wtorek, 31 lipca 2012

A tymczasem w XXI wieku...

Po latach pojawia się forma autoidentyfikacji, którą dekady wojen i "twardej" męskości zepchnęły w cień - dandys. Szkoda tylko, że najczęściej w szczątkowej i bardzo powierzchownej formie mężczyzny metroseksualnego. Na szczęście nie w tym konkretnym przypadku.


Zainspirował mnie przede wszystkim dzisiejszy wpis Łukasza Kielbana z Czasu Gentlemanów, Dandys - nadgentleman. Łatwo wyelegantowanego Pana oceniać z perspektywy współczesnych obiegowych opinii na temat męskości (te zna każdy, więc daruję sobie przykłady), co zawsze musi kończyć się nieporozumieniami czy też bardzo błędnymi wnioskami. Cóż, mało którą rzeczywistość historyczną daje się prawidłowo ocenić za pomocą mentalności czy moralności, której nauczono nas w domu. Ale ja nie o tym... :)
Wracając do dandyzmu, pozwolę sobie zacytować wspomniany wpis:

"W pierwszym okresie [dandyzmu, czyli na przełomie XVIII i XIX wieku] słowo 'dandys' oznaczało (...) mężczyznę pochodzącego z klasy średniej, a swoim wyglądem i zachowaniem nawiązującego do stylu wyższych sfer. [O genezie zjawiska więcej w podlinkowanym artykule. ;) wzp]
Z czasem dandysi okazali się tak biegli w wyznaczaniu kierunków mody męskiej, że znaleźli naśladowców w różnych kręgach, w tym też arystokratycznych. Zaczęto więc stosować to określenie po prostu do mężczyzn przykładających ogromną wagę do wyglądu, wysławiania się, manier, a nawet swojego hobby. Dandysi uważali jednak, że ta estetyczna powłoka, choć tak ważna, jest tylko wyrazem wyższości ich umysłu nad innymi. Dandys czuł się arystokratą piękna, uczuć i myśli.
Miało to szczególne znaczenie w porewolucyjnej Francji, gdzie dandyzm był wyrazem łamania barier klasowych. Wystarczyło posiadanie pieniędzy, by 'stać' się arystokratą, poprzez bycie niczym jeden z nich. Wyszukane stroje i maniery stały się znakiem rozpoznawczym wielu artystów należących do bohemy – grupy łamiącej konwenanse i normy społeczne. Były to jednostki świadomie projektujące swoje osobowości – nic nadzwyczajnego na dzisiejszym rynku sztuki. Francuscy artyści starali się pokazywać jako osoby kultywujące idee (piękno), a nie materię (posiadane dobra) i w ten sposób przeciwstawiali się burżuazji".

Mam nadzieję, że Łukasz wybaczy mi samowolne posłużenie się jego tekstem. ;)


Chciałam tylko pokazać, że dandyzm to wbrew pozorom więcej, niż atrakcyjna wizualnie powłoka. A nawet jeżeli powierzchowność zwraca uwagę warto zastanowić się, co i dlaczego stało za faktem starannego dopracowania tejże. Może okazać się, że usłyszymy naprawdę wciągającą opowieść...

Gadżetem, który mógłby pokochać współczesny dandys - lub chociaż "zwykły" dżentelmen - jest najnowsza męska propozycja marki Lalique, Hommage à l'homme. Czyli ni mniej ni więcej, jak Hołd dla mężczyzny. ;) Jak mniemam mężczyzny, który potrafi docenić staranną, wysmakowaną i wypracowaną elegancję. Dżentelmeni czy współcześni dandysi pasują zatem jak ulał. :)
Powinni docenić charakterystyczną, złożoną-a-prostą konstrukcję Hommmage tak, jak markowe okulary, zegarki, pióra czy buty.

Pachnidło bowiem skonstruowano naprawdę bardzo przemyślnie. Tak, by z początku zachwycało krystaliczną, cedrowo-szafranową świeżość, zaś później pokazało apetyczne, spokojnie drzewne oraz nowocześnie orientalne podbrzusze. :) A wszystko to okazuje się być jasne, o jasno wyznaczonych granicach, tyleż zauważalne co dyskretne.


Jak napisałam, w otwarciu Hommage à l'homme wydaje się pachnidłem świeżym, jasnym oraz ostrym [też pikantnym, jednak ta "ostrość" odzwierciedlać miała głównie ostre kanty i sangwiniczny spokój kompozycji]. Jednak nie mam kłopotów z akceptacją tego stadium. Cóż, sztuka potrafi obronić się sama i przekonywać bez kłopotów, jeżeli tylko jest szczera. Taki właśnie zdaje się być Hommage. Żywe, jasne i nasycone ziemistymi aspektami zieleni, wyrażanymi za pomocą paliwowych nut liści fiołka skoligaconych z zimnym, igiełkowym irysem. Charakteru dodaje im wspomniany wcześniej cedr, wyczuwalny być może dzięki zestawieniu szafranu z pieprzem oraz wonią skórzanej bergamotki. Z czasem soczysta cedrowa rześkość znika ale akord pikantnego, paliwowego fiołka pozostaje. Lubię to, co z tą nutą wyczynia zazwyczaj sztuka perfumeryjna skierowana do mężczyzn. :) Fiołek przestaje być słodki i w pewien sposób baśniowy (jak słyszałam) ani nie pływa w odmętach wody z wazonu (tak często zachowuje się fijoł na mojej skórze). Pozostaje charakterystyczny, spokojny puder, w intrygujący sposób wytrawny zaś w omawianym przypadku - doprawiony pieprzem jasną suchością szafranu, gałki muszkatołowej. Coraz wyraźniejszy staje się natomiast wypływający się spod spodu aromat spokojnego, apetycznego drewna. Z zaskoczeniem stwierdzam, że to oud!
Takie oblicze drewna agarowe również przyjemnie zaskakuje. Nie wybija się na niepodległość, nie kradnie przedstawienia, nie jet nawet wyraźne. Po prostu trzyma się z tyłu, nadając Hommage wyrazistej, smukłej formy, dodaje do mieszaniny nieco cienia. Obok pojawia się subtelna, zielonkawa słodycz bobu tonka, co w zestawieniu z akcentami fiołka oraz agaru daje całość nietypową acz elegancką. Także w bazie, kiedy pojawia się spokojne, suche i złociste labdanum, nadające pachnidłu przyjemnego, cielesnego sznytu.

Hommage à l'homme wydaje się kolejną próbą stworzenia nowoczesnego wcielenia wód paprociowych. Może niezbyt udaną, bo zapach wydaje się znakomity jako zwykłe dzieło drzewno-orientalne, niemniej jednak ducha wystudiowanej, świadomej siebie elegancji, która niczego nie musi udowadniać, nie sposób zignorować. :) Szyk i elegancja nie są pozą, tarczą czy reklamą, one istnieją po prostu dla samych siebie. Piękno dla piękna, czyż nie o to chodzi w dandyzmie?

Rok produkcji i nos(y): 2011, Christine Nagel oraz Mathilde Bijaoui

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn; spokojny i zauważalny, choć o małym sillage. Na wszelkie okazje.

Trwałość: około siedmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna





Skład:

Nuta głowy: bergamotka, szafran, liść fiołka
Nuta serca: kłącze irysa, bób tonka, pieprz
Nuta bazy: białe piżmo, oud, labdanum
___
Dziś nic. :D Taki dzień bez perfum.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://t0x1c-d0lly.deviantart.com/art/Modern-Dandy-160756614
2. http://www.themoderndandydiaries.com/2012/05/luxury-watch-or-art-audemars-piguet.html
3. http://ozmoze.blogspot.com/2012/07/its-particular-perfect-as-men-prom.html

poniedziałek, 30 lipca 2012

Najjaśniejsi


Czyli o tym, jak rozczarowująca potrafi być rzeczywistość. Dwie trzecie Sekretnej kolekcji Ramon Mólvizar w zderzeniu z moją skórą przeobraża się z postaci na poły baśniowych w śmiertelników bardzo zwyczajnych. ;) W króla i królową, owszem, ale - balu w amerykańskiej szkole średniej. ;)

Niejednokrotnie wspominałam o tym, że perfum nie warto wyobrażać sobie przed ich poznaniem, gdyż wówczas nie unikniemy rozczarowań. I nawet się do swoich rad zastosowałam; niemniej jednak miałam nadzieję, że King Secret oraz Queen Secret będą, bo ja wiem?, jakieś. Że zaprezentują sobą więcej niż kolejne gładkie, plastyczne i zachowawcze oblicza zgranego tematu.
Tymczasem spotkało mnie rozczarowanie.
Bo i jak inaczej, skoro - znając kompozytorski styl Bejara - gdzieś tam liczyłam na coś choć odrobinę zbliżonego do wizji, które za chwilę Wam przedstawię.

Na początek piękna różana królowa.

Miało być tak:



...a jest tak:


Czyli jeszcze nie aż tak źle. :) Po prostu sto kwiatów róży, o świcie rozwijających pąki w pełne, szkarłatne kopuły. Nasycona, jasna balsamiczność podkreślona miękkim światłem, rozmajona akordem herbaty a wzmocniona kwiatem pomarańczy, piżmem, świeżym drewnem oraz benzoesem (a może skórzaną bergamotką?) silnie kojarzy się ze sposobem, w jaki Bejar poprowadził 4 i 5 Elements. Właściwie jedynym, co różni Queen Secret od Elementów jest wszechpotężna, zagarniająca dla siebie całą scenę róża oraz subtelne akcenty przyprawowe (coś niecoś cynamonu oraz gałki muszkatołowej, jeszcze mniej kardamonu). Innych kwiatów w kompozycji nie stwierdzam, tak niepodzielne rządy sprawuje główna bohaterka. Ponadto różana moc i gładkie, kobiece wcielenie drzewnych balsamów przywodzą na myśl także Missalową Qessence, jednak nie zawsze wyraźnie. Z czasem kompozycja staje się nieco bardziej słodka, z różą i balsamami podkreślonymi akordem ambrowym, ciepłą i ciemną wanilią oraz puchatym sandałowcem rodem z Sensuous. Zacne połączenie.

Jak napisałam, daleko tu do tragedii. I choć brak również oryginalności, to przecież zwyczajność również nie jest zła. Każdy ma prawo do kilku pięknych, niczym niezakłócanych chwil. Nawet, jeśli są nieco kiczowate oraz starannie wyreżyserowane. :) Najważniejsze, to nie przestawać marzyć.
Para królewska szkolnego balu sprzed lat pewnie nie sprzeciwiłaby się takiemu dictum. ;) Choć i ono do najoryginalniejszych nie należy.
Grunt, że zapach okazał się mocny, wyrazisty, dobrze skonstruowany, aczkolwiek odarty z magii. Lecz to w końcu nic zdrożnego. Mogło być o wiele gorzej. :)

Czego nie da się powiedzieć o drugim z moich dzisiejszych bohaterów. Chyba.


Miało być:


a jest:


No i co z tego, że oczekiwania miałam może trochę wybujałe? Jeżeli zna się Black Cube wiadomo, iż Bejara stać na więcej. Dlatego po King Secret spodziewałam się czegoś więcej, niż nieco oszołomiona parka, którą łączy szpara między zębami górnej szczęki i otoczenie, do królewskich strojów pasujące, jak hm.. wół do karety. ;) Czegoś, co nie pozostawałoby daleko w tyle za Queen Secret! Tego nawet wypadałoby oczekiwać po perfumach z tej samej serii, prawda?
Tymczasem nic z tego.

King Secret okazał się kompozycją tak nudną, trywialną i uśrednioną, że spokojnie przeszedłby przez gęste sito selekcji zapachów marki Gucci. ;> Chociaż może jednak nie? Wszak KS jest nie tylko banalny ale również delikatny jak muśnięcie szat anielskich. ;) Albo jeszcze lżejszy.
W otwarciu delikatniutki oraz lekko szary,  cytrusowo-kwiatowy na ledwie wyczuwalnej wetyweriowo-przyprawowej bazie, później zredukowany niemal do zera (jeśli nie liczyć papierowo-metalicznego widma), by w bazie powrócić jako poprawna, zachowawcza i raczej niezbyt odkrywcza jednolita pasta z wygenerowanych laboratoryjnie nut orientalnych. Żadnych kwiatów nie wyczuwam. Nuda.
Rozrechotany pasztecik w mszystej koronie na głowie. :]
Nikogo nie zaskoczy, nikogo nie zafascynuje, gdyż po prostu nie bardzo ma czym.

King Secret to tysiączne odtwarzanie stereotypu plus olfaktoryczny podpis Bejara. Słabe chuchro bez pomysłu na siebie. I nic więcej.
Szkoda.

A Poli dziękuję za przesłanie materiału testowego! Jesteś wielka, jak stąd do Księżyca. :*


Queen Secret

Rok produkcji i nos: 2011, Ramon Bejar

Przeznaczenie: silny zapach dla kobiet, o dużej mocy oraz całkiem sporym sillage. Na okazje raczej formalne.

Trwałość: w granicach ośmiu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: magnolia, róża, geranium, liście fiołka, bergamotka, zielona herbata
Nuta serca: róża (raz jeszcze), kwiat pomarańczy, orchidea, imbir
Nuta bazy: biały bursztyn (?), piżmo, wanilia, drewno cedrowe, nuty korzenne


King Secret

Rok produkcji i nos: 2011, Ramon Bejar

Przeznaczenie: trudno określić; zapach raczej spokojny, na pewno delikatny (może więc sprawdzić się w małych pomieszczeniach, nawet bez klimatyzacji), teoretycznie męski.

Trwałość: równie niełatwo opisać i ją. Na pewno dobrze ponad pięć godzin; jednak czy będzie to godzin osiem, dziesięć czy piętnaście, nie podejmuję się oszacować.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna?

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna, pomarańcza, nuty zielone
Nuta serca: jaśmin, konwalia, geranium, róża, irys, miód, kardamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczuli, ambra, piżmo, skóra
___
Dziś, dzięki recenzji Trzech Ryb, Cardinal marki Heeley. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://savanella.blogspot.com/2010/11/monday-movie-marie-antoinette.html
2. http://wedding-designs.blogspot.com/2009/05/king-and-queen-card-wedding-invitation.html
3. http://beautyskew.com/2011/07/28/whats-with-the-whole-prom-king-queen-business-anyway/
4. http://www.viona-art.com/pages/gothic/fairytale/the-king-and-the-queen.html
5. http://www.emich.edu/focus_emu/100609/kingandqueenfeaturephoto.html

niedziela, 29 lipca 2012

Wiedzieć zbyt dużo

Czy wiedza zbyt rozległa (w ramach określonej dziedziny) nie niesie przypadkiem więcej szkody niż pożytku?
Oto pytanie, które naszło mnie dziś podczas nadgarstkowego testu Chambre Noire od Olfactive Studio.


Ostatnio mam wrażenie, że perfumy premierowe coraz mniej mają w sobie oryginalności, że o nowatorstwie ledwie wspomnę. Zaczęło się od Sale 01 Szulca, pachnidła znanego przecież jako tańszy (choć równie dobry) odpowiednik Black Cashmere. Potem przyszła  kolej Full  Incense Pierre'a Montale, który postanowił podrążyć temat zapoczątkowany Aginonem CdG oraz Cardinalem Heeleya. W międzyczasie pod strzechy perfumeryjnych sieciówek zabłądziły perfumy z oudem, dotąd składnikiem konstytucyjnie wręcz niszowym, co dla wielu miłośników perfum okazało się ciężkim ciosem. Marki prezentowane w tychże popularnych sieciowych perfumeriach od lat traktują bestsellery konkurencji jako, hmm... źródło nieograniczonej inspiracji. ;) Niegdysiejsza firma olfaktorycznie wysoce prestiżowa, jak Christian Dior, ostatnimi laty straciła sporo z dawnego uznania nie tylko w moich oczach. ;) Choć przecież z Diorem nie jest tak tragicznie, jak z innym powszechnie znanym brandem - Guccim. Gdzie perfumy oryginalne i odważne zastępowane są przez groteskowe soczki niemówiące o niczym. Sztuka zostaje zdławiona przez kolumny cyfr w Excelu.
Dochodzi do tego, że praktycznie każdy nowo powstały zapach  przywodzi na myśl co najmniej jeden już istniejący. I mogłabym tymi słowy zakończyć swoje przepełnione goryczą biadolenie, gdyby nie dwie niszowe marki. Jak na ironię - wypuszczające dotąd dzieła idealnie wtórne. Przynajmniej na mój nos.. :]

Pomyślałam bowiem o internetowym plebiscycie ogłoszonym przez twórczynię projektu Olfactive Studio, jak również o tegoż sondażu (ankiety?) efektach, nad wyraz wtórnych. Czego dowodem niech będzie rozwój na mojej skórze Chambre Noire, pachnącej nie jak jeden czy dwa, lecz jak co najmniej sześć popularnych lub też względnie nowych aromatów! Kolejnym przykładem jest niszowa manufaktura  amerykańskiej pary, architektki i muzyka. Chodzi rzecz jasna o D. S. & Durga. :) Także i w tym przypadku nader często wyczuwam podobieństwo kolejnych perfum do dzieł poznanych wcześniej. Rzecz w tym, że państwo Moltz (a raczej pan Moltz) nie są osobami znanymi "w branży", ponoć nie stoi za nimi ani wiedza merytoryczna, ani pomoc finansowa czy techniczna. Nawet część składników mają wytwarzać własnym sumptem (jak np. Laurie Erickson z Sonomy). Nie wiem, ile w tym prawdy, jednak historie jak ta z Durgą czy OS każą zastanowić się nad jedną sprawą: czy twórcy pachnideł silnie kojarzących się z innymi wodami są tak mocno obeznani z branżą, że wiedzą, na czym opłaca się wzorować, czy może wprost przeciwnie - nie dążą (choćby z braku czasu tudzież motywacji) do zaznajomienia się z produktami konkurencji? W związku z czym dosyć mętnie zdają sobie sprawę z faktu, iż właśnie zaprezentowali światu kolejny odpowiednik wody X.


Więc może sedno problemu - przynajmniej z perspektywy: globalny rynek niszowy (jakkolwiek dziwnie to brzmi) kontra małe fabryczki, przynajmniej z założenia - tkwi w nas, perfumowych maniakach? A raczej w naszym czasami zbyt swobodnym rozeznaniu w pachnącym świecie.

Bo może, skoro jedno Chambre Noire pachnie na mnie jak coś miotającego się między jasnością Armaniego Cuir Améthyste z Bottega Veneta pospołu a słonymi dymami Lutensowych Boxeuses tudzież Réjouissance od Yes for Lov - a nad wszystkim czuwa duch mniej słodkiego i bardziej skórzanego Féminité du Bois, wspierany przez natężone opary Bois Oriental od tego samego kreatora, wówczas "coś jest na rzeczy"? Może po prostu zbyt sprawnie przemieszczamy się nie tylko w gąszczu nut i całych akordów, lecz również artystycznych tropów, kulturowych odniesień, technicznych szczegółów [no dobra, technikalia zazwyczaj zostawiam komu innemu ;) ]? Co niesie ze sobą ryzyko zblazowania, jakże charakterystycznego dla potocznego odbioru efektów pracy krytyków sztuki rozumianej konwencjonalnie.
I owo zblazowanie, swoista maniera "wiem o co chodzi, to już było" potrafi maniaka dopaść w dowolnie wybranym momencie. :)
Wówczas gdzieś na horyzoncie pojawia się 'choroba krytyków', rodzaj mylnego wrażenia, iż kompletnie nie cieszy ich to, co widzą, czują i oceniają. Czyli coś, za co organicznie nie znoszę Luki Turina z Tanią Sanchez. ;] I bardzo, bardzo zależy mi na tym, by nie iść w ślady znudzonego biofizyka.
Co więc robić?
Jak żyć, Panie Premierze? ;))
___
Dziś całocielnie kochane Anaïs Anaïs od Cacharel.

P.S.
Źródła ilustracji:
1.  http://mikeduran.com/2008/08/is-art-critique-an-obstacle-to-art-enjoyment/ [z artykułu o podobnej tematyce :) ]
2. http://www.thenonblonde.com/2011/11/bottega-veneta-bottega-veneta-eau-de.html

piątek, 27 lipca 2012

Nie zadzieraj z Hannah Montaną!

Ponieważ nastał nam kolejny wakacyjny weekend pomyślałam, że czas na chwilę rozrywki. Krótką bo krótką ale zawsze... :) W ramach kącika dobrych rad Perfekcyjnej Pani Domu. Jak ustrzec się większych gryzoni:


Udanej końcówki tygodnia!
___
Dziś Ninfeo Mio od Annick Goutal (a raczej jej córki :) ).

czwartek, 26 lipca 2012

One big happy fast food

Użycie języka angielskiego nie jest przypadkowe. ;)

Ciocia Wikipedia twierdzi, że "makdonaldyzacja to proces stopniowego upowszechniania się zasad działania znanych z barów szybkiej obsługi (uosabianych przez sieć McDonald's) we wszystkich dziedzinach życia społecznego w Stanach Zjednoczonych i na całym świecie".
O tym, jak bardzo wpływa na nasze życie dowiadujemy się niejednokrotnie w nietypowych okolicznościach.


Gmail zjada listy; czasem po prostu tak ma. Blogową pocztę Pracowni założyłam właśnie na jego serwerach. W związku z czym czasami zdarza się, że listy od Czytelników nie docierają lub też nie otrzymują oni moich odpowiedzi. Kiedy ponowią zapytanie, zazwyczaj wyjaśniam sytuację, przepraszam i odpowiadam po raz kolejny.
Mam jednak pewną wadę: nie jestem robotem. ;) I nie siedzę w blogowej poczcie non stop, gotowa, by udzielać odpowiedzi w przeciągu kilkudziesięciu minut.
Zazwyczaj czytelnicy doskonale to rozumieją i przynajmniej starają się cierpliwie czekać (za co Wam ogromne dzięki! :* ). Czasem jednak wydaje się, że fakt, iż nie żyję blogiem osobie tej czy owej zdaje się umykać...

Blisko dwa dni temu otrzymałam od pewnej Pani list, zaczynający się od słów, że pierwszą jej wiadomość zignorowałam. Co nie było prawdą, po prostu jej nie dostałam. Tę już otrzymaną zobaczyłam wczoraj wieczorem za pośrednictwem telefonu komórkowego, byłam jednak zbyt zmęczona by ją przeczytać. Zrobiłam to dziś, kiedy odpowiadałam na kilka listów, w tym na zapytanie wspomnianej osoby.
Możecie więc wyobrazić sobie moje zdziwienie, kiedy tuż po wysłaniu wiadomości z adresu zwrotnego przyszła do mnie jeszcze jedna, ponoć wysłana trzy godziny wcześniej. Otworzyłam. I zdębiałam, po raz kolejny w swej blogowej karierze. W kolejnym, teoretycznie trzecim już liście, Pani wyznała, jak to srodze się na mnie zawiodła, gdyż nie odpowiadam na jej mejle. Co jest niegrzeczne a mój blog nie sugerował, że może spotkać się z podobnym zachowaniem. Hmm...
Przypominam, że od pierwszego mejla, która dotarł pod właściwy adres minęło nieco ponad dwadzieścia cztery godziny. Dwadzieścia cztery godziny!
Rzeczywiście, wykazałam daleko idącą ignorancję - oraz zwykłe chamstwo - zwlekając z odpowiedzią tak długo. :]

Cóż, nie da się ukryć, iż tego typu wiadomości odrobinę wytrącają mnie z równowagi. Początkowo tylko bawiły, jednak podobne wirtualne tupanie nóżką zdarza mi się czytać średnio raz na miesiąc. Czyli o dziesięć razy w roku za dużo. ;)
Dlatego postanowiłam oficjalnie poprosić o cierpliwość, wszystkich hurtem: ja naprawdę prowadzę życie pozablogowe. I nie chciałabym tego zmieniać.

Ponadto staram się eliminować ze swojego świata zbędne elementy współczesnego chorobliwego pośpiechu. Cudownie jest się spalać, jeżeli tylko uważamy, by ogniem nie zajęła się przypadkowa osoba.


Zaczęłam słowami od Cioci Wikipedii, zakończę tym, co wyrzucił z siebie Wujek Google:

»„Makdonaldyzacja to proces stopniowego upowszechniania się zasad działania restauracji szybkich dań we wszystkich dziedzinach życia”, pisze socjolog George Ritzer w słynnej pracy Makdonaldyzacja społeczeństwa. I zaraz wyjaśnia, że kariera akurat McDonaldsa nie jest bynajmniej przypadkiem. Bo to właśnie ten bar spopularyzował model usługi idealnie dopasowanej do wymagań kogoś, kto wiecznie nie ma czasu. Do matek niemających czasu dla własnych dzieci, do ojców przemieszczających się z miasta do miasta i z kraju do kraju, bo tak dyktuje pracodawca. Do młodych ludzi, którzy nieustannie podróżują w poszukiwaniu swego miejsca w życiu. Do wszystkich, którym dobrze się żyje w globalnej wiosce. Oni tempo i sprawność cenią ponad wszystko. A właśnie to najbardziej ceni się w McDonaldsie. Klient w najszybszym możliwym czasie przechodzi od punktu, w którym nie ma towaru czy usługi, do punktu, w którym już tę usługę ma. W barze McDonaldsa pokonuje zaledwie kilka kroków, aby dotrzeć od drzwi do kasy, potem kilka kroków do stolika. Krzesło jest niewygodne, siada więc na krótko i po chwili – już najedzony – wraca do swoich spraw. Poza tym klient dostaje dokładnie to, czego się spodziewa, i – co ważne – w każdym barze sieci na kuli ziemskiej dostaje to samo. Zaledwie kilka potraw o nazwach brzmiących jednakowo na całym świecie. Odpada męka wybierania i decydowania. Nawet więcej – odpada konieczność podejmowania zwyczajowej konwersacji z kelnerem. Ten bowiem recytuje zawsze tę samą formułkę powitalną i czeka tylko na nazwę potrawy«.
ŹRÓDŁO

Naprawdę z chęcią odpowiadam na wszystkie Wasze pytania, doradzam czy rozwiewam wątpliwości. Chciałabym jednak dostać na to wszystko trochę więcej czasu.
Nie pali się.
___
Teraz Ouris od SoOud.

P.S.
Ilustracja pierwsza pochodzi z
http://www.businessinsider.com/facts-about-mcdonalds-blow-your-mind-2011-11?op=1
natomiast druga z 
http://pl.wikipedia.org/w/index.php?title=Plik:Conveyor_belt_sushi_overview.JPG&filetimestamp=20120321232838

Wakacje na planecie Cytryn

Lecz nie o kwaśny owoc chodzi a o kamień półszlachetny, będący jedną z odmian kwarcu. Sporo ponad rok temu na tapetę wziął go Olivier Durbano, zlecając swojemu wybitnemu ghost-perfumer stworzenie pachnidła inspirowanego tym kamieniem, występującym w dziesiątkach odcieni żółci. Od poprzednich elementów kamiennej serii pachnideł jubilera miał Cirtine różnić się tym, że do jego powstania nie zostanie wykorzystane olibanum.
Czyli nici z dymu.


Owa właściwość sprawiła, że zwlekałam z poznaniem pachnidła. Później zaś nie mogłam się zmotywować do napisania kilku słów; a to dlatego, że, no cóż... widocznie potrzebuję kadzidła. ;)
Nie zrozumcie mnie źle: odkładając na bok własne upodobania nie mogę nie docenić Citrine, mam na jego temat naprawdę dobre zdanie. Sęk w tym, że mnie tak zwyczajnie, po gombrowiczowsku nie zachwyca.

Choć przecież oczywistym jest, że w ramach tej marki nie może ukazać się coś kiepskiego a pan Durbano jako pomysłodawca i nadzorca zasługuje na więcej zaufania. Mojego mózgu nie zawiódł; rozczarował tylko mój nos. ;)
Gdyż począwszy od otwarcia, świdrującego przegrody nosowe mieszaniną agresywnych cytrusów z wyrazistym, skórzano-węglowym elemi oraz egzotycznymi przyprawami, przez pikantny imbirowy sok prowadzi ku obrzydliwemu akordowi kompostu, który niegdyś towarzyszył mojemu odbiorowi nut irysowych. Dziś szczęśliwie irys nie przyprawia mnie o mdłości; w "zaszczycie" wywoływania torsji zastąpiły go nasiona marchwi. Ostatnimi czasy coraz popularniejsze [dać współczesnemu światu olfaktoryczne wcielenie marchwi to jak z iście szatańską perfidią zaprowadzić małe dziecko do fabryki czekolady i zostawić je sam na sam z gotowymi wyrobami, przynajmniej na pięć godzin - katastrofa jest nieunikniona ;> ]. Nie wiem, co komu strzeliło do głowy, żeby popularyzować to wstrętne, antypachnące, patologicznie lekkie monstrum! Dzięki niemu bowiem Citrine z pachnidła może trudnego, jednak oryginalnego i bez mała wyjątkowego, zmienia się w jakiś nieziemski, przekombinowany miks. Sytuacji nie poprawia spory dodatek drażniącego (w takim zestawieniu) wosku oraz piżmowego pudru i mirrowej słodyczy. Mieszanina wysysa ze mnie całą energię, drażni brakiem choć krzty delikatności, zmieniając się w dziwadło dobre dla kosmitów żywiących się oparami siarki. ;)

W tak pochopnym zestawieniu zacierają się granice między wyrafinowaniem jubilerstwa i perfumerii a stertą gnijącego kompostu. Tak samo odbieram ostre, obrzydliwe Bois d'Ombrie, do którego zresztą Cytryn jest podobny. Po prostu: fuj.
Za ostro, za świeżo. Czasami nie ma sensu silić się na oryginalność.
Bo wyniknie nieszczęście.

Rok produkcji i nos: 2011, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników ostrej jak igły świeżości. Chyba na dzień. Moc iście Durbanowa, czyli świetna.

Trwałość: ponad dwanaście godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: pomarańcza, cytryna, elemi, różowy pieprz, imbir
Nuta serca: palisander, drewno gwajakowe, nasiona marchwi, mimoza
Nuta bazy: ambra, piżmo, pszczeli wosk, mirra
___
Dziś Portrait of a Lady. Piękny... :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://members.wolfram.com/jeffb/vistapro/

wtorek, 24 lipca 2012

'Płonie stodoła' i inne baśnie

Czyli subiektywny wybór fantazyjnych różności. Czasem miłych, czasem nie. ;>


D. S. & Durga, Burning Barbershop

"Mówią płonie stodoła płonie aż strach , aż kurzy się z niej
Trzeszczy wszystko dokoła ściany i dach gorąco, że hej
Pobiegnij tam do niej szkoda czasu , bo
stodoła płonie a w niej ludzie jacyś są,
Sołtys chyba już zwołał prawie pół wsi, pomagaj i ty".


I cóż poradzę na to, że wąchając pachnidło powstałe ku czci pewnego nowojorskiego pożaru (!), słyszę charakterystyczny, gardłowy głos Niemena? ;) Pachnidło nietypowe, o wyrazistym charakterze złożonym z nut ostro-drzewno-popielnych, świeżo miętowych oraz słodkich, z czasem zaczyna pokrywać się pudrem i stygnąć, zmieniając się w stos starego, śmierdzącego piżmowego mydła. Ciekawe, warte uwagi dziwactwo, którego finał jest równie długi, co męczący. Za dużo pudru i piżma, za mało ognia trawiącego jednako drewno, metal oraz mentolowe wody po goleniu.
Mimo wszystko o artystycznym koncepcie państwa Moltz nadal mam bardzo dobre zdanie.

Skład:
wanilia, limonka, lawenda, mięta



Menard, L'Eau de Kasaneka

Dzięki, Polu, za próbkę! :*

Słodka róża w konfiturach. To, co z próbki pachnie nęcącym, różano-przyprawowym Orientem, moja skora zmienia w mniej żywotną wersję Madness od Chopard lub delikatniejsze wcielenie Tocade marki Rochas.
Więc okazuje się l'Eau de Kas(z)aneka pachnidłem nazbyt prostym i zachowawczym, różą potraktowaną w sposób całkowicie odtwórczy; vintage bez werwy. W sam raz dla szczęśliwych nabywczyń mazideł marki Menard: przerażonych upływem czasu, więc także olfaktorycznie pragnących przeżywać niekończącą się którąś-tam młodość. Rzecz jasna, w stylistyce z lat 60. i 70. ;>
Szkoda zmarnowanego potencjału: co też moja skóra wyprawia??

Skład:
japońska róża Hamamatsu, kardamon, imbir, bazylia, gałka muszkatołowa, pomarańcza, bergamotka, ylang-ylang, heliotrop, jaśmin, róża damasceńska, drewno sandałowe, drewno cedrowe, wetyweria, nasiona piżmianu, wanilia


Sarah Horowitz, Roots

Zapach, który zasługuje na więcej niż skromna wzmianka. Cóż jednak, skoro mimo kilkumiesięcznej znajomości nie chce gagatek do mnie "przemówić" i skąpi materiału na pełną recenzję? ;)
Wobec tego zadowolę się tym, co już mam. Czyli ostrym, budzącym na równi fascynację oraz niepokój miksem szklistego irysowego masła z drzewnym, piwniczno-metalicznym oudem. Żeby nie było zbyt nudno, jeszcze więcej suchej pikanterii zapewnia trawa wetyweriowa. Wszystko bardzo trwałe i z łatwością wczepiające się w ludzką skórę, skore do pozostawiania za sobą długiego śladu.
Co prawda nie mogę w pełni "wyłapać" poetyki Roots, jednak to nie przeszkadza mi cieszyć się ich pięknem.

Skład:
kłącze irysa, oud, wanilia, mech dębowy


SoOud, Asmar

Ponoć w tym zapachu "Dorian Gray poznał Szeherezadę". ;) Chyba dobrze, że oboje dostali taką możliwość...
Pachnidło głębokie, orientalne, o wyraźnej nucie retro. Z ambrą podbarwioną krystalicznym słodkim miodem oraz bliskowschodnimi używkami: kawą i tytoniem, zamkniętymi w wyściełanej zamszem skrzyni. Towarzyszy im wanilia i odrobina cierpkiego winnego moszczu. Jak również ciepłe, staroświeckie nuty kwiatowe w śladowych ilościach. Całość trwała, o znacznym sillage, tylko z czasem coraz bardziej chimeryczna. Mimo wszystko Asmar zachwyca.
I chyba również zasługuje na obszerniejszy tekst...

Skład:
bergamotka, tytoń, kawa, biały miód, winogrona, goździk (kwiat), ambra, piżmo, wanilia, zamsz

Jaki piękny jest cynamon!

Naprawdę. Przyprawa, której charakterystyczna ciepła korzenność większości z nas kojarzy się z zimnymi dniami, chętnie a pięknie ubarwianymi pieczeniem czegoś słodkiego, puchatego i przyprawionego cynamonem właśnie. Cynamon to szarlotka lub świąteczny piernik; cynamon to jesień i zima, prawda?

A co, jeśli komuś przyjdzie do głowy skojarzyć tę ślicznie pachnącą, smakowitą przyprawę nie z ogrzewaniem aury, lecz z jej orzeźwianiem? Jeżeli do cynamonu dodać wody, nawet takiej zakrzepłej w lód?
Wówczas okazuje się tak pięknie zlewać z akordami ozonu oraz skórki pewnego owocu cytrusowego, że nawet inne egzotyczne przyprawy nie są w stanie go ocieplić. Co więcej: szybko wychodzi na jaw, iż także one chętnie i pięknie współgrają ze słoneczną, letnią aurą.
Wystarczy tylko spróbować (i przestać myśleć za pomocą ciągle tych samych, utartych schematów :) ).


Cinnamon z Sherbetowej serii Comme des Garçons to w głównej mierze składnik tytułowy, koncertowo wręcz rozwodniony w lekkich akordach wodnych. Jest to taka sama woda, jak w najpopularniejszych mainstreamowych letnich odświeżaczach z duetem Cool Water Davidoffa na czele. Od swoich popularnych kuzynów różni się Cynamon jednym drobnym szczególikiem: dodatkami do krystalicznej, lekko słodkawej wody. ;)
Oprócz najważniejszego są to przede wszystkim soczysta, delikatnie skórzana bergamotka z otwarcia, jak również pięknie ukazane, lekko pikantne szafranowe nitki (schowaj się w kącie, Safran Troublant, i gryź pazury z zazdrości! A Pani, Olivio, razem z nim :] ). Kroku dotrzymuje im świeży, soczysty oraz nęcąco pieprzowy cedr. Gdzieś tuż pod opisaną skórą pachnidła tętni żywe, goździkowo-wetyweriowe serce wspomagane przez korzenne nuty. Z czasem kompozycja cichnie, zbliża się do skóry, okryta pudrem z białego piżma oraz płaszczem z zamorskich przypraw. Spomiędzy nich prześwituje zaś gorzkawy acz nienarzucający się dodatek tekowego drewna. Wszystko jest już suche, przesycone słońcem i powoli oddalające się w krainę błogosławionego cienia.

Jednak tym, co przesądza o niezwykłości Cinnamonu, jest fenomenalna, łamiąca konwencję symbioza ostrych przypraw (Duchaufour potrafi radzić sobie z nimi jak nikt inny) z lekką bryzą, przepełnioną kroplami wody, wprost znad jakiegoś krystalicznie czystego południowego morza. Dawni antagoniści zostali połączeni w całość, co zaowocowało nie wojną lecz - harmonijną współpracą, której żaden z elementów nie zostaje nawet w części pozbawiony przyrodzonej mocy. Wszystko gra jak w orkiestrze. ;) Okazuje się, że łącząc przeciwieństwa otrzymujemy całość nowatorską oraz bez mała wybitną.
Jestem Cynamonem oczarowana. Bez wątpienia jest to jedno z tych pachnideł, które każdy pasjonat poznać powinien.

Rok produkcji i nos: 2003, Bertrand Duchaufour

Przeznaczenie: idealnie wykalibrowany uniseks; dla miłośników świeżaków oraz przyprawowych siekier w rodzaju Jungle od Kenzo. ;) Obie grupy powinny Cinnamon pokochać. :) Na okazje dzienne lub wieczorowe nieformalne. Lecz to tylko luźna sugestia...

Trwałość: słaba; od trzech do blisko sześciu godzin, chociaż rzadko utrzymuje się aż tak długo.

Grupa olfaktoryczna: wodno-przyprawowa (oraz aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: drewno cedrowe, cynamon, bergamotka
Nuta serca: goździk (kwiat), benzoes, szafran
Nuta bazy: białe piżmo, drewno tekowe, wetyweria
___
Dziś Play Black, też od Comme des Garçons, choć miało być coś zupełnie innego. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.thekitchn.com/try-this-cinnam-162828

niedziela, 22 lipca 2012

Za parą - para


Bal maskowy, maskarada - wczoraj pomyślałam, że mało jest popkulturowych klisz, które równie łatwo wpisują się w europejską percepcję pachnideł od Amouage. Zastanówmy się, kiedy na ekranie czy kartach powieści pojawia się motyw balu maskowego, jakie są Wasze skojarzenia? Kicz? Przepych? Tajemnica? Romans? Glamour? Scenariuszowe pójście na łatwiznę? Efekciarstwo? Ekscytacja? Karnawał?
A przecież tak samo zwykliśmy myśleć o większości produktów Amouage! Każde z wymienionych słów jak ulał pasuje do opinii, jakie można spotkać w odniesieniu do kolejnych produktów arystokratycznego arabskiego domu perfumiarskiego.

Dlaczego by nie podążyć tym tropem?
Wszak i najnowsze dzieci marki, duet Interlude, nie odstaje od koncepcji filmowego balu maskowego. Równie historycznego co współczesnego na wskroś, rozgrywającego stare schematy w typowy, choć stylistycznie nowoczesny sposób.
A przy okazji łatwo wywnioskować, że tak, jak przebogate, wieloskładnikowe pachnidła od A., moim uznaniem cieszy się również finezyjny, widowiskowy oraz do bólu sztampowy pomysł maskarady. ;) Jest dokładnie taki, jakim go opisałam we wstępie. I dobrze! Tak właśnie powinno być. Lubię kicz, o ile jest dobrze przemyślany i sprawnie zrealizowany. Ten jest.
W przypadku Interlude trudno mi przyczepić się do czegokolwiek. :)


Wersja dla kobiet zasłynęła w świecie, jako "nowoczesny szypr, w którym jest wszystko ale przede wszystkim kiwi". ;) I rzeczywiście, pachnidło flirtuje z akordami słodko-kwaśnymi, z przyjemną nasyconą owocowością, podkreślona przez nuty kwiatowe i orientalizujące. To nie złudzenie: Interlude Woman daleko do pachnidła orientalnego, w każdej z wyobrażalnych postaci, wyraźne są natomiast nuty lekkie i frywolne, nieco szalone, z odrobiną soku ze świeżego imbiru oraz łagodnymi, nieco zdominowanymi akcentami drzewnymi. Sandałowiec miesza się z miodem, opoponaksem, kilkoma kawowymi ziarenkami oraz kocanką (nie pomyli się, kto wyczuje w IW kilka kropel Goutalowego Sables), tworząc całość o znamionach słodyczy podkreślonej pikanterią. To już drugie oblicze smakowo-zapachowych fuzji w ramach omawianego aromatu.
Który w miarę upływu czasu oraz zaniku kwaśnych soków [samego kiwi niestety jakoś nie mogę odnaleźć; wierzę jednak, że naprawdę tam jest; jaki inny składnik dawały równie przyjemną, soczystą i niemęczącą słodko-kwaśność?] staje się coraz bardziej suchy. Stopniowo główną rolę zaczynają grać kwiaty, przede wszystkim maślany jaśmin oraz kwiat pomarańczy. I tak aż do bazy spokojnej, wykwintnej acz o duchu młodzieńczym, przesyconej stylową słodyczą. Od ulepu dzielą nas lata świetlne. Jest nowoczesny szypr.. w istocie.
Bardzo przyjemne, sprytnie wymyślone pachnidło.

Oraz ukłon marki w stronę popularnych trendów, jakkolwiek wciąż daleki od mainstreamowej patologii testów na tysiącach odmóżdżonych nastolatków płci obojga. :> Za to również plus, choć malutki.


Natomiast Interlude Man zaskakuje czym innym: akordem dymu i śladami po działaniu ognia. Zwęgloną wetywerią przypomina słynną Encre Noire pour Homme, charakterystycznym a łatwo wyczuwalnym połączeniem whisky z dziegciem równie popularnego Fumidusa (tyle, że w delikatniejszym wcieleniu), natomiast dzięki dymom wędzarniczym, powoli omywającym ciemną skórzaną galanterię przywodzi na myśl Cuir od Mony di Orio.  Nie jest więc szczególnie oryginalny.
Za to nie pozostawia cienia wątpliwości co do swojej niebanalnej urody. No po prostu śliczny jest! :) Ino wtórny. Ale piękny. ;)) Więc niech sobie czerpie od kogo chce, byle dalej czarował dymem oraz przyćmionym drzewno-animalnym blaskiem.

Mieszanina wydaje się poskładana w tak jednolitą konstrukcję, iż nie sposób ocenić przebiegu poszczególnych stadiów. Interlude Man to przede wszystkim dym z wędzenia, nieźle podrasowany egzotyczmymi nutami drzewnymi (w tym oud i sandałowcem) czy gorzkim oregano, w którym od wielu godzin leżą wyroby ze skóry. Zapach suchy i ciepły, nie gorący. Umiejętnie grający na nutach jednostajnych lecz przyjemnych dla nosa rozmiłowanego w wymienionych przykładach olfaktorycznych dziwaków. Dopiero po chwili spośród takiej mieszanki wyłaniają się akordy kojarzące się z ciepłem ludzkiego ciała: labdanum, ambra oraz co nieco kastoreum, nadającego wodzie ostrości. A może to oud z paczuli i drewnem sandałowym, ostrym i świeżym?
W każdym razie Interlude we wcieleniu męskim jest równie spokojny, co finał wody dla pań, nawet pojawiający się tu i ówdzie pieprz ożywia kompozycję jedynie chwilowo i bardzo dosłownie. Nadaje odrobiny życia a nie przyczynia się do wywołania ataków epileptycznych tudzież napadów szału i spazmów. ;)
Lubię go.

 Żadnego z flakonów Interlude nie chciałabym kupować - jakkolwiek ich głęboko lazurowy kolor wielce jest kuszący - lecz urody ich zawartości nie mogłam zignorować. Zauważyłam przy okazji jeszcze jedną ciekawą cechę duetu: otóż obie kompozycje zawierają w sobie coś przypominającego pachnidła SoOud. Nie wiem, co to takiego, jednak obie wody - chociaż do siebie nie są podobne wcale - jakiś sznyt wypożyczyły od młodszej marki. Intrygująca właściwość...


Interlude Woman

Rok produkcji i nos: 2012, Karine Vinchon

Przeznaczenie: zapach dla kobiet młodych duchem. O przyjemnej mocy: wyraźnej acz nienachalnej i takim sillage. Na wszelkie okazje.

Trwałość: około dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: grejpfrut, bergamotka, nagietek, imbir
Nuta serca: kiwi, kwiat pomarańczy, jaśmin, róża, orzechy, kocanka, miód, kadzidło, opoponaks, kawa
Nuta bazy: wanilia, skóra, benzoes, drewno sandałowe, oud, ambra, mech dębowy, piżmo, bób tonka


Interlude Man

Rok  produkcji i nos: 2012, Pierre Negrin

Przeznaczenie: dymny, wyrazisty ale niezbyt mocarny aromat stworzony z myślą o mężczyznach, choć dla mnie to raczej uniseks z charakterem. ;) Trzyma się dosyć blisko skóry i nadaje na dni trochę chłodniejsze (tak do 25 stopni).

Trwałość: do dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, oregano, pieprz
Nuta serca: kadzidło frankońskie, opoponaks, ambra, labdanum
Nuta bazy: drewno sandałowe, paczuli, skóra,oud
___
Dziś noszę jeszcze inne Amouage, dokładniej Opus VI.

P.S.
Trzy pierwsze ilustracje pochodzą z dzieł kinowych i telewizyjnych które, że tak powiem... niespecjalnie mnie nęcą. Jednak ich strona wizualna przedstawia się całkiem przyjemnie, przyznajcie. :)
1. http://www.maskdesign.net/tag/masquerade-ball-mask/
2. http://forums.soompi.com/discussion/292682/the-vampire-diaries/p30
3. http://www.fash-eccentric.com/2008/05/life-is-a-masquerade/

środa, 18 lipca 2012

Para za parą


Na zrecenzowanie ostatnich pachnideł z podstawowej serii domu Amouage dawałam sobie czas przez cały rok 2011. Skutkiem czego ani się obejrzałam, jak w kolejce za Honour ustawił się kolejny duet, Interlude. Wobec tego warto czym prędzej nadrobić zaległości. :) Za porządkiem. Najpierw Honour razy dwa.
Czyli, jak tego chcą twórcy marki, Madame Butterfly oraz jej wiarołomny kochanek.
W mojej wiedźmio wrednej interpretacji. :> Gdzie Pani Motylowa w wyjątkowo nieprzyjemny sposób bierze odwet na całej cywilizacji Zachodu. :] Inspiracji dostarczyli mi dramaturg David Henry Hwang oraz reżyser David Cronenberg.

Przed Państwem: M. Butterfly.


Francuski dyplomata René Gallimard lubił uważać się za człowieka czynu, za maczo ale i romantycznego marzyciela.
Wyrafinowanego estetę oraz mężczyznę otaczanego powszechnym respektem otoczenia [uwaga: proszę nie mylić rodzimego znaczenia słowa „respekt” z „szacunkiem”. One NIE powinny występować zamiennie!]. Chciał czuć się jedynym panem sytuacji, zawsze i wszędzie.
Czego nie dawały mu rodzima kultura, obowiązki zawodowe czy żona, postanowił odnaleźć we własnych fantazjach. Warunki miał po temu idealne: żył w świecie, w którym posiadanie idealnie cichej, doskonale uległej, potulnej kochanki, którą w każdym aspekcie można kształtować równie łatwo, jak rozgrzaną plastelinę nie było niczym niezwykłym. Czemuż by więc nie miał francuski dyplomata René Gallimard wykorzystać sytuacji?


Okazja nadarzyła się podczas wizyty w Operze Pekińskiej. Gallimard poznaje wówczas śpiewaczkę Song Liling. Wkrótce zostają kochankami. Wydaje się, że marzenia biednego, przytłoczonego własnym cywilizowaniem i oświeceniem dyplomaty właśnie się spełniają.
Piękna aktorka wydaje się ucieleśnieniem wszystkich jego snów: jest subtelna, cicha, uległa oraz skromna, chwilami może nawet za bardzo. Najważniejsze, że z radością daje Gallimardowi wszystko, czego ten zażąda. Odgrywają nawet sceny z ukochanej opery Francuza, Madame Butterfly; Liling wie, iż jej kochanek uwielbia, kiedy zwracać się do niego inwokacjami typu „mój panie”. Nawet mniej lub bardziej przelotne burze, jak nieoczekiwana ciąża czy odejście dziecka, nie są w stanie zniszczyć iście epickiej przygody Europejczyka. Wydaje się, że świat umożliwił Gallimardowi ułożenie życia w sposób najdoskonalszy z możliwych.

Pojawia się więc pytanie: czy Song Liling jest rzeczywiście osobą słabą i uległą czy może w pewien wyrafinowany sposób przebiegłą? Sierotką czy femme fatale? :)
Podobne myśli przychodzą mi do głowy podczas obcowania z damską wersją Honour, zapachem tyleż kwiatowym, co dyskretnie orientalnym; równie słodko-pikantnym jak kwaśnym; jednocześnie świeżym oraz pełnym nasyconego piękna perfumowej klasyki. W otwarciu mieszanina zadziwia symbiozą akordów rabarbaru z białymi kwiatami oraz nutką kolendry. Pięknie rozpisano partie gardenii, łączącej się w tańcu z jaśminem, konwalią i tuberozą, stopniowo niwelującej kwaśną moc rabarbaru jak również uczestniczącej w ewolucji kolendry w kilka ziarenek czarnego pieprzu.
W bazie kompozycja pogłębia orientalny sznyt, dodając wibrującą, nasyconą wonią przypraw i wycofujących się kwiatów suchość, ostre źdźbła  wetywerii, słodkawy, lekko migdałowy opoponaks do spółki z bardziej żywiczną mirrą, czasem również kilka pojedynczych akordów jasnego zamszu. Wszystko to okala woal niezbyt słodkiej, lecz i nie cielesnej, nieco dymnej ambry. Woń okazuje się szlachetna, skalibrowana na głęboką acz niezbyt wywrotową moc. Honour Woman wydaje się kompozycją, która zadowoli każdego. :) Bo i we mnie, jakkolwiek od zachwytów jestem daleka, budzi uczucia nadspodziewanie ciepłe. Nie miałabym nic przeciwko Honour W. w moim otoczeniu. ;) Jest przecież grzeczne, choć z charakterem.
Łatwe we współżyciu. ;>

Wróćmy zatem do M. Butterfly.


Mijają lata a związek francuskiego dyplomaty z chińską diwą trwa. Bywa, że rozstają się na wiele miesięcy, by i tak do siebie wrócić. Radzą sobie; z problemami finansowymi i zdrowotnymi, z bezpieką, która ma oko na niepoprawny politycznie romans, z życiem po prostu.
Przynajmniej dopóki René Gallimard nie dostaje wypowiedzenia ze służby dyplomatycznej i nie zostaje aresztowany.
Pod zarzutem szpiegostwa.
Wieloletniego oraz uporczywego.

Nasz bohater jest w szoku: nigdy przecież świadomie nie zrobił niczego, co miałoby doprowadzić go przed sąd! Chyba, że... należałoby policzyć wszystkie te drobne przysługi, wszelkie chwile, kiedy chciał pomóc znajdującej się w opałach Song Liling!
Sytuacja zrobiła się żałosna: esteta i maczo w jednej osobie padł ofiarą sztuczki starej jak świat: wrobiony przez kobietę. Przez wieloletnią kochankę, przez spełnienie własnych najskrytszych marzeń, kobietę idealną, przez Madame Butterfly!
Kiedy więc umysł Gallimarda przygotowuje teren, by odegrać przed światem kolejną tyleż spektakularną co pretensjonalną rolę, amanta z filmów noir, ów nie ma pojęcia, że przewrotny los szykuje dlań jeszcze jedną niespodziankę…
Kiedy bowiem uczeni w prawie szykują konfrontację między Gallimardem a jego zdradliwą kochanką, na salę rozpraw pod strażą wchodzi – krótkowłosa osoba w garniturze. Mężczyzna o twarzy Liling.

Wkrótce okazuje się, że przez szereg lat René Gallimard miał romans z przedstawicielem własnej płci. Zaślepiony przez namiętność, własne wyobrażenia oraz wielowiekową narośl stereotypów spłaszczających stosunki – a w praktyce uniemożliwiających pełne zrozumienie –  między Orientem a Okcydentem, nie był w stanie zorientować się w oszustwie, które nam wydaje się aż nazbyt grubymi nićmi szyte. Cóż, idealnie odegrana pruderyjność aktorki oraz wymyślane przez Nią-Niego „starożytne techniki miłosne” z łatwością zdołały wpisać się w stereotyp; czyli uwiarygodnić tożsamość szpiega w oczach jego aroganckiego kochanka. :)

Kiedy tego samego wieczora więzienne auto przewozi obu mężczyzn do miejsca osadzenia i René Gallimard nareszcie otrzymuje to, o co przez lata bezskutecznie prosił: widzi (w ramach pełnej pogardy tortury) nagie ciało swojej Madame Butterfly – chyba po raz pierwszy w życiu naprawdę żałuje, że tamtego dnia nie wymigał się od wizyty w operze.


Fascynacja podszyta pogardą zgubiła maczo-estetę Gallimarda na jego własne życzenie. Ponieważ pierwszy, najważniejszy błąd popełnił już na wstępie swojej chińskiej przygody. Gdyby bowiem zadał sobie choć odrobinę trudu i raczył zaznajomić się z bogatą kulturą kraju, do którego go wysłano, wiedziałby, że w tradycyjnych przedstawieniach  pekińskiej opery, niczym w elżbietańskiej Anglii, kobiety nie mają prawa wstępu na scenę. Ich role przypadają więc mężczyznom o wysokich głosach oraz gładkich rysach twarzy. O tym jednak René Gallimard nie miał pojęcia. Upajał się więc własną wizją, mieszał rzeczywistość z kiczowatą bajką do muzyki Pucciniego, aż się w swoim wydumanym świecie całkiem zatracił. Zgubił go więc jego własny orientalizm.
I nie wiedział już, czy nadal jest sobą: René Gallimardem, byłym dyplomatą, czy może chińską aktorką Song Liling lub też kimś całkiem innym? Mężczyzną czy kobietą? Twardym maczo czy wiotką mimozą?
Na ile przeżywał romans z wyimaginowaną potulną śpiewaczką, na ile z ludowodemokratycznym tajniakiem, na ile w końcu – z samym sobą?

Tożsamość budowana na przyswajanych bez dyskusji schematach legła w gruzach.
Nie mogłam tego filmu nie polubić. ;> I to nawet pomimo myśli przewodniej, której seksistowskiego wydźwięku nie powstydziłby się nawet dawny René Gallimard: „Only a man knows how a woman is supposed to act”.

Jeśli chodzi o męską wersję Amouage’owego Honour, do powiedzenia mam niestety o wiele krótszą historię [aczkolwiek rozwlekłość zagajenia pewnie co poniektórych zirytowała; lecz nie odczuwam nawet cienia skruchy :> ]. Pachnidło złożone z pieprzu oraz dosyć niepodzielnych nut drzewno-żywicznych, doprawianych ziemistym geranium z czasem zahacza o akordy gałki muszkatołowej i wetywerii, by wypalić się jako dość sztuczny miks laboratoryjnych drzew, nienachalnie słodkiego pudru z białego piżma, paczuli jak również bobu tonka. Przede wszystkim jednak: jest Honour Man wariacją na temat pieprzu. Taki drugi Bang! Jacobsa. ;)
Całość zbudowana z fantazji i pozorów, kilku nośnych stereotypów połączonych trywialną, odtwórczą siłą pieprzu. Zapach mocny i wyrazisty. Co z tego, skoro układa się w coś tak liniowego, że aż dramatycznie przewidywalnego? W Honour brak życia; są tylko pozory. Teatr cieni.


Honour Woman

Rok produkcji i  nos(y): 2011, Alexandra Carlin oraz Violaine Collas

Przeznaczenie: zapach dla kobiet, sztampowy ale o niebanalnej nucie, dosyć trwały; o średnim sillage; zarówno dzienny, jak i wieczorowy

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: rabarbar, kolendra, pieprz
Nuta serca: goździk (kwiat), tuberoza, gardenia, konwalia, jaśmin
Nuta bazy: wetyweria, kadzidło, skóra, ambra, opoponaks


Honour Man

Rok produkcji i nos: 2011, Nathalie Feisthauer

Przeznaczenie: zapach dla mężczyzn – radykalnych zwolenników pieprzu w perfumach przy jednoczesnej zachowawczości całej reszty składników. :P Nowoczesny, o mocy początkowo ogromnej, z czasem coraz łagodniejszy oraz bliższy skórze. Na wszelkie okazje.

Trwałość: około dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: pieprz czarny i różowy
Nuta serca: gałka muszkatołowa, geranium, elemi
Nuta bazy: paczuli, piżmo, wetyweria, drewno cedrowe, bób tonka, kadzidło
___
Dziś Jasmine White Moss.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://kategale.wordpress.com/2011/03/20/jeremy-irons-in-m-butterfly/
2. http://parallax-view.org/2009/05/26/m-butterfly-dvds-for-the-week/
3. gdzieś mi uciekło...  :(
4.  http://www.movingimage.us/visit/calendar/2012/02/05/detail/m-butterfly

niedziela, 15 lipca 2012

Światło księżyca


Dziś wymyśliłam sobie, że opiszę zapach-legendę. Ponadczasowy klasyk o nazwie Nocturnes; prawda, że pięknie? Czemuś, co tak się nazywa, mogłabym wiele wybaczyć. ;) Szczęśliwie nie muszę.

Choć w dzisiejszych czasach olfaktorycznej delikatności, obsesyjnej wręcz zachowawczości, ową ponadczasowość należałoby potraktować w sposób mniej dosłowny. Niczego pachnidłu nie ujmuję - uważam, że w istocie jest piękne, bogate oraz czyste bez łopatologii - jednak dla osób przyzwyczajonych do cukrowo-paczulowych ulepnych oranżadek tudzież wodno-cytrusowych bezjajców, Nocturnes może okazać się przeszkodą nie do pokonania.
Cóż, ich strata. Wystarczyłoby tylko mniej histerycznie podchodzić do perfum, które naprawdę pachną. :> Lecz to nieistotne.

Ważniejsza jest delikatność, jasna, eteryczna czystość, miękki, nasycony blask bijący od nie tak przecież sędziwej wody marki Caron. Porównywana do takich klasyków, jak Piątka Chanel czy L'Heure Bleue od Guerlain, jest przecież znacznie odeń młodsza. Faktycznie, podobnie jak one, równie daleko jej do klimatów muzealnych; Nocturnes naprawdę żyje. I całkiem nieźle radzi sobie z upływającym czasem.
Testowana przeze mnie próbka [niestety, nie pamiętam, od której z Dobrych wizażowych Dusz ją otrzymałam; dziękuję więc zaocznie :* ] wydaje się raczej współczesna, nie wiem zatem, jak przedstawiała się omawiana kompozycja w chwili premiery czy później. Tajemnice kolejnych reformulacji Nocy są mi obce. Dlatego też nie bardzo orientuję się, na ile dostrzeżone przeze mnie punkty charakterystyczne zbieżne są z pierwotną formułą pachnidła. Wokół czego tak kluczę?

Ano wokół wspomnianej już cechy - czystości. Która kazała mi zastanowić się, czy aby receptura nie ma przypadkiem oddawać honoru aktualnie panującym perfumowym trendom. Choć z drugiej strony... wystarczy pomyśleć o takich kompozycjach, jak Rive Gauche, jak K de Krizia czy White Linen, by zdać sobie sprawę, że moda na przejrzystość perfum nie wzięła się znikąd. Krążyła po naszej orbicie od lat a jednym z jej efektów są właśnie Nocturnes. Po prostu inaczej podchodzono do tematu głównego. Perfumy nadal miały przede wszystkim pachnieć, być wyraźne. Nie wstydzić się siebie, jak dzisiaj. ;]

Nawijam o niej jak nakręcona, gdyż to właśnie spokojna, wypracowana równowaga między światłem a cieniem, odzwierciedlająca się w dziesiątkach odcieni bieli i szarości, wydaje się sednem mojej dzisiejszej bohaterki. Nieco czystego mydła, jak we wspomnianym wcześniej L'Heure Bleue, miesza się z aldehydową nasyconą mocą białego płótna, co pięknie równoważy akord kwiatów pomarańczy. Niezbyt dosłowny, występujący właśnie w charakterze buforu dla nut ostrych oraz skłonnych do ekstrawertycznej przesady. Nie występuje jednak sam: kroku dotrzymuje mu łagodna, nasycona olejkami eterycznymi róża damasceńska, zmysłowy jaśmin, co nieco miodowej tuberozy. Nad nimi unosi się woń nut skórzanych, czyli świeżej, nieco przykurzonej bergamotki do pary ze skórzanym benzoesem jak również dosyć pikantną, brunatną gałką muszkatołową. Wszystko to miesza się w jednolitą pastę, niezbyt bliską skórze, przyjazną dla użytkownika, na sposób retro zaś - świeżą. Także w chwili, kiedy baza jednoznacznie ciemnieje, nabiera akcentów metalicznych, ostrych dzięki dodatkowi wetywerii oraz świeżym drzazgom drewna sandałowego. Gdzieniegdzie przemknie słodkawy cień wanilii, wspomagany przez przyjemnie mydlane, niemęczące, krystaliczne piżmo.

Czystość. Łagodny blask księżycowych promieni. Spokój. Debussy. Oto Nocturnes.

Rok produkcji i nos: 1981, Gérard Lefort

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć współcześnie na testy spokojnie mogliby pozwolić sobie i mężczyźni. Niezbyt cichy, choć sillage ma dosyć średni; raczej wieczorowy (aczkolwiek jest to sugestia bardzo luźna).

Trwałość: w granicach dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aldehydowa (oraz świeża)

Skład:

Nuta głowy: aldehydy, mandarynka, nuty zielone, bergamotka, neroli
Nuta serca: jaśmin, tuberoza, ylang-ylang, cyklamen, konwalia, kłącze irysa, róża
Nuta bazy: wanilia, ambra, piżmo, drewno sandałowe, wetyweria, benzoes
___
Dziś Itasca od Lubin.

piątek, 13 lipca 2012

Jedno oko na Maroko

A widzi ono - Warzazat. Po angielsku czy francusku - Ouarzazate. :)
Czyli wiadomo już, o czym zamierzam pisać. :) Dobrze byłoby wreszcie opisać wszystkie kadzidlane pachnidła Comme des Garçons. Bo przecież każde z nich na to zasługuje.


Pachnidło, mające w zamierzeniu być odzwierciedleniem kadzideł palonych w świecie północnoafrykańskiego islamu, plasuje się w grupie tych mniej dosłownych. To znaczy takich, które opisują aromat żywic raczej powoli - o ile w ogóle - ogrzewanych, niż palonych często i w dużych ilościach. Kadzidło dyskretne.
Nie mogło przypaść mi do gustu. ;)

Choć nie jest przecież tak źle. Ouarzazate okazuje się pachnidłem naprawdę porządnym, starannie przemyślanym i skonstruowanym tak, by odbiorca (czyli osoba uperfumowana tudzież jej otoczenie) nie mógł się nudzić. Tak więc z początku jest mieszanka żywa, jasna i pikantna w sposób zdecydowanie drzewny. Najbardziej przypomina nuty ostrego, świeżo ściętego cedru. Kadzideł póki co nie znajdziemy nawet ze świecą w ręku. :)
One pojawiają się później, właściwie jako wspomniane wcześniej żywice. Spokojnie czekające na swoją kolej, ogrzewane niejako przez warstwę drzazg. Początkowo cedrowych (nasączonych pozbawionymi słodyczy, nieprzyjemnymi cytrusowymi olejkami), później coraz łagodniejszych, bardziej miękkich, ciemniejszych, słodszych.
Dodatek gwajaku staje się oczywistością; w miarę upływu czasu ciepła słodycz zaczyna zdobywać przewagę nad drapieżnym, przytłaczającym olfaktorycznym podpisem Marka Buxtona. Wówczas też mam okazję obserwować ciekawą przeplatankę żywic z nutami drzewnymi: drewno, żywice, drewno, żywice, drewno. Na nim skończmy. Albowiem, wbrew pozorom lub wyłącznie dzięki chemii mojej skóry, nie jest Ouarzazate aromatem stricte kadzidlanym; choć drzewnym na sto procent.

Objawia się to w bazie, oleisto-słodkiej, ciemnej, zawiesistej; będącej frapującą mieszanką drewna gwajakowego z zieloną herbatą oraz przyprawami [przede wszystkim pieprzem, wanilią i gałką muszkatołową - a może kwiatem muszkatu...?]. Kompozycja powoli zjeżdża w stronę nut gorzkich oraz pudrowych, zwiększa się ilość mrocznego drewna, "zwykła" herbata zielona okazuje się wędzoną Rosyjską karawaną, jak najbardziej dojrzałą i czarną, zaś pieprz zaczyna wchodzić w alianse z akordami kurzu lub ziół. Gdzieś w tle pobrzmiewają półnuty labdanum, przytłoczone wszystkim, o czym właśnie napisałam.
Czy w przedstawionym rozgardiaszu może kryć się kadzidło? Nie wykluczam.
Tyle, że mój nos zwyczajnie go nie wyczuwa. Stąd nie bardzo rozumiem, co właściwie nasz obecny bohater robi w serii takiej a nie innej.
No wybaczcie, nie wiem.

Wiem za to, że Ouarzazate stanowi przykład perfum które, mimo pozorów mroku i pewnej szorstkości w obyciu, stają po jasnej stronie mocy. ;) Lecz nie dlatego, iż są takie sympatyczne ani z powodów ideologicznych tym bardziej [jeżeli mogę pozwolić sobie na tak śmiałą personifikację zapachu]. Nie. One robią to z tytułu banalnej jak polityka, wyrachowanej kalkulacji. Bardziej opłaca się trzymać ze zwycięzcami.
Ouarzazate - podobnie jak Zagorsk - nie walczy z wiatrakami, nie burzy murów ani nie nawołuje do rewolucji w postrzeganiu świata. Jest na to zbyt rozsądne oraz zbyt oświecone.
Nie mogę więc darzyć go jakąkolwiek sympatią.
Najwyżej niechętnym uznaniem, podyktowanym tylko i wyłącznie przez rozsądek oraz rzetelność. Od euforii wobec O. dzielą mnie lata świetlne.
Tak po prostu mam.

Rok produkcji i nos: 2002, Mark Buxton

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; raczej ciężki, bo bliski skórze. Nie zostawia za sobą śladu, większą moca może pochwalić się jedynie w otwarciu.
Mimo to polecam go wszystkim miłośnikom zapachów drzewnych i/lub legendarnych. Warto go poznać.

Trwałość: od pięciu do blisko siedmiu godzin [aczkolwiek przy końcu skali trzeba szorować nosem po skórze, by cokolwiek poczuć]

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)

Skład:

czarny pieprz, kadzidło, szałwia, gałka muszkatołowa, wanilia, piżmo, drewno wenge, drewno gwajakowe, kaszmeran, labdanum


P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.marokotravel.pl/miasta/ouarzazate

Przystanek Podgórze, cz. 4. i... 5.

Pamiętacie mój, cokolwiek niedorzeczny (zważywszy na niechęć autorki do sportów motorowych ;) ), cykl? Jeżeli nie, to jego poprzednie części znajdziecie TUTAJ, TUTAJ i TU. Dziś przyszła pora na analizę porównawczą.
No dobrze, nie przesadzajmy z tą analizą. ;)


Chcę napisać tylko kilka słów na temat dwóch podobnych do siebie pachnideł: jednego od Comme des Garçons a drugiego z asortymentu Histoires de Parfums. Pierwsze z nich to Garage z syntetycznej serii.

Od razu zaznaczę, iż tę właśnie kompozycję wybrałabym dla siebie (gdybym naprawdę musiała postawić na którąś z wymienionych). Trudno właściwie powiedzieć, dlaczego. Może chodzi o to, że jest jakby bardziej gładka, cieplejsza, satynowo-słodka; co zresztą w zestawieniu z klimatem Garażu brzmi co najmniej podejrzanie. ;) Muszę przy okazji przyznać się do pewnej słabości - otóż żadnego z wymieniowych aromatów nie jestem w stanie rozebrać na mniejsze fragmenty. Odczuwam je jako niepodzielną całość, różnice odnajdując dopiero w zestawieniu.
Dlatego potrafię odnaleźć w Garage pewną delikatność, wspomniane ciepło, stereotypowo kobiecą rękę. Czyżbym trafiła do świątyni jakiejś zaprzysięgłej fanki automobilizmu? ;) Doprawdy nie mam pojęcia. Doceniam za to grę akordów dymnych, skórzanych oraz paliwowych ze świetlistą jasnością aldehydów (te wyczuwam) oraz łagodnym tchnieniem kwiatów ogrodowych (o nich czytałam ;) ).

Przekonuje mnie również swego rodzaju "dyskretne wszędobylstwo" omawianego zapachu. Fakt, iż nietrudno zlokalizować jego źródło lecz okazuje się łatwo przyswajalny dla najbliższych sąsiadów. Miękko okala sylwetkę, do otoczenia przenika powoli a stopniowo, niezwykle - jak na takowe konotacje - harmonijnie. Bez ryku silników. W spokoju, lecz nie monotonii.
Lubię ten Garaż. :)


Natomiast jeśli chodzi o drugiego z moich dzisiejszych bohaterów, Pétroleum... No cóż.
O ile Garage spokojnie i bez podtekstów głaskał ludzką skórę owo cudo, również bezinteresownie, ją szczypie - a może raczej szarpie? Z pewnością jest mniej skłonne do łagodności, bardziej kanciaste i chropowate. Lecz równie dobrze skonstruowane. Doceniam Pétroleum, po prostu nie chciałabym pachnieć jak pracownica rafinerii tuż po wycieku ropy. ;)

Czyli jak właściwie?
Przede wszystkim głęboko i głośno. Oraz ziemiście. Jest bowiem w omawianej wodzie jakaś głęboko chtoniczna, mineralna nuta, którą w poprzednim aromacie udane równoważyły kwiaty czy słodycz. Po tych w Ropie (Nafcie?) nie ma nawet śladu. Pojawia się również gra aldehydów ze skórą ale i jakiś ciemny, podbarwiony nutami zwierzęcymi dym. Ponoć za tę wariację odpowiada oud; oraz cywet. Czyli cywet z oudem. ;) Jakiś puder, ciekawa krystaliczność o barwie grafitu.
Jakiż to dosłowny aromat!
Nietypowy, łamiący konwencję, odważny. Monsieur Ghislain postawił na oryginalność, jak to on. I tym razem nie zatrzymał się w połowie drogi, co dotąd zdarzało mu się aż nazbyt często. Efekt przeto wyszedł piorunujący.
Oto, moi Drodzy, prawdziwy koncept anty-perfum. Geza Schoen powinien gdzieś w kątku skręcać się z zazdrości a Christopher Brosius żałować, iż to nie on stworzył Pétroleum. :D

Mimo wszystko jednak: w perfumach dla siebie szukam przede wszystkim.. perfum. ;) I pachnidło, także to porażające dosłownością, po prostu musi mi się podobać. Więc o ile znajduję w zapachu od CdG coś dla siebie, Pétroleum w większych ilościach męczy. Pojawia się nawet migrena, co u mnie nie jest częstą przypadłością. Dlatego polecałabym je raczej zaprzysięgłym fanom motoryzacji; takim, którzy w zaciszu własnego garażu knują, jakby tu dostać się na start najbliższych zawodów F1. ;) Na przykład.


Comme des Garçons, Series 6 Synthetic: Garage

Rok produkcji i nos: 2004, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o dość dużej mocy, choć niedrażniący otoczenia. Nieformalny.

Trwałość: około pięcio- sześciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-aldehydowa

Skład:

Nuta głowy: aldehydy, nafta, nuty kwiatowe
Nuta serca: skóra, akord plastiku
Nuta bazy: drewno cedrowe, wetyweria (a pewniej octan wetiwerolu ;) )


Histoires de Parfums, Édition Rare: Pétroleum

Rok produkcji i nos: 2011, Gérald Ghislain

Przeznaczenie: szalenie dosłowny zapach typu uniseks, o dużej mocy oraz emanacji. Na okazje, hmm... pasjonackie. ;)

Trwałość: nie sprawdzałam. Trudno mi było w Pétroleum wytrzymać dłużej, niż cztery lub pięć godzin [lecz wówczas nic nie zapowiadało, by kompozycja miała rychło zamierać].

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: aldehydy, bergamotka, oud
Nuta serca: róża, ambra
Nuta bazy: cywet, białe piżmo, paczuli, skóra
___
Dziś noszę Interlude Woman od Amouage.


P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1.  http://www.cruzine.com/2010/09/23/hdr-photography-vintage-cars/
2.  http://rabdecox.skynetblogs.be/archive/2011/02/28/vintage-garage.html

wtorek, 10 lipca 2012

Pachnące drobiazgi

Znacie termin "błyszczący drobiazg"? Dziś wpadłam na pomysł, by impresyjnie wziąć na tapetę jego perfumowe odpowiedniki. Ciekawą acz stroniącą od wszelkich kontrowersji perfumową galanterię.

Na pierwszy ogień pójdzie...

Auguste, Esprit de Chine

Czyli uwspółcześniona wersja klasycznego dzieła Jeana Desprez z 1925 roku, Crêpe de Chine. Nie wiem, jak testowana przeze mnie próbka (dzięki, Jarku!) miała się do oryginału, lecz i bez niego mogę ocenić pachnidło jako przyjemny, nawiązujący do dawnego perfumiarstwa szypr. Bliski stylowi Tabu od Dany, Youth Dew, Calèche czy Rouge Hermès, choć oczywiście znacznie odeń cichszy. A do tego wyraźny chociaż nienachalny.
Mnie przekonuje.
Mniam! :)

Skład:
konwalia, goździk (kwiat), bez, kwiat pomarańczy, nasiona piżmianu, mech dębowy, drewno sandałowe, piżmo


Boadicea the Victorious, Delicate

Przyjemna zieleń poszycia leśnego, udanie złamana akordami kwiatów a w szczególności cudnego narcyza. Wyraźne są również nuty siana oraz lekko pudrowej koniczyny. Na samym dnie natomiast czai się szyprowa suchość mchu i  egzotycznego drewna, złamana dodatkiem szczypty cynamonu.
Zapach niezbyt cichy, choć - podobnie jak Esprit de Chine - do mocarzy raczej zaliczyć go nie sposób.
I choć wszyscy informację tę powtarzają do znudzenia [bardziej wkurza mnie tylko w polskim internecie wszędobylski a nieśmiertelny samograj z Bronisławem Krzysztofem jako projektantem flakonów marki Sisley ;> ], czuję się zmuszona dodać, iż Delicate to zapach, który nosi Michelle Obama. Trzeba przyznać, że w spełnianiu obowiązków amerykańskiej Pierwszej Damy pachnidło nie może przeszkadzać a wręcz do takowej roli społecznej pasuje jak ulał.

Skład:
koniczyna, trawa, dzwonek, inne kwiaty polne i leśne, jaśmin, róża, narcyz, cynamon, nuty drzewne, mech dębowy


Bond No. 9, Cooper Square

Zapach, którego zapragnęłam w ciemno, po lekturze spisu nut. Dobrze, że poprzestałam na samplu. ;)
Gdyż okazało się, jak dalece bogate, orientalizujące i ogólnie budzące żywsze bicie serca składniki odbiegają od tego, co wykwita na mojej skórze. Cooper Square to bezpieczny, miły dla nosa, stereotypowo męski paprociowiec. Jak na takiego gagatka przystało - nawet lekko świeży. Dosyć silny, uprzyjemniający dzień pracy w korporacyjnym molochu. Ot, po prostu.
Dobry i użyteczny, choć nie dla mnie.

Skład:
jagody jałowca, przyprawy, koniak, lawenda, paczuli, olibanum, mirra, kaszmeran, labdanum, wetyweria, piżmo


D. S. & Durga, Siberian Snow

Ach, gdybyż to pachniało tak, jak się nazywa!
Niestety, w Syberyjskim Śniegu nie znalazłam ani Syberii, ani śniegu. Nawet prowincjonalnych balów dla rosyjskich przedrewolucyjnych rekinów biznesu. Nic. Zamiast nich moją skórę zaszczycił arcynudny, miły i lekko pudrowy bukiet kwiatów. Oraz piżmo, szczęśliwie nawet przyjemne, zatykającego swądu starych mydlin nie stwierdzam. Kwiaty,  piżmowy puder, statyczne ciepło. Nic, co budziłoby choć odrobinę żywsze emocje.
Konsystencja olejkowa, trwałość przyzwoita, moc też niczego sobie.

Skład:
jaśmin, inne nuty kwiatowe, drewno sandałowe (?), ambra (?), kadzidło (??)


Jean-Charles Brosseau, Atlas Cedar

Kolejny niebudzący większych emocji, choć przecież bardzo ładny, zapach aromatyczny dla mężczyzn. Tak konwencjonalny, że nie może się nie podobać.
Tak uśredniony, iż nie jest w stanie niczym do mnie przemówić. Przekonując, nie przekonuje (jeśli wiecie, co mam na myśli :) ).
Trochę owoców, trochę przypraw, ozon, jakaś drzewno-morska pasta. Ładne ale nudne.
Bogowie, jak nuuudne!

Skład:
bergamotka, tangerynka, klementynka, melon, rabarbar, nuty zielone i morskie, gałka muszkatołowa, cynamon, kardamon, jaśmin, tuja, drewno sandałowe, kłącze irysa


Ramón Molvizar, Precious

Kolejny przykład olfaktorycznej zachowawczości, tym razem skierowany przede wszystkim do kobiet. Bo czy mężczyźni zdobyliby się na uznanie dla pachnidła kwiatowo-wodnego, nenufarowego i chemicznie imbirowego, różanego oraz pseudodrzewnego? Możliwe, choć raczej nie z myślą o sobie. :)
Aby uniknąć niejasności dodam, że nie mam złej opinii o Precious. Wiem, że naprawdę może się podobać, choćby fankom serii Be Delicious, której kilka przykładów bardzo mi przypomina. Z upływem czasu omawiane dziełko robi nieco cieplejsze, bardziej cielesne i białopiżmowe.
Cóż, na pewno sprawdzi się, że powtórzę, podczas dnia pracy w korporacyjnym molochu. ;) Nienachalny sillage tylko ułatwi koegzystencję z Precious oraz jego nosicielką.

Skład:
bergamotka, imbir, róża, lilie wodne, lotos, kaszmeran, drewno sandałowe, inne nuty drzewne, piżmo
___
Dziś właśnie noszę wspomniane Siberian Snow.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Na lato? Bluszcz!

Ponoć niektórzy z Was lubią lato; choć trudno mi w to uwierzyć, podobno tacy narwańcy istnieją naprawdę - i jest ich całkiem sporo. ;) Cóż, są gorsze zboczenia. :>
Dla tej właśnie grupy mam ciekawą radę: jeśli już musicie męczyć normalne, zdrowe, nienawidzące upałów otoczenie jakimiś wodnymi perfupotworkami, bardzo proszę, pachnijcie chociaż ładnie! ;) Tak, aby nawet wyżej podpisaną naszły wątpliwości co do jej niechęci wobec plażowania czy spędów ludności na festynach i koncertach najróżniejszych.

Ładnie, czyli jak?
Na przykład gorzkimi nutami ozonowymi. Zielonymi, wytrawnymi, lekkimi. Kojarzycie zapach bluszczu? No właśnie; czymś w ten deseń. Abyście nie musieli szukać zbyt długo, podrzucę nawet dwie propozycje. :)


Pierwszą z nich jest Boston Ivy z asortymentu marki, która swego czasu wywołała małe poruszenie wśród rodzimych perfumomaniaków, czyli D. S. & Durga. Zapach, który miał oddawać charakter Bostonu w latach 80. minionego stulecia. Nie wiem, nie byłam, przez połowę tamtej dekady nawet nie było mnie na świecie (a reszty nie pamiętam). Mimo to nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż w odwzorowywaniu rzeczywistości Bostońskiemu Bluszczowi naprawdę trudno dorównać. Pytanie tylko, jakiej właściwie?

Gdyż w moim odczuciu omawiane pachnidło w udany sposób sugeruje natężoną, statyczną woń ogrodu na przełomie lata i jesieni, aromat starych kamiennych murów, równie wiekowych drewnianych okiennic, metalowych klamek czy kutych bram, suchego mchu porastającego fundamenty budowli oraz oczywiście bluszczu. Wszystko to razem jest gorzkie, głębokie, syte zachodzącym słońcem [chodzi mi o przesyt zbyt intensywnym światłem; o chwilę, kiedy wreszcie świat zaczyna powoli stygnąć, na przykład tuż po zmroku].
W miarę upływu czasu staje się coś ciekawego: wytrawny, zielony ozon zaczyna ustępować miejsca plastycznemu, nienarzucającemu się pudrowi. Ten zaś ciekawie łączy lekko ostry, wibrujący bluszcz z suchą, ledwie rejestrowalną słodyczą. Po wyrazistym otwarciu następuje miarowe, równomierne uspokojenie. Internetowe plotki głoszą, jakoby za podobnym efektem stała koniczyna.

I rzeczywiście; jest w Boston Ivy coś z Trèfle Pur od Atelier Cologne. Lecz byłabyż ona słodka? Zadziornie wiercąca się w nozdrzach, nieprzesadnie silna, nierozerwalnie złączona z bluszczem oraz czymś słonym lecz, mimo wszystko, w jakiś niewytłumaczalny sposób waniliowa? (w stylu Eau Duelle Diptyque)
Nie wiem. Dlatego przestaję się zastanawiać. Biorę BI z całym dobrodziejstwem inwentarza. Czyli nieruchawością perfum na skórze tudzież intrygującą cienistością, stopniowym przenikaniem chłodu w strefy blasku oraz gorąca.
W każdym razie: tego pachnidła nie warto ignorować.


Podobnie nie polecam unikania testów Eau de Lierre od Diptyque. Czyli kompozycji zbliżonej do Boston Ivy; przynajmniej tego z otwarcia. Gdyż dzieło Diptyque okazuje się jeszcze silniejszym, jeszcze bardziej wytężonym, jeszcze zieleńszym aromatem o naprawdę wielkiej mocy; istnym tropikalnym tajfunem. ;) A może zenitalnym deszczem...?
Nuty ozonowe są może nieco mniej gorzkie jakkolwiek trudno odmówić im mało sztampowego charakteru. Gdzieś w tle pojawia się akord suchego, jasnego drewna (cedr? cyprys? tuja?), łagodna woń ziemi oraz frapująca pikanteria ukryta tuż za sceną. Dopiero po kilku testach wiedziałam już, że to pieprz. Zielona ziemistość, zlany deszczem bluszcz, nasiąkające wodą drewno, dziko rosnący pieprz. Natomiast gdzieś hen, ponad odmalowaną zapachem sceną promienie słoneczne przesączają się przez ciężkie deszczowe chmury; powoli wygrywają.

To w zasadzie wszystko. Spektakularny rozwój nie jest mocną stroną Eau de Lierre. Nie wolno oczekiwać odeń ani łatwych, kwiatowo-słodkich rozwiązań ani wysublimowanych, egzotycznych kadzideł czy agarowego drewna. Eau de Lierre nie poddaje się dyktatowi ani łatwo rozpoznawalnej masówki ani wysnobowanej na mhrrok niszy. Czyli chyba jest przedstawicielką niszy w klasycznym rozumieniu tego słowa. :) Także dlatego że, choć wyraźna i wyczuwalna z oddali, z bliska nie narzuca się nikomu. Czyli jest idealna.


Hmm... Boston Ivy czy Eau de Lierre? Zastanawiam się, którą z wód uważam za ciekawszą, bardziej wartościową czy chociaż "mojejszą". Wybór okazuje się naprawdę trudny. Obie mieszaniny przypadły mi do gustu, obie polubiłam mimo jawnej sprzeczności ich charakterów z moim gustem; a jednak - żadnej nie chciałabym w postaci pełnowymiarowej, we flakonie. Chyba rzeczywiście lekkość i świeżość nie są mi pisane. :)
I chyba po raz pierwszy jest mi z tego tytułu żal. Troszeczkę.


D. S. & Durga, Boston Ivy

Rok produkcji i nos(y): 2011, David Seth Moltz oraz Kavi Moltz

Przeznaczenie: bliskoskórny zapach typu uniseks, na okazje raczej codzienne [podkreślam: raczej! ;) ]

Trwałość: jak na wodę kolońską niezła, bo około sześciogodzinna

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-wodna (i ponoć szyprowa)

Skład:

koniczyna, mech dębowy, bluszcz, akord wody morskiej


Diptyque, Eau de Lierre

Rok produkcji i nos: 2006, Fabrice Pellegrin

Przeznaczenie: świetnie wyważony zapach typu uniseks, na naprawdę wielkie upały. O dużej mocy oraz całkiem sporym sillage; z czasem przybliżający się do skóry. Resztę napisałam u góry. :)

Trwałość: od siedmiu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

cyklamen, geranium, bluszcz, zielony pieprz, drewno różane, inne nuty drzewne, szara ambra, piżmo
___
Dziś Bois Oriental od Lutensa.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickriver.com/photos/21204781@N07/2890797560/
2. http://s681.photobucket.com/albums/vv174/Jens_wall/Rain/?action=view&current=Rain-Forest-Tropic.jpg&newest=1