sobota, 4 czerwca 2016

Byli sobie raz...

"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy".
Jean Cocteau


Jeżeli jesteście kobietami, na pewno przynajmniej raz w życiu miałyście okazję natknąć się na prasowy bądź internetowy psychotest, mający pomóc Wam w odkryciu, z którą z księżniczek Disneya winnyście czuć najsilniejszą więź. Przy czym, jak zdążyłam zorientować się podczas poszukiwania informacji do niniejszego tekstu, współcześnie dominują bardziej rozbudowane wersje psychozabawy, uwzględniające także nowsze disnejowskie bohaterki: Meridę, Tianę z Księżniczki i żaby, Mulan czy Pocahontas. I chociaż niczego przeciwko nim nie mam, dziś chciałabym skupić się na nieco starszym wcieleniu testu, w którym klasyczna triada Śnieżka – Śpiąca Królewna – Kopciuszek urozmaicona została jedynie o Arielkę Małą Syrenkę oraz przede wszystkim o Bellę z Pięknej i Bestii. ;)

W dzisiejszym świecie są to wzory może już lekko wyświechtane, niekoniecznie atrakcyjne dla wchodzących w dorosłość dziewcząt ale wciąż bardzo, bardzo popularne a jednocześnie szkodliwe.
Weźmy takiego na przykład Kopciuszka: czeka toto sobie biernie, aż zjawi się jakaś dobra wróżka i przemieni ją w zupełnie inną osobę, godną lepszego życia oraz bliżej niesprecyzowanego księcia. ;P Ze Śpiącą Królewną jest jeszcze gorzej, ponieważ jej życie – to jedyne, które naprawdę się liczy – rozpoczyna się dopiero z pocałunkiem Pana Właściwego. O ile w ogóle d niego dojdzie, bo przecież Śpiąca prędzej padnie trupem, niż pierwsza odezwie się do interesującego przedstawiciela płci przeciwnej. Śnieżka natomiast jest rodzajem hybrydy dwóch powyższych przykładów: nie dość, że pasywna i bez mężczyzny u boku równie dobrze mogłaby być martwa, to jeszcze na jej życie i pomyślność dybie inna kobieta. Dookoła same zdziry, zastawiające sidła na mojego misiaczka; jak żyć, pani premier? :P
Kolejny przypadek to Mała Syrenka: niby zbuntowana nastolatka, jednak dla księcia gotowa jest całkowicie wyrzec się własnej tożsamości oraz wszystkiego, co uwielbia robić. Po co jej pasje i zainteresowania, skoro ma już faceta? [Znamy takie dziewczyny czy kobiety również i w prawdziwym życiu, oj znamy! ;> ]

Natomiast jeżeli chodzi o Piękną...


Pozornie wydawałoby się, że to najbardziej fantastyczny, bajkowy schemat. Ostatecznie ile znamy historii pięknych kobiet oraz mężczyzn o zdawałoby się odpychającej powierzchowności? ;)
No właśnie... trochę się tego nazbiera, choć może nie w aż tak drastycznej formie. ;] Jednak i w tym przypadku sam archetyp jest naprawdę bardzo popularny. Połowa ckliwych romansideł tego świata opiera się o motyw związku "nowej w mieście", ślicznej i/lub uroczej dziewczyny z lokalnym mrukiem-samotnikiem, któremu ona leczy cierpiącą duszę a później żyją razem długo i szczęśliwie. Mutacją opowieści o Pięknej i Bestii jest również ludowa mądrość na temat "złych chłopców", których jako kobiety niby tak uwielbiamy.
W praktyce natomiast taki związek nazbyt często zaczyna się od złudzenia zakochanej (i zaślepionej) dziewoi, że "dzięki sile mojej miłości on zmieni się po ślubie", po latach karanego syndromem żony alkoholika lub koniecznością szukania schronienia w Domu Samotnej Matki. Albo chociaż zgorzknieniem, depresją czy walką o alimenty dla dzieci.
A to wszystko dzięki wchłanianym bezrefleksyjnie bajkom.

Jednak nie jesteśmy tutaj, aby mówić o skutkach baśni przekazujących kobietom zgubne wzorce, lecz o perfumach. Cóż za niespodzianka, prawda? ;)
Perfumach z bestią w nazwie. Lecz nie z żadnym przerażającym, szatańskim potworem ale z Bestią z baśni; zaklętym księciem, któremu wystarczy tylko trochę pomóc, aby zaprezentował całą swoją urodę. Zresztą czy nawet i bez gładkiego lica naprawdę jest taki straszny...?

Przed Wami Peau de Bête marki Liqiudes Imaginaires oraz... jeszcze jedne perfumy. :) Sami przekonajcie się, które.


Zacznijmy jednak od Bestii, w której skórze może znaleźć się dosłownie każdy i każda z nas.
Bo czy nie drobny przypadek, zbieg okoliczności, jeden atom w niewłaściwym miejscu i nie bylibyśmy tą osobą, którą jesteśmy obecnie? Czy to nie wychowanie do życia w społeczeństwie połączone z osobliwym poczuciem krzywdy i pragnieniem zemsty potrafi zmienić porządnych zdawałoby się ludzi w wielokrotnych wojennych morderców? Czyż największe bestialstwo nie miało przypadkiem zwykłej, całkowicie przeciętnej, buraczanej (a w pewnych okolicznościach na pewno poczciwej) twarzy Adolfa Eichmanna, w którą ze zdumieniem wpatrywała się Hannah Arendt podczas jerozolimskiego procesu zbrodniarza? Czyż filozofka nie stwierdziła wtedy, że tak naprawdę najgorszego zła dopuszczają się nie psychopaci ale właśnie ludzie do bólu zwyczajni, którzy zamiast myśleć samodzielnie własne postrzeganie rzeczywistości opierają wyłącznie o zbiór utartych banałów oraz stereotypów?

Prawdziwe zło - to, które najczęściej dotyka nasz świat - wbrew pozorom wcale nie ma twarzy wykształconego, wyrafinowanego i ponadprzeciętnie inteligentnego Hannibala Lectera ale raczej kogoś idealnie typowego; żyjącego swoim małym życiem, chodzącego na wywiadówki, oglądającego telewizyjne kabaterony, narzekającego na zbyt wysokie podatki oraz nieremontowane drogi jednocześnie, śpieszącego do pracy na siódmą rano a w rozmowach deklarującego: "nie jestem rasistą ale tych wszystkich uchodźców należałoby (wstaw co chcesz)". Bestią może stać się dosłownie każdy. Wystarczy tylko dać nam czas i możliwości.
Dlatego bardzo proszę: nie odsuwajcie się od Bestii. Nie mówcie o niej z obrzydzeniem. Nie czujcie się przy niej obco. Przecież to właśnie ona każdego dnia patrzy na Was z lustra. ;]

Podobne myśli chodziły po mojej głowie podczas testów Peau de Bête, dzieła jednocześnie naturalnego i porażającego swoją laboratoryjnością, bajkowego i futurystycznego, łagodnie roślinnego ale i brutalnie zwierzęcego. Pachnidło chwyta nas za gardło a następnie prosto przez nozdrza wżera się w mózg, po drodze kąsając inne organy. Teoretycznie silne i nie bawiące się w subtelności, faktycznie otacza nas ciepłym, przytulnym i gęstym woalem, dzięki któremu możemy poczuć się błogo. A wszystko to będzie dziać się tak długo, jak długo będzie zdawać sobie sprawę z własnego okrucieństwa, niesprawiedliwości i głupoty.
Jak długo w gęstych, gryzących w nozdrza, metalicznych i tłustych jednocześnie dymnych oparach Peau de Bête będziecie rozpoznawać samych siebie, ze wszystkimi Waszymi... naszymi wadami.
Jak długo będziemy rozumieć, że gorzkie, metaliczno-ziołowe otwarcie mieszaniny, tu i ówdzie ogrzane pieprzowymi, szafranowymi, lub muszkatowymi żarzącymi się węgielkami to nic innego, jak nasz charakter oraz to wszystko, co mamy w głowach; że następujące po nich intensywne roślinnienie mieszaniny, zieleniącej się cypriolem i paczuli, zastygającej żywicą cennych drzew na drzazgach i łagodnie umajającej całość lekko mydlanym, łącznym aromatem rumianku to nic innego, jak nasza dusza, zawsze piękna i nieskalana - przynajmniej według nas samych; ;> że ujawniające się w sercu a później tylko pogłębiające się intensywne, drapieżne, teoretycznie odzwierzęce elementy składowe perfum w rodzaju piżma, cywetu, labdanum, kastoreum czy skatol oraz indol ze wszystkich białych kwiatów świata to przecież nasze własne ciała, pachnące wysiłkiem, potem, chorobami, brakiem higieny czy najróżniejszymi naszymi wydzielinami.
Natomiast całość to po prostu - my. Tacy, jakimi jesteśmy naprawdę. Bez różowych okularów, niepotrzebnego optymizmu oraz photoshopa. Dzieci Natury tworzące Kulturę.

Tak, wiem jak to wszystko może brzmieć w uszach (oczach?) osób niechętnych dorabianiu do zapachów szerszej ideologii. Wiem i jednocześnie mam to głęboko gdzieś, całkowicie impregnowana na opinie ślepych malkontentów. A wiecie dlaczego?
Bo mogę. Wszak i ja również jestem Bestią.


Aczkolwiek wcale nie jestem dumna z okazanej przed chwilą nieuprzejmości oraz gruboskórności. Uważam, że we współczesnym świece jest ich zbyt wiele, bym mogła swobodnie dorzucać kolejną dawkę. Dlatego następna olfaktoryczna baśń opowiadać będzie o cieple i zmysłowości, o pocie, kurzu i brudzie, którym za towarzysza dano typowe, bardzo klasyczne, kwiatowe piękno starej daty.
Tym razem, oprócz Bestii, którą mógłby być każdy, poznacie również Piękną - a ich spotkanie... Oj, stanowczo nie będzie bajką dla dzieci. ;)
Przed Wami Parfum de Peau marki Montana.

Otóż o ile Peau de Bête jest kompozycją do cna współczesną, w niszowy sposób bezpośrednią ani niczego nie udającą, Parfum de Peau już od pierwszej chwili daje nam odczuć swoją historyczność, delikatność ukrytą pod pozorem gorzkiej a nawet lekko kwaśnej ziołowej nalewki, zaprawionej zamorskimi korzeniami a pitej gdzieś na zapleczu butiku Hermèsa, intensywnie pachnącego skórzaną galanterią wszelkiej maści tuż po miłosnym spotkaniu dwójki potajemnych kochanków.
Ona pachniała ciężkim, kwiatowo-drzewnym szyprem, on wtórował jej perfumami osnutymi na wątkach kadzidła z ziołami, paczuli oraz piżmem. Kiedy leżą obok siebie spoceni, z uchylonego na powitanie pogodnej letniej nocy okna dotarła do nich smuga kadzidła, frunąca prosto z pobliskiego gotyckiego kościoła a niosąca w sobie ducha, chłód i cień wyślizganych, wiekowych kamieni. Żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. Nie musieli.

Takie właśnie jest Parfum de Peau, kompozycja o dwuznacznej nazwie, odczytywanej dosłownie po prostu jako "perfumy skórzane" ale metaforycznie oznaczającej aromaty ciała. Czyli znów przede wszystkim to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. Przecież ludzkie ciało pachnie nie tylko tym, co samo wyprodukuje a co nie zawsze jest ładne ale również wszelkiego rodzaju perfumami: od ciepłych i gęstych, aksamitnych kwiatów, wśród których najważniejsze są balsamiczna róża, gorzko-rześki nagietek oraz chłodny, zadziorny narcyz z hiacyntem, przez wonie surowe i kanciaste: skórzaną galanterię, rozgrzewające przyprawy w rodzaju pieprzu, imbir czy szczypty kardamonu, najróżniejsze wonne dymy i drzazgi aż po ciepłą i czułą, za to niezwykle naturalistyczną głębię cywetu z piżmem, słonym ale złocistym akordem ambrowym tudzież srebrzystym, tonującym zwierzęce zapędy mchem dębowym.
W Parfum de Peau ciało i dusza, choć dokładnie takie same jak w Peau de Bête - co nie powinno dziwić, gdyż młodsza z kompozycji pochodzi bezpośrednio od starszej - i tak samo zdolne do zła, ukazują nam się od swojej najpiękniejszej lub raczej najbardziej miękkiej strony, tej kruchej, podatnej na zranienie.

Są delikatne jak najskrytsze dziecięce marzenia lub chwile, ukradzione życiu przez kochanków bez nadziei na wspólną przyszłość. Tak łatwo je zranić, tak łatwo przemienić w coś obrzydliwego.
Obyśmy nigdy i nigdzie nie musieli się o tym przekonywać.


Nie inaczej jest z baśniami, rozumianymi jako pradawni nauczyciele życia oraz reguł społecznych: mogą dać nam mnóstwo dobrego, jeżeli tylko nauczymy się interpretować je w odpowiedni sposób bądź wyciągać z nich to, co najlepsze.
Jak w Pięknej i Bestii z roku 1946, pierwszym francuskim filmie zrealizowanym po drugiej wojnie światowej. Opowieści o tym, że podzielić mogą nas nawet drobiazgi bez znaczenia, które dla innych okazują się być bezcennymi skarbami; o tym, że za zło należy odpokutować ale to, co prawdziwie wstrętne i naganne wyraża się nie w naszym wglądzie ale w czynach; oraz o tym, że niezależnie od wszystkich naszych wcześniejszych wyborów, od tego, jakie decyzje podejmowaliśmy w obliczu niebezpieczeństwa, złe czy dobre, wszyscy musimy na nowo nauczyć się żyć razem. Tworzyć a nie niszczyć.
Czego uczymy się jako dzieci... o ile tylko słuchamy odpowiednio opowiedzianych baśni. :)

Jak stwierdził w prologu do wspomnianego filmu jego reżyser, Jean Cocteau:
"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy, ponieważ nam ufają. Wierzą, że róża skradziona z ogrodu może popchnąć całą rodzinę w konflikt. Wierzą, że dłonie bestii w ludzkiej skórze zajmują się ogniem, gdy ten zgładzi swoją ofiarę i że odczuwa on [bestia] wstyd, gdy młode dziewczę zamieszkuje pod jego dachem. Wierzą w tysiąc prostych prawd.

Proszę was o odrobinę owego dziecięcego zrozumienia i, nie zapeszając, pozwólcie mi wypowiedzieć trzy* magiczne słowa, »sezamie, otwórz się« każdego dzieciństwa:

Dawno, dawno temu..."


Liquides Imaginaires, Peau de Bête

Rok produkcji i twórca: 2016, Philippe Di Méo
[tylko czyimi rękoma? ;P ]

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, stworzony dla miłośników ciemnych, typowo "niszowych" akordów aniżeli dla przedstawicieli którejkolwiek płci. Pachnidło trzyma się bardzo blisko skóry, gęste i okalające, na odległość niewyraźne a całą swoją moc i charakter prezentuje niemal wyłącznie dopiero po przyłożeniu nosa do skóry, szczególnie w późniejszych fazach (aczkolwiek nie wykluczam, że aplikowane chmurą prosto z flakonu mogłoby okazać więcej werw).
Na okazje raczej nieformalne.

Trwałość: w granicach pół doby wyraźnego życia oraz dalszych kilka niezauważalnego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (oraz oczywiście skórzana)

Skład:

Nuta głowy: błękitny rumianek, safranal, kmin rzymski, czarny pieprz, nasiona pietruszki
Nuta serca: drewno jałowca [nie prawdziwe ale dymna molekuła o żywiczno-dymnym zapachu], drewno gwajakowe, dwa rodzaje cedru, cypriol, paczuli, amyris, styraks, akord skórzany, tomka wonna
Nuta bazy: ambrarome, cywet, kastoreum, skatol


Montana, Parfum de Peau

Rok produkcji i nos: 1986, Jean Guichard

Przeznaczenie: pachnidło stworzone dla kobiet jako wieczorowe i zmysłowe, nawet przed trzydziestu laty zgodne bardziej z ponadczasowym stylem niż z ówczesną modą (choć spotkało się z łaskawym przyjęciem), współcześnie zdecydowanie bardziej uniseksowe. Wciąż kuszące, zmienne i bardzo niedosłowne, szczególnie w testowanym przeze mnie wydaniu vintage.
Jako takie, PdP pasuje do okazji nieformalnych, wieczorowych i/lub intymnych, pięknie wkomponowujące się w takie chwile każdej możliwej pory roku. :) Śmiałe, zostawiające za sobą ślad początkowo długi, z czasem coraz skromniejszy za to intensywniejszy, bardziej cielesny i jakby promienisty, może nawet łatwy do pomylenia z wonią zakochanej istoty ludzkiej. ;)

Trwałość: w sprzyjających okolicznościach, przy ciepłym powietrzu ponad dobowa ale i zimą dobrych kilkanaście godzin.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-skórzana (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: czarna porzeczka, brzoskwinia, śliwka, czarny pieprz, kardamon, akord zielony
Nuta serca: imbir, róża, tuberoza, jaśmin, ylang-ylang, goździk (kwiat), drewno sandałowe
Nuta bazy: paczuli, wetyweria, kadzidło frankońskie, ambra, piżmo, kastoreum, cywet, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (dwa zapachy na dwóch nadgarstkach, porównując je co jakiś czas).

P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. Beauty and The Beast autorstwa osoby o pseudonimie demonrobber.
2. Beauty and The Beast. Illustration 5 autorstwa osoby o pseudonimie STorA.
3. Beauty and the Beast (1946) [Autorka: Milena Petrovic].
4. Beauty and the beast z fotograficznego sztambucha Veroniki Ebert.
5. Beauty and the Beast [Autorka: Rovina Cai].

* W oryginale: cztery. Tłumaczenie własne.

piątek, 27 maja 2016

Gdzie jeszcze ludziom tak dobrze, jak tu?


Zacznijmy daleko, chociaż jednocześnie tuż pod nosem większości z nas:
"Był u mnie młody chłopiec z Pińska. Mówił śpiewnie, przeciągając. Cała jego powierzchowność doskonale harmonizowała z tym śpiewnym akcentem. Bez marynarki, w białej, czystej koszuli, w płóciennych pantoflach, przypominał studenta rosyjskiego, (...) który na »daczy« w dawnej Rosji prowadził długie teoretyczne dyskusje z panienkami. Ukryte za okularami niebieskie oczy patrzyły na mnie ciekawie i ufnie. Pisał kiedyś do mnie. Jest na krótko w Warszawie i »ot, nie mógł oprzeć się pokusie, przyjść, pogawędzić«. Otwarta, kresowa natura. Ludzie z kresów mają wiele podobieństwa do Rosjan. Trudno wytłumaczyć, na czym polega trudność prowadzenia z nimi rozmowy. Być może, zbyt łatwo nawiązują kontakt uczuciowy. W pierwszej minucie poznania już oddają całą swą duszę do rozporządzenia. Z niepokojąca łatwością zrzucają z siebie odpowiedzialność. (...)
Młody człowiek z Pińska szukał rady. Teraz właśnie skończył szkołę. Czy ma iść na uniwersytet? Czy tez zostać na wsi, to znaczy wegetować w ubóstwie i osamotnieniu? Jaki wybrać fach, aby stać się pożytecznym dla kraju i ludzkości?
Dużo się teraz pisze o młodzieży wychodzącej ze szkół. Ale bardzo jest trudno w zasięgu tych niebieskich, rzewnych oczu mówić wszystkie te mniej lub więcej banalne prawdy".
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe. 1927-1939. Wyboru dokonał i wstępem opatrzył Władysław Kopaliński, wyd. PIW 1956, s. 348.

Nie jestem pewna, czy jakiekolwiek znaczenie ma tu "kresowość Kresów", ich odległość od serca kraju, jednak ze swojego domu rodzinnego wyniosłam zupełnie inne nauki odnośnie bezkrytycznej otwartości i ufności wobec bliźnich. Bardziej w tym stylu:
"Na początku roku szkolnego ojciec mówi synkowi, pierwszoklasiście:
- Bądź pilnym uczniem a nie minie cię nagroda. Jeżeli przez cały rok będziesz grzeczny, pracowity, posłuszny, jeżeli będziesz zdobywać same dobre oceny, to w czerwcu, zaraz na początku wakacji, w nagrodę tatuś zabierze cię do najlepszej lodziarni w mieście, żebyś mógł się do woli napatrzeć, jak ludzie jedzą lody".
Nie wspomnę, ile razy jako dziecko stawałam się obiektem podobnych żartów, głównie ze strony najstarszych członków rodziny. Jak bardzo mnie frustrowały! Złościły małą wiedźmę, która rozumiała, że dorośli znowu mają jej kosztem radochę. Dziś jednak, z perspektywy osoby dorosłej, bardzo je sobie cenię; cieszy mnie świadomość, że dorastałam w świecie, który trenował bystrość mojego umysłu, poczucie humoru, autodystans oraz ogólną ogładę, słowem: klasyczne przedwojenne esprit. ;) A przy okazji o sile słowa nauczył wszystkiego, czego żaden kurs krasomówstwa [czy jaką to obecnie nosi nazwę] lub kreatywnego pisania nie dałby mi nigdy. Bo słowo trzeba mieć we krwi, podobnie jak inteligencję [a przede wszystkim: skromność ;)) ].
Jestem wdzięczna moim Dziadkom, ich krewnym i przyjaciołom, że nauczyli mnie tego wszystkiego, przywożąc swoje poczucie humoru, ducha i mentalność na dnie niezbyt pojemnych repatrianckich walizek.
Że zaszczepili w moim sercu kawałek świata, którego już nie ma. Oraz miasta, w którym starsze pokolenie rozmawiało z młodszym podobnie, jak w powyższej anegdocie. :)


Dlatego zajrzyjmy, proszę, znacznie bliżej, aniżeli poleskie bagna dzisiejszej Białorusi:
"Lwów, liczący w połowie lat dwudziestych około 250 tysięcy mieszkańców, był po Warszawie i Łodzi trzecim co do wielkości miastem międzywojennej Polski, ważnym ośrodkiem naukowym i kulturalnym (...). Obok Polaków, stanowiących wyraźną większość, we Lwowie żyła ludność żydowska (blisko jedna trzecia wszystkich mieszkańców) a także Ukraińcy, wtedy nazywani Rusinami, spolonizowani Ormianie i Niemcy. Ta wielość etniczna i wyznaniowa tworzyła niezwykły pejzaż miasta, nieznany nigdzie indziej poza Kresami. W panoramie Lwowa, położonego w kotlinie siedmiu wzgórz - niczym Rzym, jak chętnie porównywali lwowiacy - wyróżniały się sylwetki kościołów różnych obrządków.
(...)
Ani (...) ekskluzywne lokale, ani nawet wspaniałe zabytki, tylko mieszkańcy Lwowa byli jego największą osobliwością, wyróżniającą to kresowe miasto spośród innych. »Nie było to mieszczaństwo, nie był to proletariat miejski, te grupy spotykało się we wszystkich miastach. We Lwowie żył prawdziwy lud miejski (...). Ludność miasta była mieszaniną różnych narodowości, które tędy przez wieki przepływały. (...) Chętkę do włóczęgi wziął lwowski ludek od jeńców tatarskich, ale zawsze do swego miasta wracał (...). Przebiegłości nauczyli lwowian kupcy ormiańscy i żydowscy oraz greccy korzennicy. (...) Zastrzyk buty i pewności siebie dali przybysze z Węgier (...). Śpiewać uczył się lud lwowski od sąsiadów i współmieszkańców, tj. Ukraińców oraz od grajków z Czech, czerpał także z kupletów wiedeńskich« - pisał Stanisław Machowski".
Maja i Jan Łozińscy, W przedwojennej Polsce. Życie codzienne i niecodzienne, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2012, s.44-47.


I choć jest to skojarzenie cokolwiek na wyrost - ponieważ oparte przede wszystkim o nazwę pewnej produkowanej w dawnym Lwowie wódki - wystarczył jeden wdech powietrza przesyconego wonią perfum Sovereign marki Le Galion, aby w mojej głowie pojawiła się myśl: "To był lwowianin! Nie grzeczny chłopiec z Pińska ale wrażliwy i poetycki, chociaż gdy trzeba potrafiący twardo stąpać po ziemi, młodzian z dobrej, niezbyt zamożnej lwowskiej rodziny".

Tak oto w jedno zlały się fragment felietonu Słonimskiego o spotkaniu z prostodusznym prowincjuszem z Kresów oraz moje własne rodzinne lwowskie tradycje. :) Lub raczej sentymenty czy resentymenty, kilka przejętych po przodkach wspomnień, które nie mają już nic wspólnego z rzeczywistością; i tak zresztą będąc zbyt niejasnymi oraz wyidealizowanymi, by ktokolwiek poważnie mógł przywiązywać do nich wagę.
Jednak one wciąż istnieją, tkwią we mnie jako intymna - ale wyraźna - warstwa osobowości. Żyją w sposobie myślenia i poczuciu humoru, dają o sobie znać w podejściu do życia oraz związanych z nim przeciwności, obecne są nawet - a niech to! - we wspomnianej przez Słonimskiego typowo kresowej otwartości (w końcu nie muszę informować Was o zawiłościach losów moich krewnych a jednak właśnie to robię). ;) Sprawiają, że w pracy o wiele łatwiej dogaduję się z kolegą krakusem (też z Galicji) niż z koleżanką Kaszubką, choć obydwoje darzę jednakową sympatią. Dają mi oparcie pomimo faktu, że na co dzień ledwie zdaję sobie z nich sprawę. Lwowska mentalność jest dla mnie jak fundamenty dla budowli.

Być może właśnie dlatego Sovereign od Le Galion okazał się być lwowiakiem - wszak kryje w sobie to wszystko, co w perfumach najbardziej "moje" i kochane, cały ten orientalny przepych, silnie wrośnięty w tkankę świata nie do końca zachodniego...


Zapach ów powstał teoretycznie dla uczczenia modnych na przełomie wieków XIX i XX orientalistycznych klimatów - a faktycznie przede wszystkim po to, aby szastający petrodolarami arabscy szejkowie mogli w ofercie kolejnej luksusowej marki znaleźć coś specjalnie dla siebie. Jeżeli jednak oczekujecie, że świadomość tego w jakikolwiek sposób zmieni moje nastawienie do Suwerena, to najwyraźniej trafiliście pod zły adres ;]
Tak się bowiem składa, że jak już wielokrotnie wspominałam, żadne inne perfumy nie pasują mi tak bardzo, nie układają się na mojej skórze tak wdzięcznie, jak bogate, śmiałe i głośne orientale. Ciemny, drzewno-dymny, historyczny w duchu lecz zdecydowanie nowoczesny ciałem Sovereign jest tego znakomitym przykładem.  :) W jego suchych, załamujących światło, ciemnych oparach czuję się tak dobrze i wygodnie, jak czteroletnie dziecko w ulubionej piżamce. ;)

Kompozycja rozpoczyna się chrakternie ale przy tym zaskakująco niewinnie: to po prostu garść ziarenek różnokolorowego pieprzu, rzucona prosto w bukiet herbacianych róż. Suche, pomarszczone (albo gładkie o kruchej skorupce ;) ) pikantne kuleczki odbijają się od mięciutkich, aksamitnych płatków, delikatnie je raniąc i pozwalając wypłynąć pojedynczym kroplom wonnego różanego soku, wonnym oraz czystym. Dookoła roznosi się zapach różanej, z lekka konfiturowej słodyczy, ani na moment jednak nie przykrywając wibrującej w nozdrzach, drażniącej i suchej pikanterii ale pięknie z nią współgrając, stanowiąc dlan doskonałe przeciwieństwo.
Szybko jednak pojawiają się najpierw drzazgi zamorskiego drewna a chwilę później tłusty, srebrzysto-grafitowy dym z kadzielnic podwieszonych w oknie jakiegoś laboratorium (a może po prostu staroświeckiej apteki, w której akurat trwa proces przygotowywania leków...?). Nie potrzebuje wiele czasu, żeby zasnuć prawie cały krajobraz, z różanym ogrodem i targiem korzennym, przenikając stopniowo nawet przez mury rozgrzanych letnim słońcem ale chłodnych w środku dziewiętnastowiecznych kamienic czy podmiejskich willi.
Piękne żywice, wśród których na pierwszy plan wysuwają się elemi oraz mirra, bez niepotrzebnego krygowania otaczają pieprzowo-muszkatowe uty oraz stopniowo wypierają coraz łagodniejsze, coraz bardziej kremowe nuty kwiatów; już nie tylko róży ale też chłodniejszego, bardziej guerlainowskiego irysa. I ani się obejrzymy, jak przejmą władzę nad całym olfaktorycznym krajobrazem, utrudniając widoczność, wdzierając się w ludzkie życia oraz ciała, gęsty niczym egzotyczny, oudowo-kaszmeranowo-gwajakowy naturalny smog. Nawet, kiedy rzednie ciemna mgła Sovereigna skutecznie ukrywa przed naszym wzrokiem tamten tajemniczy, na poły baśniowy świat. A gdy znika całkiem - unosi go ze sobą.

Pstryk! I już go nie ma. Tylko o nim śniliśmy.


Czy więc można nam się dziwić, że znów chcielibyśmy zasnąć i wrócić do tamtego zaczarowanego świata? Do miejsca, czasów i ludzi, którzy naprawdę nigdy nie istnieli, choć chwilami czujemy, jakbyśmy znali ich osobiście? Do tego, co przecież żadną miara nie może być prawdą - tak jak prawdziwe nie są żadne wyobrażenia współczesnych odnośnie życia przed laty, nie tylko w średniowieczu ale i nawet niecały wiek temu. Tego jednak nasze tęskniące i rozmarzone serca nie chcą przyjąć do wiadomości.
Więc szukają. Jakiegoś tajemnego przejścia, portalu, wrót czasu, które zabrałyby nas wgłąb naszej własnej wyobraźni, którą nazbyt często mylimy z obiektywnym doświadczaniem.* Jak by tu można dostać się do wyidealizowanych, sepiowo rozpoetyzowanych minionych lat?
Na przykład za pomocą zapachu. ;) Perfum, które wskrzeszono po latach, aby odzwierciedlały ducha "dawnych dobrych czasów", wszystko jedno, których. Pachnidła o odpowiednio podniebnej i fantazyjnej nazwie tudzież zapachu, aby z miejsca przeniosły nas prosto w najpiękniejszą z możliwych przeszłości. Jak Sortilège, czyli Magia.

Zapach skrajnie różny od hołdującego współczesnym wcieleniom orientalności Sovereigna nie wstydzi się swoich historycznych korzeni, w czym podobny jest do opisywanych ostatnio [czyli, hmm... blisko miesiąc temu ;P ] innych wskrzeszonych kompozycji Le Galion. W Sortilège bowiem najważniejsza jest eteryczna kobiecość w jej pojmowaniu sprzed dobrych kilkudziesięciu lat. Tu o delikatności mówi nam naręcze chłodnych, pachnących kwiatów; kuszące, pierzasto-mydlane irysy, radosne narcyzy, pyłkowo słodki ylang-ylang, soczysta mimoza, gładki jaśmin wielkolistny, wiosenna, świetlista konwalia, cicha, skromna różyczka oraz kilka innych akordów, które jednak od samego początku unurzano w olbrzymiej ilości klasycznych, szklistych i strzelistych aldehydów. Kto kojarzy dawną (a nawet dawniejszą ;) ) Chanel No. 5? :) To jest właśnie ten klimat. Zgadza się nawet przewijająca się przez wstęp do Sortilège gładka i sucha, mleczna oraz ciepła brzoskwiniowa skórka. Sucha, łagodnie orientalna, drzewna, sandałowcowo-wetyweriowo-piżmowo-ambrowa baza również coś mi przypomina. ;)

Jednak Magia Piątką nigdy nie była i nie będzie; brak jej minimalizmu i typowo chanelowskiej chłodnej powściągliwości. Sortilège ma wrażliwszą duszę i serce, które nie wstydzi się publicznych porywów. Jest cieplejsza, bogatsza oraz w przedziwny sposób jednocześnie intymna ale i wylewna. Nie kryjąca się za szczelnym niczym zbroja misternym kostiumikiem w pepitkę ani za krótkim sznurkiem pereł. Śmiała i bezpośrednia ale jednocześnie skromna; ostentacyjna bardziej ale i mniej, aniżeli najsłynniejsze perfumy świata. ;) Złożona ze sprzeczności, jak na typowo kresową osobowość przystało.
Istota przybyła prosto ze świata, który miał odwagę z podniesionym czołem umrzeć, zniknąć a następnie przeistoczyć w coś zupełnie innego.


Sovereign

Rok produkcji i nos(y): 2015, Amelie Bourgeois oraz Anne-Sophie Behaghel

Przeznaczenie: pachnidło skierowane przede wszystkim do mężczyzn, czego kompletnie nie rozumiem; ostatecznie nie jest ani trochę mniej kobiece, aniżeli Olibanum od Pro Fumum Roma, Myrrhe Ardente Annick Goutal lub Wonderwood marki Comme des Garçons. Tym bardziej, ze charakteryzuje go bardzo dyskretna projekcja, zatem można Suwerena używać nawet podczas typowego dnia pracy bądź nauki i na pewno nie pożałujemy tego ani my, ani nasze otoczenie (o ile odpowiednio dobierzecie dawkę). :)
Dla mnie jest to pachnidło całkowicie uniwersalne, odpowiednie na wszystkie pory doby oraz roku.

Trwałość: ponad osiem do dziesięciu godzin wyraźnego życia oraz dalszych parę skokowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: pieprz czerwony i czarny
Nuta serca: irys, róża, mira
Nuta bazy: paczuli, oud, drewno cedrowe, drewno gwajakowe, akord ambrowy oraz inne nuty drzewne



Sortilège

Rok produkcji i nos: 2014, Marie Duchene
[A oryginalnie: 1937, Paul Vacher]

Przeznaczenie: tym razem mamy do czynienia z kompozycją stworzoną dla kobiet, co oczywiście może znaleźć uzasadnienie w gęstym od kwiatów składzie wody; współcześnie jednak takie perfumy, szczególnie w wydaniu vintage z powodzeniem cieszą nosy oraz skórę wielu mężczyzn, piękniejąc na nich i ukazując kolejne nieznane wcześniej oblicza. :) W niniejszym przypadku mamy zresztą do czynienia z produktem o typowo "męskiej" śmiałej projekcji i gęstości, dopiero w dalszych fazach rozwoju mieszanki redukującej się do spokojnej, nieco przyciężkie aury.
Na wszystkie okazje, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich wieczorowo-formalnych Wielkich Wyjść.

Trwałość: blisko dobowa

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aldehydowa (oraz aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: ylang-ylang, aldehydy, konwalia, bez
Nuta serca: jaśmin, mimoza, narcyz, róża, irys
Nuta bazy: drewno sandałowe, wetyweria, labdanum, piżmo, akord ambrowy, (mech dębowy?)
___
Dziś noszę Rose Oud od Yves Rocher. Gdzieś tam, głęboko pod dwoma opisywanymi mieszaninami. ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lwow-panorama.jpg [diorama z XIX wieku, autor nieznany]
2. http://www.wroclaw.pl/panorama-plastyczna-dawnego-lwowa-w-hali-stulecia [Autor: Tomasz Walków]
3. https://audiovis.nac.gov.pl/obraz/20356/839a5106d5de405e00ca64acadac5262/ [Narodowe Archiwum Cyfrowe, sygn.: 2-8508b]
4. http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/761988,Radio-Lwow-stukano-w-scianke-i-spiker-zaczynal [Autor: Józef Pitułko]
5. http://www.krzysztofgierak.pl/2011/04/zaczaruj-sie-we-lwowie.html [Autor: Krzysztof Gierak]

* A mówiąc mniej poetycko: żadna grupa rekonstrukcyjna i żadna, nawet najbardziej wyczerpująca książka popularnonaukowa nie da nam posmakować "prawdziwego" życia z przeszłości. Bez różnicy, czy spędzamy tydzień offline na polach Grunwaldu, czy z wypiekami na twarzach zaczytujemy się w bogato ilustrowanych książkach dotyczących dwudziestolecia międzywojennego bądź oglądamy serial o Eugeniuszu Bodo. To są jedynie kreacje, bo też niczym innym być nie mogą.
Już w ogóle pomijając fakt, że te wszystkie współczesne internetowe "damy z międzywojnia" w realnym życiu statystycznie częściej byłyby małomiasteczkowymi przekupkami handlującymi czym popadnie, głodowo opłacanymi pomocami domowymi albo wiejskimi kobietami bez połowy zębów i po pięciu porodach już około trzydziestego piątego roku życia. ;> A wszyscy dzielni chłopcy z kotwiczkami na ramionach (ostatnio jakoś dziwnie wykracza to poza bezpieczny rejon pikniku historycznego), co to "na tygrysy mają visy" najprawdopodobniej staraliby się przede wszystkim jakoś przeżyć, bez narażania się i ochotniczego pchania na linię ognia - o tym też mówi nam statystyka. :>
Dlatego nie mylmy własnych fantazji z rzeczywistością, szczególnie tą sprzed lat, bardzo Was proszę. To już nawet nie jest naiwne ale we współczesnej Polsce robi się zwyczajnie niebezpieczne.

sobota, 30 kwietnia 2016

Podróż Wędrowca do Zmierzchu


To chyba jedyna marka marka, której odrodzenie mnie nie ucieszyło. Więcej nawet: wskrzeszenie Le Galion wystraszyło mnie, że ich stare produkty - o których poznaniu zawsze marzyłam - zaczną znikać z serwisów aukcyjnych a wcześniej osiągną jeszcze bardziej niebotyczne ceny, wywindowane pod samo niebo przez miłośników perfum, zaciekawionych nowymi produktami ale chcących też zgłębić historię marki. Kieyd jednak próbki nowych kompozycji same wpadły mi w ręce (głównie dzięki regularnym dostawom od perfumerii Quality), to czemu nie miałabym ich przetestować...? ;)
Odważyłam się więc i - bardzo dobrze zrobiłam! :D Przecież każda podróż w czasie to dla mnie niemała gratka!

A w taką właśnie wyprawę zabierają nas Galeony (nie wszystkie ale większość z poznanych przeze mnie), chociaż są de facto całkiem nowe... :)


Ponieważ w świecie konwenansu sprzed lat damy zawsze i bez wyjątku miałi pierwszeństwo, więc tym razem skupmy się najpierw na perfumach wiotkich i poetyckich, stworzonych przede wszystkim z woni kwiatów oraz owoców.

Iris

Ciekawy, w pewien sposób guerlainowski irys o matowym, łagodnym i pełnym, mydlano-pieprzowym wydźwięku, otoczony komfortowymi nutami innych kwiatów, wśród których na pierwszy plan wysuwają się pastelowa, łagodna lilia oraz słodka mimoza; towarzyszą im jednak akordy ożywczo-zielone, cudnie żywiczne. W tym moje ukochane galbanum, dodające kompozycji życia i charakteru. Baza jest jasnopiżmowo-drzewna, pierzasto-kwiatowa, trochę w stylu rozpropagowanym przez urocze bestsellery Narciso Rodrigueza (które to porównanie wcale a wcale nie powinno deprecjonować marki luksusowej i "niszowej", za jaką pragnie uchodzić Le Galion).
Przeuroczy, choć średnio trwały, spokojny i bliski skórze. :)

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka oraz inne cytrusy, zielona mimoza, nasiona piżmianu
Nuta serca: irys, róża, lilia, galbanum
Nuta bazy: drewno cedrowe, jasne piżmo, akord ambrowy


La Rose

Na anglojęzycznej Fragrantice ktoś nazwał ją "różą pokrytą grubą warstwą balsamu do opalania" i tak własnie jest! ;) Róża miękka, o grubych, aksamitnych płatkach, nieoczekiwanie zdjęta ze swego królewskiego piedestału; zestawiona z plebejskim akordem niedojrzałej brzoskwini, chłodnej i czystej wody oraz czegoś piaskowo-ziemistego ale kremowo-maślanego jednocześnie (piżmo i fiołek? piżmo, fiołek i paczuli...?) La Rose zaskakuje, prowokuje do uśmiechu. Pałętająca się gdzieś na skraju bazy sucha wanilina zdaje się tylko potwierdzać plażowe skojarzenia; ostatecznie kto powiedział, że krem przeciwsłoneczny nie może mieć waniliowego zapachu? ;)
Na pewno mieszanina jest dosyć wyraźna i śmiała, choć naturalnie na nowoczesną modłę, bardziej wibruje wokół ludzkiej sylwetki jako swobodna aura, aniżeli zostawia za sobą wyraźny ślad. Jednak kontakt z nią to sama przyjemność. :)

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: świeżo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: liście fiołka, bergamotka
Nuta serca: "wodna brzoskwinia", ylang-ylang, lilia, róża
Nuta bazy: wanilia, paczuli, piżmo, drewno cedrowe


Snob

Nie lubię myśleć o sobie jako o snobce; jednak jestem nią, aczkolwiek nie w najbardziej utartym rozumieniu terminu. Nie ekscytuję się bardzo drogimi przedmiotami [o ile nie są to cenne książki lub perfumy o fenomenalnym zapachu], nie pożądam jawnie bądź skrycie [no chyba, że książek], nie zazdroszczę ich nikomu [sprawdzić, czy nie książki]. ;D Dlatego do perfum o takim tytule podeszłam z niemałą rezerwą. Bo co może być ciekawego w Snobie? No co?
Przede wszystkim to, że galionowski Snob okazał się być... dzieckiem. Płci nieokreślonej ale to nieważne; grunt, że mocno nieletni miliarder jest istotą energiczną, wesołą, otwartą i o dobrym sercu. Lubiącą towarzystwo innych dzieci, zabawę  od rana do wieczora, świeże chrupiące jabłka prosto z drzewa - które jego troskliwa niania czasem zapieka w kruchym cieście - oraz gumę do żucia. Duże ilości gumy żucia w typie popularnych w latach 90. XX wieku, arcysłodkich kolorowo powlekanych kulek o bliżej nieokreślonym owocowym smaku. :) Takich, które można porozrzucać po całej rezydencji: od chłodnej, odrobinę mrocznej piwnicy, przez wyposażoną w drewniane antyki bibliotekę ojca i pachnący ciężkimi, kwiatowymi perfumami buduar matki aż po lekko przykurzony, rozgrzany, suchy i słoneczny strych. W takim otoczeniu wszystko zmienia się w przygodę!
Nasz dziecięcy miliarder to Richie Rich. ;) Wszędobylski, niezmordowany, hałaśliwy ale niezaprzeczalnie uroczy.

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: szafran, jabłko, mandarynka, bergamotka
Nuta serca: irys, kwiat pomarańczy, róża, jaśmin wielkolistny
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, białe piżmo


No dobrze, kwiaty i owoce sobie, mnie jednak najbardziej ekscytują zupełnie inne olfaktoryczne klimaty [mimo wszystko wciąż to dymy i drewna cenię najbardziej ;) ]. To właśnie dla nich z radością rzuciłam się odbyć podróż w przeszłość pod francuską banderą. Opłaciło się; na starym galeonie poznałam duchy trzech niezwykle intrygujących i wyjątkowo urodziwym mężczyzn sprzed lat... lub raczej męskich perfum. ;)
Oto one.

Cuir

Paul Vacher, legenda francuskiego perfumiarstwa i mózg (oraz oczywiście nos ;) ) marki Le Galion, słynny był m. in. ze skórzanych kreacji dla najwykwintniejszych marek swoich czasów: Diorling na prośbę Christiana Diora oraz starszego o trzydzieści lat Scandal dla Lanvin. Powstałe w zeszłym roku Cuir ma nawiązywać do tradycji oraz ducha tamtych wód. Ma ale... nie nawiązuje.
Tak się bowiem składa, że obie wspomniane kompozycje były pachnidłami typowo kobiecymi, natomiast Cuir nie powstydziłby się żaden mężczyzna żyjący gdzieś pomiędzy 1931 a 1960 rokiem. Ta skórzana mieszanka: gęsta, dymna, mroczna i sucha, wyobrażająca człowieka o głosie zdartym przez zbyt wiele tytoniowego dymu tudzież dobrych, starych alkoholi, kryje w sobie czar dawnych lat. Popularne przed laty akordy rosyjskiej skóry zestawiono tu z suchymi, pełnymi drzazg deskami ciemnego, szlachetnego drewna oraz tłustymi dymami ziołowych kadzideł; głęboko w bazie wybrzmiewa naturalny mech dębowy oraz zwierzęce piżmo. Takich olfaktorycznych opowieści prawie nikt już nie pisze; może tylko jeden Roja Dove. :) Jednak ten człowiek to fenomen; który, jak się okazuje, od niedawna musi mierzyć się z francuskim Galeonem. ;) A podróż nim będzie długa i ekstatyczna, choć szczęśliwie pozbawiona przygód w postaci sztormów, mielizn czy raf.

Rok produkcji i nos: 2015, Vanina Muracciole

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, elemi
Nuta serca: biała lilia, skóra
Nuta bazy: drewno sandałowe, szara ambra, piżmo, mech dębowy


Eau Noble

Na internetowej stronie producenta możemy przeczytać, że rok narodzin pierwszego wcielenia Eau Noble, 1972, był znamienny dla świata: w końcu to właśnie wówczas zdobycze rewolucji seksualnej powoli krzepły a widok odzianych w spodnie kobiet powoli przestawał robić jakiekolwiek wrażenie [głównie dzięki pracy Yvesa Saint Laurenta]. Duch mężczyzny, o którym opowiada mi Eau Noble, świetnie pamięta te czasy oraz swoją niepewność wobec zachodzących zmian: sprzeciw, może też zdumienie lub rozczarowanie a w końcu przyzwyczajenie i akceptację nowej sytuacji. Jednak zanim do niej doszło nasz bohater mówił głośne i stanowcze: "nie".
Wyrazem buntu przeciwko nowemu porządkowi śmiało mogłoby być właśnie omawiane pachnidło, czyli klasyczny, znakomity paprociowiec starej daty. Stanowczy ale nieostentacyjny twór mógłby uchodzić również za ideał biernego oporu. ;) W każdym razie robi znakomite wrażenie, skupiając naszą uwagę za pomocą suchych i słonecznych, niesłodkich cytrusów w starym stylu, otoczonych przez skrzące się żywiczne nuty galbanum oraz antyseptyczną lawendę, ciepłe suszone zioła, różane geranium, paczuli wraz z cennymi drewnami oraz nutami okołocielesnymi, z których najważniejsze są labdanum i cywet. Eau Noble, choć tak bogata, zachwyca skromnością i umiarem, za co może odpowiadać osuszający całość mech dębowy, podsumowujący mieszankę jak wąsy męską twarz.

Rok produkcji i nos: 2014, Marie Duchêne

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cedrat, galbanum
Nuta serca: lawenda, geranium, szałwia, (jaśmin?)
Nuta bazy: paczuli, drewno cedrowe, drewno sandałowe, mech dębowy, piżmo, (labdanum, cywet)


Vetyver

Ostatnia z opisywanych dziś kompozycji po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w roku 1968 jako wariacja na temat kwiatowy, która trafiłaby do gustu ówczesnym mężczyznom. No cóż, nie wiem, jak z panami sprzed blisko pół wieku ale na tle obecnych bestsellerów "męskiej ścianki" popularnych perfumerii współczesny Vetyver wprost poraża ilością testosteronu w organizmie. ;) Świeży, żywy, energetyczny dzięki cytrynie i bergamotce zestawionych z lawendą i świeżo ściętymi ziołami przypomina mi jakiegoś ówczesnego sportowca tuż po prysznicu, kończącym poranny trening. :)
Z czasem okazuje się, że tytułowy składnik pachnidła jest w nim praktycznie nieobecny, mnie jednak zupełnie to nie przeszkadza. Jestem zbyt zajęta cytrusową świeżością, gęstniejącą w akord zmysłowego, podkreślonego sandałowcem w dawnym stylu oraz suchą, sianowatą kumaryną lenistwa. Błogiego nasycenia i zmęczenia; co ciekawe - a we współczesnych perfumach (lub raczej ich handlowej otoczce) niemal niespotykane - są to zmysłowość i spełnienie bez najmniejszych podtekstów erotycznych. Cudo! :) Dyskretny odpoczynek w cieniu przydomowego tarasu, chwila ukradziona rutynie codzienności. Vetyver to promowany przez kolorową prasę cenny "czas tylko dla siebie", wyjątkowo jednak w typowo męskim wydaniu. :) Jestem zakochana.

Rok produkcji i nos: 2015,  Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, gałka muszkatołowa, kolendra
Nuta serca: werbena, szałwia, lawenda, petitgrain, estragon
Nuta bazy: wetyweria, drewno sandałowe, bób tonka, piżmo


A o dwóch najprzyjemniejszych kompozycjach marki opowiem Wam następnym razem. Wciąż będziemy podróżować zaczarowanym galeonem, aż do spotkania z pewnym Lwem oraz dwójką jego towarzyszy. :)
___
Dziś noszę nic innego, jak Vetyver. :)

P.S.
Ilustracje pochodzą ze strony internetowej Le Galion: legalionparfums.com

czwartek, 28 kwietnia 2016

Słodkie lata 90., czyli dzień w muzeum

Perfumiastwo, jak każda dziedzina sztuki, ma charakterystyczne style, mody oraz inne cechy, po których od razu można odgadnąć czas powstania danego dzieła. Od przykładów najwybitniejszych, nieśmiertelnych i zachwycających urodą bez względu na upływ czasu aż po niezliczoną ilość mniej lub bardziej wiernych i udanych naśladownictw, czasem wystarczy tylko zwrócić przelotną uwagę, aby (mniej więcej) oszacować wiek danego obrazu, budynku, utworu muzycznego lub literackiego albo właśnie - perfum. :)
Bez różnicy, czy to, na co patrzymy, czego słuchamy bądź wąchamy, przypadło nam do gustu, czy niekoniecznie. Ani nawet, czy dane dzieło okazuje się obiektywnie wybitne i wyjątkowe, czy raczej wtórne jak kolejne limtowanki Escady. ;) Styl czuć od razu.
Podsumowując: nie każda budowla może być Petit Trianon, londyńskim Somerset House czy łazienkowskim Pałacem Na Wodzie ale już typowo polskim sielsko-anielskim, mazowiecko-małopolskim białym dworkiem z kolumniekami - czemu nie...? ;)

Z perfumami jest identycznie. Choć nie każde mają szczęście być Angelem, Féminité du Bois, Trèsorem czy l'Eau d'Issey, to naprawdę nie trzeba wiele trudu, aby w ich oryginalnym, nieskalanym setką reformulacji rówieśniku rozpoznać typowy produkt lat 90. XX wieku. :)

I skoro już mowa o Escadach...


Jardin de Soleil, limitowany zapach sprzed dwudziestu lat (wydany jeszcze pod szyldem Escada Margaretha Ley), to typowy przykład perfum z tamtych lat: potężny wielokwiatowy bukiet kwiatów o odurzającym zapachu ale prezentujących się ludziom od swojej słodkiej, wybitnie syropowej strony. :) Owszem, są tu wydelikacone, przygładzone hiacynty, nienachalny ale ulizany na "mokrą włoszkę" kwiat pomarańczy w duecie z jasną, lekko kokosową gardenią a nawet słabiutkie - a to wtedy była sztuka! - jakby wydestylowane widmo tuberozy, są soczyste brzoskwinie o suchej i ciepłej, pokrytej przyjemnym meszkiem skórce, jednak wszystko to przypomina raczej płaski obrazek, ładną ale nierzucającą się w oczy fotografię z epoki aniżeli poważne perfumy.

Żeby Słoneczny Ogród się sprzedawał, cały ten landszaft, jak pieczęcią okrągłą z orłem, podbito modnymi wówczas ozonowymi nutami morskimi, tu pasującymi jak kwiatek do kożucha. Dużo calone czy czegoś podobnego - i już ładna, budząca zainteresowanie dojrzałych kobiet lat 90. (pamiętających przecież narkotyczne kwiatowce minionych dekad) mieszanka staje się modna. Na miarę nastolatek sprzed dwudziestu lat, ślepo zakochanych w Cool Water Davidoffa czy Acqua di Gio od Armaniego. Dla wszystkich natomiast jest ulepowata słodycz, która wówczas akurat szturmem zdobywała kolejne bastiony sztuki perfumiarskiej [do dziś na nich siedzi, jak Witchking of Angmar na Minas Morgul ;P ]. I pięknie, można sprzedawać!
Przed laty potencjalny, zaspokakający najpowszechniejsze gusta hicior, dziś kompozycja już nie całkiem zrozumiała (choć z pewnością wciąż mogłaby znaleźć grupę zwolenników płci obojga) - obiektywnie jednak Jardin de Soleil to lekka kakofonia.

Dlaczego więc o nim wspominam?
Po pierwsze dlatego, że wbrew pozorom wcale nie jest zły, w końcu składa się z całkiem przyjemnych elementów. ;) Poza tym traktuję omawiane perfumy jako ciekawostkę, rodzaj eksponatu prosto z Muzeum Sztuki Olfaktorycznej. ;) Okazu co prawda niekoniecznie wybitnego - choć stworzyła go doświadczona i utalentowana głowa - ale w szczególnie precyzyjny sposób pokazującego, jak pachniała ówczesna ulica, co się podobało oraz sprzedawało.
Podsumowując: w roku 2016 dwudziestoletni Jardin de Soleil pomaga zrozumieć, dlaczego tak kochamy świeżaki oraz skąd właściwie wzięły się Euphoria Calvina Kleina czy la Vie est Belle od Lancôme. :) To klasyczny wehikuł czasu, jak na muzealny artefakt przystało. ;)


Rok produkcji i nos: 1996, Sophie Labbé

Przeznaczenie: pachnidło skomponowane dla kobiet i... jako jedne z nielicznych takim właśnie jest (choć oczywiście ani mi głowie odradzanie testów mężczyznom, którzy lubią podobne klimaty lub po prostu są ciekawi). W każdym razie kompozycja okazuje się wyrazista, w początkowych fazach łatwo wyczuwalna ale gęsta i niechętnie odstająca od skóry, cooczywiście z czasem się pogłębia. ;)
Na okazje raczej niezobowiązujące; aczkolwiek dyskrecja mieszaniny z powodzeniem kwalifikuje ją do użytku dziennego.

Trwałość: bywało lepiej; trzy lub cztery godziny spokojnej projekcji oraz dalszych parę stopniowego zaniku to naprawdę nie jest dobry wynik. [Zastanawiam się nawet, czy to nie wina nut ozonowo-wodnych, z którymi ma ns skóra się nie lubi ale szybki rzut oka w Sieć upewnia mnie, że nie tylko ja mam kłopot z trwałością Jardin de Soleil].

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: gardenia, tuberoza, neroli, malina, brzoskwinia
Nuta serca: kwiat pomarańczy, hiacynt
Nuta bazy: drewno sandałowe, mech dębowy
___
Dziś noszę Feuillage Vert marki Miya Shinma.

P.S.
Jak widać, pierwszą ilustrację zaczerpnęłam z Getty Images, choć nie pamiętam, po jakim źródle do niej dotarłam. :( Jej autorem jest Tom Roney.

czwartek, 31 marca 2016

Rewolucja obok ogrodu

Róże, róże, wszędzie róże! Myślałby kto, że mamy ciepły, słoneczny oraz bujny późny czerwiec a nie przełom marca i kwietnia, kiedy wiosna dopiero się zaczyna ...przynajmniej w Polsce. ;) Tymczasem trudno zaprzeczać faktowi, że nasz kraj do grona "domyślnych użytkowników perfum luksusowych" raczej się nie zalicza (choć sytuacja szczęśliwie powoli się zmienia), zatem to nie nasza wiosna stanowi priorytet dla producentów pachnideł. Prędzej tradycyjny basen Morza Śródziemnego z przyległościami, gdzie aura jest przecież nieporównanie łagodniejsza.
Myślę, że do tego rejonu spokojnie można zaliczyć także Półwysep Arabski, razem z Omanem, jego sułtanem oraz marką Amouage. ;)

Pachnące klejnoty w tamtejszej koronie wzbogaciły się ostatnio o kolejny okaz, wielkiej urody karminowo-różany rubin z niezwykłymi, metalicznymi inkluzjami.


Opus X, bo o nim mowa, rozpoczyna się z hukiem i łoskotem, potężnym strzałem z różanej haubicy. :D Dokładnie tak, róża w najnowszym Dziele to broń, gwałtowna, niezawodna a także - przez wysoki stopień skoncentrowania oraz olfaktoryczne otoczenie - zdolną poczynić niemałe straty w ludziach. ;) Nie dość, że występuje w czterech różnych postaciach, to jeszcze asystuje jej jasne, cytrusowo odświeżające (choć przecież równie różane jak ona sama) geranium.

Nie byłoby jednak historii, gdyby nie inne towarzyszące hegemonce nuty. I tu dopiero robi się ciekawie; królowej kwiatów w kilku wcieleniach towarzyszą bowiem akordy chemiczne, industrialne, hutniczo-kopalniane. Cóż, to chyba rewolucja przemysłowa w ogrodzie różanym. ;)
Najpierw do przesyconych cennymi sokami grubych, mięsistych i aksamitnych płatków dołącza ciepły opar spalonego węgla, tłusty i słodki ale jednocześnie lekki (w końcu i zadeklarowany w nutach werniks, i sztuczna skóra bywają spokrewnione z węglem), skontrastowany jednak obecnością chłodnego żelaza, starego ale nie zardzewiałego. Potrzeba czasu, aby kompozycja ogrzała się i ułożyła na ciele, kradnąc mu trochę ciepła, łagodności i zapachu. W ten sposób Opus X nie staje się kompozycją animalną, zyskuje jednak niedosłowną słodycz, łagodność i spokój, dzięki którym róża - tym razem już nie żywy kwiat ale jego wyraźne odwzorowanie, na przykład w najciemniejszej odmianie palisandru - stopniowo roztapia się w zlocistej miedzianej kąpieli.

Najmłodszy element Serii Bibliotecznej to perfumy różane stokroć bardziej, aniżeli starsza o dekadę seria Lyric. Są równie abstrakcyjne ale bardziej mineralne, od początku do końca utrzymane w stylistyce zręcznej iluzji. A zatem znakomicie pasujące do naszych czasów, nie ceniących przecież naturalności w perfumach.
Co nie zmienia faktu, że bardzo, bardzo ładne. ;)


Rok produkcji i nos: 2016, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny o dużej mocy; może nie ciągnie się za uperfumowaną osobą kilometrowym ogonem ale jak na współczesne kompozycje naprawdę daje popalić. ;) Z czasem oczywiście słabnie, redukując się do szerokiej ale ciężkiej, stosunkowo nieruchomej aury.
W związku z czym Opus X wydaje się być wymarzony na wszystkie okazje wieczorowo-nocne, bardziej lub mniej oficjalne. Sprawdza się jednak i za dnia.

Trwałość: bardzo dobra, ponieważ oscylująca wokół pół doby wyraźnego życia na skórze i wokół niej oraz dalszych trzech do prawie ośmiu godzin stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: róża stulistna, akord krwawej róży, róża damasceńska, tlenek róży [? coś, co w oficjalnym spisie nut figuruje jako "rose oxide"]
Nuta serca: akord werniksu, geranium, skóra
Nuta bazy: ambrarome, ylang-ylang, akord metaliczny, oud
___
Dziś noszę Rose Oud od Yves Rocher.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://wallpapercave.com/w/cks4CEs#google_vignette

sobota, 26 marca 2016

Na wiosnę


Wielkanoc, szczególnie tak słoneczna i ciepła jak tegoroczna, to święto nie tylko religijne ale przecież także cudowny, radosny czas, w którym odradza się życie, rośliny na powrót zaczynają zachwycać swoją bujnością i w ogóle chce nam się chcieć, gdy wszystko wokół jest takie serdeczne, energetyczne, pozytywne i kolorowe. Uff, to było długie zdanie. ;) Ale i jednocześnie całkowicie prawdziwe.

Wielkanoc - czy w ogóle wczesna wiosna - to ten okres w roku, kiedy jak nigdy chce nam sie przebywac na świeżym powietrzu, jeść tryskające świeżością [w dzisiejszych czasach co prawda chemiczną ale zawsze ;] ] owoce i warzywa a także pachnieć ożywczo, niezobowiązująco, zielono. :) Inni pewnie napisaliby, że świeżo i lekko ale to jestem ja, która nie przepadam za świeżością czy lekkością w ich potocznym rozumieniu. ;)
Dlatego co roku szukam swojej własnej interpretacji tętniącego życiem i beztroską wielkanocnego pachnidła. W poprzednich latach padało między innymi na Moon Bloom od Hirama Greena czy Jasmine White Moss z butikowej kolekcji Estée Lauder [choć to beztroska cieniem i nostalgią podszyta], w tym natomiast zdecydowałam się na Lolę marki Signature Fragrances London.

Pachnidło pokazujące, że nawet wiosenna feeria barw, nawet słodycze i popularne kwiatki mogą kryć w sobie zupełnie niespodziewaną głębię...


Kompozycja rozpoczyna się w stylu identycznym do pierwszej z mieszczonych fotografii: jest słodko, przyjemnie, wesoło i ładnie; tak po prostu. Bez żadnych filozofii, bez silenia się na nic, może poza sprawieniem odbiorcy artystycznej przyjemności balansującej na granicy kiczu. :) Tu do głowy idzie wysokoprocentowy szot z serotoniny i endorfin, reprezentowanych przez popularne kwiaty w rodzaju bezpretensjonalnego jaśminu wielkolistnego, sprężystego neroli, łagodnej herbacianej róży oraz jasnego, krystalicznego, płynnego miodu. Gdzieś w tle pachnie koniczyna i bliżej nieokreślone drzewa owocowe. Jest słonecznie ale nie upalnie, wieje lekki wietrzyk, chce się żyć. Jakkolwiek jest to życie osoby pozbawionej nawet najmniejszych trosk, pozornie może i kuszące ale naprawdę ździebko nudne (a z czasem pewnie coraz bardziej monotonne).

Na szczęście pojawia się składnik, który dodaje mieszaninie głębi. Dzięki niemu Lola nie jest już pustogłową istotką ale zaczyna żyć naprawdę. Ten składnik to paczuli. Ciepłe, ziemiste, w otoczeniu tchnących świeżością kwiatów oraz nektarowej słodyczy miodu całkowicie niewinne, zapewniające jednak dziełu niezbędną przestrzeń, tło, kontekst oraz, co tu dużo mówić, po prostu Duszę przez duże D. ;)

W bazie perfumy uspokajają się jeszcze bardziej, po początkowym ADHD zostaje zaledwie cień w postaci ambitnej, aksamitnej słodyczy, suchej i pyłkowej jednocześnie. Paczuli powoli zmierza ku rejestrom czekoladowym, w które jednak nie wpada, zatrzymawszy się na jasnych cedrowych deskach; przy czym moim zdaniem drzewo, z którego je stworzono rosło raczej w Japonii aniżeli w Libanie bądź amerykańskiej Wirginii a znane było pod nazwą hinoki. ;)
Czyli bardziej cyprys z niezwykle subtelnym, ledwie zauważalnym powiewem jasnego kadzidła rodem z Kyoto Comme des Garçons. Dodajcie do niego najdelikatniejsze wcielenie białych kwiatów oraz miodowo-słodki powidok a otrzymacie Lolę. :) Ramę zapewnia jej ciepły, paczulowy cień, ogrzewający pozostałe nuty swoim rozkochanym spojrzeniem.

No cóż, najwyraźniej Lola cała jest poezją. Fraszką ku czci piękna wiosny.
Niby drobiazg ale jaki piękny!


Rok produkcji i nos: 2014, ??

Przeznaczenie: pachnidło kojarzone z kobietami, zapewne przez nuty, moim zdaniem jednak spokojnie mogą testować je mężczyźni; a nawet powinni, ponieważ na ich skórze ta słodycz na drzewnej podstawie może okazać się naprawdę interesująca.
Na pewno perfumy charakteryzują się całkiem sporą intensywnością, chociaż nie lubią zostawiać za sobą śladów; prędzej orbitują wokół uperfumowanej osoby jako aura żywa ale znająca zasady dobrego wychowania. ;) W związku z czym możecie nosić Lolę w dzień oraz po zmroku, na okazje Bardzo Ważne ale i zupełnie niezobowiązujące, do tańca i do różańca.
Mam wrażenie, że dla niektórych z nas Lola mogłaby się okazać nie przygodną znajomością ale wręcz miłością na ładnych kilka lat [właściwie jedyne, co naprawdę mi w niej nie pasuje, to cena. ;) Pięćdziesiąt funtów za sześć mililitrów; co prawda ekstraktu ale jednak].

Trwałość: około piętnastu godzin spokojnego ale wyraźnego trwania oraz dalszych kilka skokowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: gourmand-kwiatowa (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: kwiat afrykańskiej pomarańczy
Nuta serca: paczuli, jaśmin
Nuta bazy: drewno cedrowe, jasny miód, róża

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/mmoorr/5652104654/ [Autor: Mor Naaman]
2. https://www.flickr.com/photos/djprmf/15060850234/ [Autor: Pedro Fernandes]
4. https://www.flickr.com/photos/civisi/3432457502/in/photostream/ [Autor ukrywa się pod pseudonimem jjMustang_79]


***




Korzystając z nadarzającej się okazji, chciałabym życzyć Wam oraz Waszym bliskim wspaniałych, ciepłych, szczęśliwych Świąt, niekoniecznie Wielkiej Nocy.

Ostatecznie okazja do świętowania zawsze się znajdzie. ;)


Bądźcie radośni i niech dobro, które czynicie, wraca do Was pomnożone!

Dla świata i ze światem


Pochodził z terenów Bliskiego Wschodu, jednak serca i dusze największej rzeszy wyznawców zdobył w kolebce cywilizacji europejskiej, Rzymie.
Na święty dzień wybrał niedzielę, na pamiątkę własnego zwycięstwa nad śmiercią i złem ale w rzeczywistości dzięki prymatowi celebrowanego wtedy życiodajnego słońca, które ogrzewało ziemię swymi życiodajnymi promieniami. Jak chce tradycja, urodził się w okolicach 25 grudnia, zaś umarł - by wkrótce zmartwychwstać - wiosną, i to właśnie te dwie okazje okazały się najważniejszymi świętami dla wszystkich jego czcicieli.

Oddał życie w odwiecznej walce dobra ze złem, zapewniając tym samym odkupienie całej ludzkości; złożył samego siebie w ofierze w imię wielkiej, szlachetnej Sprawy.* Zawalczył w ten sposób o nieśmiertelność ludzkich dusz. Tuż przed śmiercią w wyniku ukrzyżowania spożył ze swoimi uczniami ucztę. Choć przy jego grobie postawiono straże, miejsce trzeciego dnia po śmierci okazało się puste. Zmartwychwstały bóg ukazywał się jedynie swoim uczniom, przekazując im ostatnie wskazówki, jak po śmierci dostać się do boskiego królestwa w niebie, do którego zresztą wstąpił wraz z ciałem wkrótce potem. Wtedy też uczniowie bóstwa udali się w świat, nauczając i nawracając niewiernych.

Jego późniejsi wyznawcy przyjmowali chrzest a podczas liturgicznych obrzędów spożywali ofiarę z chleba i wina**, symbolizujących ciało oraz krew boga. Domyślacie się już, o kim piszę? :)
O Mitrze.

Imię tego perskiego bóstwa oznaczało tyle, co 'pakt', 'przyjaźń', 'ugoda', możliwe zatem, że w istocie objęte było tabu a używane powszechnie określenie miało opisywać najważniejsze cechy bóstwa, będącego przecież jednocześnie przedmiotem i podmiotem przymierza ludzi z dobrem oraz Najwyższą Światłością. Choć to tylko moje spekulacje.
Jednak kim w istocie był Mitra, bóg zrodzony ze skały***, zastanówmy się innym razem, dobrze?

Przecież i Was, i mnie przywiodły tutaj perfumy. :)
Zapach bogatego ale zdumiewająco łagodnego Wschodu, który dawno już zdążył zakorzenić się w naszych sercach. Na pewno znacie ten motyw; wszak wracam ku niemu co Wielkanoc. ;)
Dziś nie będzie inaczej, a w podróży potowarzyszy nam Majestic marki Arabian Oud. Kolejny Orient, który w istocie okazuje się nieodłączną częścią Zachodu. Jego sercem.


Pierwsze takty pachnidła na ludzkiej skórze są jak podróż w ciemność, do ukrytych pod powierzchnią ziemi sekretnych świątyń Mitry, zwanych mitreami. Tu ciepły i wilgotny zapach ziemi miesza się z przejmującym chłodem kamiennych ścian i posadzek, towarzyszącymi nam ciałami przejętych współwyznawców oraz omywającymi to wszystko gęstymi ale przejrzystymi, lekko metalicznymi smugami kadzidła. Oto oud gęsty, potężny i przejmujący, otoczony gęstymi dymami topionych żywic, pogłębiony ciemnym, orientalnym sandałowcem, przyprószony zamorskimi korzeniami, utrzymany w stylu Dark Aoud marki Montale czy Black Oud od LM Parfums. Niszowy, przejmujący i ponadczasowy.

Później jednak kompozycja łagodnieje, coraz śmielej zatapiając się w kwiatowych pyłkach oraz gładkich, dojrzałych ale co ciekawe niezbyt soczystych, kaszmirowych owocach. Pojawia się wiosenna pogoda hiacyntu a także cień gęstej, esencjonalnej ale i lekko konfiturowej róży. Kadzidła stopniowo wypalają się i bledną, nuty drzewne również odchodzą w cień, pozostawiając jedynie półprzejrzyste sandałowcowe widmo, skąpane w owocowym, mięsistym oudzie oraz jasnych, drzewno-kwiatowych piżmach (które modne stały się dzięki Narciso od Narciso Rodrigueza). Już nie tylko mroczny, twardy, przesycony testosteronem mistycyzm ale i matczyna łagodność oraz dziecięcy śmiech.

Chociaż arabska geneza pachnidła sugeruje coś zgoła przeciwnego, w mojej interpretacji Majestic to wschodni mistycyzm, reinterpretowany zgodnie z wrażliwością i mentalnością Zachodu. Ich serce oraz nasz mózg lata temu zlały się w całość i stały tym, co dziś znamy, kochamy bardziej lub mniej ale rozumiemy zawsze.

Majestic brzmi jak twórcza, olfaktoryczna odpowiedź na pytanie, dlaczego pomimo tylu oczywistych podobieństw kult Mitry ostatecznie przegrał z religią Chrystusa. Otóż mitreitą [? to słowo rzeczywiście istnieje czy je wymyśliłam?] nie mógł stać się byle kto, o nie! To był kult ekskluzywny, przeznaczony wyłącznie dla mężczyzn niebędących niewolnikami; kobieta, choćby najpobożniejsza i nawet najodważniejszy gladiator mogli zapomnieć o uczestnictwie w obrzędach objętych sekretem, do którego dopuszczano wyłącznie wyznawców. Natomiast jak rzecz miała się z chrześcijaństwem, wiedzą chyba wszyscy czytający moje słowa: "Nie masz Żyda ani Greka, nie masz niewolnika ani wolnego, nie masz mężczyzny ani kobiety (...)".
Podobnie Majestic, surowe dymy i drzazgi wzbogacone o miękkość i delikatność; otwarte, z zasady nie wykluczające nikogo ani niczego. Żyjące dla świata ale i ze światem.
Dokładnie tak, jak należy.


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: co ciekawe, zapach ponoć dedykowany jest kobietom; dla mnie to bardziej ciekawy, spolaryzowany uniseks, osnuty na współpracy przeciwieństw; bardzo przyjemny w użytkowaniu oraz łatwy w odbiorze nawet dla osób postronnych. Charakteryzuje się jednak dosyć silną projekcją (szczególnie w pierwszych fazach rozwoju) potrafiąc zostawiać za uperfumowaną osobą naprawdę długi ślad; później kompozycja cichnie i zmienia się w żywą, wibrującą, gęstniejącą z czasem aurę.
Pamiętajcie jednak, że Majestic to jedne z tych perfum, które dopasowuje się raczej do swojego samopoczucia niż konkretnej okazji; zatem kluczową sprawę będzie dobór odpowiedniej dawki.

Trwałość: ponad dziesięć godzin wyraźnego, łatwo wyczuwalnego życia oraz niemal drugie tyle stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-kwiatowa (oraz owocowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, akordy owocowe, róża
Nuta serca: hiacynt, piołun, akordy drzewne
Nuta bazy: białe piżmo, drewno sandałowe, kadzidło, oud
___
Dziś noszę Néroli Oud od Au Pays de la Fleur d'Oranger.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/historia/1529045,2,poganski-kult-mitry.read [Autorka: Dbrochna Zielińska]
2. https://www.flickr.com/photos/bonzoinviaggio/10976191664/ [Autorstwo: osoba ukrywająca się pod pseudonimem BIV (per niente simpa)]

*Czy zatem można się dziwić, że wielu wyznawców odnalazł w szeregach rzymskich legionistów, którzy w tak pojmowanej ideologii odnajdywali samych siebie? ;)
** Oraz byczego mięsa, ze zwierzęcia składanego bogu w ofierze podczas najważniejszych świąt.
*** Zapewne równie nieczułej na "mroczne" zmysłowe żądze, co pewna znana nam wszystkim wieczna dziewica. ;)

niedziela, 13 marca 2016

Podaruj mi trochę słońca... zimowego

Chociaż mamy już prawie połowę marca, wiosna jakoś niespecjalnie się ku nam śpieszy. Co jest szczególnie męczące po kolejnej zimie, która na dobrą sprawę (wyjąwszy jakieś dwa tygodnie) zimą z prawdziwego zdarzenia w ogóle nie była. Oj, coś czuję, że zim jak ta z roku mojego urodzenia, kiedy podobno w jedną noc drogi robiły się nieprzejezdne z powodu zasp wysokości samochodu, już nie uświadczymy.
W każdym razie zmęczenie tą porą roku wyjątkowo czuję i ja. Chyba wszystkim nam trzeba teraz pocieszenia, złocistego słońca, południowej łagodności, zaś olfaktorycznie kojących upały cytrusów, prawda? :)
Prawda?


Jeżeli tak, to nie szukajcie ich na moim blogu. ;> Tutaj wciąż rządzi Królowa Śniegu, która nawet typowo cytrusowe pachnidło zmienia w złociste, skrzące się w słońcu ostre kryształki, przejrzyste jak lodowa śmierć i piękne jak jutrzenka.
Eau d'Hadrien marki Annick Goutal stanowi znakomity przykład takiego właśnie zapachu: banalnego i nudnego w czerwcu, lipcu czy sierpniu ("cytrusy latem? To takie odkrywcze!", jak ów pomysł skwitowałaby zapewne Diablica ubierająca się u Prady ;> ) ale ożywczo cudownego zimą, kiedy to klasyczne wody cytrusowe zwykły pokazywać całe swoje piękno. Przecież już od lat przekonuję, iż prawdziwa urodę starych wód kolońskich można dostrzec wyłącznie w ostrym, przejmujący i czystym mroźnym powietrzu. O ile tylko perfumy nie są sztucznie dosłodzone ani rozmiękczone trywialnym dodatkiem nut ozonowo-owocowych, możemy liczyć na spektakl, istną zorzę polarną w najchłodniejszych odcieniach ciepłych barw. :)

Eau d'Hadrien to znakomity przykład takiej właśnie kompozycji; pozbawione cukru, naturalistyczne cytrusowe soki w przejmującym zimowym chłodzie zamarzają w tysiącach drobnych kryształków, zdolnych poranić niczego niespodziewanące się, miękkie ludzkie ciało. Tak wygląda otwarcie.
Nieco później kompozycja, latem nieuchronnie wpadająca w łatwe do przewidzenia jasne cytrusowo-ilangowe pudry, zimą osuwa się w stronę szlachetnych, gorzkich suszonych ziół (w ilości nieprzesadnej ale zauważalnej), w które zatapiają się z wolna coraz bardziej płynne a nawet woskowane cytrusowe olejki. Baza natomiast to cytrusowo-ziołowo-przyprawowa (ziele angielskie, jałowiec, odłamany fragment goździka, o takich przyprawach myślę) tafla na spokojnym, łagodnym jak niemowlę syntetycznie ambrowym oraz jasnodrzewnym morzu.

Przy Wodzie Hadriana nie sposób się nudzić... pod warunkiem, że będziecie ją nosić we właściwej, zimnej porze roku. ;) W innym przypadku umrzecie z nudów. :]


Rok produkcji i nos(y): Annick Goutal oraz Francis Camail

Przeznaczenie: zapach skomponowany dla mężczyzn jako goutalowska interpretacja klasycznego akordu kolońskiego, co skądinąd naprawdę się czuje; dla mnie jednak jest to typowy uniseks, jak uniseksem jest słynna CK One oraz jeszcze słynniejsza Woda Kolońska Fariny. :)
Muszę jednak przyznać, że minusem zimowego stosowania Eau d'Hadrien jest jej mizerna projekcja oraz trwałość; perfumy trzymają się tuż przy skórze, nieco wyraźniej odstając od niej wyłącznie w pierwszej fazie rozwoju. Jest to jednak zupełnie zrozumiałe; praw fizyki nie pokonamy. ;)

Trwałość: zimą w granicach trzech lub czterech godzin, latem często ponad dwukrotnie dłuższa.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

grejpfrut, cytryna, cedrat, mandarynka, cyprys, ylang-ylang, aldehydy
___
Dziś noszę Panią Walewską Noir od Miraculum (oraz naszego Urwiska ;) ).

P.S. 
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://flakers.com.pl/preview/3169/1024x768/zima-tapety-(10)

niedziela, 6 marca 2016

Budzisz się z tym, z kim zasypiasz


Kiedy ostatnio zastanawiałam się nad rozdźwiękiem między tutejszymi,  nadwiślańskimi opiniami na temat najnowszych perfum marki Yves Rocher a moim zdaniem na ich temat, do głowy wpadła mi między innymi taka oto konkluzja: nie jestem fanką polskiej Fragrantiki. Nie chodzi bynajmniej o to, że mam cokolwiek przeciwko rodzimej odsłonie największego portalu o perfumach czy - bogowie brońcie! - przeciw skupionej wokół niego społeczności. Nic z tych rzeczy! Problem leży po mojej stronie.

Otóż w co najmniej ośmiu przypadkach na dziesięć, kiedy powodowana ciekawością rozglądam się po Sieci w poszukiwaniu opinii o danym zapachu chcąc porównać je ze swoją, na ich najmniejszą zgodność mogę liczyć właśnie w polskich pachnących miejscówkach.  (W tym na największej obecnie Fragrantice). Tutaj często nie zgadza się nic bądź bardzo mało: rozkład akordów, ich intensywność, ogolóna moc oraz trwałość kompozycji okazują kompletnie różne od moich doświadczeń. Co może i ma niebagatelny walor edukacyjny ale na dłuższą metę dziwi i skłania do refleksji.
Dlaczego moja skóra przyjmuje zapachy inaczej, niż skóry "uśrednionych Polek i Polaków"? Czy to ma jakiekolwiek biologiczne wyjaśnienie? A może wprost przeciwnie, może rozwiązanie zagadki kryje się raczej w zawiłościach kulturowo-psychologicznych? Jak myślicie?

Sama nie podejmę się odpowiedzi; to robi się zbyt niebezpieczne. ;P Jednak całość zagadnienia widzę wyraźnie na przykładzie wspomnianych premierowych perfum Yves Rocher, noszących (jakże wyjątkową i odkrywczą, przyznaję ;) ) nazwę Rose Oud.
Już nawet nie chodzi o to, że mnie zapach się podoba a innym nie (takie ich prawo), lecz o skalę tego zjawiska. O ilość osób nagle ach-jak-bardzo-rozczarowanych, z wyraźnym odcieniem obłudy i/lub protekcjonalności. Bo rozumiem sytuację w stylu: komuś perfumy nie pasują, ktoś inny się rozczarował a na kolejnej osobie układają się koszmarnie. Bywa. Jednak dlaczego jest ich aż tak dużo, skoro opinie miłośników perfum z innych krajów nie są aż tak miażdżące?

W każdym razie: Polacy Rose Oud nie lubią i kropka. A ja kompletnie nie pojmuję, dlaczego.


Wiecie, dlaczego lepiej wchłania nam się opowieści, których bohaterowie są istotami złożonymi? Kiedy posiadają wady i zalety, gdy ich zachowanie cechuje niekonsekwencja bądź większe lub mniejsze dziwactwa, kiedy nie są złożonymi z klisz i stereotypów płaskimi kartonowymi wycinankami?
Głupie pytanie. Przecież wiadomo, że z tak wykreowanymi bohaterami łatwiej nam się identyfikować. :)
Dlaczego więc z perfumami nie mogłoby być podobnie?

Rose Oud jest dla mnie próbą stworzenia pachnidła o osobowości zbliżonej do ludzkiej. Próbą udaną, aczkolwiek nie idealną [inna rzecz, że perfum będących idealną bioniczną atrapą ludzkiej duszy najzwyczajniej w świecie bym się bała ;) ]. Dziełem pozornie prostym: niektórych zachwycającym, innych rozczarowującym a jeszcze innych pozostawiającym doskonale obojętnymi. Części z nas pokazującym swoją gładką, słodziuteńką, różano-konfiturową twarz, kogoś innego odstraszającym brudnym, kminowo-wodozflakonowym, potno-wymiotnym, drapiącym w struny głosowe alkoholicznym chrypieniem, innym natomiast - i do tej właśnie grupy mam szczęście się zaliczać - prezentującym całą złożoność swojego charakteru.

Mieszanina rozpoczyna się podobnie jak dzień większości z nas: gęstym, głębokim i przyjaznym ciepłem, kiedy przyjemnie otuleni pościelą powoli otwieramy oczy. Jesteśmy jeszcze sennie rozkojarzeni, może też w dalszym ciągu zmęczeni ale przy tym naznaczeni subtelną, ledwie zauważalną wonią po-nocnego potu. W historii, której na imię Rose Oud tak właśnie budzi się do życia ciepłe i łagodne, przesycone egzotycznymi balsamami drewno różane. ;)
Jednakże w odróżnieniu od człowieka (a może właśnie dokładnie tak, jak część z nas? ;P ) owa delikatna, purpurowa panna nie udaje się pod prysznic, aby zmyć z siebie ślady nocy, lecz sięga po perfumy. Dokładnie po jakąś esencjonalną różaną kompozycję; tak gęstą od wonnych olejków, że można ją kroić nożem. Sekundę później spryskuje się pachnidłem i cóż... pachnie tak, jak niedomyty (ale nie brudny czy śmierdzący, to ważne!) człowiek, który użył perfum. :] Brzmi niezbyt zachęcająco ale w rzeczywistości pachnie bosko!


Róża czysta i głęboka łączy się z kminem, smukłe palisandrowe nuty kontynuują taniec z balsamami i żywicami, zaś do tego wszystkiego dołącza labdanum. Moje wspaniałe, cudowne labdanum, wyraźne już po kilku minutach od aplikacji. :) Złociste, lejące się, zmysłowe; pasujące do wizji uniwersalnego piękna zjednoczonego z prozaiczną, zwierzęcą cielesnością tak, że już bardziej się nie da.

Z czasem to właśnie ladanum na bazie balsamiczno-drzewno-różanej rozwija się w woń czegoś w rodzaju poślinionej satyny (jakkolwiek to brzmi). Gdyby zapach ów był dźwiękiem, powiedziałabym, że jest słodki, niekoniecznie czysty ale za to gładki oraz wysoki. Jednak minuty mijają i nawet aromat kminu odpływa gdzieś w dal, zastępowany suchą, drzewną cienistością, która w zestawieniu z różą, żywcami oraz czymś bardzo podobnym do gorącego szafranu, faktycznie zaczyna przypominać tytułowy oud.
Przy czym nie ma dla mnie znaczenia, iż jest to oud laboratoryjny i tworzą go przede wszystkim cuda chemii we współpracy z oderwanymi akordami wszystkich wymienionych składników. Obserwowanie jego ciemnienia oraz postępującego zdrewniania całej kompozycji daje mi zbyt wiele przyjemności, żebym przejmowała się podobnymi drobiazgami. ;) Zresztą wiem, że oto doświadczam już bazy i lada moment Rose Oud zniknie z mojej skóry jak sen złoty, pozostawiając po sobie jedynie wspomnienie. Słabe, choć bogowie mi świadkiem, że chciałabym, aby było niezniszczalne.

Podobno Rita Hayworth stwierdziła kiedyś, że nie ma szczęścia w miłości, ponieważ interesujący ją mężczyźni, bez różnicy: sławy Hollywoodu, milionerzy czy zwykli ludzie, idą do łóżka z Gildą ale budzą się z Ritą - i najwyraźniej nie jest to dla nich szczególnie miłe przebudzenie. No cóż, zamiast filmowej seksbomby, słynnego ucieleśnienia femme fatale zobaczyć obok siebie na poduszce twarz zwykłej brooklyńskiej dziewczyny: z rozmazanym makijażem albo i bez niego, pochrapującej, z włosem potarganym oraz (o zgrozo!) podejrzanie pachnącej tym wszystkim, czym istota ludzka po miłosnej nocy pachnieć może - to rzeczywiście musiało być naprawdę gorzkie rozczarowanie. ;>
Identycznie odbieram woń Rose Oud; nie jako piekące rozczarowanie zawiedzionej naiwności, kiedy bajka okazała się jedynie, no cóż... bajką ani nie jako ideał, który sięgnął bruku, lecz jako złożony, trudny ale w istocie piękny organizm. Godzien jeśli nie zawsze miłości, to przynajmniej szacunku.

Warto czasem dać szansę perfumom, które - jak człowiek - posiadają nie tylko duszę ale i ciało. ;)


Rok produkcji i nos: 2016, Annick Menardo

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, jednak w mojej opinii jest to typowy, oudowo-różany uniseks. O wspaniałym, trójstopniowym rozwoju ale jednocześnie niezwykle skromnej emanacji. Żeby czuć pachnidło i móc uważnie śledzić jego rozwój podczas codziennych obowiązków, musiałam stosować przynajmniej sześcio- ośmiokrotną aplikację z flakonowego atomizera. Przynajmniej. ;)
Ma to jednak niemałą zaletę, jeżeli chcielibyście użyć tych ambitnych, niekomercyjnych [że też stworzyło je Yves Rocher!] perfum do pracy lub na spotkanie w gronie przyjaciół. ;) Nadaje się na dosłownie każdą okazję.

Trwałość: mogłaby być lepsza, ponieważ waha się w okolicach pięciu lub sześciu godzin wyczuwalnego trwania, z rzadka osiągając lepszy wynik.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

róża, oud, kmin rzymski, labdanum
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. i 3. http://lopezlinares.com/vintageblog/en/gilda/
2. grafika mojego autorstwa, przedstawiająca fotografię flakonu Rose Oud na tle rozchylonego tulipana i przepuszczona przez specjalny filtr do tworzenia kalejdoskopowych obrazów. :)

czwartek, 25 lutego 2016

Notatki na marginesie recenzji


Poznań, Wrocław, Warszawa, Opole, Gdynia, Kraków i znów Poznań, potem Wrocław, Białystok, Warszawa kolejny raz, ponownie Poznań, Zgorzelec, Przemyśl, Szczecin i dalej Poznań...
Kenijczyk, Erytrejczyk, Kongijczyk, Hindus, indyjski Sikh, Egipcjanin, Irakijczyk, Marokańczyk, Palestyńczyk, Pakistańczyk, Syryjczyk, Brytyjczyk o afrykańskich korzeniach, Brytyjczyk pochodzący z subkontynentu indyjskiego a nawet Kubańczyk, Meksykanin, Indianin gdzieś z Ameryki Południowej, czy wręcz... znany wrocławski aktor i dyrektor Teatru Muzycznego Capitol, Konrad Imiela.

Nie jest łatwo żyć w Polsce, jeżeli ma się choćby odrobinę ciemniejszy odcień skóry czy czarne włosy; a jeżeli jeszcze do tego mówisz po polsku z akcentem (lub wcale nie władasz tym językiem), to już w ogóle masz przechlapane. Cóż, Polacy uwielbiają mścić się na Innych za to, że sami pozbawieni są tożsamości.
Nienawidzimy wszelkich przejawów Obcości, ponieważ nie jesteśmy pewni samych siebie. Swoją bezbrzeżną pogardę prezentujemy ostatnio tym silniej, im bardziej boimy się zmierzających ku Europie fal uchodźców czy imigrantów z Bliskiego Wschodu. Jak dzieci pozwalamy innym manipulować nami oraz naszymi obawami. Bo przecież dlaczego nie mielibyśmy się obawiać? "My jesteśmy ci dobrzy i praworządni. Jako porządni obywatele oraz troskliwi rodzice nie życzymy tu sobie żadnych terrorystów!" - tak myślimy.

Zapominając, że nie tylko historia ale nawet disnejowskie bajki uczą, iż największe zbrodnie i najgorsze łajdactwa ludzie popełniają właśnie w imię strachu. Dopuszcza się ich nie kto inny, jak porządni i praworządni obywatele, zatroskani o los swojego świata oraz bezpieczeństwo własnych rodzin.


Brzmi znajomo, prawda? ;) Przecież nawet wśród czytelników mojego blogu są miłośnicy ostatecznego rozwiązania kwestii islamskiej. Nie musicie się ukrywać; przecież widzę Was na Fejsbuku. ;>

Widzę i wiecie co? Świetnie rozumiem Wasze obawy. Powiem więcej: niewielką część z nich podzielam, bo ostatecznie czyż nie mam do stracenia równie dużo, jak Wy? Czy nie jestem Europejką z krwi i kości, kobietą wyzwoloną i przyzwyczajoną do swojej niezależności jak do powietrza? Czyż nie wyrosłam prosto z oświeceniowych tradycji rozumu oraz racjonalizmu? Czyż nie jestem wstrętną lewacką feministką ale też emocjonalną, kulturalną i biologiczną nieodrodną córą cywilizacji łacińskiej?
Otóż niekoniecznie.

Tak się bowiem złożyło, że ślepy los - na który przecież nie miałam najmniejszego wpływu - sprawił, iż przyszłam na świat w rodzinie obarczonej tatarskimi przodkami. I to z obu stron, po mieczu oraz kądzieli.
Jest to pokrewieństwo odległe, nie celebrowane w żaden sposób - ale istniejące. I wciąż widoczne, albowiem geny potomków Czyngis-chana mocnymi są. ;P

Możecie jednak powiedzieć, że w takim razie powinnam spać spokojnie. W końcu moja rodzina od pokoleń uważa się za Polaków (zresztą nic dziwnego, skoro 'tatarskie epizody" są odosobnione i dziś świadczą już wyłącznie o kresowych korzeniach obu moich rodzin) a także w większości przypadków od stuleci skwapliwie gromadzi różne dokumenty, wystawiane jej członkom przez lokalnych przedstawicieli kościoła rzymskokatolickiego. Test na Polkę i Europejkę powinnam zatem zdać w mgnieniu oka.
Pytanie tylko, w którym stadium rozkręcającej się akurat rasistowskiej paranoi będę zmuszona do niego przystąpić?

Rasiści i inni nienawistnicy są cierpliwi. Czekają na swój moment i uderzą, kiedy tylko nadarzy się okazja. Tego również uczy nas historia. Wszak nawet III Rzesza ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej rozpoczęła dopiero dziewięć lat po przejęciu władzy w Niemczech oraz trzy lata od wybuchu rozpętanej przez siebie ogólnoświatowej wojny, w samym jej środku. Tymczasem w Polsce weseli chłopcy Kukiza są dziś "zaledwie" w opozycji parlamentarnej. Mają jeszcze mnóstwo czasu, zanim zaczną zabijać tych, których nienawidzą najbardziej.
Czyli - między innymi - mnie.

Obecną sytuację w naszym kraju można w pewnym sensie porównać do Republiki Weimarskiej sprzed niespełna stu lat, kiedy wielu sfrustrowanych weteranów niedawno zakończonej pierwszej wojny światowej nie miało co ze sobą zrobić i, czując się wykorzystanymi oraz oszukanymi przez państwo a zdradzonymi przez społeczność międzynarodową, zaczęło spotykać się w piwiarniach, by zlewać pojedyncze żale i frustracje do wspólnego kielicha nienawiści. Tak rodziła się III Rzesza. Aż korci mnie, żeby w tym miejscu przypomnieć wszystkim niedawny zgorzelecki incydent, podczas którego nasz tutejszy weteran (!) iracko-afgański w ramach jakiejś kompletnie niekontrolowanej ochotniczej bojówki (!) pod bronią, w stroju pseudomundurowym oraz w towarzystwie owczarka niemieckiego (!) na smyczy całkowicie bezprawnie, na własną rękę oraz bez konsultacji z organami państwa "aresztował" (!) mężczyznę, którego podejrzewał o bycie nielegalnym imigrantem. Rzecz jasna niesłusznie. I dobrze, że tylko aresztował. Doceniam. Bo mógł zabić. ;>

Naprawdę Wam się to podoba?
Tak bardzo nie możecie doczekać się spirali wzajemnej nienawiści, w której rdzenni Europejczycy będą żądali głów zdrajców, natomiast prześladowana ludność muzułmańska chcąc nie chcąc uzna, że jej jedynymi stronnikami i obrońcami są ponurzy fanatycy z ISIS? Tak Wam tęskno do trzeciej wojny światowej? Poważnie??


Bo moim zdaniem należy zrobić wszystko, co w ludzkiej mocy, żeby nienawiść i pogardę powstrzymać. Z obu (lub raczej wszystkich możliwych) stron. Jednak machina już ruszyła a moje zdanie się nie liczy. Ostatecznie jestem tylko islamskim pomiotem w ósmym pokoleniu.

Możecie powiedzieć, że taka domieszka znienawidzonej krwi jest zbyt wątła, aby opłacało się przepuszczać mnie przez uruchomione na nowo piece Auschwitz-Birkenau ale kto da mi chociaż promil gwarancji, że tym razem paranoja nie posunie się o wiele dalej, niż ostatnio? Przecież w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat nauka poszła do przodu i pojawiły się nowe, niemal doskonałe metody precyzyjnego oddzielania ziarna od plew. ;>
Naziści musieli opierać się na świadectwach chrztu przodków do trzeciego pokolenia wstecz lub nawet na nieco komicznych dziś analizach stosunku nosa do łuków brwiowych czy kształtu płatków uszu; w XXI wieku wystarczyłby zaledwie włos, paznokieć albo patyczek, pośliniony przez delikwenta i już można badać DNA. Przed genotypem nie ma ucieczki.
[Swoją drogą... absolutnie nie dziwiłoby mnie, gdyby w konsekwencji realizacji tego czarnego scenariusza życie straciło wielu obecnych agresywnych przeciwników muzułmańskich imigrantów. W końcu naprawdę niewiele osób w tym kraju zna swoją rodzinę dalej, niż do trzeciego czy czwartego pokolenia, zatem łatwą do wyobrażenia staje się sytuacja, w wyniku której próbka śliny kogoś, kto dziś udostępnia teksty zachęcające do "agresji wobec ciapatych terrorystów" (kiepsko się czuję po napisaniu tego) postawiłaby tę osobę w jednym szeregu ze znienawidzonymi wyznawczami islamu. I żadne lajki na Fejsbuniu w niczym by jej lub jemu nie pomogły. Za to świeżo nabyta wiedza, po kim właściwie odziedziczyło się płaski nos, szerokie czoło i/lub ciężkie, opadające powieki - bezcenna! ;> ].

Na razie powoli zanurzamy się w bagnie ale wszystko wskazuje na to, że już wkrótce rozpętamy prawdziwe piekło. Rozum idzie spać, budzą się demony. A ja coraz mocniej boję się o jutro - swoje ale i Wasze. Przecież, w gruncie rzeczy, naprawdę Was lubię!

Podczas ostatniej rozmowy "na żywo" ze znaną wszystkim polskim perfumomaniakom osobą usłyszałam, że obecna sytuacja międzynarodowa zmierza prostym krokiem do wojny. Zgodziłam się, choć pewnie miałyśmy na myśli kwestie nieco odmienne. Zamiast o obrzydliwcach z ISIS, szturmujących Twierdzę Europa, pomyślałam raczej o kłębiącej się w nas, Europejczykach nienawiści i o murach, które między sobą stawiamy, niekiedy nieświadomie lub wbrew głosowi rozsądku.
O gniewie, który raz znalazłszy ujście, będzie zalewał świat coraz straszliwszymi falami.
O strachu, który popycha najlepszych ludzi do czynienia najobrzydliwszych potworności.
O pogardzie, która sprawia, że nawet najwrażliwsi ślepną.
I o Holocauście, który właśnie mi szykujecie. A może i sobie samym lub Waszym bliskim, kto wie?


Pewnie nie powinnam pisać o tym wszystkim w internecie. W końcu tylko czekać, aż zjawią się osoby już zainfekowane złem i zaczną mnie obrażać, pouczać tudzież wyśmiewać; zresztą bez świadomości, że po raz kolejny, nie drugi czy trzeci a pewnie i nie setny w dziejach świata powtarzają znany, wypróbowany schemat zaprzeczania rewolucji, dopóki ta się nie dokona.
A potem hulaj dusza, piekła nie ma! (Bo diabeł zląkł się człowieka).

Lecz może jednak nie będzie tak źle? Może zamiast trzeciej wojny światowej i eksterminacji na globalną skalę czeka nas "tylko" coś w rodzaju kolejnej wojny trzydziestoletniej? Ciągnąca się latami jatka każdego z każdym z powodu tysiąca mniej lub bardziej absurdalnych kwestii?
Dalej mrok, powszechny gniew, nienawiść, fanatyzm oraz cynizm, lecz tym razem na mniejszą skalę? Szczęśliwie bądź nie.
No cóż, chyba nie mamy innego wyjścia: zobaczymy. Bo że rozwiązanie rodzącej się właśnie sytuacji nastąpi jeszcze za naszego życia, tego jestem więcej, niż pewna. Przed nami mroczne czasy, Panowie i Panie. Możecie być tego pewni. Wbrew pozorom historia ludzkości toczy się wciąż tymi samymi koleinami i kto posiada odpowiednią wiedzę, bez trudu je rozpozna.

Jak już wspominałam, obawiałam publikować ten tekst. Może jednak jest właśnie na odwrót?
Może potrzebne są głosy sprzeciwu? Nawet tak ciche, jak offtopowy wpis na niszowym blogu hobbystycznym? Ostatecznie "lawina bieg od tego zmienia, po jakich toczy się kamieniach" i tak dalej. ;)

Miejmy więc nadzieję, że wszystko, co dzieje się obecnie jest tylko złym snem, z którego wkrótce się obudzimy. Miejmy ją. Przecież to ona umiera jako ostatnia.


Jaki tekst, takie i "optymistyczne zakończenie". ;)
___
Dziś noszę Rose Oud marki Yves Rocher, którego planowana recenzja stała się bezpośrednim bodźcem do napisania niniejszego wpisu.

P.S.
Ilustracja to kadr z Pięknej i Bestii autorstwa Walt Disney Studios a wypożyczyłam ją bezpośrednio STĄD.