Każdy, kto obejrzał przynajmniej trzy amerykańskie horrory wie, że duchy są złe. Zaświaty składają się z demonów, które zrobią dosłownie wszystko, byle dokopać żyjącym. Znienawidzonym tylko za to, że wciąż oddychają.
Kultura popularna karmi nas taką interpretacją zjawisk nadnaturalnych równie często co konsekwentnie. Jeżeli czasem jakiś Patrick Swayze powróci do swojej żony Demi Moore, wcielając się w Whoopi Goldberg, i tak po chwili z werwą przegonią go Pogromcy duchów. ;) Dopiero od kilkunastu lat Hollywood przedstawia kontakty ludzi z duchami w sposób mniej sztampowy - i nie jest przypadkiem, że za tymi produkcjami stoją reżyserowie o nie-amerykańskim pochodzeniu [wystarczy wspomnieć Mamę Hiszpana Andrésa Muschiettiego czy słynny Szósty zmysł Hindusa M. Night Shyamalana].
To jednak w dalszym ciągu są wyjątki, ginące w tłumie Freddich Kruegerów, istot z Paranormal Activity bądź z kolejnych wcieleń serialu American Horror Story.
Skąd to się wzięło?
Kiedyś myślałam, że domyślne traktowanie duchów i zjaw jako bohaterów jednoznacznie negatywnych i/lub okrutnych wynika z protestanckiej tradycji krajów anglosaskich. Wiecie, gdzie nie było kultu świętych, wiary w czyściec tudzież tysięcy pomniejszych bóstw, tam będzie o wiele trudniej o wielowymiarowe odczuwanie i interpretowanie zaświatów. Jeżeli nie jesteś z "bożej drużyny" to grasz w przeciwnej, tertium non datur.
To u nas, w krajach katolickich, prawosławnych, wśród czczących przodków chasydów czy pomiędzy politeistami o wiele prościej zaakceptować wszelkie nadprzyrodzone akcenty wśród postaci nie będących bogami, uznawać jednocześnie ich nadnaturalność oraz prawo do doświadczania emocji.
Widzieć w nich odbicie nas samych.
Później jednak zrozumiałam, że ów ostry podział jest znacznie starszy, niż europejskie chrześcijaństwo. Wszędzie wierzono, iż w określone dni roku światy żywych i umarłych zbliżają się do siebie i przenikają, jednak my, Słowianie, tego przenikania oczekiwaliśmy (Dziady, Szczodre Gody, Noc Kupały...), natomiast dawni Celtowie - bali się go (Samhain i Beltaine to świetne przykłady). Czyli różnice mają co najmniej dwa do pięciu tysięcy lat a współczesny kontrast między filmową wiedźmą Blair a polską Babunią Jagódką z opowiadań Anny Brzezińskiej to po prostu ich ciąg dalszy.
Zagadka pozostaje zatem nierozwiązana. ;)
Tylko czasem zachodzę w głowę, dlaczego przy takim natężeniu opowieści fantastycznych i niesamowitych, wśród tylu różnorakich duchów, upiorów, zjaw, demonów, skrzatów, utopców, wąpierzy, diabłów i innych nie potrafimy tworzyć horrorów.
Potencjał jest przecież ogromny!
Pomyślcie tylko: opowieść o klimacie Szóstego zmysłu lub Egzorcysty ale bardziej nostalgiczna, jesienno-zimowa, pozwalająca także duchowi czy upiorowi - nawet, jeżeli będzie postacią negatywną - na posiadanie złożonego charakteru. Brytyjczycy już się tego nauczyli; między dickensowską Opowieścią wigilijną a filmem Szepty z 2011 roku jest mniej różnic, niż się zdaje.
Wyobrażam sobie, że w tym hipotetycznym środkowoeuropejsko-słowiańskim horrorze pojawiłby się wątek przepowiedni. Być może mroczny i lepki, przepełniony ezoteryką jak w powieściach Marka Krajewskiego albo zamglony, pastelowy, jasny, odkryty przypadkiem w treści odnalezionego po latach sekretnego pamiętnika prababci.
Lub inaczej: rzecz dotyczyłaby przepowiedni wielkomiejskiej, ukrytej gdzieś po piwnicach wielkiego miasta, w czasie drugiej wojny światowej niemal doszczętnie zburzonego a potem odbudowanego, choć już pozbawionego dużej części duszy, "tego czegoś", co sprawia, że o aglomeracjach chce się opowiadać wciąż i wciąż, na milion sposobów. Warszawa czy Wrocław to nie Rzym ani Londyn, już nie. Miasto bestialsko skatowane, zostawione na śmierć, raz wzgardzone przez człowieka po swym odrodzeniu już nigdy nie będzie takie samo.
Podobnie rzecz miałaby się ze wsią i lasem, ze starymi domami. Z jakimś popegeerowskim dworkiem "z drewna lecz podmurowanym", odkupionym od Agencji Nieruchomości Rolnych przez snobistycznego biznesmena albo parę, zakochaną w sobie i w historii - lub odzyskanego przez potomków dawnych właścicieli - który z powodu dramatycznych zajść w jego murach i późniejszego wzgardliwego traktowania przez komunistyczne państwo oraz ludzki brak wyobraźni, przestałby być dobrym miejscem na budowę gniazda rodzinnego. A który swoim nowym właścicielom dałby o tym znać w sposób dowolny, byle skuteczny.
W podobnym krajobrazie wątek przepowiedni sprawdziłby się znakomicie.
Nie rozumiem, dlaczego nie piszemy takich książek [litości! Ileż można rozlewać się po rozlewiskach tudzież wygrażać bliźnim, że im pokażemy?], nie kręcimy takich filmów... nie tworzymy takich perfum? Bo nie byłyby opłacalne?
Guzik prawda! Ja bym obejrzała, przeczytała, perfumowała się. ;D
Charakterystyczne, że wśród perfum klimat filmu grozy, w którym de facto koszmaru nie ma prawie wcale oraz klimat przepowiedni znalazłam w dziele niezależnej autorki z USA. Moja skóra z jej horroru oraz tajemnicy uczyniła zapach głęboki, wytrawny ale zmysłowy i, poza paroma akcentami, ciepły.
Nie kupuję seansów spirytystycznych ani wypruwania flaków, wolę senne opowieści o cierpieniu i samotności. Wolę ból psychiczny oraz nadzieję na to, żeby znów mieć nadzieję; raz po raz zawodzoną ale wciąż gdzieś tam się tlącą.
Ostatecznie kto powiedział, że zjawie nie należy się psychoterapia? ;)
Kiedy potrzeba mi olfaktorycznego ciepła i mroku, który nie jest - chyba nigdy nie był - zły, wówczas sięgam po Incense Noir marki Ava Luxe.
Tutaj mroczność kadzideł, balsamów drzewnych, oudu i przypraw tak silnych, ze aż gorzkich dystansuje szaro-złociste ciepło piżma i labdanum. Wanilia staje naprzeciwko cennych drzew. Doświadczam niepokoju ale nie grozy; to klimat znany, lubiany, swojski. Wyrastający prosto z mojej duszy.
Zapach rozpoczyna się grą roztapiających się żywic oraz nut drzewnych, zestawionych w woń zbliżoną do ciepłego piżma, trochę mydlanego a trochę kojarzącego się z sierścią drapieżnego zwierzęcia. Czy tak pachniałby las, gdyby drzewa były zwierzętami? Gdyby coś je ożywiło?
Incense Noir pozwala mi snuć setki podobnych przypuszczeń. Ot, choćby przy sercu mieszanki, kiedy na kilka chwil ciepło i przyjazność ustępują miejsca gęstemu kadzidlanemu dymowi, owemu czarnemu oudowi ze spisu nut, gdy miesza się doń dławiąca gorycz ciemnego cynamonu i gałki muszkatołowej, kiedy smoła drzewna zalewa olfaktoryczny krajobraz i oblepia go, stopniowo przysypywana grudkami mirry czy balsamu kopaiwowego [pamiętacie Incense Normy Kamali? Tak tego gagatka jest najwięcej]. Na tym etapie pachnidło jest gęste, ciemne po tysiąckroć, dymne, skomplikowane i mylące tropy; piękne choć jednocześnie budzące zrozumiały niepokój. Gdyby tylko ów etap trwał na mojej skórze dłużej!
Ponieważ niestety później znów czuję się, jakbym wypływała na powierzchnię, z mętnej głębi wracała do świata drzew-zwierząt, tym razem rozjaśnionego ostrymi promieniami porannego letniego słońca. Tu pojawia się słodycz wspomnianych wanilii i labdanum - a może to raczej akord ambrowy? - zręcznie wplecionych pomiędzy hebanowe i dębowe meble, rzeźbionego w sandałowcu Buddę z dworskiego salonu a surowe drzazgi brzóz i topoli. Na leśnej polanie kwitną maki, chabry, irysy, wiatr miesza ich woń z poranną rosą, pokrywającą resztki po wielkim ognisku i niesie prosto w okna pańskich pokoi.
Duchy i upiory harcowały ale nocą; dziś już po wigilii świętego dnia. Młodzież ze wsi zakończyła leśne tany czy szaleństwa świętojańskie, wróciwszy do domów; teraz trzeba ubrać się strojnie i iść do kościoła.
Ślad przeszłości, zatrzymany w murach i drzewach. Odczytane z trudem, wyblakłe słowa z pamiętnika prababki, zamurowanego w ścianie na strychu. Parę razy ścierpła skóra, włosy na karku stanęły dęba ale przecież podczas całej przygody nie wydarzyło się nic naprawdę strasznego. Najwyżej przeszłość stała się mniej odległa, prababka z zaświatów okazała się oddaną przyjaciółką i przewodniczką, rodzinna historia po latach doczekała się kolejnego rozdziału a stary dom - nowego życia.
Same plusy. :)
Zamiast przełomu jesieni i zimy przełom wiosny i lata. :D Co też moja skóra wyprawia z pachnidłami! Gdzie podziewa ich mroczność?
Pewnie tam, gdzie ostatnio zabłądził klimat polskich Zaduszek i Andrzejek, zjadanych przez plastikową tandetę Halloween. Czyli, jakby nie patrzeć, święta wymyślonego przeciwko duchom. Tymczasem nam potrzeba ich bliskości, oczywiście od czasu do czasu i w ściśle wyznaczonych porach. ;) Tęsknimy za pewnością, że oba światy są blisko a my, żywi, kontynuujemy wielkie dzieła naszych przodków.
Tej nie da nam duch-wróg z Hollywoodu ale miejscowy sprzymierzeniec z zaświatów i owszem.
W taki czy inny sposób. Na przykład pozwalając doświadczyć magii zapachu. :)
Rok produkcji i nos: 2007, Serena Ava Franco
Przeznaczenie: zapach typu uniseks z samego środka skali; dla fanów konkretnych brzmień olfaktorycznych niż którejkolwiek z płci.
Raczej bliski ciału, choć w obrębie kilkunastu centymetrów od niego intensywnie wibrujący i rozgrzewający powietrze. Mimo to zdarza mu się zostawiać za uperfumowaną osobą krótki ślad, szczególnie w rozgrzanym powietrzu (co w zasadzie nie dziwi). W ogóle jest to kompozycja wybrzmiewająca mocno, długo i czysto.
Na okazje niezbyt formalne. Chyba, że jesteście fanami perfum drzewnych i Wasze otoczenie od dawna Was z nimi kojarzy. :)
Trwałość: od ośmiu czy dziewięciu do ponad dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i awansem orientalna ;) )
Skład:
drewno sandałowe, heban, czarny oud, kora cynamonowa, dziegieć, balsam kopaiwowy, wetyweria, irys, mirra, balsam peruwiański, balsam gileadzki, wanilia, (akord ambrowy, labdanum, piżmo)
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Puszcza Artura Grottgera po dokonanych przeze mnie drobnych przeróbkach. ;)
2. i 4. http://illustratornate.wordpress.com/2013/10/23/dont-stop-bilibin/ [Autor: Iwan Bilibin]
3. i 5. http://pl.wikipedia.org/wiki/Lithuania [Autor: Artur Grottger]
6. http://makiwgiverny.blogspot.com/2012/09/dwor-polski-w-starej-fotografii.html [Prawa: Narodowe Archiwum Cyfrowe].
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ava Luxe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ava Luxe. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 listopada 2014
czwartek, 30 października 2014
Miejsce wspaniałe i straszne
Był 3 października roku 2014, dzień w jednych częściach świata pogodny i ciepły, w innych ponury, zimny jak diabli i ogólnie mówiąc: paskudny. Jednak absolutnie bez względu na pogodę, miliony znudzonych nastolatków, zmęczonych rutyną dziennikarzy oraz wiecznie podjaranych popkulturą nerdów klikało bez większego zaangażowania w kolejne aplikacje swoich smartfonów, powstałe głównie po to, aby przenosić wiecznie złaknionych informacji, plotek, pomówień i awantur użytkowników internetu prosto do serwisów usiłujących uchodzić za społecznościowe. Miliardy kliknięć tylko dlatego, żeby sztucznie podtrzymywana potrzeba informacji na elektryzujące ludzkość tematy broń Boże nie wygasła i w dalszym ciągu pomagała zasilać konta właścicieli wyżej wspomnianych portali i producentów elektroniki kolejnymi miliardami dolarów. Dzień jak co dzień.
Tak wyglądała internetowa rzeczywistość trzeciego października bieżącego roku dopóki dwaj Amerykanie, reżyser David Lynch oraz scenarzysta Mark Frost, dokładnie o tej samej porze nie zaćwierkali w pewnym znanym serwisie społecznościowym wiadomością o identycznej treści: "That gum you like is going to come back in style! #damngoodcoffee". Dwanaście wyrazów i jeden hasztag wystarczyły, żeby społeczność internetowa zawrzała.
Aluzji szytej tak grubymi nićmi nie sposób przeoczyć lub zinterpretować błędnie. :D Wniosek był jasny: Miasteczko Twin Peaks wraca do telewizji!
Wszystko wskazuje na to, że spełni się obietnica jednej z najsłynniejszych denatek telewizji, Laury Palmer, która w swoim czasie wyznała agentowi Cooperowi: "zobaczymy się za dwadzieścia pięć lat". Premiera trzeciej serii jednego z najgenialniejszych seriali w historii przewidziana jest na 2016, czyli dokładnie ćwierć wieku od niepokojącej deklaracji. Czy niepowtarzalny, wyjątkowy i - pod wieloma względami - pionierski dla narracji telewizyjnych klimat Twin Peaks da się utrzymać pomimo upływu tylu lat, że o wodzie w Wind River lewie wspomnę? ;) Poczekamy, zobaczymy.
W każdym razie ja na samą myśl o powrocie do tego sennego, tajemniczego miasteczka ludzi serdecznych i demonicznych, wspaniałej przyrody, doskonałej kuchni oraz zbrodni czuję żywsze bicie serca. Pomyślcie tylko: znów w Twin Peaks, tym razem o dwadzieścia pięć lat starszym!
Jak duchy dobre i złe poradzą sobie w erze wszechobecnej elektroniki oraz rzeczywistości cyfrowej? Oretyrety! :>
Czy taka informacja nie stwarza idealnej okazji do olfaktorycznej zabawy światem stworzonym przez Lyncha i Frosta? Według mnie jak najbardziej tak. ;) Zresztą opisanie wyżej wspomnianego miasteczka w stanie Waszyngton z perspektywy tamtejszej kuchni - i zapachów, jakie musiały się stamtąd rozchodzić - korciło mnie już od wielu miesięcy. Prawdę mówiąc, niniejszy wpis powstał blisko rok temu i aż do dziś czekał w blogowych szkicach na ostateczne poprawki i okazję w sam raz pasującą do publikacji.
A przecież perspektywa trzeciej serii cyklu oraz kolejne Halloween to okazja podwójna. :)
Zapraszam więc na wędrówkę po deserowych specjalnościach Twin Peaks, miejsca słodkiego i przerażającego jednocześnie!
Weźmy klimat takiego miejsca: tych wszystkich ludzi ciepłych i oziębłych, przyjaznych oraz okrutnych, rozczulająco prostodusznych i cynicznych do szpiku kości - często w jednym i tym samym przypadku. Czarną Chatę i Białą Chatę. Kafeterię oraz burdel tuż za kanadyjską granicą. Olbrzyma i BOBa. Przytulność ale i grozę. Jak ująć je w jednym zapachu? Czy to w ogóle możliwe?
Moim zdaniem nie do końca.
Szukałam wśród pachnideł właściwego tropu, starając się na równi pokładać wiarę w rzeczowej analizie faktów oraz w intuicji. W taki oto sposób znalazłam troje podejrzanych ale żadnego ewidentnego winnego.
Każda z kompozycji zawierała w sobie pewną dozę niezbędnej dwoistości, rodzącego podskórny niepokój niedopowiedzenia ale żadna nie miała ich w odpowiednich proporcjach.
Najbliższa ideałowi wydała się Ambra Tibet marki Ava Luxe, jednocześnie obłędnie waniliowa, słodka. Wodząca na pokuszenie ciepłą jeszcze kruszonką czy obłędnym budyniowym kremem ale dokładnie w tej samej chwili drapiąca w gardło eugenolowym kardamonem i wprawiająca w zakłopotanie wyraźną nutą zwierzęcej zmysłowości w postaci piżma i cywetu. Stabilizująca się na ciele w pierzasto-aksamitny obłoczku o którymś z odcieni złamanej bieli i jednocześnie psująca jego bezpieczną błogość rwanymi, zaschniętymi smugami z błota i krwi.
Trzysta procent niepokoju pod pozorem bycia wonią doskonale przymilną; znakomicie zakamuflowany, niebezpieczny drapieżnik. Lecz niestety nie bestia nie z tego świata, której mimo wszystko oczekiwałabym w psychodelicznej atmosferze nadnaturalnego Twin Peaks.
Może więc warto zwrócić się ku Rume od Slumberhouse? Wszak jest to twór marki słynącej z tworzenia dziwnych, niejednoznacznych perfum, od których nie raz i nie dwa włosy stają dęba [co bynajmniej nie jest wadą].
No, cóż. Tym razem znalazłam zbyt wiele horroru, aczkolwiek samo pachnidło nie pasuje do ściśle horrorowej konwencji. Bo przecież czy prażone orzechy, taninowy, mocny napar z czarnej herbaty, palone liście laurowe oraz nieco czekoladowego paczuli są w stanie stworzyć obrzydliwą makabrę? Staroświecką baśń, trochę straszną, trochę romantyczną i owszem, jednak nie ślad wszechobecnego, diabolicznego zagrożenia. Tutaj mirra wprowadza zbyt wiele życia a labdanum uspokaja moje myśli, z powrotem prowadząc do świata, który znam i kocham. Dużo emocji, również negatywnych - ale Twin Peaks toto nie jest.
Trzecia z propozycji, la Danza delle Libellule od Nobile 1942, okazuje się natomiast tytułowym miasteczkiem widzianym z perspektywy przypadkowych przejezdnych, posilających się kawą i plackiem w Double R Diner. Przy czym nie chodzi o najsłynniejszy produkt lokalu, paj wiśniowy ale o jego pomijanego w scenariuszu konkurenta: placek jabłkowy. ;) Na kruchym cieście, od spodu nieco zbyt podsypanym mąką, teraz już przepieczoną i uwalniającą delikatny gorzki posmak, z aromatycznym nadzieniem jabłkowo-waniliowym, cynamonem oraz ciekawą nutą cytrusową w tle. Gdyby leżało na talerzu, towarzyszyłby mu niewielki kleks śmietany sandałowcowo-kokosowej. ;)
Człowiek, który zamówiłby taki przysmak, zajadałby go później łapczywie, z apetytem; cieszyłby się smakiem i dziwił, że taka niepozorna słodkość potrafi naprawdę nasycić żołądek. Na gorycz nadmiaru mąki o mały włos nie spalonej w ogóle nie zwróciłby uwagi. Żeby odkryć cienie nad Twin Peaks, trzeba wejść głębiej w jego strukturę.
Choćby zupełnym przypadkiem.
Jeżeli w serialu teoretycznie kryminalnym z wątkami obyczajowymi w ramach bonusu dostajemy jeszcze element nadnaturalny, nie wybrzydzajmy. Akceptujmy dzieło z dobrodziejstwem inwentarza. Szczególnie wtedy, gdy w ramach (dosłownej) wisienki na torcie dostajemy zajawkę najprawdziwszego food porn z czasów przed wynalezieniem Instagramu. ;P Darowanemu poczęstunkowi nie zagląda się w gary. ;)
Amerykańscy stróże prawa wiedzą o tym doskonale:
Damn good coffee, diabelnie dobra kawa, jak przełożono ów zwrot na język polski - jaka ona będzie?
Z pewnością dla każdego kawosza nieco inna. ;) Wiem, że dla nie-kawosza, choć osoby kawę "tylko" lubiącej, wybór będzie jasny mimo, że dla ortodoksów dosyć kontrowersyjny. Kawa, na którą ochotę się miewa, i to nie codziennie, jest napojem wysoce wzbogaconym. :) O spienione mleko, aromatyczne przyprawy, ciekawą alkoholową wkładkę, cukier trzcinowy, w końcu czapkę z bitej śmietany oraz kakao, cynamon czy inną posypkę na samym wierzchu.
Czegoś takiego z pewnością nie podawali w Twin Peaks. ;)
Kawusia ugrzeczniona, niekiedy zagłuszona, to jeden z wariantów kawy pijanej przez niżej podpisaną [ostatnio straciłam głowę dla tworu znanego pod nazwą pumpkin spice latte :) ]. Taką mam wizję pysznej kawy, co zrobić? Dlatego nie powinien Was dziwić mój kawowy wybór, równie fikuśny choć o wiele prostszy w formie, niż kawa po irlandzku czy inna Maria Teresa. ;)
"Moja" kawa z Miasteczka Twin Peaks to affogato, porcja lodów waniliowych utopiona w filiżance gorącego espresso. Dokładnie czymś takim pachnie mi Kafeïne marki L'Atelier Bohème. Rzecz wyrazista, kontrastowa i robiąca piorunujące wrażenie. Najpierw elektryzujące, konkretne uderzenie cierpkości, wynikłej z miksu bergamotki, kawy, drewna cedrowego i herbaty, chwilę później dołącza gorący kardamon z sandałowcem - a jeszcze potem słodycz karmelowo-tonkowa, która całkowicie zmienia moją interpretację drewna sandałowego oraz kawy, od tej pory aż po ostatnie chwile Kafeïne na skórze jednoznacznie deserowe, kawiarniane, leniwe. Gdybym miała przyrównać doń inne bardziej znane, i pasujące klimatem, perfumy, postawiłabym na New Haarlem od Bond No. 9.
A skoro już o słodyczach mowa...
Czasami bywa tak, że ich najwięksi miłośnicy wprost nie potrafią uwierzyć we własne szczęście, w to jak wiele dookoła okazji do niespodziewanego lub nieskrępowanego łasowania. ;) Amerykańskie pączki w czekoladzie? Pyszne, smażone w głębokim tłuszczu krążki z ciasta drożdżowego, na dokładkę bezwstydnie oblane lukrem, kuwerturą czekoladową, frużeliną czy jakimkolwiek innym ustrojstwem, o którym wprost boją się myśleć dietetycy oraz stomatolodzy? [Więc będę grzeczną dziewczynką i w ogóle nie powiem im ani słowa o cronutach, czyli współczesnej nowojorskiej krzyżówce donutów i francuskich croissantów; ani słóweczkiem, będę milczeć jak grób. ;> Swoją drogą, byłby to ciekawy pomysł na jeden ze sztandarowych smakołyków współczesnego Twin Peaks, nie sądzicie?] Mniam!
Dla siebie poproszę o dwa z czekoladą. :D
Pierwszy nosi nazwę Oriental Edition II i powstał pod egidą perfumowej odnogi marki Angel Schlesser. A jest różą, gęstą, ciemną i słodko-wytrawna, nieco cierpką, oblaną grubą warstwą ciemnej czekolady o wysokiej zawartości kakao. Właściwie nie jestem pewna, czy jest to bardziej pączek amerykański, czy polski choć oblany czekoladą w miejsce zwyczajowego lukru bądź cukru pudru. Jednak mniejsza o to.
Najistotniejszy jest smak, to znaczy zapach. ;) A ten jest chyba jedyny w swoim rodzaju: wyrazisty, głęboki dzięki nutom drzewnym i szafranowi, złocącemu się i rozgrzewającemu mieszankę od pierwszych chwil, jednocześnie kobiecy i o silnym charakterze. To właśnie wspomniane akordy drzewno-przyprawowe nie pozwalają OEII zboczyć z kursu i osiąść na mieliźnie czegoś przesłodzonego i nazbyt oczywistego. Wspaniale wyważona mieszanka daje nam wyobrażenie, jak mogłoby wyglądać Twin Peaks, gdyby istniało gdzieś w prawdziwym świecie.
O drugim z czekoladowych pączków, Gourmand Coquin z guerlainowskiej butikowej serii les Élixirs Charnels, nie można powiedzieć już tak wiele, chociaż pachnidło zeń naprawdę świetne. Uważam, że nie ma potrzeby uciekać się do rzeczowości, kiedy kolejna z wód idealnie dopasowuje się do klimatu serialowej fikcji. ;P I jest jak trzeba nienachalnie słodka ale czarowna, obłędnie czekoladowa a przy tym szykowna (dzięki przyprawom, nucie alkoholowej a także wyraźnych śladach szlachetnego żywicznego dymu, jak podejrzewam), bez dwóch zdań trzymająca najwyższy poziom. I nawet ślad pulchnego i mięciutkiego, elastycznego ciasta o przyjemnej waniliowej nucie także się weń znajdzie! ;)
Jak tu nie lubić czekoladowych perfum?
Dla podobnego przypadku widzę właściwie tylko jedno wytłumaczenie: ta osoba na pewno woli słynny wiśniowy placek z jadłodajni Normy Jennings. :D Uwielbiany przez całe miasto, za wyjątkiem matki właścicielki lokalu (ale ona była spoza Twin Peaks, więc właściwie się nie liczy ;) ). Wyobrażam sobie, że był słodko-kwaśny, na jeszcze ciepłym, chrupiącym spodzie, zdobywający serca kolejnych konsumentów prostotą składników o znakomitej jakości. Ostatecznie kto powiedział, że prosty kowboj nie może być smakoszem?
Skąd kowboj? Otóż mam z nimi stereotypowe skojarzenia, na które składa się między innymi otaczająca tę grupę zawodową skórzana galanteria [choć nie przesadzałabym z tym słowem w takim właśnie kontekście ;P ]. Charakterystyczne buty, siodła, juki, lassa, kurtki z frędzlami, to dziwne coś pod szyją w miejsce krawatu, szerokie pasy, kapelusze z rzemykami... Ogólnie żenada. ;> No ale. Kowboje są przecież ikonami amerykańskości, do tego hojnie zaopatrzonymi w wyroby ze skóry i zamszu.
Kiedy zaś jednego z nich, domytego i starannie upranego, posadzicie we wspomnianym lokalu i postawicie przed nim talerz z ciepłym wiśniowym pajem - na dokładkę dorzucając, absurdalną w takim towarzystwie, peerelowską musującą oranżadkę w proszku o smaku wiśniowym - otrzymacie ni mniej, ni więcej jak Bendelirious od État Libre d'Orange. :D Na dowód, że oto mamy do czynienia z kowbojem w świątecznym wcieleniu, gdzieś za jego plecami wyczuwam wyraźny aromat wina musującego, który do spółki ze słodko-kwaśną aurą placka wiśniowego skutecznie zagłusza pryzmy ziemi z akordu fiołkowego pomieszanego z octanem wetiwerolu, przyczajonej w okolicach butów legendy Dzikiego Zachodu.
Ciekawy miks, nie powiem. Oryginalny i, jak na artystyczne perfumy przystało, inspirujący do dalszych przemyśleń. Przynajmniej w pierwszych fazach rozwoju, jeszcze zanim stanie się cieniem samego siebie na jasnej, kuszącej pierzynce z woni deserowych, białego piżma oraz syntetycznego zamszu.
Niemniej jednak Shelly Johnson i agent Dale Cooper są pełni entuzjazmu:
Tak trzymać!
Halloween, choć wymuszone, irytująco plastikowe i powierzchowne, też może być ciekawym sposobem spędzenia czasu na przełomie października i listopada. Choć osobiście, jeżeli kogoś naprawdę drażni chrześcijański aspekt polskich dni zadusznych, polecałabym raczej Dziady. Wystarczy odrobina dobrej woli i będą równie klimatyczne, co Wszystkich Świętych a przy okazji bliższe rodzimej wrażliwości.
Tylko, że nijak nie pasują do Miasteczka Twin Peaks... :]
Angel Schlesser, Oriental Edition II
Rok produkcji i nos: 2009, ??
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, choć na męskiej skórze mogłoby być równie ciekawe. Wyraziste, zamaszyste, odważne; o niemałej projekcji i śladzie zapachowym, po pewnym czasie oczywiście zmieniające się w różnobarwną, pulsującą aurę. Zawsze jednak gęste i głębokie.
Świetne na wszelkie okazje wieczorowe i wtedy, kiedy tylko zechcemy silniej pachnieć.
Trwałość: dobrze ponad dwunastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, jaśmin, konwalia, róża, fiołek
Nuta serca: praliny, goździk (kwiat), szafran
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczuli, wetyweria, wanilia, ambra, piżmo
L'Atelier Bohème, Kafeïne
Rok produkcji i nos: 2008, Crystelle Darchicourt
Przeznaczenie: pachnidło typu uniseks; na skórze kobiet bardziej figlarne i słodkei, jak to opisałam powyżej, na męskiej natomiast skręca bardziej w stronę drzewnej jasności i kruszonych obuchem ziaren palonej kawy (ze słodyczą aby nie było zbyt monotonnie). :)
Tworzące brzy ciele wiotką ale dosyć wyraźną aurę, z czasem opadające na skórę człowieka i ściśle do niej przylegające. Czyli bardzo, bardzo dyskretne. ;)
Piękne o tej porze roku! [O ile pamiętam, bo próbkowałam i recenzowałam K jakiś rok temu].
Trwałość: nienachalna. ;) Kofeina nigdy nie przeżyła dłużej, niż pięć czy sześć godzin.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-gourmand (i drzewna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, kardamon, kawa
Nuta serca: herbata, drewno cedrowe, drewno sandałowe
Nuta bazy: bób tonka, karmel
Ava Luxe, Ambra Tibet
Rok produkcji i nos: 2007, Serena Ava Franco
Przeznaczenie: zapach typu uniseks dla miłośników pełnych, obfitych nut ambrowych. O średniej projekcji i tendencji do płochliwego wtulania się w ludzkie ciało przy każdym podmuchu chłodniejszego wiatru; statyczny ale nie niemrawy.
Wszystko, o czym wspominam wyżej czyni AT zapachem idealnym zarówno na okazje dzienne, jak i wieczorowe (po prostu podwójcie dawkę), biurowe ale i leniwoniedzielne. ;) Pod warunkiem, ze jesteście choć umiarkowanymi fanami niszy, których nie przestraszy perspektywa ziemi i krwi wspomnianych w recenzji. :>
Trwałość: około sześciu lub siedmiu godzin porządnej wyczuwalnej projekcji
Grupa olfaktoryczna: orientalna
Skład:
Nuta głowy: kardamon
Nuta serca: akord bursztynu tybetańskiego
Nuta bazy: szara ambra, cywet, wanilia
État Libre d'Orange, Bendelirious
Rok produkcji i nos: 2008, Antoine Lie
Przeznaczenie: idealny uniseks dla miłośników charakterystycznego,z lekka obrazoburczego [aha... chcieliby ;) ] stylu marki. Trzyma się raczej blisko skóry, choć pierwsze fazy ujawniają "ogoniaste" ambicje mieszaniny. Na ambicjach niestety się kończy i całość zręcznie redukuje się do gęstej, nieco fluorescencyjnej aury - a potem robi się całkiem bliskoskórna.
Za dnia lub wieczorem, o ile ludzki nosiciel okaże się jednostka na tyle ekscentryczną i beztroską, żeby pachnieć wiśniową oranżadką skórzaną galanterią na raz.
Trwałość: na mojej skórze jakieś pięć godzin
Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa (i skórzana)
Skład:
Nuta głowy: grejpfrut, akordy szampana i lizaka wiśniowego
Nuta serca: liście fiołka, kłącze irysa, masło irysowe
Nuta bazy: akord skóry i zamszu, wetyweria, bób tonka, piżmo
Guerlain, les Élixirs Charnels: Gourmand Coquin
Rok produkcji i nos(y): 2008, Christine Nagel oraz Sylvaine Delacourte
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet i nieuleczalnych czekoladowych łasuchów bez różnicy płci. ;) Charakteryzuje się spokojną, wyważoną projekcją i mocą, kryjącą się gdzieś w tle, lecz niepozwalającą zapomnieć oo źródle czekoladowej woni. :) Trzymające się blisko ludzkiej skóry, co w tym przypadku z pewnością jest sytuacją pożądaną, świadomą decyzją twórczyń.
Na okazje, jakie tylko uznacie za stosowne.
Trwałość: bardo dobra, bo dziesięcio-czternastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (i, oczywiście, gourmand)
Skład:
Nuta głowy: czarny pieprz
Nuta serca: kakao, wędzona herbata, róża
Nuta bazy: czekolada, rum
Nobile 1942, la Danza delle Libellule
Rok produkcji i nos(y): 2012, Marie Duchene oraz Antonio Alessandria
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, ze szczególnym uwzględnieniem miłośniczek białych piżm, jasnej kremowości oraz musującej słodyczy z jakaś charakterną nutką [czy jest na sali Ania Tuckett? ;) ]. Gęste i raczej bliskoskórne, choć z bliska wyczuwalne bez większego trudu.
Na okazje.. hm, właściwie to na każdą, szczególnie dla miłośniczek gatunku. :) Kluczem będzie dawka.
Trwałość: około dziesięciu godzin i dalszych parę zamierania
Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, jabłko
Nuta serca: cynamon, drewno cedrowe
Nuta bazy: wanilia, białe piżmo, kokos
Slumberhouse, Rume
Rok produkcji i nos: 2011, Josh Lobb
Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne z samego środka skali; kolejne raczej dla miłośników określonego klimatu niż dżendera (któregokolwiek). ;] Gęste, wyrazista ale zaskakująco optymistyczne. Intrygujące niebanalnym zestawieniem nut, jednak umiejące trzymać się tła. Początkowo silnie oddziałujące na otoczenie, ciągnące się kilkunastocentymetrowym śladem ale szybko redukowane do żywej, intensywnej i orzeźwiającej aury.
Dla każdego i każdej, kto ceni charakterystyczny, trochę industrialny a trochę gotycki styl marki. Reszta z Was bez szczegółowych testów raczej się nie obejdzie.
Trwałość: w granicach pół doby, chociaż latem potrafi niemal podwoić osiągi. ;)
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)
Skład:
liść laurowy, labdanum, mirra
___
Dziś noszę Blackbird marki Olympic Orchids.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.mtv.com/news/1916248/14-tv-shows-you-need-for-college/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
2. http://stephmansolf.com/blog/2011/12/07/come-for-the-murder-stay-for-the-cherry-pie/ [Autorka: Stephanie Mansolf]
3. http://www.domesticsluttery.com/2013/10/etsy-pick-happy-pencil.html [Autorka: Stephanie Baxter]
4. http://badassdigest.com/2012/10/03/tv-timewarp-twin-peaks-episodes-2.06-and-2.07/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
5. http://badassdigest.com/2012/07/18/tv-timewarp-twin-peaks-pilot/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
6. http://www.flickr.com/photos/singlespeedoutlaw/3897657065/ [Autor: sso]
7. http://nyulocal.com/entertainment/2014/03/26/twin-peaks-may-be-over-but-well-always-have-a-damn-fine-cup-of-coffee/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
Jak przystało na blogerkę z typową dla współczesności neurozą pseudoinformacji, przy pisaniu powyższego tekstu korzystałam z doniesień i opracowań dostępnych online. Oto one:
1. http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/to-juz-pewne-twin-peaks-wraca,475080.html
2. http://wyborcza.pl/1,75475,16861715,Wroci__Miasteczko_Twin_Peaks___Lynch__ktory_zburzyl.html
3. http://seryjni.blog.polityka.pl/2014/10/07/miasteczko-twin-peaks-wraca/
[Wszystkie wg dostępu z 28. 10. 2014].
Tak wyglądała internetowa rzeczywistość trzeciego października bieżącego roku dopóki dwaj Amerykanie, reżyser David Lynch oraz scenarzysta Mark Frost, dokładnie o tej samej porze nie zaćwierkali w pewnym znanym serwisie społecznościowym wiadomością o identycznej treści: "That gum you like is going to come back in style! #damngoodcoffee". Dwanaście wyrazów i jeden hasztag wystarczyły, żeby społeczność internetowa zawrzała.
Aluzji szytej tak grubymi nićmi nie sposób przeoczyć lub zinterpretować błędnie. :D Wniosek był jasny: Miasteczko Twin Peaks wraca do telewizji!
Wszystko wskazuje na to, że spełni się obietnica jednej z najsłynniejszych denatek telewizji, Laury Palmer, która w swoim czasie wyznała agentowi Cooperowi: "zobaczymy się za dwadzieścia pięć lat". Premiera trzeciej serii jednego z najgenialniejszych seriali w historii przewidziana jest na 2016, czyli dokładnie ćwierć wieku od niepokojącej deklaracji. Czy niepowtarzalny, wyjątkowy i - pod wieloma względami - pionierski dla narracji telewizyjnych klimat Twin Peaks da się utrzymać pomimo upływu tylu lat, że o wodzie w Wind River lewie wspomnę? ;) Poczekamy, zobaczymy.
W każdym razie ja na samą myśl o powrocie do tego sennego, tajemniczego miasteczka ludzi serdecznych i demonicznych, wspaniałej przyrody, doskonałej kuchni oraz zbrodni czuję żywsze bicie serca. Pomyślcie tylko: znów w Twin Peaks, tym razem o dwadzieścia pięć lat starszym!
Jak duchy dobre i złe poradzą sobie w erze wszechobecnej elektroniki oraz rzeczywistości cyfrowej? Oretyrety! :>
Czy taka informacja nie stwarza idealnej okazji do olfaktorycznej zabawy światem stworzonym przez Lyncha i Frosta? Według mnie jak najbardziej tak. ;) Zresztą opisanie wyżej wspomnianego miasteczka w stanie Waszyngton z perspektywy tamtejszej kuchni - i zapachów, jakie musiały się stamtąd rozchodzić - korciło mnie już od wielu miesięcy. Prawdę mówiąc, niniejszy wpis powstał blisko rok temu i aż do dziś czekał w blogowych szkicach na ostateczne poprawki i okazję w sam raz pasującą do publikacji.
A przecież perspektywa trzeciej serii cyklu oraz kolejne Halloween to okazja podwójna. :)
Zapraszam więc na wędrówkę po deserowych specjalnościach Twin Peaks, miejsca słodkiego i przerażającego jednocześnie!
Weźmy klimat takiego miejsca: tych wszystkich ludzi ciepłych i oziębłych, przyjaznych oraz okrutnych, rozczulająco prostodusznych i cynicznych do szpiku kości - często w jednym i tym samym przypadku. Czarną Chatę i Białą Chatę. Kafeterię oraz burdel tuż za kanadyjską granicą. Olbrzyma i BOBa. Przytulność ale i grozę. Jak ująć je w jednym zapachu? Czy to w ogóle możliwe?
Moim zdaniem nie do końca.
Szukałam wśród pachnideł właściwego tropu, starając się na równi pokładać wiarę w rzeczowej analizie faktów oraz w intuicji. W taki oto sposób znalazłam troje podejrzanych ale żadnego ewidentnego winnego.
Każda z kompozycji zawierała w sobie pewną dozę niezbędnej dwoistości, rodzącego podskórny niepokój niedopowiedzenia ale żadna nie miała ich w odpowiednich proporcjach.
Najbliższa ideałowi wydała się Ambra Tibet marki Ava Luxe, jednocześnie obłędnie waniliowa, słodka. Wodząca na pokuszenie ciepłą jeszcze kruszonką czy obłędnym budyniowym kremem ale dokładnie w tej samej chwili drapiąca w gardło eugenolowym kardamonem i wprawiająca w zakłopotanie wyraźną nutą zwierzęcej zmysłowości w postaci piżma i cywetu. Stabilizująca się na ciele w pierzasto-aksamitny obłoczku o którymś z odcieni złamanej bieli i jednocześnie psująca jego bezpieczną błogość rwanymi, zaschniętymi smugami z błota i krwi.
Trzysta procent niepokoju pod pozorem bycia wonią doskonale przymilną; znakomicie zakamuflowany, niebezpieczny drapieżnik. Lecz niestety nie bestia nie z tego świata, której mimo wszystko oczekiwałabym w psychodelicznej atmosferze nadnaturalnego Twin Peaks.
Może więc warto zwrócić się ku Rume od Slumberhouse? Wszak jest to twór marki słynącej z tworzenia dziwnych, niejednoznacznych perfum, od których nie raz i nie dwa włosy stają dęba [co bynajmniej nie jest wadą].
No, cóż. Tym razem znalazłam zbyt wiele horroru, aczkolwiek samo pachnidło nie pasuje do ściśle horrorowej konwencji. Bo przecież czy prażone orzechy, taninowy, mocny napar z czarnej herbaty, palone liście laurowe oraz nieco czekoladowego paczuli są w stanie stworzyć obrzydliwą makabrę? Staroświecką baśń, trochę straszną, trochę romantyczną i owszem, jednak nie ślad wszechobecnego, diabolicznego zagrożenia. Tutaj mirra wprowadza zbyt wiele życia a labdanum uspokaja moje myśli, z powrotem prowadząc do świata, który znam i kocham. Dużo emocji, również negatywnych - ale Twin Peaks toto nie jest.
Trzecia z propozycji, la Danza delle Libellule od Nobile 1942, okazuje się natomiast tytułowym miasteczkiem widzianym z perspektywy przypadkowych przejezdnych, posilających się kawą i plackiem w Double R Diner. Przy czym nie chodzi o najsłynniejszy produkt lokalu, paj wiśniowy ale o jego pomijanego w scenariuszu konkurenta: placek jabłkowy. ;) Na kruchym cieście, od spodu nieco zbyt podsypanym mąką, teraz już przepieczoną i uwalniającą delikatny gorzki posmak, z aromatycznym nadzieniem jabłkowo-waniliowym, cynamonem oraz ciekawą nutą cytrusową w tle. Gdyby leżało na talerzu, towarzyszyłby mu niewielki kleks śmietany sandałowcowo-kokosowej. ;)
Człowiek, który zamówiłby taki przysmak, zajadałby go później łapczywie, z apetytem; cieszyłby się smakiem i dziwił, że taka niepozorna słodkość potrafi naprawdę nasycić żołądek. Na gorycz nadmiaru mąki o mały włos nie spalonej w ogóle nie zwróciłby uwagi. Żeby odkryć cienie nad Twin Peaks, trzeba wejść głębiej w jego strukturę.
Choćby zupełnym przypadkiem.
"(...) element kluczowy dla całej fabuły to wynik całkowitego przypadku. Podczas kręcenia sceny, w której matka Laury Palmer dowiaduje się o jej śmierci i wybucha płaczem, doszło do drobnej pomyłki na planie: otóż asystent scenografa Frank Silva uwięził sam siebie przed kamerą.Znając genezę jednej z najbardziej zapadających w pamięć postaci serialu [o ile w ogóle były tam jakiekolwiek inne ;) ], trzeba być głupcem, aby ignorować rolę przypadku w procesie twórczym. Więc nie marudźmy.
Serialowe wnętrza są przeważnie dość umowne, okna nie mają szyb, drzwi nie mają klamek. O ile prawdziwa klamka czy szyba nie jest potrzebna w konkretnej scenie, łatwiej i taniej zastąpić je byle atrapą. Co za tym idzie, rozmieszczanie dekoracji trzeba wykonywać w określonej kolejności, bo inaczej taki np. asystent scenografa zostanie w środku i nie wyjdzie bez odsunięcia jednej ze »ścian«. Tak się właśnie zdarzyło na planie Lynchowi.
On postanowił jednak mimo wszystko nie przerywać ujęcia - poprosił tylko Silvę, żeby siedział w kącie i się nie ruszał. Aktorka (...) odegrała scenę swojej rozpaczy, jak nakazywał scenariusz. Udawała, że w pokoju nie ma nikogo poza nią.
I kiedy kamera przypadkowo uchwyciła odbicie Franka Silvy w lustrze, niechcący dostaliśmy absolutnie niesamowitą scenę. O co tu chodzi? Kim jest ten facet? Dlaczego ta kobieta go nie widzi - albo udaje, że go nie widzi?
»Nie wiedziałem, co z tym zrobić, ale wiedziałem, że to jest świetne« - wspominał Lynch".
ŹRÓDŁO
Jeżeli w serialu teoretycznie kryminalnym z wątkami obyczajowymi w ramach bonusu dostajemy jeszcze element nadnaturalny, nie wybrzydzajmy. Akceptujmy dzieło z dobrodziejstwem inwentarza. Szczególnie wtedy, gdy w ramach (dosłownej) wisienki na torcie dostajemy zajawkę najprawdziwszego food porn z czasów przed wynalezieniem Instagramu. ;P Darowanemu poczęstunkowi nie zagląda się w gary. ;)
Amerykańscy stróże prawa wiedzą o tym doskonale:
Damn good coffee, diabelnie dobra kawa, jak przełożono ów zwrot na język polski - jaka ona będzie?
Z pewnością dla każdego kawosza nieco inna. ;) Wiem, że dla nie-kawosza, choć osoby kawę "tylko" lubiącej, wybór będzie jasny mimo, że dla ortodoksów dosyć kontrowersyjny. Kawa, na którą ochotę się miewa, i to nie codziennie, jest napojem wysoce wzbogaconym. :) O spienione mleko, aromatyczne przyprawy, ciekawą alkoholową wkładkę, cukier trzcinowy, w końcu czapkę z bitej śmietany oraz kakao, cynamon czy inną posypkę na samym wierzchu.
Czegoś takiego z pewnością nie podawali w Twin Peaks. ;)
Kawusia ugrzeczniona, niekiedy zagłuszona, to jeden z wariantów kawy pijanej przez niżej podpisaną [ostatnio straciłam głowę dla tworu znanego pod nazwą pumpkin spice latte :) ]. Taką mam wizję pysznej kawy, co zrobić? Dlatego nie powinien Was dziwić mój kawowy wybór, równie fikuśny choć o wiele prostszy w formie, niż kawa po irlandzku czy inna Maria Teresa. ;)
"Moja" kawa z Miasteczka Twin Peaks to affogato, porcja lodów waniliowych utopiona w filiżance gorącego espresso. Dokładnie czymś takim pachnie mi Kafeïne marki L'Atelier Bohème. Rzecz wyrazista, kontrastowa i robiąca piorunujące wrażenie. Najpierw elektryzujące, konkretne uderzenie cierpkości, wynikłej z miksu bergamotki, kawy, drewna cedrowego i herbaty, chwilę później dołącza gorący kardamon z sandałowcem - a jeszcze potem słodycz karmelowo-tonkowa, która całkowicie zmienia moją interpretację drewna sandałowego oraz kawy, od tej pory aż po ostatnie chwile Kafeïne na skórze jednoznacznie deserowe, kawiarniane, leniwe. Gdybym miała przyrównać doń inne bardziej znane, i pasujące klimatem, perfumy, postawiłabym na New Haarlem od Bond No. 9.
A skoro już o słodyczach mowa...
Czasami bywa tak, że ich najwięksi miłośnicy wprost nie potrafią uwierzyć we własne szczęście, w to jak wiele dookoła okazji do niespodziewanego lub nieskrępowanego łasowania. ;) Amerykańskie pączki w czekoladzie? Pyszne, smażone w głębokim tłuszczu krążki z ciasta drożdżowego, na dokładkę bezwstydnie oblane lukrem, kuwerturą czekoladową, frużeliną czy jakimkolwiek innym ustrojstwem, o którym wprost boją się myśleć dietetycy oraz stomatolodzy? [Więc będę grzeczną dziewczynką i w ogóle nie powiem im ani słowa o cronutach, czyli współczesnej nowojorskiej krzyżówce donutów i francuskich croissantów; ani słóweczkiem, będę milczeć jak grób. ;> Swoją drogą, byłby to ciekawy pomysł na jeden ze sztandarowych smakołyków współczesnego Twin Peaks, nie sądzicie?] Mniam!
Dla siebie poproszę o dwa z czekoladą. :D
Pierwszy nosi nazwę Oriental Edition II i powstał pod egidą perfumowej odnogi marki Angel Schlesser. A jest różą, gęstą, ciemną i słodko-wytrawna, nieco cierpką, oblaną grubą warstwą ciemnej czekolady o wysokiej zawartości kakao. Właściwie nie jestem pewna, czy jest to bardziej pączek amerykański, czy polski choć oblany czekoladą w miejsce zwyczajowego lukru bądź cukru pudru. Jednak mniejsza o to.
Najistotniejszy jest smak, to znaczy zapach. ;) A ten jest chyba jedyny w swoim rodzaju: wyrazisty, głęboki dzięki nutom drzewnym i szafranowi, złocącemu się i rozgrzewającemu mieszankę od pierwszych chwil, jednocześnie kobiecy i o silnym charakterze. To właśnie wspomniane akordy drzewno-przyprawowe nie pozwalają OEII zboczyć z kursu i osiąść na mieliźnie czegoś przesłodzonego i nazbyt oczywistego. Wspaniale wyważona mieszanka daje nam wyobrażenie, jak mogłoby wyglądać Twin Peaks, gdyby istniało gdzieś w prawdziwym świecie.
O drugim z czekoladowych pączków, Gourmand Coquin z guerlainowskiej butikowej serii les Élixirs Charnels, nie można powiedzieć już tak wiele, chociaż pachnidło zeń naprawdę świetne. Uważam, że nie ma potrzeby uciekać się do rzeczowości, kiedy kolejna z wód idealnie dopasowuje się do klimatu serialowej fikcji. ;P I jest jak trzeba nienachalnie słodka ale czarowna, obłędnie czekoladowa a przy tym szykowna (dzięki przyprawom, nucie alkoholowej a także wyraźnych śladach szlachetnego żywicznego dymu, jak podejrzewam), bez dwóch zdań trzymająca najwyższy poziom. I nawet ślad pulchnego i mięciutkiego, elastycznego ciasta o przyjemnej waniliowej nucie także się weń znajdzie! ;)
Jak tu nie lubić czekoladowych perfum?
Dla podobnego przypadku widzę właściwie tylko jedno wytłumaczenie: ta osoba na pewno woli słynny wiśniowy placek z jadłodajni Normy Jennings. :D Uwielbiany przez całe miasto, za wyjątkiem matki właścicielki lokalu (ale ona była spoza Twin Peaks, więc właściwie się nie liczy ;) ). Wyobrażam sobie, że był słodko-kwaśny, na jeszcze ciepłym, chrupiącym spodzie, zdobywający serca kolejnych konsumentów prostotą składników o znakomitej jakości. Ostatecznie kto powiedział, że prosty kowboj nie może być smakoszem?
Skąd kowboj? Otóż mam z nimi stereotypowe skojarzenia, na które składa się między innymi otaczająca tę grupę zawodową skórzana galanteria [choć nie przesadzałabym z tym słowem w takim właśnie kontekście ;P ]. Charakterystyczne buty, siodła, juki, lassa, kurtki z frędzlami, to dziwne coś pod szyją w miejsce krawatu, szerokie pasy, kapelusze z rzemykami... Ogólnie żenada. ;> No ale. Kowboje są przecież ikonami amerykańskości, do tego hojnie zaopatrzonymi w wyroby ze skóry i zamszu.
Kiedy zaś jednego z nich, domytego i starannie upranego, posadzicie we wspomnianym lokalu i postawicie przed nim talerz z ciepłym wiśniowym pajem - na dokładkę dorzucając, absurdalną w takim towarzystwie, peerelowską musującą oranżadkę w proszku o smaku wiśniowym - otrzymacie ni mniej, ni więcej jak Bendelirious od État Libre d'Orange. :D Na dowód, że oto mamy do czynienia z kowbojem w świątecznym wcieleniu, gdzieś za jego plecami wyczuwam wyraźny aromat wina musującego, który do spółki ze słodko-kwaśną aurą placka wiśniowego skutecznie zagłusza pryzmy ziemi z akordu fiołkowego pomieszanego z octanem wetiwerolu, przyczajonej w okolicach butów legendy Dzikiego Zachodu.
Ciekawy miks, nie powiem. Oryginalny i, jak na artystyczne perfumy przystało, inspirujący do dalszych przemyśleń. Przynajmniej w pierwszych fazach rozwoju, jeszcze zanim stanie się cieniem samego siebie na jasnej, kuszącej pierzynce z woni deserowych, białego piżma oraz syntetycznego zamszu.
Niemniej jednak Shelly Johnson i agent Dale Cooper są pełni entuzjazmu:
Tak trzymać!
Halloween, choć wymuszone, irytująco plastikowe i powierzchowne, też może być ciekawym sposobem spędzenia czasu na przełomie października i listopada. Choć osobiście, jeżeli kogoś naprawdę drażni chrześcijański aspekt polskich dni zadusznych, polecałabym raczej Dziady. Wystarczy odrobina dobrej woli i będą równie klimatyczne, co Wszystkich Świętych a przy okazji bliższe rodzimej wrażliwości.
Tylko, że nijak nie pasują do Miasteczka Twin Peaks... :]
Rok produkcji i nos: 2009, ??
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, choć na męskiej skórze mogłoby być równie ciekawe. Wyraziste, zamaszyste, odważne; o niemałej projekcji i śladzie zapachowym, po pewnym czasie oczywiście zmieniające się w różnobarwną, pulsującą aurę. Zawsze jednak gęste i głębokie.
Świetne na wszelkie okazje wieczorowe i wtedy, kiedy tylko zechcemy silniej pachnieć.
Trwałość: dobrze ponad dwunastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, jaśmin, konwalia, róża, fiołek
Nuta serca: praliny, goździk (kwiat), szafran
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczuli, wetyweria, wanilia, ambra, piżmo
L'Atelier Bohème, Kafeïne
Rok produkcji i nos: 2008, Crystelle Darchicourt
Przeznaczenie: pachnidło typu uniseks; na skórze kobiet bardziej figlarne i słodkei, jak to opisałam powyżej, na męskiej natomiast skręca bardziej w stronę drzewnej jasności i kruszonych obuchem ziaren palonej kawy (ze słodyczą aby nie było zbyt monotonnie). :)
Tworzące brzy ciele wiotką ale dosyć wyraźną aurę, z czasem opadające na skórę człowieka i ściśle do niej przylegające. Czyli bardzo, bardzo dyskretne. ;)
Piękne o tej porze roku! [O ile pamiętam, bo próbkowałam i recenzowałam K jakiś rok temu].
Trwałość: nienachalna. ;) Kofeina nigdy nie przeżyła dłużej, niż pięć czy sześć godzin.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-gourmand (i drzewna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, kardamon, kawa
Nuta serca: herbata, drewno cedrowe, drewno sandałowe
Nuta bazy: bób tonka, karmel
Ava Luxe, Ambra Tibet
Rok produkcji i nos: 2007, Serena Ava Franco
Przeznaczenie: zapach typu uniseks dla miłośników pełnych, obfitych nut ambrowych. O średniej projekcji i tendencji do płochliwego wtulania się w ludzkie ciało przy każdym podmuchu chłodniejszego wiatru; statyczny ale nie niemrawy.
Wszystko, o czym wspominam wyżej czyni AT zapachem idealnym zarówno na okazje dzienne, jak i wieczorowe (po prostu podwójcie dawkę), biurowe ale i leniwoniedzielne. ;) Pod warunkiem, ze jesteście choć umiarkowanymi fanami niszy, których nie przestraszy perspektywa ziemi i krwi wspomnianych w recenzji. :>
Trwałość: około sześciu lub siedmiu godzin porządnej wyczuwalnej projekcji
Grupa olfaktoryczna: orientalna
Skład:
Nuta głowy: kardamon
Nuta serca: akord bursztynu tybetańskiego
Nuta bazy: szara ambra, cywet, wanilia
État Libre d'Orange, Bendelirious
Rok produkcji i nos: 2008, Antoine Lie
Przeznaczenie: idealny uniseks dla miłośników charakterystycznego,z lekka obrazoburczego [aha... chcieliby ;) ] stylu marki. Trzyma się raczej blisko skóry, choć pierwsze fazy ujawniają "ogoniaste" ambicje mieszaniny. Na ambicjach niestety się kończy i całość zręcznie redukuje się do gęstej, nieco fluorescencyjnej aury - a potem robi się całkiem bliskoskórna.
Za dnia lub wieczorem, o ile ludzki nosiciel okaże się jednostka na tyle ekscentryczną i beztroską, żeby pachnieć wiśniową oranżadką skórzaną galanterią na raz.
Trwałość: na mojej skórze jakieś pięć godzin
Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa (i skórzana)
Skład:
Nuta głowy: grejpfrut, akordy szampana i lizaka wiśniowego
Nuta serca: liście fiołka, kłącze irysa, masło irysowe
Nuta bazy: akord skóry i zamszu, wetyweria, bób tonka, piżmo
Guerlain, les Élixirs Charnels: Gourmand Coquin
Rok produkcji i nos(y): 2008, Christine Nagel oraz Sylvaine Delacourte
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet i nieuleczalnych czekoladowych łasuchów bez różnicy płci. ;) Charakteryzuje się spokojną, wyważoną projekcją i mocą, kryjącą się gdzieś w tle, lecz niepozwalającą zapomnieć oo źródle czekoladowej woni. :) Trzymające się blisko ludzkiej skóry, co w tym przypadku z pewnością jest sytuacją pożądaną, świadomą decyzją twórczyń.
Na okazje, jakie tylko uznacie za stosowne.
Trwałość: bardo dobra, bo dziesięcio-czternastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (i, oczywiście, gourmand)
Skład:
Nuta głowy: czarny pieprz
Nuta serca: kakao, wędzona herbata, róża
Nuta bazy: czekolada, rum
Nobile 1942, la Danza delle Libellule
Rok produkcji i nos(y): 2012, Marie Duchene oraz Antonio Alessandria
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, ze szczególnym uwzględnieniem miłośniczek białych piżm, jasnej kremowości oraz musującej słodyczy z jakaś charakterną nutką [czy jest na sali Ania Tuckett? ;) ]. Gęste i raczej bliskoskórne, choć z bliska wyczuwalne bez większego trudu.
Na okazje.. hm, właściwie to na każdą, szczególnie dla miłośniczek gatunku. :) Kluczem będzie dawka.
Trwałość: około dziesięciu godzin i dalszych parę zamierania
Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, jabłko
Nuta serca: cynamon, drewno cedrowe
Nuta bazy: wanilia, białe piżmo, kokos
Slumberhouse, Rume
Rok produkcji i nos: 2011, Josh Lobb
Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne z samego środka skali; kolejne raczej dla miłośników określonego klimatu niż dżendera (któregokolwiek). ;] Gęste, wyrazista ale zaskakująco optymistyczne. Intrygujące niebanalnym zestawieniem nut, jednak umiejące trzymać się tła. Początkowo silnie oddziałujące na otoczenie, ciągnące się kilkunastocentymetrowym śladem ale szybko redukowane do żywej, intensywnej i orzeźwiającej aury.
Dla każdego i każdej, kto ceni charakterystyczny, trochę industrialny a trochę gotycki styl marki. Reszta z Was bez szczegółowych testów raczej się nie obejdzie.
Trwałość: w granicach pół doby, chociaż latem potrafi niemal podwoić osiągi. ;)
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)
Skład:
liść laurowy, labdanum, mirra
___
Dziś noszę Blackbird marki Olympic Orchids.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.mtv.com/news/1916248/14-tv-shows-you-need-for-college/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
2. http://stephmansolf.com/blog/2011/12/07/come-for-the-murder-stay-for-the-cherry-pie/ [Autorka: Stephanie Mansolf]
3. http://www.domesticsluttery.com/2013/10/etsy-pick-happy-pencil.html [Autorka: Stephanie Baxter]
4. http://badassdigest.com/2012/10/03/tv-timewarp-twin-peaks-episodes-2.06-and-2.07/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
5. http://badassdigest.com/2012/07/18/tv-timewarp-twin-peaks-pilot/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
6. http://www.flickr.com/photos/singlespeedoutlaw/3897657065/ [Autor: sso]
7. http://nyulocal.com/entertainment/2014/03/26/twin-peaks-may-be-over-but-well-always-have-a-damn-fine-cup-of-coffee/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
Jak przystało na blogerkę z typową dla współczesności neurozą pseudoinformacji, przy pisaniu powyższego tekstu korzystałam z doniesień i opracowań dostępnych online. Oto one:
1. http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/to-juz-pewne-twin-peaks-wraca,475080.html
2. http://wyborcza.pl/1,75475,16861715,Wroci__Miasteczko_Twin_Peaks___Lynch__ktory_zburzyl.html
3. http://seryjni.blog.polityka.pl/2014/10/07/miasteczko-twin-peaks-wraca/
[Wszystkie wg dostępu z 28. 10. 2014].
czwartek, 20 czerwca 2013
Axis mundi
"Axis mundi (z łac., 'oś kosmiczna', 'oś świata') – idea środka świata, uważanego za stabilny element Wszechświata.
Według wierzeń na osi następuje zatrzymanie czasu, przez co możliwy jest pełny kontakt zarówno z przeszłością, jak i przyszłością. Stanowić miało miejsce najświętsze z najświętszych. W wielu kulturach stanowiło podstawową koncepcję kosmogonii, kreacji Kosmosu, biogenezy a nawet antropogenezy – zazwyczaj wierzono, że od Axis mundi rozpoczęło się stwarzanie świata.
Jego wyobrażeniem (w różnych kulturach) były: góra kosmiczna, drzewo kosmiczne, filar, kolumna lub słup (te ostatnie mają wtedy dodatkowy sens – są wspornikami niebios)".
Cytat za Wikipedią
Centrum istnienia; miejsce, z którego wszystko bierze początek i gdzie się zakończy.
Od tysiącleci najróżniejsze jego wyobrażenia zasiedlają ludzką wyobraźnię, wżynając się w psychikę oraz tożsamość, skutecznie wymykając się racjonalnemu rozumowaniu.
Wszyscyśmy z niego.
A jeżeli uważacie, że (jak zwykle) przesadzam, opowiadając bajkę o żelaznym wilku, nie do przyjęcia w epoce społeczeństwa internetowego, podboju kosmosu, nanotechnologii czy ujarzmionej energii nuklearnej, to czeka Was niespodzianka. :]
Bo oto wariacja na temat jednego z najlepiej przyswajalnych dla polskiego umysłu wyobrażeń axis mundi:
Tak, tak; te łowickie kogutki ustawione po obu stronach kwiatka symbolizują strażników dwóch przeciwległych sfer życia [wiecie: dnia i nocy, jasnego i ciemnego, prawego i lewego, żywego i martwego... Standardowe opozycje binarne ;) ], strzegących harmonii wokół osi świata. Swoją drogą, warto zainteresować się tym, dlaczego owego porządku strzegą właśnie koguty - oraz, co mają wspólnego z nadchodzącymi obchodami przesilenia letniego. Naprawdę warto.
Co więcej: odwzorowania kosmicznego centrum wszechświata kryją się nie tylko w barwnej, upopokulturalnionej już cepeliadzie ale też w symbolach, których nigdy byśmy o podobne pokrewieństwo nie podejrzewali. Nie tylko w świętych górach (jak Łysa Góra albo Ślęża) czy świętych drzewach (szczególnie dębach), ale również w: wolnostojących kolumnach, piramidach, kaduceuszu, kurhanach oraz megalitycznych konstrukcjach, judaistycznej menorze oraz Gwieździe Dawida, chrześcijańskim krzyżu, kwiecie lotosu, wszelkich rozetkach i mandalach, swastyce, graficznych odzwierciedleniach labiryntu a nawet w irlandzkiej czterolistnej koniczynce! Choć już dawno w nią nie wierzymy, w dalszym ciągu podskórnie czujemy Moc zamkniętą w wyobrażeniach axis mundi.
Niewiele pradawnych symboli sięga tak głęboko wewnątrz naszych dusz, jak właśnie mityczne, pulsujące (w dalszym ciągu, jak się okazuje) serce Wszechświata.
Dlatego napisałam, że wszyscy zeń pochodzimy; bo wszyscy mamy go w głowie, w każdym jakieś jego wyobrażenie budzi głębsze emocje. W ludowym - czyli takim, które jest możliwe do objęcia rozumem przez każdego - pojmowaniu świata axis mundi jest jednym z najgłębszych, najbardziej uwewnętrznionych symboli [podobnie jak ogień, słońce oraz kogut - bo wszystkie trzy są połączone].
Podobnie można interpretować powiązanie rodzimej perfumoholicznej społeczności oraz zapachów kadzidlanych. Jakby nie patrzeć, w chwilach kształtowania się pierwszych internetowych miejsc dla miłośników perfum (Wizaż, forum Gazety, blogi pasjonatów) to właśnie kadzidła, drewna, paczuli i inne niszowe składniki stanowiły trzon zainteresowań forumowiczów czy blogerów. Można zatem przyjąć, że to od nich wszystko się zaczęło. :)
Pewnie niemałą przesadą z mojej strony będzie założenie, iż wonie kadzidlane to axis mundi świata perfum [bo tu chodzi raczej o sprzężenie czasu pierwszych prób polskiego pisania o zapachach z globalną modą na kadzidła w niszy], niemniej chciałabym tak myśleć. ;) Więc dlaczego nie?
I chcąc uczcić nadchodzące wielkimi krokami Noc Kupały (to już jutro!) oraz Noc Świętojańską, postanowiłam opisać trzy zapachy kadzidlane. Jednak nie wzniosłe, świątynne i chłodne ale te najbardziej "przyziemne", ziołowe. Gryzące w nozdrza ostrym, roślinnie "brudnym" dymem jak również tak głęboko swojskie, dla mnie wręcz intymne, że bardziej już się nie da. Nie z tym akordem.
A że pieśń w kulturze ludowej miała znaczenie niebagatelna, dziś zamiast (lub oprócz) ilustracji graficznych, pojawią się także dźwiękowe. Słowiańsko-poetyckie albo szczere aż do bólu. Zawsze piękne.
Całkiem, jak omawiane aromaty.
Cóż, nie udało się odnaleźć innego wykonania tradycyjnej wschodniosłowiańskiej pieśni bez infantylnych grafik oraz gołych pań [co pewnie dla niektórych z Was będzie raczej zachętą, by film odtworzyć ;) ]...
Pierwsze, co czuję słuchając, to spokój oraz pewien łagodny smutek; fatalistyczne pogodzenie się z losem; z tym, że czasami ktoś, kto wyszedł z domu już nigdy do niego nie wraca (przynajmniej nie jako śmiertelnik ;) ). Słowianie przecież od zawsze wierzyli w fatum, w konsekwentną moc przeznaczenia.
Podobnie odbieram Bois d'Encens z serii Armani Privé, zapach suchy, spokojny ale wyrazisty.
Najsilniejszy tuż po aplikacji pa skórę, kiedy świdruje powietrze suchym ale czystym akordem drzewnym, podkreślonym przez ziołową gorycz (trochę szałwii, więcej ruty oraz bylicy); po dosłownie kilkunastu sekundach wirujące zioła schną, schodząc z pierwszego plany, na którym zastępuje je drapiący w gardło dwugłos postarzanego cedru oraz czarnego pieprzu. Oba składniki łączą się z ziołami w całość harmonijną, spokojną oraz ciepłą. Rozgrzaną jak ludzkie ciało, zaznające orzeźwienia w drewniano-kamiennej budowli (nie będzie, że w romańskim kościele ;) ). Dosyć delikatna ale plastyczna, miękko ścieląca się na skórze choć nigdy nie wtapiająca w naturalny aromat człowieka.
A to dobrze, ponieważ baza Bois d'Encens przynosi nam wreszcie drugi składnik tytułowy. :) Czyli kadzidło - piękne, czyste oraz ciche; umiejętnie czerpiące z cedrowej jasności oraz pieprzowego ciepła ale nie stapiające się z nimi. Pojawia się jako kamienno-drzewny łagodny podmuch; coś doskonale ciepło-zimnego, ludzko-zaświatowego (albo nawet futurystycznego), dymiącego się spokojnym, smukłym, grafitowym dymem. Sunie spokojnie ku górze, niczym nie zakłócane, łagodnie wznosząc ponad drewno, pieprz, pergaminowe foliały oraz ledwie zasugerowaną złocistą słodycz ludzkiego ciepła. I w końcu rozpływające się gdzieś hen, pod niebem albo rozwiane przez masywną ścianę nizinnego wiatru.
Przy czym nie chciałabym zostać źle zrozumiana: Lasy Kadzidlane to wysoce artystyczna, wysmakowana kompozycja, której każdy element był dokładnie ważony w dłoni, nim przybrał ostateczną formę i trafił dokładnie tam, gdzie zażyczył sobie twórca. Co charakterystyczne, pachnidło trzyma się blisko ciała i dopiero w tej stabilnej, pewnej strefie ciepła śmiało rozpoczyna swoja magię. To nie jest agresywny mocarz, tylko stara, nostalgiczna pieśń.
Inaczej wygląda rzecz z Encens marki Mad et Len, które swego czasu skojarzyłam ze Świdrygą i Midrygą w wykonaniu Żywiołaka a do słów Bolesława Leśmiana [bo kogóż by innego? ;) ]. Głównie dlatego, że tym razem kadzidło ziołowe i gorzkie już od samego początku okazuje się głośne: krzyczy, skacze i pulsuje do jakiegoś nietypowego taktu.
Uwertura tej kompozycji boli. Pachnidło rozlewa się po skórze, zadziwia zdawałoby się chaotyczną mieszaniną gorzkich ziół z tłustym i taninowym kadzidłem oraz jakąś niepokojącą roślinną słodyczą. Wije się po ciele w żywiczno-świeżych splotach, bez skrępowania rozciągając na całą dostępną przestrzeń.
Trzeba kilku chwil aby kompozycja uspokoiła się, podeschła. Dopiero wtedy staje się bardziej ludzka czy łatwiejsza w obejściu. Wówczas okazuje się, że owa niepokojąca roślinna słodycz, którą dostrzegłam w bazie Bois d'Encens jest najbardziej istotnym składnikiem Kadzidła od Mad et Len. Wyobraźcie sobie elemi o właściwościach [właściwościach, nie zapachu!!] budyniu waniliowego a zrozumiecie, w czym rzecz. :)
Szczególnie, że przy całej tej tłustej goryczy, klejącej, miękkiej słodkości oraz ziołowej suchości mieszanka cały czas konsekwentnie produkuje srebrzyste smużki kadzidlanego dymu; drobne, jednak w większej ilości. Oczywiście z czasem bliżej nieokreślone żywice topią się, wypalają i znikają niemal całkowicie, pozostawiając po sobie wrażenie suchego ciepła oraz ducha olibanum pachnącego tak, jak ostygły już kamienny trybularz. I dopiero w najgłębszej bazie [o ile można użyć tego wyrażenia w stosunku do pachnidła, które zbudowane jest nie na kształt klasycznej piramidy, tylko kilku umownych, przenikających się sfer] orientujemy się, iż Encens stało się bardziej łagodne, jakby zamyślone, konwencjonalnie kadzidlane. Że nie ma już śladu po tej wile czy południcy, która tak nas zaskoczyła, wystraszyła i zafascynowała chwilę po uwolnieniu zapachu z atomizera.
Oraz że znika równie niezauważenie, że nie sposób ocenić, czy działo się to powoli, czy może szybko.
Jedyne, co nam pozostaje, to kilka odczuć; wspomnienie, ze czegoś doświadczyliśmy. Szast-prast!, coś na nas wpadło, pokotłowało się trochę i uciekło w nieznanym kierunku. Nie wiadomo jak, gdzie ani kiedy. Zapach-efemeryda. :)
Najsilniejsze wrażenie wywarł na mnie jednak dopiero trzeci z omawianych dziś zapachów. Najbardziej gwałtowny ale i monochromatyczny, narysowany grubymi, miękkimi pociągnięciami ołówka. Trochę dziwny i niezrozumiały tak, jak nie zawsze pojmujemy zasady rządzące światem sprzed kilku stuleci. Jak tenże świat agresywny a jednak wciągający. Kompletnie obcy ale przecież doskonale znany w tych samych momentach.
Niezrozumiały ponieważ dziwny czy dziwny dlatego, że już niemożliwy do ogarnięcia rozumem? Nie wiem.
Gorzki jak życie na Słowiańszczyźnie kilkaset lat temu.
Przed Wami kolektyw R.U.T.A. w białorusko-polskim utworze o nadużyciach seksualnych [i nie tylko takich, co widać z magnetycznie pięknej animacji autorstwa Łukasza Rusinka]. A towarzyszyć jej będzie Incense marki Ava Luxe.
Piosenka oraz film są prawdziwie wstrząsające, prowokujące do trudnej, niekończącej się dyskusji, o wielu wątkach pobocznych. Podobnym wstrząsem [choć na zupełnie różnych podstawach, rzecz jasna] był dla mnie pierwszy kontakt z Incense. Przyzwyczaiłam się bowiem do perfum gęstych i trudnych, lubię zapachy drzewno-kadzidlane, znam rożne odmiany olfaktorycznej słodyczy, lekkości, duszności, słoności, świeżości a nawet kwasoty, jednak nigdy dotąd nie testowałam takich, które byłyby dogłębnie, całkowicie gorzkie. Nie raz i nie dwa badałam różnice między ascetycznością, niemal barokowym bogactwem oraz tym wszystkim, co pomiędzy nimi; ale jeszcze nie udało się spotkać na swojej drodze takich, które wytrzymałyby z daleka od wszelkich prób umiejscowienia na wspomnianej osi; które wisiałyby trzy metry ponad nią, obojętne na niemoc poznawczą człowieka. Bo takie właśnie jest klasyczne Kadzidło od Avy Luxe.
Z jednej strony wysoko skoncentrowane, głośne i agresywne, ostrymi pazurami gorzkich ziół bez pardonu wyszarpujące całe płaty rozgrzanego i oddychającego żywicznego ciała, z drugiej jednak głębokie niczym studnia i tak, jak one spokojne o swój dalszy los. Agresywne ale przecież stoickie. zawierające w sobie tak wiele sprzeczności, że pierwsze zachłyśnięcie się omawianym własnie zapachem może zrodzić silny opór. Nie jest nawet w połowie tak mocne, jak Incense Normy Kamali, choć poraża mocą od razu, bez bawienia się w półśrodki. Wbija się w nozdrza oraz usta, powodując bezdech i zamilknięcie, w obawie przed intensywną, balsamiczną goryczą, która potem sączyć się będzie przez wszystkie fazy rozwoju wody.
Potrzeba czasu, by spod dojmującego otwarcia wyjrzały nieśmiało pierwsze promyki suchego spokoju: silny w ogóle acz w gorzko-kadzidlanym towarzystwie pokorniejący antyseptyczny rumianek, delikatność drewna (cedr albo sandałowiec, nie umiem dociec), zabawna wirująca ostra słodycz mirry oraz pojedynczy promień skórzanej bergamotki. Ten ostatni zresztą ucieka po krótkiej chwili, wystraszony pewno ciemnością i przygnębieniem reszty nut. Wszystko to stopniowo zlewa się z mieszanką palonych żywic, wpływając na jej znaczne.. może nie uspokojenie czy złagodzenie ale na pewno osuszenie, bez pośpiechu ewoluujące w rodzaj zmęczenia tudzież ociężałości, spowodowanej pełną brutalności walką. Także gorycz zestala się i ugruntowuje do tego stopnia, że to po niej zstępujemy w najgłębsze otchłanie Kadzidła, gdzie czeka na nas dosyć pokraczne, zwierzęce ciepło; Minotaur to czy Bazyliszek - nie mnie sądzić. ;) Wiem, że podobne akordy daje się wyłapać z piżm ciemnych i zwierzęcych, ostro-sierściowych [wyobrażam sobie, iż niektórym z nas tak właśnie pachnie lutensowskie Musc Koublaï Khan]. Po spotkaniu z potworem, wciąż owiewani gęstym tumanem kadzidlanego dymu, powoli wracamy ku górze, ku światłu i łagodniejszym klimatom.
Doświadczamy ich w ostatnim stadium rozwoju Incense, gdzie prym wiodą tłuste elemi, szlachetne olibanum, przepełnione goryczą balsamy [w tym momencie myślę zazwyczaj o pozbawionym przypraw oraz aldehydów Cinnabarze od Estée Lauder] oraz ciepły, pełen drzazg egzotyczny sandałowiec w ujęciu zbliżonym do najbardziej "przybrudzonego" wcielenia Santalum rodziny Durante. Pachnidło w dalszym ciągu pozostaje wyraźne oraz gorzkie, trudne w odbiorze, choć konieczność nakazuje mu już powolną redukcję mocy.
Gorycz oraz pesymizm przenikają Incense Avy Luxe od pierwszych chwil życia aż po finał, jego moc potrafi odstraszyć ale i zafascynować, czyniąc w mojego doń stosunku prawdziwie patologiczną mieszankę. ;) To trudne dzieło. Lecz nie potrafiłabym zeń zrezygnować, odmówić sobie ubrania co jakiś (raczej rzadki) czas lub chociaż wąchania z korka. Może dlatego, że nie potrafię już cieszyć się wizjami siedemnastowiecznej Rzeczypospolitej Obojga Narodów, Sarmatii, owego szlacheckiego raju bez wspominania tych, których życie z musu przypominało raczej niekończący się czyściec.
To właśnie ich wspominam, kiedy zanurzam się się w opary tego gorzkiego, okrutnego Kadzidła.
Armani, Privé: Bois d'Encens
Rok produkcji i nos: 2004, Michel Almairac
Przeznaczenie: zapach typu uniseks o uniwersalnych właściwościach [przynajmniej dla miłośników kadzideł ;) ]; jak pisałam w recenzji, dosyć bliski skórze.
Na wszelkie okazje.
Trwałość: od sześciu do blisko dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Skład:
pieprz, labdanum, drewno cedrowe, kadzidło, wetyweria
Mad et Len, N°XLIII Encens
Rok produkcji i nos: 2010, ??
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o mocy początkowo znacznej, z czasem coraz bardziej przyległy aż do całkowitej bliskoskórności.
Na okazje, eee.. nieformalne? ;)
Trwałość: średnia; w granicach pięciu-sześciu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Skład:
ponoć tylko i wyłącznie kadzidło [tylko jakie??]
Ava Luxe, Incense
Rok produkcji i nos: ??, Serena Ava Franco
Przeznaczenie: również uniseks, o naprawdę olbrzymiej mocy, lecz śladu dużego nie zostawiający. :)
Okazje do noszenia tego zapachu musie ustalić sobie sami.
Trwałość: około siedmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, rumianek, kadzidło frankońskie, elemi, kadzidło kopal
Nuta serca: drewno sandałowe, drewno cedrowe, katafray, labdanum, mirra
Nuta bazy: balsam peruwiański, piżmo
___
Dziś Dhanal Oudh Nashwah od Rasasi. Drugi dzień pod rząd, co niemal się nie zdarza. Ech, nie ma to jak piękne perfumy!
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://art-newmedia.com/fototapety_scienne_3d/fototapety_kwadratowe/tapeta_z_motywem_ludowym.html
Etykiety:
Armani,
aromatyczne,
Ava Luxe,
drzewne,
Mad et Len,
perfumy
Subskrybuj:
Posty (Atom)























