wtorek, 28 kwietnia 2015

O szanowaniu zieleni

Jaskrawa, soczysta, nieujarzmiona - zatem bynajmniej nie miła, lekka czy przyjemna - zieleń a na niej geometryczna, sztuczna, ostrokanciasta struktura z przezroczystego plastiku, szkła i lekkiego metalu. Co tak pachnie?

Panorama marki Olfactive Studio. :)


Tutaj ostre, szamoczące się, zdrewniałe, butwiejące, kwitnące i owocujące jednocześnie szalone rośliny walczą o każdy centymetr dostępu do światła. W tej dżungli teoretycznie nic nie powinno pachnąć skoszoną trawą ani ogródeczkiem, ponieważ na jej terenie toczy się bezpardonowa walka o przetrwanie. I doprawdy, trzeba być człowiekiem: istotą inteligentną, wyrafinowaną ale cyniczną i egocentryczną, żeby zobaczyć w tym wszystkim piękno.

W otwarciu Panorama zachwyca mnie nieujarzmioną, dziką zielenią, gdzie gorycz ziół i soczysta wytrawność soków wyciśniętych z miażdżonych gałęzi czy liści współgra z pikanterią wasabi a na to wszystko, jak gdyby nigdy nic, nakładają się delikatne i jasne wonie niesłodkich cytrusów z niedojrzałymi, zielonymi figami. Całość przemieszana została doskonale, wyostrzona jeszcze dodatkiem wirujących w nozdrzach, eugenolowych przypraw z mirrą i suchym, zielono-drzewnym galbanum dla spotęgowania efektu.

Wyczuwam nawet charakterystyczną balsamiczną słodycz iglaków, dogłębną, ciemno-metaliczną goryczkę piołunu czy przestrzenną zieleń eukaliptusa prosto z Antypodów. :) Wszystko to miesza się w Panoramie w całość z pozoru chaotyczną ale w istocie harmonijną, ślicznie i ciekawie rozgrywającą nieokiełznaną siłę przyrody przeciw czystym powierzchniom tudzież ostrym kątom, ukochanym przez ludzką cywilizację w jej po-modernistycznym wariancie.
Potrzebuję czasu, podczas którego ostrości stają się jeszcze bardziej zbite i niemożliwe do podzielenia a na pierwszy plan stopniowo wybija się woń skoszonej trawy wraz z figowymi sokami rodem z Premier Figuier marki l'Artisan Parfumeur. Dopiero późniejsza delikatność zielono-kokosowych mlecznych roślinnych soków pomaga mi uzmysłowić sobie, że w tej grze wszelka walka i potęga przyrody to tylko złudzenia. Zręczna manipulacja.


W istocie tę wojnę już dawno temu, zdecydowanie i z typową dla siebie bezwzględnością wygrał gatunek ludzki. Wrażenie chaosu i wszechmocy Matki Natury nie jest więc niczym więcej, jak igraszką zwycięzcy z przegranym, nieznoszącą sprzeciwu manifestacją własnej potęgi.
Bo owszem, może i w Panoramie pyszni się całe mnóstwo zieleni, oglądanej z olbrzymich okien prostego, modernistycznego, opartego o zbocze góry domostwa ale przecież od razu wiadomo, że istnieje wyraźna różnica między "dziką" przyrodą a "cywilizowaną" luksusową willą. O ile człowiek z willi może sobie wstąpić w przyrodę, bo akurat taki ma kaprys, o tyle przyrodzie pod żadnym pozorem nie wolno wpaść z rewizytą. Ma być posłuszna ludziom i istnieć li tylko dla ich rozrywki czy dobrego samopoczucia.

Na tym obrazie to człowiek jest jedynym, niepodzielnym władcą, choć czasem lubi się pooszukiwać, jak to bardzo kocha przyrodę, bo przecież chce na nią spoglądać non stop. :] Lecz nie zapominajmy: to bajka. Trochę złudnych wrażeń, trochę krygowania, trochę cynicznego fałszu. Delikatna, piżmowo-mydlano-zielona baza omawianej mieszaniny, dla niepoznaki okolona wytrawnym sokiem z cytrusów oraz fig, tylko umacnia moje pesymistyczne myśli.

Panorama, choć piękna, wyrazista i bez dwóch zdań fascynująca, okazuje się pachnidłem smutnym. Boleśnie uświadamia mi, jak prosto można uwierzyć we własne złudzenia i jak szybko kat i ofiara są w stanie stworzyć relację tyleż stałą, co toksyczną. Jak łatwo tracimy z oczu samych siebie.

Jednak czy - nie będąc ludźmi - w ogóle bylibyśmy zdolni do podobnych refleksji...?
O to również pyta najnowszy zapach marki Olfactive Studio, nie udzielając jednak żadnej odpowiedzi. Tę, je wszystkie, musimy wypracować sami.


Rok produkcji i nos: 2015, Clément Gavarry

Przeznaczenie: zapach typu uniseks z samego środka skali; o sporej mocy, łatwo wpadający w nos chociaż zbyt szybko wtulający się w skórę nosiciela czy nosicielki (co jest jednym  moich dwóch zarzutów wobec technicznych parametrów wody). Jednak póki trwa jest żywy, energetyczny, obdarzony prawdziwym charakterem. :)
Zdecydowanie wart testów lub tradycyjnego, flakonowego użytkowania przy wszystkich okazjach, które tylko przyjdą Wam na myśl, szczególnie w cieplejsze dni.

Trwałość: oj, słabiutka! Nie dłuższa, niż trzy-cztery godziny wyraźnego życia i dalszych kilkadziesiąt minut stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: liście figowe, liście bambusa, wasabi, bergamotka, cytryna
Nuta serca: liście fiołka, świeżo ścięta trawa, galbanum, kardamon
Nuta bazy: balsam jodłowy, mirra, wanilia, bób tonka, paczuli, piżmo, labdanum
___
Dziś noszę Sakurę marki Miya Shinma.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą STĄD i przedstawiają fotograficzny zapis artystycznego projektów o nazwie ArchitektonyPromienie, które artysta nazwiskiem Xavier Veilhan zaprezentował w 2013 roku w słynnym Sheats-Goldstein House z Los Angeles, który to budynek posłużył również za inspirację do stworzenia omawianej powyżej Panoramy. ;) Uff!

niedziela, 26 kwietnia 2015

Mysterium tremendum et fascinans, czyli dlaczego perfumy bywają czarne?

Jeżeli lata studiów czegoś mnie nauczyły, to na pewno sposobu myślenia i doświadczania rzeczywistości; zrozumiałam wtedy, że widzimy świat tak a nie inaczej niekoniecznie, ponieważ tak właśnie jest ale że odbieramy go w określony sposób tylko dlatego, że akurat za taki go uważamy. A mówiąc prościej: jako ludzkość przejawiamy zgubną skłonność do traktowania interpretacji i opinii jako obiektywnych faktów.

Prześledźmy rzecz na wciąż boleśnie aktualnym, jaskrawym przykładzie. Naziści wcielili w życie Holocaust bynajmniej nie dlatego, że ówcześni Żydzi uskuteczniali irytujący zwyczaj masowego przemieniania się w insekty rodzaju Pediculus i roznoszenia tyfusu wśród nie-zmiennokształtnej ludności ale z głębokiego przekonania, że akurat ta grupa etniczna jest równie bezwartościowa, co wspomniane robale. Nie z powodu domniemanego (bzdurnego ale logicznego z matematycznego punktu widzenia) faktu lecz z racji sprzężenia pokrętnych interpretacji, nienawistnych opinii, niemoralnych skrótów myślowych. Rozumiecie już, o co chodzi?
Więc tego właśnie nauczyło mnie studiowanie - aby nigdy, pod żadnym pozorem nie traktować żadnej kwestii jako bezdyskusyjnej, obiektywnie prawdziwej, danej raz na zawsze. Że wszystko może być warte zastanowienia i głębszego poznania, rozpatrzenia w odniesieniu do różnych kontekstów. Pewnie dlatego z dużą rezerwą podchodzę do wszelkich polityczno-religijnych dogmatów, które ktoś próbuje mi wciskać jako prawdy objawione. Nie ufam im a czasem nawet się boję; przynajmniej, dopóki nie zgłębię zagadnienia od kilku lub kilkunastu różnych stron dbając, aby precyzyjnie oddzielić fakty od opinii na ich temat. Dopiero wtedy mogę wyrobić sobie własną.

Identycznie staram się traktować nie tylko kwestie ważne ale i drobiazgi lub ciekawostki. Tam, gdzie większość z Was, nieobdarzona genem antropologicznej wnikliwości, widzi coś banalnego lub całkowicie naturalnego, ja dostrzegam skomplikowane procesy, symbolikę, odtwarzanie jakiegoś obrzędu. Często wiele z pierwotnego znaczenia zdążyło już się zatrzeć ale my wciąż i niezmiennie odtwarzamy gesty oraz zachowania naszych przodków sprzed setek i tysięcy lat. Na przykład: czy ktokolwiek z ludzi hobbystycznie pokonujących wspinaczkowe ścianki w ogóle myśli o oddawaniu w tym czasie czci bogom? ;) A jednak w dalszym ciągu zdobywamy góry - sportowo lub turystycznie - i wciąż wiąże się to z ogromnymi, często wzniosłymi emocjami.
Mówię Wam: kiedy tylko zaczniecie cały świat postrzegać w podobny sposób, już nic nigdy nie będzie takie, jak dotychczas. Analityczny umysł sprawdza się bowiem nie tylko u ścisłowców. ;) [Inna sprawa, że równocześnie ze zrozumieniem funkcjonowania społeczeństw zmaleje u Was posłuch wobec autorytetów obieranych pochopnie, bez przemyślenia; bez Waszej prawdziwie świadomej zgody już nigdy żaden polityk ani biskup nie będzie rządził Waszym mózgiem. :> W pakiecie ze świadomością dostaniecie zatem dorosłość i odpowiedzialność. ;) ]

Czasami warto w podobny sposób spojrzeć na praktycznie dowolne zagadnienie; odkurzyć je trochę, postawić w świetle nowych faktów albo tak utartych, że już niemal zapomnianych (a na pewno spowszedniałych) znaczeń. Na przykład kwestię pewnego popularnego, wykorzystywanego nagminnie perfumowego skojarzenia. :)


In Black, Black Orchid, Black Afgano, Black Cashmere, Man in Black, Black Tourmaline, Black Onyx, Back to Black, Black, Artisan Black, Polo Black, Majestic Black, Seduction Black, Vintage Black, Black XS, Unforgivable Black, Black Violet, Black Purple, Black Intensive Oud, Black Musk, Black Amber...
Ambre Noir, Noir de Noir, Incense Noir, Perle Noire, Encre Noire, Lady Noire, Geisha NoireOr Noir, Jasmin Noir, Coco Noir, Café Noir, Rose Noir, Angélique Noire, Vanille Noire, Eau Noirela Petite Robe Noire, Serge Noire, Chambre Noire, Magie Noire, Nuit Noire...

Są ich dziesiątki albo setki - nazwy perfum nawiązujące do czerni, perfumy zapakowane w czarne flakony, flankery oraz limitowane edycje bestsellerów zaopatrzone w bogate skojarzenia z czernią. Jest tego tyle, że trudno mówić o przypadku.
Czerń i perfumy po prostu muszą być ze sobą jakoś powiązane i każdy Macierewicz Wam to powie. ;)

Pobawmy się więc w antropologów i spróbujmy zrozumieć, skąd wzięło się owo częste powiązanie. :)
Przy okazji proponuję, abyśmy jako Europejczycy świadomi faktu, że współczesny przemysł perfumowy wywodzi się bezpośrednio z naszego kontynentu, poszli za skojarzeniami czerni obecnymi w tutejszej kulturze, bez ryzyka zabłądzenia w interpretacje dalekowschodnie czy starożytno-egipskie. I bez nich zapowiada się huk roboty. ;)
Do dzieła więc!

Jakie są Wasze pierwsze skojarzenia ze słowem "czerń"? Noc, ciemność, tajemnica, spisek, elegancja, dobry gust, uwodzenie, seks, władza, dostojeństwo, majestat, niepokój, diabeł, piekło, mrok, spokój, niejasność, tępota, śmierć, żałoba, smutek, melancholia, post, złudzenie optyczne, szczupłość, negatyw a może coś jeszcze innego?
Jednak śmiem twierdzić, że wymieniłam podstawowe zestawienia i na mojej liście znalazło się przynajmniej parę Waszych odpowiedzi. :) Nietrudno zgadnąć, dlaczego: w kulturze europejskiej czerń najczęściej towarzyszy kwestiom albo zdecydowanie negatywnym, albo budzącym ambiwalentne uczucia a próby zmiany jej kulturowego znaczenia podejmowane są zaledwie od około stu lat.

Zarówno część tutejszych religii przedchrześcijańskich, jak i samo chrześcijaństwo to kulty solarne, skupione wokół Słońca, jego życiodajnego światła oraz energii. Zatem noc, czas gdy na niebie nie widać naszej gwiazdy, kojarzy się w nich z czymś niepokojącym, chaotycznym oraz złym. Z czymś, czego należy unikać.
Więc nic dziwnego, że jej barwa - będąca w istocie brakiem kolorów, czymś anormalnym - otrzymała w Europie szczególne, wyjątkowe znaczenie. Jest kolorem bezwzględnego przeciwnika dobrej i doskonałej istoty boskiej, zestawionym z chaosem, niepokojem, złem, wyrzeczeniem, nie-życiem, śmiercią i rozpaczą. Wszystko to oznacza, że jej bagaż jest zbyt poważny do udźwignięcia przez pierwszą osobę z brzegu. Aby móc mierzyć się z czernią, człowiek winien posiadać cechy w jakiś sposób wynoszące go ponad przeciętność. Albo być istotą z gruntu niemoralną. ;) Tak kiedyś uważano.
Właśnie stąd wyniknął zwyczaj kojarzenia z czernią rycerstwa (np. Zawisza Czarny ;) ) a później mundurów wojskowych czy policyjnych, duchowieństwa, naukowców (tu czerń sutanny albo togi miała oznaczać wyrzeczenie i namiętność do wiedzy), sędziów i prawników (dostojeństwo, kategoryczność, rozstrzygająca ślepota sprawiedliwości). Wszystkie te zawody łączą powaga wykonywanej funkcji, nieprzeciętna odpowiedzialność za losy, myśli i czyny innych ludzi, wysoki autorytet społeczny czy, w sytuacji idealnej, moralny nakaz odwagi w myśli, słowie oraz uczynku, nawet w niesprzyjających jej okolicznościach. Nosząc czerń oznajmiasz światu, że jesteś kimś szczególnym lub ściślej: sprawujesz szczególną funkcję.

To jedno z tych zagadnień, o których zwykle się nie rozmawia ale, jeżeli tylko pomyślimy nad nim trochę dłużej, staje się jasne i oczywiste. Zresztą nie musimy wcale roztrząsać powyższych kwestii, żeby rozumieć je gdzieś w podświadomości. Ostatecznie wymieniłam tu większość tzw. zawodów zaufania publicznego [a nawet wszystkie, jeżeli podepniemy lekarzy, nauczycieli i architektów do kategorii "naukowcy" a strażaków do "mundurowych"]. ;)
Niestety, fakt powszechnej znajomości szczególnych konotacji czerni nie ominął również członków subkultur oraz innych buntowników bądź jawnych burzycieli porządku społecznego. :] Oni również, nosząc czerń, chcieliby być postrzegani jako osoby szczególne; jednak tutaj zamiast odpowiedzialności czy powagi cechą wspólną byłaby li i jedynie pycha. Na ten rodzaj czerni społeczeństwa Zachodu i okolic nie dają się łatwo nabrać, zwyczajowo kojarząc go z najbardziej podstawowym zestawem "czarnych skojarzeń", gdzie prym wiodą chaos, bezsens, śmierć czy zło. Niemniej jednak od drugiej połowy XX wieku fakt bycia antysystemowym buntownikiem coraz częściej traktowany jest jako zaleta (co poniekąd ma sens; tacy na przykład poeci czy kompozytorzy Romantyzmu również bywali buntownikami).

Co z tym mogą mieć wspólnego perfumy?
Ano przede wszystkim... marketing. ;)


Niezależnie, czy wolisz uchodzić za osobę predestynowaną do ważnych funkcji, odpowiedzialnego władcę tłumu albo umysłu, czy raczej niepokornego buntownika - a w obu przypadkach przy okazji kogoś, komu nieobce są nocne rozrywki - będziesz cenić sobie skojarzenia z czernią lub przynajmniej z nocą. :) Polecisz na nie jak ćma do światła a kot do kocimiętki. ;) Jestem tego pewna; to również i moja słabość.

Oprócz czerni kochamy jeszcze olfaktoryczne skojarzenia z nocą, powszechne zarówno wśród perfum niszowych, niezależnych, butikowych, projektanckich, celebryckich jak i zupełnie popularnych, wychodzących pod egidą marek takich, jak Avon czy Oriflame. Poddajemy się jej z ochotą, od lat niezmiennie jednocześnie przestraszeni nią i zauroczeni.

Noc kusi nas i odstrasza, fascynuje i onieśmiela. Choć wiąże się z utratą pewności przez istoty dzienne, czczące i kochające światło, wprost uwielbiamy z nią flirtować. :) Pociągają nas jej odmienność, jej graniczność i niejednoznaczność, całkowita inność w stosunku do "naszej" rzeczywistości. Jednocześnie kochamy ją i nienawidzimy, prowadząc z nocą niemal erotyczną grę.

W jednej z moich ulubionych książek naukowych, fenomenologicznym leksykonie Piotra Kowalskiego pt. Kultura magiczna pada takie zdanie: "Noc, cisza, pustkowie przywołują automatycznie całą serię określeń, które stosuje się do przedstawienia obcej krainy śmierci: nierozróżnialność, destrukcję, bezruch i bierność; za każdym razem dotyczy to zniesienia wszelkich opozycji, a więc szansy na zastosowanie ludzkich sposobów organizowania świata". (s. 351)
To właśnie dlatego nocą mogą spotykać się sekretni kochankowie, członkowie tajnych stowarzyszeń czy sekt, organizatorzy spisków lub po prostu wszelkiego rodzaju balangowicze, poszukiwacze mocnych wrażeń, ćmy barowe. "Noc, cisza, pustkowie" - to teren wymarzony dla wieszcza układającego w myślach wersy Stepów akermańskich, dla dwójki ludzi, których przypadkowe spotkanie zaowocuje planami wspólnego życia a nawet dla polujących na zagubione turystki zdeformowanych seryjnych morderców-kanibali. ;) Poezja, romans albo horror - oto, co daje nam kulturowe doświadczanie nocy.

Noc to czas pierwotny, czas, na który jako ludzie nie mamy wielkiego wpływu, czas należący do Natury podczas, gdy my wolelibyśmy Kulturę. Jednak przez tysiące lat cywilizacji zdołaliśmy wypracować niezawodne metody ujarzmiania Natury przez Kulturę: na przykład korygowanie woni ludzkiego ciała (Natura) zapachem sztucznie wykreowanych perfum (Kultura). I tu właśnie widzę miejsce dla pachnideł, w których nazwie lub flakonie występują skojarzenia z czernią albo nocą.
Perfumy, jako element Kultury, przejmują "wrogą" symbolikę nocnej i ciemnej Natury; są jakby piętnem na jej niezrozumiałym ciele, usiłują nią zawładnąć ale i oswoić. W dużym skrócie. ;) Tak właśnie szukamy sposobu na zrozumienie czegoś, co wciąż i wciąż wymyka się zrozumieniu, co jest obce naszej naturze. W perfumach z "black", "noir", "night" czy "nuit" w nazwie staramy się znaleźć albo ochronę przed niebezpieczeństwem w ciemnościach (a więc zapach jako kamuflaż) albo wprost przeciwnie, natchnienie do chaosu i destrukcji obowiązującej rzeczywistości (zapach jako operator zmiany w chwilach przejściowych).

Czego więc byśmy nie planowali, ukrywając się w tłumie albo celowo zwracając na siebie uwagę starając się go skłócić, w pierwszej kolejności staramy się zaopatrzyć w jakiś amulet, który pomoże nam zrealizować zamiary. :) Szukając wojny czy zgody, szukamy również nocy i ciemności. A te, dzięki intuicyjnej przemyślności (chyba nie do końca świadomych swoich działań) speców od marketingu we współczesnym świecie najprędzej możemy odnaleźć właśnie w perfumach.
Nie zawsze wiedząc, iż w istocie poszukujemy mitycznej, przedhistorycznej absolutnej jedności świata, monoteistycznego Raju bądź Złotego Wieku z mitologii greckiej. Albo... czegoś jeszcze. ;)

"W planie kosmogonicznym opozycja ciemności i światła odpowiada podstawowej dychotomii śmierci i życia; jest jedną z par opozycyjnych elementów tworzących Wszechświat i sił uczestniczących w jego funkcjonowaniu. Noc wiąże się z tym, co żeńskie, a więc z wegetacją, narodzinami i rozpadem. Egipska bogini Nieba, Nut, każdego ranka rodzi boga słońca Re, który reprezentuje to, co męskie i władcze we Wszechświecie. [Można więc wysnuć wniosek, że również i my, będąc Re staramy się znaleźć jedność z Nut - przyp. wzp] Najbardziej plastycznie tworzącą świat dychotomię jasności i ciemności przedstawia połączenie in i jang, podstawowych przeciwstawnych zasad (...) w filozofii chińskiej.  Dopiero razem (...) tworzy się obraz całości, pełni życia. Ciemność znajduje się w jednym szeregu z tym, co negatywne, żeńskie, wilgotne, bierne (in), jasność wiąże się zaś z pozytywnym, męskim, aktywnym, suchym (jang); noc i dzień to również ziemia i niebo. Walka między jasnością i ciemnością stanowi więc o istocie i dynamice świata, mówi też o konflikcie dobra i zła, mocy kreatorskich i destrukcyjnych. (...) w ten sposób mit wyznaczył zasadę, jaka musi się zrealizować w życiu człowieka. Chodzi więc o ofiarę, dzięki której może narodzić się nowa postać życia ludzkiego [albo nowe życie w ogóle ;) - przyp. wzp]".

Piotr Kowalski, Kultura magiczna. Omen, przesąd, znaczenie, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2007, s. 352.

Chcecie przykładu z dziedziny perfum?
Bardzo proszę, oto on! Jeden z moich ulubionych. :)


___
Dziś noszę Rashę marki Rasasi.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje to kolaże mojego autorstwa, sklejone z grafik promocyjnych poszczególnych zapachów.

środa, 22 kwietnia 2015

Retro oud na skraju modernizmu, czyli perfumy podwójnie modne

Lubię grafikę z przełomu wieków XIX i XX oraz tę z lat 20. i 30. tego ostatniego: wyraziste barwy, charakterystyczna kreska, wzory geometryczne lub roślinne nieodmiennie robią na mnie dobre wrażenie. Nie przeszkadza mi, że zarówno secesja, jak i późniejsze art déco zgodnie mieszczą się w granicach tego, co współcześni krytycy sztuki uważają za kicz. Przeciwnie, oba kierunki artystyczne uważam za wspaniały przykład ówczesnej popkultury: akceptowany, chętnie rozbudowywany oraz powielany; dla oka to sama przyjemność. ;) Szczególnie, kiedy za ich przykład służą nam dzieła zafascynowanego baśniami oraz Orientem amerykańskiego artysty nazwiskiem Fred L. Packer.

Przypomniałam sobie o nich, testując pewne sympatyczne, dosyć stereotypowe ale w istocie klasyczne perfumy o klarowności i barwie według mnie wyraźnie sugerujących, jakoby miały naprawdę dużo wspólnego z art nouveau oraz art déco. :)
Aoud Night marki Montale.


Mam wrażenie, że w tej mieszance wszystkie nuty rozrysowane zostały bardzo czysto i precyzyjnie, grubą, ostrą ale miękką kreską. Klasyczny duet nasyconej ale dystyngowanej róży z ciemnym, lizolowo-ciepłym oudem na kremowej sandałowcowo-ambrowej podstawie automatycznie każe mi pomyśleć nie tylko o Black Aoud i Dark Aoud tej samej marki ale także, dzięki ciepłemu, spokojnemu, drzewno-orientalnemu duchowi mieszanki, o Oud Royal z prywatnej serii perfum Armaniego.
Nieco później do róży z oudem i nienachalnie zmysłowym, ambrowym sandałowcem dołącza ostrzejszy akcent w postaci ciemnej woni skórzanej. Co również jest połączeniem często spotykanym, popularnym ale bardzo, bardzo przyjemnym. Ostatecznie trochę mrocznej, drapiącej wyrazistości nikomu nie powinno przeszkadzać. ;) Szczególnie, kiedy całość stopniowo zestala się na ludzkiej skórze, z olejków i drzazg konsekwentnie przemieniając w kruche, transparentne kryształki, z czasem odsuwając kwiat na dalszy plan a zamiast niego promując ciemniejsze, bardziej "niszowe" zestawienie oudu ze skórą, sandałowcem i akordem ambrowym, uroczo złamane nienachalną i niejadalną, drzewno-fruktozową (dokładnie to gwajakowo-śliwkowo-jagodową) słodyczą.
Pojawia się nawet kilka rozgrzewających, złotych nitek szafranu oraz piekąco-matowy pyłek świeżo startej gałki muszkatołowej rodem z Aoud Leather, też od Montale. :) Jest prawdziwy czy to tylko halucynacje mojego nosa? ;) Chyba to pierwsze, ponieważ im dłużej mam na sobie Oudowe Noce, tym oczywistszy staje się ich orientalny rodowód.


Są nowoczesne ale jednocześnie w podejrzany sposób bardzo retro, efektowne i wyrafinowane, jednak bez trudu trafiające do emocji szerokiego grona odbiorców. Coś sobą przekazują, o czymś opowiadają.
O czymś bliskim większości z nas, o czymś, wobec czego odczuwamy co najmniej sentyment (ale częściej wciąż rozumiemy i podziwiamy).

Aoud Night zawiera w sobie niemały kawałek aktualnej estetyki, nie tylko wizualnej ale też zapachowej. Bez art nouveau secesją zwanej ani bez art déco nie powstałyby tak popularne dziś wzornicze trendy, jak glamour czy minimalizm; bez dwudziestowiecznych reinterpretacji tematyki orientalistycznej na gruncie perfum dziś nie mielibyśmy ani Shalimara, ani Mitsouko, ani Opium czy Dune; ani perfum szyprowych, ani wyraźnych drzewnych nut w zapachach dla kobiet - ani niszowych mód na kadzidło albo oud.
Czyli, jak widać, wszyscyśmy z nich.

Zaś Aoud Night marki Montale świetnie pokazuje, czym na gruncie sztuki olfaktorycznej jest popkultura i nurt retro. Jak mogą być żywe, stylistycznie jednocześnie wysmakowane, przewidywalne i chwytające za serce, jak ciekawe może być śledzenie ich kontekstów.
Między innymi tym właśnie jest dla mnie perfumowe hobby.


Rok produkcji i nos: 2014, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks z samego środka skali, dla wszystkich miłośników woni drzewnych, oudowych i orientalnych. :) Charakteryzuje się mocą typowo montalowską, projektując śmiało na całe pomieszczenie i zostawiając za uperfumowaną osobą średnio długi ale zwarty, łatwy do wytropienia ślad. Dopiero po ok. dwóch-trzech godzinach słabnie, zmieniając się w gęstą i żywą aurę.
Na wszystkie okazje, ze szczególnym uwzględnieniem albo całkowicie nieformalnych, albo Bardzo Poważnych i Oficjalnych. Zimą przyjemnie otula i ogrzewa, latem z pewnością zmniejszy różnicę temperatur między wypachnionych człowiekiem a upalnym otoczeniem, wyraźnie poprawiając nasze samopoczucie. :D

Trwałość: około dwunastu-piętnastu godzin wyraźnej emanacji.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna oraz inne cytrusy, "soczyste nuty owocowe", oud
Nuta serca: paczuli, róża
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno gwajakowe, akord ambrowy, białe piżmo, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.pinterest.com/pin/81627811970175999/
2. https://www.pinterest.com/pin/483222234990905006/

poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Relaks rodem z tropików

Zazwyczaj nie jestem fanką dokonań tej marki - a na pewno jej nadwornego perfumiarza - ale jednak ostatnio podejrzanie często przewijała się przez łamy Pracowni: a to tydzień temu, a to w styczniu... ;) Sami widzicie: prawie co chwilę. ;P Lecz niech nie zwiodą Was pozory - w dalszym ciągu duet "Hermès i Jean-Claude Ellena" to nie jest moja bajka.
Czy sytuacja ulegnie zmianie, kiedy dotychczasowy dyrektor artystyczny przejdzie na emeryturę a stery marki ostatecznie przejmie Christine Nagel? Czas pokaże.

Na razie jednak zajmijmy się Elleną i jego najnowszym tworem, kolejną częścią Ogródkowej serii o wdzięcznej nazwie le Jardin de Monsieur Li. Zapachem, który w założeniu ma ponoć kierować nasze myśli ku chińskim ogrodom, ukrytym za kamiennymi murami a pachnącym wonią oczek wodnych, jaśminu, mokrych kamieni, śliw, kumkwatów oraz ogromnych bambusów. Kompozycją, której zadaniem jest odprężać i cieszyć człowieka, dbać o jego dobre samopoczucie.

I wiecie co? Perfumiarzowi udało się odtworzyć dokładnie taki klimat! Tyle tylko, że moja skóra interpretuje go dosyć, hmmm... dziwnie. :]


Kojarzycie przemysłowe odświeżacze powietrza? Takie, których woń pojawia się w toaletach restauracji, kawiarni, kin a przynajmniej centrów handlowych? ;> Jeżeli odpowiedzieliście twierdząco, znaczy to, że mieliście już okazję poznać le Jardin de Monsieur Li, może nawet całe lata przed jego powstaniem. :P
Tak się bowiem składa, że zapach ów od otwarcia przez łagodne rozwinięcie aż po mdły, rachityczny finisz idealnie wprost odtwarza świeże i nieskomplikowane substancje, rozpylane w publicznych toaletach aby choć trochę zamaskowały, ekhm, naturalne zapachy kojarzone z tym pomieszczeniem.

Z początku pachnący agresywnym zielonym zielskiem o bardzo chemicznej strukturze (jakby aromatyzowanym detergentem), dzięki cytrusom Ogródek Pana Li łagodnieje ale jednocześnie staje się boleśnie tendencyjny. Podczas testu z niepokojem spoglądałam na próbkę aby sprawdzić, czy aby tego soczku nie wypuścił przypadkiem Hugo Boss? :>
Na szczęście dalszy rozwój mieszaniny skutecznie mnie uspokoił, ponieważ w sercu - o ile w ogóle można o nim mówić w przypadku perfum o tak niejednorodnej, swobodnej aurze - pojawia się więcej łagodności i ciepła, delikatna woń czystego ciała, przetykana słodkimi molekułami kumkwatu oraz świecy o zapachu jaśminu... W tym wcieleniu le Jardin de Monsieur Li zmienia się z publicznej toalety w łazienkę porządnego, pięciogwiazdkowego hotelu. Tu aż czuć luksus i wielkopański szyk. ;) Z dosłownością, rzekłabym, porażającą. Pomiędzy zestandaryzownym zapachem hotelowych odświeżaczy powietrza, przy których wyborze niczego nie pozostawiono przypadkowi, o wszystkim zadecydowały skomplikowane, wielomiesięczne testy oraz badania rynku.
Oto woń, która zagwarantuje, żeby hotel nikomu i pod żadnym pozorem nie kojarzył się z niczym nieprzyjemnym, nawet gdyby miało to być coś tak naturalnego i oczywistego, jak zwyczajowy finał własnych procesów trawiennych. :]


Woń, o której myśli się tylko w momencie jej rozpoznania, woń uczuciowo transparentna, woń znamienna jak... jak nic. ;) Woń, o której przestaje się pamiętać jeszcze przed wymeldowaniem z hotelu.
Woń tak nudna i nijaka, jak ostatnie tchnienia le Jardin de Monsieur Li na mojej skórze. Kiedy musimy po raz ostatni skorzystać z hotelowej toalety, jednak już nie tej w naszym pokoju ale publicznej, przyczajonej gdzieś za restauracją oraz barem zauważamy, że jakość tamtejszych odświeżaczy jest sporo gorsza: ot, słodko-jasny drobiazg. Pewnie jakieś kwiatki. Z czymś jakby... świeżym? A może pudrowym? Tak, to chyba będą pudrowe kwiatki. Chyba. ;) O jaśminowej świecy zapachowej można zapomnieć; ta przycupnięta pomiędzy umywalkami wygląda ładnie ale pachnie już głównie płonącym knotem. [Którego u Pana Li zabrakło; tak tylko piszę, ponieważ poniosła mnie wizja. ;P ]

Więc pozostaje nam już tylko umyć grzecznie rączki, wysuszyć je jak cywilizowany człowiek a następnie wsiąść do zamówionej przez konsjerża taksówki, odjechać prosto na lotnisko, przejść odprawę paszportową, rozsiąść się w samolotowym fotelu, ponudzić, pospać, obrabować stewardessę z przewidzianych dla naszej klasy produktów spożywczych i... oto z powrotem jesteśmy w kraju! :D

Co zapamiętaliśmy z podróży w egzotyczne kraje? Tłok na basenie i zapach toalet. ;)
Oraz perfumy, którymi nie wiedzieć czemu zachwycały się leżakujące w sąsiedztwie snobistyczne Amerykanki, Niemki, bogate Rosjanki czy inne Chinki: le Jardin de Monsieur Li.

Cóż, moja skóra wciąż nie darzy tworów TEJ marki oaz TEGO perfumiarza bezgranicznym zaufaniem, nie rozumie ich ani nie lubi. Pewnie dlatego, że obleczona w nią osoba podczas podroży zdecydowanie bardziej woli poznawać świat, niż hotelowe toalety. ;) Nawet najładniejsze.


Rok produkcji i nos: 2015, Jean-Claude Ellena

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o bardzo słabej projekcji (chociaż przez pierwsze kilkadziesiąt sekund usiłuje krzyczeć tyleż donośnie, co fałszywie, jednak chęć zwrócenia na siebie uwagi szybko mu przechodzi), bliskoskórny jak niemal wszystkie inne Ogródki.
Dla... hmm, jak to napisać, żeby nikogo nie urazić? ;) Może w taki sposób: dla miłośników delikatnych woni, których skóra zwykła traktować je łaskawiej, aniżeli moja. Wybrnęłam? :)

Trwałość: jakieś trzy lub cztery godziny

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

jaśmin, kumkwat, mięta [??? O.o ]
___
Dziś noszę Piment Brûlant od l'Artisan Parfumeur.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://caribbeanlivingblog.com/category/travel-tastic/page/5/
2. http://www.balilocations.com/villas/sanur/bvsa1005

wtorek, 14 kwietnia 2015

Z heliofilią przez świat

Jak chciałyby słowniki wyrazów obcych, tytułowa przypadłość jest pragnieniem pozostawania w słońcu i generalnie miłością do światła słonecznego. Z mojej perspektywy - zupełnie niezrozumiała, nielogiczna dewiacja. ;P

Rozumiem jednak, że w świecie, w którym priorytetem jest bezwzględna wygoda własnych czterech liter a kilka dni chłodnych i deszczowych w połowie kwietnia - kto to widział!, skandal, szok i niedowierzanie - spotyka się ze zgodnym, męczącym jękiem prezenterów pogody oraz ich widzów, że w takim świecie nie liczy się nic, co nie jest skwarem i upałem [a potem, wygodniccy, śmiało: narzekajcie, że owoce i warzywa drogie, bo ani Wam w głowach skojarzenie tego faktu z wcześniejszą suszą, która tak Was cieszyła].

To właśnie dla Was marka Amouage stworzyła swoje najnowsze perfumy. ;)


Jednak na wstępie jestem Wam winna małe wyjaśnienie: Sunshine to nie jest zły zapach!  Tak, jak złe nie jest lato ani światło słoneczne, bez którego (oraz wody) nie byłoby życia na Ziemi. Są piękne, o ile nie wpierdzielają mi się pod powieki ani nie próbują uśmiercić nadmiarem gorąca [migreny i krwotok z nosa to podczas upałów moja codzienność].

Potrafię jednak docenić Sunshine, mieszankę pełną wdzięku, wesołą i bezpośrednią. A jednocześnie niedosłowną, próbującą w zachwycający sposób wypracować zupełnie nowy sposób opowieści o perfumach paprociowych - dedykowany przede wszystkim kobietom.
Tutaj aromatyczność pojawia się już na samym początku, przebijając jako wesoły, zielony, soczysty miks gałązek czarnej porzeczki ze słodką, egzotyczną dawaną i osmantusem, który z czasem, za pośrednictwem jaśminu stopniowo ciemnieje i pokrywa się szramami; chropowacieje, jeżeli mogę tak powiedzieć. Kilkadziesiąt minut od aplikacji na mojej skórze zostają już tylko suche, tnące żywą tkankę akordy w rodzaju tytoniu, cypriolu, piołunu, z ciemniejszym akcentem w postaci rozgniecionych jagód jałowca. 

Jednak przy całej tej radykalizacji nawet przez chwilę nie dochodzi do zgodnej z perfumowym stereotypem "maskulinizacji" mieszanki. Z powodzeniem przeszkadzają w tym miękkie i wciąż jeszcze lekko wodne akordy kwiatowe, słodkawy jaśmin a pod koniec dymna, głęboka wanilia. Wierzę też, że wyniuchany przeze mnie kwiat tytoniu naprawdę jest tu obecny: słodki, upojny ale jednocześnie mający w sobie coś z cierpkiej, suchej woni cygara. Im dłużej Sunshine przebywa na mnie, tym wyraźniej go czuję.
Jest obecny praktycznie do samego końca, kiedy wraz z wanilią, jałowcem, ostatnimi drgnieniami kwiatów i trawiastych zarośli kompozycja ogrzewa się i uspokaja, stając bardziej ziemistą, nienachalnie orientalną, ujawniając ciepłe, paczulowe dno.

To nie jest "moja" kompozycja, nie chciałabym całego flakonu Sunshine (choć odlewką bym nie pogardziła ;) ) ale nie mogę odmówić jej przyjemnego - a chwilami nawet odważnego - charakteru. Za łamanie stereotypów Blaskowi Słonecznemu należy się chwila uznania a od nas, zapachowych pasjonatów, przynajmniej chwila testów. :)


Rok produkcji i nos: 2014, Sidonie Lancesseur zgodnie ze wskazówkami Christophera Chonga

Przeznaczenie: pachnidło dedykowane kobietom; o skromnej emanacji, z bliska zyskujące na wyrazistości. Nie przeszkadza w niczym ale kiedy chcemy, potrafi umilić nam czas. Na wszystkie okazje.
Aha! Do testów zachęcam również mężczyzn, na których skórze Sunshine może zagrać zupełnie inaczej, bardziej nieprzewidywalnie (a więc ciekawie).

Trwałość: typowa dla Amouage, ponieważ w okolicach dziesięciu godzin wyraźnej obecności na skórze i jeszcze kilka cichego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: likier (?) z czarnej porzeczki, migdały (?), kwiat dawana
Nuta serca: jaśmin, magnolia, wanilia, osmantus
Nuta bazy: jasny tytoń, jałowiec, papirus, paczuli
___
Dziś naszło mnie na Black Afgano od Nasomatto.

P.S.
Pierwsza ilustracja to przycięta wersja TEJ grafiki.

niedziela, 12 kwietnia 2015

Najcenniejszy z landszaftów


Landszaft. Kojarzy się z kiczem, z czymś pozbawionym klasy i ze wszech miar przesadzonym a kiedy jakimś cudem wydaje nam się świadom własnej artystycznej słabości, jesteśmy skłonni awansować go do kategorii dzieł kampowych. Tymczasem landszafty mają to do siebie, że często przedstawiają krajobrazy, na widok których komuś kiedyś z zachwytu dosłownie zaparło dech; w istocie zatem posiadają potężną ale nieco wstydliwą zdolność docierania bezpośrednio do ludzkich emocji, bez pardonu dobierają się do naszych miękkich podbrzuszy.

Wstydzimy się ich tak, jak wstydzimy się słabości. Ponieważ landszaft na ścianie [a współcześnie np. na monitorze komputera czy telefonu jako tapeta] w jakiś sposób ujawnia przed światem naszą słabość. A my bardzo nie lubimy być słabi, nie publicznie.
Odkrywamy się tylko przed najbliższymi osobami - a w sposób absolutny i nieznający granic wyłącznie w sytuacjach intymnych.

O tym właśnie opowiada mi l’Ambre des Merveilles marki Hermès.


A raczej nie tyle opowiada, co szepcze na ucho; w niemal absolutnej ciszy i harmonii świata zewnętrznego z wewnętrznym, w intymnym półmroku zachodzącego słońca.

l’Ambre des Merveilles ściele się łagodnie na ludzkim ciele, okrywa je jednocześnie miękko oraz ciężko, oblepia ale i pieści. Z początku słony słonością zaschniętych na skórze grudek soli, pozostałych po kąpieli w morzu martwym, szybko ogrzewa się za pomocą wanilii i labdanum, zezłaca, pozwala nam utonąć w najbardziej elementarnej zmysłowości, przyjemnościach ciała równie naturalnych, co pięknych.
Nie musimy długo czekać, by Ambra Cudów krokiem lekkim i pewnym wkroczyła w świat potężnej, zdecydowanie niekulinarnej słodyczy, zmąconej naturalnymi zapachami ludzkiego ciała. Tu wszystko do siebie pasuje: sól do potu i śliny, słodycz ciemnej wanilii do zmienionego w płynny bursztyn, przelewającego się labdanum. Z czasem ich absolutna, radosna zmysłowość ogrzewa się jeszcze bardziej i nabiera przytulnych, cichych ale - co za niespodzianka! - szykownych tonów. To już nie tyle akt seksualny, co chwile tuż po nim, dzielone z ukochaną osobą, doskonale czułe i błogie. Zachwycające w swej prostocie, rozbrajające oczywistą naturalnością, śmiałe w idealnej słabości.
l’Ambre des Merveilles to czas, który z większym lub mniejszym powodzeniem usiłowało uchwycić wielu artystów, poetów, marzycieli. Jakim cudem dołączył do nich Jean-Claude Ellena, specjalista od pozbawionych Ducha soczków rodem z lokalnego warzywniaka? ;> Pozostaje zagadką.

Chociaż uczciwie muszę przyznać, że próby podejmował już wcześniej, z nieco innej strony w przemiłym Ambre Extrême od l'Artisan Parfumeur czy w Déclaration Cartiera a od tej samej w drugim z rzędu dziele hermesowskiego Cudownego cyklu, lubianym przeze mnie Elixir des Merveilles [w odróżnieniu od innych wód serii, zbyt rachitycznych, abym mogła je cenić], eksplorującym dokładnie te same rejony, co l’Ambre des Merveilles. Tutaj temat zmysłowości, soli, słodyczy oraz zmysłowego, cielesnego ciepła uwydatniono przez skupienie się tylko na nim; wyłącznie na tym co w erotycznej grze harmonii, burzy emocji, światła oraz cienia najważniejsze i najtkliwsze.
Ellena stworzył więc klasyczny landszaft. Cieszmy się tym ale może lepiej nie mówmy autorowi, dobrze? ;) Jeszcze się facet załamie. :P


Rok produkcji i nos: 2012, Jean-Claude Ellena

Przeznaczenie: klasyczny uniseks, na skórze mężczyzn nabierających bardziej wyrazistych, ciemniejszych (chwilami nawet, hmm... marynistycznych) barw. O projekcji mocnej i zdecydowanej, jednak wyłącznie w najbliższym otoczeniu uperfumowanej osoby, jak gęsta i intensywna, wibrująca aura; jednak żadnych śladów zapachowych, żadnego zasnuwania sobą całego pomieszczenia, które to działania godziłyby w intymny charakter mieszaniny. ;)
Na okazje wszystkie, niekoniecznie intymno-pościelowe.

Trwałość: około dziesięciu-piętnastu godzin wyraźnego życia i jeszcze parę cichego zamierania

Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa

Skład:

akord ambrowy, labdanum, paczuli, wanilia
___
Dziś noszę Rose Nacrée du Désert z Guerlainowej butikowej serii les Déserts d'Orient.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.buzzfeed.com/mattcherette/magnificent-cloud-formation-over-new-zealand-at-su
2. http://womaninthewoods.tumblr.com/post/83562562634

czwartek, 9 kwietnia 2015

Wiosenne zielenie

Ponieważ zbliża się połowa kwietnia śmiało można powiedzieć, że wiosna zawitała do Polski już całkowicie, nieodwołalnie i bezsprzecznie [nie pamiętamy o wielkanocnych śnieżycach, skoro te topniały wkrótce po opadzie ;) ]. A wraz z nimi czas niebanalnych, zielonych perfum. :D Takich, jak dzieła zamieszkałej w Paryżu japońskiej perfumiarki nazwiskiem Miya Shinma, w Polsce do kupienia za pośrednictwem ostrowsko-mazowieckiej perfumerii La Selection, od której otrzymałam próbkowy przekrój dokonań marki.
Swoją drogą, o Miyi Shinmie i jej twórczości może zrobić się głośno dopiero teraz, po tegorocznych targach Esxence, więc tutaj spokojnie mogę pohipstrzyć ich znajomością, before it was cool. ;)

Z całego zestawu moje serce najżywiej zareagowało na dwie mieszanki, Hinoki oraz Feuillage vert. O nich dziś kilka zdań.


Najbardziej zdumiała mnie nieoczekiwania słabość ku Feuillage vert, czyli Zielonemu listowiu. :) Które oprócz bycia tytułową florą okazuje się lekkim, soczystym, prawdziwie wiosenno-letnim świeżakiem. Ludzie, co się ze mną dzieje??? ;>

Pachnidło rozpoczyna się złocistym i aż błyszczącym słonecznym promieniem z cytrusów oraz kruchej, ozonicznej zieleni, seledynu właściwie. Te pierwsze oczywiście szybko znikając, pozwalając młodej zieleni rozplenić się i rozciągnąć witki na całą szerokość olfaktorycznej ramy, trysnąć sokami, umaić niekulinarną słodyczą kwitnących drzew (owocowych ale i na przykład magnolii).
Z czasem w zielone listki zakrada się cień, ozonowe kwiaty i soki stopniowo pozwalają ogrzać się szczyptą eugenolowego kardamonu i zdrewnieć w jasne, twarde ale wciąż elastyczne gałązki. Tutaj pojawia się drewno cedrowe oraz nęcąca, charakterystyczna korzenno-świeża woń kwiatu dzikiej róży - oba składniki suche i żywe jednocześnie; zdecydowanie jasne, chociaż już w tak dosłowny sposób, jak otwarcie Feuillage vert. Jednak im dłużej przebywają na ludzkiej skórze, tym cieplejsze, głębsze i stereotypowo "wieczorowe" się stają: więcej kardamonu i kilka ziarenek kolendry, charakterystyczna zieleń pojedynczego ziarenka pieprzu syczuańskiego, abstrakcyjne, drewniane sploty cedru z różą i/lub kaszmeranem to sedno głębokiej bazy mieszaniny.

Zielone listowie nie ma szokować, zdumiewać ani zadawać pytań; ma nas za to cieszyć swoją radosna, prostolinijną naturą. Taki to przesympatyczny zapach - bez ideologii ale za to z duszą, łagodną i nieuleczalnie optymistyczną. :)
Dla każdego. Na co dzień i od święta. Tak po prostu.


O ile pierwsza z kompozycji nie ma dosłownie nic do ukrycia, to już Hinoki lubi zgrywać tajemniczego, może nawet mrocznego twardziela. ;) Lecz niech Was nie zwiedzie ten kostium, skądinąd nieszczególnie dopasowany ani wygodny: owej domniemanej smaganej wiatrami dzikości najmilej jest w cieple ludzkiego domowego ogniska [względnie na tarasie, werandzie, patio etc. ;) ], gdzie ta jego srogość może wydawać się wyrazista ale w istocie nie starczyłoby jej nawet na całodniowa wycieczkę w góry a co dopiero mówić o samodzielnym życiu na nieskalanym łonie natury! :]

Prawda jest taka, że Hinoki jest trochę jak nastolatek ze świata zachodniego (ale nie tylko), eksperymentujący z różnymi sposobami wyrażenia własnej męskości i w tej chwili z zapałem przymierzający kostium maczo. Musi minąć trochę czasu, aby poszedł po rozum do głowy i zrozumiał, że z jego serdeczną, pogodną naturą nijak mu do tępych osiłków z osiedlowej siłki.

W nudnym, niepoetyckim języku perfumowej chemii oznacza to tyle, że Hinoki eksploruje te same tematy perfumowe, co seria He Wood od Dsquared², nieodżałowane Rush for Men marki Gucci, Bleu de ChanelMercedes-Benz a nawet Aqua pour Homme od Bulgari. Jasna drzewność ogrzana nutami korzennymi a wychodząca bezpośrednioz chłodu cytrusów i nut wodnych aż po ciepłą, musującą słodycz w bazie [to musowanie wynika z gry akordów drzewnych z tonką i jasnymi piżmami].
Wcześniej jednak wyczuwam nawet, nieujęte w spisach nut, przejmująco zimne liście fiołka i poranną rosę, przemykające cichaczem gdzieś pomiędzy otwierającym woń kontrastem kardamonowego gorąca z bergamotkowym, miękkim chłodem. Później mieszanina ewoluuje w stronę dalekowschodniego lasu, gdzieś pomiędzy cedry i cyprysy, by w bazie pozwolić się osłodzić, i pozornie ocieplić laboratoryjnymi woniami teoretycznie odzwierzęcymi, chemicznymi widmami piżma i ambry.

To wszystko nie przypadłoby mi do gustu tak bardzo, gdybym nie wyczuła w pachnidle sztuczności - co już samo w sobie jest paradoksalne - jakiejś teatralizacji, gniewnych spojrzeń młodziutkich oczu, prężenia skromnych jeszcze mięśni czy stroszenia lichego wąsika. Dopiero z nimi Hinoki rozczula i pozwala mi na swobodne, przyjemne testowanie.
Obserwowanie nastolatków [płci obojga], których dorosłość wykluwa się w prawdziwych bólach to naprawdę fascynujące zajęcie! :)



Rok produkcji i nos: po 1998, Miya Shinma

Przeznaczenie: zapach stworzony jako uniseks, bardzo prosty i przyjemny w użytkowaniu, tworzący wokół uperfumowanej osoby skromną ale żywą, wibrującą aurę. Szkoda tylko, że zbyt szybko opadającą na skórę.
Jak napisałam w tekście opinii, Listowie znakomicie nadaje się na wszystkie okazje, pory dnia oraz nocy, nie wadząc w niczym nikomu.

Trwałość: zdumiewająco dobra, ponieważ około dziesięciogodzinna, nie licząc paru dalszych zanikania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża (oraz kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka oraz inne cytrusy, kardamon
Nuta serca: bambus, róża
Nuta bazy: płatki białych kwiatów, drewno cedrowe, białe piżmo, kaszmeran



Rok produkcji i nos: po 1998, Miya Shinma

Przeznaczenie: teoretycznie również uniseks, chociaż bodaj wszyscy jego perfumowi kuzyni w selektywnych perfumeriach konsekwentnie ustawiają się na męskich półkach. Jednak mamy to szczęście, że kobietom w dziedzinie zapachów wolno wszystko! ;D
Mieszanka wyrazistsza aniżeli Feuillage vert, w początkowych kwadransach po aplikacji skłonna zostawiać po sobie wyraźny, zamaszysty ślad (jakkolwiek niezbyt długi), by dopiero później otoczyć ludzkiego żywiciela gęstym kokonem. Może to oznaczać, że Hinoki nadaje się przede wszystkim na okazje mniej formalne albo wieczorowe, kiedy to nie boimy się pachnieć głośniej - jednak na męskiej skórze perfumy mogą okazać się bardziej dyskretne (jeszcze nie testowałam).
Więc, moi Drodzy, przed ewentualnym zakupem jak zwykle należy poświęcić kilka dni na testy. :)

Trwałość: około dwunasty-piętnastu godzin wyraźnej obecności na ciele

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz świeża)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka
Nuta serca: japoński cyprys, (liście fiołka)
Nuta bazy: bób tonka, ambra, piżmo, (drewno cedrowe)

___
Dziś noszę Mehrab Attar od Rasasi.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.wallcoo.net/2560x1600/2560x1600_widescreen_wallpapers_greenleaves/html/wallpaper35.html
2. http://bonsaibark.com/2012/11/11/finally-a-very-good-start/

sobota, 4 kwietnia 2015

Mistrzowie szczęśliwego życia

Może nie będą to ciepłe święta ale z pewnością do ponurej i śnieżnej Wielkanocy sporo nam jeszcze brakuje. ;) Co zatem można zrobić z dwoma wolnymi dniami, kiedy długie spacery i aktywność na świeżym powietrzu nie są jeszcze tak kuszące, jak byśmy chcieli?
Co czyni nas szczęśliwymi?

Mam na ten temat teorię: poza obecnością konkretnych, najbliższych sercu osób tym, co najpewniej wprawia nas w błogi, kojący nastrój, są proste przyjemności: współdzielone z ukochanymi osobami lub celebrowane w samotności ale zawsze bezpieczne, spokojne, pewne.


Wschód słońca obserwowany z kubkiem kawy w dłoni i z życiowym partnerem u boku, chwila bezgranicznego zatopienia się w lekturze, zapach świeżo upieczonego chleba, spacer do deszczowym, jesiennym lesie, zabawa z psem albo kotem, ustalanie menu przyjęcia i późniejsze jego celebrowanie w miłym gronie, stukot i trzask rozrąbywanego siekierą kawałka drewna, dziecięcy skok prosto w środek kałuży, zapach prania, suszącego się na świeżym powietrzu, smakowanie ciasta czekoladowego, chrzęst kamyczków pod butami albo stukot obcasów o bruk, obserwacja śpiących ukochanych istot, dotyk czegoś miękkiego i przytulnego, świadomość przebywania w ciepłym oraz suchym domu gdy na zewnątrz zimno, ulewa i zawierucha....
Oto lista, którą można by uzupełniać w nieskończoność.

Setki, tysiące drobniutkich przyjemności, których często nie zauważamy ale które razem składają się na doświadczenie szczęścia. To dzięki nim wciąż chce nam się żyć.
Wbrew powszechnemu sądowi, to właśnie równie małe zdarzenia i doświadczenia nadają naszemu życiu smak, ponieważ to one spotykają nas każdego dnia. Sytuacje odświętne i rzadkie może bardziej rzucają się w oczy, wyczekiwane i pamiętane, jednak to drobiazgi są z nami przez cały czas, w zbytku i biedzie, w zdrowiu oraz chorobie. Trochę jak najwierniejsi z przyjaciół albo ukochany. :)


Zatem wracając do tematu, którym rozpoczęłam niniejszy wywód: czym zapełnić dwa wolne ale niezbyt atrakcyjne dni?
Prostymi przyjemnościami. :) Tym, nad czym nie trzeba dumać. Tym, co po prostu jest i cieszy nas ale niekoniecznie ekscytuje. Tym, co potrafi docenić przede wszystkim wytrawny koneser oraz mistrz sztuki życia. ;)

Ktoś, kogo zauważyłam w duecie pachnideł wykreowanych przez Piotra Czarneckiego. :)
Sensei oraz She Sensei [a to nie jest przypadkiem She-serce-Sensei, She Loves Sensei? Sądząc ze współczesnej ikonografii oraz takiego a nie innego zapisu nazwy, miałoby to sens...] to pachnidła idealnie wręcz odwzorowujące charakter tych prostych chwil, w których cieszymy się życiem bez żadnych szczególnych powodów, kiedy zatrzymujemy się na chwilę aby je posmakować, wczuć się w nie, dotknąć go. Samego życia.
Aby niekoniecznie zrozumieć ale na pewno - poczuć.


W pierwszej z mieszanek, docenionym w finale The Art and Olfaction Awards Sensei, wyczuwam wszystko to, co w chwilach błogiego i przynoszącego ukojenie spokoju zachwyca i mnie: ciepły, przesycony bezpieczeństwem cień domowej biblioteki, smak i zapach wytrawnego, słodowego alkoholu, mieszający się z aromatami starych książek oraz drewna, odrobinę kumarynowy obłok wysuszonego ale jeszcze niezapalonego cygara a potem również piankę z espresso zmieszaną z powidokiem wielozapachowej, brunatnej chmury korzennych przypraw, co razem przywołuje chwile kawiarnianej lektury albo pracy, wśród dochodzących z innych stolików luz z kuchni apetycznych woni. :)
Jest mi cicho, ciepło, przytulnie oraz ze wszech miar wygodnie, ponieważ mam wokół siebie wszystko, czego na co dzień lubią doświadczać moje zmysły.


Tutaj wszystko jest tak bardzo na swoim miejscu, każda nuta tak wyraźnie pasuje do pozostałych, że to aż zdumiewa! Jak Piotrowi udało się bez fajerwerków, bez szumu i niepotrzebnego dramatyzowania, bez koloryzowania ponad miarę stworzyć dzieło tak dobrze ułożone, pełne i wymykające się próbom zaszufladkowania, jest rzeczą trudną do zrozumienia. ;)

Bowiem nie mogę się nadziwić, jak bardzo Sensei: oparty o woń palonych kawowych ziaren nie jest pachnidłem kawowym, rozpoczęty mocnym akcentem alkoholowym niekoniecznie kieruje nas ku wieczorowo-luźnym klimatom, osnuty wokół przypraw i wibrującej, słodko-cierpkiej mirry nie jest orientalny a oczywista obecność tytoniu nie czyni go tytoniowcem.
Sensei jest nimi wszystkimi - lub raczej tkwi gdzieś pomiędzy wymyślonymi szufladkami pozwalając, by wszystkie wymienione nuty dopełniły się, tworząc harmonijną, nowocześnie paprociową całość.
A może w omawianym zapachu nie ma niczego nowoczesnego? Ostatecznie kto ma dziś czas, żeby godzinami przesiadywać w kawiarni z książką w ręku?? [Smartfon w jednej, tablet w drugiej dłoni to co innego ale książka, jeszcze do tego stara i pożółkła? Takie coś może przydać się co najwyżej do zainscenizowanej hipsterskiej fotki na Instagrama ale nie do tego, żeby toto na poważnie czytać. ;P ]

To nie byłyby odpowiednie czasy dla Sensei, gdyby nie ostatnia faza rozwoju pachnidła. Na nią zawsze jest właściwa pora. :)


Ponieważ ciepła, nasycona zmysłowość dobra jest zawsze i dla każdego! ;) A tak właśnie wygląda ostatnia z faz Sensei, absolutnie zdumiewająca po wcześniejszych kawiarniano-biblioteczno-składokolonialnych klimatach. Ponieważ tutaj niepodzielnie rządzi labdanum - złociste, ciepłe, jasne, zręcznie wymieszane ze słodkawym. pełnym akordem ambrowym oraz leciutkimi, delikatnie cierpkimi i oleistymi ziarenkami piżmianu.
Baza zapachu jest o ciele i dla ciała; tym bardziej, im dłużej trwa. Opisane wcześniej zachwycające ale też zajmujące gorące, energetyczne akordy schodzą gdzieś na dalszy plan, z czasem znikając całkowicie aczkolwiek tak naturalnie i dyskretnie, że ich brak zauważam dopiero, kiedy nie są niczym więcej, jak odległą, enigmatyczną zjawą gdzieś na olfaktorycznym horyzoncie zdarzeń.

Przy tym jednak nie wyczuwam w kompozycji seksu. To pachnidło, owszem, posiada ciało i lubi o nie dbać, cieszy się, kiedy się podoba ale nie żyje tylko nim. Nawet labdanowo-ambrowo-piżmianowa zmysłowość w Sensei pozostaje bardzo intelektualna oraz naturalna jednocześnie. Oto nareszcie świat wraca na właściwe tory, duch i materia stają się jednością.
Pełna harmonia. Mądrość, którą należy pielęgnować, niczym cenny kwiat - albo zdrowe ciało. :)


Natomiast jeżeli chodzi o damską wersję pachnidła, She Sensei, tu już nie czuję tak silnych synestetycznych wibracji; nie trafia ona do mnie tak wyraźnie, jak pierwszy z zapachów. A przecież jest równie piękna, tak samo bazuje na klasycznych rozwiązaniach klimatycznej, komfortowej i kawiarnianej perfumerii, dodając do niej coś tylko swojego. Wyraźnie też widać, jak ślicznie zapach ów koresponduje ze swoim pierwowzorem, że jeden i i drugi skomponowano na niemal identycznym stelażu.
Coś takiego aż chce się kontemplować!


W She Sensei najważniejszy wydaje się dialog między nutami suchymi, cierpkimi i paprociowymi, jak ostry tytoń i whisky, a typowo kobiecymi miękkościami, delikatnościami oraz łagodną pełnią, uosabianymi przede wszystkim przez suszoną śliwkę, dymną wanilię oraz różę. Obie frakcje, chociaż teoretycznie zupełnie różne, tutaj wspaniale się uzupełniają; gdyby były ludźmi, można by zaryzykować stwierdzenie, że chociaż w wielu punktach się nie zgadzają, to jednak prowadzą szczerą, kulturalną rozmowę, z której na pewno wyniknie coś konstruktywnego. ;) Popatrzą na dany problem z zupełnie innej strony, czegoś się od siebie nawzajem nauczą, osiągną porozumienie.
Dziś takich dyskusji nikt już nie prowadzi, nie na poważnie. I nie wśród ludzi, bo pomiędzy zapachami, jak widać, wciąż się jeszcze zdarzają. ;)


Rolę mediatorów w rozmowie pełnią  te same składniki, które przesądziły o wyjątkowości pierwszego Sensei: ziarna świeżo palonej kawy, które przez dodatek słodyczy na skórze ewoluują w aromat crema na powierzchni rozbielonego mlekiem naparu, gorące zamorskie przyprawy utarte na jednolitą, lekko piekącą masę, słodka ale wirująca w nozdrzach mirra - oraz tytoń, który należy co prawda do jednej ze stron dialogu, lecz jednocześnie razem z wymienionymi składnikami tworzy pomost między suchym i drażniącym a tym co ciemnoowocowe, słodko-dymne czy kwiatowo-eteryczne.

W She Sensei również składniki wyraziste - które kiedy indziej, w rękach innego twórcy z pewnością starałyby wbić się na pierwszy plan i zdominować kompozycję, czyniąc ją chaotyczną - trwają obok siebie w pokoju, nie usiłując nadać tonu całości mieszaniny: róża nie czyni jej różaną, śliwka owocową, tytoń tytoniową, kawa z wanilią również ani myślą zmieniać perfumy w kruche ciasteczko tudzież pucharek lodów. I tak dalej.
Nawet w bazie, gdzie również daje się wyczuć obecność tego samego trio labdanum, ambry oraz piżmianu, nie ma mowy o najmniejszych tarciach. Choć i zmysłowości próżno weń szukać; zamiast niej wyczuwam więcej słodyczy, tym razem już jaśniejszej aniżeli na początku, również tytoń przewija się tu i ówdzie pilnując, aby całość nie stała się przypadkiem zbyt gładka i przymilna. ;) Reszta akordów zlewa się w trudną do opisania i nazwania całość, śliwkowo-różano-korzenno-drzewną (?) mgłę a następnie rozpływa gdzieś za zakrętem.
Wkrótce po niej z ciała znika także reszta składników She Sensei, pozostawiając po sobie wspomnienie czegoś eleganckiego, twórczego i odrobinę niewygodnego zarazem.


Bądźmy szczerzy: żadna z kompozycji Piotra Czarneckiego nie jest szczególnie nowatorska; przeciwnie: w podobny sposób do tematu podchodziło już wielu perfumiarzy, w identyczną grę nut oparto niejeden bestseller, z A*Menem Muglera czy klasycznym Poison Diora na czele. Lecz jednocześnie jasne jest dla mnie, że tak właśnie miało być.

Sensei oraz She Sensei nie musiały wytyczać nowych szlaków, bo gdzież ich szukać? I po co? Dla kogo?
Obie mieszaniny miały za to umilać nam czas, relaksować i pomagać w razie potrzeby, pożyczać trochę spokoju bądź pewności siebie (lub werwy, jeżeli akurat nam jej brakuje). Miały służyć odzianemu weń człowiekowi i być po prostu piękne. Zachwycać, zastanawiać ale nie podburzać do produkcji kolejnych negatywnych emocji. Miały po prostu być. Cieszyć nas drobiazgami albo zwracać uwagę na warte jej drobnostki.
To również jest piękne i szlachetne powołanie. :)



Sensei

Rok produkcji i nos: 2013, Piotr Czarnecki

Przeznaczenie: zapach stworzony jako męski [chociaż muszę przyznać, że tu nie jestem pewna co do formalności: czy nie powstał jako uniseks a męski stał się dopiero później, przez kontrast z She Sensei?] ale świetnie układa się na skórze przedstawicieli wszystkich możliwych płci. ;) Trzyma się raczej blisko niej, tworząc niezbyt zamaszystą, wibrującą aurę.
Co ciekawe, Piotr postawił na rzadko spotykaną ale zawsze cenną klasyczną projekcję wszystkich trzech koncentracji pachnidła: od nośnej ale nieco bardziej "pastelowej" wody toaletowej, przez opadającą na ciało wodę perfumowaną aż po intymny ale intensywny w barwie ekstrakt perfum. Tej decyzji gorąco mu gratuluję. :)
Sensei pasuje do wszystkich okazji, ze szczególnym uwzględnieniem tych intymnych oraz Bardzo Ważnych, wieczorowych.

Trwałość: trudno ocenić, ponieważ każda koncentracja żyje na skórze przyrodzony sobie czas; powiedzmy więc, że od pięciu czy sześciu do prawie dwunastu godzin wyraźnej, chociaż coraz dyskretniejszej, emanacji.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna, w ogólności)

Skład:

Nuta głowy: kawa, whisky, tytoń
Nuta serca: mirra, kadzidło, akordy przyprawowe
Nuta bazy: labdanum, nasiona piżmianu, akordy ambrowy oraz piżmowy


She Sensei

Rok produkcji i nos: 2014, Piotr Czarnecki

Przeznaczenie: pachnidło dedykowane kobietom, chociaż wzorem starszych wersji wspomnianego w tekście PoisonBoxeuses Lutensa czy Plum Japonais z butikowej kolekcji Toma Forda widziałabym weń raczej miękki, dymno-słodko-paprociowy uniseks.
O parametrach użytkowych mieszaniny mogłabym napisać dokładnie to samo, co w przypadku pierwszego Sensei: że She jest zdecydowanie dyskretna ale wyraźna z bliska [acz w bazie zbyt słaba jak na mój gust], że jej energiczność słabnie wraz ze wzrostem koncentracji woni a nasycenie i głębia poszczególnych nut rosną proporcjonalnie do niej, że idealna wydaje się na okazje oficjalne albo intymne (niekoniecznie erotyczne, choć tego ani myślę wykluczać). Ogólnie jest bardzo przyjazna aczkolwiek umie wytworzyć dystans między uperfumowaną osobą a otoczeniem; jeżeli tylko na tym nam zależy. :)

Trwałość: od sześciu-siedmiu godzin wody perfumowanej po ponad dziesięć ekstraktu

Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (oraz aromatyczna)

Skład:

śliwka, róża, wanilia, whisky, tytoń, kawa, mirra, olibanum, akordy przyprawowe, labdanum, nasiona piżmianu, piżmo

___
Dziś noszę Poison Diora w wydaniu vintage. Cudowny zapach!

 P.S.
 Źródła ważniejszych ilustracji:
 1. Book Store [Autor: Jussi Lyons]
 2. One More Cup Of Coffee [Autorka: Katie Owens]
 3. https://www.pinterest.com/pin/423056958718991834/
 4. http://elegant-classics.tumblr.com/post/82350403330
 5. http://www.dudeiwantthat.com/household/bathroom/wood-tub-caddy.asp
 6. http://room269.tumblr.com/post/1080765559/ysvoice-warm-magenta-color-of-this
 7. http://www.stylemepretty.com/gallery/picture/336467/ [Autorka: Carla Ten Eyck]
 8. http://redbenchvintage.tumblr.com/post/31061812707/ohtobesimplyme-8-margaret-lillian-pinterest
 9. http://ignitelight.tumblr.com/post/12467599348
10. http://www.digsdigs.com/47-cool-minimalist-easter-decor-ideas/


* * * 


Korzystając z okazji chciałabym złożyć wam życzenia pomyślnych, hojnych i radosnych Świąt Wielkanocnych. Niech najbliższe dni będą dla Was czasem uśmiechu i odpoczynku, niezależnie od drobiazgu, czy będziecie ten czas traktować jako świąteczny, czy nie czujecie takiej potrzeby (lub świętujecie coś innego kiedy indziej).

Pięknych Świąt!

piątek, 3 kwietnia 2015

Mgły nad Andaluzją


Często lubię przypomnieć sobie, w jak niedoskonałym świecie żyjemy. A nie jest to łatwe. Nawet teraz, kiedy widma nieszczęść, wojen, epidemii, chciwości, beznadziei oraz wzajemnej pogardy, unoszące się ponad Europą, są tak wyraźne i powszechne, jak przez ostatnich siedemdziesiąt lat były słabe.


Kiedy nasz wspólny kontynent po kilku dekadach względnego spokoju oraz pewności jutra z zapałem buduje fundamenty pod obalone niegdyś mury, gdy wzajemna nienawiść i paranoja nakazują jednym ludziom mordować innych pod pozorem kolejnych absurdalnych argumentów, kiedy do życia wracają niemal wymarłe choroby a to wszystko dzieje się, ponieważ dla wielu głów zabobon okazuje się wartościowszy aniżeli rozsądek - my nawet w takiej chwili, na oślep, podążamy wyłącznie ku przyjemności, interesują nas tylko i wyłącznie nasze własne cztery litery (no i może jeszcze tych kilku osób, z którymi przez słabość ludzkiej psychiki czujemy się związani emocjonalnie). Liczy się dla nas tylko miłe, jedynie puste i płoche.
Jesteśmy jak dzieci, które od świtu do nocy najchętniej żarłyby tylko czekoladę, cukierki i lody. Tylko to nas interesuje.
Pamięć lat minionych mamy identyczną jak jętki, obejmującą najwyżej dwa dni do tyłu. Zaczęliśmy mieć głęboko w rzyci cudze doświadczenia oraz zdobytą mądrość.

Nie interesuje nas smętne pieprzenie na poważne tematy.
Prawda, Kochani Czytelnicy, którzy sięgacie właśnie kursorem do czerwonego kwadracika w prawym górnym rogu okna przeglądarki? ;>


Ja jednak proszę Was, żebyście tu zostali, na chwilkę.
Wyruszcie razem ze mną w podróż na samo południe Hiszpanii, do słonecznej Andaluzji.
Andaluzji pachnącej, Andaluzji żywiołowej, Andaluzji gwarnej oraz kolorowej.
Andaluzji pięknej, aż dech zapiera.

Andaluzji krwawej, nienawidzącej oraz przerażonej.

Andaluzji, która wydała na świat zarówno hiszpańską Inkwizycję, jak i żywe do dziś, bazujące na podstawowych emocjach człowieka, misteria paschalne.


Współcześnie nawet podróżując i zaglądając do kolorowych, wydanych na kredowym papierze bedekerów (względnie słuchając słów oprowadzającego nas przewodnika jednym uchem ale zaraz wypuszczając je drugim) łatwo zapominamy, że tak piękna, bajeczna i zróżnicowana kraina może mieć również i drugie, znacznie brzydsze oblicze.
Albo inaczej: pamiętamy o nim oraz ekscytujemy się, z napięciem i w podnieceniu słuchając o histerii i donosach, o (wątpliwej) pomysłowości śledczych, radzących sobie z zakazem upuszczania krwi podczas tortur, o pogromach Żydów, muzułmanów, homoseksualistów, o auto da fé i rzecz jasna o śmierci w płomieniach stosu. Och, jak nas to kręci!

Lubimy posłuchać o brutalności ludzi sprzed wieków - naturalnie bez specjalnego zaangażowania czy, bogowie brońcie!, empatii - ponieważ w ten sposób karmimy swoje najniższe instynkty. W końcu sami raczej nie mamy szansy poobserwować egzekucji na własne oczy [lub raczej: nie mielibyśmy, gdyby nie multimedialna usłużność panów dżihadystów z Iraku i Syrii, których filmiki na YouTube ponoć zawsze mogą liczyć na rekordową widownię :> ]. Więc żyjemy w tym naszym bezpiecznym, nieprzejrzystym kokonku wiecznie dobrego samopoczucia oraz wysokiego mniemania o sobie samych i tylko czasem pozwolimy do niego zajrzeć prawdziwemu, okrutnemu, boleśnie niesprawiedliwemu światu.


Trwamy z dnia na dzień nie zawsze świadomi,  że cała ta niesprawiedliwość, złość, okrucieństwo, strach oraz niepewność mają nas na oku, już na nas czekają. I w końcu nas dopadną, akurat tego możemy być pewni. :]

Za rok, za lat pięć, dziesięć albo pięćdziesiąt ale w końcu im się uda. Do Europy wrócą ciągnące się latami wojny, nawracające histerie, krwawe rzezie pod kolejnymi żałosnymi, wydumanymi pozorami oraz choroby zakaźne, których jeszcze dziesięć lat temu nikt się już tutaj nie spodziewał.
Tak będzie, jeżeli dalej będziemy dawali sobie dyspensę od myślenia, jeśli z beztroskim uśmiechem będziemy rozgrzeszać cudzą głupotę, egocentryzm oraz nihilizm. Ponieważ właśnie beztrosko rozpieprzamy sobie nasz miły, przytulny świat. :] I tylko od nas zależy, w jakim stanie zostawimy go pokoleniom naszych dzieci i wnuków.

"Jeżeli chcemy, aby kłamstwo nie zatruwało więcej ludzkich umysłów, musimy sami przestać kłamać. Trzeba powiedzieć pełną prawdę, choćby była ona trudna i bolesna. (...) Nie usuniemy gwałtu i przemocy, jeśli również nie usuniemy podstawowych zasad, które gwałt i przemoc zrodziły".
Jerzy Andrzejewski, Ciemności kryją ziemię, Kraków 2004, s. 97.

Cała powyższa filipika nie powstała bez powodu i wbrew pozorom ostatecznie prowadzi do perfum.
Jest w tym niemało ironii, że tekst nakazujący dystans wobec pustych przyjemności powstał z bezpośredniej inspiracji perfumami, a więc produktami z definicji pochlebczymi i próżnymi. Jednak w mojej opinii nie jest to nic niezwykłego; nie wtedy, kiedy pachnidła traktuje się jak pełnoprawne dzieła sztuki, pozwalając im równie dobrze poruszać tematy przykre, budzące grozę albo nawet wstręt.
Co więcej, aby poruszyć i zaszokować, same wcale nie muszą być brzydkie. Wystarczy, że w pewien charakterystyczny sposób oddadzą złożoność świata lub przynajmniej jego niewielki fragment.


Tak właśnie pachną mi dwie kompozycje marki Parfums MDCI, z których co prawda tylko jedna dedykowana jest Andaluzji, jednak obie w jakimś stopniu posiadły część jej ducha: Nuit Andalouse oraz Cuir Garamante.

Druga z mieszanek jest dla mnie ważniejsza, ponieważ i w całości pokrywa się z moim gustem, i doborem składników wydaje się "starożytniejsza", szlachetniejsza. Trudno nie skłonić z szacunkiem głowy przed kadzidłem, cennymi przyprawami i balsamami drzewnymi.
A ich w Skórze Garamanckiej pełno: od gorącego, matowego ale przestrzennego otwarcia z kadzidła, szafranu a także oudu, które to zestawienie wyraźnie przypomina Oud Royal Armaniego, przez późniejszą chłodną wytrawność liści lauru, cypriolu czy drzazg cyprysowych, pozwalających otoczyć się coraz cieplejszym akordom srebrzystego, tłustego kadzidlanego dymu, eugenolowym przyprawom z pikantnym szafranem i czarnym pieprzem oraz ciemnej, wędzonej skórzanej galanterii. Tutaj wszystko jest jednocześnie podniosłe, znaczące ale i dynamiczne; trudno ocenić, kiedy gorąc zmieni się w zapowiedź cienistego chłodu, by ostatecznie z powrotem wrócić ku roztapiającym się na skórze, uderzającym do głowy woniom orientalnym.
Śmiałym tym bardziej, że w finale Cuir Garamante pojawiają się akcenty zmysłowe, labdanum z sandałowcem oraz cielesną, mięsistą różą powoli łączą się z woniami dymnymi czy gwałtownymi, niosąc oddech zmęczonemu własną ponurą żywiołowością światu.

Powoli zapada noc, wraz z którą po górzystej południowej krainie zaczynają rozchodzić się zapachy rozkwitających, dla nas nieco egzotycznych, kwiatów. :)


W Nuit Andalouse paradoksalnie Andaluzji czuję niezbyt wiele - ale jednocześnie znacznie, znacznie więcej aniżeli w słabej Séville à l’Aube od l'Artisan Parfumeur, opartej o bardzo zbliżoną tematykę, zarówno symbolicznie, jak w warstwie olfaktorycznej.
Tam nie udała się interpretacja nocno-porannego wrażenia kwiatu pomarańczy ponad kadzidlanymi dymami wielkopiątkowych procesji, tutaj ten sam składnik opakowano w biały, lekki i kuszący aromat gardenii, dokooptowano im pyłkowo-słodki ylang-ylang oraz zdziczałe róże a następnie ułożono całość pomiędzy transparentną seledynową zielenią młodych drzewnych soków a śmietankową gładkością jasnego sandałowca, drzewnych, jasnych piżm czy kontrastową lekko kumarynową, mszystą letnią bezpośredniością w bazie.

Pomiędzy bogatą w wonie nocą a skwarnym dniem jest rześki, słoneczny poranek. :) To też jest Andaluzja, to również samo sedno południowego ducha, chociaż tym razem w bardziej optymistycznym wcieleniu.
Bez świadomości słodyczy i rozkoszy nikt nie będzie w stanie udźwignąć przeznaczonej mu porcji życiowego brudu i smutku. Bez brzydoty nie ma piękna, bez dnia - nocy i tak dalej. ;)
Sami wiecie. :)



Nuit Andalouse

Rok produkcji i nos: 2013, Cécile Zarokian

Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, bardzo gęsty i odurzający ale niemęczący. Zostawiający za sobą całkiem spory ślad a z czasem redukujący się do żywej, pulsującej, liliowej aury, wyczuwalnej z mniej niż dziesięciu centymetrów.
Na wszystkie okazje, zwłaszcza te Bardzo Oficjalne (chociaż słodycz raczej uniemożliwi cieszenie się wonią podczas największych upałów).

Trwałość: około pół doby wyraźnej, energicznej projekcji oraz dalszych kilka zamierania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: pomarańcza, fiołek, akordy zielone
Nuta serca: gardenia, ylang-ylang, kwiat pomarańczy, róża
Nuta bazy: wanilia, salicylan amylu, drewno sandałowe, piżmo


Cuir Garamante

Rok produkcji i nos: 2013, Richard Ibañez

Przeznaczenie: jak Andaluzyjską Noc dedykowano kobietom, tak Skóra Garamancka została stworzona dla mężczyzn - ale na pewno domyślacie się mojego zdania w tej kwestii. ;P Na pewno zaś mogę powiedzieć, że jest to mieszanina gęsta i mocna ale niezbyt nośna. Trzyma się blisko ludzkiej skóry, tylko z początku tworząc wokół uperfumowanej osoby ciemną i gęstą, niemal nieprzeniknioną aurę; później typowo bliskoskórna.
Za to bardzo wdzięczna w codziennym używaniu, przynajmniej dla wielbicieli niszowo-skórzano-kadzidlano-przyprawowych aromatów. ;) Reszcie zalecam ostrożne testy a później: częste i owocne użytkowanie, szczególnie przy okazjach wieczorowych, klubowych albo Bardzo Oficjalnych. :)

Trwałość: około dwunastu-piętnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: skórzano-przyprawowa (oraz orientalna)

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, gałka muszkatołowa, szafran
Nuta serca: róża, cypriol, skóra, akord oudowy
Nuta bazy: labdanum, wanilia, drewno sandałowe, kadzidło
___
Dziś noszę ostatnie krople właśnie Cuir Garamante. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Entre olivos autorstwa osoby o pseudonimie Landahlauts.
2. Amanecer de otoño. Autor: Rafael Merelo Guervós.
3. Atardecer morado. Autor: Rafael Merelo Guervós.
4. Hogueras de San Antón. Autor: Rafael Merelo Guervós.
5. Granada - Andalucía autorstwa osoby o pseudonimie/imieniu Ennio.
6. Gibraltar en Bruma...desde Estepona. Autor: Antonio Ruiz-Molero Pérez.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Nie takie brzydkie nosy

Jestem dziwnym typem kobiety: nie mam absolutnie nic do swojej twarzy. Nie chciałabym zmienić w niej dosłownie niczego; od czasów nastoletnich nawet zmądrzałam na tyle, żeby przestać boczyć się na swoje migdałowe, lekko tatarskie oczy [dawno temu wmówiłam sobie, żeby być dumną z wielokolorowości ich tęczówek i tak oszukałam samą siebie. ;) Teraz lubię je jako całość]. Co nie znaczy, że nie zmieniłabym tego i owego w reszcie ciała ale tak naprawdę jego obecny kształt nie spędza mi snu z powiek.
Mimo wszystko cały czas jestem świadoma, że kształt nosa, kości policzkowych bądź ust stoją wysoko na liście ludzkich kompleksów leczonych za pomocą skalpela [żeby nie było: nie mam absolutnie nic przeciwko]. Stąd właśnie wziął się, dosyć humorystyczny, kontekst skojarzenia nazw dwóch najnowszych zapachów marki Perris Monte Carlo.

Kontekst na gruncie polszczyzny banalny, ponieważ trudno inaczej spojrzeć na Patchouli Nosy Be i Ylang-ylang Nosy Be inaczej, niż przez pryzmat ich nazw. Także i mój mózg - choć przeczytał nazwy z francuska i automatycznie skojarzył je z którymś z języków Afryki - po prostu musiał odnieść ją także do mowy ojczystej, wiążąc w całość konteksty "nosów be", czyli nosów brzydkich lub takich, którym coś śmierdzi oraz perfum, za pomocą tegoż nosa doświadczanych ale które z całą pewnością nie powinny pachnąć brzydko. ;)
No. Skoro już dostatecznie namieszałam przy tłumaczeniu rzeczy prostej, spokojnie mogę przejść do właściwego opisu pachnideł. ;]


Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się po nich niczego szczególnego i... no cóż, szczególne to one nie są. :] Jednak nie są też złe ani mało ciekawe. Nic z tych rzeczy! Oba pachnidła to porządna, rzemieślnicza robota z nutką czegoś, co wyróżnia je z reszty podobnych sobie.

Weźmy takie Ylang-ylang, gdzie tytułowy kwiat dosłodzono wanilią i jaśminem wielkolistnym ale jednocześnie osuszono jasną, ostrą wetywerią oraz przyciemniono, pogłębiono czymś korzenno-dymno-drzewnym. Mieszanka rozpoczyna się tendencyjnie, ot kolejny egzotyczny kwiat i nawet późniejsze deserowienie woni nie jest w stanie zatrzeć pierwszego wrażenia; później jednak na tym jasnym, złocistokremowym obłoczku pojawiają się pierwsze rysy. Coś rozcina strukturę kwiatowo-waniliowej pianki mocnymi ale gładkimi szramami. To wetyweria, do której szybko dołącza mieszanka bliżej niesprecyzowanych jasnych nut drzewnych i ciemnych żywic; dzięki nim Ylang-ylang Nosy Be skutecznie wymyka się banałowi, nie pozwalając białym kwiatom i wanilii zmienić się w nudną pulpę bez wyrazu, których tak wiele na półkach perfumerii.
Z czasem pojawiają się wonie złocistego labdanum i kwiatu pomarańczy z akcentem na najbardziej cielesne, animalne fragmenty obu składników, stopniowo oprószane pyłkiem z eugenolowego kardamonu i gałki muszkatołowej [a może to drzewny pył i balsam peruwiański...?]. Dzięki nim składnik tytułowy nagle okazuje się niezwykle głęboki, korzenny i skórzany jednocześnie, nieoczekiwanie skłonny do zadumy.
Na słonecznych, barwnych, żywiołowych antypodach ludzie również miewają kłopoty lub refleksyjną naturę. :] Taki tam, kolejny banał do kolekcji...


Patchouli Nosy Be opisać równie trudno. Wymyka się ludzkiemu słowu, oscylując między ciemną, brunatno-ziemistą, niszową suchością tytułowego składnika a jego kakaowymi aspektami. Z początku wydaje się, że postawi na pierwszą z cech, podkreślając drzewne konotacje wody, jednak im dalej w las [znaczy: w piramidę zapachowa ;) ], tym więcej deserowej lekkości. Pojawiają się baaardzo dalekie skojarzenia z Chocolat od Il Profumo, podkreślane dodatkowo przez ciemną, lekko skórzastą ale zdecydowanie słodką wanilię.
Tu o banał było równie łatwo, co w przypadku Ylangu; jednak i tym razem anonimowy twórca lub twórczyni (albo twórcy, liczba mnoga) nagrali użytkownikom na (nomen omen) nosach, wprowadzając wesołego, pikantnego diabełka w postaci wesołych kulek czerwonego pieprzu; tego, który pieprzem tak naprawdę nie jest ale w kuchni pełni taką samą funkcję: podnosi smak potrawy, dodając jej nieco pikanterii. Tutaj umożliwił mieszaninie uniknięcie ostatecznego zadeklarowania się jako przyjemny, nienachalny jadalniak i pozwolił jej dalej balansować między skrzyżowaniem rozgrzanej ziemi z zatęchłą piwnicą a właśnie kakao i spółką. :)
Natomiast jeszcze potem Patchouli Nosy Be pewnym krokiem zmierza ku woniom bardziej zmysłowym, teoretycznie cielesnym choć jawnie roślinnym tudzież od samego początku wyprodukowanym w laboratoriach. [Czy współcześni przeciwnicy in vitro używają perfum i lubią je? ;> Akurat w tej chwili mnie to zastanowiło]. Złociste, lejące się labdanum stopniowo otacza paczulowo-waniliowo-pieprzowy rdzeń mieszaniny, zastygając na niej lekką, złocistą ambrową skorupką. A może to nie tyle ambra, co gra labdanum z drewnem sandałowym? Jednak czy wtedy czułabym je w bazie tak wyraźnie, jak czuję: lekko oleiste, skromne ale potrafiące zaznaczyć swoją obecność nieco egzotycznym, dalekowschodnim rysem? Trudno powiedzieć.
Grunt, że poszczególne nuty potrafią ze sobą współpracować, wszystkie wnoszą coś do soczku, są spójne i wiarygodne. Oraz ładne. ;)

W obu pachnidłach z Nosy Be w nazwie co prawda nic nie jest rewolucją ale banału również nijak nie uświadczymy. Zaskakują ale nie zdumiewają, jeśli wiecie, co mam na myśli. To nie ten typ perfum.
Na pewno warto je poznać ale czy kupić? Na to pytanie musicie odpowiedzieć sobie sami. :)


Zapachy powstały w roku 2014 w laboratoriach Robertet ale dane ich twórcy lub twórców nie zostały upublicznione.


Patchouli Nosy Be

Przeznaczenie: zapach typu uniseks z samego środka skali o przesadnie skromnej projekcji; trudno "odkleić" go od skóry ale o jego wysokiej jakości świadczy niemal nieustanne wibrowanie nut, iskrzenie między wonnymi cząsteczkami a resztą świata (tyle, że bardzo bliską ludzkiemu ciału :) ).
Na dosłownie wszystkie okazje, pory dnia oraz roku.

Trwałość: około sześciu godzin wyraźnego trwania

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, paczuli
Nuta serca: labdanum, kakao
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, wanilia, paczuli


Ylang-ylang Nosy Be

Przeznaczenie: perfumy dedykowane kobietom, jednak nietypowa dla składnika tytułowego głębia i dymność umożliwiają komfortowe testy również przedstawicielom płci niesłusznie uważanej za brzydszą. :D
Szkoda tylko, że zapach trzyma się tak blisko skóry (acz nie aż tak bardzo, jak jego paczulowy brat), odstając odeń tylko w pierwszych kilkudziesięciu minutach od aplikacji i tylko jako niezbyt gęsta aura.
Nosi się go jednak bardzo przyjemnie i lekko; a czy muszę Wam mówić, że "lekki ylang-ylang" to w zasadzie jest oksymoron? ;)

Trwałość: do ośmiu-dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: ylang-ylang, grejpfrut, cytryna, kardamon
Nuta serca: ylang-ylang, jaśmin wielkolistny, kwiat pomarańczy, róża
Nuta bazy: ylang-ylang, drewno cedrowe, wetyweria, wanilia, świerzbnica polna, labdanum

___
Dziś nosiłam Sakurę od Miyi Shinmy.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. Different nose types autorstwa moni158
2. How to Draw a Nose - Step by Step autorstwa Proko How to Draw [zrzut ekranu z filmiku zamieszczonego na YouTube].
3. http://blog.missala.pl/recenzje/nosy-be-czyli-raj-dla-nosow/