piątek, 29 listopada 2013

W tę noc!

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
Rada pani Girard, czarownicy

Musisz ulepić w piątek, we wrześniu, na nowiu,
małą lalkę, podobną do twego kochanka.
Zrobić jej usta z głogu, wprawić oczy sowie
i tulić ją co wieczór i każdego ranka,

by tamtemu - głupiemu - zdawało się czasem,
że mu coś w sercu słodko, niepotrzebnie śpiewa,
że go gonią ćmy jakieś z jedwabnym hałasem,
i aby się opędzał i martwił, i gniewał,

I by samotnie błądził aleją jesienną,
na wpół jeszcze uparcie, na wpół nieprzytomnie -
i tupiąc w suche liście malowane henną,
myślał: "diabli nadali! nie mogę zapomnieć!"

I aby poczuł w sercu tęsknotę i chandrę,
by w chmurach z przerażeniem ujrzał sylfy nagie,
w dziupli drzewnej nos dżina, w fajce - salamandrę -
i wpadł prosto w drzwi twoje - wprost w różową magię... 



Shalimar, HabanitaAnaïs Anaïs od Cacharel, Memoir Woman od Amouage, Rock Crystal Durbano, Ambre Russe, Wazamba, No. 19 od Chanel, Black Aoud od Montale, Night Aoud od M. Micallef a może Gaïac tej samej marki? 
Soir de Lune od Sisley, Patchouli od Mazzolari, Qessence rodziny Missala, Ambre Fétiche lub  Encens Flamboyant marki Annick Goutal, Ambre Sultan Lutensa czy jego Bois Oriental a może Serge Noire...?
Black Cashmere Donny Karan, Ambre Noir od Sonoma Scnet Studio, Incense Avy Luxe czy Rasha?
Czasu coraz mniej a ja nie wiem, na jaki zapach się zdecydować!

A Wy, jakie perfumy wybierzecie na noc magii miłosnej? :)


Czym powinna pachnieć wigilia dnia świętego Andrzeja?

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://doctorboneslovespells.com/index.php/lo/
2. http://swidnica24.pl/swidnicki-imprezownik-50/

Myśl o Wschodzie

Od chwili, kiedy otrzymałam list z próbkami arabskich zapachów od Perfumerii Yasmeen minęło zaledwie osiem dni a już zdążyłam zaliczyć cztery poważne olfaktoryczne zauroczenia i jedną chyba-miłość. ;) [Kurczę, współpraca perfumerii orientalnej z osobą, która tak kocha tamtejsze pachnidła to chyba nie jest zbyt dobry pomysł. ;) ] Dziś więc opowiem Wam o dwóch przypadkach z pierwszej kategorii. Pachnidłach ciepłych, sprawnie skomponowanych, niezwykłych; no i zwyczajnie-niezwyczajnie pięknych.
Dwóch kompozycjach z kluczem. Którego, nawiasem mówiąc, dotąd nie odnalazłam. ;)

Będą to La Yuqawam Orchid Prairie oraz La Yuqawam Tobacco Blaze marki Rasasi., dwie kompozycje-zagadki, których piękno oraz niezwyczajność dopełniane się przez parę trudnych do zrozumienia kwestii. Trudno bowiem bez odpowiedniego przygotowania praktycznego rozeznać się w semiotyce pachnideł z Półwyspu Arabskiego: skoro oud jest składnikiem stereotypowo męskim, to dlaczego wyraźniejszy, bardziej drapieżny oraz ogólnie silniejszy jest w kompozycji dla kobiet? Czy nie kłóci się to ze zwyczajowym postrzeganiem kobiet w eurazjatyckiej konserwatywnej i patriarchalnej społeczności? A może właśnie nie, skoro oud drapieżny oznacza kobiecą zwierzęcość, przynależność do świata Natury, narowistej jak dziki koń i trudnej do okiełznania ale przecież niepodobna, by zostawić ją samej sobie! I dlaczego pachnidło określane jako męskie jest cieplejsze, subtelniej zarysowane, z bardziej miękkimi krawędziami (choć przecież tworzy je "typowo męska" mieszanina woni)? Dlaczego więcej weń zadumy niż w błogo leniącym się Orchid Prairie? Chociaż nie: akurat ta kwestia świetnie pasuje do wizji ról płci według fundamentalistów kulturowych. ;] Tak czy inaczej: kiedy do tegorocznych elementów serii Nieodpartych przyłożyć najczęściej spotykane rodzime stereotypy męskości i kobiecości, cała ich misterna konstrukcja zaczyna się chwiać.


Dla przykładu posłużę się wspomnianą już dwukrotnie Orchid Prairie, dziełem agresywnym, głośnym oraz drapieżnym, gdzie zwierzęcy oud o wyraźnych serowych konotacjach [mam na myśli wszystkie te cuchnące ale smakujące obłędnie francuskie sery pleśniowe] sąsiaduje ze słodką, seledynową świeżością kwiatowych soków, tworząc kontrast doprawdy szalony - i bardzo odważny.
Gdzież im do stereotypowej polskiej mocy, agresywności oraz silnej projekcji, tak pożądanych przy pachnidłach dla mężczyzn ale krytykowanych, kiedy występują w wodach dla kobiet, szczególnie w nadmiarze. Bo przecież nadmiar to największy wróg kobiety, prawda? ;> [Nie tylko w przypadku BMI :P ] A przecież orchideowa La Yuqawam silna jest nieprzeciętnie, nawet jej "dziwaczność" wykracza daleko poza nasze stereotypowe rozumienie ról społecznych! Można oczywiście stwierdzić, iż na Bliskim Wschodzie generalnie zużywa się o wiele więcej perfum, niż w Europie albo Ameryce Północnej, głównie z powodów religijno-kulturowych, bez różnicy płci ale dla mnie nie wyczerpuje to kwestii. Nie tłumaczy, dlaczego ten drapieżny, animalny oud zestawiono z chłodną kwiatową wodą, z wibrującymi ozonowymi molekułami słodkich kwiatów oraz bambusa, czyniąc z otwarcia omawianego pachnidła dzieło doprawdy absolutne, porażające artyzmem. No i w najmniejszy sposób nie wyjaśnia ciągu dalszego Orchid Prairie, kiedy seledynowa woda znika a agar ogrzewa się, by złączyć się w gorącym, czułym ale niekoniecznie namiętnym uścisku z nutami drzewnymi, szlachetną szarą ambrą o bogatym zapachu, czemu pozwala otoczyć się wibrującym suszkom z kumaryny, z czasem wpadającym w akcenty dymno-słodkie, gęstowaniliowe. Dlaczego miesza się to wszystko w jednolitą chmurę cząsteczek, nawet w głębokiej bazie suchych, zwierzęcych oraz wrzynających się w nozdrza kumarynowo-drzewno-słonymi ostrzami? Przecież to w ogóle nie brzmi, jak opis zapachu dla kobiet!
Nie dla Europejek, rzecz jasna.

Lenistwo i błogość z obrazu zamieszczonego powyżej są oczywiście wyraźne, upalny czas południowej sjesty symbolizują akordy suche i dosadne lecz bez obecnej we wstępie świeżej, ożywczej zieleni krajobraz ów nie wyróżniałby się niczym. Byłby po prostu kolejnym orientalnym uniseksem, ciekawym i interesującym ale bez "tego czegoś", co odróżnia przyjemny obrazek od Sztuki przez duże S. La Yuqawam Orchid Prairie bez wątpienia jest Sztuką. Tylko dla kogo...? ;)

Jeżeli zaś chodzi o męską wersję Nieodpartego, Tobacco Blaze, również daje się zauważyć pewna nieprzystawalność do stereotypu, tym razem jednak mniej jaskrawa. Będąca nie tyle zaprzeczeniem naszego stereotypu, co jego drobnym przedefiniowaniem, może odarciem ze złudzeń. Wszystko dlatego, że przed poznaniem pachnidła spodziewałam się dostać coś takiego:


...a w rzeczywistości odnalazłam na swojej skórze obraz bardziej zbliżony do poniższego:

[Wybaczcie znak wodny. Przez kilkadziesiąt minut szukałam w necie innej reprodukcji obrazu ale wszystkie mają coś napaćkane na wierzchu ].
Czyli zamiast wizji malarza orientalisty, bajkowych wyobrażeń świata na południe i południowy wschód od Morza Śródziemnego spotkałam raczej samego artystę, który z zaciszu swojej bajeranckiej pracowni [być może również nieźle podkolorowanej przez wyobraźnię] tworzy kolejne dzieło na temat krain i ludzi, z którymi styczność miał co najwyżej powierzchowną. Czyli nie Orient mocny i dosłowny ale co najwyżej udanie zasugerowany, unoszący się gdzieś wysoko w  przestrzeni europejskiego domu malarza, przenikający do jego snów oraz marzeń. Ciepły i spokojny, doświadczany zawsze i bez wyjątku "przez coś": aromaty drogich cygar oraz tabaki, pikantno-mleczną, złocistą woń szafranu, miękkość zamszu oraz elastyczność dobrze wyprawionej skóry z podróżnych kufrów, odrobinę słodkich, soczystych owoców oraz ten dziwny, niepokojący wschodni sznyt, te ich kadzidełka oraz drewniane szkatułki po Bóg raczy wiedzieć czym. :) Chyba tak właśnie wrażliwy węchowo artysta mógłby pomyśleć o aromacie oudu, paczuli, bliżej niezidentyfikowanych nut drzewnych oraz kumarynowej suchości Tobacco Blaze. ;)

Myślę, że potrafiłby docenić miękki czar pachnidła, jego kuszące tytoniowo-drzewno-dymno-ambrowe sploty, udanie złagodzone przez zamszową lekkość bergamotki w otwarciu, nienachalną słodycz moreli czy ciepły matowy blask szafranu w sercu, promieniujący także na dymno-słodkie, paczulowo-ambrowe klimaty bazy. Spodobałaby mu się mieszanina, w której oud tak silnie zlewa się a szafranem, ambrą, paczuli oraz skórą (już jakby podwędzaną), iż tworzy całość niemal jednorodną, wyraźna ale spokojną. Gęstą choć znającą umiar w atakowaniu otoczenia. Bardziej europejską aniżeli ekscytująco egzotyczną.

Więc czym może być Tobacco Blaze? Chwytem marketingowym? Uwewnętrznieniem przez Wschód zachodniego spojrzenia na swój świat? Żartem? Reinterpretacją? Grą?
A zresztą... jakie to ma znacznie? Skoro ów zapach jest tak przyjemny, skoro oba są dobrze skonstruowane, zaś ich testowanie było dla mnie zmysłowym, budującym przeżyciem, to przecież nieważne są teorie, przypuszczenia, lawirowanie między tysiącem kontekstów rzeczywistych oraz wymyślonych przeze mnie! Liczy się zapach, podróż w świat olfaktorycznego piękna. :)


La Yuqawam Orchid Prairie

Rok produkcji i nos: 2013, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, gęsty oraz zamaszysty; o znacznej mocy ze śladem początkowo znacznym, z czasem redukującym się do kilkucentymetrowej aury.
Na każdą okazję... o ile nie przeszkadza Wam jego silna emanacja oraz zwierzęcy sznyt drewna agarowego. :) Reszcie zalecam okazje mniej formalne, może nawet wieczorowe.

Trwałość: w granicach siedmiu-ośmiu godzin śmiałej projekcji oraz następnych kilka bliżej skóry

Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: geranium, róża, niebieskie kwiaty
Nuta serca: oud indonezyjski, kaszmeran, kumaryna
Nuta bazy: oud indyjski, wanilia, piżmo, ambra


La Yuqawam Tobacco Blaze

Rok produkcji i nos: 2013, ??

Przeznaczenie: zapach dla mężczyzn, choć w mojej opinii to klasyczny, niszowy uniseks, charakteryzujący się miękką, gęstą aurą, która niespecjalnie lubi atakować otocznie uperfumowanej osoby. ;) W miarę upływu czasu oczywiście słabnie.
Bardzo komfortowy i na wszystkie okazje.

Trwałość: bardzo podobna, jak w przypadku wody dla kobiet; może tylko z czasem po-projekcji skróconym o jakieś dwie lub trzy godziny.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (i skórzana)

Skład:

Nuta głowy: szafran, neroli
Nuta serca: kumaryna, morela, fiołek, ambra
Nuta bazy: paczuli, skóra, oud indyjski
___
Dziś noszę właśnie Tobacco Blaze.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. To Sjesta autorstwa Brytyjczyka, Johna Fredericka Lewisa, którą zaczerpnęłam STĄD.
2. Autorem W kawiarni jest Pan o nazwisku Carl Friedrich H. Werner; reprodukcję cytuję za Fine Art Library.
3. Ostatni obraz również powstał dzięki talentowi Wernera, nosi tytuł Pracownia artysty, Wenecja, 1855 i na mojego bloga przywędrował STĄD.

środa, 27 listopada 2013

Zimowe zaklęcie


Choć czasu dziś trochę mało, pędzę z obiecaną recenzją. Choćby dlatego, że [jak trafnie przepowiedziała onegdaj Patrycja-Perfumoholiczka ;) ] ze wczorajszego śniegu ostały się zaledwie symboliczne resztki a tej nocy ma spaść co najwyżej marznący deszcz. Tylko, że on do Musk od Etro ma się nijak...

Piżmo to biel, czystość, pewna delikatna tkliwość; jasna cielesność podszyta mydlaną świeżością, osnuta na ramie z wszechobecnego akordu drzewnego, równie białego i klarownego, co reszta składników. I jest to drewno przede wszystkim syntetyczne, zdecydowanie Iso E lub coś podobnego, ułożone wszelako na miękkich słodkościach sandałowca oraz gwajaku.


Klimatem Musk bardzo przypomina mi powyższą ilustrację, to znaczy doskonale zbilansowane: czysty chłód śniegu, swojską nienachalną chropowatość drewna, ciepłą przytulność piżma oraz wyraźny acz nienarzucający się słodki dymek. Idealna sceneria dla idealnego zapachu, chwili uchwyconej w pachnidle identycznie, jak przy pomocy aparatu fotograficznego. [I nie przeszkadza mi, że anonimowy perfumiarz lub perfumiarka oraz ich zleceniodawcy mogą nie mieć o tym pojęcia. ;) ] Coś niezwykle ulotnego i właśnie dzięki swojej kruchości - pięknego.

Kompozycja otwiera się nietypowo jak na dzisiejsze czasy, bo niepozornie, jakby cichym szeptem. Miękką jasnością wschodzącego zimowego słońca. To lekkie oraz nadzwyczaj dyskretne akordy cytrusowe, trochę jakby zawstydzone i od pierwszej chwili pokorne wobec piżma, jednocześnie mydlano-zwierzęcego, lekko pieniącego się ale też i pierzastego, odrobinę tylko silniejszego aniżeli cytrusy. Które znikają z naszej skóry tak dyskretnie, że nawet tego nie zauważamy. Po prostu w pewnym momencie stwierdzamy, że składnikowi tytułowemu towarzyszy już fascynująco precyzyjny choć miękki, dosyć futurystyczny akord iso e super. Za nim zaś jak cień podążają pozostałe drewna, już bardziej naturalne. Zauważam jasność starych cedrowych desek czy odrobinę nasyconego, wypolerowanego na gładko indyjskiego sandałowca; jednak najważniejszy wydaje się akord gwajaku, słodkiego, lekko oleistego oraz zdecydowanie ciemnego, w miarę upływu czasu od niejadalnego deseru zmierzającego ku słodkiemu, dosyć ciężkiemu dymowi. Towarzyszące im piżmo schodzi w tym miejscu na drugi plan i chociaż wciąż jest wyraźne, i choć nadal promieniuje ciepłem odbitym od ludzkiego ciała, to już nieodwracalnie wtopiło się w drewna.
Gdzieś na przełomie serca i bazy pojawia się efemeryczny akcent zielonego roślinnego soku, ni to białokwiatowego, ni pochodzącego z żywych drzew południowych. Jednak znika zbyt szybko, bym miała okazje przyjrzeć mu się bliżej; jak to efemeryda. ;) Wiem za to, że im dłużej pachnidło przebywa ze mną, tym silnie piżmo oraz jasne, ciepłe drewna scalają się w jedność, łagodną mieszankę roślinno-zwierzęcą, całkowicie pozbawioną agresji, statyczną oraz trochę nostalgiczną. Nawet składnik tytułowy ujawnia swoje białe strony, powoli zmieniając się w pyłek (lub może raczej puder na ludzkim ciele). :) Zaś do dymno-drzewnej słodyczy oraz sandałowcowej głębi dołącza znów nuta drzew syntetycznych, przynosząca tym razem więcej akordów papierowych. Całość jeszcze bardziej blaknie, rozpływając się w otaczającej nas przestrzeni. Im cieplejszą wydaje się baza, tym bardzie Piżmo słabnie, unieważniając samo siebie.

Abstrakcyjna, miękka śnieżna jasność, złamana biel kompozycji powoli przejmuje kontrolę nad całym światem mimo, iż wie, że jej czas już minął. Zimowa, pełna spokoju baśń.
Błogość ostatniej pory roku. Nawet teraz robię się senna. :)

A przecież nie mogę jeszcze iść spać. Skoleboller same się nie polukrują . ;) Zimą nawet moja kuchnia spogląda w stronę Skandynawii.
Chyba właśnie zrozumiałam, dlaczego oprócz słodkości w nadchodzących miesiącach będę łaskawszym okiem spoglądać także na pachnidła piżmowe. Gdyby śnieg mógł być ciepły, i gdyby nadać mu rys zmysłowości... Ach! :)
Kocham zimę.


Rok produkcji i nos: 2004, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o ograniczonej mocy; tworzy aurę dosyć gęstą choć niezbyt nachalną; z czasem coraz bardziej transparentny.
Naprawdę świetny umilacz codzienności, nie tylko dla miłośników zimy ale także (tak podejrzewam) ich zupełnych przeciwieństw. ;) Na każdą możliwa okazję, wystarczy tylko - jak zawsze - odpowiednio dobrać dawkę. :)

Trwałość: niezła, bo w granicach dziesięciu-trzynastu godzin

Grupa olfaktoryczna: piżmowo-drzewna



Skład:

Nuta głowy: werbena, bergamotka, grejpfrut
Nuta serca: drewno cedrowe, drewno gwajakowe, (iso e super?)
Nuta bazy: drewno sandałowe, piżmo
___
Dziś La Yuqawam Orchid Prairie od Rasasi.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/423056958717689910/
2. http://www.pinterest.com/pin/423056958717689907/

wtorek, 26 listopada 2013

Najwyższy czas

...zaprosić zimę do swojego domu! :D


Dziś pierwszy śnieg. Okrywa cały świat cudną białą czapą, chwilowo unieważniając wszystko, co w naszej przestrzeni brzydkie oraz szare. Chciałam pochwalić się przed Wami zimą we własnym ogrodzie i okolicach, jednak pada tak gęsto, że zdjęcia co do jednego okazały się niewyraźne; nawet te robione z perspektywy okna. :) Trudno więc.

Właśnie z okazji zimy zmieniłam swoje plany zapachowe na dziś i przystąpiłam do intensywnych testów Musk od Etro, najbardziej białego z białych oraz najwyraźniej zimowego z zimowych zapachów, jakie znam. O nim jutro.
Ciekawe, czy dzisiejszy śnieg doczeka jutrzejszej recenzji, czy niekoniecznie? ;) Zresztą i tak już mnie ucieszył.

A teraz wracam do pracy.
___
Dziś... ale o tym powyżej. :)

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://arquitetura-pessoal.tumblr.com/post/13203063008/wallacegardens-snowy-holiday-by-tim-walker

niedziela, 24 listopada 2013

Kup Pan perfuma!

I Pani też niech kupi. To nowość, nie ma jej nawet jeszcze w Seforach ani Daglasach ale tylko tu i teraz, okazja! Dostaniecie go za mniej, niż połowę sklepowej ceny. Taka szansa może się już nie powtórzyć! Proszę, to flakon dla Pani i Pana. A teraz osiemdziesiąt złotych poproszę. To w końcu niewiele za tak drogi, luksusowy produkt, prawda?
Tu pojawia się uśmiech tak wielki, że na jego widok Julia Roberts niechybnie wpadłaby w kompleksy. :D

Któż z nas nie brał kiedyś udziału w podobnej scence? Na miejskim deptaku, przed hipermarketem, na molo podczas wakacyjnego wyjazdu... Czy skorzystaliście z okazji? ;)


Kupowanie i używanie podróbek perfum jest złe, wie to każdy miłośnik zapachów. Jednak dlaczego jest złe? Przecież - jak zapewne powie Wam zwolennik bazarowych Charneli czy Hogo Boosów nabijając się z Waszej niechęci wobec podrób - naiwnie płacimy tylko za logo na opakowaniu czy butelce, snoby pieprzone! Nabijamy kabzę wielkim koncernom, przepłacamy za coś, co możemy dostać znacznie taniej, pozwalamy reklamie sobą manipulować i tak dalej.

My jednak wiemy swoje: wspieranie przemysłu podróbkowego to udzielanie przyzwolenia oszustom, skrajna postać cynizmu konsumenckiego, jednym słowem: coś bardzo nieetycznego.
Lecz z etyką jest jak z yeti, wszyscy o niej mówią ale nikt nie widział. ;) Lub jak z cholesterolem: wszyscy mówią, nikt nie widział jego samego ale za to bardzo łatwo zauważyć efekty jego nadmiernego spożycia. Yeti, cholesterol oraz etyka to dla wielu pojęcia tak abstrakcyjne, że myśląc o nich łatwo wzruszyć ramionami i stwierdzić: "a co mnie to obchodzi?" Dlatego myślę, że zamiast o samym terminie, tak szerokim że aż niejasnym, warto mówić o jego efektach: jak nieetyczność producentów podróbek wpływa na nasz świat?

Aby poszukać odpowiedzi, najprościej będzie podążyć za jednym z podstawowych pytań przy każdej detektywistycznej robocie: kto na tym skorzysta? Skąd właściwie biorą się podróbki, kto zarabia na ich produkcji, na co przeznaczane są zyski pochodzące ze sprzedaży podrobionych towarów luksusowych?


Odpowiedzi na powyższe pytania znalazłam wczoraj w książce Dany Thomas Luksus. Dlaczego stracił blask. Autorka, znana amerykańska dziennikarka modowa [z gatunku: "Miuccia Prada powiedziała mi...", "Prezes LVMH twierdzi, że...", "Jak wyznał mi kiedyś Tom Ford..." - czyli pierwsza liga dziennikarska], poświęciła kilka lat na zbadanie kwestii, dlaczego produkty dostępne niegdyś dla wąskiej grupy elit naszej cywilizacji są dziś popularniejsze, niż kiedykolwiek indziej w historii i jak ta popularność odbija się na ich jakości. Skąd się wzięła, kto i dlaczego ją napędza, pielęgnując jednocześnie mit najwyższej jakości oraz prestiżu, jaki ma nabywcom zapewniać towar z logo znanej firmy?

Jedną z poruszanych w tym reportażu ze świata produktów (już niezbyt) elitarnych kwestii jest naturalna odpowiedź na komercjalizację dóbr luksusowych oraz poszerzanie klienteli znanych marek o klasę średnią - podróbki. I choć Thomas w swojej książce zajmuje się przede wszystkim ubraniami, butami oraz dodatkami, wszystkimi produkowanymi pod szyldem najbardziej znanych domów mody oraz grup kapitałowych w rodzaju wspomnianego LVMH, to przecież także perfumy można zaliczyć do tego grona. Szczególnie, że w ciągu ostatnich lat [zbieranie danych D. T. ukończyła w okolicach przełomu lat 2006/2007] ekspansja przemysłu perfumeryjnego rośnie. Tego oficjalnego, sprzedającego swoje produkty legalnie w perfumeriach oraz jego przeciwieństwa, producentów podrób.
Czyli właściwie kogo?

Cui bono? Kto skorzystał?


"Najbardziej popularną i lukratywną działalnością jest kopiowanie najlepiej rozpoznawalnych marek, noszących znane wszystkim logo. Przy Canal Street w Nowym Jorku, Santee Alley w Los Angeles, na bazarach Marrakeszu i Stambułu, na plażach Lazurowego Wybrzeża, na pchlich targach, w Internecie (...) można dostać podróbki toreb Louis Vuitton, okularów Gucci i plecaczków Burberry. Ludzie kupują jak szaleni. Produkcja nielegalnych kopii rozrosła się do rozmiaru globalnego przestępstwa, dokonywanego na wielką skalę przez syndykaty kryminalne, zajmujące się również handlem narkotykami, przemytem broni, prostytucją dziecięcą, handlem ludźmi i terroryzmem. FBI jest podobno zdania, że atak na World Trade Center w 1993 roku był finansowany ze sprzedaży podrabianych koszulek trykotowych w sklepie na Broadwayu w Nowym Jorku. Szef Interpolu, Roland K. Noble, przedstawił senatowi USA sprawozdanie dowodzące, że dochody ze sprzedaży podrabianych towarów szły na działalność terrorystyczną Hezbollahu, paramilitarnych grup terrorystycznych w Irlandii Północnej i Rewolucyjnej Armii Kolumbii, tzw. FARC. Jeden z oskarżonych o zamach bombowy na pociągi w Madrycie w 2004 roku jest, jak twierdzi znajdująca się w Anglii organizacja walcząca z nielegalnym kopiowaniem, znanym fałszerzem towarów.

Istnieją dowody, by przypuszczać, że nowojorski 11 września też był powiązany finansowo z gangami zajmującymi się fałszerstwami towarów. Tydzień po ataku terrorystycznym zwinęło się około półtora tysiąca straganów sprzedających podróbki w Tri-Border Market w Ameryce Południowej, gdzie obraca się 70 milionami dolarów dziennie. Stragany te (...) były własnością al Kaidy. Podczas rewizji w sklepie na Manhattanie, prowadzonym przez obywatela z kraju Bliskiego Wschodu i obracającym podrabianymi torbami i zegarkami, znaleziono podręcznik obsługi samolotów tudzież inne podejrzane poradniki techniczne. »Dochody z podrabiania towarów stanowią jedno z trzech głównych źródeł finansowania międzynarodowego terroryzmu«, twierdzi Magnus Ranstorp, były szef Centrum Badań nad Terroryzmem i Przemocą Polityczną na uniwersytecie St. Andrews w Szkocji".

Dana Thomas, Luksus. Dlaczego stracił blask, przeł. Elżbieta McIver, Warszawa 2010, s.275-276
[wytłuszczenia tekstu są mojego autorstwa]


I nagle zrobiło się jakoś mniej komfortowo, nie uważacie?
Dyskusja o etycznej stronie kupowania podróbek z poziomu abstrakcyjnego nawijania o wartościach tudzież przyzwoitości i naiwności szybko przechodzi w stronę konkretów, od których włos się jeży. Oraz argumentów, których wartości nie sposób wyśmiać ani zbyć lekceważącym wzruszeniem ramion.

Bo wierzę, że wszystkie opisane powiązania świetnie da się podciągnąć także pod handel podróbkami perfum czy kosmetyków znanych marek, jakby nie patrzeć: produktów luksusowych, wciąż otaczanych nimbem elitarności, których popularyzacja oraz sprzedaż (mam na myśli oryginały) przebiega dokładnie tak samo, jak opisywanych w książce Thomas tekstyliów oraz dodatków modowych. Uważam, że naiwnością byłoby sądzić, iż produkcję perfum podrobionych uskutecznia jakiś niechętny establishmentowi "przeciętny obywatel" lub artysta, którego wkurza promowanie przez znane marki miernoty. Gdyż w rzeczywistości druga z wymienionych osób założy własną markę niszową, aby tworzyć Sztukę przez duże S i nie musieć pracować dla zwolenników przeciętności, natomiast pierwsza prędzej zbojkotuje przemysł perfumowy w ogóle, niż zdobędzie się na dywersję; szczególnie, kiedy mowa o tak olbrzymiej skali, jak w przypadku branży podróbkowej.

Świat jest skomplikowany, moi Drodzy. :D Jeżeli więc myślicie (Wy lub ktoś z Waszych znajomych), że w praktyce nie ma większej różnicy między finansowaniem złodziei i morderców z organizacji terrorystycznych/mafii a tych chronionych przez prawo, grubych rekinów biznesu, pomyślcie: kiedy ostatnio państwo sprzedało Waszych rodziców na narządy lub kiedy Parfums Chanel skłoniło Was, byście nakręcili film porno z Waszymi dziećmi w rolach głównych? ;> Zastanowiliście się już?
Bo jeżeli chodzi o mnie, kiedy muszę wybierać, zdecydowanie bardziej wolę finansować popularyzację i dalsze obniżanie jakości produktów luksusowych, niż kolejny atak terrorystyczny. Czemuś daleko mi do komiksowego Jokera. :]

Poza tym nie od dziś wiadomo, że struktura mafii przypomina piramidę, co czyni ją aż nazbyt podobną do firm sprzedaży bezpośredniej, jak Avon czy Oriflame. Dlaczego więc gangsterzy nie mieli próbować szczęścia w branżach Avonu oraz Oriflame? ;)
Co zresztą od lat robią. Jak widać, ze znakomitym skutkiem. :]

Na koniec mały bonus. Oto fotografia z Faridabadu w północnych Indiach, gdzie przeszło rok temu policja zlikwidowała fabrykę podróbek perfum:


Jakoś nie wygląda to na zawartość laboratorium Jean-Claude'a Elleny świata podrób, jak myślicie? ;) Ani nawet nie na reklamę perfum marki Bi-es. Przypomnijcie sobie to zdjęcie, kiedy znów ktoś zaproponuje Wam kupno "perfuma".
___
Dziś Skin on Skin marki L'Artisan Parfumeur.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.wspolczesna.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20130103/REG00/130109905&sectioncat=photostory9
2. http://blog.makeuplab.eu/?p=1485
3. http://www.policja.pl/pol/aktualnosci/48222,dok.html
4. http://koszalinek.pl/nowosci,informacje_z_koszalina,7,1,podrobione_perfumy_i_odziez_wart,2706.html
5. http://faridabadmetro.com/2012/05/05/faridabad-police-busts-fake-perfume-racket/

sobota, 23 listopada 2013

Wiedz, że coś się dzieje, part łan

Patrzyłam ostatnio na swoje próbki i czułam, jak ogarnia mnie czarna rozpacz. Ile cudowności do opisania!
Intrygujące, inteligentne lub wredne ale zawsze starannie złożone pachnidła o niszowym rodowodzie, kilka głównonurtowych Klasyków przez wielkie K [znalazłam m. in. nienaruszoną firmową próbkę Gucci Eau de Parfum, więc spodziewajcie się recenzji! :) ] oraz parę przyjemnych, wartych większej uwagi premier z ostatnich miesięcy. Znalazłam też całkiem sporo chłamu.

I to właśnie na jego widok doznałam olśnienia. :) Dlaczego by nie powrócić do pisania o zapachach mainstreamowych, tak dobrych jak i nieudanych? ;> Pierwszych, bo warto, drugich dla zgrywy?
Zatem zgodnie z równie tradycyjnym co stereotypowym polskim pesymizmem oraz skłonnością do schadenfreude postanowiłam w pierwszej kolejności zająć się porażkami - perfumami nędznymi, stworzonymi na odwal się, nudnymi jak flaki z olejem lub po prostu skrajnie nieprzyjemnymi dla mojego nosa. Kiedy więc zobaczycie poniższe logo...


...znaczy to, że możecie już szykować kubeł popcornu, pizzę w rozmiarze familijnym oraz pięć litrów coli i nastawiać się na rzeź. :D Lub choć małe, symboliczne biczowanko. :P

Na pierwszy ogień wystawiam Miss Dupont, marki S. T. Dupont: perfumy o zapachu najbardziej uniwersalnego płynu do zmywania naczyń, jaki istnieje.


Dawno temu pisałam, że klasyczne J'Adore to dla mnie płyn do naczyń o niesłychanej koncentracji i ma się do przypisywanej tym perfumom "uniwersalnej kobiecości" identycznie, jak szorowanie muszli klozetowej. Nieco później było o tym,Body od Burberry to praktycznie to samo, co J'Adore, tylko mniej silne. Miss Dupont to trzeci muszkieter do kompletu; lepszy o tyle, że wielofunkcyjny.

Bowiem tym razem stworzono nie tylko płyn do naczyń, zresztą równie świetlisto-świeży co pozostałe dwa przypadki, ale jednocześnie perfumy oraz napój orzeźwiający. A że przy okazji użytkownik będzie cuchnąć tanimi-a-stylizowanymi-na-luksusowe detergentami [Lenor Parfumelle et consortes], nieźle się wpieni a być może nawet otruje, to zaledwie drobiazg. Zmartwienie akurat nie producenta Miss Dupont.
Omawiane dzieuo sztóki jest co prawda mniej inwazyjne oraz trwałe od J'Adore, jednak dzieli z nim ten sam żenujący klimat, błędnie sugerujący użytkowniczkom, że tylko dzięki tej oto, prawdziwie wyjątkowej esencji mityczny świat luksusu oraz glamour stanie się także ich udziałem! Bla, bla, bla...

Iskrzy się toto jak fanty znalezione w gnieździe sroki, pyszni bogatymi nutami kwiatowo-pyłkowymi, pozwala umilić oraz ocieplić mięsistym miąższem brzoskwini, robi co może, żeby skusić czytelniczki tych wszystkich gazetek za pięć złotych, opisujących "Wielki Świat" celebrytów, podróże w egzotyczne miejsca oraz modę czy kosmetyki z najwyższej półki.
Jest miękko, cicho, przytulnie. Ot, nowoczesny pseudo-orient bez przesady: stworzyliśmy zapach zmysłowy ale jednocześnie lekki i świeży, doskonały dla każdej Prawdziwej Kobiety. Bla, bla, bla...
Nudy i tandeta.


Panna Dupątówna ewidentnie nie tylko nie tworzy nowej jakości, ona nawet za wzorcem podążyć nie potrafi, asekuracyjnie wsparta na papierowych drewienkach oraz puderku rodem ze szkolnego laboratorium chemicznego. Z kwiatów został tylko wątły ślad po wyparowanej wodzie, w której stały (dosyć długo zresztą, gdyż zdążyła całkiem prześmierdnąć).
I to wszystko. Strata czasu oraz miejsca na skórze.

Lecz jakby się kto pytał, to nieee! W dalszym ciągu utrzymujemy, że szyk, że klasa, że zmysłowość ale i świeżość, że marzenie, że książę na białym koniu, że wielkie pieniądze i/lub sława... Bla, bla, bla.
Luksus jak sto pińdziesiąt!
Tylko że wcale nie.


Rok produkcji i nos: 2010, ??
[jakoś mnie to nie dziwi :> ]

Przeznaczenie: zapach dla kobiet otaczający skórę zwartą, nieprzejrzystą aurą, po pewnym czasie bliskoskórny oraz rachityczny. Pozwólcie, że na tym zakończę. ;)

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna
[jaassssneee...!]

Skład:
[skomentowany zbiorczo przez ludzi z czasów, kiedy wciąż pamiętano, że nawet perfumy dla mas powinny być przede wszystkim dobre: KLIK]

Nuta głowy:  brzoskwinia, grejpfrut, galbanum
Nuta serca: drewno sandałowe, wetyweria, róża
Nuta bazy: wanilia, ambra
___
Dziś La Yuqawam Tobacco Blaze marki Rasasi.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. i 3. mój twardy dysk :)
2. http://www.greensign.pl/plyn-do-mycia-naczyn-domowy-ekologiczny-zrob-to-sam/

czwartek, 21 listopada 2013

Lojalnie uprzedzam

Dziś recenzji nie będzie, bo...


W związku z czym pachnę już nie tylko Shariną, lecz całym mnóstwem pokrewnych jej perfum. Dosłownie wszystkim! :D
Czyż to nie piękne? ;)

Save the day

O rety, rety! To już za dwa dni! [Przynajmniej w Wielkiej Brytanii...] Specjalny, jubileuszowy odcinek legendarnego serialu Doktor Who, kończącego w tym roku pięćdziesiąt lat.

W związku z tym wydarzeniem Persolaise, perfumowy bloger, autor oraz - jak się okazuje - Whovianin [Czy raczej Huwianin? Taki wygląd słowa mniej razi oczy?], stworzył dla portalu Basenotes fantastyczny przegląd kolejnych Doktorów oraz perfum, którymi bohater we wszystkich dotychczasowych wcieleniach mógłby się skrapiać, zlewać, oblewać a nawet pacyfikować Daleków, gdyby tylko chciał. ;)

Zajrzyjcie TUTAJ i przygotujcie się na parę minut szalonej, geekowsko-perfumoholickiej zabawy! :) Zabawy w rytm muzyki, najlepiej tej:



Przy okazji, gdybyście kiedyś przypadkiem usłyszeli ową melodię a potem zauważyli, że cichnie ona gwałtownie, kiedy tylko jakaś osoba odebrała telefon znaczy to, że widzieliście mnie. ;) I słyszeliście mój ukochany dzwonek. :D

Miłej lektury!
___
Dziś noszę Sharinę marki Rasasi. Co znaczy, że podróżuję w czasie i przestrzeni bez pomocy kosmity wyposażonego w soniczny śrubokręt oraz budkę policyjną większą w środku.

wtorek, 19 listopada 2013

Scena (nie całkiem) zbiorowa

Ponieważ dawno nie było wpisów impresyjnych, dziś nadrobię ową karygodną zaległość. ;) A pomogą mi w tym pachnidła, które na więcej uwagi z mojej strony czekają nieraz już od dawna, lecz doczekać się nie mogą. Zatem bez dalszych wstępów:

Caron, Pour une Femme

Agresywne cytrusy dodatkowo podrasowane transparentnym oddechem mydlanych aldehydów i wyostrzone suchą, tnącą powietrze wetywerią, z czasem mięknące i przechodzące w lekko słodką, nasyconą głębię kwiatów. Z róży oraz kwiatu pomarańczy wyciągnięto wszystko, co w nich najbardziej zmysłowe oraz cielesne, nie ignorując przy tym jednoznacznie roślinnej genezy akordów. A jeszcze później pojawiają się suche nuty drzewne, pięknie komponujące się z wetywerią i przygotowujące nas na nadejście kadzideł.
Jednak spokojnie, tutaj nic nie ma prawa zacząć się dymić, to w końcu wysmakowany, dorosły kobiecy szypr z niemal osiemdziesięcioletnim stażem na rynku; choć po wielu reformulacjach, nadal czuć w nim ducha, blask oraz namysł epoki sprzed agresywnej samowoli specjalistów od reklamy. Pour une Femme, chociaż z przytępionymi pazurkami, wciąż szczyci się bajeczną, bogatą oraz grafitowo-piżmową, lekko gorzką bazą; wciąż jest Dziełem.
Dystyngowana choć wyraźna projekcja oraz niezła trwałość tylko rzecz potwierdzają.

Skład:
kwiat pomarańczy, mandarynka, bergamotka, tynktura różana, kadzidło, wetyweria, drewno sandałowe, ambra, piżmo


Caron, Pour un Homme

Do ilustracji niniejszej impresji z premedytacją użyłam innej grafiki, niż słynna reklama ze znanym z agresywności francuskim rugbystą. Z dwóch powodów: po pierwsze, Pour un Homme może i jest zapachem oryginalnym, łamiącym konwencję współczesnego perfumiarstwa głównego nurtu, skupionego wokół nut słodkich, nieinwazyjnych, nudnych [więc wizja nieco demonicznego brodacza byłaby uzasadniona], lecz przecież Caron do głównego nurtu perfumeryjnego (już) nie należy; po drugie zaś te perfumy są tak bardzo naturalistyczne, tak kuszące niebanalnym pięknem natury, że próba wtłoczenia ich w jakiekolwiek celebryckie skojarzenia byłaby zbrodnią. To zapach z innej epoki.
Stworzony z organicznie czystej lawendy, współcześnie poza przytuliskami fanów kosmetyki naturalnej niemal niespotykanej. Chłodnej, roziskrzonej, bogatej; jednocześnie gorzkiej oraz pełnej mnóstwa ziołowo-drzewnych konotacji z cudownie animalnym podbiciem. Wyczuwam tu szałwię, tymianek, rozmaryn, odrobinę mięty, kolendrę a nawet szczyptę świeżo startej gałki muszkatołowej. A może to tylko złudzenie...? Trudno orzec. Grunt, że deklarowane w spisach nut wanilia a potem piżmo zdają się wynikać z bogactwa najważniejszego składnika mieszaniny, który przecież potrafi być zarówno słodko-pastelowy (gdy otwarcie przechodzi w  serce oraz trochę później), jak i ciemny intensywną zwierzęca suchością, pazurzasto-futrzany. Dookoła zaś gęsto padają pojedyncze krople tłustego olejku lawendowego.
Klasa i styl same w sobie. Pre-minimalizm dla mężczyzn, którzy nie boją się posądzeń o staroświecki gust.
Świetna trwałość, emanacja raczej skromna, szczególnie w późniejszych fazach.

Skład:
lawenda, wanilia, piżmo


Aedes de Venustas, Iris Nazarena

Kiedyś pisałam, że irysowy No. 18 od Chanel charakterem przypomina mi Płaczące Anioły z serialu Doktor Who. W ostatnich miesiącach świat perfum zaroił się od podobnego, pudrowo-gładkiego, w nieinfantylny sposób pastelowego irysa. Czyli Luca Turin ma rację donosząc o spadku cen komponentów perfumiarskich tworzonych z owego uroczego kwiatka. Choć oczywiście doceniam marki korzystające z okazji, ten konkretny trend zaczął mnie już nudzić.
Pewnie dlatego nie potrafię wykrzesać z siebie nawet cienia entuzjazmu wobec Iris Nazarena, choć to przecież przyjemne, dobrze skonstruowane perfumy. Drzewne, ziołowe, chłodne i wyważone. Na wskroś nowoczesne, potrafiące robić olbrzymie wrażenie bez epatowania luksusem; bogate lecz nie chwalące się rozmaitością tworzących je nut. A jednak nie mam ochoty rozbierać ich na części pierwsze, analizować rozkład poszczególnych elementów, podziwiać i (w razie potrzeby) punktować. No niechce misie po prostu. ;)
Więc zostawiam ów przyjemny, doskonale wyważony uniseks o krótkim sillage w spokoju. Jego twórca, Ralf Schwieger, z pewnością nie jest jednym z moich ulubieńców. :)

Skład:
anyż, jagody jałowca, nasiona piżmianu, irys, róża, goździki (przyprawa), skóra, oud, wetyweria, kadzidło, akordy drzewne oraz ambrowe


Montale, Crystal Flowers

Różany deser na syntetycznych piżmach, z mandarynkowym sokiem, oraz syntetycznie drzewnym błyskiem w tle. Zapach niczego sobie, bogaty oraz wyrazisty jak wszystkie produkty tej marki [tych marek? (tych marek, Montalek? :P )], z czasem topniejący w ambrowo-wanilinowym syropie, jednak czegoś w nim brakuje.
Najpewniej oryginalności. ;)

Skład:
konwalia, mandarynka, róża, ambra, piżmo



Montale, Intense Café

O, już zupełnie inaczej! :) Ciekawiej, jakoś.
Intense Café to ewidentne gourmand i ulep, jak się patrzy. Najpierw czujemy kawę, podrasowaną nutami drzewnymi oraz paczuli (męska linia perfum Muglera się kłania :) ), do których po chwili dołącza gęsta, przemożna róża o kandyzowanych płatkach. Razem tworzą niebezpieczny duet, jednak dopiero dodatek pyłkowej lecz jasnej wanilii czyni z nich prawdziwy gang, zdolny sterroryzować każdego w promieniu dobrych kilku metrów.
Jeszcze później róża zmienia się w bardziej konfiturową, miękką, do wanilii dołącza ambra by stworzyć akord poniekąd budyniowy, zaś paczulowo-drzewna kawa stygnie pozwalając, by ktoś do niej dorzucił jednocześnie lukrecjowe cukierki oraz zdecydowanie zbyt dużo miałkiego cukru.
Jeżeli nie jesteście fanami gatunku, strzeżcie się! ;) A i fanom radziłabym umiar; choć z pewnością przyjemnie będzie delektować się taką mieszaniną w zimne, wilgotne, szaro-wietrzne zimowe wieczory.

Skład:
róża i inne akordy kwiatowe, kawa, wanilia, ambra, białe piżmo

___
Dziś [poza grożącą atakiem w dowolnej chwili Intense Café ;) ] pachnę Elegance marki Avon.

poniedziałek, 18 listopada 2013

Kruchość chwili

Cóż jest bardziej ulotnego, wrażliwszego niż chwila? Na przykład dokładnie ta, w której czytacie moje słowa?
I już. Zniknęła. Nigdy nie cofniecie się do momentu tuż sprzed przeczytania dwóch pierwszych zdań niniejszego tekstu. Ten czas już nie wróci. O! I ten także. ;)

Co jednak, gdyby postarać się zamknąć obraz ulotności czasu we flakonie perfum? Nie wspomnienie konkretnej chwili lub wyobrażenie tego czy owego, lecz chwilę jako taką? Samą esencję owej nieostrej, względnej jednostki czasu? Dla mnie olfaktorycznym jej odzwierciedleniem okazało się Jasmine Musk z Piżmowej Kolekcji Toma Forda.


Perfumy piżmowe jeszcze niedawno były dla mnie niemal bez wyjątku gwarancją ciężkich przeżyć olfaktorycznych i dopiero od około roku uczę się ich różnorodności, barw, piękna. Chwile niechęci doń w większości przypadków mam już za sobą. :) Zdążyłam już oswoić się z nimi, poznać kilka najbardziej charakterystycznych przykładów, nauczyć się, czego mogę odeń oczekiwać. Zaczął się czas poznawania. Chwile trwające teraz i w przyszłości. Lekkie, pełne wdzięku ale też ulotne, jak wszystkie inne.

Dokładnie tak pachnie Jasmine Musk, perfumy o nucie piżma tak delikatnej, że początkowo nie sposób ją zauważyć. Co jest zrozumiałe, gdyż w otwarciu dominuje pierwszy człon nazwy pachnidła. :) Jaśmin jednocześnie suchy, słodkawy ale też przesycony charakterystycznym, seledynowym sokiem (tak pięknym w Jasmine Noir marki Bulgari), po jakimś czasie stopniowo wpadający w akordy żelazkowo-kumarynowe. Lecz z perspektywy olfaktorycznej uwertury jest to odległa przyszłość. :) Najpierw czuję słodycz oraz jaśminowość tak gęstą, iż ta konsystencją wydaje się przypominać śmietankę. Żeby jednak nie było zbyt nudno, pojawia się akord jasnego, wyrazistego lecz sztucznie trzymanego w ryzach sandałowca. Wszak to nie on powinien być głównym bohaterem Jasmine Musk. :)
Kiedy do jaśminu dołącza sypka ale wyraźna roślinna słodycz ylang-ylang, szybko podkreślona wanilią, gdzieś od tyłu, nieśmiało, pojawia się piżmo. Zrazu jasne i czyste, nadające wodzie miękkiej białej pudrowości, z czasem pokazuje charakter. Staje się ciemniejsze, ostrzejsze, zbacza gdzieś w orientalne rejony rozgrzanej sierści dzikiego kota. Lecz jednocześnie cały czas pozostaje kwiatowe, rozbielone intensywnym jaśminem [właśnie teraz flirtującym z niby-kumaryną] oraz ogrzanych i wygładzonych ciepłą słodyczą w stylu cukru waniliowego domowej roboty [z duużą ilością waniliowych ziarenek]. Zaś jeszcze później daje się zauważyć, iż Jasmine Musk biegnie w dwóch, pozornie przeciwstawnych, kierunkach: staje się coraz delikatniejsze, ożywione pastelową jasnością czegoś cytrusowego ale jednocześnie wpada w plastyczną, pozłocistą miękkość labdanum z akordem ambrowym pospołu, obu doskonale czystych, o cielesności zrewidowanej do minimum. Za tę odpowiada jaśmin, z kumarynowego usiłujący zmienić się w kwiat indolowy (do czego jednak nigdy nie dochodzi), bliżej niezidentyfikowane nuty drzewne oraz piżmo. A do tego wszystkiego w bonusie dostajemy dość sporo staroświeckiego, sypkiego pudru o chemiczno-kwiatowo-piżmowym zapachu, opadającego bezgłośnie na opisany korowód nut.

Uf! Ależ to zajmujące perfumy. Kto by pomyślał, że coś, co wydaje się pachnidłem niewinnym oraz ulotnym, w istocie będzie ważyć niemało i zaświadczać o wielu rzeczach istotnych dla jakości naszego życia, naszego człowieczeństwa etc.? Lecz tym właśnie są chwile. Małe, niemożliwe do schwytania a przecież takie ważne. Jasmine Musk okazał się świetnym ich uosobieniem.
Znakomite perfumy, warte należytej uwagi.

Dziękuję, Lorieno! :*


Rok produkcji i nos(y): 2009, ludzie z Givaudan

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, układający się wokół ciała jako gęsta, silnie ukorzeniona aura, z czasem oczywiście słabnąca i rozmywająca się. Wówczas tez pachnidło robi się nieśmiałe oraz bliskoskórne.
Na okazje dowolnie wybrane, o ile nie będziecie szaleć z dawką; jednak szczególnie pięknie Jasmine Musk prezentuje się po zmroku, przy okazji wszelki Ważnych Okazji. :) Jednak to subiektywna opinia i same (sami?) musicie sprawdzić, kiedy będzie Wam w nim najlepiej.

Trwałość: najsłabszy punkt JM; około pięciu-sześciu godzin [a przy opisanym bogactwie nut chciałoby się pachnieć co najmniej drugie tyle ;) ]

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-piżmowa (oraz drzewna)

Skład:

jaśmin, ylang-ylang, kłącze irysa, wanilia, drewno sandałowe, paczuli, wetyweria, labdanum, ambra, piżmo
___
Dziś Blue Encens od Comme des Garçons.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.flickr.com/photos/danske/3204601865/sizes/z/in/faves-littlenutbrownhare/

czwartek, 14 listopada 2013

Północny szlak


Think North? Oooj, taaak...! ;) Tak, tak, tak, tak, tak, tak, tak! :D
Oto pomysł w sam raz dla mnie, skrojony idealnie do moich potrzeb. Podobnie, jak sama Północ, świat surowej, zapierającej dech w piersiach przyrody oraz wpasowanej w nią drewnianej architektury. Nawet północna, rybna dieta odpowiada mi bardzo. :) Ów świat, w odróżnieniu od wulgarnego, wybujałego, wrzaskliwego oraz męczącego niczym tydzień sam na sam z osobą z ADHD [dla introwertyka to istny koszmar. Po pięciu dniach zaczyna się planować morderstwo. :> ] Południa, zdaje się kryć w sobie więcej nostalgii, tajemnic, drapieżnej inteligencji. Cóż, mroczne skandynawskie kryminały i tamtejsza epidemia depresji nie wzięły się znikąd; jednak o nich pisać nie zamierzam [a zależność dobrego humoru od ilości światła słonecznego z premedytacją ignoruję ;P ]. Skupię się za to na pięknie europejskiej Północy, do której nawiązuje także najnowsza seria pachnideł marki D.S. & Durga, o wdzięcznej nazwie HYLNDS [spróbujcie to głośno wypowiedzieć; brzmi zupełnie, jak "co się gapisz?", wypowiedziane głosem skandynawskiego dresa z bejsbolem w łapie ;) ].

Cykl w sam raz dla mnie! Cieszyłam się nań, odkąd po raz pierwszy przeczytałam o amerykańskim trio, które zresztą już wkrótce zmieni się w kwartet, dzięki Spirit of the Glen. Dziś jednak opiszę trzy pierwsze zapachy. Bardzo miłe, zastanawiające oraz... całkowicie w poprzek moich oczekiwań. :)
Zatem i ja odsunę się troszkę od twórczych ścieżek Davida Moltza, którego inspirowały raczej północne terytoria Wysp Brytyjskich oraz charakterystyczne dlań rodzaje whisky (i whiskey ;) ), by zaprosić Was w krótką podróż w krajobrazy Norwegii, Islandii oraz rosyjskiej Syberii.


Zaczynam od wakacji w Norwegii, które mnie przywodzi na myśl Isle Ryder, pachnidło inspirowane mitami Celtów oraz Skandynawów [ba! tylko którymi? ;) Byłabym wdzięczna za szczegóły]. Z pozoru coś surowego, ostrokanciastego, matowego lecz w istocie umajonego, zmiękczonego oraz nabłyszczonego niespodziewanym dodatkiem białych kwiatów, na Północy zdolnych żyć tylko w oranżeriach. :)
Prawdziwe, urokliwe, pełne wdzięku lato.

To niezwykłe, jak bardzo zmienia się ów zapach od pierwszej chwili na skórze - kiedy jest jednocześnie matowy, świetlisty, skrzypiący oraz w bardzo niebanalny sposób dziewczyński - przez dojrzało kwiatowe, nieco maślane rozwinięcie aż po bazę, głęboką, nieco kumarynowo-drzewną, ożywioną akordem krystalicznej słodyczy. Miło jest wtulić się w zieleń bylin oraz innych świeżych roślin, która z czasem ewoluuje w seledynowo-białą woń jaśminu wielkolistnego oraz dosłownie odrobiny miodowej tuberozy, ciekawie skontrastowanej narcyzem [a może to frakcjonowany heliotrop...? dlaczego we współczesnym perfumiarstwie wszystko jest tak nieoczywiste??] i deklarowanym w spisach nut janowcem.
Im później, tym kompozycja robi się cieplejsza ale jednocześnie bardziej jakby.. postrzępiona? Sucha ale przecież cały czas słodko-jasna, niewinna, opisująca kruche piękno lata na Północy. Tu pojawia się cień żywicy drzew iglastych wtulony w sprężyste, miotlaste pałki tataraku i osłodzony jasnym miodem. Gdzieś głęboko pod spodem śpi quasi-żywiczny, ciepły ambroksan.

Lubię ten typ. Bo choć Isle Ryder opowiada o lecie, to przecież jest to lato bardzo niedosłowne, jakże inne od wygarbowanego w naszych mózgach stereotypu. Delikatne, subtelne, ciche. Lato tak kruche, że wystarczy mocniej nań dmuchnąć, zachować się głośniej, aby je spłoszyć. O identycznym typie urody przeczytałam kiedyś w pewnej rosyjskiej powieści fantasy: "aby dostrzec takie piękno, trzeba wcześniej upaść przed nim na kolana".
Więc padam. Otulona jasnym, przejrzystym i delikatnym kokonem zapachu.


Niespodzianką okazała się dla mnie także kompozycja pod tytułem Bitter Rose, Broken Spear. Bo choć znając nazwę oczywiście spodziewałam się goryczy, jednak nie takiej. ;) Co prawdę mówiąc wydaje się jeszcze dziwniejsze, kiedy zaznajomimy się ze spisem nut, w którym zioła, przyprawy i popiół aż nadto wyraźnie sugerują cierpki charakter różanego otoczenia. Więc sama nie wiem, skąd moje zaskoczenie.
Może po prostu z konfrontacji realiów z przyzwyczajeniami..? Ostatecznie róża w niszowym wydaniu, zaserwowana "na wytrawnie" to kwiat z oudem lub skórą; albo gorącym, przyprawowym paczuli; krótko mówiąc: Orient. Tymczasem tu o żadnej wschodniości nie może być mowy. Bitter Rose, choć piękna, szkarłatnopłatkowa i okazała, cały czas pozostaje nieodrodnym dziecięciem północnej przyrody.

Pewnie dlatego już od pierwszej chwili pachnie całkiem, jak kwiat wetknięty między suche ale ciepłe akcenty suszonego tymianku oraz majeranku, miękki ale już pokazujący pierwsze szramy oraz wulkaniczną porowatość podłoża. Mija kilka minut i nic już nie kryje surowego islandzkiego krajobrazu, stworzonego z wątłej równowagi przeciwstawnych żywiołów: chłodu morza i lodu przełamanego ogniem prosto z wnętrza Ziemi. Tu kwiat zapada się głęboko w metaliczno-kamienne podłoże, zaś gorzkie zioła przygotowują nas na ofensywę zimnego, jakby morskiego pieprzu [chodzi o przyprawę wpasowaną w krajobraz rodem z niszowych interpretacji morskiego brzegu], matowej goryczki gałki muszkatołowej oraz gorącego, roślinnego popiołu. Dużych, dużych ilości popiołu, przetykanego czerwonymi drobinami żaru. W pewnej chwili omawiana mieszanka pachnie zupełnie, jak Burning Leaves Brosiusa z mikroskopijną ilością olejku różanego w tle. :)

Oczywiście w miarę upływu czasu, dzięki ciepłocie ludzkiego ciała moc popiołu słabnie, by w końcu samemu nabrać cech cielesnych. Pojawia się gładki, leciutko słodki akord ambrowy (znów ambroksan?), tym razem jednak złączony ze złocistym, niezbyt mocnym labdanum. Miesza się to z nutami goryczki suchej i pylistej, systematycznie jednak stygnącej, oplatając różę już nie tak okazałą i esencjonalną jak na początku. W tej chwili kwiat przypomina dzieło natury, jej zdumiewający wybryk, nakazujący przetrwanie roślinie wystawionej na działanie ekstremalnych warunków. W porównaniu z dosłownym pięknem kwiatu w otwarciu mieszanki ta róża przypomina raczej dzikie jabłuszko położone tuż przy dorodnym, chrupkim i czerwonym Glosterze. Niemniej jednak jest, ciesząc powonienie i zlewając się z mineralno-korzenną wytrawnością czy miękką jasnością ambry i labdanum.
Już u schyłku pachnidła zauważam jeszcze jedną, cichą i niepozorną nutę: drzazgi jasnego, przesuszonego drzewa, nieśmiało wciśnięte w kąt, choć przecież bez nich finał recenzowanej wody nie byłby tak delikatny i wdzięczny. Skąd się wzięły? Nie wiem, może to resztki złamanej włóczni? ;) Grunt, że jest pięknie, choć u schyłku zbyt cicho jak na moje gusta.


Ostatnia podróż w północne klimaty zaprowadzi nas na Syberię, ku Pale Grey Mountain, Small Black Lake. :) Gdzie czeka nas kraniec aromatycznego lasu, niemal baśniowa, stanowczo niejadalna słodycz owoców a później już tylko mgliste powietrze, przeszywający chłód wilgotnej jesieni oraz bezkresna przestrzeń. Ludzi ni zwierząt nie zanotowano. I dobrze.

W otwarciu przewija się mnóstwo akordów, których nie potrafię nazwać. Ziołowa suchość, delikatna słodycz bladych, niewielkich kwiatuszków oraz ogólne nasycenie krajobrazu dziwną, fascynującą magią. Istny szał uniesień, choć w zdecydowanie skromnej formie, dzięki której działająca na zmysły roślinna bezpośredniość perfekcyjnie unika mielizn tandety, na których niechybnie musiałaby osiąść jako pachnidło stworzone za pomocą aromatów soczystej, wybujałej południowej flory. Czasami północna niepozorność jest dobrem nie do przecenienia.
Ot choćby wtedy, kiedy znajdziemy na naszej drodze miękką, aksamitną słodycz, ni to kwiatową, ni owocową. Zdumiewającą, kiedy tylko się pomyśli, iż jej źródłem potrafi być coś tak drobnego i łatwego do przeoczenia, jak dzikie jeżyny. Czarowna słodycz - zbyt skromna, aby się nią nasycić, o smaku i aromacie skondensowanych w maleńkim ciele aż do granic ostateczności. Urocza i niecodzienna, stopniowo przechodząca w zimną, fiołkowo-ziemistą, wodno-drzewną (jakby cedrową) bazę, zdającą się być ndrobnym urywkiem znacznie większej przestrzeni. Całość zaś okazuje się mieszaniną bogatą, złożoną ale jednocześnie delikatną. Tylko nazbyt bliską ciału.
Pale Grey Mountain, Small Black Lake - od baśniowego szczegółu do przejmująco chłodnego, zamglonego ogółu. Olfaktoryczny krajobraz w pigułce. :)


Isle Ryder

Rok produkcji i nos: 2013, David Seth Moltz

Przeznaczenie: zapach uniseksualny nie tylko na lato. :) Nie tylko dla miłośników niebanalnej lekkości, na każdą okazję oraz porę dnia.
Pachnidło tworzy wokół ciała dosyć wyraźną aurę, z czasem niestety zbyt wtula się w nas, zanikając szczególnie pod wpływem zimna [niezły paradoks, prawda? ;) ].

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: pączki topoli, szyszki jodłowe, wiązówka błotna
Nuta serca: janowiec ciernisty, norweski świerk, jaśmin
Nuta bazy: przytulia wonna, akordy miodu pitnego oraz sitowia (czyżby tatarak?)


Bitter Rose, Broken Spear

Rok produkcji i nos: 2013, David Seth Moltz

Przeznaczenie: również uniseks (pomimo udziału róży wyróżnione zostały stereotypowo męskie akcenty kompozycji), o emanacji początkowo intensywnej, z czasem redukującej się do aury, by w ostatniej fazie położyć się dosłownie na ciele nosiciela.
Na okazje dowolnie przez nas wybrane, choć mnie idealnym tłem dla BRBS wydaje się wszystko, co nieformalne, kiedy można pozwolić sobie na perfumy niecodzienne, dziwaczne.

Trwałość: także w okolicach pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: dziki górski tymianek, pieprz kubeba, akord żaru
Nuta serca: gałka muszkatołowa, gorzka róża (?), oset
Nuta bazy: drewno modrzewiowe, akord płynnego żelaza, ambra


Pale Grey Mountain, Small Black Lake

Rok produkcji i nos: 2013, David Seth Moltz

Przeznaczenie: zapach również zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn, ze szczególnym uwzględnieniem miłośników nut wodnych raz nowoczesnych paprociowców (ten tutaj to bardzo charakterystyczny, wyjątkowo piękny przypadek tworu z owej kategorii :) ). Bardzo bliski skórze, lecz  bez trudu wyczuwalny nawet po kilku godzinach od aplikacji, wystarczy smyrnąć nosem po skórze. ;)
Na wszystkie okazje.

Trwałość: około trzech-czterech godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz wodna)

Skład:

Nuta głowy: porosty, "mgła osnuwająca kamień" [proszę ja Was ;) ], rdest ostrogorzki
Nuta serca: wrzos, kwiat jeżyny, fiołek błotny, drewno bukowe
Nuta bazy: akordy morskiego powietrza oraz lodowatej wody, portulaka
___
Dziś noszę (a raczej nosiłam) właśnie Isle Ryder.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://theroadtogetthere.tumblr.com/post/31773660952
2. http://www.pinterest.com/pin/423056958715781461/
3. http://xavierjamonet.deviantart.com/art/Colors-at-Thingvellir-196669862
4. http://www.pinterest.com/pin/423056958715697044/

wtorek, 12 listopada 2013

Oblicza Bogini


Figurki paleolitycznych Wenus - do czego służyły, kto je tworzył? W ciągu minionych lat naukowcy wyróżnili mnóstwo teorii, od gadżetów pornograficznych po niezbity dowód na uniwersalność kultu Wielkiej Bogini. Do wyboru, do koloru.

Cóż, w mojej opinii posążki równie dobrze mogły pełnić tak pierwszą, jak i drugą funkcję. :) Wszak bardzo możliwe, iż społeczności epoki kamienia charakteryzowała zupełnie inna mentalność, niż nas - skażonych patriarchalizmem, traktujących ludzkie [wciąż jeszcze przede wszystkim kobiece] ciało wyłącznie jako przedmiot seksualny, od stuleci rozdartych przez żałosną, wydumaną, stworzoną na siłę sprzeczność między "świętością" matki a "lubieżnością" kurwy. Ludzie sprzed dziesiątków tysięcy lat zwyczajnie nie mogli myśleć w podobny sposób, gdyż ich świat zbyt silnie powiązany był z prawami natury; przetrwanie "swoich", własnej grupy plemiennej było tak bardzo uzależnione od zdolności reprodukcyjnych, że seks, płodność oraz macierzyństwo po prostu musiały wiązać się z władzą lub choć spotykać się z identycznym społecznym poważaniem.
Dlatego nie lubię szufladkowania ani gradacji teorii odnośnie genezy paleolitycznych Wenus. Zbyt silne jest moje wrażenie, że przekonania jakoby Wenus stanowiły przykład "tylko" pornografii (a więc, stereotypowo patrząc, znaczenie zaniżone) lub "aż" powszechnego pierwotnego matriarchatu (znaczenie zawyżone?), to przede wszystkim całkowicie błędna kalka naszego świata oraz mentalności, stosowana do świata oraz mentalności ludzi sprzed trzydziestu tysięcy lat. O których wiemy zdecydowanie zbyt mało, aby na siłę wpasowywać ich w mentalność antyczno-grecką oraz judeochrześcijańską tylko dlatego, że sami jesteśmy jej tworami.

Skąd nagle dopadły mnie te stare kobiece figurki? Ano, ze stereotypu. :D Z tym, że prywatnego: gdzieś tam, kiedyś, dawno temu skojarzyłam je sobie z kultem Wielkiej Bogini. ;) I kiedy powąchawszy po raz pierwszy Ondę marki Vero Profumo poczułam właśnie owo pradawne sacrum zespolone z macierzyństwem oraz pierwotną władzą nad życiem i śmiercią jednocześnie, od razu pomyślałam o paleolitycznych Wenus. :)


Trudno było mi zresztą od podobnych myśli się uwolnić. Choćby dlatego, że w Ondzie zauważam ducha identycznego, co w Patchouli Noir od Il Profumo, które swego czasu określiłam mianem łona Matki Ziemi. Lecz o ile paczulowa bogini okazała się istotą ciemnoskórą, pochodzącą z Afryki matką nas wszystkich [tą samą, której dziedzictwo wszyscy niesiemy w naszym DNA mitochondrialnym], postać z Ondy wydaje się kimś znacznie bliższym, geograficznie i historycznie. Jednocześnie swojskim oraz bardzo intymnym ale też strasznym, niepokojąco innym.

Onda w ekstrakcie to perfumy o mocy tak nieprzeciętnej, energii życiowej tak silnej, że zdolnej pewno - jeżeli tylko mocno się postara - przeprowadzić fuzję jądrową. :) Tu nie ma mowy o świetle, jasności, delikatnościach. W odróżnieniu od wielu, także niszowych i nawet najpiękniejszych, perfum próżno weń szukać nawet jednej molekuły świeżości albo innego ellenimalizmu. Wszechświatem omawianej mieszanki niepodzielnie rządzi bura pyłkowość; przedziwny, pierwotny miks goryczy gałki muszkatołowej z nietypowym, suchym ale ziemistym ujęciem wetywerii [jestem przekonana, że co nieco paczuli musiało się tu przyplątać!], obu złamanych pikanterią zmiażdżonych moździerzu ziaren kolendry oraz przyprószonych sproszkowanym imbirem o bardzie złamanej, zgaszonej i zagłuszonej, jesiennej żółci. Gdzieś w tle zauważam niezbyt przyjazne, pojedyncze nuty tytoniu zbliżonego do suchych wiórów z Fougère Bengale, jednak jest to akord spokojny, który nigdy nie dostaje szansy aby przebić się na pierwszy plan. Przemożna, nieprzejrzysta chmura z gorzko-matowych przypraw i wetywerii skutecznie to uniemożliwia. Szczególnie, że po kilkudziesięciu minutach z tej doskonale roślinnej, wegetariańskiej, zbierackiej mieszanki wypływa akcent niespodziewany: to cywet, kastoreum lub coś bardzo ale to bardzo do nich zbliżonego. W każdym razie silne wrażenie dosłownej cielesności, zmysłowości w bardzo naturalistycznym ujęciu. Jednak nie zauważam w Ondzie pornografii, nie; to świat jeszcze sprzed tabuizacji zachowań seksualnych, bez ściśle określonych stereotypem ról, które w miłosnym akcie przypadają przedstawicielom obu płci. Choć wyraźny jest weń pierwiastek Kultury, to nie potrafiłabym określić, wedle jakich zasad przebiega owo prehistoryczne uwodzenie. Lecz przecież ono wcale nie jest tu najważniejsze.

To tylko ja dałam zapędzić się w kozi róg, biedne dziecko nowożytnego patriarchalizmu, skażone fiksacją seksualną. :] Faktycznie Onda wcale nie jest o seksie - ani nie o cywecie. W rzeczywistości to niejednoznaczna choć jednolita, trudna do podzielenia gorąca mieszanka wspomnianych wyżej składników, pełna naturalnego piękna oraz grozy, obu doskonale zbilansowanych. Mocy, kryjącej w sobie nieskończone pokłady czułości.
Coś bardzo mocnego oraz pierwotnego. I, jak widać, silnie działającego na emocje czy wyobraźnię. :) Duchem spokrewnionego nie tylko ze wspomnianym wcześniej Patchouli Noir ale również z Incense Normy Kamali, Patchouli marki Mazzolari, Fumidusem Pro Fumum Roma, Habanitą od Molinard, Ambre Sultan Lutensa czy klasycznym Shalimarem. Tą pierwotną, zarzuconą żeńską potęgą, za której ujawnianie jeszcze kilka wieków temu palono na stosach.
Wszystkie jesteśmy Ondą.

Rok produkcji i nos: 2007, Vero Kern

Przeznaczenie: wbrew wszystkiemu, co napisałam wyżej, jest to klasyczny uniseks. ;) Dla miłośników ambitnej, niepokornej niszy. Na wszystkie okazje [no dobra, nie na wszystkie; np. do pierwszej wizyty u przyszłych teściów dobierzcie lepiej coś kwiatowego ;) ].
Uważajcie z dawkowaniem, bo pachnidło emanację ma nielichą i nawet po ładnych kilku godzinach noszenia na skórze potrafi zostawiać po sobie wyraźny ślad.

Trwałość: testowałam wyłącznie czyste perfumy, które nie dają o sobie zapomnieć przez ponad osiem godzin a jako bliższa skórze aura wyraźne są przez co najmniej drugie tyle.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (oraz drzewna, bo wetyweria....)

Skład:

kwiat muszkatołowy, kolendra, wetyweria, imbir
___
Dziś noszę Rajasthan od Etro.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje pochodzą z czeskiego portalu Anthropark, którego lekturę szczerze Wam polecam. :) Jeżeli mam być ścisła, grafiki obu wykorzystanych (oraz wielu innych) urealnionych Wenus wzięłam STĄD.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Zapach jednego dnia w roku

Mam do Was pytanie: kiedy spotyka Was porażka, jak postępujecie? Czy zamykacie się w sobie i zaczynacie użalać tudzież utyskiwać na okrutny los, co rusz rzucający Wam kłody pod nogi?
Czy kiedy nie dostaliście się do wymarzonej szkoły lub też na najistotniejszy kierunek studiów, czy machnęliście nań ręką stwierdzając, że przecież Zespół Szkół nr tysiąc pięćset sto dziewięćset w Piździmówku jest tak samo dobry jak jedno z najlepszych liceów w Waszym regionie, zaś Wyższa Szkoła Stylizacji Paznokci już wkrótce z pewnością będzie równie prestiżową uczelnią, co Uniwersytet Jagielloński? ;)
Czy kiedy staraliście się zdobyć wzajemność osoby, w której się zakochaliście, po pierwszej odmowie daliście sobie spokój stwierdzając, że przecież "tego kwiatu jest pół światu" a "po roku pewnie i tak byśmy się rozstali"?

Kiedy staraliście się kogokolwiek do czegokolwiek przekonać, kiedy postanowiliście schudnąć/przytyć albo kiedy robicie coś, na czym naprawdę Wam zależy, to czy podejmujecie jedną (góra dwie) próby a następnie dajecie sobie spokój? Czy też osiągacie cel, próbując aż do skutku; nieprzerwanie lub we w miarę równych odstępach czasu?
Jak często się poddajecie? I co myślicie o ludziach, którzy przejawiają tzw. słomiany zapał?

Moje pytania bynajmniej nie dotyczą prób wtrącania się w Wasze prywatne sprawy ni oceniania postaw życiowych oraz decyzji, tylko mają pomóc uzmysłowić nam pewną kwestię.


"Są społeczeństwa, które czerpią siłę ze zwycięskich bitew, liczebności armii i wielkości podbitych terenów. Niewiele jest jednak takich narodów, które dumę swą czerpią z faktu, że kolejne pokolenia, niezależnie od szans na odniesienie zwycięstwa i wbrew racjonalnym przesłankom, podejmowały walkę o niepodległość Ojczyzny".
tekst z okładki książki Janusza i Marka Cisków Do niepodległości (wyd. Świat Książki, Warszawa 2008).
Ostatnio coraz częściej dochodzę do wniosku, że w polskim upamiętnianiu (przegranych) powstań nie chodzi wcale o kult porażek, jakiś patriotyczny masochizm, lecz o pamięć o przystankach na drodze ku politycznej, gospodarczej, kulturowej niepodległości.
Wtedy się nie udawało. Jednak w chwili wybuchu pierwszej wojny światowej Polacy wyczuli swoją szansę. Jedenastego listopada 1918 roku okazało się, iż mieli rację. Że tym razem - w końcu! - się udało.

To trochę tak, jak narzekania przeciwników serii o Harrym Potterze, nasilające się po publikacji każdego kolejnego tomu. Bo zło triumfuje. Bo cykl Rowling gloryfikuje przemoc oraz "konszachty z ciemnymi mocami". Bo jej książki zabijają wrażliwość dzieci. I tak aż do premiery ostatniego, siódmego tomu. ;)
Kiedy okazało się, że zło zostało pokonane, wszelka niegodziwość znalazła wiarygodne - i ważne - wytłumaczenie a ostatecznie zatriumfowały sprawiedliwość, przyjaźń oraz dobro. Że nie sposób oceniać całego cyklu po poznaniu zaledwie połowy tekstów. Że każda baśń przerwana w dowolnie wybranym momencie niebędącym zakończeniem, zostawia słuchacza z poczuciem niesprawiedliwości lub wręcz traumą. Że przecież nie można prawidłowo ocenić Czerwonego kapturka zaprzestając lektury w chwili, gdy wilk zjada babcię albo dziewczynkę!
Krytykom Harry'ego Pottera zabrakło jednej, najważniejszej dla wszelkich długofalowych działań cechy: cierpliwości. Tej, która w połączeniu z namysłem oraz wytrwałością okazuje się siłą zdolną pokonać bajkowe zło tudzież uzyskać dyplom wymarzonej uczelni - lub podnieść z martwych kraj nieistniejący od przeszło stu dwudziestu lat. :)
Nie teraz, to za chwilę. W następnym tomie, w przyszłym roku, w kolejnym pokoleniu...

Kiedyś na pewno musi nam się udać! :)


Kiedy wczoraj spacerowałam po mojej, bardzo już listopadowej, okolicy, zachwycając się chłodem dojrzałej jesieni, do głowy wpadł mi pomysł. A gdyby tak polskie perfumiarstwo było bardziej wyraźne, odważniejsze...? Gdyby Święto Niepodległości miało swój własny, przeznaczony na ten jeden dzień, zapach? Gdybyśmy zdobyli się na odwagę, odrzucili zaściankowe zakompleksienie i przywdziewali podobne pachnidła równie ochoczo, jak takie czy inne jubileuszowe dzieła marek "wielkiego świata"?
Gdyby 11 listopada miał własne perfumy, to jak by one pachniały?
Wieczorem usiadłam nad kartką papieru i spisałam, jak też wyobrażam sobie ów świąteczny zapach.

Skoro mamy listopad - który w naszej szerokości geograficznej do stereotypowo pocztówkowych miesięcy nie należy - należałoby go więc jakoś zasugerować. A jakaż woń oddałaby charakter okolic polskich Zaduszek lepiej, niż zapach zmrożonych chryzantem? :) Zmrożonych za pomocą syntetycznych molekuł a może igiełkowo-lodowego irysowego masła? Nie wiem.
Pojęłam za to, iż w otwarciu cudownie byłoby oddać zimny charakter miesiąca, obecny dzięki cierpkim, całkowicie wypranym ze słodyczy cytrusom [jak w otwarciu Blue Cedrat od Comme des Garçons lub Eau d'Hadrien Annick Goutal], którym wszelako towarzyszyło zdecydowane, metaliczne przełamanie: jakby zmieszać opiłki metalu z prochem strzelniczym [drobny ukłon w stronę dawnych powstań :) ]. Żeby jednak nie uciekać za bardzo od aromatów natury, mój zimny listopadowy zapach w otwarciu zmieściłby także woń liści wawrzynowych, abyśmy w obecnej atmosferze otaczającej Święto Niepodległości nie zapomnieli, że to jednak czas zwycięstwa. :)
Nowoczesnego sznytu dodawałoby muśnięcie kwasoty. Idealne byłoby olfaktoryczne odzwierciedlenie smaku przemrożonych owoców dzikiej róży au naturel, jednak nie wiem, na ile podobny akord byłby możliwy do wykonania. Dlatego proponuję odrobinę żurawinowych jagód. Równie kwaśnych i smacznych, jeśli je odpowiednio ocieplić smakowo. :)

Na co zresztą możemy liczyć już w chwili, gdy listopadowe pachnidło coraz odważniej prezentuje nam swoje serce. Tu pojawiają pierwsze nuty suchego paczuli oraz gęstej, esencjonalnej róży z goździkiem.


Akcenty cytrusowo-chryzantemowo-wodne znikają, zastępowane przez wonie bardziej ciężkie, wśród których najłatwiej dałoby się wyróżnić staroświecki miks paczuli z wetywerią [taki, jaki pojawia się w dziesiątkach pachnideł o przynajmniej trzydziestoletniej metryce] oraz korzenno-zmysłowy, pyłkowo-olejkowy bukiet kwiatów, perfumy roześmianych dam z 1918 roku. Wszystko to łączyłoby się z odchodzącym powoli akordem siarkowo-metalicznym, zaś do wawrzynu dołączałaby szczypta mieszanki esencjonalnych, trochę gorzkich ziół, jak np. tymianek, dosłownie odrobina lawendy lub... rozmaryn.
Kiedy zioła zastąpiłyby wawrzyn, zaś pył bitewny osiadł gdzieś poniżej granicy naszego wzroku, wokół paczuli z wetywerią oraz róży, goździków czy innego kwiecia zauważylibyśmy akord skórzany. Nie jestem pewna, czy chodzi mi o nieco dymną, ciemną niszową skórę czy raczej selektywny, delikatnie pastelowy zamsz; chyba jednak skłaniałabym się ku skórze... ;)
Tym bardziej, że już dałoby się odczuć kilka pierwszych akordów bazy: ciepłe choć niesłodkie żywice [np. olibanum z mirrą i szczyptą czegoś w rodzaju elemi - a może raczej galbanum...?] oraz gęste, złociste, nasycone labdanum. I chyba nawet skromniutką zapowiedź kastoreum.

W bazie doświadczalibyśmy przejścia od ziół i skóry ku akordom drzewnym, zaś od coraz bardziej przejrzystych, może nawet lekko [lekko!] pudrowych kwiatów ku woniom teoretycznie odzwierzęcym.
Tu pachnidło wysuszyłby mech dębowy, oplotły wąskie strużki kadzidlanego dymu, w który właśnie przeobraziły się żywice; tu labdanum wybrałoby drogę ku miodowej gęstości [tej, w której celuje Laurie Erickson z Sonoma Scent Studio], niezbyt silne kastoreum nadałoby całości ciekawej woni potu, zaś szara ambra skontrastowałaby owe mistyczno-zmysłowe uniesienia swoją solankową pełnią. Całość uskrzydlałby dodatek iso e super, którego charakterystyczna woń nie tylko stanowiłaby łącznik pomiędzy frakcjami drzewną oraz cielesną ale również oddawałaby zapach starych fotografii, dokumentów, książek - świadectw dawnych dni.


Jak nazwać podobną mieszaninę?
Czy pójść tropem najpopularniejszego nurtu i wybrać miano jednocześnie napuszone, trochę tandetne ale obcojęzyczne, jak na przykład Eau d'Indépendance albo November Joy? ;) Lub może Iron Ring, na pamiątkę żelaznych obrączek, wydawanych od roku 1914 w zastępstwie ślubnych obrączek ze złota [ale też np. innej biżuterii, papierośnic etc.], odstępowanych przez właścicieli na pokrycie potrzeb finansowych Legionów Polskich?
A może postawić na nazwę prostą, zwyczajny Listopad albo 11. (11. 11.)? Lub zatytułować perfumy Galicjanka, oddając w ten sposób honory zaangażowanym w starania o uzyskanie niezawisłości mieszkankom (w dalszym ciągu) zaboru austriackiego? Choć w ten sposób upamiętniłabym także własne przodkinie, jednocześnie sugerowałabym "damskie" przeznaczenie pachnidła, czego wolałabym uniknąć.
Więc może Oleandry, na pamiątkę miejsca sformowania rzeczonych Legionów?
Kurczę! Zaczynam się cieszyć, że to tylko zabawa i w rzeczywistości nie muszę łamać sobie głowy nad nazwą listopadowych perfum. ;)

Tak samo, jak nie wiem, kto z pierwszoligowych perfumiarzy mógłby podołać mojemu wyobrażeniu niepodległościowego zapachu. Kto byłby w stanie najbardziej wiarygodnie oddać zarówno zimny, wilgotny czas zamierającej przyrody, jak i radość oraz żar gorących serc ludzkich?
Duchaufourowi przestałam bezgranicznie ufać już dawno [aż strach pomyśleć, jaki mleczny soczek mógłby mi zaproponować! ;] ], Christopher Sheldrake także budzi moją podejrzliwość. Więc kto inny? Dominique Ropion? Jacques Cavallier, jeszcze nie tak dawno temu twórca genialnych pachnideł zarówno świeżych, jak i porażających zmysłowym pięknem? Andy Tauer? Laurie Erickson? Ech, chyba jednak nie. Oni mogliby świetnie poradzić sobie z dalszym ciągiem lecz co z otwarciem, które musi być jednocześnie zimne, trochę niepokojące ale też piękne? Więc może Vero Kern? Lub - i w tej chwili zdaję się strzelać najbliżej celu - Isabelle Doyen?

Niezależnie od szczegółów mojej akademickiej zabawy sedno winno zostać niezmienione: listopad, ten miesiąc ponury i niepokorny, pięknym potrafi uczynić nasza radość. Ciepło naszych serc. Bezpieczeństwo domowych pieleszy. Doborowe towarzystwo oddanych przyjaciół. Bliskość ukochanych osób.
Właśnie to, nie godne pożałowania polityczno-ideologiczne przepychanki, winno budować świąteczny nastrój dzisiejszego dnia. Bycie razem w sposób, jaki daje nam wszystkim radość.
Czego niniejszym na resztę dnia jedenastego listopada 2013 roku Wam życzę! :)
___
Dziś Sale 01 od Michała Szulca.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://jpilsudski.org/artykuly-historyczne-pilsudski/epizody-z-zycia-jozefa-pilsudskiego/item/2017-11-listopada-1918-roku-jozef-pilsudski-i-niepodleglosc-polski
2. http://maklerblog.pl/daremny-listopad/
3. http://www.magazynbieganie.pl/parada-musi-byc-dzien-niepodleglosci-w-biegu/
4. http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Pierwsza_Kadrowa_Oleandry_1914.jpg

środa, 6 listopada 2013

Nadąsani (byli) zakochani

Nadąsani, ponieważ przebywający w buduarze; bo mniej więcej tyle, po przełożeniu na polski, znaczy jego nazwa. :) Jedyne miejsce w domu dobrze sytuowanej  XVII- czy XIX-wiecznej rodziny, przeznaczone tylko dla kobiety (konkretnie pani domu). Co mnie konkretnie przywodzi na myśl stary żart o Dniu Kobiet, istniejącym w opozycji do pozostałych 364 Dni Mężczyzn. :] No ale. Nie o nich chciałam dziś pisać. A nawet nie do końca o samym buduarze.
Wszystko dlatego, że dzisiejszej recenzji nie mogłam zatytułować tak, jak chciałam od samego początku bez uprzedzania faktów. ;) Cóż... Nouez Moi, Zwiąż Mnie, marki House of Sillage samo się prosi o uniki. Bo z taką nazwą miałoby u mnie grubą krechę; i to bez żadnych okoliczności łagodzących. Na szczęście, odkąd tylko stanęłam przed możliwością testów mieszaniny, pojawiło się jedno, nadzwyczaj wyraźne skojarzenie. [Muszę wyznać, że odetchnęłam z ulgą, kiedy okazało się, iż pachnidło pasuje do mojej "zaocznej" wizji :) ].

Proponuję Wam zatem podróż w świat jednej w moich ulubionych sztuk, napisanej przez jednego z moich ulubionych twórców a w tym konkretnym przypadku - przeniesionej na ekran w całkiem przyjemny sposób. Interesująca mnie scena rozpoczyna się w trzydziestej sekundzie, jednak prezentowany urywek dzieła obejrzeć warto od początku do końca (to tu pojawia się krokodyl):


Zemsta Aleksandra Fredry dziełem wielkim jest i basta! Zawsze i wszędzie, także w wersji wyreżyserowanej przez Andrzeja Wajdę, z Januszem Gajosem, Andrzejem Sewerynem, Romanem Polańskim, Katarzyną Figurą w rolach głównych. :D W mojej opinii właśnie ta wersja jest prawie najlepszą ze wszystkich dotychczas sfilmowanych, od psychologii postaci po szczegóły scenografii, od zimy w tle aż po lekkie przesunięcie akcji na skali czasu. Jako szczęśliwa posiadaczka płyty z tym filmem (spektaklem?) z chęcią doń wracam przynajmniej raz na kilka miesięcy. Pieniacz, bigot i mitoman plus cały zestaw otaczających ich postaci [w tym Klara którą, wbrew popularnym interpretacjom, zawsze miałam za trzeźwo myślącą, pełną radości życia ale też ironii cwaniarę]: a to Polska właśnie! :>

Wracając zaś do tematu właściwego: Nouez Moi to według mojego powonienia Podstolina, we własnym buduarze przeżywająca nieoczekiwane spotkanie z dawnym kochankiem, Wacławem. Bach! Nazwa została odczarowana. :)

 "Ja cię zwiążę, Ja cię zamknę, drogi książę".

No i związała i zamknęła, oplotła Wacława miękką, gęstą paczuloróżą, której do jakiejkolwiek oryginalności daleko, jak ode mnie na Ukrainę. Całość jednak okazuje się przyjemna w użytkowaniu, głęboka, otulająca ludzką sylwetkę niczym ogromny kaszmirowy szal. Pewnie dlatego, że w miarę upływu czasu coraz wyraźniejszy staje się dodatek kardamonowego proszku, od delikatnej szczypty w otwarciu, po kopiatą łyżkę później, kiedy róża do reszty się konfituruje zaś paczuli czekoladzieje; dzięki kardamonowi, coraz bardziej gorzkiemu i wręcz zatykającemu, aromat wciąż pozostaje żywy, nie spadając w otchłań wywołującej nudności, bezcharakternej w sumie słodyczy. Cudowny z niego strażnik! :) Kiedy zaś się zmęczy, pomaga mu różowy pieprz, lekki oraz bardzo kobiecy, ożywiający kompozycję po jednym ziarenku, rozgniecionym na płatkach róży (i jaśminu wielkolistnego). Zresztą ujawnienie się kolejnego kwiatka, który również planuje wejść w alians z paczuli nieuchronnie sugeruje nadejście bazy: efemerycznej (we własnym mniemaniu), białopiżmowej, pyłkowej. Róża stopniowo zanika na rzecz jaśminu, który w połączeniu z paczulowymi listkami daje wrażenie bliżej nieokreślonych ciasteczek, obficie posypanych cukrem pudrem. To dzięki niemu ujawnia się wspomniane piżmo, zaś przyprawy powoli rozwiewają na wietrze. Kiedy Zwiąż Mnie stygnie, na ludzkiej skórze zostaje już jedynie powidok herbaty [?] i cukrowy pył, pozostały po konsumpcji ciastek. Po pełnym, trochę przysadzistym łagodnym orientalu nadchodzi czas wątłego gourmand. I to wszystko; ot, cała historia.

Choć słuchałam jej chwilami nawet z przyjemnością, to jednak nie planuję ani jednego doń powrotu. Wolę Zemstę; więcej w niej życia oraz różnorodności. :) Poza tym od kilku tygodni Nouez Moi może pochwalić się młodszym i trochę tańszym odpowiednikiem, łatwym do znalezienia w większości perfumerii mainstreamowych; to Si od Armaniego.


Rok produkcji i nos: 2012, Francis Camail

Przeznaczenie: pachnidło kobiece; suche, zwarte, dosyć głębokie, w sam raz jako przytulny umilacz czasu na nadchodzące chłodne miesiące.
Na okazje, jakie sobie wymarzycie; wystarczy tylko sprytnie dobrać dawkę.

Trwałość: w granicach sześciu-ośmiu godzin (z czego wyraźny jest przez ok. dwie trzecie zadeklarowanego czasu)

Grupa olfaktoryczna: gourmand-szyprowa
[zaczynam rozumieć ludzi, których wkurzają tzw. "nowoczesne szypry"; coraz częściej myślę, że z tymi perfumami jest jak ze świnką morską: ani świnka, ani morska ;) ].

Skład:

bergamotka, różowy pieprz, kardamon, róża bułgarska, jaśmin wielkolistny, paczuli, mech, białe piżmo
___
Dziś noszę B Black z cyklu Blood Concept.