naprawdę ździebko nudne (a z czasem pewnie coraz bardziej monotonne).

Na szczęście pojawia się składnik, który dodaje mieszaninie głębi. Dzięki niemu Lola nie jest już pustogłową istotką ale zaczyna żyć naprawdę. Ten składnik to paczuli. Ciepłe, ziemiste, w otoczeniu tchnących świeżością kwiatów oraz nektarowej słodyczy miodu całkowicie niewinne, zapewniające jednak dziełu niezbędną przestrzeń, tło, kontekst oraz, co tu dużo mówić, po prostu Duszę przez duże D. ;)

W bazie perfumy uspokajają się jeszcze bardziej, po początkowym ADHD zostaje zaledwie cień w postaci ambitnej, aksamitnej słodyczy, suchej i pyłkowej jednocześnie. Paczuli powoli zmierza ku rejestrom czekoladowym, w które jednak nie wpada, zatrzymawszy się na jasnych cedrowych deskach; przy czym moim zdaniem drzewo, z którego je stworzono rosło raczej w Japonii aniżeli w Libanie bądź amerykańskiej Wirginii a znane było pod nazwą hinoki. ;)
Czyli bardziej cyprys z niezwykle subtelnym, ledwie zauważalnym powiewem jasnego kadzidła rodem z Kyoto Comme des Garçons. Dodajcie do niego najdelikatniejsze wcielenie białych kwiatów oraz miodowo-słodki powidok a otrzymacie Lolę. :) Ramę zapewnia jej ciepły, paczulowy cień, ogrzewający pozostałe nuty swoim rozkochanym spojrzeniem.

No cóż, najwyraźniej Lola cała jest poezją. Fraszką ku czci piękna wiosny.
Niby drobiazg ale jaki piękny!


Rok produkcji i nos: 2014, ??

Przeznaczenie: pachnidło kojarzone z kobietami, zapewne przez nuty, moim zdaniem jednak spokojnie mogą testować je mężczyźni; a nawet powinni, ponieważ na ich skórze ta słodycz na drzewnej podstawie może okazać się naprawdę interesująca.
Na pewno perfumy charakteryzują się całkiem sporą intensywnością, chociaż nie lubią zostawiać za sobą śladów; prędzej orbitują wokół uperfumowanej osoby jako aura żywa ale znająca zasady dobrego wychowania. ;) W związku z czym możecie nosić Lolę w dzień oraz po zmroku, na okazje Bardzo Ważne ale i zupełnie niezobowiązujące, do tańca i do różańca.
Mam wrażenie, że dla niektórych z nas Lola mogłaby się okazać nie przygodną znajomością ale wręcz miłością na ładnych kilka lat [właściwie jedyne, co naprawdę mi w niej nie pasuje, to cena. ;) Pięćdziesiąt funtów za sześć mililitrów; co prawda ekstraktu ale jednak].

Trwałość: około piętnastu godzin spokojnego ale wyraźnego trwania oraz dalszych kilka skokowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: gourmand-kwiatowa (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: kwiat afrykańskiej pomarańczy
Nuta serca: paczuli, jaśmin
Nuta bazy: drewno cedrowe, jasny miód, róża

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/mmoorr/5652104654/ [Autor: Mor Naaman]
2. https://www.flickr.com/photos/djprmf/15060850234/ [Autor: Pedro Fernandes]
4. https://www.flickr.com/photos/civisi/3432457502/in/photostream/ [Autor ukrywa się pod pseudonimem jjMustang_79]


***




Korzystając z nadarzającej się okazji, chciałabym życzyć Wam oraz Waszym bliskim wspaniałych, ciepłych, szczęśliwych Świąt, niekoniecznie Wielkiej Nocy.

Ostatecznie okazja do świętowania zawsze się znajdzie. ;)


Bądźcie radośni i niech dobro, które czynicie, wraca do Was pomnożone!

Dla świata i ze światem


Pochodził z terenów Bliskiego Wschodu, jednak serca i dusze największej rzeszy wyznawców zdobył w kolebce cywilizacji europejskiej, Rzymie.
Na święty dzień wybrał niedzielę, na pamiątkę własnego zwycięstwa nad śmiercią i złem ale w rzeczywistości dzięki prymatowi celebrowanego wtedy życiodajnego słońca, które ogrzewało ziemię swymi życiodajnymi promieniami. Jak chce tradycja, urodził się w okolicach 25 grudnia, zaś umarł - by wkrótce zmartwychwstać - wiosną, i to właśnie te dwie okazje okazały się najważniejszymi świętami dla wszystkich jego czcicieli.

Oddał życie w odwiecznej walce dobra ze złem, zapewniając tym samym odkupienie całej ludzkości; złożył samego siebie w ofierze w imię wielkiej, szlachetnej Sprawy.* Zawalczył w ten sposób o nieśmiertelność ludzkich dusz. Tuż przed śmiercią w wyniku ukrzyżowania spożył ze swoimi uczniami ucztę. Choć przy jego grobie postawiono straże, miejsce trzeciego dnia po śmierci okazało się puste. Zmartwychwstały bóg ukazywał się jedynie swoim uczniom, przekazując im ostatnie wskazówki, jak po śmierci dostać się do boskiego królestwa w niebie, do którego zresztą wstąpił wraz z ciałem wkrótce potem. Wtedy też uczniowie bóstwa udali się w świat, nauczając i nawracając niewiernych.

Jego późniejsi wyznawcy przyjmowali chrzest a podczas liturgicznych obrzędów spożywali ofiarę z chleba i wina**, symbolizujących ciało oraz krew boga. Domyślacie się już, o kim piszę? :)
O Mitrze.

Imię tego perskiego bóstwa oznaczało tyle, co 'pakt', 'przyjaźń', 'ugoda', możliwe zatem, że w istocie objęte było tabu a używane powszechnie określenie miało opisywać najważniejsze cechy bóstwa, będącego przecież jednocześnie przedmiotem i podmiotem przymierza ludzi z dobrem oraz Najwyższą Światłością. Choć to tylko moje spekulacje.
Jednak kim w istocie był Mitra, bóg zrodzony ze skały***, zastanówmy się innym razem, dobrze?

Przecież i Was, i mnie przywiodły tutaj perfumy. :)
Zapach bogatego ale zdumiewająco łagodnego Wschodu, który dawno już zdążył zakorzenić się w naszych sercach. Na pewno znacie ten motyw; wszak wracam ku niemu co Wielkanoc. ;)
Dziś nie będzie inaczej, a w podróży potowarzyszy nam Majestic marki Arabian Oud. Kolejny Orient, który w istocie okazuje się nieodłączną częścią Zachodu. Jego sercem.


Pierwsze takty pachnidła na ludzkiej skórze są jak podróż w ciemność, do ukrytych pod powierzchnią ziemi sekretnych świątyń Mitry, zwanych mitreami. Tu ciepły i wilgotny zapach ziemi miesza się z przejmującym chłodem kamiennych ścian i posadzek, towarzyszącymi nam ciałami przejętych współwyznawców oraz omywającymi to wszystko gęstymi ale przejrzystymi, lekko metalicznymi smugami kadzidła. Oto oud gęsty, potężny i przejmujący, otoczony gęstymi dymami topionych żywic, pogłębiony ciemnym, orientalnym sandałowcem, przyprószony zamorskimi korzeniami, utrzymany w stylu Dark Aoud marki Montale czy Black Oud od LM Parfums. Niszowy, przejmujący i ponadczasowy.

Później jednak kompozycja łagodnieje, coraz śmielej zatapiając się w kwiatowych pyłkach oraz gładkich, dojrzałych ale co ciekawe niezbyt soczystych, kaszmirowych owocach. Pojawia się wiosenna pogoda hiacyntu a także cień gęstej, esencjonalnej ale i lekko konfiturowej róży. Kadzidła stopniowo wypalają się i bledną, nuty drzewne również odchodzą w cień, pozostawiając jedynie półprzejrzyste sandałowcowe widmo, skąpane w owocowym, mięsistym oudzie oraz jasnych, drzewno-kwiatowych piżmach (które modne stały się dzięki Narciso od Narciso Rodrigueza). Już nie tylko mroczny, twardy, przesycony testosteronem mistycyzm ale i matczyna łagodność oraz dziecięcy śmiech.

Chociaż arabska geneza pachnidła sugeruje coś zgoła przeciwnego, w mojej interpretacji Majestic to wschodni mistycyzm, reinterpretowany zgodnie z wrażliwością i mentalnością Zachodu. Ich serce oraz nasz mózg lata temu zlały się w całość i stały tym, co dziś znamy, kochamy bardziej lub mniej ale rozumiemy zawsze.

Majestic brzmi jak twórcza, olfaktoryczna odpowiedź na pytanie, dlaczego pomimo tylu oczywistych podobieństw kult Mitry ostatecznie przegrał z religią Chrystusa. Otóż mitreitą [? to słowo rzeczywiście istnieje czy je wymyśliłam?] nie mógł stać się byle kto, o nie! To był kult ekskluzywny, przeznaczony wyłącznie dla mężczyzn niebędących niewolnikami; kobieta, choćby najpobożniejsza i nawet najodważniejszy gladiator mogli zapomnieć o uczestnictwie w obrzędach objętych sekretem, do którego dopuszczano wyłącznie wyznawców. Natomiast jak rzecz miała się z chrześcijaństwem, wiedzą chyba wszyscy czytający moje słowa: "Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety (...)".
Podobnie Majestic, surowe dymy i drzazgi wzbogacone o miękkość i delikatność; otwarte, z zasady nie wykluczające nikogo ani niczego. Żyjące dla świata ale i ze światem.
Dokładnie tak, jak należy.


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: co ciekawe, zapach ponoć dedykowany jest kobietom; dla mnie to bardziej ciekawy, spolaryzowany uniseks, osnuty na współpracy przeciwieństw; bardzo przyjemny w użytkowaniu oraz łatwy w odbiorze nawet dla osób postronnych. Charakteryzuje się jednak dosyć silną projekcją (szczególnie w pierwszych fazach rozwoju) potrafiąc zostawiać za uperfumowaną osobą naprawdę długi ślad; później kompozycja cichnie i zmienia się w żywą, wibrującą, gęstniejącą z czasem aurę.
Pamiętajcie jednak, że Majestic to jedne z tych perfum, które dopasowuje się raczej do swojego samopoczucia niż konkretnej okazji; zatem kluczową sprawę będzie dobór odpowiedniej dawki.

Trwałość: ponad dziesięć godzin wyraźnego, łatwo wyczuwalnego życia oraz niemal drugie tyle stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa (oraz owocowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, akordy owocowe, róża
Nuta serca: hiacynt, piołun, akordy drzewne
Nuta bazy: białe piżmo, drewno sandałowe, kadzidło, oud
___
Dziś noszę Néroli Oud od Au Pays de la Fleur d'Oranger.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1529045,2,poganski-kult-mitry.read [Autorka: Dbrochna Zielińska]
2. https://www.flickr.com/photos/bonzoinviaggio/10976191664/ [Autorstwo: osoba ukrywająca się pod pseudonimem BIV (per niente simpa)]

*Czy zatem można się dziwić, że wielu wyznawców odnalazł w szeregach rzymskich legionistów, którzy w tak pojmowanej ideologii odnajdywali samych siebie? ;)
** Oraz byczego mięsa, ze zwierzęcia składanego bogu w ofierze podczas najważniejszych świąt.
*** Zapewne równie nieczułej na "mroczne" zmysłowe żądze, co pewna znana nam wszystkim wieczna dziewica. ;)

niedziela, 13 marca 2016

Podaruj mi trochę słońca... zimowego

Chociaż mamy już prawie połowę marca, wiosna jakoś niespecjalnie się ku nam śpieszy. Co jest szczególnie męczące po kolejnej zimie, która na dobrą sprawę (wyjąwszy jakieś dwa tygodnie) zimą z prawdziwego zdarzenia w ogóle nie była. Oj, coś czuję, że zim jak ta z roku mojego urodzenia, kiedy podobno w jedną noc drogi robiły się nieprzejezdne z powodu zasp wysokości samochodu, już nie uświadczymy.
W każdym razie zmęczenie tą porą roku wyjątkowo czuję i ja. Chyba wszystkim nam trzeba teraz pocieszenia, złocistego słońca, południowej łagodności, zaś olfaktorycznie kojących upały cytrusów, prawda? :)
Prawda?


Jeżeli tak, to nie szukajcie ich na moim blogu. ;> Tutaj wciąż rządzi Królowa Śniegu, która nawet typowo cytrusowe pachnidło zmienia w złociste, skrzące się w słońcu ostre kryształki, przejrzyste jak lodowa śmierć i piękne jak jutrzenka.
Eau d'Hadrien marki Annick Goutal stanowi znakomity przykład takiego właśnie zapachu: banalnego i nudnego w czerwcu, lipcu czy sierpniu ("cytrusy latem? To takie odkrywcze!", jak ów pomysł skwitowałaby zapewne Diablica ubierająca się u Prady ;> ) ale ożywczo cudownego zimą, kiedy to klasyczne wody cytrusowe zwykły pokazywać całe swoje piękno. Przecież już od lat przekonuję, iż prawdziwa urodę starych wód kolońskich można dostrzec wyłącznie w ostrym, przejmujący i czystym mroźnym powietrzu. O ile tylko perfumy nie są sztucznie dosłodzone ani rozmiękczone trywialnym dodatkiem nut ozonowo-owocowych, możemy liczyć na spektakl, istną zorzę polarną w najchłodniejszych odcieniach ciepłych barw. :)

Eau d'Hadrien to znakomity przykład takiej właśnie kompozycji; pozbawione cukru, naturalistyczne cytrusowe soki w przejmującym zimowym chłodzie zamarzają w tysiącach drobnych kryształków, zdolnych poranić niczego niespodziewanące się, miękkie ludzkie ciało. Tak wygląda otwarcie.
Nieco później kompozycja, latem nieuchronnie wpadająca w łatwe do przewidzenia jasne cytrusowo-ilangowe pudry, zimą osuwa się w stronę szlachetnych, gorzkich suszonych ziół (w ilości nieprzesadnej ale zauważalnej), w które zatapiają się z wolna coraz bardziej płynne a nawet woskowane cytrusowe olejki. Baza natomiast to cytrusowo-ziołowo-przyprawowa (ziele angielskie, jałowiec, odłamany fragment goździka, o takich przyprawach myślę) tafla na spokojnym, łagodnym jak niemowlę syntetycznie ambrowym oraz jasnodrzewnym morzu.

Przy Wodzie Hadriana nie sposób się nudzić... pod warunkiem, że będziecie ją nosić we właściwej, zimnej porze roku. ;) W innym przypadku umrzecie z nudów. :]


Rok produkcji i nos(y): Annick Goutal oraz Francis Camail

Przeznaczenie: zapach skomponowany dla mężczyzn jako goutalowska interpretacja klasycznego akordu kolońskiego, co skądinąd naprawdę się czuje; dla mnie jednak jest to typowy uniseks, jak uniseksem jest słynna CK One oraz jeszcze słynniejsza Woda Kolońska Fariny. :)
Muszę jednak przyznać, że minusem zimowego stosowania Eau d'Hadrien jest jej mizerna projekcja oraz trwałość; perfumy trzymają się tuż przy skórze, nieco wyraźniej odstając od niej wyłącznie w pierwszej fazie rozwoju. Jest to jednak zupełnie zrozumiałe; praw fizyki nie pokonamy. ;)

Trwałość: zimą w granicach trzech lub czterech godzin, latem często ponad dwukrotnie dłuższa.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

grejpfrut, cytryna, cedrat, mandarynka, cyprys, ylang-ylang, aldehydy
___
Dziś noszę Panią Walewską Noir od Miraculum (oraz naszego Urwiska ;) ).

P.S. 
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://flakers.com.pl/preview/3169/1024x768/zima-tapety-(10)