niedziela, 15 kwietnia 2018

Księżycowa kołysanka

Najpierw muzyka, co prawda banalna ale niezwykle adekwatna:




Kiedy dawno temu otrzymałam próbkę perfum do przetestowania coś we mnie drgnęło. Po raz pierwszy od dawna poczułam chęć zalogowania się na blogowy serwer i napisania kilku zdań o sympatycznym, niezwykle kojącym zapachu.
Pamiętam, że wracałam wtedy późnym wieczorem do domu; było już ciemno a srebrzyste światło księżyca wyczyniało na niebie niezwykłe czary. Uderzyła mnie wówczas zbieżność pomiędzy testowanym akurat pachnidłem a tym, co widzą moje oczy. Wyciągnęłam z torby telefon i zrobiłam zdjęcie nocnego nieba, na którym odbite od księżyca słoneczne światło zamieniało chmury w koronkę chantilly. [Jaki był tego efekt, możecie się chyba domyśleć ;) ].
W każdym razie był to jeden z momentów, kiedy czuje się nieodpartą potrzebę głośnego, przeciągłego oraz pełnego zachwytu westchnięcia.

Moonlight, Nicolas Valdes

Wczorajszego wieczoru to wrażenie wróciło do mnie, kiedy po przesympatycznym ale dosyć męczącym górskim rajdzie wzięłam szybki prysznic i szukając perfum na noc, zamiast jak zwykle ostatnio sięgać po Eau de Narcisse Bleu Hermèsa, zawędrowałam do pudła z próbkami i zmęczoną ręką, niemal bez udziału mózgu wyjęłam czarno-granatowo-srebrzysty kartonik Moonlight in Heaven Kiliana.
Bang!, jak to mówią anglojęzyczne dzieci epoki internetu. ;)

Z miejsca wrócił do mnie zachwyt, którego doświadczyłam dwa lata temu. Ten sam spokój, błogość, zasłużony odpoczynek po zdrowym wysiłku, ukojenie. Szczery i głęboki oddech prosto z samych płuc. Tym bardziej zdumiewający, że wspomniane perfumy wcale ani zdumiewające, ani tym bardziej odkrywcze nie są.
Jednak ów bezpretensjonalny, pastelowo-aksamitny tropikalny mleczny koktajl z fig, mango, kokosa i cierpkawych cytrusów pomysłowo przełamano suchym, matowym, lekko drapiącym akordem wetywerii a następnie oprószono hojnie ryżowym pudrem. Ten zaś wyciągnął z owoców wszystkie soki, pozwalając im wyschnąć w miękkich promieniach srebrnego księżycowego światła [i bardzo proszę, nie pytajcie, jak to jest możliwe ;P Nie odpowiadam za własną synestezję]. Czasem pojawia się dalekie, cichuteńkie echo kwitnącego nocą jaśminu, sugerującego, iż ten księżyc stanowczo nie świeci nad polskim niebem (czego zresztą po Kilianie trudno byłoby się spodziewać).
Bardzo miękka i poetycka to kompozycja, prawdziwie senna.

I tu chyba tkwi sedno doświadczeń z Moonlight in Heaven: trudno zachwycać się tymi perfumami za dnia, kiedy dookoła nas tyle innych bodźców, dzieje się tysiąc rzeczy jednocześnie a umysł pracuje na pełnych obrotach. Natomiast nocą, gdy świat dookoła cichnie, adrenalina zdążyła już opaść, powieki zaczynają ciążyć, gdy potrzeba nam czegoś delikatnego, nieangażującego, przyjaznego i kojącego jednocześnie, wtedy pojawia się Moonlight in Heaven. :) Raczej kołysanka niż serenada.
Pełen zachwytu, głęboki wydech (a może i wdech?), po którym można po prostu... zapaść w sen.


Rok produkcji i nos: 2016, Calice Becker

Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne, pasujące bardziej do humoru - czy może raczej temperamentu - aniżeli do konkretnej płci. Jak napisałam wyżej, dla mnie wybitnie relaksujące i niezajmujące głowy, więc pasujące raczej do okazji nieformalnych. Bardzo bliskie skórze.

Trwałość: znaczna; około ośmiu, może dziesięciu godzin wyraźnego, choć cichego olfaktorycznego mruczenia.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-owocowa

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, cytryna, grejpfrut
Nuta serca: kokos (lub mleko kokosowe), ryż, mango, jaśmin wielkolistny
Nuta bazy: bób tonka, wetyweria
___
Dziś nie noszę jeszcze nic ale na mojej skórze zamiera właśnie Moonlight in Heaven. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z https://www.flickr.com/photos/vonfer/27760507139

niedziela, 8 kwietnia 2018

Ballady i romanse, czyli preludium wakacji

Autor: Kamil Polak

Pamiętacie, jak pół roku temu (przedwcześnie) obwieszczając swój triumfalny powrót do blogowania wyznałam, że poszukuję perfum, które pachniałyby "słowiańsko"? Co prawda ideału wciąż nie odkryłam, trafiłam jednak na kompozycję, która w jakiś sposób spełnia moje oczekiwania. Tyle tylko, że zamiast Słowiańszczyzny sensu stricto dostałam magiczne, klimatyczne, niezwykle romantyczne* wyobrażenie bliżej niesprecyzowanego wschodnioeuropejskiego "dawno, dawno temu...".

Świat ballad Adama Mickiewicza. Wizyta w zatopionym mieście Świteź. Przepiękny film Kamila Polaka, będący adaptacją utworu o takim samym tytule.
Potężne, piękne, odrobinę mroczne lelije; chociaż niekoniecznie te, obok których "pani zabija pana", przy okazji - i za pomocą lilii właśnie - rzucając klątwę na samą siebie.
Gold od Donny Karan.

Kamil Polak

Perfumy te szybko zniknęły z rynku i właściwie trudno się dziwić. Ostatecznie pojawiając się w sprzedaży w roku 2006 niechybnie musiały rozczarować wszystkich: od pierwszych miłośników niszowych drzazg oraz dymów (w tym również fanów legendarnego Black Cashmere tej samej marki), przez oddane zwolenniczki ciężkich i dojrzałych klasyków w rodzaju Opium czy pierwszego Poison, do których Gold zdawało się nawiązywać choćby reklamą a już szczególnie wieczne dziewczynki kochające powstałe dwa lata wcześniej Be Delicious DKNY oraz jego liczne późniejsze mutacje.
Na ich tle Gold** nie mogło zachwycić żadnego perfumowego inżyniera Mamonia. ;)

Tak się bowiem składa, że poza monumentalnym otwarciem, rozgrzanym strzelistym dymem kadzideł dobiegających gdzieś z cerkwi, czystą energią towarów wystawionych przez kupców korzennych na rynku średniowiecznego miasta oraz wszechpotężną, dusicielsko-kusicielską urodą białych kwiatów, pyszniących się w centrum komnaty książęcej kurtyzany Gold to przede wszystkim - zieleń. A nawet niedosłowna świeżość. Oczywiście jest zieleń mocno liliowa, intensywna od pierwszych do ostatnich chwil życia zapachu, świeżość oraz młodość w cieniu jakiegoś bajkowego, olbrzymiego liliowego drzewa - ale jednak jasność i gładkość mieszanki nie podlega dyskusji.

Za jasne dla mrocznych niszolubów, zbyt dosłowne dla dystyngowanych pań w pewnym wieku, szokująco poważne i trudne dla żujących gumę lolitek. Tak, Gold nie miało szans i musiało odejść. I naprawdę marnym pocieszeniem jest kiełkujące podejrzenie, że dziś zniknęłyby z perfumeryjnych półek jeszcze szybciej lub nawet nie pojawiły się na nich w ogóle, jako zbyt mało rynkowe. ;)

Kamil Polak

Złota lilia nie trafiła w swój czas. Kto wie, może nigdy takiego nie było...? Pyszne, mieniące cienie szybko ewoluujące w aromat rozwijających się młodych listków a następnie kojąco blednące w aksamitnym, paczulowo-ambrowym, złocistym świetle poranka, dzieło o żywotności legendy, klechda o wielkiej, przepotężnej lilii o złożonej osobowości od razu trafiła tam, gdzie od początku miała: do świata baśni i Opowieści.
Gold Donny Karan w stężeniu wody perfumowanej [edt nie znam lub nie pamiętam] to dla mnie jedna z historii, jakie słyszy się od przewodników po zabytkach, które odwiedzamy na wakacyjnych szlakach albo historia opowiedziana przy dogasającym ognisku w noc, gdy wiosna powoli przeistacza się w lato. To zapach zbliżającej się procesji w dzień Bożego Ciała, aromat świętojańskiej randki na świeżym powietrzu, wędrówek z dala od utartych szlaków, gdzieś na pograniczu Polski Z oraz tamtego świata, marzeń oraz odrobiny lęku, wolności z delikatnym cieniem trosk codzienności. Takiej trochę lepszej, spokojniejszej wersji naszego zwyczajnego życia. Bardziej słonecznej.

Słowiańszczyzny wyrafinowanej, w kolorze Gold. :)


Rok produkcji i nos(y): 2006, Yann Vasnier, Rodrigo Flores-Roux oraz Calice Becker

Przeznaczenie: jak już parokrotnie wspominałam, pachnidło posiada olbrzymią, iście morderczą moc; ciągnie się za uperfumowaną osobą kilometrowym śladem, nawet dobrych kilka godzin po aplikacji i nawet pranie przesyconym Złotem ubrań go nie zmoże. ;) W związku z czym raczej nie nadaje się na oficjalne spotkania biznesowe lub choćby w okresie maturalno-sesyjnym. ;) Chyba, że w ilości dosłownie jednej kropli.
I, chociaż pisze to nadzwyczaj rzadko, pachnidło nadaje się przede wszystkim dla kobiet; no chyba, że moje słowa przeczyta jakiś oddany białym kwiatom, odważny mężczyzna, kto wie? ;)

Trwałość: dobowa

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: akacja, biały goździk (kwiat), lilia
Nuta serca: pyłek kwiatowy (?), złoty pył (??), liść fiołka
Nuta bazy: paczuli, nuty ambrowe oraz żywiczne
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Grafiki ilustrujące wpis to fotosy z przepięknej krótkometrażowej animacji pt. Świteź, w reżyserii Kamila Polaka z roku 2010. Ich źródła bezpośrednie to:
1. i 2. http://www.switez.com/gallery.html
3. http://dkf16.blogspot.com/2013/11/filmowy-kalejdoskop.html

*Romantyczne w znaczeniu historyczno-literackim. UWAGA!, NIE MYLIĆ z przesłodzonym, tandetnym sentymentalizmem w stylu jedzących sobie z dzióbków zakochanych gołąbeczków. :>

** UWAGA 2!, NIE MYLIĆ z Golden Delicious z 2010 roku ani z Women Gold z 2011 (co zdarzyło się dwóm konsultantkom z popularnych perfumerii, które kilka miesięcy temu zapytałam o "to" Gold; żadna z nich go nie kojarzyła, za to obie gorliwie zaczęły mnie kusić soczkowatą, infantylną chałą spod znaku Jabłuszek DKNY).

sobota, 3 marca 2018

Zanim zaczęła się pasja


Powstały w roku 2002, kiedy o perfumach niszowych jako takich nikt jeszcze nie słyszał. Owszem, istniały szacowne domy perfumeryjne w rodzaju Diptyque czy l'Artisan Parfumeur ale już np. własne marki Frédérica Malle i Serge'a Lutensa miały zaledwie po dwa latka. W tym samym roku na świat przyszła marka Parfumerie Générale, dziś znana pod nazwiskiem założyciela (jakie to oryginalne!), Pierre'a Guillaume'a, natomiast Montale nie zdążyło jeszcze powstać. Perfumoholickie społeczności internetowe - o ile w ogóle istniały - gaworzyły radośnie w powijakach i na pewno nie robiły tego po polsku. ;)

Perfumy, które sprowokowały mnie do odkurzenia blogowych łam właściwie można było porównać wyłącznie do pachnących dzieł marki Comme des Garçons - prostej i nowoczesnej, skierowanej do młodego użytkownika Wielkiej Mody, która wzorem starszych i nobliwych domów haute couture postanowiła rozszerzyć asortyment o pachnidła. Charakterem zbliżone do odważnych, futurystycznych projektów przełomu tysiącleci, którym wciąż jeszcze żyła cała ówczesna popkultura. A perfumy stanowiły jej nieodłączny element. Czyste, proste, klarowne, szokujące, młode, odważne. Wówczas każda młoda marka modowa widziała w sobie następców Coco Chanel i jej stylu, dlaczegóż by więc nie pokusić się o wynalezienie Piątki na miarę Millenium?
Niewykluczone, że takie właśnie ambicje mogły towarzyszyć zarówno twórczyni wspomnianego Comme des Garçons, jak i osobom zarządzającym marką Costume National, inicjatorom powstania Scent oraz Scent Intense. :) [zagadka wyjaśniona]

Eternel, Yann Cœuru

To były czasy, kiedy naprawdę jedynym liczącym się dystrybutorem pachnideł były wielkie sieciowe perfumerie. I naprawdę - chociaż dzisiaj może to wydawać się nieprawdopodobne - właśnie w "swojej" Sephorze większość ówczesnych polskich miłośników perfum miała okazję poznać zarówno legendarną kadzidlaną (oraz inne serie) Comme des Garçons, jak i oba Scenty CN. Właśnie tak rodziły się pierwsze olfaktoryczne zauroczenia osób, które dziś kojarzymy jako miłośników takich marek, jak D.S. & Durga czy Unum. ;)

Dla części z nich zapachem, od którego wszystko się zaczęło był Scent, krystaliczna, dosłowna ale klarowna kompozycja o prowokacyjnie minimalistycznej nazwie. Cielesne ciepło, delikatne drapanie suchego powietrza, przesyconego wonią abstrakcyjnych ciepłych drzew, miękka, bliżej nieokreślona słodycz, o kilometry odległa zarówno od nut deserowych, jak i od tak dziś popularnych paczulowych oranżadek, w końcu pojawiające się na niektórych (nie na mnie) odwzorowanie akordów zielonej herbaty jaśminowej; jasność, stopniowo osuwająca się w ciemne, nieomal skórzane rejestry; przedziwna, roślinno-zwierzęca forma życia, pokojowa nastawiona, łagodna jak baranek hybryda flory z fauną, jakiś stan pośredni.
Scent już chyba na zawsze pozostanie dla mnie symbolem pierwszych miłości, szczerych i trochę jeszcze naiwnych. Z perspektywy czasu myślę o nim własnie jak o pierwszych romantycznych porywach serca: wspomina się je z uśmiechem i westchnieniem żalu za utraconą młodzieńczością ale - gdyby przyszło co do czego - raczej nie byłabym zainteresowana odświeżeniem znajomości.

The Gloaming, collective nouns

A ponieważ jestem miłośniczką perfum silnych i dosłownych, Mocarzy przez duże M., inaczej ma się kwestia ze Scent Intense, głównie dlatego, że jest Intense. ;) I wcale sie tego nie wstydzę: tam, gdzie jaśniejsze z pachnideł jest drzewno-ambrowym jasnym pyłkiem lub kremem, Scent Intense płonie. Ognikiem delikatnym i niemal błękitnym ale bez wątpienia gorącym. Więcej jest nie tylko dymu ale i cielesności; zwykłej ludzkiej zmysłowości. Jest tym, co najbardziej kocham w perfumach określanych jako ambrowe oraz drzewne, aż gęste od złocistego, lejącego się labdanum (tak, jak kocham i wyobrażam sobie tę nutę), delikatnie zaprawione sandałowcową miękkością.

Z czasem jednak woń osuwa się w prawdziwie rozkoszne, gęste i przyprawowe akcenty. Przypomina wszystkie piękne pikantne ambry w rodzaju nieodżałowanych Ambre Fétiche od Annick Goutal, Miyako od Annayake, Ambre Sultan Lutensa czy Obsession od Calvina Kleina. Możliwe, że przyczyniło się również do popularności pachnideł i tego typu. Oraz jeszcze jednego, ponieważ bywają dni, kiedy Scent Intense na moje skórze pokazuje kły i pazury, zmieniając się w typowo bliskowschodnią, zwierzęcą wersję... oudu. :D Oudu gęstego, ciemnego i tłustego, który - trzeba przyznać - pokazał mi się dopiero teraz, gdy moja skóra osiągnęła balzakowski wiek lat trzydziestu a przy okazji stała się sucha. Zachwycającego ale jak na razie zbyt słabo znanego, bym mogła powiedziecć o nim więcej.
W bazie natomiast mieszanina ukazuje ciepłe i suche, spokojne paczulowo-drzewno-ambrowe drgania.

Niezwykłe perfumy. Scent otworzył drzwi do świata pachnideł "innych", "dziwnych", "odważnych", natomiast Scent Intense trafnie przewidział większość liczących się nurtów perfumerii artystycznej z przyszłości. Wyznaczyły kierunek, w jakim zacząć zmieniać się świat.
Jeżeli to nie jest wyznacznikiem prawdziwej wielkości, w takim razie nie wiem, czym ona jest.


Rok produkcji i twórca obu kompozycji: 2002, Laurent Bruyère

Przeznaczenie: pachnidła skomponowane z myślą o kobietach ale z powodzenie mogą stosować je także mężczyźni. Na wszelkie okazje, pory dnia oraz roku, bo to przecież nie charakter pachnidła ale gust noszącej je osoby powinny decydować o "misji" oraz celu perfum. Scent trzyma się blisko ciała, otaczając je skromną chociaż mieniącą się aurą, natomiast Scent Intense wiruje wokół uperfumowanej osoby w gęstej, dymnej chmurze a przy odpowiedniej dawce (to znaczy przekraczającej ilość jednego psiku z atomizera) ciągnie się kilometrowym śladem.

Trwałość: dla obu zapachów zbliżona, około pół doby wyraźnego trwania oraz dalszych kilka godzin stopniowego rozpadu.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Scent: herbata, jaśmin, hibiskus, ambra
Scent Intense: herbata, hibiskus, jaśmin, akord ambrowy oraz drzewny, drewno sandałowe, paczuli, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://eu.movieposter.com/q/Perfume:+The+Story+Of+A+Murderer_posters.html
2. https://www.flickr.com/photos/yann07/24890756793/
3. https://www.flickr.com/photos/collectivenouns/4487500359/

wtorek, 27 lutego 2018

Wszystko płynie (również perfumy), czyli kilka słów o niewchodzeniu dwa razy do tej samej rzeki

Nie jest łatwo, przyznajcie. Miał być wielki powrót do pisania, nowe recenzje, wpisy przekrojowe, poszukiwanie perfum dostosowanych do moich specyficznych zachcianek, miało być super. Tymczasem na blogu panuje marazm jak w całym roku 2017.

Prawda jest taka, że w dalszym ciągu brakuje mi albo czasu, albo chęci, albo cierpliwości bądź uwagi, jaką należałoby poświęcić rzetelnemu testowaniu perfum. Zresztą jeżeli chodzi o to ostatnie, w dalszym ciągu nie mam się czym chwalić, ponieważ jakiekolwiek pojęcie mam wyłącznie o tych najłatwiej dostępnych nowościach, selektywnych soczkach z Sefor i Daglasów, gdzie czasem jeszcze zdarza mi się zaglądać. Natomiast jeżeli chodzi o nieco trudniej dostępne perfumy... ech, szkoda gadać.

David Chen, Chanel 05

I chociaż po powyższym wstępie może to wydać się dziwne - nie narzekam. Nie mam na co :) Moja szafka z perfumami mieści w sobie dobrych kilkadziesiąt flaszek i wciąż puchnie [potrzeba mi nowej szafki] a jej zawartość nareszcie cieszy niżej podpisaną dokładnie tak, jak powinna - na co nie miała szans wtedy, gdy zajęta byłam przede wszystkim testowaniem nowości z próbek i odlewek. Mogę też skupić się na klasykach perfumiarstwa, ku którym ostatnio coraz wyraźniej się skłaniam.
Słowem: coś się zmienia.

Chociaż perfumy artystyczne, od twórców niezależnych czy - z braku lepszego słowa - niszowe wciąż są ważnym elementem mojej olfaktorycznej garderoby, w przypadku kontaktów międzyludzkich bez porównania częściej wybieram Shalimar (oczywiście w starszych wersjach), Jil Sander No. 4 czy opisywane tutaj relatywnie niedawno [cztery miesiące to przecież nie jest szmat czasu, prawda? ;) ] Voile d'Ambre od Yves Rocher, niż oudy od Montale albo M.Micallef tudzież ekscentryczną Habanitę. Chyba się starzeję. ;)
Albo to, albo wpłynęło na mnie środowisko pracy.

Pomimo faktu, że wciąż bezskutecznie szukam dla siebie idealnych perfum słowiańskich - a bezskuteczność ta wynika przede wszystkim z mojej bierności w tej kwestii - kiedy wydaję pieniądze na pachnidła, zdecydowanie chętniej stawiam na jeden flakon, niż na morze próbek. I jest to buteleczka np. wspomnianej Jil Sander albo Anaïs Anaïs Cacharel w jednej z pierwszych wersji, niż wymarzone od lat Irish Leather od Memo czy Oud Satin Mood od Kurkdjiana. No cóż, możliwości finansowe też już nie te a chyba przy okazji wyrosłam z pomysłu odkładania pieniędzy na perfumy.

Okazuje się więc, że upływ czasu zrobił ze mnie jeszcze większą indywidualistkę wśród rodzimych perfumowych blogerów, niż do tej pory. ;)

Curtis Garbutt, Princess

Natomiast co zaś się tyczy blogów, to mam do powiedzenia w zasadzie tylko dwa słowa: pantha rei. :) Natura nie znosi próżni i w miejscu jednego "pachnącego" miejsca w Sieci wyrastają kolejne. Również polska społeczność perfumowa Anno Domini 2018 jest już inna niż ta, którą znałam i którą opuszczałam w roku 2016. Kiedy jakieś dwa tygodnie temu zajrzałam do rodzimych forów i fejsbukowych grup o perfumach, byłam w stanie rozpoznać może z piętnaście procent nicków udzielających się tam osób - a tych, które potrafię skojarzyć z prawdziwymi nazwiskami i/lub twarzami było oczywiście jeszcze mniej. Poczułam się obco.

Jednak wiecie co? Niezbyt mnie to obeszło; nie zdobyłam się na nic więcej poza lekkim westchnieniem nostalgii za czasami, kiedy od wizyty na Wizażu (gdy jeszcze było tam po co zaglądać, jak wspomniała niedawno jedna z osób, które wciąż kojarzę ;) ) zaczynałam i kończyłam bez mała każdy dzień. Troszkę bardziej mi żal... "kolorowych jarmarków" ;P czyli naszych dyskusji, niekiedy bardzo żywiołowych ale też kompletnie niezwiązanych ze światem perfum czy "blaszanych zegarków" w postaci nowości, z którymi wiązały się moje ambicje poznawcze. To były czasy, kiedy znałam nazwę, producenta, kompozytora oraz główne nuty nowych perfum jeszcze zanim te pojawiły się na polskim rynku - a kiedy trafiły na rodzime półki potrafiłam biadolić, że już laboga! dwa miesiące od premiery, a ja ich nie obwąchałam. ;) 
Natomiast jeszcze wcześniej były czasy, gdy wszelkie liczące się perfumowe premiery trzeba było sprowadzać zza granicy, najczęściej z Niemiec albo USA (dzięki przedkryzysowemu fenomenalnemu kursowi dolara). Wszystko po to, by taka cenna próbka mogła następnie przedefilować w przesyłce poleconej pół Polski w pół roku, bez wytchnienia zadowalając kolejne żądne nowinek nosy rodzimych pasjonatów. ;) Jednak dziś to już perfumowa prehistoria a przynajmniej kombatanckie wspominki.

Czy więc dam sobie spokój z blogowaniem, podziękuję za wspólnie spędzone lata tym wszystkim, którzy wciąż tu zaglądają, zamknę Pracownię i na rączym rumaku udam się w stronę zachodzącego słońca? Nie wiem. Szczerze: nie mam pojęcia.
A najlepszym dowodem niech będzie fakt, że dziś przygnała mnie tutaj nagła potrzeba zrecenzowania pewnych wspaniałych, klasycznych (już) perfum, istnego kamienia milowego dla wszystkich kadzidlano-drzewno-oudowo-ambrowych niszolubów. :) I choć z całej recenzji jak na razie wybrałam tylko ilustrujące wpis fotografie, to jestem dobrej myśli.
Ostatecznie został mi jeszcze dzień zwolnienia lekarskiego. ;) Wszystko się może zdarzyć. Również i to, że w końcu niczego nie zrecenzuję. Sprawdźcie sami, co tu się będzie działo. ;)
___
Dziś noszę... właśnie ów wspomniany pod koniec wpisu zapach.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/kszchn/37455240584
2. https://www.flickr.com/photos/kjgarbutt/5470233919

niedziela, 22 października 2017

Październikowa kołysanka

Jesień. Prawdziwa polska jesień, złota i ciepła ale też taka, jak dziś za dolnośląskim oknem: chłodna, sina oraz deszczowa, wymaga odpowiedniej oprawy. Również olfaktorycznej.
Skoro więc na co dzień w sposób dosłowny otulamy się miękkimi swetrami a metaforycznie kubkiem ulubionej herbaty albo filiżanką aromatycznej kawy, dlaczego nie poszukać ich perfumowego odpowiednika? Przecież to wcale nie jest trudne! :) Nie trzeba wcale rozglądać się daleko, by znaleźć dla siebie odpowiednią dawkę słodkiej wanilii, mięciutkich jak kaszmir nut ambrowo-żywicznych oraz kilka szczypt zamorskich przypraw czy tak cienkiej, że nieomal niewidocznej strużki kadzidła dla dodania całości odrobiny pikanterii. Przyjaznego, nieszkodliwego cienia w stosunku do tych wszystkich złamanych różów i złocistości.

Feather, Beverly Harrison

Aby znaleźć perfumy delikatne i mięciutkie jak piórko - a przy tym oswojone przez ogół mniej wprawnych nosów a jednak dalekie od banału - wystarczy wejść do dowolnie wybranego centrum handlowego. ;) Następnie udać się do zazwyczaj niewielkiego sklepiku, zajmowanego przez pewną (niegdyś) zieloną i ekologiczną markę rodem z Francji. I poprosić o tester Voile d'Ambre z ich najbardziej kosztownej linii zapachów Secrets d'Essences. A potem przekonać się, że nie wszystko tandetne, co się złoci i różowi (oczywiście metaforycznie). ;)

Chcąc być uczciwą muszę przyznać jedno: to na pewno nie są perfumy oryginalne. Istnieje co najmniej sto pięćdziesiąt pachnideł, które doborem składników lub ogólnym charakterem przypominają naszego dzisiejszego bohatera. Od Eau des Merveilles czy Eau de Mandarine Ambrée Hermèsa począwszy, przez chociażby un Bois Vanille Lutensa czy L Lolity Lempickiej, Candy Prady, Musc Ravageur z cyklu Frédérica Malle, Tam Dao od Diptyque, nieodżałowany Black Cashmere Donny Karan aż po mniej więcej połowę wspomnianej serii Secrets d'Essences marki Yves Rocher: Vanille Noire, Rose Absolue, Accord Chic... I tak dalej.
Nawiasem mówiąc trudno byłoby się temu dziwić zważywszy na fakt, jak często sięgamy po perfumy "otulające"; mające w zamierzeniu poprawiać humor noszącej je osoby, przywodzące na myśl słodkie i beztroskie lata dzieciństwa. We flakonach perfum szukamy błogości - i właśnie ją dostajemy, każdy w dokładnie takiej postaci, do jakiej tęskni. Jest w tym coś baśniowego, przyznajcie.

Feather, Craig Saunders

Zatem cóż takiego wyjątkowego kryje się we Voile d'Ambre, że aż sprowokowało mnie do odnalezienia w Sieci odpowiednich fotografii oraz ponadgodzinnego stukania w klawiaturę komputera [a przede mną pewnie jeszcze drugie tyle ;) ]? Czym wyróżniają się te perfumy?
Przede wszystkim - niespodzianką oraz nostalgią.

Przyjemnym, choć przecież powtarzającym się zdumieniem, jak świetne mogą być pachnidła z niezbyt wysokiej półki cenowej. A przecież nie od dziś wiem, że we współczesnym perfumiarstwie cena wonnego eliksiru dawno już przestała być adekwatna do jego jakości, natomiast od Yves Rocher w tym względzie zawsze należy oczekiwać przynajmniej porządnej rzemieślniczej jakości (acz nierzadko i Sztuki przez duże S). No tak, wiem ale i tak zawsze mnie to zdumiewa. ;) Bo nie oszukujmy się: gdyby podobna kompozycja wyszła pod szyldem butikowej kolekcji Guerlain czy Diora - co na tle ich najnowszych masowych premier i tak stanowiłoby przyjemną odmianę - bez mrugnięcia okiem zapłacilibyśmy za nią nie 150 ale 1500 złotych. I bylibyśmy zadowoleni z zakupu.
Tyle, jeżeli chodzi o niespodziankę, natomiast w kwestii nostalgii... Przejdźmy do rzeczy, nim zamarudzę Was na amen. ;)

Feather, Chris Jones

Otwarcie Woalu jest zaskakująco ostre ale już od pierwszej sekundy naznaczone wyraźną roślinną lekkością; to wiosna w mandarynkowym sadzie, bujnym młodą, niedojrzałą, seledynową i sprężystą zielenią. Zielone są soki drzewka owocowego spadające na oplątujące go, kolczaste, agresywne chociaż piękne liany. Biedna mandarynka cierpi ale nic nie mogę z tym zrobić. Dlatego w sposób niepodobny do siebie - a może właśnie dla mnie typowy, jak typowym jest dla większości z nas? - odwracam wzrok ku nadciągającej żywiczności. Ku pikantno-słodkiej, wibrującej mirrze, lekko migdałowemu opoponaksowi oraz ciemnej słodyczy niejadalnej wanilii, wszystkim poprzedzanym przez kolejny akcent zieleni: tym razem jest to ciemny, niosący w sobie zapowiedź dymu, nieomal skórzasty kardamon. Jednak on pojawia się na skórze niczym efemeryda lub spadająca gwiazda. Błysk! I już go nie ma.
Zostają żywice oraz wanilia, gotowe do odtańczenia jakiegoś dostojnego i starego tańca. Może pawany? W każdym razie wszystko, co dzieje się na mojej skórze po odsunięciu w niebyt wszelkich zieleni okazuje się klasycznym umilaczem złożonym z ciepłych, nieco chropowatych ale w gruncie rzeczy szalenie przyjaznych nut żywiczno-drzewnych na niewzruszonym waniliowym postumencie.

Owszem, mirra co nieco dokazuje, między innymi sprowadzając cienkie strużki niemal czekoladowego w barwie kadzidła z bliżej nieokreślonych żywic, pojawia się także ciepły, gładki, przesycony Orientem sandałowiec ale żadne z nich nie jest w stanie wytrącić Voile d'Ambre z charakterystycznego dlań błogostanu. Całość pełga po mojej skórze, płoży się bez pośpiechu ani zbytniej gęstości. Po prostu jest. Żyje. Pozwala się podziwiać, niczym przechadzający się paw albo modelka na wybiegu. ;)
No i stopniowo zanika w sposób całkowicie pozbawiony ostentacji. Wykrusza się drobnym żywicznym piaseczkiem, który gdzieniegdzie tylko zdołał rozgrzać się kadzidlanym żarem oraz rozpuścić w wonnym dymie. Czas mija aż w końcu na ciele pozostaje tylko lekkie, słono-labdanowe westchnienie syntetycznej ambry oraz ciepła, coraz bardziej jasna wanilia.

Jest ciepło, miękko, bezpiecznie i błogo. Chcę spać.


Rok produkcji i nos: 2005, Olivier Pescheux

Przeznaczenie: zapach skomponowany z myślą o kobietach i trzeba przyznać, że to na naszej skórze prezentuje swoje najbardziej typowe, bezpieczne wcielenie. Jednak my nie lubimy typowości,, prawda? :) Więc polecam Voile d'Ambre również mężczyznom, na których ciele zapach może buchnąć większym dymem lub zamienić się w spalony i przewiany wiatrem las. Na przykład. ;)
Jeżeli natomiast chodzi o bardziej charakterystyczne cechy, to omawiana kompozycja okazuje się całkowicie godna swojej nazwy; otacza naszą sylwetkę zwartym ale nienachalnym woalem i delikatnie wokół niej wiruje tudzież układa się ze spokojem. Dlatego pasuje na wszelkie możliwe okazje: do pracy w październiku, na bal w styczniu czy na grilla w sierpniu. ;)

Trwałość: w granicach pół doby a więc świetna

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: zielona mandarynka, kardamon
Nuta serca: opoponaks, mirra, kadzidło
Nuta bazy: drewno sandałowe, paczuli, wanilia
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/luvramblin/12041476074/
2. https://www.flickr.com/photos/29614669@N04/2942789064/
3. https://www.flickr.com/photos/stopherjones/6172535171/

niedziela, 15 października 2017

Kompania braci


Któż z nas o nich nie słyszał? Jeżeli nawet przespał lekcje historii poświęcone wyprawom krzyżowym, z pewnością natknął się przynajmniej na kilka hollywoodzkich przebojów, seriali telewizyjnych, popularnych powieści, gier komputerowych, teorii spiskowych, coraz bardziej nośnych, niebezpiecznych trendów politycznych lub chociaż na naszego poczciwego Pana Samochodzika!



Nie jest możliwe, aby ktokolwiek pozostał całkowicie obojętny na opowieści o templariuszach. Członkach Zakonu Ubogich Rycerzy Chrystusa i Świątyni Salomona, nieustraszonych rycerzach, zręcznych bankierach, pysznych politykach, pomysłowych menedżerach. Dzięki nim Szwajcarzy poznali pojęcie tajemnicy bankowej, Anglicy stworzyli swoje słynne na cały świat struktury prawne a masoni odziedziczyli miłość do tajemnicy oraz (być może) kilka mniej lub bardziej niezidentyfikowanych sekretów. ;)
Wykończył ich piątek trzynastego, który właśnie z ich powodu uznawany jest za pechowy dzień.

Templariusze władają naszą wyobraźnią w większym lub mniejszym stopniu. Waszą, moją oraz wszystkich osób, które znamy. Zdumiewają, zastanawiają, fascynują, niekiedy niezdrowo [na przykład pewnego owładniętego obsesją, bezwzględnego norweskiego terrorystę lat temu sześć z okładem]. Czy jednak kiedykolwiek pomyśleliśmy o nich jako o ludziach? Takich jak Wy czy ja?
Czy rozważaliście kwestię rycerzy świątyni Salomona w kontekście zmęczenia? Albo tęsknoty? Rozczarowania? Marzeń oraz wspomnień?


Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co mogło czuć tych siedmiu francuskich facetów, którzy całkiem jak w domu na horyzoncie widywali co prawda wzgórza, te jednak nie były pokryte zielonymi winnicami, jak to w Szampanii lub Burgundii ale spalonymi bezlitosnym słońcem oraz owianymi bezwzględnym wiatrem szaro-buro-żółtymi, praktycznie gołymi, piaszczysto-żwirowymi skałami okolic Jerozolimy. Którzy tak samo jak we Francji zamieszkiwali budowle z kamienia ale jakże daleko temu było do ich rodzinnych zamków!
W odróżnieniu od swoich pseudonaśladowców z XXI wieku oni doskonale zdawali sobie sprawę, gdzie znajduje się opisywana w Apokalipsie dolina Armageddonu. Przecież właśnie do niej trafili. I walczyli w niej o przetrwanie, dosłownie oraz w przenośni (a przynajmniej tak to sobie wyobrażali).
Siedmiu mężczyzn: Hugo, Mikołaj, Piotr, dwóch Godfrydów oraz dwóch Janów. Taka to była band of brothers ;)

Autorka: Eve Andersson, 2010.

Dlatego abstrahując zupełnie od naszych prywatnych sympatii politycznych ale wracając na bezpieczny grunt stricte perfumowy zastanówmy się, jaki zapach mógłby pomóc Europejczykom, rzuconym przez los w niegościnne, niezrozumiałe, tak bardzo obce ziemie? Według mnie pomostem pomiędzy dwoma światami: kolebką cywilizacji zachodniej oraz egzotycznymi ziemiami na Wschodzie, o które ludzie walczą od zarania dziejów, mogłoby być Néroli Oud od Au Pays de la Fleur d'Oranger, Kraju Pomarańczy; a nim przecież jest nie tylko piękna południowa Francja, Hiszpania czy Włochy ale równie dobrze i współczesny Izrael, Liban oraz... Syria. Ziemie ciągłej wojny.
Czy więc ból i pomarańcze pasują do siebie?

Moim zdaniem jak najbardziej, o ile zestawimy je w umiejętny sposób: z filozoficznym stoicyzmem, lekarską troskliwością oraz żołnierską zaciętością jednocześnie. Gdzie z samotnego, rzęsiście oświetlonego drzewka pomarańczowego śmieją się do nas jego białe kwiaty o charakterystycznym, roziskrzonym, tak świeżym że wręcz surowym, lekko medycznym aromacie. Tak zwykle wygląda na mojej skórze olejek nerolowy, nieznacznie złagodzony bergamotką.
Tym razem jednak nie zdążę nawet mrugnąć, kiedy dołącza do niego ciemna, żywiczna gorycz, zupełnie pozbawiona pierwiastka ludzkiego. Srebrzysta jak rozgrzana stal, jak smukłe smugi dziwnego dymu, dolatujące do nas prosto z muzułmańskiej dzielnicy Jerozolimy. To oczywiście oud, bardziej w postaci suchych grzybnych drewienek aniżeli potężnej chmury kadzidła, znanej chociażby z Dark Aoud Montale. Nie, to bardziej Oud Royal Armaniego osiadający na bazie Neroli Portofino Toma Forda. Wyczuwam również podobieństwo do Akowy od M. Micallef.

Old Jerusalem behind the olive tree, autor: Alex Levin

I tak jak w prawdziwym życiu, jak w wirze Historii przez duże H, według jednych zapewne ów dym będzie tłamsił wonne kwiaty oraz pierwsze drobne, jeszcze zielone owoce, według innych połączy się z nimi w idealnej, praktycznie rodzinnej zgodzie, kolejni natomiast będą chcieli widzieć w tym wszystkim moralne zwycięstwo rośliny. ;) Natomiast ja zamknę wtedy oczy i poczuję... ciepły kurz, wielotysiącletni proch ulicy, osiadły na rozgrzanych bliskowschodnim słońcem złocistych murach wcześniej, niż można byłoby przypuszczać. Zresztą... kogo w czasach zamętu interesuje taki śmieszny drobiazg, jak kurz? Lecz zostawmy to, pozwalając strzelistym nutom neroli oraz oudu rządzić wonną rzeczywistością Néroli Oud ku radości lub zgryzocie całego świata.
Dość powiedzieć, że pachnidło na mojej skórze nie zmienia się aż do samego końca, wciąż pozostając dwugłosem nut tytułowych, zza których tylko czasem wyglądnie a to bliżej nieokreślone, pociemniałe ze starości drewno, a to wspomniany sędziwy kamień, a to rzadka jak śnieg w Śródziemnomorzu nuta cukrowej słodyczy kandyzowanych owoców tudzież nieco częstsza lekko kwaśna jaśminowa bryza.

Potrzebuję czasu aby pojąć, że walka w Néroli Oud właściwie nią nie jest, choć nie jest też współpracą. Nie muszę jej rozumieć, aby móc zauważać drobiazgi, jakie niesie życie i cieszyć się nimi.
Kto wygrał, kto przegrał? Czy to naprawdę takie ważne?


Mam ochotę zakończyć niniejszą impresję - nie mam sumienia nazwać tego tekstu recenzją - odstępstwem od tzw. historycznej prawdy i wyobrażeniem sobie, że krwawy konflikt sprzed tysiąca lat nie skończył się tak, jak mówią nam podręczniki. Nie całkiem.
W zupełnie innym kraju i w znacznie późniejszych czasach trzech kolejnych "braci" śpiewało o jeszcze innym miejscu oraz epoce ale podzielając wciąż te same, niezmienne uczucia:

"Stratowaną dziedziną Bawarów
Oddział wlecze się osobliwy:
Maruderzy spod wszelkich sztandarów,
Jeden bliźni drugiemu, bo żywy".

Ból, gniew, złość, obojętność, znużenie, odwagę, tchórzostwo, zmęczenie, słabość, siłę, zniechęcenie, nadzieję...


Rok produkcji i nos: 2015, Jean-Claude Gigodot

Przeznaczenie: zapach idealnie uniseksualny, swoim charakterem oraz przebiegiem nie zabiegający o przychylność żadnej z płci, za to niezwykle wyraźny i chętny do ciągnięcia się za uperfumowaną osobą wiotkim i półprzejrzystym woalem.
Dlatego  uważajcie na dawkowanie, choć do okazji Néroli Oud pasuje każdej.

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin wyraźnego trwania oraz co najmniej drugie tyle dyskretnego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowo-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy
Nuta serca: jaśmin, róża, kandyzowane owoce, oud
Nuta bazy: akordy balsamiczne oraz słodkie, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.alekinoplus.pl/program/film/templariusze-milosc-i-krew_42815
2. http://www.telemagazyn.pl/artykuly/templariusze-w-grudniu-nowy-serial-w-hbo-i-hbo-go-wideo-zdjecia-60571.html
3. http://www.eveandersson.com/photo-display/large/israel/jerusalem-jewish-quarter-beit-el-road-or-nearby-orange-tree.html
4. https://artlevin.com/product/old-jerusalem-behind-the-olive-tree/
5. https://www.themoviedb.org/movie/38543-ironclad

niedziela, 24 września 2017

Sen o wakacjach

Wyjrzyjcie za okno. Co widzicie? Bo ja ciężkie niebo o jednolicie stalowej bardzie, z którego deszcz pada, siąpi i leje na przemian, nieprzerwanie od ponad doby. Z drzew opadają liście a w trawie pomiędzy nimi bez trudu można znaleźć grzyby. Jest jesiennie i nostalgicznie. Jak dla mnie cudowna pogoda! ;D
O ile siedzimy w ciepłym domu, opatuleni w mięciutki sweter i z kubkiem herbaty z imbirem pod ręką; z radia sączy się nasza ulubiona muzyka a pod ręką leży ciekawa książka, względnie pilot do dekodera z funkcją VOD. ;) Jeżeli jednak w to niedzielne południe musicie ruszyć się z domu na ten deszcz i (subiektywny) chłód - nie daj borze szumiący do pracy! - to pewnie wolelibyście jednak aurę nieco cieplejszą oraz bardziej słoneczną. Bo w taki dzień tęskni się do wakacji bardziej, niż jeszcze dwa czy trzy dni wcześniej.


W dzień taki, jak dziś chcielibyśmy poczuć się jak w upalne lato, kiedy słońce bez litości pali trawę oraz liście drzew, kiedy zanurzamy swoje nosy w wonne bukiety polnych kwiatów lub szukając wytchnienia od słonecznych promieni układamy się pod jakimś potężnym drzewem i z przyjemnością wdychamy jego żywiczne, lekko oleiste, cierpkawe aromaty.

Tęsknimy za zapachem czerwonego garbnikowego wina, pitego wieczorami w porośniętej bluszczem altance tuż przy starej kamiennej chatce gdzieś w malowniczej toskańskiej bądź prowansalskiej wiosce. ;) Lub pragniemy wrócić do wypełnionego promieniami, smukłego, zdrowego lasu iglastego, gdzie zapach suchego i miękkiego mchu zderza się z aromatami drzew, pod których twardą i chropowatą skórą tętnią żywiczne soki; a my bardziej domyślamy się ich obecności, niż jesteśmy jej pewni ale i tak cieszy nas to olfaktoryczne zawirowanie, od którego aż kręci się w głowie.
Marzy nam się w końcu chociażby szybki, chłodny prysznic z użyciem zwykłego marsylskiego mydła [ale bez paniki, klasyczny Biały Jeleń też wystarczy ;) ], po którym wycieramy ciało czystym, wysuszonym na wietrze bawełnianym ręcznikiem. A potem spokojnie moglibyśmy wyjść przed tę kamienną chatkę i napić się czerwonego vin de pays, gdzieś za plecami mając grządkę kwitnących kocanek. ;) Nasze ciało powoli schnie całkowicie i na powrót wraca do swoich przyrodzonych aromatów, dalekich od niepożądanego potu ale przecież oczywistych dla każdego człowieka [sprawdzić, czy nie Grenouille ;P ].

Jeżeli szukacie perfum odwołujących się do dokładnie takiego klimatu, możecie postarać się zdobyć gdzieś spod ziemi Immortelle  z cyklu Acte 1 francuskiej marki Editions Nose Up. :) Łagodne, ciepłe i nienachalnie nostalgiczne pachnidło wydaje się być stworzone wyłącznie po to, aby konserwować w sobie zapachy beztroskich, śródziemnomorskich wakacji; może nieco wyidealizowanych, może rozpatrywanych przez pryzmat wspomnień z lat dzieciństwa albo młodości ale zawsze pięknych i prowokujących delikatny, lekko nieobecny uśmiech.
Słoneczne dzięki kocankom oraz kumarynie, nienachalnie drzewne oraz czyste czystością jasnego, mydlanego piżma, Immortelle okazuje się być dokładnie tym, czego potrzeba wszystkim słonecznym marzycielom - lub mówiąc mniej poetycznie: ludziom, którzy poszukują perfum stonowanych a przy tym niszowych. Czegoś w sam raz na dzień spędzony w pracy albo na spacerze, zakupach, zabawie z dzieckiem, w kinie, na imprezie, na działce, przy pisaniu pracy magisterskiej, w kolejce do lekarza, na obiedzie u teściów...


Rok produkcji i nos: 2014, Anne Flipo

Przeznaczenie: kompozycja znakomita zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, jak wspomniałam raczej spokojna i bliskoskórna ale - uwaga! - naprawdę bardzo trwała, więc decyzję o jej użyciu musicie podjąć przewidująco i z rozwagą. ;)

Trwałość: jak wyżej. ;) Na ubraniu potrafi przetrwać kilka prań a to "tylko" woda perfumowana.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: kadzidło, cytrusy
Nuta serca: kocanka, żywica sosnowa
Nuta bazy: białe piżmo, ambra
___
Dziś noszę Huldrę od Vala's Perfumery.

P.S.
Obie ilustracje pochodzą z https://www.groupon.fr/deals/edition-nose-up-parfum-immortelle

sobota, 16 września 2017

Mieć pokój w sercu

Powroty bywają trudne. Nie tylko dlatego, że wiążą się z ponownym wdrożeniem w rytm, od którego zdążyliśmy się odzwyczaić ale też z powodów czysto technicznych. Na przykład poważnego uwstecznienia w dziedzinie nowości. ;) Nie inaczej jest w moim przypadku.
O ile bowiem czasem zdarzało mi się zaglądać do popularnych perfumerii w centrach handlowych i - ogólnie mówiąc - wiem, że Izia od Sisley to Dzieło przez duże D, natomiast w Gabrielle od Chanel ciekawy jest jedynie flakon, to już w kwestii perfum niszowych i artystycznych od około roku nie wąchałam niczego nowego.

Z tego powodu moja pierwsza recenzja po wielomiesięcznej przerwie dotyczyć będzie pachnidła, którego w żaden sposób nowością nazwać nie można. Dziś opowiem Wam o futrze.


Temat naturalnych futer szczęśliwie we współczesnym świecie jest już na tyle skompromitowany, że pozytywnie kojarzy się właściwie jedynie osobom, które na co dzień posługują się językiem rosyjskim. W ich kręgu kulturowym "szuba" w dalszym ciągu uchodzi za nieomylny znak wysokiego statusu społecznego; zatem u nas już nie musi. ;) Jednak nie zawsze tak było.

Jeszcze zanim Zachód dopuścił do głosu ruchy nawołujące do rezygnacji z tego symbolu niepotrzebnego okrucieństwa, zamożne Francuzki, Brytyjki czy Amerykanki również wzdychały do naturalnych futer a ich producenci głowili się, w jaki sposób rozszerzyć działalność. I tak właśnie, w roku 1912 na trzech braci Weil spłynęło olśnienie: a gdyby produkować perfumy wonią pasujące do miękkich futrzanych płaszczy, specjalnie dla nich komponowane?
Odkąd w roku 1922 marka pokazała światu swoje pierwsze pachnące dzieło, Padisha*, a od 1927 produkowała już perfumy dostępne w powszechnej sprzedaży (a nie, jak do tej pory, będące upominkiem dla najlepszych klientów), jeszcze silniej zaczęła kojarzyć się z luksusem. Naturalnie Parfums Weil w ciągu swojej działalności podążało z duchem czasu, dotrzymując kroku aktualnym modom olfaktorycznym, jednak współcześnie markę otacza nimb producenta dzieł silnych i bezkompromisowych. Cóż, w tamtych czasach nawet perfumy "świeże", "lekkie" i "młodzieżowe" były zdolne swoją mocą wywoływać wojny a i konieczność dopasowania do woni naturalnych futer też musiała mieć duże znaczenie. ;)

A skoro już o świeżości i młodzieńczej odwadze mowa...


W interpretacji opisywanej marki oznaczała ona na przykład niemałą dawkę suchego, zielono-srebrzystego, mieniącego się szypru a na imię jej było Weil de Weil.

Mieszanina powstała w tym samym czasie, co Ô de Lancôme, Rive Gauche YSL, Chanel No. 19 czy Diorella wydaje się nie tylko odwoływać do modnych wówczas interpretacji zapachów "sportowych" i "świeżych" (gdzie za wymienione cechy odpowiadały głównie cytrusy, drewna, kwiaty w typie narcyzów i hiacyntów, wetyweria, mech dębowy oraz cywet z piżmem) ale też w ciekawy sposób mierzyć się z podstawowymi założeniami marki. Bo jak w czasach miłujących pokój, roślinożernyh hipisów opowiadać o zapachu kosztownych futer?
Na przykład opierając się o ich ożywczą, rozbrajającą, humorystyczną interpretację. Ostatecznie czy przymrużając oko nie moglibyśmy określić mchu mianem "wegańskiego futra"? ;)

A tutaj wszystko dotyczy mchu: od migoczącego, kwiecisto-pylistego, lekko pikantnego otwarcia przez serce ukryte we wnętrzu zieleniącego się, balsamicznego, galbanowo cienistego i ziołowo słonecznego lasu zamieszkanego przez zupełnie nie płochliwe cywety aż po skórzasto-sandałowcową bazę, przez którą jak cień dzikiego zwierza przemyka niemal kleista, zmysłowa gorycz piżma. W każdy z etapów rozwoju Weil de Weil wpleciona jest mniej lub bardziej gruba nić suchej, skrzącej się woni mchu dębowego. Uwierzcie, że łamie mi ona serce, ponieważ w roku 2017 stworzenie choćby podobnych perfum nie jest możliwe; nie te czasy, nie ta moc, nie te składniki...

Dlatego pozostaje mi jedynie to drobne wspomnienie minionych czasów, oszczędnie oplatające ludzką sylwetkę. Towarzyszące nam, ponieważ stosowane z wielką ostrożnością i oszczędnością z mojej strony; zbyt cenne, aby roztrwonić je w bezczelnej mgle z atomizera.
Kiedy ze współczesnej perspektywy myślę o Weil de Weil, przypomina mi ono anonimowy aforyzm "Spokój nie oznacza przebywania z dala od hałasu, kłopotów czy ciężkiej pracy. To znaczy być w centrum tego wszystkiego ale wciąż znajdować w sercu równowagę".


Rok produkcji i nos: 1971, ??

Przeznaczenie: podobnie jak przytłaczająca większość dawnych dzieł marki, także i ta kompozycja dedykowana jest kobietom, aczkolwiek wg dzisiejszych standardów jest to typowy uniseks. Ba, co bardziej konserwatywni pewnie przekonywaliby nawet o jej męskości. ;P
Z uwagi na nieprzeciętną moc pachnidła (testowałam wersję z drugiej połowy lat 70.) należy bardzo rozważnie podchodzić do dawkowania; obawiam się, że większość współczesnych nosów nie zniosłaby dawki większej, niż kilka kropel na krzyż. Dlatego nawet z doborem okazji należy uważać, choć osobiście nosiłam WdW nawet do pracy wśród ludzi i nikt nie narzekał. :)

Trwałość: całodniowa

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: neroli, galbanum, hiacynt, akordy zielone, tangerynka
Nuta serca: mimoza, ylang-ylang, narcyz, wiciokrzew, róża, konwalia
Nuta bazy: mech dębowy, drewno sandałowe, wetyweria, cywet, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/seanmolin/12596621403/in/photostream/ [The most wonderful... | Anna, autor: Sean Molin]
2. https://img0.etsystatic.com/187/0/7992770/il_fullxfull.1227057772_16o8.jpg [Autor: NewbornPhotography Props (bonbonsphotopropshop)]

* Nazwa ta oznacza 'padyszacha', więc kojarzenie perfum luksusowych, więc obłędnie kosztownych ze światem islamu jest znacznie starsze, niż moda na oud (czy to wciąż jest tylko moda? śmiem wątpić). ;)

czwartek, 14 września 2017

Powrót zza grobu, czyli kto mi dobierze perfumy?

Iwan Bilibin, Baba Jaga, 1900

Wiedźma przyleciała! Obleciała cały świat kilka razy dookoła (faktycznie lub za pomocą zebranych w Borach Dolnośląskich muchomorów), zajrzała do nieba, piekła na nawet na Saturna, z niejednego pieca dzieci chleb jadła i wróciła. ;) Oby już na stałe.

Nie wróciła jednak sama, towarzyszą jej niemałe wątpliwości. Waszej czarownicy zmienił się bowiem gust perfumowy.

Roman Kochanowski, Zielony pejzaż, 1886

Spokojnie, chociaż faktycznie z większą dawką tolerancji podchodzę do zapachów jasnych, delikatnych lub stereotypowo kobiecych, nieodmiennie jedną nogą siedzę w szeroko rozumianych dziwnościach. :) Wciąż tęsknię do kadzidlanego dymu oraz szykownego oudu, nadal fascynuje mnie Orient i w dalszym ciągu nie znoszę j'Adore ani Euphorii. ;) Jestem jednak na etapie poszukiwań.
Marzy mi się coś ziołowego.

Jednak nie chodzi mi o jakiekolwiek, dowolnie wybrane zioła, o nie! To nie może być nieodżałowana Herba Fresca od Guerlain ani jakakolwiek z kompozycji cyklu HYLNDS by D.S. & Durga, choć to wszystko są bez wątpienia piękne, przemyślane kompozycje. Nie satysfakcjonuje mnie pierwsza lepsza mięta, bazylia, tymianek, piołun ani nawet pokrzywa. ;) Nic z tych rzeczy.
Chciałabym perfum, które pachną jak Słowiańszczyzna.

Alfons Mucha, Epopeja słowiańska: Słowianie w ich pierwotnej ojczyźnie, 1912

Zapytanie pewnie: co to znaczy? A może raczej: w czym problem? Lub dlaczego słowiańskość miałaby pachnieć akurat ziołami?
No cóż, może w tym, że wcale nie musi. Równie dobrze mogłaby pachnieć lasem. Śniegiem i czystym mroźnym powietrzem. Rozgrzanym metalem. Dymem z ogniska i wiankami świętojańskimi. Popiołem. Krwią. Czymkolwiek. Byle mojemu synestetycznemu umysłowi kojarzyłoby się to słowiańsko. ;)

Problem w tym, że takich perfum zwyczajnie nie ma. Skarb i Blask marki Humięcki & Graef to jednak nie jest to z powodu nowoczesności obu kompozycji, podobnie Woda Królowej Węgier naszej Polleny Aromy też nie odpowiada moim standardom, będąc na to zbyt ułożoną (w końcu dworskie pachnidło nie mogło epatować dzikością ;) ).
A mnie potrzeba słowiańskiego ducha: energiczności i rzewności, melancholii oraz zapalczywości, pozerstwa i skromności. Tych wszystkich wewnętrznych sprzeczności, które składają się na odpowiedź, dlaczego tak tak łatwo potrafimy dogadać się z Ukraińcami, Słoweńcami, Rosjanami, Czechami...

Alfred Wierusz-Kowalski, Jazda

Choć istnieje mnóstwo kompozycji odwołujących się do innych europejskich kręgów etnicznych - z naszej szerokości geograficznej wystarczy wspomnieć inspiracje mitologią celtycką i nordycką - jednak słowiańszczyzny w dalszym ciągu brakuje. Wszędzie, nawet w rosyjskiej i ukraińskiej części Etsy. Z jednej strony mówi się trudno i zamawia kompozycje dedykowane wiccanom, neopoganom, gotom lub innym miłośnikom olfaktorycznej dziwności, z drugiej jednak trochę żal.

A przecież wydawałby się, że potencjał jest ogromny!

Iwan Bilibin, Zaczarowany las o zachodzie słońca, 1906

Wyobraźcie sobie perfumy, które odwoływałyby się do Nocy Kupały, dożynek, Dziadów ale też majówek bądź grzybobrania, które eksponowałyby tak obecnie popularne motywy etniczne lub nawiązujące do słowiańskiej mitologii.  Jak pachniałby Twardowski? Smok Wawelski? Baba Jaga? Bazyliszek? Albo ptak ognisty lub Wasylisa Mądra? Którą z tych wód wybrałby dla siebie diabeł Boruta a którą Janosik? Czym pachniałoby uroczysko a czym rżysko? ;)
Na słowiańskość panuje moda ale pachnideł jak na razie ona nie dotyczy.

Zbigniew Rychlicki, drzeworyty ilustrujące Klechdy domowe zebrane przez Hannę Kostyrko, 1962

Mówiąc bardziej konkretnie: wiecie, czego mi brakuje?
Perfum - alkoholowych, olejkowych, nawet niechby i w pomadzie - zbliżonych do zapachu ziołowego żelu pod prysznic Fitomed, czarnego mydła Agafii lub chociaż żelu rozmarynowo-lawendowego Green Pharmacy. Tymczasem po przeszukaniu całego internetu oraz większości wrocławskich sklepów z naturalnymi kosmetykami wiem jedno: nikt nie produkuje nie tylko perfum ale nawet balsamu czy mleczka do ciała w zbliżonej gamie zapachowej. Moje wymagania, lub raczej marzenia, przegrywają z opłacalnością schlebiania bardziej powszechnym gustom.

No właśnie... czy w prawdziwym świecie jest miejsce dla podobnych kompozycji?

Asha Komarovskaya, Katerina Tumanova, 2015

Wydaje mi się, że jak najbardziej jest. Istnieje spora nisza, gotowa do zagospodarowania przez kogoś z pomysłem, czasem i pieniędzmi. Tylko czy takie perfumy kupowaliby wspomniani neopoganie? Historyczni rekonstruktorzy spod Grunwaldu lub z Biskupina? Lub nawet nieszczęśnicy w bluzach i podkoszulkach z szaroszeregową kotwicą na piersi? Czy można byłoby z groźnych rejonów, w które ostatnio zmierza coraz bardziej nieprzyjazna Polska wyciągnąć coś pozytywnego? Coś, co byłoby dobre i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, kolorowe jak łowicka wycinanka tuż obok wspomnianych kotwiczek na majtkach oraz białych orłów na papierze toaletowym?
Czy raczej jest na to nadal za wcześnie? Wszak nasze przekonania i upodobania to jedno a doświadczenia węchowe ogółu w dalszym ciągu zdają się szczególnie do nich nie nawiązywać. Lecz czy wszystko musi być dla każdego...?

Asha Komarovskaya, Katerina Tumanova, 2015
Tak jak nie każdy musi uwielbiać zupę ogórkową czy kochać disco polo a i tak znajdzie dla siebie miliony innych zup oraz gatunków muzycznych, żeby ani razu nie poczuć, że czegokolwiek jemu lub jej brakuje, identycznie jest przecież z perfumami. Czy więc nie ma wśród nas olfaktorycznych odpowiedników fanów Kapeli ze Wsi Warszawa tudzież uczestników kursów białego śpiewu? ;) Czy nikt nigdy nie kupił koronek koniakowskich? Nie preferuje żurku z kiełbasą zamiast ramenu? [aczkolwiek sama ramen bardzo lubię i ani myślę z niego rezygnować]. ;) Nie lubi powłóczyć się trochę po Podlasiu albo Bałkanach zamiast wysmażać plecy na basenie gdzieś w egipskim kurorcie?

A jeżeli ktoś taki jednak żyje gdzieś wśród nas i przypadkiem bądź celowo trafi na mój blog, czy może mi pomóc i podpowiedzieć, które perfumy powinnam kupić? :D

Iwan Bilibin, fragment grafiki ilustrującej baśń Maria Moriewna i Kościej, 1900

Mam nadzieję, że prędzej czy później znajdę odpowiedź. A tymczasem czekam na dostawę czesko-islandzkich perfum nawiązujących do mitologii nordyckiej. ;) Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. :)

P.S.
Źródła ilustracji:
1. https://explorationart.wordpress.com/2014/12/28/ivan-bilibin-russian-illustrator-and-painter/
2., 4. https://lamusdworski.wordpress.com/2017/07/09/19th-century-countryside-in-art/#more-2107
3. https://en.wikipedia.org/wiki/File:Slovane_v_pravlasti_81x61m.jpg
5. https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Fairy_Forest_at_Sunset.jpg
6.https://jarmila09.wordpress.com/2010/11/04/klechdy-domowe
7. https://www.flickr.com/photos/chlemaris/15821701533
8. https://www.flickr.com/photos/chlemaris/16255856117
9. https://illustratornate.wordpress.com/2013/10/23/dont-stop-bilibin/

piątek, 6 stycznia 2017

O krwi czerwona!


Ciekawe, czy wciąż pamiętam, jak to się robi? ;) Ponoć z blogowaniem jest identycznie, jak z jazdą na rowerze ale kto wie, jak jest naprawdę?

Dlatego pozwólcie mi na próbny lot, jeszcze nieśmiały, za to w towarzystwie pachnidła, które skutecznie obudziło mnie z recenzenckiego letargu. :) O jakie dzieło sztuki olfaktorycznej może chodzić?



Ci z Was, którzy śledzą moje konto na Instagramie, mogą się już domyślać. ;)

"Rubies and Pearls of Love In Sails of Scented Winds In Whispers of a Midnight Sun" [po angielsku brzmi to znacznie lepiej, niż po polsku (co nie znaczy, że z większym sensem) ;) ]. Według twórczyni marki dokładnie tak pachnie ukochane przeze mnie zderzenie przeciwieństw, okolicznościami zmuszonych do nawiązania dialogu i odnalezienia wspólnej drogi. Wspaniały twórczy oksymoron.

Gdzieś na bezdrożnych rubieżach znanego świata kwiaty, ten symbol klasycznego europejskiego perfumiarstwa o wielosetletniej tradycji, spotykają jeszcze starszą sztukę olfaktoryczną w postaci bliskowschodnich drzazg i dymów. Oto Grasse staje się miastem partnerskim Aleppo a dzieje się to na z pozoru niegościnnej Dalekiej Północy. :) Co może wyniknąć z podobnego spotkania?


Midnight Sun marki Aqaba. ;) Perfumy zatytułowane po fenomenie z okolic przesilenia letniego, kiedy to na skrajach Ziemi, za granicami kół podbiegunowych, słońce wisi tuż ponad widnokręgiem przez całą dobę. Biała noc. Nietrudno zgadnąć, że na naszej półkuli zjawisko to ma miejsce w okolicach 21. i 22. czerwca, w czasie pradawnych indoeuropejskich świąt ku czci najdłuższego dnia w roku; tak niezwykłe i oczekiwane, że okres ten w językach germańskich do dziś nosi nazwę odwołującą się właśnie do fenomenu słonecznej północy: midsommar po szwedzku, midsummer po angielsku, Sommersonnenwende po niemiecku. Letnie przesilenie słoneczne. Midnight Sun.

Kiedy więc po raz kolejny w odwiecznym astronomicznym tańcu nocy z dniem, światła z mrokiem oraz zimy z latem szczęśliwie minęliśmy okres będący doskonałym przeciwieństwem białych nocy, gdy powoli wychodzimy z kosmicznej smugi cienia, chciałabym opowiedzieć Wam o zapachu, który towarzyszył mi w tegorocznych obchodach chrześcijańskich uroczystości przesilenia zimowego. Ukryta w ciepłym, bezpiecznym cieniu patrzyłam ku promieniom.


Co stanie się zatem, kiedy bogate, europejskie kwiecie napotka na swojej drodze bliskowschodnie tłuste dymy oraz suchy, pylisty popiół czy drewno, z którego ostały się li tylko drzazgi? Jakie dziecko urodzi się ze związku tak żywych, wyrazistych i rozwibrowanych rodziców? No cóż, odpowiedź na tak postawione pytanie znamy od początku ubiegłego wieku a konkretnie od 1917 roku. Oczywiście szypr! ;)
Nim właśnie jest Midnight Sun, aromat bogatej róży o mięsistych płatkach w kolorze rubinowej czerwieni zestawiony z suchym ale gęstym sandałowcem, któremu towarzyszą subtelne, nieznacznie gorzkie smugi jasnego dymu z bliżej nieokreślonych żywic. Za nimi jednak podążają pojedyncze promienie świetlistego kwiatu pomarańczy, z którego całą jego słodycz wyciąga zielona, świeżutka gardenia. W tym momencie wydaje się, że pogoda i jasność pachnidła zatriumfują.


Jednak z czasem cienista kompozycja zamiast blednąć, pogłębia się. Do pojedynku - a może tańca - róży z sandałowcem, gdzieś pomiędzy australijskim drewnem rodem z Santal 33 od Le Labo a kwiatem z Rosenlust marki April Aromatics czy lutensowskiej Sa Majeste la Rose pojawia się sucha wetyweriowa gęstwina oraz... oud, tłusty ale lekki, absolutnie nie dążący do dominacji nad kompozycją. Towarzyszy mu daleki cień miodowej tuberozy, jeszcze bardziej symboliczny aniżeli partner; swoją drogą jest to niemałe osiągnięcie: żeby parę tak wielkich indywidualistów utrzymać w ryzach gdzieś na dalszym planie, no no! ;)

Jakkolwiek patrzeć na współpracę poszczególnych elementów Midnight Sun, baza jest stabilna i prawdziwie głęboka. Ciepła, spokojna, delikatnie drgająca jakby w rytm monotonnego, relaksującego kociego mruczenia. Niczym światłem i cieniem cierpki od olejków aromatycznych różany nektar gra z subtelną pikanterią sandałowca, leniwa słodycz kwiatu pomarańczy z przerzedzonymi kadzidłami, laboratoryjnie narkotyczna tuberoza z gęstniejącym, metalicznym oudem oraz suchą ostrością wetywerii (a może tej ostatniej wcale w MS nie ma, może od początku udawał ją oud...?). Natomiast gdzieś na samym dnie czają się ciemne akcenty animalne: od oleistego kostowca począwszy, przez sierściowe piżmo aż po miękki zamsz, wszystkie jednak bardzo stonowane, podrzędne wobec zgodnej współpracy roślinnych przeciwieństw. Jak na najprawdziwszy szypr przystało. ;)


A przecież dziś prawdziwych szyprów już nie ma. ;) Dlatego wśród popularnych perfum charakter zbliżony do Midnight Sun możemy znaleźć bodaj wyłącznie w Eau du Soir czy Soir de Lune od Sisley, klasycznym Agent Provocateur czy w Cabaret marki Grès.

Coraz trudniej o rubinową czerwień białych nocy. Nie tylko w mroźny grudniowy czy styczniowy wieczór. :) I nie tylko na dalekiej Północy.

W południowo-zachodnich Niemczech, w miejscowości Bingen nad Renem, w dwunastym stuleciu żyła jedna z najciekawszych postaci swojej epoki. Miała na imię Hildegarda i była osobą o tysiącu talentów, których nie stłamsiło rygorystyczne klasztorne wychowanie: dyplomatka, naukowczyni, lekarka, dietetyczka, zielarka, geolożka, biolożka, filozofka, poetka i kompozytorka. A oprócz tego mistyczka i pustelniczka, prekursorka panteizmu, benedyktyńska mniszka, święta kościoła katolickiego oraz doktor kościoła.
Utwór, który wybrałam do zilustrowania recenzji jest jej autorstwa. Dotyczy oczywiście kwestii religijnych ale myślę, że jego tekst znakomicie pasuje do opowieści o lecie i zimie, o słońcu oraz mroku, o życiu i... o kwiatach. ;)

"O krwi czerwona,
która spływasz w dół z wysokości
tknięta boskością.
Ty jesteś kwiatem,
którego mróz wężowego oddechu
nigdy nie uśmierci".*


Rok produkcji i nos: 2007,  Vito Lenoci

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach i jako szypr chyba rzeczywiście najlepiej do nich pasuje (co nie znaczy, że mężczyźni się w nim nie odnajdą; w istocie może być zupełnie na odwrót, choćby z uwagi na składniki). Ciekawa alternatywa dla mieszanek zapachowych, w których nie wolno już stosować mchu dębowego ale wciąż ciągnie nas do jego magii. Nas, czyli mnie. ;)
Bardzo klasyczny i stonowany, więc wydaje się idealnie dopasowany do oficjalnych okazji. Choć oczywiście tylko Wy decydujecie o własnym stroju olfaktorycznym. :D

Trwałość: całodniowa, wyraźna nawet w głębokiej bazie.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-orientalna (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: róża damasceńska, gardenia, frezja
Nuta serca: kwiat pomarańczy
Nuta bazy: tuberoza, drewno sandałowe, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/oldeyankee/5077934565/ [Midnight sun Bell Sound Norway]
2. https://www.flickr.com/photos/cpieters/6931192243/ [north cape with midnight sun autorstwa Charlesa Pletersa]
3. https://www.flickr.com/photos/46785534@N06/11997095116/ [Evening with Midnight Sun - EXPLORED autorstwa niejakiej Anity]
4. https://www.flickr.com/photos/haparanda/4705240329/ [Midnight sun in Haparanda autorstwa Sandry Baqirjazid]
5. https://www.flickr.com/photos/11003739@N00/2654514317/ [Midnight Sun, points north. Alaska autorstwa Daniela Heggie]

* Cytat za Kristin De Troyer, Wholly Woman, Holy Blood: A Feminist Critique of Purity and Impurity, Ingram International, Przedmowa, s. X, Tłumaczenie własne.