piątek, 28 października 2011

Woda morska i drewno

Dziś, jako że jestem wredną, złośliwą jędzą i kocham Was denerwować, postanowiłam napisać o dwóch kompozycjach zapachowych powstałych ku czci nadmorskich wakacji, plażowania, kąpieli słonecznych i wodnych, spacerów, gry w piłkę, plotkowania, surfowania czy co jeszcze człowiek na plaży robić pragnie.
Chodzi o - w zasadzie podobne do siebie - zapachy ze stajni Christophera Brosiusa, At the Beach 1966 oraz Mr Hulot's Holiday.


Na pierwszy ogień pójdzie Pan Hulot. :)
Dobroduszny Francuz, który spędza wakacje w nadmorskim kurorcie, swoim zachowaniem wprowadzając, całkowicie niechcący, spore zamieszanie a nawet chaos. Jest on też bohaterem jednego z ulubionych filmów Brosiusa, którego z panem Hulot łączy nieśmiałość oraz skłonność do potykania się. Ponoć obaj kochają dźwięk morskich fal rozbijających się o brzeg, zapach spienionych fal oraz kawałków drewna wyrzuconych na plażę.
Lekkość, czar, marzenie o idealnych wakacjach.

Wszystko zostało zamknięte w woni nazwanej na cześć filmu sprzed blisko sześćdziesięciu lat: rześkiej, optymistycznej, słono-owocowej, o wyczuwalnych akcentach przesyconego solą żywicznego drewna oraz leciutką aurą - dopiero co kupionych - skórzanych rękawiczek. Wakacje Pana Hulot są mieszanką żywą, ozonową w sposób, który cenię daleko bardziej nad melonowe zapaszki. :) Wystylizowanej na klimaty retro, unikającej słodkiej łatwizny, esencjonalnej, w miarę upływu czasu coraz bardziej słonej.
W rzeczy samej: słonej, morskiej i drzewnej tak, jak należy.
Do tego otaczającej uperfumowaną osobę niezbyt pokaźną aureolą, pocztówkowej w sposób kiczowaty, ale urokliwy, bardzo wczorajszy.
Stężony optymizm. :)


W podobny sposób pochodzi do tematu druga z mieszanek, At the Beach 1966. Jak wszystkie dzieła wychodzące z pracowni ekscentrycznego Nowojorczyka, także i ta stanowi rodzaj osobistego, właściwie ujmująco intymnego, wyznania twórcy. :) Mamy do czynienia ze wspomnieniem pewnego letniego popołudnia, które mały Chris spędził na plaży, chłonąc aromaty balsamu do ciała, rozgrzanego słońcem oraz słonej, kontrastowo chłodnej wody oceanu.

Woń okazuje się nieco odmiennym, bardziej gładkim, jakby pastelowym ujęciem tematu. W odróżnieniu od Hulota, Na Plaży.. zdaje sie posiadać jakąś nutę owocową, w stylu skórki nie całkiem dojrzałego melona miodowego [kto zakupy robi w Polsce wie, jaką woń mam na myśli ;) ]. Podejrzewam, iż to właśnie ona odpowiada za zwiększoną dawkę aksamitu, jakiś ujmujący vintage'owy glamour, spowijający ludzką sylwetkę niczym wyblakłe pareo z miękkiej bawełny. Jest sucha, lecz także jakby bardziej przyjemna w konwencjonalny sposób.
Troszkę ziemista a także - siłą sugestii - faktycznie spokrewniona z zapachem balsamu przeciwsłonecznego! :) Gdzieś w tle, jakby z daleka, ale od skojarzenia trudno się opędzić.

W ramach podsumowania stwierdzam, iż oba pachnidła stanowią ciekawą, rzadką alternatywę dla typowych perfum letnich. Oba są czarująco ekscentryczne, chociaż zawierają w sobie znaczną ilość klasycznego sznytu. Skąd? Mnie nie pytajcie. ;)
Gdybym miała wybrać tylko jedną flaszkę, po długich rozważaniach postawiłabym na ostrzejsze, słono-wytrawne Wakacje Pana Hulot. Lecz i Na Plaży w 1966 trudno cokolwiek zarzucić.
Obie wonie czarują radosnym, nostalgicznym charakterem, wciągającą niecodziennością, skłaniającą do zastanowienia "innością".
Do czegóż nam potrzeba kolejnych Cool Waterów?

Ha. I teraz mam nadzieję, że na dworze będzie zimno i ponuro. ;>

Mr Hulot's Holiday

Rok produkcji i nos: 2005, Christopher Brosius

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, raczej w typie codziennym; o niezbyt dużym sillage, z czasem woń staje się bliska skórze.

Trwałość: do sześciu (wersja wodna) lub blisko dziesięciu (absolut) godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-wodna (i aromatyczna)

Skład:
[wg Twórcy, więc tradycyjnie mocno zaciemniony ;) ]

słona bryza znad Morza Śródziemnego, wyrzucone na brzeg drewno, kamienie pokryte wodorostami, aromat starych skórzanych walizek


At the Beach 1966

Rok produkcji i nos: 2005, Christopher Brosius

Przeznaczenie: właściwie mogę zrobić "kopiuj-wklej" z analogicznego punktu w opisie Hulota. ;) Dzienny uniseks, o ograniczonej mocy a później bliskoskórny.

Trwałość: w granicach pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-wodna (i aromatyczna)

Skład:
[równie poetycki]

Nuta głowy: balsam Coppertone z roku 1967
Nuta serca: akord Północnego Atlantyku
Nuta bazy: mokry piasek, muszelki, dryfujące drewno oraz szczypta nadbrzeżnej promenady
___
Dziś noszę Lost Passenger marki Fridge by yDe.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/cartorama/3955003937/
2. http://www.flickr.com/photos/77458709@N00/3626691218/


* * *

Właśnie przeczytaliście mój ostatni przed-listopadowy wpis. Już za chwilkę, już za momencik nie będę miała czasu na beztroskie blogowanie. ;)
Zatem życzę Wam udanego długiego weekendu, spokojnego wieczornego wędrowania po oświetlonych tysiącami płomyków cmentarzach oraz bezpiecznego powrotu do domu.
Do najbliższego spotkania! :)

czwartek, 27 października 2011

O północy w Paryżu


Nie, nie o filmie będzie. ;) Choć przyznam, że mnie korciło. :) Miło wspominam zwłaszcza pracę Owena Wilsona, który udowodnił, że stać go na więcej niż kolejne głupawe komedyjki. Okazał się świetnym "nowym Woodym Allenem". Generalnie mówiąc, filmowe O północy w Paryżu zasługuje na uwagę.

Dziś chciałabym jednak napisać o innym nocnym obliczu stolicy Francji, a raczej jego odzwierciedleniu, powstałym ku czci... zegarka. :)
Marce Van Cleef & Arpels zawdzięczamy kilka, a z pewnością jeden znany gadżet: pochodzący z kolekcji chronometrów pt. Poetyckie Zawiłości obiekt pożądania rekinów finansjery oraz celebrytów pierwszego sortu, zegarek Midnight in Paris.


Jak w przypadku wszystkiego, co znane z tego, że jest znane, także Midnight in Paris wyróżnia się czymś niebywale rzadkim i snobistycznym. W tym przypadku naszą uwagę zwracać ma cyferblat, nie tylko usiany diamentowo-złotymi gwiazdozbiorami nieba północnego, widywanymi (??) nocą nad Paryżem, lecz także okryty ruchomą tarczą z Aventurine [specjalnego rodzaju szkła], wyznaczającą - zdobiące męski nadgarstek i stosowne co do pory roku - odwzorowanie nadparyskiego nieboskłonu. Tył zaś każdego z zegarków skrywa oszlifowany kawałek liczącego sobie cztery i pół miliarda lat meteorytu.

Na stronie firmowej przeczytać możemy, iż Midnight in Paris "(...) jednoczy w sobie wszystkie wartości Domu [VC&A]: kreatywność, chęć ciągłego doskonalenia oraz biegłość technologiczną" [źródło TU].
Cóż, zegarek może i jest obrzydliwie snobistyczny, ale za to piękny. Nawet pomimo tych wszystkich moralnie wieloznacznych, a także zbytkownych, okruchów. Podobnie jak reszta kolekcji; tylko spójrzcie, o TUTAJ. Można się rozmarzyć... :)

Z czego wynika, iż zadanie postawione przed perfumiarzami, którym przypadło w udziale stworzenie pachnidła sprzężonego z czymś tak starannym i pożądanym, nie mogło należeć do łatwych. Aby zapach urodą dorównywał zegarkowi, poprzeczka musiała zostać ustawiona wysoko. Domitille Bertier i Olivier Polge w znacznym stopniu zostali zobligowani do przejścia śladem twórcy czasomierza, Jean-Marca Wiederrechta.
Zrobili więc, co mogli: postawili na spokojny, pełen szyku glamour.

Prawdę mówiąc, nie wyobrażam sobie kompozycji stworzonej ku czci zegarka o analogicznej nazwie inną. Choć to chyba dobrze, prawda? Znaczy, że pracę twórców omawianych perfum zwieńczył sukces. :) Zabutelkowany Midnight in Paris stanowi kwintesencję transparentnej wieczorowej elegancji.


Takiej, która nie krzyczy, której nie zauważa się na pierwszy, czy nawet drugi, rzut oka lecz która po prostu jest, stanowi oczywistość. Niczego nie udowadnia, nie narzuca, nie sugeruje. Po prostu cieszy oko (w tym przypadku nos ;) ), nienawykła do mówienia o sobie. Nowoczesny dżentelmen świata perfum.
Nowoczesny przede wszystkim dlatego, iż nie boi się słodyczy. W odróżnieniu od dziadka, od lat wiernego perfumom swych poprzedników, Mouchoir de Monsieur od Guerlain, przez ojca, zwolennika Eau Sauvage i starszego brata, którego signature scent stanowi Terre d'Hermès, mój dzisiejszy bohater nie unika niezobowiązujących flirtów ze, stereotypowo pojmowanym, damskim typem zapachów. :) Jest nowoczesny i elastyczny, także w kwestii postrzegania samego siebie: młody, odważny, inteligentny, przepełniony dystansem do całego świata (z własną osobą na czele), choć świadom tego, ile zawdzięcza przodkom. O bystrym spojrzeniu i takimż dowcipie, niechętny trzymaniu ludzi na dystans. Może niekoniecznie brat-łata, ile otwarty, nieco ekstrawertyczny towarzysz.

Co wnioskuję nie tylko po układzie nut zapachowych, z których najważniejszymi są bergamotka, konwalia, żywice o skórzanej poświacie, strużka kadzidła a także wspomniane lekkie, zielonkawe nuty słodkie, lecz także po wyczuwalnym, jakkolwiek niezbyt nachalnym sillage oraz niespodziewanej trwałości. Gdyż musicie wiedzieć, że testowałam wodę toaletową, a mimo to cieszyłam się towarzystwem Midnight in Paris znacznie dłużej, niż początkowo zakładałam. :)
Na zakończenie wrócę jeszcze do sedna, czyli rozwoju pachnidła na skórze. Otóż jest ono bardzo spokojne, dyskretne, niezbyt zmienne; urzeka optymistyczną aurą skóry, cichej, mruczącej przy ciele człowieka, w zasadzie podrzędnej wobec nut słodkich i żywicznych. Choć kiedy weźmie się pod uwagę, iż żywice także pokazano przez pryzmat woni galanteryjnych, a i z bergamotki wyciągnięto wszystko, co budzi dalekie skojarzenia z garbarnią, łatwo stracić orientację. ;) Spotkało to także mnie; siedzę przed laptopem, wącham własne przedramię, zastanawiając się: skóra to czy nie skóra? :) I dochodzę do wniosku, że jednak skóra; miła, nienachalna, wysmakowana, bardzo apetyczna. Nade wszystko zaś - unurzana w ciepłych, skłaniających do uśmiechu oparach lekkiej, aksamitnej słodyczy.

Niebywale wdzięczna, skrojona przez zręcznych rzemieślników, mająca zadatki na nobliwą; ale jeszcze nie teraz, nie dziś ani nie jutro. Midnight in Paris to woń jakby stworzona dla człowieka młodego duchem, pewnego, iż życie nie odkryło przed nim nawet połowy kart a świat tylko czeka, by on mógł go podbić. :) Takiego, którego sumienie nie gnębi, a i trosk nie starczyłoby nawet na jedną bezsenną noc. Takiego, którym każdy mężczyzna chciałby być, a każda kobieta pragnie.
Chłopak - fantom. :) Niczym zegarek MiP.

Byłabym zapomniała! Kompozycję zapachową, summa summarum, udało się stworzyć daleko mniej ostentacyjną od poprzedzającego ją chronometru. I to jest zaleta! :)

Rok produkcji i nos(y): 2010, Domitille Berthier oraz Olivier Polge

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, lecz mający znamiona uniseksu. Wyczuwalny z daleka, zaś z bliska dyskretny, więc bliski ideałowi olfaktorycznej projekcji. :) Na wszelkie okazje, jakie tylko wymyślimy.

Trwałość: jako edt od trzynastu godzin do blisko doby; wody perfumowanej nie znam

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana (i orientalna)


Skład:

Nuta głowy: rozmaryn, ostrokrzew, bergamotka, cytryna
Nuta serca: yerba mate, konwalia, skóra, styraks, czarna herbata
Nuta bazy: bób tonka, kadzidło frankońskie, benzoes, ambra
___
Dziś noszę Rose Noire marki Giorgio Valenti.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://ahlconites.wordpress.com/2011/03/31/arrival-expected-at-2028-2358/
2. http://asthisthatother.blogspot.com/2011/06/oh.html

3. http://fineartamerica.com/featured/1-paris-by-night-denise-weller.html

wtorek, 25 października 2011

Spotkania jesienne, część druga, czyli o Czarnej Damie słów kilka

Kiedy człowiekowi jest tak potwornie zimno, że aż odczuwa ciepło, jego sytuacja zdrowotna - delikatnie mówiąc - nie jest zbyt optymistyczna. A co, jeśli czujemy nie ciepło,lecz gorąc prawie? Wtedy należy zacząć się bać. Wówczas robi się... dziwnie.
Tym bardziej, jeśli w pobliżu nie widać żadnego potencjalnego źródła ciepła.

Co zrobić, kiedy pogoda jest szara, krystaliczna, zabarwiona przez unoszący się w powietrzu biały, transparentny, widmowy puch mgły, mroźnej a także pobudzającej naszą wyobraźnię, sprawiającej, iż czujemy się daleko mniej swojo, niźli przed opuszczeniem bezpiecznego domu? Jak radzić sobie z miękkimi, plastycznymi i bladymi promieniami jesiennego słońca, usiłującymi utorować sobie drogę poprzez gęste krople pary wodnej, zalegające tuż nad powierzchnią ziemi? Jak przezwyciężyć niepokojące, przywołujące wspomnienia lęku naszych odległych przodków, zimno? Czy można jakoś je pokonać? Czy można pokonać własny, tak głęboko zakorzeniony, strach?
Owszem, można.
Wystarczy ochłodzić się jeszcze bardziej. ;>

Wszak to znany i sprawdzony wielokrotnie trik. Zarówno w mitach i baśniach, jak i w życiu "prawdziwym". Bo czy jest lepszy sposób na ukrycie się w mrokach nocy, jak całemu/całej przeobrazić się w chodzącą czerń? Natomiast kiedy pragniemy nie zostać usłyszanymi wystarczy zamilknąć; aby stłumić odgłos kroków najprościej zdjąć buty. [chyba, że jesteśmy wrażym wojskiem, pragnącym zdobyć szkockie obwarowania. ;) Wtedy uważać trzeba na osty.]
Aby zniknąć z wrogich radarów, powinniśmy na wojnę wyruszyć latawcem. :)
Chcąc stać się niepokonanym w walce należy rozebrać się do naga.

Nic nie rozgrzeje nas tak, jak chłód.
Z czego świetnie musiał zdawać sobie sprawę Jacques Cavallier, gdy tworzył na potrzeby koncernu L'Oréal (właściciela perfumowej marki Armani) pierwszą odsłonę perfum o nawie Mania.
[Tak, moja tyrada do Czarnej Mańki prowadzić miała. ;) ]

Muszę przyznać, iż moja opinia odnośnie damskich Manii jest taka sama, co reszty perfumowej społeczności: obecna swemu pierwowzorowi nie jest godna miejsca na półce wygrzewać!
Choć sama w sobie nie jest najgorsza (a nawet całkiem niezła), ma się do wydziedziczonej starszej siostry niczym poliester do czystego jedwabiu. Lecz to nie obu kompozycji wina, tylko Giorgio Armaniego i jego podejścia do sygnowanych własnym nazwiskiem perfum.
Jako, że nie przypadł mi do gustu sposób, w jaki Armani traktuje "swoje" perfumy, głupiutkie gadżeciki do trzepania kasy: spychane w cień, pogardzane, istne kopciuszki Armaniego. ;> Jeżeli jakiś zapach nie spełnia pokładanych weń nadziei, pół biedy go wycofać. Gorzej, jeśli po chwili zostaje zastąpiony przez namiastkę [jak w przypadku Giò, zdelegalizowanego na rzecz Acqua di Giò] lub, co jeszcze gorsze, ordynarnie wyparty. Wymazany z pamięci, skorygowany przez pracowników Ministerstwa Prawdy, bezczelnie skłamany.
Dokładnie taki los spotkał moją dzisiejszą bohaterkę.

Podejrzewam, iż właśnie TO, bezczelność Armaniego i okolic, nastawiła pasjonatów negatywnie do młodszej z Manii. Która powstała cztery lata po pierwowzorze, lecz w materiałach prasowych figuruje z jego datą poczęcia. A to już jest obrzydliwe łgarstwo oraz próba oszustwa.
I jak tu się dziwić, że mało kto ma chęć o nowej Manii pisać? Sama też jej nie mam, przynajmniej na razie.


Trudno, dajmy już sobie spokój ze złymi emocjami. Pierwsza Mania, zwana Czarną, nie jest warta równie podłego towarzystwa.

Pamiętam swoje pierwsze wrażenia po spotkaniu z omawianym pachnidłem, kilka lat temu: "łi! Cytrusy! Też mi coś". Moją Mamę, sympatyczkę Czarnej Manii, zdjęła wówczas groza. :) Usłyszałam, że mam być cierpliwa i odczekać chwilę. Jako grzeczne dziecko zrobiłam, co mi kazano. ;) I zakochałam się, choć zajęło mi to "nieco" czasu.
Tak zmiennej, kapryśnej, a przecież wysmakowanej kompozycji się nie spodziewałam. Nie byłam przygotowana na spotkanie z szykowną, postmodernistyczną, elegancką, mistrzowską niemal wariacją na temat chanelowskich cytrusów spętanych zmrożonymi przyprawami. Czemu chanelowskich?

Już śpieszę wyjaśnić. Nie jest tajemnicą, iż owoce cytrusowe w perfumach nie mają u mnie wysokich chodów. ;) Zazwyczaj nie spodziewam się po nich niczego, co jest w stanie zachwycić. Cytrusowe nie może być po prostu "piękne", a już zwłaszcza - piękne same w sobie. Więc kiedy dostałam pod swój nos cytrusy spokojne, cytrusy stłumione i zawieszone gdzieś w krystalicznie czystej mgle, zobligowane towarzystwem nut drzewnych, przypraw i wanilii, do cna wypełniające zasady klasycznej elegancji, ukochanej przez Mademoiselle Chanel, mogłam zrobić tylko jedno: paść na kolana. ;) I wiecie co? Nadal tkwię w tej pozycji.

Gorzka cytryna, cedrat może, lekko dymna, skórzana bergamotka, ani śladu cytrusowej słodyczy, a wszystko to zmieszane z wonią płynnych żywic, śmietankowej wanilii, szafranu, gałki muszkatołowej, może cynamonu lub goździków; czy muszę tłumaczyć, dlaczego wszystko to ujęło mnie, zafascynowało, skusiło swoim wysmakowanym, nienachalnym pięknem?
Jakby tego było mało, Czarna Mania tkwi na biegunie przeciwnym do współczesnych nam: perfumiarskiej klarowności i minimalizmu, odizolowana od przewlekłej prostoty dzisiejszych perfum; chłodna, wyniosła, skomplikowana; trudna w pożyciu i niejednoznaczna. Lecz przede wszystkim - gustowna, zjawiskowa, stanowiąca klasę sama dla siebie. Wyznaczająca sobie własne ścieżki i wytrwale nimi podążająca, pozornie nie zważająca na coraz większe grono naśladowców. Kolejne zbieżności z Coco. :) No, może z tą różnicą, że moja bohaterka naśladowców się nie doczekała. Po prostu nie miała kiedy; zniknęła zbyt szybko, by szansę mógł dostać jej sobowtór.

Lecz Czarna zwraca na siebie uwagę nawet zza grobu, co rusz zyskując nowe fanki. Co dodatkowo podkreśla jej nieprzeciętność.
Pachnidło w starym stylu, zręcznie utarte na jednolitą pastę, zatrzymane w pół drogi między Klasyką a Awangardą, utrzymane w tonacji ciepłej żółci, głębokiej czerni oraz kilku odcieni szarości, niecodzienne; znakomicie wpasowujące się w klimaty jesienne. Właściwie, to chyba nawet dla nich stworzone, gdyż latem rzeczywiście z CM nie zostaje wiele ponad doprawione na ostro cytrusy. Czyżby tutaj tkwiła tajemnica klęski zapachu? W tym, że w Brazylii, Kalifornii, Australii, na Lazurowym Wybrzeżu i Półwyspie Arabskim nie ma słotnej jesieni oraz mroźnej zimy? Więc nadzieje na globalny sukces zostały, jakże brutalnie, rozwiane przez niosący zapowiedź śnieżnej zamieci wiatr?
I nie pomogą tu zmiękczone akcenty przypraw, gładka wanilia ni puchate i jasne drewno gwajakowe na ziemistej podbudowie irysowego masła z ambrą, dzięki którym nakreślono ciemną, przejrzystą, chociaż dymną linię bazy. Nie pomoże trudna do zdefiniowania, upojna aura, otaczająca nosicielkę Czarnej Manii ze wszytkich stron, sugerująca przebywanie w towarzystwie niezwykłej osobowości. Nie pomoże nawet woal wyczuwalny z daleka, choć z bliska dyskretny, znamionujący perfumiarskie mistrzostwo kompozytora.

Mania Black pozostaje zjawą. Choć może to i lepiej...? W żadnym innym wcieleniu nie byłoby jej tak bardzo do twarzy.
Czarna Dama z Janowca, z Twierdzy Osowiec - mroczna i fascynująca. Budząca czysty, podszyty lękiem, zachwyt. Tak piękna, jak ludzkie dzieje.

Rok produkcji i nos: 2000, Jacques Cavallier

Przeznaczenie: znakomity zapach stworzony z myślą o kobietach, choć i mężczyźni testów nie powinni zaniechać. O ograniczonej projekcji z bliska, wyczuwalnej z daleka; idealne na zimę oraz wszelkie okazje, od błahych po Bardzo Ważne.

Trwałość: od dziesięciu do blisko piętnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: przyprawowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, kwiat pomarańczy, labdanum
Nuta serca: goździki, gałka muszkatołowa, szafran, wanilia
Nuta bazy: kłącze irysa, drewno gwajakowe, piżmo, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z http://www.flickr.com/photos/murrayneill/page12/

poniedziałek, 24 października 2011

Spotkania jesienne, część pierwsza


Pogoda za oknem nie rozpieszcza [wiem, wiem, to nie ja narzekam ;) ], jest zimno, wilgotno, ciemno, bardzo wichrowo-wzgórzowo. :)
W taką pogodę chęć użycia perfum ciepłych, przytulnych, otulających staje się niemożliwa do opanowania. I świetnie, tak być powinno. W końcu po to one powstają.
Mogą być słodkie, ostre, dymne, cukrowe: jakiekolwiek. Najważniejsze, aby zapewniały nam namiastkę poczucia bezpieczeństwa i ciepła, by pozwalały poczuć się odrobinę lepiej.
Łagodne jesienne promienie słońca, miękko opływające bajkowy krajobraz.

W tej kategorii na czoło wysuwa się kilka moich ulubionych pachnideł. Na przykład kultowy zapach od Clinique, dziś marki stereotypowo kojarzonej raczej z lekkimi cytrusami, Aromatics Elixir.

Ciężki, kwiatowo-przyprawowy szypr; jeszcze jeden zapach, o którym bez problemu da się powiedzieć "niedzisiejszy". Głęboki, zmysłowy, rozgrzewający. Nawet bardzo, ponieważ chwilami zdaje się parzyć w skórę, niczym żar płynący z ogniska. Mocny, wyrazisty, stłoczony wokół nut aldehydów, cynamonu i kwiatów. Choć jednocześnie gładki, misterny, spokojny; bardzo klimatyczny.


Typowo amerykański w staroświecki sposób, ze składnikami utartymi na jednolitą pastę o intensywnie rudej barwie.
Z tego powodu trudno mówić o liniowym przebiegu, zaś dawna data stworzenia kompozycji zapachowej decyduje o wielości zawartych weń składników. Jest więc Aromatics Elixir zapachem skomplikowanym, dla współczesnego nosa nawet nieco trudnym, trudnym do okiełznania. Zresztą, dokładnie jak większość jego rówieśników. :)

Otwiera się mocnym, bezkompromisowym uderzeniem aldehydów, ziół, kopy sproszkowanych przypraw prosto z bliskowschodniego suku [gdzie kuchnia z korzeniami się nie patyczkuje ani wybrzydza nań]. Dopiero po pewnym czasie mieszanina pozwala sobie na złapanie oddechu, chwilę zadumy lub nostalgii, splecione w całość dzięki intrygującemu, nieco surrealistycznemu tańcowi kwiatów pod wodzą róży, geranium, tuberozy, w miarę potrzeby wspomaganych przez rumianek i jaśmin, a trzymanych w ryzach przez gryzące przyprawy, gorzkie: szałwię lub wetywerię, owiniętych cieniutką smugą kadzidła.
A może to paczuli, pudrowe i metaliczne w tej samej chwili: tak żywe, że aż rozedrgane, chwilami nawet wściekłe? Podsycane w swej złości przez pikantne, pełne drzazg drewno sandałowe, strugę kadzidła już silniejszą, ziemiste nuty irysa, zasuszane przez mech dębowy. Udrapowane na godnym ciele człowieka, wydzielającym z siebie woń piżma (animalnego, choć szczęśliwie niemęczącego) i cywetu bądź kastoreum.
Ani trochę słodkie za to niebywale pikantne, ekspansywne; ciepłem swych niepokornych emocji wygrzewające użytkujący je organizm niczym mieszanka chili z czosnkiem, kminkiem, goździkami i świeżym imbirem: umiejętnie wypędzające zeń wszelkie oznaki zbliżającego się przeziębienia. Na dokładkę zaś - głośne, ale ciche. ;> Oksymoroniczne, więc takie, jakie lubię najbardziej.

Sobie zaprzeczające, wielowarstwowe, przemyślane; stworzone, by odnosić w nim zwycięstwa, zaś porażki przekuwać w sukces. Aromatics Elixir to niewątpliwie dzieło sztuki. Szypr elegancki i brudny jednocześnie - piękny po stokroć. :)
Podstawowe skojarzenie perfumeryjne: Cinnabar Estée Lauder.

Był to ocieplacz dosłowny. Natomiast jutro, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, przedstawię własną interpretację olfaktorycznego "ogrzewania przez zaprzeczenie". :)
Zapraszam!

Rok produkcji i nos: 1971, Bernard Chant

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, lecz współcześnie znakomicie nadaje się na uniseks. O dużym sillage i takowej mocy rażenia, więc uważajcie z atomizerem. :) Na wszelkie okazje.

Trwałość: przeszło dwanaście godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-aromatyczna





Skład:

Nuta głowy: rumianek, geranium, szałwia, werbena, bergamotka, aldehydy, przyprawy
Nuta serca: goździk (kwiat), ylang-ylang, jaśmin, róża, tuberoza, konwalia, palisander, kłącze irysa, neroli
Nuta bazy: wetyweria, mech dębowy, paczuli, kadzidło frankońskie, drewno sandałowe, ambra, piżmo
___
Dziś pachnę innym znakomitym "docieplaczem", czyli Shalimarem. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/murrayneill/3454390009/sizes/l/in/photostream/
2. http://radio-weblogs.com/0128644/2004/06/09.html#a269

sobota, 22 października 2011

La belle vie


Suche, dębowe beczki; zakurzone, wiekowe, pokryte szlachetną patyną z zewnątrz i od środka. Implikujące zawartość znakomitą: wyrazistą, aromatyczną, tworzoną przez znawców dla znawców (oraz pasjonatów). Żywiczną oraz – paradoksalnie – przesuszoną do cna.
Związki pomiędzy światem perfum i kulinariów staram się badać nie od dziś. Uwielbiam grać na strunie tego jedynego w swoim rodzaju, charakterystycznie francuskiego la belle vie; sztuki istnienia najpiękniej, jak się da. Świata, w którym czas wolny i umiejętność cieszenia się dniem stanowią wartość niezbywalną. Miejsca, gdzie pracuje się, aby żyć – nigdy odwrotnie. ;)

Dlatego też doceniam alianse pomiędzy światem perfumiarzy oraz wytwórców tego, co sprawia, iż zwykły posiłek może zmienić się w niezapomniane, bez mała artystyczne, przeżycie. Gdy obcowanie ze sztuką raptem przestaje kojarzyć się wyłącznie ze zwiedzaniem Luwru bądź wizytą w Palais Garnier.
Jakoś nie mogę mieć pretensji do, pragnących zarobić na pachnidłach, producentów ciastek czy szlachetnych trunków. Nie do nich.
W końcu są tylko narzędziami w rękach sił większych od nich samych. ;) To piękne życie dopomina się swoich praw, jak również celebracji ludzkiego pędu ku Absolutowi, także zmysłowemu. :)

Z tego też powodu nie znajduję niczego złego w kompozycjach sygnowanych przez Ginestet. Żaden z trzech zapachów stworzonych pod egidą winiarzy z Bordeaux nie zasługuje na ostre słowa; szczególnie ciepło myślę o dwóch z nich: kaszmirowo-słodkim Botrytis oraz nęcącym Le Boisé, esencji suchej drzewności.
Dziś kilka zdań o drugiej z mieszanek.


Jeśli ktoś spodziewa się arii ku czci Bachusa, lepiej niech omija Le Boisé szerokim łukiem. ;) Ponieważ, wbrew pozorom, Ginestet nie widzi swojej roli w zwykłym odzwierciedlaniu woni alkoholu. Prędzej godzi się na wariacje na temat, skupione wokół bogactwa nut, barw i półtonów obecnych w najstaranniejszych trunkach świata. Czuć w tym pokrewieństwo do olfaktorycznej linii produktów Frapin.

W Le Boisé postanowiono zawrzeć woń, wspomnianych na samym początku wpisu, dębowych beczek, w których leżakuje wino. Wiekowych, zadbanych, wręcz hołubionych jako inkubatory dla płynnego szkarłatu, przeznaczonego na stoły miłośników dobrego życia z całego świata.

Tak więc znajdujemy w omawianej woni prężną, bogatą moc Lutensowego Chêne, które przecież także w hołdzie dębinie powstało. :) Tym razem jednak z początku można wyczuć akord ostry i zimny, coś jak trzask bicza w mroźny wieczór; nie jest to dysonans, a szybkie, bezkompromisowe zagajenie. Podejrzewam, iż za taki rozwój wypadków odpowiada świeży, jeszcze nawet nie heblowany cedr. Z czasem kompozycja staje się słodka i dymna [może nawet nie tyle dymna - kadzidlana, co dymna - podwędzona], szalenie zmysłowa. Gdzieś w tle wyczuwam cichy szept przypraw, z których najważniejszymi są kolendra, gałka muszkatołowa i pieprz, dosłownie szczypta na funt perfum. ;)
Choć nie! Najsilniejszą przyprawą nie jest wcale coś wytrawnego i szorstkiego, lecz wanilia. Słodka, wdzięczna, misternie wpleciona w dymy i drzazgi. Okalająca ostre nuty sandałowca, palonego drewna dębu, żywicy olibanowej, może nawet opoponaksu..?
Całość jest głęboka, silna, może nawet nieco transcendentna. Bardzo szlachetna w nienarzucaniu swojej obecności całemu otoczeniu nosiciela a przy tym działająca na wszystkie zmysły. Sugerująca szaleństwo, a przecież wyważona, staranna, daleka od dosłowności.

Jest w Le Boisé coś niepokojącego, chociaż przepełniającego poczuciem bezpieczeństwa.
Wzruszająco, niedosłownie i obezwładniająco wspaniałego.
Czysta moc pięknego, dobrego życia. :)

Rok produkcji i nos: 2008, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks mimo, że Sieć sugeruje wahnięcie w męską stronę, z czym się nie zgadzam. Dość bliski skórze, choć potrafi "dać po nosie", skomplikowany, bogaty; na wszelkie okazje, kiedy chcemy podkreślić swoją wartość. Oraz, gdy kochamy perfumować się przede wszystkim dla samych siebie. :)

Trwałość: od pięciu do ponad ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

drewno cedrowe, drewno sandałowe, inne nuty drzewne, kadzidło, przyprawy, wanilia
___
Dziś pachnę Hasu-no-Hana marki Grossmith.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z:
http://www.ginestet.fr/bordeaux-wine-trade-bordeaux-trader-en/our-products-ginestet-wine-trade/our-brands-wines.html

czwartek, 20 października 2011

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami...

...był sobie Książę, który poślubił Kopciuszka.
Żyli długo i szczęśliwie i było im zielono. ;)
KONIEC!

Wszyscy lubimy bajki. Do tego stopnia, iż rozkoszujemy się sytuacjami, które z bajkami bywają zbieżne; im podobieństwo silniejsze, tym mocniej je podkreślamy.


Czego doskonały przykład mieliśmy okazję podpatrzeć pewnego piątkowego przedpołudnia pod koniec kwietnia tego roku. :) Całe Zjednoczone Królestwo stanęło na baczność z okazji ślubu pierworodnego syna tamtejszego następcy tronu [czyli następcy następcy ;) ] z "dziewczyną z ludu".
Dziwny to "lud", skoro pannę młodą od pana młodego dzieli jedynie pochodzenie społeczne [w odróżnieniu od stanu posiadania, wykształcenia, kręgu przyjaciół oraz paru innych, jakże mało istotnych, szczegółów]. Generalnie odczucia odnośnie "sprawy" dzielę z Ludwikiem Stommą, wyjąwszy kilka jego felietonowych uproszczeń.
Czy jest w tym coś złego?


Cóż mogę poradzić na to, że miłośnikom historii baśniowych do gustu powinny przypaść raczej koronowane historie skandynawskie? Zarówno norweska, rozpoczęta w 2001 roku, gdy następca tronu poślubił "zwykłą dziewczynę" a do tego samotną, niezamężną matkę, jak i szwedzka, gdzie niezważanie na "linię dynastyczną" nie tylko powoli staje się tradycją rodu Bernadotte, ale też - co nie dziwi w kraju znanym z równouprawnienia płci - Kopciuszek młodszego pokolenia okazał się mężczyzną. :)
Oto powody, dla których nie kupuję "bajkowej ideologii", stworzonej wokół historii Kate i Williama. Bo przecież można bardziej. :) Co nie znaczy, że nowożeńcom nie życzę wszystkiego najlepszego. Sęk w tym że, bardziej niż na nich samych, skupiam się na setkach ludzi, których zaangażowano w przygotowanie ceremonii oraz milionach, które śledziły ją z zapartym tchem; tak na żywo, jak i za pośrednictwem kamer telewizyjnych.
Ponieważ te miliony znalazły powód, by choć na jeden dzień wyrwać się z szarej codzienności. Ponieważ te miliony cieszyły się szczerze i spontanicznie. Ponieważ igrzyska naprawdę są potrzebne równie mocno, co chleb.
Taka jest prawda; czy nam się podoba, czy nie.


Zatem do ceremonii królewskich zaślubin podeszłam z dużym dystansem; nie oglądałam jej, nie sprawdzałam doniesień prasowych, szybko o niej zapomniałam. Tak byłoby do dziś, gdybym pewnej nocy nie włączyła telewizora.
Trafiłam na film dokumentalny, pokazujący "ślub stulecia" (już czternasty... ;) ) przez pryzmat uczuć zwykłych Brytyjczyków. Mogłam zobaczyć żywe emocje, nadzieje, wątpliwości gospodyń domowych, bezdomnego, uczuciowej drag queen, ortodoksyjnej muzułmanki, nawet grupy anarchistów, którzy urządzili sobie anty-przyjęcie pod hasłem "śmierć monarchii" oraz kilku innych osób. Mogłam posłuchać ich zwierzeń, spojrzeć na dzień królewskiego ślubu ich oczami.
Było to całkiem cenne przeżycie. Pokazało, iż za napompowanym balonem kryją się prawdziwi ludzie, którzy do tego dnia przywiązywali duże znaczenie. To właśnie na ich barkach postanowiłam położyć moją dzisiejszą recenzję. :)


Czy jest jeszcze ktoś, kto dobrnął aż tutaj, a do tego odgadł, o jakim pachnidle będzie mowa? ;) Informacje o nim ujrzały światło dzienne wkrótce po ceremonii. Wszyscy maniacy perfum i baśni czekali na informację: czym pachniała panna młoda?
Doczekali się. Illuminum, druga marka Michaela Boadiego ma na swoim koncie perfumy o nazwie White Gardenia Petals. Zwykłe pachnidło za 70 funtów, żadne nie-wiadomo-co. Kolejne nawiązanie do "dziewczyny z ludu"?

Trudno powiedzieć. Ważne, że tuż po poznaniu Płatków Gardenii wiedziałam, iż rozumiem księżnę Cambridge. :) Bez problemu.
Miałam bowiem do czynienia z dziełem po prostu ładnym: słodkim, optymistycznym, dziewczęcym, jak również, co chyba było największą jego w kontekście wydarzenia zaletą - spokojnym.

Chyba nawet aż za spokojnym. Ponieważ mam podstawy podejrzewać, czy zapach przetrwał na skórze panny młodej przez cały dzień. Lecz nie to jest istotne.
Najważniejsze, jak też White Gardenia Petals sprawuje się na skórze.

A tu narzekać nie można. Ponieważ otwarcie jest doprawdy bardzo, bardzo ładne [celowo unikam słowa "piękne", ponieważ mimo wszystko woń nie zachwyca]. Mocna, jasna gardenia miesza się z mleczkiem kokosowym oraz lekkimi nutami drzewnymi, dając mieszankę prostą, lekką i ciepłą, mocą i charakterem zbliżoną do Sensuous Estée Lauder lub mojego (ostatnimi czasy zaniedbywanego) ulubieńca, czyli Anaïs Anaïs od Cacharel.
Z czasem podobieństwo do drugiej z kompozycji staje się wyraźniejsze. Przede wszystkim za sprawą eterycznych, choć niezbyt zmysłowych, białych kwiatów. Konwalia, ylang-ylang, jaśmin, kapka jasnopłatkowej róży - wszystkie pozwalają kokosowi odejść w cień, zastępując go nieco żywicznymi woniami jasnego miodu, jednocześnie słodkiego i lekko ostrego, pachnącego woskiem, o igiełkowej strukturze.
Co trwa aż do finału, kiedy to kwiaty scalają się w jeden bukiet (i odtąd już jako "bukiet" występują), miód przechodzi w cielesną, acz nienachalną, ambrę rodem z Ambre Gris od Balmain oraz świetliste, ożywcze akcenty metaliczne. Drobniutkie, żarzące się iskry uciekają spod kowalskiego młota lub uwalniają się podczas spawania jednej z wielu metalowych konstrukcji, by później spaść na kwiatowo-słodko-drzewną masę jako żelazny pył. A wszytko nadal jest mocno kwiatowe, waniliowo-ambrowe, kobiece. Proste i bezpretensjonalne. W sam raz na ważny dzień wejścia do jeszcze ważniejszej rodziny.

Tutaj też pojawia się największy minus kompozycji, mój największy wobec niej zarzut. Nie tylko jest mało trwała, ale również podejrzanie niemrawa. Szybko wczepia się w skórę, staje się mocno zachowawcza, spokojna, cicha; zupełnie, jakby bała się ujawnić swój żywy charakter, ujmujące poczucie humoru lub intelektualne konotacje. Jakby wstydziła się samej siebie. Jakby zabroniono jej podejmowania szeregu działań.
Raz jeszcze etykieta wzięła górę nad indywidualizmem. A tego nie lubię, oj nie lubię!


Dlatego też [a także, by nieco Was podręczyć gługaśnym postem ;> ] postanowiłam uzupełnić dzisiejszy wpis o bardziej wyrazistą, równie artystyczną oraz inteligentną woń, w dalszym ciągu pozostając w granicach Wielkiej Brytanii. Wszak bajka nie powinna kończyć się słowami: "żyli ze sobą cicho i monotonnie". ;)

J. Grossmith & Son to nazwa perfumiarskiej manufaktury założonej w 1835 roku. Inspiracją dla familii perfumiarzy - jednych z wielu oficjalnych królewskich dostawców pachnideł, pozostawały kultury dalekie i niezbyt zrozumiałe, od Japonii przez Indie po im współczesny Egipt. Kilka lat temu Simon Brooke, potomek rodziny, wpadł na pomysł wskrzeszenia marki. W dostosowaniu wiktoriańskich receptur do potrzeb XXI wieku pomógł mu Roja Dove, zaś piękne kryształowe flakony powstały w hutach Baccarata.
I tak ciężkie, niedzisiejsze, zachwycające pachnidła sygnowane nazwiskiem Grossmith ponownie ujrzały światło dzienne.

Jedno z nich wykazuje znaczne podobieństwo do "królewskiego" White Gardenia Petals: to Shem-el-Nessim, którego nazwa pochodzi od arabskiego Festiwalu Wiosny, celebrowanego wzdłuż brzegów królewskiego [raz jeszcze ;) ] Nilu.


Właściwie przez cały czas przebywania Shem-el-Nessim na ludzkiej skórze nie trzeba wcale się trudzić, by trafnie odszyfrować jego szacowne korzenie. Nie współczesne to perfumy ani nie z epoki olfaktorycznego modernizmu Chanel No.5 i Shalimara pochodzące.

Kompozycję oparto na mocnych, spiżowych podstawach szlachetnego drewna, florenckiego irysa oraz paczulowego pudru. Całość jest kwiatowa, ciężka, wysublimowana. "Interesująca", jakby powiedział dobrze wychowany Brytyjczyk. ;P
A jednak mnie, oddanej miłośniczce perfumowych staroci tudzież innych niepokornych dziwadeł bardzo przypadła do gustu.

W przypadku Shem-el-Nessim trudno mówić o liniowym przebiegu, nie sposób dociekać następstwa kolejnych nut oraz odcieni. To perfumy trącące myszką, skomplikowane, wymagające; wybredne i dla wybrednych skomponowane. Doprawdy niecodzienne.
Do cna przepełnione woniami przypraw, upojnych kwiatów, drewna i składników odzwierzęcych. W początkach ostre, nieco metaliczne i przyprawowe, kręcące w nosie mieszanką cynamonu, sproszkowanych goździków oraz anyżu, splecionych z wonią kwiatów. Te są mocne, sprężyste i rozświetlone; neroli, róża, heliotrop, jaśmin czy wspomniany irys, ostry i ziemisty, dokładają się do wspólnej puli, czyniąc kompozycję bardziej ciepłą, nawet trochę aksamitną.
To jest chwila, w której Shem-el-Nessim staje się podobny do młodszego poprzednika (jakkolwiek śmiesznie to brzmi :) ). Nieco bardziej pastelowy, ciepły, otulony opływowymi kształtami wyrytymi w cedrze i sandałowcu oraz bardzo pudrowy, buduarowy. Wiem, że za ów efekt odpowiada paczuli w ujęciu tak niecodziennym, staroświeckim, iż z miejsca zyskało sobie moją miłość. Jest w mieszaninie także sporo słodyczy dymnej, waniliowej albo tonkowej a także przewrotna, łamiąca schemat czystość. To mydlany puder, piżmo w otoczeniu setki innych składników, proste i chwytające za serce.
Z czasem do opisanego miszmaszu, pozornego bezładu, iście barokowego przeładowania dołącza, czy też: ujawnia się, skryta dotąd za przemożnymi kwiatami, woń świeżo zmielonego czarnego pieprzu. Wyobraźcie sobie tylko: stare potpourri, szlachetne gatunki drewna, przyprawy, paczulowy puder niczym z puderniczki prababci, metaliczny irys, piżmowe szare mydło a na to wszystko pieprz. To po prostu MUSI przyciągać uwagę. :)
Trudne, niezwykłe, jakże inne od współczesnych "fast perfumes", nijakich zapaszków celebrujących człowieczą nijakość.

Trwałe, silne, ciągnące się przed i długo po przejściu uperfumowanej osoby. To oczywiste, czemu Shem-el-Nessim nie mógłby przejść przez gęste sito etykiety dzisiejszego brytyjskiego dworu: nikt nie lubi czuć na plecach oddechu konkurencji, bez różnicy, robotnikiem jest czy królową. ;>
Shem-el-Nessim jest zbyt wyraziste, za bardzo "jakieś". Dla jednych niedopuszczalne, dla mnie - skończenie piękne.

Illunimum, White Gardenia Petals

Rok produkcji i nos: 2011, Michael Boadi (?)

Przeznaczenie: słodki, bezpretensjonalny i bliskoskórny zapach dla kobiet; nie tylko na śluby i wesela. ;) O słabej emanacji.

Trwałość: w porywach do czterech godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: gardenia
Nuta serca: konwalia, ylang-ylang, jaśmin
Nuta bazy: ambra, nuty drzewne


Grossmith, Shem-el-Nessim

Rok produkcji i nos: (1906) 2010, (John Grossmith) Trevor Nicholl

Przeznaczenie: bardzo mocny, trudny zapach stworzony dla kobiet, choć myślę, że skomplikowana struktura S-e-N ułatwi testy wszystkim mężczyznom. :) Olbrzymi sillage, dzięki któremu kompozycja nie nadaje się do małych pomieszczeń i pracy umysłowej. :) Istnieje ryzyko migren [choć mnie ich oszczędzono].

Trwałość: olbrzymia, bo przeszło dobowa

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (oraz piżmowa)

Skład:

bergamotka, neroli, geranium, jaśmin, róża, ylang-ylang, kłącze irysa, heliotrop, irys, paczuli, wanilia, drewno cedrowe, drewno sandałowe, piżmo
___
Dziś noszę Shem-el-Nessim właśnie. :)

P.S.
Ilustracje królewskiego ślubu pochodzą z następujących stron:
1. http://www.telegraph.co.uk/news/uknews/royal-wedding/live/8466247/Royal-wedding-live.html
2. http://totallycoolpix.com/2011/04/the-royal-wedding-the-preparations/
3. http://blogs.denverpost.com/captured/2011/04/27/captured-preparations-for-the-royal-wedding/4411/

środa, 19 października 2011

Męski świat

Krótkie opisy najwyraźniej przypadły mi do gustu. :)
Tym razem zastosuję kilka z nich do zobrazowania czterech męskich pachnideł.
Wybitnie męskich i - co charakterystyczne - bardzo do siebie podobnych. Co nie zmienia faktu, iż każdy z nich stanowi niezwykle przyjemną, łatwą w pożyciu woń z gatunku najbardziej klasycznych paprociowców.
Wszystkie razem i każdy z osobna nadaje się na klasyczny, stereotypowy [co nie znaczy, że trafiony ;) ] prezent z okazji imienin. Ponieważ tak właśnie zaczęłam poznawać klasyczne kompozycje aromatyczne - sprezentowane mojemu ojcu przez jego gości imieninowych. Niektóre flakony przetrwały do dziś; nie ich wina, że Tato woli Muglery... ;)

Przejdźmy więc do sedna.

Frank Los Angeles, Frank No. 2

Oto rarytas. ;) Z moich dzisiejszych bohaterów jedyny niezdatny do noszenia przez kobiety. Naprawdę; co przyznaję z bólem serca.
Podczas testów miałam wrażenie, iż towarzyszy mi szereg znajomych mężczyzn - do tego stopnia, że z godziny na godzinę czułam się coraz bardziej nieswojo. Mimo, że pachnidło trudno nazwać mało przyjemnym.
Kompozycja to bogata, szykowna, ale spokojna; naturalna i skrojona całkiem, jak garnitur szyty na miarę, wykonana z najlepszych możliwych składników. Pobudzająca ciało i umysł niczym porządnie zaparzona kawa. Wielowarstwowa i fascynująca; żywiczna i aromatyczna, choć słodkości weń poskąpiono; bardzo drzewna. Niezbyt bliska ciału, a nawet zmysłowa. Z gatunku "od rana do nocy". Faceta tak pachnącego schrupałabym bez popijania. ;)
Słowem - och i ach.

Skład:

bergamotka, biała lawenda, kolendra, ziarna kawy, śliwka, koniak, zmiażdżone liście śliwy, balsam jodłowy, inne nuty żywiczne, drewno klonu czerwonego, drewno tekowe, białe piżmo


Geoffrey Nejman, Le Professionnel

Mąż Martine Micallef i naczelny kreator jej marki stworzył własny brand, idealny dla "współczesnego macho". Hmm, do maczo jest mi równie blisko, co do herbatek u wąskoustych wiktoriańskich strażniczek moralności w krynolinach i gorsetach. ;) Tym razem jednak spotkała mnie niespodzianka.
Profesjonalista może nie zachwyca oryginalnością, lecz niewątpliwie "coś" w sobie ma. Jest lekko słony, aromatyczny, bezpieczny. Nie budzi ani jednego żywszego skojarzenia, ale chyba tak właśnie być miało. Wszak od pracy nie wolno odciągać. ;)
Kompozycja żywiczna, skórzana, szyprowa; zarazem leśna i wielkomiejska. [Piękny jałowiec!] Złoty środek dla tych, którzy lubią transparentny szyk, nie pragną skandalizować.
Choć mógłby być ździebko trwalszy... :)

Skład:

bergamotka, cytryna, mirra, galbanum, jałowiec, pomarańcza, geranium, olejek eukaliptusowy, paczuli, wetyweria, mech dębowy, skóra


Histoires de Parfums, 1725 Casanova

Najmniej przyjemna odsłona dzisiejszego przeglądu. Wbrew pozorom, wcale nie z powodu bohatera kompozycji; prędzej z racji tego, jak osiemnastowiecznego uwodziciela i pamiętnikarza widzi Gérald Ghislain. Mnie ciepła, słodkawa nuta otwarcia nawet odpowiadała. Gorzej, że szybko ewoluuje w stronę piżmowego pudru przykrywającego brud lub oświeceniowych złotych, zdobnych w rodowy herb młoteczków do zabijania wszy gnieżdżących się pod perukami.
Nie wiem, skąd ten efekt, ale jest dojmujący. Rozumiem, że chodziło o podkreślenie zmysłowej natury Casanovy, o afirmację cielesności, nie o pełzający dramat. Lecz cóż poradzić? Dziękuję losowi, że pan Ghislain nie przepada za tworzeniem killerów. ;)

Skład:

bergamotka, cytryna, grejpfrut, lukrecja, gałka muszkatołowa, pieprz, migdały, wanilia, drewno cedrowe, drewno sandałowe, ambra


Histoires de Parfums, 1828 Jules Verne

Juliusz Verne. Jego przygoda rozpoczęła się w roku 1828, kiedy przyszedł na świat w mieście Nantes. :)
Tym razem wizja twórcy i perfumiarza HdP przypadła mi do gustu jednoznacznie. Kolejna bezpieczna, bardzo męska - choć cichutka - mieszanina. Nuty cytrusowe i morskie splatają się w jedną, niemożliwą do rozdzielenia całość dzięki akcentom egzotycznym: przyprawom oraz nutom drzewnym. Jest w Vernie coś typowego, charakterystycznego dla współczesnych męskich kompozycji aromatycznych, lecz nie potrafię tego nazwać. Jakiś frapujący odpowiednik modnej dziś paczulowej oranżadki w pachnidłach kobiecych. Może to mieszanka cytrusów z gałką muszkatołową, cedrem i kadzidłem? Lub krócej: duet akcentów lekkich i świeżych oraz ciężkich, dymnych? Albo eukaliptus, którego zapachowe właściwości mają wiele wspólnego z kamforą? Trudno dociec.
Wiem, iż Verne, cichy, dystyngowany i przewidywalny, kryje w sobie chęć, by rzucić wszystko i udać się w świat w poszukiwaniu punktu, w którym ziemia łączy sie z niebem. ;) Lecz póki co zadowala się marzeniami; wstydzi się ich oraz myśli o nich: "mrzonki".
Biedak!

Skład:

grejpfrut, cytryna, tangerynka, eukaliptus, gałka muszkatołowa, pieprz, kadzidło, wetyweria, drewno cedrowe, szyszki jodły


Cztery krótkie impresje na temat pachnących mieszanek, z których dwie zasługują jednak na osobne, pełnowymiarowe recenzje. Sami zgadnijcie, o jakie może chodzić. ;)
___
Dziś noszę Bal d'Afrique marki Byredo.

wtorek, 18 października 2011

Hotel Europa, Jelenia Góra - akcja promocyjna

I kto twierdzi, że pecunia non olet? NO, KTO?
Niedawno kłam temu stwierdzeniu zadali pracownicy Hotelu Europa w Jeleniej Górze. Oto dowód:

Nie wpuścili go do hotelu, bo nie jest w pełni sprawny

Prawda, że wspaniała informacja? ;>
Dodam jeszcze, iż w materiale Radia Wrocław, z którego dowiedziałam się o sprawie, pani Dyrektor Hotelu Europa powiedziała, że przyjęliby sześćdziesięciosiedmiolatka, gdyby w hotelu było jakieś, uwaga, uwaga! boczne wejście.
Stary, schorowany (nieważne, że Pan Juszkiewicz przez pół życia mieszkał na czwartym piętrze bez windy i radził sobie), wizualnie nieatrakcyjny. A fuj!
Jakby wizerunek hotelu na tym ucierpiał!

Podbudowana tym przykładem postanowiłam wysłać do Hotelu Europa list gratulacyjny:

Witam,

chciałabym serdecznie pogratulować Państwu skutecznej akcji promocyjnej.
Dowiedziałam się o niej z Radia Wrocław i jestem pod ogromnym
wrażeniem. Naprawdę państwo zabłyśli.
Wspaniałe, jakże profesjonalne podejście do klienta. Oraz znakomity
dowód na to, że powiedzonko "pecunia non olet" jest kłamstwem.
Ponieważ pieniądze śmierdzą, szczególnie, jeśli pochodzą od kogoś,
kto:
a) nie ma wyglądu gwiazdy telenowel
b) nie ma zarobków z listy Forbes.

Podziwiam Państwa. O renomę należy dbać!
Etyka zawodowa jest najważniejsza!

Z wyrazami najgłębszego szacunku,
(Wiedźma z Podgórza),
anonimowa fanka Państwa kadry menedżerskiej

Wysłałam go na mejlowy adres hotelu, dostępny na stronie internetowej; konkretnie TUTAJ, w zakładce Kontakt.
Nie zachęcam, ale gdyby ktoś miał ochotę... ;)

Ponieważ wściekłam się nieprzeciętnie, dziś będzie to jedyna notka. Rozczarowani proszeni są o wysłanie zażaleń (lub gratulacji odnośnie zmotywowania mnie do "blogowego urlopu" ;) ) na adres Hotelu Europa w Jeleniej Górze.
___
Dziś noszę Potion marki Dsquared.

poniedziałek, 17 października 2011

Ambre Fatale

Wyjątkowo postaram się nie roztkliwiać (przesadnie) i w krótkich, żołnierskich słowach opowiedzieć Wam co nieco na temat Ambre Gris marki Balmain.

Taa... ;) Krótkich? Żołnierskich?
Jeśli w istocie, tłumaczyłoby to fakt, czemu na niwie militarnej Polska radzi sobie tak kiepsko. ;> [a może właśnie dobrze? Ideałem pacyfistki są przecież bezrobotni żołnierze. ;) Za to historyczka wie, iż bezrobotni żołnierze mają irytujący zwyczaj przesiadywania w monachijskich piwiarniach oraz kiszenia się w sosie żalu, złości i frustracji. Wszyscy wiemy, że przesiadywanie w piwiarniach Monachium prowadzi ku norymberskim zakazom i marszom z pochodniami, te zaś ku... I tak dalej. Słowem: nic dobrego z faktu bezrobocia żołnierzy nie wynika.
Uch. Dylemat moralny. ;> ]


Już dobrze; wracam do rzeczy.
Postanowiłam napisać o Szarej Ambrze nim w naszym pięknym kraju zdobędzie - zasłużoną, a jakże - popularność. Czemu?
Ponieważ jest tego warta.

Bo nie napisać o Ambre Gris to jak olać Leonarda da Vinci i zmieszać Mozarta z błotem. Nie uchodzi, po prostu nie uchodzi.
Nie można pominąć milczeniem tak nieodpartej, dosłownej, nieco słodkiej ambry. bardzo dosłownej, działającej na zmysły, ale też wysmakowanej. Eleganckiej tak w formie, jak i w przekazie.

Kompozycja otwiera się łatwą w noszeniu, ale trudną do rozszyfrowania mieszanką słodkawych żywic, delikatnych przypraw oraz waniliowej, subtelnie zwierzęcej ambry. Całość uderza prosto w nos, wwierca się w niego z zadziwiającą konsekwencją, w sposób tak bardzo charakterystyczny...
Mirra. Mirra z pieprzem: łagodnym, białym lub czerwonym. To one, w towarzystwie spotykanej raczej rzadko w perfumach [o Sables także muszę kiedyś napisać ;) ] kocanki, zwanej nieśmiertelnikiem. One to czynią słodką kompozycję głębszą, bardziej suchą a nawet nieco wytrawną. Żywą i barwną; wszak temu, co ma zwyczaj błyszczeć odrobina zmatowienia może tylko pomóc. :) Chwilę później do suchej trójcy - czwórcy, jeśli liczyć ambrę - dołącza ciężka, miodowa tuberoza. Na naszych oczach rozgrywa się triumfalny powrót słodyczy.
Ta znajduje przedłużenie w bazie, którą tworzy tuberoza, z czasem przechodząca płynnie w nieco dymne, kremowe drewno, kocanka, mirra oraz, co oczywiste, ambra. Pojawia się także nieco pudru, który szybko dołącza do drzewno-tuberozowego tandemu. Szara Ambra trwa długo, płynie po skórze niczym jedwabna satyna, wtapia się w naturalny zapach człowieka z niepokojącą łatwością. Staje się naturalna i przejrzysta, ciepła, stworzona by nią uwodzić. Jest piękna i niebezpieczna. Zbyt.

Trzeba bardzo uważać, by nie stać się Ambre Gris. Nie wolno pozwolić, by opętała nas i stłamsiła naturalny zapach nasz i całego otoczenia, by nie stała się groźną uzurpatorką.
Zapach potrafi opętać człowieka. A do tego dopuścić nie możemy.

AG to zapach piękny. Ma wszystko, czego potrzebują idealne perfumy: klasę, smak, zmysłowość, cielesność i eteryczność; jest wyczuwalna, choć nie przytłaczająca. Misterna oraz pełna artyzmu. Ambrowa od początku do końca, a więc bez mała archetypiczna. Starożytna wręcz.
Znakomita.
Tylko trzeba na nią uważać. Jak na wszystkie żywioły. ;)

Rok produkcji i nos: 2008, Guillaume Flavigny

Przeznaczenie: świetny, wysmakowany, daleki od wulgarności zapach dla kobiet (choć w moim odczuciu to uniseks); o dużym stopniu emanacji z oddali, tuż przy skropionej pachnidłem osobie jawi się jako znacznie dyskretniejszy. Ideał. :) Na wszelkie okazje, szczególnie te Naprawdę Ważne.

Trwałość: nieco poniżej dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: czerwony [czyli różowy ;) ] pieprz, cynamon
Nuta serca: mirra, kocanka, tuberoza
Nuta bazy: drewno gwajakowe, benzoes, białe piżmo, ambra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Pierwsza ilustracja to
Dym z szarej ambry (?) pędzla Johna Singera Sargenta; wzięłam ją STĄD.

sobota, 15 października 2011

Na jesienne smutki i awitaminozę

Przed jesienną chandrą, przed pluchą i przymrozkami, przed zmęczeniem materiału fizycznego i psychicznego należy się bronić. Jak? Owocami! :) Oraz tchnieniem łagodnych letnich kwiatów.
Dlatego dziś polecam dwie wody, obrzydliwie wręcz optymistyczne.


Na pierwszy ogień skoncentrowana moc małych, złotych słońc unurzanych roztartych w szampanie, Bellini marki Calypso St. Barth, niegdyś znanej jako Calypso Christiane Celle.
Cóż, kompozycja jest prosta, przyjemna i zapewniająca zziębniętym miłe ciepełko. Paradoksalnie, ponieważ nie ku antypodom kieruje, lecz znakomicie ogrzewa i dosładza zimne dni; ciepła, otulająca, bardzo aksamitna mieszanina.
Idealnie wpasowana w "nasz" czas i miejsce. :) I cóż z tego, że niezbyt odkrywcza, zachowawcza, że nie rozczarowuje, ale i nie zachwyca? Tym razem liczy się przede wszystkim funkcja użytkowa.

W pierwszej chwili kusi świeżą, sprężystą wonią brzoskwiń, cytrusów, frezji, słońca i beztroskiego plażowania kilkanaście godzin na dobę. Sączenia drinków z palemką i obserwowania pięknie wyrzeźbionych, bystrookich tubylców, którzy w postaci kelnerów, ratowników i barmanów zaludniają nasz wakacyjny świat [udając, że dla nich to także zabawa, nie uwłaczająca ludzkiej godności, niewdzięczna harówa]. Lecz tego ostatniego nie wiemy i nie mamy prawa się dowiedzieć; dyrekcja hotelu oraz pilot naszej wycieczki zadbali o to z wielką starannością. Dla nas to po prostu piękne, wolne od trosk lenistwo w raju. :)
Zwłaszcza później, gdy owoce zmieniają się w jednorodną pulpę, stają się bardziej gładkie, kaszmirowe; podbudowane wonią jaśminu i zamorskiego frangipani, gdzieniegdzie główkę wystawi biały chochlik, żyjący na dnie kwiatu pomarańczy. :) Jest prosto i uroczo. Nawet wtedy, gdy na czoło wysuwa się woń orzecha kokosowego, którą w perfumach lubię niespecjalnie. A to o czymś świadczy.
Z czasem kokosa spotyka los owoców: łączy się z innymi składnikami, dyskretnie odsunięty na bok, choć nadal wyraźny; przynajmniej pozornie. Tak więc miesza się nasz zamorski orzech z miłą, bezpretensjonalną brzoskwinią, z lekkim, nienachalnie zmysłowym kwieciem, umożliwiając popis nutom bazy. Tu najwyraźniejsza jest woń łagodnego, puchatego oraz śmietankowego drewna, trochę sandałowca, trochę fikcyjnego drewna kaszmirowego. Wraca kokos, połączony z ambrową, syntetyczną wanilią, co przykrywa wyraźna, acz utrzymana w granicach (mojej) normy dawka pudru z białego piżma.
Ach! Miłe to i wdzięczne; takie dziewczęce i niewinne; dość bliskie ciału i kompletnie nie-moje.


...w odróżnieniu od drugiej dzisiejszej bohaterki, w której od czasu do czasu (średnio raz na pół roku) mogłabym się popławić. Chodzi o pachnidło nazwane Bianca a stworzone za sprawą marki Tocca Beauty.

Przede wszystkim jest znacznie bardziej proste, jasne i krystaliczne. Wręcz szkliste, choć o aldehydach nawet tu nie słyszano. ;) Bianca okazała się przejrzysta i - a to prawdziwe zaskoczenie! - świeża w sposób, który nie każe mi myśleć o cytrusowym antyperspirancie tudzież samochodowym odświeżaczu. Czyli: ani śladu typowej świeżaczkowej tępoty. Lubię takie niespodzianki! :)

W otwarciu ujmująca, ekstatyczna w bezczelnym nieskomplikowaniu, w celebracji nut cytrusowych, z cytryną, bergamotką i czymś słodkim (mandarynką, jak się okazało :) ) na czele. Przed zalewem trywialnej łopatologii ratuje mnie duet białej herbaty z łagodną, stonowaną lawendą. To dzięki nim Biała nie wpada w klimaty rażące, zręcznie utrzymując się na wzburzonych wodach artyzmu [boszsz, ale grafomania! Nawet ja to widzę ;) ].
Zresztą szybko dołączają do nich jasna, biała lub herbaciana róża oraz spokojny jaśmin, oba kwiaty kompletnie wyzute z typowego dlań erotyzmu. Jasne i optymistyczne, także dzięki cytrusom, które pełnią już funkcje wyłącznie pomocnicze oraz lawendzie, nie tyle widocznej "samej w sobie", co sprytnie wplecionej w opowieść o słodkiej przejrzystości. Letni świt gdzieś na wyspach greckich. :) [przed kryzysem ekonomicznym ;P ]
W finale zapach staje się troszkę zbyt chemiczny, czy też w swej chemiczności jawny, nieco zbyt ujednolicony, ale równie przyjemny. Tworzy go wspomnienie kwiatów i mandarynki, obu ocukrzonych, kandyzowanych; nie do spożycia, lecz do podziwiania stworzonych. Dobrano im towarzystwo w postaci, raz jeszcze tego dnia, pudru z białego piżma: miękkiego, słodkiego, pensjonarskiego, w kolorze kości słoniowej. Ładnego nawet pomimo sztucznego dosłodzenia. Które, Ateną a prawdą, po takim otwarciu nie może przeszkadzać. Po prostu nie może! ;)

Nawet pomimo, jeszcze większego niż w przypadku Bellini, wtulenia omawianej właśnie kompozycji w ludzką skórę. Tak właśnie mogłoby pachnieć J'Adore Diora; szkoda, że jest inaczej...

Calypso St.Barth, Bellini

Rok produkcji i nos: 2010, ?? (Christiane Celle?)

Przeznaczenie: bezpieczny, dość typowy zapach dla kobiet; na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach sześciu, może siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: jabłko, ananas, pomarańcza, grejpfrut
Nuta serca: biała brzoskwinia, czarna porzeczka, orzech kokosowy, frangipani, kwiat pomarańczy, frezja, jaśmin
Nuta bazy: drewno sandałowe, ambra, białe piżmo


Tocca Beauty, Bianca

Rok produkcji i nos: 2009, ??

Przeznaczenie: wdzięczny, prostolinijny zapach dla kobiet; na wszelkie możliwe okazje; bezpieczny dla otoczenia.

Trwałość: około ośmiu godzin, może trochę dłużej

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cytryna Orpur, lawenda
Nuta serca: zielona herbata, tynktura różana, jaśmin
Nuta bazy: białe piżmo, cukier
___
Dziś noszę Wild Tobacco marki Illuminum.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.dvinewinekemah.com/wine_a__rita
2. http://carpediemclub.wordpress.com/page/58/

piątek, 14 października 2011

Sen poety

Właśnie zdałam sobie sprawę, iż dotąd nie opisałam jeszcze ani jednych perfum, których "ojcem" jest pewien niezwykle sympatyczny Szwajcar... ;)
Nadszedł więc czas, by nadrobić zaległości!


Andy'ego Tauera przed laty zagnało na pustynię Maroka, gdzie zauroczyć go miała woń tamtejszej ziemi. Chyba rzeczywiście; inaczej nie stworzyłby kompozycji do cna wypełnionej nostalgią, pięknem i cichym, spokojnym (choć niełatwym) szczęściem. Tak L'Air du désert marocain marki Tauer Perfumes widzę ja.
A jak odbiera je sam twórca?

Mocny, zmysłowy i czysty
Leżąc w łóżku, spoglądając na księżyc wschodzący nad piaszczystymi wzgórzami Sahary, wyśnił zapach marokańskiej nocy.

Poetyckie, prawda? :)
Za każdym pachnidłem kryje się opowieść, niekoniecznie całkowicie zmyślona przez marketingowców. To jeden ze wskaźników magii pachnącego świata. Dzięki niemu łatwo jest marzyć [tak, o danym flakonie także; po to opowieści w końcu są upubliczniane], zagłębiać się w świat najbardziej pierwotnego z ludzkich zmysłów, ćwicząc jego sprawność oraz własną pomysłowość. Czyli tak, rozumiem Andy'ego-marzyciela. Nie wiecie nawet, jak bardzo. :)

Dlatego Powietrze marokańskiej pustyni sprawiło, że moje serce zabiło szybciej. Skusiło ku sobie upojnym tchnieniem ciepłej, słodkiej nocy, kiedy wiatr niesie znad berberyjskich obozowisk woń przypraw i ludzkich ciał, świeżo umytych w cennej wodzie, kiedy od strony oazy dociera ku nam aromat jaśminu, lekkiej róży oraz suchych traw [taa, trawy schną, ale kwiaty rosną w najlepsze. ;) Wielką jesteś, o wyobraźni!]. Wtedy tworzy się mieszanina piękna: niejednoznaczna, misterna, romantyczna, świeża i jasna, zaskakująca w swej skomplikowanej prostocie.


O L'Air du désert marocain opowiedziano za pomocą stonowanego, nieco magicznego klimatu, ograniczonej palety barw oraz miękkiego, romantycznego światła. Kierując się lekturą spisów nut można liczyć na mocnego, suchego przyprawowca, raczej niezbyt łagodnego, trochę w typie Harmatan Noir od PG. Tym bardziej, że istnieje przecież inne marokańskie pachnidło Tauera, skierowane wyraźnie ku kobietom; zatem z pewnością ono musi być delikatniejsze, bardziej ciepłe i łagodne, prawda? Otóż nie!
To znaczy, Le Maroc pour Elle zapamiętałam jako dzieło równie urocze, także niedosłownie słodkie, łagodne, ale zupełnie inne. Subiektywnie mniej ciekawe od Powietrza. Ostatnie z wymienionych bowiem jest wystarczająco suche, słodkie, cielesne i duchowe pospołu, idealnie wyważone, a jednocześnie pełne nietajonych marzeń, jakby wyśnione, oniryczne. Lepszego nie potrzebuję.

Jedyną dosłowną świeżość znajdujemy na samym początku: to olejek petitgrain, cichy, żywy, do cna cytrusowy, zmieszany z jakimiś ledwie ściętymi gorzkimi ziołami, których zielony sok spływa jeszcze po metalowym ostrzu noża. I na tym świeża łopatologia się kończy.
Kiedy zioła znikają, a ich gorzkość zatrzymała się dzięki zaporze niesłodkiej pomarańczy, ujawnia się akcent przyprawowy - to spokojna, nieco wycofana kolendra podbita cichym, acz już wibrującym tchnieniem kminu rzymskiego. Jest pięknie. I sucho; ach, jak sucho! :)
Z czasem spośród przypraw coraz głośniej przebija nuta słodka, tak cielesna, że aż erotyczna; silnie zapadająca w pamięć. Dzień dobry, kochana ambro! ;) Szybciutko dołącza do niej jakaś lejąca się maź, forma pośrednia między żywicą w wydzieliną ciała. Tym razem wpadło labdanum. Zaś do nich dołącza wycofany, lekko zamglony i - a jakże! - słodkawy jaśmin sprzężony z delikatną różaną poświatą. Wszystkie opisane zaczynają mocować się z pozbawionymi słodyczy przyprawami, starają się jak mogą ale to, co zostało z otwarcia nie chce ustąpić pola. I słusznie. Dzięki temu żaden z akcentów nie staje sie dominującym, na skórze ciągle dzieje sie coś, a miłośnicy perfum mają rozrywkę zagwarantowaną na kilka godzin. :)
Aż do finału, kiedy to na placu boju zostają jedynie kmin, ambra oraz wspomniana wcześniej suchość (czyżby wetyweria?). Całość obramowano cudnym, wysokiej jakości egzotycznym drewnem, które nadaje mieszance jeszcze więcej dystyngowanego umiaru. To bardziej żywa dyskusja, niż pojedynek. ;) Jest bosko, choć niedosłownie.

Nad wyraz cudne jest Powietrze marokańskiej pustyni. Poetyckie, szlachetne, spokojne, skromne. Piękno, które nie musi mówić ani słowa, by i tak zostało zauważone. Co wcale nie budzi w nim chorych emocji; albowiem L'Air du désert marocain nie zamierza skłaniać się ku klimatom celebryckim. To raczej poezja Rumiego:

Poza ideami sprawiedliwości a niesprawiedliwości
jest pole. Tam ciebie spotkam.
Kiedy duch leży w trawie,
świat jest za bardzo wypełniony aby o nim mówić.
Idee, język, nawet fraza siebie sobie
nie mają żadnego sensu.


Rok produkcji i nos: 2005, Andy Tauer

Przeznaczenie: typowy zapach uniseks; o umiarkowanym polu oddziaływania (choć nie bliskoskórny), na wszystkie okazje, szczególnie te uroczyste. :) Dla każdego, po prostu.

Trwałość: od siedmiu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: kmin rzymski, kolendra, petitgrain
Nuta serca: dzika róża, jaśmin, labdanum
Nuta bazy: wetyweria, ambra, drewno cedrowe
___
Dziś noszę Untitled No. 6 Susanne Lang. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.ksar.ighnda.net/en/site.php
2. http://www.colorado-wedding.org/2011/06/24/pics-of-moroccan-desert-wedding-brides-dresses/

środa, 12 października 2011

Szósty smak perfum

Zapach wędzonki raczej nie jest tym, który chętnie kojarzymy z perfumami. Choć sama woń świeżo uwędzonych szynek, kiełbas, polędwiczek czy udźców, dorsza, flądry bądź łososia powoduje, że wielu osobom już zaczyna ciec ślinka i tylko marzą o degustacji choćby plasterka owego cudu, to przypuszczam, że w życiu nie chciałyby używać perfum, które ich szacowną fizys skojarzą z mięsem wędzonym w aromatycznym dymie, bez różnicy: gorącym czy zimnym. ;)
Obawiam się, że wędzonkowe perfumy nie są tym, co tygrysy lubią najbardziej.

Chcecie usłyszeć [lub raczej przeczytać], co w związku z tym Wam powiem?
Tygrysy nie wiedzą, co tracą! ;)

Ponieważ aromat dymu wędzarniczego oddzielony od zapachu ścinających się właśnie białek zwierzęcych jest naprawdę rewelacyjny: silny, popielisty, obtańcowujący całą przestrzeń naszych przegród nosowych, żywy. Dymny choć nie animalny; bardzo umami [a musicie wiedzieć, że jest to mój ulubiony smak (po nim są: słodki i ostry)]. W końcu wędzenie to znakomity sposób, by z przyszłego posiłku wyciągnąć dokładnie tyle umami, ile się da.
Umami jest smakiem doskonałym; tak wykwintnym, że aż niewysłowionym, niemożliwym by opisać go ludzkimi słowy, w żadnym z języków Ziemi. W końcu nawet mieszkańcy Azji (Japonii w szczególności), która szóstemu smakowi nadała nazwę, także długo nie zdawali sobie sprawy z jego istnienia. Choć tu powodem okazała się jego banalność w tamtejszej kuchni; wszak o oczywistościach nie ma potrzeby rozmawiać. :)


Zatem jasne stało się, iż odkryłam perfumy, o których nie sposób opowiedzieć za pomocą pięciu klasycznych, wypożyczonych z dziedziny kulinariów, przymiotników określających smak. Takie, które nie są ani ostre, ani słone, nie słodkie, gorzkie oraz nie kwaśne. Tak cudne, tak nieoczywiście fascynujące, pobudzające do zadawania pytań, do wysiłku zmysłowego i intelektualnego, niezwykłe. Po prostu umami. :) I radzę Wam nie pytać, jak odróżnić umami od reszty smaków: własną charakterystykę zamieściłam powyżej. ;) Więcej powiedzieć nie umiem; wobec umami milkną usta, kapitulują mózgi, oczy i nos dostają kręćka z nadmiaru szczęścia.
Tak po prostu jest. Takie jest umami.
Taki sposób wybrała Mona di Orio, by opowiedzieć o swojej interpretacji skóry w perfumach, Cuir z jej serii Les Nombres d’Or czyli, w (bardzo) wolnym tłumaczeniu, Złote Zgłoski. Czyż nie jest to kontekst najbardziej odpowiedni do celebracji umami?

Skóra Mony di Orio to niewątpliwie COŚ. ;) Nie jestem szczególną fanką tej nuty, jednak kilka perełek znalazłam, z uroczym i prostym Royal English Leather Creedów na czele. Czekałam na coś innego niż wszystkie dotychczas poznane ujęcia skóry, na doznania nowatorskie i skłaniające ku zamkniętej w danym flakonie cieczy. Doczekałam się.


Jak już wspomniałam, Cuir okazała się mieszanką nietypową przede wszystkim dzięki grze składników, na których ją oparto. Zapach dymu wędzarniczego jest tak dosłowny, że po prostu musi pochodzić ze świata komponentów syntetycznych. Choć to w żadnym wypadku wada, nie w czasach, gdy perfumiarz, zbrojny w tysiące składników będących swobodnymi wariacjami na dany temat w końcu stał się Artystą a perfumiarstwo Sztuką we współczesnym rozumieniu tego słowa. Ale ja nie o tym miałam... ;)
Ostro-słodka, nieco słona woń wędzenia jest tak dosłowna, że dominuje nad dziełem di Orio niemal do końca jego trwania. Jest drzewna, żywiczna, nęcąca, działająca na powonienie z siłą, której nie potrafię się przeciwstawić. Co za nią stoi? Może to wspomniane syntetyczne cząsteczki, a może osobliwa mieszanka starej, szlachetnej skóry z jałowcem, który przecież charakteryzuje się wszystkimi opisanymi przeze mnie cechami! Doprawdy trudno dociec.
W każdym razie pola dzielnie dotrzymuje kompozycja przypraw z kardamonem na czele. Gdzieś w tle można wyczuć ciche wspomnienie gorzkich ziół absyntu. Oraz dymną słoność, wędzone drewno, skórzane akcesoria przekazywane z pokolenia na pokolenie, starannie wypielęgnowane, w dalszym ciągu aromatyczne. Tak jest aż do końca: kompozycja stopniowo słabnie, staje się coraz bardziej subtelna, zaczyna szeptać blisko skóry, jakkolwiek nigdy sie w nią nie wtula, do końca zachowując dystans.
Dopiero finał przynosi pewną zmianę. Pojawiają sie nuty cielesne, dosłownie kilka kropel kastoreum oraz słodkawy, nieco migdałowy opoponaks. Ten ostatni przełamuje wędzarniczą hegemonię, wprowadza nieco zamieszania umami podbijając niedosłowną słodyczą. Piękną sztukę zmieniając w dzieło żywe.

Dzieje się tyle, że stać mnie tylko na jedno - zachwyt. :) Jestem zupełnie poważnie i bez cienia przesady wniebowzięta.
Mam swoje umami. 1:0 dla mnie. ;)


Rok produkcji i nos: 2010, Mona di Orio

Przeznaczenie: mocny, charakterystyczny zapach typu uniseks. Dla wszystkich odważnych, na okazje dowolnie wybrane (tylko uważajcie na emanację, bo w otwarciu naprawdę jest silna). Ciekawostka: pomimo oczywistych i rozpoznawalnych skojarzeń Cuir budzi w otoczeniu reakcje wyłącznie pozytywne. :) A może to cecha osobnicza mojej skóry..? W każdym razie chciałam Wam o tym powiedzieć.

Trwałość: w granicach dziewięciu-dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: skórzano-aromatyczna

Skład:

kardamon, absynt, skóra, jałowiec, kastoreum, opoponaks
___
Dziś noszę Lutensa Encens et Lavande.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.plurielles.fr/recettes-cuisine/verrine-au-saumon-fume-6195065-402.html
2. http://pixdaus.com/?sort=tag&tag=burning%20wood
3. http://us.123rf.com/400wm/400/400/ints/ints0806/ints080600053/3246610-spalanie-drewna-w-wielkim-ognisku-miejsce.jpg