wtorek, 29 października 2013

Rośnie drzewo sandałowe

Plany planami a życie swoje. Wczorajszego wieczora miałam zamieścić kilka krótkich notek impresyjnych, lecz parę godzin wcześniej wyskoczyło coś znacznie ważniejszego od blogowania. :) A dziś jakoś nie mam na nie ochoty, więc postanowiłam skupić się na napisaniu recenzji; szczególnie, że omawiane pachnidło - niczym wczorajsze R'oud Elements - zasługuje na pełną uwagę.
Santal 33 od Le Labo.
Lorieno, dzięki za próbkę! :)

Sandałowiec, jaki jest, każdy widzi. Tak sobie myślałam przed poznaniem nowojorskiej interpretacji owego drewna. Może być piękny i naturalistyczny, jak w Sandalo od Etro, może cieszyć powonienie ciemnymi, tłustymi zwojami, spotykanymi np. w Tam Dao Diptyque lub Santal de Mysore Lutensa [ale też w kilku innym kompozycjach], może okazać się świeżą pastą ze sproszkowanego drewna oraz oleju, jak w przypadku tegoż Lutensa Santal Majuscule. Może wreszcie okazać się miękkim, pastelowym, delikatnym jak chmurka ciepłym puchatkiem, niczym w najpierwszym Sensuous marki Estée Lauder.
Drewno sandałowe niejedno ma imię - a wszystkie ujawnione zdążyłam już poznać.
Tak myślałam.


I wiecie co?
Specjalnie się nie pomyliłam. :P Santal 33 nie zachwyca niczym, czego wcześniej bym nie wąchała. Żadna z jego twarzy nie budzi we mnie zdumienia nieznanym albo nieoczekiwanym splotem molekuł, nie czaruje aurą wyjątkowości (jakkolwiek byśmy ją rozumieli). Z przedstawionego szkicu o sandałowcu trudno dowiedzieć się czegoś nowego. Poza odkryciem, iż jedno pachnidło potrafi mieć tych twarzy więcej, niż jedną; obie zaś - całkiem od siebie różne. ;) Najprawdziwszy sandałowy Janus. :)

Otwarcie omawianego aromatu dosłownie zabija ostrą, drapiącą narządy zmysłów ostrością. To sandałowiec w stylu Santal Majuscule, świeży i zgrzytający w zębach niczym piasek, dodatkowo podkręcony drapieżnym cypriolowym twistem, wytarzany w ziemistym fiołku, zakolegowany ze szklisto-igiełkowym irysem.
Paskudny, zieloniutki dzieciak, niepozbawiony jednak wdzięku.

Trzeba czasu oraz ciepła ludzkiego ciała, aby perfumy zaczęły się zmieniać. Dojrzewać.


Dzięki rozgrzewającemu, eugenolowemu i wpadającemu w goryczkę z nadmiernego dodatku kardamonowi, dzięki ciemnym akordom skórzanym ostrość ze świeżej dryfuje w stronę głębszej, śmiało ocierającej się o klimaty orientalne. Zaś sandałowiec, główny bohater wonnej opowieści, może dzięki temu przepoczwarzyć się z irytującego quasi-świeżaczka w drewno ciepłe, pełne oraz lekko słodkie.
To już bardziej wspomniane Santal de Mysore czy też Santal Blush od Toma Forda: struktura lekko oleista, wypolerowana aż do połysku, przypuszczalnie będąca surowcem do stworzenia pachnącej figurki czy tez płaskorzeźby. Sztuka popularna z pogranicza folku oraz dizajnu. Miękko rozjaśniona daleką słodyczą wanilii, ułożona na ciepłej, pierzasto-papierowej nucie ambroksanu; taka, w której odległe ciepło korzenne równoważy powiew postarzanego cedru oraz pojedynczy strumyczek woni podwędzanej skórzanej galanterii, zaś wszystkie wspomniane akordy wirują wokół głównego bohatera bacząc, aby w żaden sposób go nie zagłuszyć.
Jednak od czasu do czasu zza tej rozleniwiającej, hedonistycznej pulpy wychynie cypriolowo-papirusowe wspomnienie, dźgające w żebra zaskakująco delikatnie. ;) Tak, by zranić lecz w żadnym wypadku nie zabijać. Abyśmy nie byli w stanie zapomnieć o tej drugiej, trudniejszej twarzy Santal 33; by uniknąć banału oraz nudy. I aby w końcu zniknąć z ludzkiej skóry jako regularna przeplatanka miękko-ostra oraz orientalno-świeża. Jako dwa idealne przeciwieństwa, zwalczające się aż do końca.
Fascynujący, wybitny zapach. Wart każdych zachwytów, co nawet ja muszę przyznać.

Bo cóż z tego, że świeże i agresywne otwarcie nie przypadło mi do gustu? Wszak liczy się sztuka olfaktoryczna - a w jej ramach taki właśnie rozkład nut to zagranie iście mistrzowskie. :) Le Labo, jak zwykle zresztą, wyrywa podstawowy akord z rzeczywistości naszych utartych skojarzeń, by za chwilę wrzucić go w ich [skojarzeń] całkowite przeciwieństwo. Perfumiarze tworzący soczki dla owej marki najwyraźniej dostają polecenie, aby manipulować zmysłami i pamięcią węchową użytkowników tak mocno, jak to tylko możliwe. :) Co dobrze świadczy o patronach marki.
Gdyż tak się wykorzystuje antropologię, dokładnie tak tworzy się Sztukę.


Rok produkcji i nos: 2011, Frank Voelkl

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o dosyć sporej mocy, tworzącej jednak aurę niż ślad. Niemniej gęste oraz intensywne acz zmieniające natężenie w zależności od temperatury otaczającego nas powietrza [więc latem czy intensywnie dogrzewaną zimą uważajcie, aby nie przedobrzyć :) ].
Dobre na okazje dzienne oraz wieczorowe nieformalne, tak przynajmniej czuję; choć wyobrażam sobie Santal 33 jako dyskretne wsparcie podczas ważnych biznesowych negocjacji, egzaminów lub innych wyzwań w tym stylu, jakoś nie "czuję" go przy świątecznym stole lub podczas balu sylwestrowego [jednak już na sylwestrowej imprezie u znajomych - jak najbardziej :D ]. Czyli jak zwykle musicie zdać się na własny gust. :)

Trwałość: od dziesięciu godzin wzwyż [kiedy zapach wciąż jest dobrze wyczuwalny, choć oczywiście już nie wpada w cudze nozdrza od razu]

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz świeża)


Skład:

papirus, fiołek, irys, kardamon, drewno sandałowe, drewno cedrowe, ambra, skóra
___
Dziś Lapis Philosophorum od Oliviera Durbano.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://hawaiigardening.blogspot.com/2008/09/sandalwood-guy.html
2. http://philaquelymoi.blogspot.com/2013/06/scented-stamps.html

poniedziałek, 28 października 2013

Jesień Północy

Długo nie wiedziałam, co napisać o tym pachnidle. Zwlekałam tyle czasu, że w końcu się wzięło i prawie wyparowało. W końcu miałam poświęcić mu chwilę w impresjach, jednak kiedy tylko wypsikałam resztki zawartości sampla na skórę zrozumiałam, że bez pełnej recenzji się nie obejdzie. Nie w tym przypadku.
R'oud Elements marki Kerosene z całą pewnością nie zasługuje na pobłażliwe traktowanie. Zbyt dużo w nim czystego, niezmąconego piękna. Wyciągnęłam więc stare notatki i dalejże recenzować, póki wrażenia gorące! ;)


Czystość, gęstość, moc oraz niski stopień banału wewnątrz kompozycji spotkały się z moim prywatnym gustem a ich zetknięcie było tak intensywne, że podczas wciągania wonnych molekuł w nos aż musiałam głośno westchnąć. ;)
Nie potrafiłam nie zachwycić się pachnidłem, w którym mocne, przewiewne oraz trochę ziołowe kadzidło spotyka się z frakcjonowanym oudem a wszystko to skontrastowane jest woniami świeżych roślinnych soków. Gdzieś pomiędzy Epic Man od Amouage, Jaisalmerem CdG, Pardon Nasomatto a Oud Wood z butikowej kolekcji Toma Forda znalazło się miejsce na wybitne, nowatorskie, odświeżające dzieło; łączące w sobie elementy wszystkich wspomnianych zapachów, lecz nie nawiązujące do żadnego z nich.

A na dokładkę wybitnie synestetyczne.
Ponieważ kiedy wwąchuję się we własne przedramię skropione R'oud Elements czuję się trochę jak zaklęta w takie oto dźwięki i klimaty:


Przy czym nie chodzi mi ani o film, z którego pochodzi muzyka ani nawet nie o powieść na której podstawie go zrealizowano [podkreślam, bo to ważne!], lecz li tylko o sam klimat. O chłód, pochmurno-wietrzno-deszczową aurę, o stare kamienne domostwa oraz o bezkres tego nieco mrocznego choć przecież malowniczego świata; o wrażenie, że zgaszone barwy na zawsze zdominowały krajobraz a słońce nie powróci już chyba nigdy. No, dla mnie to klimat idealny! :D

I R'oud Elements opowiadają mi dokładnie taką historię; jesienną, kiedy czas zbiorów już się kończy, przyroda szykuje się do zimowego snu a ludzie coraz częściej uśmiechają się w sposób nieobecny, melancholijny... Czas powoli zastygającego ognia.
W otwarciu czuję fantastyczny, przestrzenny oud wzbogacony o cienką strużkę olibanum, kilka drzazg postarzanego sandałowca jak również olejek lawendowy - wszystko razem zadziwiająco lekkie, chwytające za serce, ożywiające delikatną goryczką. Później też jest ciekawie, kiedy lawenda dyskretnie wycofuje się wgłąb obrazu a zamiast niej miejsce wśród krystalicznych akordów żywiczno-drzewnych zajmuje jasne, żywiołowe neroli, dodające energii podstawowym nutom mieszanki. Och, jakie piękne! Ta świeżość i chłód, ten złocisty promień, wcinający się między surowe północne krajobrazy... Skądś je znam.
I nagle: bach! Przecież to dokładnie ten sam akord, który kiedyś tak bardzo zachwycił mnie w otwarciu Rock Crystal Durbano! Jeszcze zanim Olivier polecił usunąć go z nut głowy, czyniąc pachnidło skończenie piękne troszkę bardziej banalnym, odbierając mu odrobinę magii. A że tym razem akcent z olibanum przesunięty został w stronę ciemnego, trochę lizolowego oudu, naprawdę nie mam na co narzekać. :) Jest super.
Nawet w bazie, której głównym aktorem pomału lecz konsekwentnie staje się drewno sandałowe, trochę w stylu niedoścignionego sandałowego wzorca z Mysore. To ono wraz z żywicami i oudem rozpływa się w delikatnym cieple ludzkiego ciała, układane do snu przez gorzką pomarańczę oraz nadtopione grudki mirry. Gdzieś w tle wyczuwam spokojną, ciemną waniliową słodycz oraz złocistą ambrę - a może to labdanum w postaci kilku frakcji? Lub coś zupełnie innego, udanie zwodzącego mój węch?
Czy w świecie zjaw, przychodzących wraz z gwałtowną jesienną burzą, można być czegokolwiek pewną...?

R'oud Elements to na pewno jedno z najbardziej zajmujących i zachwycających pachnideł, jakie dane mi było poznać. Porywająca historia, klarowny przekaz, złożona kompozycja, niemała moc - oto, czego mi trzeba. Kiedy jeszcze dzieło wpadnie w widełki mojego olfaktorycznego gustu, możecie być pewni, że się zakocham. :)


Rok produkcji i nos: 2011, John Pegg

Przeznaczenie: zapach stworzony ponoć jako męski ale niech mnie kule biją, jeżeli faktycznie nie jest uniseksem! Charakteryzuje się całkiem spora mocą oraz kilkunastocentrymetrowym śladem, z czasem redukującym się do niezbyt przyległej, gęstej aury.
Naprawdę na wszystkie okazje czy pory roku, dla każdego. Mniam! ;)

Trwałość: od ośmiu do prawie szesnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

gorzka pomarańcza, drewno sandałowe, irys, lawenda, wanilia, ambra, oud [i czyżby olibanum?]
___
W tej chwili Santal 33 od Le Labo.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.flickr.com/photos/toktam/333664526/sizes/z/in/photostream/

środa, 23 października 2013

Kto pali biblioteki...

Timbuktu. Jak je najczęściej postrzegamy (o ile nazwa w ogóle cokolwiek nam mówi)? Ot, jakaś bidna dziura gdzieś w Afryce, z pocieszną, bidną architekturą i takoż bidnymi mieszkańcami. Miłośnik perfum doda zapewne, że dziura, która z nie do końca zrozumiałych powodów stała się inspiracją do stworzenia przez Bertranda Duchaufoura pachnidła dla L'Artisan Parfumeur. No ale niech im będzie! Nie pierwsza to z kosmosu wzięta "inspiracja" dla perfumiarza i nie ostatnia.
Oto Timbuktu. Miasto w Mali. [Zagadka: kto bez googlowania mapy politycznej Afryki jest w stanie w ciągu mniej, niż pięciu sekund powiedzieć, gdzie dokładnie leży Mali? ;> ] Wielkie nic pośrodku niczego.


Lecz nie zawsze tak było.
Kiedy w styczniu 2013 roku, podczas trwającego wówczas powstania, świat obiegła informacja o przejęciu przez rebeliantów kontroli nad Timbuktu zamarłam. Znając chaos towarzyszący zazwyczaj podobnym konfliktom z przerażeniem myślałam o przyszłym losie jednego z najcenniejszych zabytków malijskiej kultury. 28 stycznia okazało się, że moje obawy nie były bezzasadne; tego dnia media podały informację o podłożeniu przez powiązanych z Al-Kaidą bojowników ognia pod dwa budynki, w których zgromadzono tysiące cennych, średniowiecznych manuskryptów.

Przy czym nie były to ot, takie sobie zwykłe, stare książeczki lecz świadectwo ogromnego znaczenia Timbuktu dla całej Afryki Zachodniej. Zapis bodaj całej wiedzy, jaką świat muzułmański dysponował kilka stuleci temu [czyli - przypominam - większej, aniżeli wiedza ówczesnej Europy, ponieważ uwzględniającej także np. dziedzictwo grecko-rzymskiej starożytności czy wspaniałe osiągnięcia islamskich matematyków, astronomów albo lekarzy], unikatowe przykłady pism z dziedziny filozofii, teologii, historii, teorii sztuki oraz literatury pięknej. Wszystkie na najwyższym światowym poziomie: tak merytorycznym ówcześnie, jak historyczno-kulturowym w naszych czasach. Skąd podobne skarby wiedzy w podłej mieścinie na skraju Sahary, na północ od rzeki Niger? No cóż, w czasie swojej Złotej Ery czyli od XIII do XVII wieku Timbuktu było znanym oraz cenionym ośrodkiem uniwersyteckim, zachodnioafrykańskim Oksfordem, Bolonią albo Krakowem. Świadectwo niegdysiejszej wielkości miasta stanowiły właśnie owe bezcenne manuskrypty, liczone w setkach tysięcy egzemplarzy.


Swego czasu należące nie tylko do struktur, które dziś znamy pod nazwą Uniwersytetu Timbuktu ale też do osób prywatnych. Timbuktu było nawet szeroko znane z handlu księgarskiego! Mieszkańcy owego miasta naprawdę kochali naukę. I dali temu wyraz, kiedy ich kraj trafił pod kontrolę francuskich kolonistów, którzy rozwiązali islamski uniwersytet. Choć po tym czasie wiele ksiąg zostało zniszczonych lub sprzedanych za bezcen, ich większą ilość poukrywano w domach czy wręcz gdzieś poza miastem, aby dzięki temu doczekały lepszych czasów.
Te zaś nastały dopiero w roku 1970, dekadę po odzyskaniu przez Mali niepodległości, dzięki powołaniu do życia przez UNESCO instytucji ds. odnalezienia i ochrony ksiąg Timbuktu. Lecz w praktyce niewiele zmieniło się aż do przełomu wieków XX i XXI, kiedy to dzięki współpracy międzynarodowej projekt faktycznie ruszył z kopyta. Ponowne kompletowanie księgozbioru nie zakończyło się do dziś.

W czasie, kiedy kolejne tysiące woluminów wyciągano na światło dzienne, zwracając je nauce, powstało Timbuktu, perfumy stworzone dla marki L'Artisan Parfumeur. Zapach ostry, drapiący nozdrza od środka i przejrzysty, jak powietrze nad miastem o barwie pustyni; oraz intrygująco zielony, kojarzący się z niezbyt bujną roślinnością górnego biegu rzeki Niger. :) Początkowa ogłuszająca świeżość papirusu i przypraw (głównie kardamonu) po ok. dziesięciu minutach ustępuje delikatnej słodyczy, kaszmirowej miękkości soków owocowo-kwiatowych [ech, ten uroczy, mleczno-miodowy wątek mango! :) ] przy jednoczesnym pogłębianiu wątku papirusowego niezwykłym, zielono-suszkowym kadzidłem. Pogłębione mirrą, z czasem rozmywające się w karmelizowanym benzoesowym zamszu. To dzięki niemu docieramy ku bazie: bardziej miękkiej, nieprzejrzystej; uplecionej z zielonych wetyweriowych cieni oraz oprószonej z lekka czekoladowym paczulowym pudrem; subtelnej choć od czasu do czasu podnoszonej ku górze dzięki ożywczym powiewom mieszanki papirusowo-kadzidlanej.
Timbuktu perfumowe to niecodzienne połączenie ostrego, podejrzanie świeżego [jak na żywiczne możliwości... ;) ] kadzidła oraz najdelikatniejszej olfaktorycznej goryczy, jaką znam. Dzieło niepodobne do niczego, fascynujący niszowy dziwak, szczególnie z perspektywy roku swego powstania. Bardzo bliski skórze ale jednocześnie całkiem trwały i niedający o sobie zapomnieć. Hołd złożony trudnej historii miasta.

A jednocześnie zastrzyk energii na przyszłość, dowód na to, że ze wszystkich skarbów naszego świata to właśnie Wiedza jest tym, dla którego warto ryzykować życie. Ponieważ kiedy tylko usłyszałam o zniszczeniu bezcennych rękopisów pomyślałam o dwóch rzeczach: pierwsza dotyczyła koszmarnej, bolesnej ironii losu, każącej ludziom uważającym samych siebie za natchnionych wojowników Allaha bez mrugnięcia okiem niszczyć niezbite dowody muzułmańskiego rządu dusz na malijskiej ziemi, de facto wycinać swoje własne korzenie.
Drugą było wykonanie kilku mejli do znajomych, którzy mogli mrożącą krew w żyłach medialną plotkę zweryfikować. Dzięki nim wkrótce [czyli faktycznie mniej więcej w czasie upublicznienia tej informacji przez agencje prasowe ale mniejsza o to ;) ] dowiedziałam się, iż zawartość prywatnych bibliotek Timbuktu w większości poukrywano w bezpiecznych miejscach. Jeszcze raz opiekunowie ksiąg musieli ochronić spuściznę kulturową miasta przed ludzką bezmyślnością. Po raz kolejny się udało! Zaś w budynkach Instytutu Ahmeda Baby, największej publicznej biblioteki oraz ośrodka badawczego Timbuktu, rebelianci mogli tylko spać. :] Na szczęście.

My jednak udajemy się teraz na południe kraju, wprost na tereny zalewowe Nigru, gdzie czeka na nas miasto Dżenne.


W czasach współczesnych - i poprzedzających - Złotą Epokę Timbuktu to właśnie w Dżenne początek brał gęsto zaludniony, quasi-miejski organizm, rozciągający się wzdłuż Nigru. Istniejący od starożytności, kilkukrotnie większy od ówczesnego Londynu, sprzyjający rozwojowi cywilizacji, handlu, sztuki, przemysłu [niegdyś obszar ten był całkiem gęsto zalesiony lecz intensywny wytop metali drastycznie zredukował tamtejsze tereny zielone], umożliwiający pokojowe współżycie muzułmanów z przedstawicielami innych religii. Znany z obrotu metalami, w tym złotem, oraz z bycia ważnym punktem na handlowej mapie zachodu Afryki.
Mieszkańcy współczesnego Dżenne uważają się przede wszystkim za "ludzi Dżenne"; związani ze swoim miastem identycznie, jak stereotypowi neapolitańczycy lub wrocławianie. ;)
Kultura, której kres położyły lokalne konflikty (m.in. zależność od Imperium Mali), zaś ostatecznie dzieła dokonał okres kolonialny. Już w naszych czasach, do tego nie bez przygód, dżenneńską starówkę wpisano na listę Światowego Dziedzictwa Kultury UNESCO. Dziś natomiast musi walczyć o przetrwanie w swoim odwiecznym kształcie.
Kolejne miasto, które ukrywa bogatą, wielką i ciekawą historię. I mamy szansę je "poznać" dzięki perfumom.

A konkretnie dzięki twórcy Parfumerie Generale, który dwudzieste drugie dzieło swej pierwszej marki zatytułował właśnie Djenné. :) I oto jesteśmy, wdychamy woń bogatą i pełną, przesyconą słońcem, woniami mlecznymi oraz mineralnym, gliniano-piaskowym pyłem. A jest nam słodko, gdyż swe dżenneńskie perfumy Pierre Guillaume postanowił oprzeć o nuty kakao oraz pszenicy, dodatkowo wspomożonych przez wibrującą słodycz mirry wraz z bogactwem na poły jasnych nut drzewno-żywicznych.
Djenné to pachnidło nieco śniadaniowe, podejrzanie pełne, przyjemne; zupełnie inne aniżeli przewiane wiatrem żywiczno-drzewne ostrości Timbuktu. Nie mam zielonego pojęcia, na ile mogę ufać nasuwającej się na myśl analogii [zapewne wcale] ale jakoś trudno uniknąć myśli, że o ile Timbuktu to miejsce dla pielęgnujących przede wszystkim Ducha intelektualistów oraz badaczy, Dżenne stawia raczej na jakość życia, wszelkie drobne przyjemności umilające nam czas na ziemi: zacne towarzystwo, pyszne jedzenie, przyjemną muzykę i tak dalej. Bardziej przesunięte w stronę stanowczo nie-erotycznej zmysłowości. Pewnie dlatego wydaje się pulchne niczym dobrze wyrośnięta, posypana kruszonką pszenna bułeczka (lub francuski croissant), maczana w niezbyt słodkim kakao. Co prawda na samym wstępie całkiem przejrzyste są nuty ziołowe, naznaczone antyseptyczną lawendową goryczką lecz już od samego początku frakcja słodkości wzmaga się, by osiągnąć pełnię w sercu, zaś w najgłębszej bazie opadać powoli na cedrowo-żywiczno-lawendowy stelaż z ciepłym paczulowym pudrem w tle, przywodzący na myśl znacznie mniej dosłowny i pozbawiony kawy bondowski New Haarlem.
Wszystko to okazuje się całkiem wyraźne choć dosyć jednostajne; stanowczo mało oryginalne - z perspektywy wyobrażeń nawet lekko rozczarowujące - ale przecież jak przyjemne! :) Drobna, niezobowiązująca przyjemność dnia codziennego. Trochę pysznych kalorii, dających energię na nadchodzący dzień. Wszak kolonizatorzy pozostawiają po sobie nie tylko chaos i zubożenie kulturalne ale także rzeczy przyjemne. Na przykład wzorzec śniadania. :)


Kraje tzw. Afryki Subsaharyjskiej - o większości z nich wiemy mało ale zazwyczaj nie czujemy z tego powodu specjalnego dyskomfortu. Nie jesteśmy wszak pierwszymi, którzy domniemany brak źródeł pisanych w nowo poznanym miejscu świata biorą za dowód nieistnienia wyższej kultury - tak samo sądzili na przykład starożytni Rzymianie. Identycznie myśleli archeolodzy z przełomu wieków dziewiętnastego i dwudziestego, którzy badając egipskopodobne ruiny na terenie dzisiejszego Sudanu brali je za kolonie Egiptu, zaś znajdowane w tamtejszych grobowcach szkielety wskazujące na afrykańskie pochodzenie zmarłych - za złożonych w ofierze niewolników. Bo przecież Czarny nie mógłby być urzędnikiem, arystokratą ani nawet władcą osobnego, niezależnego od Egiptu państwa, prawda? ;> Jeżeli rzeczywistość nie przystaje do naszych wyobrażeń, tym gorzej dla rzeczywistości. ;] Nie jesteśmy pierwszymi, którzy tak właśnie uważają.
Może jednak warto wreszcie dać sobie spokój z podobnym myśleniem? Zafundować sobie oraz kolejnym pokoleniom umysły chłonne oraz otwarte na nieszablonowe rozwiązania? Bez tego dobrowolnie skażemy samych siebie na pustą wegetację w oderwaniu od korzeni. Zupełnie, jak podpalacze bibliotek Timbuktu.


L'Artisan Parfumeur, Timbuktu

Rok produkcji i nos: 2004, Bertrand Duchaufour

Przeznaczenie: zapach uniseksualny z samego środka skali (lub wręcz: całkowicie niezależny od płci), o mocy od początku ograniczonej, z czasem coraz bardziej bliskoskórny.
Teoretycznie byłby dobry na wszelkie okazje, lecz jego nietypowość wymaga od nas obowiązkowych wcześniejszych testów. Oraz intensywnych eksperymentów z dawkowaniem. ;)

Trwałość: w granicach pięciu-dziesięciu godzin (to drugie latem)

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-drzewna (oraz aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: kardamon, różowy pieprz, mango
Nuta serca: karo karoundé, papirus, kadzidło
Nuta bazy: wetyweria, paczuli, mirra, benzoes


Parfumerie Generale, Djenné

Rok produkcji i nos: 2012, Pierre Guillaume

Przeznaczenie: również uniseks, w sam raz dla miłośników niezbyt dosadnego gourmand. Całkiem wyraźny, o zadowalającej mnie (czyli nieco ponadprzeciętnej) projekcji, ciągnący się za uperfumowaną osobą śledem krótkim lecz zwartym, z czasem redukującym się do kilkucentymetrowej aury; wyraźny przy każdym poruszeniu ręką.
Na wszystkie okazje.

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-gourmand (oraz drzewna)

Skład:

Nuta głowy: jaśminowiec, lawenda, mięta
Nuta serca: strąk kakaowca, drewno cedrowe
Nuta bazy: pszenica, mirra
___
Dziś Exultat od Marii Candidy Gentile.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.historyforkids.org/learn/economy/economy.htm
2. http://prettyawfulthings.com/2013/02/23/the-telltale-scribes-of-timbuktu/
3. http://forums.civfanatics.com/showthread.php?t=454123

wtorek, 22 października 2013

Sfotografować zapach, sprzedać perfumy, promować Sztukę

Pamiętacie mój wpis dotyczący fotografii autorstwa Marii Robledo? :) Dziś znalazłam kolejną gratkę w zbliżonym stylu, tym razem bardziej artystyczną oraz umowną [info szczególnie dla Parabelki ;) (szczegóły w komentarzach pod przysznurowaną notką)], osadzoną raczej w tradycji malarstwa flamandzkiego.

Lilly Marthe Ebener jest paryską projektantką, stylistką oraz redaktorką modową, która w swojej pracy często odwołuje się do tradycyjnej koncepcji martwych natur; jak na przykład tu:






Jednak, kiedy trzeba, potrafi stworzyć także bardzo klasyczne, jakby żywcem wyjęte z siedemnastowiecznego obrazu, festony. Choćby na zamówienie marki Guerlain, dla której w roku 2012 wykonała roślinne odzwierciedlenia czterech grup olfaktorycznych:

Chypre

Citrus

Oriental

Floral

Lub w pełen przepychu ale też pomysłowy (a nawet lekko ironiczny) sposób połączyć piękno zbytkownej biżuterii z sugestią idealnego dlań dopełnienia - zapachu:





Bo zapach można sprzedać z pomocą wzroku pięknie - z pomysłem, stylowo, bez erotycznych konotacji. Inaczej, niż zwykle. Lilly Marthe Ebener zna się na swoim fachu.

Choć część ilustracji rozmija się z moim prywatnym gustem (szczególnie te jubilerskie), nie mogę nie docenić ich inności, czegoś niecodziennego w świecie fotografii reklamowej perfum. Przyciągają spojrzenie, każą wracać do siebie myślami a nawet - zachęcają do wysiłku umysłowego [bo jakież to flakony dopasowano do biżutów? Które rośliny składają się na guerlainowskie festony? I dlaczego tak a nie inaczej?]. To lubię!
Bardzo, bardzo lubię. ;)


P.S.
Poza serią guerlainowską wszystkie ilustracje pochodzą z internetowej strony artystki. Sesję kwiatową natomiast zaczerpnęłam z Trendlandu.

Krajobrazy jesieni


Jesień to, wbrew pozorom, najbarwniejsza ze wszystkich pór roku klimatu umiarkowanego. Rozpoczyna się często klimatami lata a jej pierwsze dni część z nas wykorzystuje, aby po raz ostatni zasmakować wakacji (tak w kraju, jak i za granicą), ogrody są pełne kwiatów a sady owoców. Później następuje pora zbiorów; miejsce jeżyn, malin oraz jagód na naszych stołach zajmują śliwki, jabłka i orzechy. To odpowiedni czas, aby udać się na grzybobranie, gdzie po raz ostatni w sezonie mamy okazję nacieszyć nasze nozdrza głębokimi aromatami żyjącego lasu. Rolnicy palą na polach ziemniaczane łęty, pozostałe po kradzieży roślinom bulw tworząc dym o niezapomnianym, piwniczno-paczulowym zapachu.
Pora, kiedy przyroda szykuje się do snu; polski listopad, tak nostalgiczny i tak magiczny... Ostatnie dni jesieni, gdy listopad zamienia się w grudzień, to już czas barw gołej ziemi, błota, sinego nieba, nagich drzew oraz spłowiałej trawy, gdzieniegdzie przetykany brudną żółcią zbutwiałych opadłych liści, krwistą czerwienią zapomnianych owoców dzikiej róży oraz ciemną zielenią strzelistych choin. Coraz częściej pojawia się akcent zmrożonej bieli, czy to w postaci śniegu, czy szronu.

Późna jesień to czas, kiedy majaczące na horyzoncie światełko, szczególnie w połączeniu ze smugą dymu, naprawdę potrafi dać nadzieję znużonemu wędrowcowi. Tak było przed wiekami, tak jest i obecnie.
Zaś perfumomaniacy podczas jesieni coraz częściej pozwalają sobie na wonie cięższe, otulające, bogate. :) Często drzewne albo szyprowe. Niejednokrotnie słodkie. Zawsze wyrafinowane albo przytulne.

Takie, jak na przykład Vanille oraz Ambre marki Mona di Orio, powstałe jeszcze dzięki talentowi przedwcześnie zmarłej Mistrzyni.

Dwa zapachy, które nie testowane ręka w rękę wydają się do siebie nadzwyczajnie podobne: tak samo głębokie, krystaliczne i rozwibrowane, tak samo żywe, mięsiste, bogate. W identyczny sposób otaczające ludzką sylwetkę szczelnym, kaszmirowym szalem. Mieszaniny z charakterem oraz duszą; tylko... dlaczego koniecznie bliźniaczą?

To oczywiście pytanie lekko prowokacyjne. Bowiem ani Ambre, ani Vanille w istocie nie wydają się aż tak bardzo podobne. Łączy je tylko i aż - opowieść, którą szepczą mi do ucha. O barwach, które nie są ani ciepłe ani zimne, o ogniu, który nie grzeje oraz o wietrze, który nie chłodzi. O świecie tak dalekim od pocztówkowego, tandetnego przecież krajobrazu z palmami i turkusowym niebem; o urodzie mniej dosłownej, kruchej ale przecież porywającej. Świat obu omawianych dziś kompozycji Mony wydaje się być opisem stworzonym w wyobraźni zakochanej osoby, nieświadomie idealizującej obiekt uczuć. Choć.. czy aby na pewno?

Przecież na dobrą sprawę obie dzisiejsze bohaterki szczycą się urodą doprawdy wirtuozerską, godną dzieł starych mistrzów konwencjonalnych dziedzin sztuki: w obu przypadkach akord tytułowy jest z cała pewnością obecny, jednak przedstawiono go w sposób tak mało dosłowny, wyniesiono na takie wyżyny twórczej swobody, ustawiono w towarzystwie akordów tak doskonale dobranych, że doprawdy trudno znaleźć odpowiednie słowa, aby opisać ich piękno. To trzeba po prostu poczuć własnym nosem. ;)
Ambre, początkowo ostra, kanciasta, gryząca powoli, za wstawiennictwem słodko-tłustego gwajaku oraz gorzkiego balsamu tolutańskiego powoli rozpływa się w miękkiej, żywicznej słodyczy. Po drodze minęła bokiem akord paliwowy, lecz mimo tego potrafiąca konsekwentnie trzymać się obranego kursu. Z czasem coraz bardziej ambrowa, otoczona ciepłem wanilii, benzoesu oraz plastycznych nut drzewnych coraz śmielej spogląda w stronę nut słonych, przywodzących na myśl naturalną szarą ambrę. Lecz niech Was nie zwiedzie owa maniera! To w istocie laboratoryjny akord ambrowy, piękny dzięki drewno, żywicom, słodyczy tak przyjemnie oraz potulnie płoży się po ludzkim ciele. Ambre okazuje się wariacją na temat ambry a jednocześnie z całą pewnością nie bursztynem. Oto zapach miękki, kaszmirowy, kawiarniany. W sam raz na chłodny, słotny poranek; dla rozbudzenia oraz dodania otuchy na nadchodzący dzień. :)

Vanille natomiast wydaje się być mieszanką troszkę bardziej dymną, jeszcze głębszą oraz zdecydowanie bardziej słodką. Jak nazwa wskazuje. :) Od pierwszych chwil nieomal przepastny oraz rozgrzewający, głównie dzięki rumowi oraz przyprawom eugenolowym (goździki!), odmierzanym aptekarską miarą. Najpierw jednak, niczym pojedynczy błysk światła, pojawia się świeża chociaż lekko oleista petigranowa goryczka, jakby wspomnienie spóźnionych wakacji na południu Europy, jakże nieprzystających po polskiej jesiennej aury! Szybko jednak rozmywany jest przez nuty ciepłe, aksamitnie płynne; wówczas opisane wcześniej akordy wygładza lekko dymna, słodka lecz niezbyt deserowa wanilia. Lecz możliwe, że wspomagana przez łagodne a śmietankowe drewna, bób tonka albo słodkie kwiaty. Dopuszczam taką możliwość, jednak nie potrafię jej zweryfikować. :) Wiem za to, że po chwili sandałowiec staje się wyraźny, ciemny ale czuły (trochę w stylu łagodniejszego Tam Dao Diptyque) a jeszcze później mieszanka odzyskuje lekkie, roślinne zadziory. Pewnie za sprawą wetywerii, skóry, piżma czy dosłownie odrobiny kastoreum waniliowo-drzewna, słodko-śmietankowa całość nie daje się banałowi, to dzięki owym zadziorom powraca melasopodobna głębia rumu czy ostatnie tchnienia goździków (ze szczyptą cynamonu). Baza Vanille to słodycz zbudowana na stelażu z nut lekko drapiących w gardle, niepokornych jednak z akordem tytułowym współpracujących harmonijnie. Vanille to siła w bardzo mało oczywistym wydaniu oraz zastrzyk energii w czasie, kiedy powinniśmy już spać. Dzieło w sam raz na wieczór. :)

Zatem wyjaśniło się. Choć trwałość obu mieszanej gwarantuje ich całodzienne towarzystwo, wydają się pomyślane jako dwa oblicza tego samego jesiennego dnia. Dwie różne sytuacje, odmienne samopoczucie, ta sama osoba.
Nie umiem opisać ich tak, jakbym chciała. W streszczeniach przebiegu wód nie ujęłam nawet połowy tego, co chciałam, nie potrafiłam w sposób przekonujący wyjaśnić, dlaczego uważam Ambre oraz Vanille za dzieła wybitne [i o ile w przypadku Ambre nie jestem całkiem przekonana, o uznanie wielkości Vanille biłabym się do krwi ostatniej ;) ], co różni je od setek ambrowców albo waniliowców obecnych na rynku teraz lub kiedykolwiek wcześniej. Tak bardzo chciałam Wam rzecz wyłożyć ale - nie mogę. Nie mogę. Nie daję rady.
Mona di Orio pokonała we mnie recenzentkę a jednocześnie umocniła fankę swej twórczości. Jak bardzo żałuję, że zaczęłam poznawać ją zbyt późno!
Czasami dobrze jest przegrać.
Wszak coroczna przegrana życia - to jesień, najpiękniejsza pora roku. :)


Ambre

Rok produkcji i nos: 2010, Mona di Orio

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, tworzący wokół ludzkiego ciała kilkucentymetrową aurę i ciągnący się krótkim śladem. Zatem moc nie zachwyca, za to emanacja okazuj się przyjazna zarówno dla osoby uperfumowanej, jak i jej otoczenia. :)
Na każdą okazję. ;)

Trwałość: od pięciu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

ylang-ylang, drewno cedrowe, benzoes, balsam tolutański, akord ambrowy, wanilia


Vanille

Rok produkcji i nos: 2011, Mona di Orio

Przeznaczenie: zapach doskonale uniseksualny, początkowo wirujący wokół sylwetki jako silna, zwarta ale wąska aura, z czasem coraz bliższy skórze. Za to przy ciele żyje długo, wciąż się rozwijając; więc po prostu taki Wanilii urok. :)
Na wszelkie okazje, niekoniecznie wymagające oficjalnego ubioru. ;)

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna(oraz waniliowa, rzecz jasna :) )

Skład:

Nuta głowy: gorzka pomarańcza, goździki (przyprawa), petit grain, rum
Nuta serca: ylang-ylang, wetyweria, drewno gwajakowe, drewno sandałowe
Nuta bazy: bób tonka, wanilia, skóra, balsam tolutański, ambra, piżmo
___
Dziś noszę Indochine od Parfumerie Generale.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/403494447834234662/
2. http://www.redbubble.com/people/artsaus/works/9124061-autumn-solitude

poniedziałek, 21 października 2013

Sen letniego lasu

A właściwie, skoro mam być konsekwentna i w dalszym ciągu trzymać się anglosaskiego sposobu zapisu nazw perfum, Sen Letniego Lasu. Piękny, ciepły, słodki; delikatny jak pajęczyny, na których osiadły krople rosy oraz stabilny i przedwieczny niczym sam las. Songe d'un Bois d'Été z guerlainowskiej butikowej serii Les Déserts d'Orient. Tak człowiek miasta i cywilizacji wyobraża sobie spokojne, dynamiczne choć trwałe piękno natury, pełną zadumy głębię oraz czar lasu.


Długo zastanawiałam się, jakimi słowami opisać ów zapach. Czy można w przekonujący sposób opowiedzieć o ciepłej drzewnej miękkości, o kaszmirowym drewnie oraz miodowych żywicach?


Czy potrafiłabym powiedzieć Wam o charakterystycznej, zapadającej w pamięć słodyczy, zdającej się być doskonale gładką, przyjemną w dotyku taflą o temperaturze ludzkiego ciała, przeciętej czysto delikatną lecz kontrastową rysą przyprawowej goryczki? I że owa rysa wcale nie wydaje się dysonansem a przeciwnie - ostatecznym, niezbędnym szlifem; granicą pomiędzy (jeszcze) perfekcyjnością a (już) doświadczaniem piękna absolutnego.


Jak Wam opowiedzieć o grze szafranu z mirrą i sokiem jaśminowym przy wtórze jasnych, wypolerowanych na gładko akordów drzewnych? Oraz o skórze czy też oudzie, nadającym temu wszystkiemu głębsze brzmienie, zahaczającym o nuty mroczno-dymne, jednak nigdy nie wpadającym w ich ramiona otwarcie?



Jak przedstawić późniejsze etapy rozwoju mieszanki, gdy słodycz staje się coraz ważniejsza a mimo to, najpewniej dzięki pomocy magii, cały czas zdaje się być konstytucyjną częścią marzeń o lesie, tym razem bardziej pyłkowo-paczulowym? W jaki sposób oddać wrażenie największej miękkości i delikatności nut drzewno-żywicznych, jakiej dane mi było doświadczyć?


Gdzie szukać słów zdolnych opisać mój zachwyt, kiedy owo leśne, wymarzone, słodkie ciepło zaczyna płynnie przeistaczać się w ciepło zdecydowanie zwierzęce - lub ściślej: ludzkie? Jakim cudem spomiędzy szafranu, skóry oraz mirry potrafiło wydobyć się płynne, pozłociste labdanum?


Oraz jak całość zamiera, omywana najpierw długimi promieniami słońca, później rozpływająca się w szarościach zmroku i, być może, mgły? Czyżby do najdelikatniejszego ze wszystkich znanych mi lasów zawitały pierwsze znaki jesieni...? Choć kompozycja rozmywa się coraz bardziej, nie potrafię żałować jej odejścia. Jest takie bajkowe... Podobnie, jak i reszta mieszaniny.


Czy potrafiłabym Wam o tym opowiedzieć? Nie sądzę. ;)
Podczas testów Snu Letniego Lasu trudno było skupić się na szczególe, wizje generowane przez synestetyczny umysł okazały się zbyt silne. Lub też opowieść, którą przekazała mi omawiana kompozycja była niemożliwa do zignorowania. :) Obserwując ją miałam wrażenie obcowania z finezyjnym dziełem sztuki, jednocześnie filigranowym oraz monumentalnym, kruchym ale przecież niemożliwym do objęcia rozumem. Niemożliwym do skonstruowania w ramach jakiejkolwiek innej sztuki poza olfaktoryczną. Tu łamanie najbardziej podstawowych zasad fizyki zdarza się całkiem często. :) [Przynajmniej na mojej skórze, mającej tendencję do pogłębiania każdego pachnidła, które jakąkolwiek głębie w sobie kryje].

Uważam, że Thierry Wasser tworząc Songe d'un Bois d'Été wspiął się na szczyty swojego talentu oraz popisał rzadką wirtuozerią. Z chęcią na dłużej zanurzyłabym się w ów magiczny świat. Nawet, gdyby miał okazać się jedynie snem.

Rok produkcji i nos: 2012, Thierry Wasser

Przeznaczenie: zapach doskonale uniseksualny; przede wszystkim dla miłośników klimatów żywiczno-drzewnych choć niebanalne, lekko przytłumione ciepło oraz słodycz mieszanki potrafią zachęcić do testów także fanów łagodniejszych perfumowych brzmień. :) A jeżeli ktoś woli akordy ciemniejsze, to i kawałek gorącego, troszkę wędzarniczego dymu dla siebie znajdzie. ;)
Całe to bogactwo zazwyczaj popisuje się hojną emanacją, otaczając uperfumowaną osobę dużą, nieco pulsującą aurą, z czasem troszkę gęstniejącą [choć gęstą jest od samego początku] i redukującą się do kilku centymetrów ponad ciałem.
Na dosłownie wszystkie okazje, pory dnia oraz roku.

Trwałość: od dwunastu godzin w górę (choć nie więcej, niż piętnaście-osiemnaście)

Grupa olfaktoryczna: drzewno-przyprawowa (oraz aromatyczna)


Skład:

Nuta głowy: neroli, wawrzyn
Nuta serca: szafran, jaśmin, drewno cedrowe, paczuli, (kaszmeran?)
Nuta bazy: mirra, skóra, (oud?)


P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/winter-light/6807653786/sizes/l/in/faves-daydream_fantasy/
2. http://yourstruly-malik.tumblr.com/post/59316174163/tearingdowndoors-untitled-jonathan
3. http://www.flickr.com/photos/cukimuki/2920930237/sizes/z/in/faves-will_scobie/
4. http://www.pinterest.com/pin/316940892496960821/
5. http://www.pinterest.com/pin/371687775467053814/
6. http://www3.jsonline.com/onwisconsin/arts/mam/

Dama wśród industrialnych klimatów

No i wróciłam. :) Od razu z recenzję zapachu, którego nieopisanie byłoby prawdziwą zbrodnią, popełnioną na blogu. O ile opisywana przed przerwą  Miriam może szczycić się mianem przodkini Noontide Petals, Loretta nie przypomina absolutnie niczego. Ani spośród dzieł Tauera, ani żadnych innych. Choć to bez cienia wątpliwości dzieło sympatycznego Szwajcara - charakterystyczne dla niego zmieszanie nut nie może kłamać. ;)

Już od pierwszej chwili daje się wyczuć chmurę gęstych, złożonych aldehydów o zdecydowanie nowoczesnym sznycie lecz ułożonych zgodnie z dawnymi wymogami sztuki. Pewnie dlatego wirują żywo, wznosząc ku światłu nie tylko siebie ale również sypką, jakby postarzaną chmurę korzennych przypraw. Dzięki temu zabiegowi mamy możliwość przyjrzeć się kolejnym etapom rozwoju pachnidła, coraz śmielej prześwitującym przez umami-aldehydy: pełnym, lekko mięsistym jesiennym owocom (spośród których najwyraźniejsza jest cudowna, kusząca fruktozowym cieniem śliwka węgierka) a także kwiatom. Przede wszystkim tuberozie, która łączy się z sokiem wieloowocowym oraz śliwką, by na kanwie zamierających aldehydów oraz gorzkniejących już przypraw (cynamon, goździki, gałka muszkatołowa, kolendra) stworzyć całość niepodobną do niczego. Równie szybko zapadającą w pamięć, co trudną do opisania. ;) Tym bardziej, że w tej chwili ujawnia się dziwny, nie wiadomo skąd pochodzący, srebrzysty powidok metalu, niepokojący ale i fascynujący.
Kiedy do gęstych konfitur miodowo-tuberozowo-śliwkowo-korzennych dołączają inne kwiaty, głównie indolowy kwiat pomarańczy oraz jaśmin, którego apetyczna jasna zieleń po prostu musi pochodzić z rejonów kwiatu wielkolistnego. :) Pojawia się też goździk, słodki, korzenny, nęcący; znakomicie podtrzymujący woń mieszanki przypraw. Zaś metal pokrywa się warstwą ciemnego, jakby kopalnego  oleju... może smaru? Skąd on się bierze?? Czyżby gdzieś za kulisami Loretty działał tajny agent ananas, który podobnymi aktami przemysłowej dywersji w świecie perfum teoretycznie miękkich czy kwiatowo-owocowych wsławił się już kilkukrotnie? Nie mam nawet cienia pewności, jednak to możliwe.

Z czasem benzynowe klimaty uspokajają się i wraz z olejem przeistaczają w płat bardzo wiarygodnego, nawet lekko dymnego skaju. A skóra plus śliwka i zmysłowe kwiaty to już bardziej znane klimaty! ;) Lecz nie tym razem, nie do końca, gdyż w świecie opisywanej właśnie "staroświeckiej nowoczesności" po raz kolejny pojawia się słodycz, waniliowo-benzoesowe krówki ciągutki, co prawda szybko okolone łagodnymi, starannie wypolerowanymi nutami drzewnymi, głównie sandałowcem oraz kilkoma syntetycznymi molekułami, może też szczyptą gwajakowych drzazg. Zauważam coraz więcej cennego, podkręconego żywicami dymu, nieśmiało omywającego kwiaty ze śliwką oraz osiadającego na ciemnej skórzanej galanterii o nasyconej woni [po skaju wiele już nie zostało, teraz to niemal czysta, naturalna skóra]. Kiedy pachnidło stopniowo rozmywa się i słabnie, jednym z ostatnich znikających ze skóry akordów jest tuberoza w otoczeniu stygnących opiłków metalu.
Przedziwna kompozycja!

Jaka szkoda, że nie mam większej ilości Loretty. Przydałaby się na długie jesienne oraz zimowe wieczory. Długie, ponieważ nie pozwala zasnąć zbyt łatwo, wciąż i wciąż wracając do naszego nosa i zajmując umysł. :) A to akurat w perfumach bardzo ale to bardzo lubię. :)

Rok produkcji i nos: 2012, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć w mojej opinii ta druga, metaliczno-paliwowo-skórzana strona Loretty mogłaby sugerować użycie także panom. :)
Charakteryzuje się sporą, typowo tauerowską mocą oraz skalą oddziaływania, z czasem redukującą się do krótkiej lecz zwartej aury.
Na wszystkie okazje.

Trwałość: fenomenalna! Przez dwanaście godzin L. towarzyszy nam przy każdym ruchu i niemal drugie tyle czai się w ukryciu, tuż przy skórze.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (oraz aromatyczna)

Skład:

aldehydy, rozgniecione owoce (w tym śliwka), cynamon, goździki, kolendra, tuberoza, kwiat pomarańczy, róża, jaśmin, cynamon, postarzane paczuli oraz wetyweria, wanilia, skóra, labdanum, akordy drzewne, żywice, ambra

___
Dziś Sideris marki Maria Candida Gentile.

P.S.
Pierwsza ilustracja to dzieło brytyjskiego fotografa Tima Walkera. Przedstawia modelkę Lily Cole w sukni projektu Stelli McCartney, zostało zrobione w roku 2005 w indyjskm Gudżaracie dla brytyjskiej edycji magazynu Vogue, zaś ja zaczerpnełam je (oraz opis :) ) stąd: http://www.tvn24.pl/zdjecia/tim-walker,31676,lista.html

niedziela, 13 października 2013

Jak to właściwie jest?

Cisza, ta wytęskniona przeze mnie cisza będzie musiała jeszcze chwilkę poczekać. Bo najpierw muszę się powkurzać. :] Za co z góry przepraszam. :P


Choć wszyscy wąchamy dokładnie te same perfumy, czasem nawet z jednego flakonu czy blottera, nikt z nas nie czuje tego samego, co reszta. To jedna z najbardziej oczywistych prawd, w świecie miłośników perfum znana powszechnie [lub też taką być powinna]. Za odrębnością reakcji na najbardziej elementarnym poziomie poznania - zmysłowym - podążają różne interpretacje zarówno samej woni, jak i całego jej kontekstu [czyli np. podobieństwa do zapachów wcześniej poznanych, naturalnych lub stworzonych sztucznie (lecz nie tylko perfumowych), ewentualnych skojarzeń z innymi dziedzinami sztuki lub wręcz synestetycznych powiązań, korelacji między daną wonią a meandrami naszych osobowości - można wymieniać w nieskończoność, tak głębokie zakorzenienie w rzeczywistości mają zapachy]. Jesteśmy po prostu innymi ludźmi, z nosami i mózgami posiadanymi na absolutną wyłączność. ;)

Świadomość tego jest chyba jedną z pierwszych prawd, jaką musi przyjąć do wiadomości perfumomaniacka "świeżynka" i bezwarunkowo zgodzić się na jej niepodważalność. Co najczęściej przychodzi z trudem, nie bez buntu ["bo jak to tak? Jakim cudem oni mogą TO lubić?? Takiego śmierdziela???" Wprost zalewają nas myśli podobne przedstawionej przed chwilą]. Kiedy wytworzymy w sobie odpowiednio szeroki margines tolerancji na miliony ludzkich gustów, połowa drogi do perfumowej pasji już za nami. :)
Przynajmniej w teorii.


Lata przebywania w świecie miłośników perfum nauczyły mnie jednego: o ile można przejść do porządku dziennego nad słabością Iksińskiego czy Iksińskiej do obrzydliwej w naszym mniemaniu woni Y, szacunek ów kompletnie nie dotyczy sytuacji, w których rzeczeni Iksińscy czują potrzebę opowiedzenia o zapachu w sposób bogatszy, może trochę bardziej chaotyczny ale z pewnością bardziej abstrakcyjny niż my.
Wtedy tolerancja się kończy.
Wówczas już nie ma mowy o spokojnym wysłuchaniu cudzej opinii, o nie! Wtedy trzeba zignorować a za plecami wyśmiać, powytykać palcami, ponabijać się bezlitośnie. Kosztem osób trzecich poczuć się lepiej z własną racjonalnością oraz umiłowaniem konkretów.

Oto przykład. Jedną ze spraw, które zniechęciły mnie do Wizażu był wątek, który ni stąd ni zowąd, w ciągu jednego wieczora i nocy z ogólnego, może trochę plotkarskiego zmienił się w pozbawiony hamulców pojazd po ludziach, którzy zapachy odczuwają inaczej, niż zdrowa, myśląca racjonalnie, rzeczowa większość. :] Oskarżenia o grafomanię oraz o bezwstyd w pretensjonalności "rozpoetyzowanych" posypały się, jak grzyby po deszczu. Śmichy-chichy napędzały parodię a to wszystko zostało ślicznie sprzężone z ledwie skrywaną pogardą.
Nic dziwnego, że poczułam się osobiście dotknięta. ;)

Ostatnio w kilku perfumowych miejscach znowu natknęłam się dowody wyższości racjonalistów nad emocjonalnymi. Znów w tym samym tonie. Więc pytam się:

dlaczego ta doskonała, wynoszona na perfumomaniackie sztandary tolerancja nie dotyczy już sposobów percepcji zapachów?

czy miłośnicy zwięzłości, schludności i rzeczowości naprawdę muszą wytykać zwolennikom przeciwnego nurtu ich śmieszność, pretensjonalność oraz ogólną gorszość? Lepiej potem sypiają czy jak? :>

po co to wszystko?? Nie możemy żyć spokojnie obok siebie, traktując się z chłodną uprzejmością?


Kilka myśli na niedzielę - i już naprawdę spadam. ;)
___
W tej chwili nie pachnę jeszcze niczym.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.wallibs.com/resolutions/1920x1440-cute-beagles-puppies/
2. http://lovelypackage.com/scent-stories/

sobota, 12 października 2013

Są takie dni...

Które wymagają przyhamowania choć na chwilę.

Które należy przemyśleć.

Które warto przeżywać świadomie.

Które trzeba poczuć, aby móc zrozumieć.

Które stają się okazją do zmiany sposobu myślenia i odczuwania niechby tylko na kilka chwil.

W które potrzeba nam ciszy oraz otwartych szeroko serca i umysłu.


Właśnie ich doświadczam.
Chłonę je przez skórę razem z upływającym czasem. Bo też i czasu potrzebuję teraz w większych niż zwykle ilościach.

Z czego wynika, iż na recenzję Loretty z serii Tableau de Parfums - oraz kilku innych pachnideł - będziecie musieli chwilę poczekać. Jednak spokojnie: stare przysłowie pszczół mówi, że co się odwlecze... :) [A kto ma wisieć, nie utonie ;) ]

Do najbliższego spotkania za kilka dni!
___
Dziś Black B marki Blood Concept.

P.S.
Ilustracja nosi tytuł Autumn Mist, pochodzi z DeviantArtowego konta użytkowniczki o pseudonimie Mayaslash.

niedziela, 6 października 2013

Ex oriente lux

Uciekałam, umykałam, broniłam się słowem oraz czynem ale wszystko na nic. Dopadł mnie. On, nasz wróg największy. Katar. [Nie kraj mam na myśli ;) ] A wraz z nim całkiem spore przeziębienie. Choć gorączka szczęśliwie już mnie opuściła, wciąż nie jestem w stanie testować perfum ani ich opisywać.
Dlatego pozwólcie, że zamieszczę dziś notkę napisaną ładnych kilka tygodni temu, będącą wyrazem myśli krążących po mojej głowie już od dawna. Choć jestem przekonana, iż nie wyczerpuje ona podejmowanego tematu - a na obronę stawianej tezy nie mam wiele ponad własną "rozkminę" - bardzo chciałam się nią z Wami podzielić.
Miłej lektury!
[Nie siedźcie w domu, kiedy za oknem ciepła, złota polska jesień! ;) ]


"Orientalizm (z łac. orientalis – 'wschodni') – szczególnie utrwalona w kulturze Zachodu forma egzotyzmu polegająca na uzewnętrznieniu i akcentowaniu w tworach kultury fascynacji kulturami Wschodu, zwłaszcza hinduską, japońską, arabską, perską, chińską.
Nową postać zainteresowanie Wschodem zyskało w literaturze oświecenia. Wschód służył w niej często jako 'zwierciadło' cywilizacji Zachodniej (...). Orientalność umożliwiała kreację pożądanych przez romantyków walorów literackich – niepospolitego bohatera, lokalnego kolorytu, bajecznego, odmiennego, tajemniczego i nieznanego świata".
ŹRÓDŁO
Kilka tygodni temu usłyszałam, że zainteresowanie przedstawiciela lub przedstawicielki Zachodu perfumami określanymi jako orientalne - szczególnie tymi tworzonymi przez i dla użytkowników z bliskowschodniego obszaru kulturowego - jest przejawem orientalizmu lub nawet kolonialistycznych sentymentów. Cóż, z pozoru zdanie wydaje się tak bzdurne, jak to tylko możliwe, jednak kiedy głębiej się nad tym zastanowić...
Wówczas zaczynamy widzieć, że początek mody na pachnidła oparte o nuty przypraw, esencjonalnych kwiatów, drzew, żywic, kadzideł, ciemnej wanilii, labdanum, wydzielin zwierzęcych itd. faktycznie zbiegł się z europejską modą na Orient! Od połowy osiemnastego wieku w sztuce, architekturze, literaturze, modzie zaczęły być obecne motywy arabskie, chińskie czy jakiekolwiek inne; początkowo jako detale, by gdzieś mniej więcej od czasu słynnej napoleońskiej bitwy pod piramidami stać się jednym z ważniejszych nurtów zachodniej estetyki; od przełomu wieków XVIII i XIX nieomal do naszych czasów. Cóż więc dziwnego w tym, że zaraz za bardziej oczywistymi dziedzinami sztuki podążało i perfumiarstwo [do spółki ze wspomnianą wcześniej modą]?


Zmieniały się mody na taki czy inny wschodni kraj, trochę inaczej rozkładano akcenty, dostosowując stylistykę orientalną do następujących po sobie prądów estetycznych ale jednym z niezmiennych elementów artystycznej układanki była fascynacja szeroko rozumianym Wschodem [byle poza Europą lub chociaż pod nie-europejskim panowaniem, jak np. osmańskie Bałkany lub pamiętające islamskie czasy południe Hiszpanii]. Przecież wątki orientalistyczne pojawiają się w twórczości Delacroix czy Byrona równie dobrze, jak u Matisse'a, Przybyszewskiego albo Rimskiego-Korsakowa; orientalne musiały być ciężkie piżma cesarzowej Józefiny, przez cały wiek XIX w duchu orientalistycznym tworzyli perfumiarze władców francuskich oraz brytyjskich, o Oriencie śnił ekscentryczny paryski projektant Paul Poiret, w dokładnie ten nurt wstrzeliły się Shalimar, Old Spice, Youth Dew, Opium, Obsession, Must... To właśnie w orientalizmie winniśmy szukać źródeł perfumeryjnej niszy - perfumy kadzidlane, przyprawowe, intensywnie skórzane czy ambrowe to przecież nic innego, jak samo sedno orientalistycznych skłonności! Co ciekawe, że pozwolę sobie na dygresję, na naszym olfaktorycznym poletku intensywny wpływ owego stylu trwa nadal, dzięki modzie na oud. :)
To nie przypadek, że szczyt fascynacji Wschodem na Wyspach Brytyjskich datuje się na wiek dziewiętnasty podobnie, jak korzenie orientalizujących perfum marek Creed, Penhaligon's czy Grossmith. 

Ludzie od zawsze złaknieni byli "inności" i u społeczeństw cywilizacji zachodniej orientalizm potrzebę tę realizował z powodzeniem przez ponad dwieście pięćdziesiąt lat. Jednak od połowy XX w. rzecz zaczęła ulegać zmianie. Procesy dekolonizacyjne wraz z postępującą rewolucją obyczajową nie pozostały bez wpływu na nasz sposób myślenia oraz ogląd rzeczywistości. Wkrótce jasnym stało się, że łykając kolorowe i pachnące bajeczki o Wschodzie oszukiwaliśmy głód poznania, w istocie niezbyt ciekawi tego, jak nasze wyobrażenia o krajach północnoafrykańskich/arabskich/Chinach/Indiach/Tybecie/Tajlandii etc [dla zachodniej Europy czy USA rzecz dotyczy także m. in. Rosji] mają się do rzeczywistości, jak tam jest naprawdę. Nie byliśmy ciekawi słów osób najbardziej zainteresowanych, czyli mieszkańców ww. rejonów świata ale tylko i wyłącznie naszych. [Trochę tak, jakbyśmy sądzili, że nie musimy oglądać filmu albo czytać książki, skoro przecież opowie nam o nich ktoś, kto zna kogoś, kto czytał lub oglądał. ;> ] Stąd było już tylko kilka kroków do postkolonialnej krytyki oraz Orientalizmu Edwarda Saida: "błędem dyskursu było charakteryzowanie Orientu, jako czegoś irracjonalnego, upadłego w przeciwieństwie do rozumnego, dojrzałego i normalnego Zachodu. To Zachód nadawał tożsamość Orientowi, sam tworzył jego obraz i brał go za realny. Orientalizm to zaś zespół ograniczeń, zawężenie myśli, narzucone przez europocentryzm" [źródło podlinkowane wcześniej]. Nasz świat miał ponad trzydzieści lat na zmianę sposobu myślenia [w wielu miejscach i tak głównie deklaratywną tudzież otwarcie traktowaną jak "poprawnopolityczna fanaberia"].Właśnie dzięki niej w roku 2013 usłyszałam, iż za moją fascynacją ciężkimi woniami orientalnymi stoi kilkaset lat białej, europejskiej buty.

Jak widać, trochę się tym przejęłam. Lecz nie na tyle, by nie móc spokojnie wyjaśnić nieporozumienia.
Ponieważ tak się jakoś składa, że wcale nie pochodzę ze świata, który Orient traktował przedmiotowo, protekcjonalnie oraz ogólnie po łebkach. Jestem Polką. Obywatelką Europy Środkowo-Wschodniej. Co oznacza, że klasycznie rozumiany Orient stanowi ważny element mojej własnej tożsamości, tej indywidualnej ale również narodowej.
Dlaczego?


Ponieważ wschodniość stanowi doskonały punkt wspólny dla wszystkich wątków, zestawionych w powyższym kolażu. A całe poprzednie zdanie jest równie prawdziwe, co przewrotne. ;)
Malarstwo orientalistyczne, zachodnie perfumy o wyraźnie orientalnym sznycie, sarmatyzm - to różne poziomy na skali przenikających się kultur Zachodu oraz Wschodu. Zatem o ile malunki z dwóch przeciwległych rogów kolażu są jedynie artystyczną wizją, dla której Wschód potrzebny był jedynie jako temat, perfumy okazują się owocem małżeństwa z rozsądku, to już wątki sarmackie cechuje radosny, nieskrępowany entuzjazm oraz pozbawiona kompleksów swoboda czerpania wzorców z dowolnie wybranych kierunków.

"Sarmatyzm – barokowa formacja kulturowa dominująca w Rzeczypospolitej od końca XVI do drugiej połowy XVIII wieku. Opierała się na przekonaniu, że szlachta polska pochodzi od Sarmatów – starożytnego ludu zamieszkującego początkowo między Dolną Wołgą a Donem. Po Sarmatach szlachta miała odziedziczyć umiłowanie wolności, gościnność, dobroduszność, męstwo oraz odwagę. (...)
(...) był oryginalnym połączeniem kultur Wschodu i Zachodu".
ŹRÓDŁO

Kiedy więc oprócz silnych związków z cywilizacją grecko-rzymską oraz chrześcijaństwem, zaczynamy doceniać sarmatyzm za upowszechnienie w kulturze naszego kawałka Europy orientalnych gustów: barw, smaków, widoków, (zapachów?); kiedy tylko zdamy sobie sprawę, że ówczesna polska szlachta z upodobaniem dzieliła wschodni gust co do sposobów ubierania się (w tym doboru barw) oraz doprawiania potraw [pogląd o maskowaniu bogactwem przypraw wątpliwej świeżości serwowanego mięsa ma wśród współczesnych historyków żywienia coraz mniej zwolenników], ulubionych rodzajów broni tudzież sposobu przyozdabiania swoich siedzib, zaś mężczyźni nosili wąsiska, z których współcześnie byłby dumny niejeden konserwatywny Turek albo Hindus - wówczas okazuje się, że polska słabość do perfum, czy ogólniej klimatów, orientalnych ma całkiem spore tradycje. A że wyklarowane podczas kilku wieków prowadzenia wojen z przybyszami znad Bosforu albo innych mongolskich stepów...? Jeżeli tak długo z kimś walczysz, masz szansę tego kogoś całkiem dobrze poznać. :) Oraz docenić.
Dowody pokrewieństwa upodobań ze światem Wschodu a jednocześnie bariery między gustami dwu przeciwnych krańców Europy spotkać można w opisach cudzoziemskich kronikarzy, przy polskim szlacheckim stole doświadczających szoku kulturowego:

"[Cudzoziemcy] najczęściej (...) nie podzielali sarmackich gustów kulinarnych. Kiedy zimą 1646 roku Ludwika Maria Gonzaga wyruszała z Paryża do Warszawy, aby oficjalnie poślubić Władysława IV i pozostać w Polsce jako królowa, po przekroczeniu granicy w Rzeczypospolitej zatrzymała się w zamku w Lęborku. Urzędnicy króla przygotowali tam wykwintną powitalną kolację dla francuskich gości. »I ułożenie potraw, i piękna zastawa nęciły oczy i podniebienie, ale ci, którzy jako pierwsi zakosztowali przypraw, więcej już do nich nie wracali i wkrótce dziwna jakaś wstrzemięźliwość dała się odczuć ogólnie wśród Francuzów i Francuzek. Natomiast Polacy zajadali ochoczo, głośno chwaląc obfitość korzeni, szafranu, soli, których kucharze nie szczędzili. (...)« – opowiadał Jean de Laboureur, francuski kronikarz, który towarzyszył Ludwice Marii w wyprawie do Polski".
[Maja i Jan Łozińscy, Historia polskiego smaku. Kuchnia, stół, obyczaje, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2013, s. 60-61].

Więc to prawda. Kocham silne pachnidła orientalne, uwielbiam pikantne smaki, nie umiem przejść obojętnie obok stroju w nasyconych, kontrastowych barwach. Jednak moje gusta "zaprogramował" nie wydmuszkowy orientalizm, lecz lata tradycji ukształtowanej w procesie zapożyczeń kulturowych. Nie głupia moda ale tożsamość. Nie fantazje, lecz interpretacja rzeczywistości.
Spoglądanie wstecz, wgłąb historii własnego państwa aniżeli chaotyczne rozglądanie się na boki z myślą: "od kogo by tu coś jeszcze zgapić...?"


Estetyka wyrosła z potrzeb codzienności a nie znudzenia, jak to miało miejsce w przypadku "kanonicznego" zachodnioeuropejskiego orientalizmu.

I choć od czasów sarmackich minęło już przeszło ćwierć millenium, zmieniając wiele w gustach przeciętnego Polaka, zaś szlacheckie korzenie wcale nie dotyczą dziewięćdziesięciu pięciu procent obywateli naszego kraju [ ;) ], sentyment do tamtej epoki pozostał. Sarmaci ze swoją złotą wolnością, gościnnością, zapalczywością - oraz orientalnym wyglądem - nadal mają wpływ na nasze estetyczne wybory.
Gdyż to właśnie dzięki nim tak wiele osób w Polsce ceni produkty marki Amouage [pomimo raczej "niepolskich" cen ;) ]. To dzięki sarmackim tradycjom oferta krakowskiej perfumerii Yasmeen spotkała się z żywym, entuzjastycznym odbiorem [w kraju, w którym (póki co?) raczej niełatwo znaleźć wyraźną grupę "tradycyjnej" klienteli perfumiarzy z Półwyspu Arabskiego], ewidentnie zapełniając rzeczywistą i całkiem sporą lukę w rynku pachnideł. ;) I być może pamięć epoki sarmackiej sprawiła, że nad Wisłą miłośników oudu łatwo było znaleźć wówczas, kiedy moda na ów trudny składnik dopiero nieśmiało wypuszczała pierwsze pędy ale też spokojnie można zaryzykować stwierdzenie, że będzie ich całkiem sporo nawet wtedy, gdy reszcie świata drewno agarowe przeje się zupełnie. :)

Tak, moi Drodzy. Żyjemy w Polsce, w samym centrum Europy. Na co dzień i od święta stanowimy część cywilizacji łacińskiej, bez której nie widzimy dla siebie przyszłości. Wyżej cenimy estetykę skandynawską aniżeli meksykańską czy indyjską. Ważne są dla nas "wolność, równość, braterstwo" (a nawet siostrzeństwo).
Ale równie wysoko, może nawet wyżej?, spora część z nas ceni hasło: "Bóg [albo bóg], honor, ojczyzna", w swej naturze daleko bardziej wschodnie aniżeli zachodnie. Rozumie i/lub powiela estetyczne wzorce sprzed wieków. Kocha wyraziste dźwięki, smaki, zapachy. Mieszka w kraju, który przez długi okres czasu widział siebie jako strażnika pogranicza wielkich kultur - zatem zdążył przesiąknąć wartościami istotnymi dla obu światów do tego stopnia, że uczynił z owego połączenia jeden z najistotniejszych elementów własnej tożsamości.

Intelektualnie całym sercem należę do Zachodu, jednak moje emocje są częścią Orientu.
I to od dobrych kilkudziesięciu pokoleń. :D
___
Dziś Messe de Minuit od Etro, bardziej z kaprysu niż faktycznej potrzeby (katar i tak prawie uniemożliwia mi cieszenie się zapachem).

Ilustracje:
1. http://chicstories.com/makeup-tips/tips-for-wearing-perfume/
2. Kolaż posklejałam z wielu grafik, których źródła zapomniałam pozapisywać. Wybaczcie, proszę.
3. http://www.muzeum.krakow.pl/NewsItem.303.0.html?&L=1%2C&cHash=4b178a606ccc69fe73414411ecf844f5&tx_ttnews%5BbackPid%5D=50&tx_ttnews%5Btt_news%5D=3522

czwartek, 3 października 2013

W starym Vogue'u

Tauerowska seria Tableau de Parfums to rzadki kwiat. Każda z powstałych dotychczas części jest w pewien sposób wyjątkowa, wszystkie zaś kryją w sobie oryginalne, bogate dusze. No i są po ludzku piękne. :)
Na początek Miriam.


Wąchanie tych perfum przypomina podróż w czasie. Jednak nie dosłowną, lecz pośrednią; osiąganą za pośrednictwem starych gazet, mebli, strojów, sprzętów elektrycznych czy innych przedmiotów z przełomu lat 40. i 50. XX wieku [żeby uniknąć nieporozumień: nie polski przełom tych dekad mam na myśli :> ], znalezionych gdzieś na słonecznym strychu.  Choć doświadczana w podobny sposób rzeczywistość wydaje się niezwykle bliską naszej, to przecież od razu wyczuwamy, jak bardzo obie epoki się różną.
Inaczej wyglądają stare sprzęty, ubrania zrobiono z materiałów odmiennej jakości i oznaczono metkami odmiennymi od znanych nam, nawet kolorowa prasa o modzie wygląda inaczej: teksty są trochę dłuższe, niejednako redagowane a reklamy okazują się równie przyjemne dla oka, co sesje zdjęciowe. Całość, choć doskonale zrozumiała dla człowieka z drugiej dekady XXI w., wydaje się jednak niepodobna, jakby tworzona dla ludzi innych niż my, dla innych umysłów, trochę już obcych mentalności.

Podobnie rzecz ma się z Miriam: teoretycznie stworzonej z mocnych, nasyconych kwiatów, występujących w portfolio Tauera zarówno wcześniej (Une Rose Chyprée), jak i później (Noontide Petals), faktycznie biorącej całą swoją moc jak i retro-ambicje w nawias twórczy. Spory, zamaszysty, nakreślony dzięki irysowym chłodom, sandałowcowo-paczulowej głębi, kwiatowym pyłkom oraz tajemniczemu "czemuś": mieszaninie jakby postarzanego labdanum z równie sędziwym miodem, obu ułożonych na lekko podwędzanej (ale już dawno ostygłej) ciemnej skórze. To wszystko pozwala zassać się czarnej dziurze, rozrywającej poszczególne wonie na atomy i następnie... kto wie? Może zlepiającej z nich zupełnie nową, niepodobną do niczego jakość...? Chcę rozgryźć omawiane pachnidło, jednak nie potrafię przedrzeć się przez ścisły, jednolity pancerz wody. Jest ona dla mnie całością, konstytucyjną jednością stworzoną z klasycznych kwiatów, jasnych lecz staroświeckich drzew, odrobiny słodyczy oraz tej trudnej do nazwania szyprowej świetlistości. Czasem pojawiają się także suche ale sprężyste aldehydy w nowoczesnym wcieleniu (lecz o duchu stanowczo starym), przywodzące na myśl jakaś mniej szklistą wintażową wersję Piątki od Chanel, jednak znikają po kilku minutach, wchłonięte przez przepastne głębiny reszty akordów.
W miarę upływu czasu kompozycja staje się coraz bardziej jasna, więcej w niej jaskrawego blasku, nadal jednak przeważa ogólna matowość dzieła. Choć widzę więcej słodyczy oraz lekko pikantną bazę stworzoną z barokowego retrobukietu i suchego drewna, całość w dalszym ciągu pozostaje dla mnie zagadką. Piękną, nierozwiązywalną, wybrzmiewającą długo tak w nozdrzach, jak i głowie - ale jednak zagadką.
Choć zgadzam się z tezą, jakoby Andy T. posłużył się recepturą Miriam jako podstawą do stworzenia Noontide Petals. :) Najnowszy produkt z podstawowej linii perfum Szwajcara w rzeczy samej wydaje się nieco uproszczoną, bardziej klarowną wersją tajemniczej piękności sprzed lat. Prosto z okładki starego Vogue'a.

Rok produkcji i nos: 2011, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, jednak uważam, iż współcześnie także mężczyźni spokojnie mogą spróbować testów. :)
Pierwsze chwile z Miriam cechuje ogromna moc oraz sillage, które z czasem redukują się do wąskiej aury, przy czym - co charakterystyczne  - ani na moment nie wypadają z orbity naszego zainteresowania. Chcę przez to powiedzieć, że pachnidło jest cały czas obecne tuż przy uperfumowanej osobie, towarzyszy nam przy każdym poruszeniu ręki. łatwo się do niego przyzwyczaić, trudno o nim zapomnieć. :)
Na wszystkie okazje.

Trwałość: w granicach pięciu-siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa (oraz aldehydowa)

Skład:

akord cytrusowy, geranium, róża, fiołek, ylang-ylang, jaśmin, lawenda, liście fiołka, kłącze irysa, drewno sandałowe, wanilia
___
Dziś Lapis Philosophorum od Oliviera Durbano.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://weetrix.tumblr.com/post/2495684667
2. http://www.internationalposter.com/poster-details.aspx?id=ITL05079

środa, 2 października 2013

O sześciu Dorinach

Maison Dorin - marka, które swego czasu kupiła moją uwagę fenomenalnym Oudem z arabskiej serii. Kilka miesięcy temu mogłam, dzięki Lorienie, poznać kilka innych dokonań francuskiego domu perfumeryjnego. O cyklu Un Air de Paris pisałam w lipcu, dziś chciałabym pokrótce zająć się jeszcze inną serią a do opisów arabskiej dodać dwa kolejne punkciki.
Krócej, niżbym chciała, ponieważ wzywa mnie życie pozablogowe. ;)


Zgodnie z porządkiem alfabetycznym, na pierwszy ogień pójdzie Fullah. Teoretycznie dzieło proste, stworzone wokół endemicznej roślinki z okolic Damaszku o nazwie takiej, jak tytuł pachnidła. Na szybko nie zdołałam znaleźć o niej więcej informacji poza faktem, że najprawdopodobniej wygląda TAK. Zaś w zestawieniu z jaśminem i bergamotką pachnie niemal identycznie, jak zielona herbata aromatyzowana jaśminem właśnie. Czyżby więc sam/a/o fullah pachniało zieloną herbatą? Śmiem wątpić; tym bardziej, że w miarę upływu czasu pojawia się więcej roziskrzonych soków, przypominających wonią kwiaty oraz zmiażdżoną łodygę rośliny o zapachu trochę piwonii, trochę jakby herbacianych róż. A do tego jaśmin.
Po kolejnych kilkudziesięciu (a raczej kilkudziestu ;) ) minutach Fullah ciemnieje, nabierając mocniejszych (acz nie topornych ani nie zwierzęcych) piżmowych nut, rozgrzewane ciepłem intensywnie pracującego ciała. Fantastyczne uziemienie dla florystycznych akcentów! :) Oraz moc i emanacja, głębokie, poważne, zamaszyste; iście Dorinowe.
Można polubić.

Skład:
bergamotka, jaśmin wielkolistny, fullah, piżmo


Jasmine z kolei nie bawi się w żadne podchody. To klarowny, pozłocisty, odświeżający kwiatowiec o zielonym, skrzypiącym ale i seledynowo-świeżym otwarciu z niekoniecznie słodkich cytrusów oraz kwiatowych soków, które jednak musiały ustąpić miejsca głębokiej, porażającej dosłownością jaśminowości. Zbliżonej do zapachu naturalnego ekstraktu owego kwiatu tak bardzo, że przy cieplejszej aurze nie sposób opędzić się od skojarzeń urynalnych, z toaletą na postpeerelowskim dworcu lub w innej, równie przyjemnej lokacji. ;) Tak wyraźny oraz nie bawiący się w półśrodki jest tu składnik tytułowy. Co wbrew pozorom bardzo mnie cieszy, bowiem współcześnie nieczęsto mamy okazję obcować z jaśminem o tak naturalnym kształcie i zapachu, będącym samą esencją życia oraz - paradoksalnie - piękna. Anglojęzyczni miłośnicy perfum zachwycają się perfumami określanymi jako 'sweaty' czyli 'duszne', 'przepocone'. Jasmine jest jednym z takich właśnie przypadków. :) Ponieważ  sama należę do fanów podobnych olfaktorycznych zestawień, więc zwyczajnie musiałam się zachwycić. Szczególnie, że nawet jako woń ostra i teoretycznie odrzucająca ów konkretny jaśmin cały czas mógł poszczycić się jednolitą kremową barwą oraz śmietankową konsystencją. Może to zasługa resztek zieleni z otwarcia a może do gry włączyły się jasne drewna bazy...? Nie wiem. Grunt, że nosi się to wspaniale - choć z konieczności trzeba starannie dobierać dawki. ;)

Skład:
bergamotka, jaśmin, akordy drzewne, piżmo


Następnym zapachem jest Rose. A konkretnie legendarna, cudowna róża damasceńska. Okolona słodyczą, rozjaśniona lekko skórzanymi sokami bergamotki, ubarwiona wyciągiem z  konwaliowych kwiatków [tylko niech Was ręka Boska broni przed wypiciem tego! ;) ], od początku do końca przejmująco głośna a jednocześnie czysta i przyjemna. Płożąca się na ludzkim ciele od pierwszych sekund po aplikacji, rozprzestrzeniająca niczym dym, we wszystkich możliwych kierunkach. Zabrana gdzieś spomiędzy potpourri a konfitur i nawodniona seledynowymi sokami - naturalna. Siedząca na ludzkim ciele stabilnie dzięki przebijającej od spodu ciemnym, piżmowym pazurom [albo raczej pazurkom, gdyż wcale nie są takie duże :) ]. Ani gęsta ani przejrzysta, nie zimna ale i nie gorąca. Cudowna. Żywa. Oddychająca i, być może, czująca.
Ukochana Małego Księcia...? Chyba nie. Dorinowska Róża jest zdecydowanie zbyt mało wymagająca i mniej skupiona na sobie. Choć pewnych tendencji do zaborczości nie sposób jej odmówić. ;)

Skład:
bergamotka, konwalia, róża damasceńska, piżmo


Ostatnim elementem serii damasceńskiej jest Tubereuse: sprężysta, elastyczna, energetyczna ale przecież tak bardzo kobieca i ciepła, jak to tylko możliwe. I jak tylko tuberoza potrafi. Ta najczulsza tyranka wśród kwiatów została przedstawiona w swym najbardziej klasycznym, najbardziej wdzięcznym ale i najtrudniejszym wcieleniu. Początkowo prześwietlona kilkoma jasnymi cytrusowymi promieniami szybko zapada się w siebie, oplata własnym cieniem oraz rozgrzewa własnym ciepłem. Do szczęścia nie potrzeba jej nikogo i niczego. No, może poza ludzkim żywicielem. ;) Dzięki któremu ma szansę ujawnić swoje miodowe piękno chwilami tak wyżłobione, że wręcz drzewne. Doskrobujące się nawet do ukrytej wśród kwiatów ciepłej i suchej sierści jakiegoś dzikiego zwierzęcia. To piżmo, utrwalacz ale i najbardziej intymna z twarzy Tubereuse. Udana kompozycja.

Skład:
bergamotka, tuberoza, piżmo, akordy drzewne


Lubię cykl Un Air de Damas; postawiono w nim na naturalne piękno kwiatów - i tylko na nie, czego dowodzą powtarzające się nuty dookolne. Jeśli nie identyczne to choć zbliżone do siebie, mające tylko dopełniać tudzież podkreślać piękno głównych bohaterek olfaktorycznych opowieści: kwiatów, które same z siebie lśnią, niczym najcenniejsze klejnoty. Nic nie powinno tłumić ich urody.


Wszystkie pachnidła powstały w roku 2008, zaś ich twórczynią jest Nejla Barbir.

Charakteryzują się bardzo dobrą, przeszło ośmiogodzinną trwałością.



W przypadku serii arabskiej zmuszona jestem ograniczyć się do dwóch kompozycji. Jedną już kiedyś opisałam, natomiast próbki Ambre nie potrafię odnaleźć [czy w ogóle ją otrzymałam? Nie mogę sobie przypomnieć]. Jednak nawet dwie opisywane dziś mieszaniny warte są wielkiej uwagi.

Na przykład Musk, które do pewnego stopnia przypomina mi Al Ward Al Musk od Rasasi; wyczuwam w nich te same paliwowe ciągoty, zbliżone fascynacje, pokrewieństwo dusz. Oraz piżmo, które wbrew oczekiwaniom wcale nie jest ani mydlane ani wyraźnie zwierzęce (przynajmniej nie na początku). Za to pojawiają się spalane w trybularzu drzazgi cennych drzew, bliżej niezidentyfikowane żywice i sporo lizolowego oudu. Później pachnidło delikatnieje, nabierając spokojnego ciepła oraz słodkawej delikatności, bardziej z kierunków gwajakowych aniżeli waniliowych. Jako pośrednik między wszystkimi frakcjami dzieła - kadzidlaną, piżmowo-benzynową, cielesną oraz słodką - występuje labdanum, złociste lecz nie zmysłowe, sklejające kompozycję w jedno.
Zaskakująca delikatność tam, gdzie spodziewałabym się raczej demonstracji siły. Musk to wyjątkowo udana niespodzianka. :)

Skład:
rumianek, róża, drewno cedrowe, paczuli, drewno gwajakowe, drewno sandałowe, labdanum, kadzidło frankońskie, (oud?), wanilia, piżmo


Ostatnim z moich dzisiejszych bohaterów będzie kolejna róża, tym razem Rose of Taif, w pierwszych chwilach jakby węglowa, zbliżona klimatem do otwarcia opisywanego piętro wyżej Piżma, szybko jednak wracająca na właściwe tory. Właściwe, czyli każące myśleć o kwiecie jasnym, o delikatnych, jakby ażurowych płatkach. O kwiecie tak subtelnym i świeżym, że aby dostosować go dla wymagających nosów obywateli krajów arabskich, trzeba było otoczyć różane pąki wąskimi strużkami kadzidlanego dymu, przeplecionych ze skórzanymi rzemykami oraz przyprószonych cennym szafranem (trochę w stylu Saffron Rose marki Grosmith). W miarę upływu czasu akordy różane tak silnie zlewają się z dymami i cieniami stonowanego ale jednak wyraźnego Orientu, że Rose of Taif niemal traci prawo do swojej nazwy. Na szczęście nuty bazy, ciepłe dzięki woniom teoretycznie odzwierzęcym oraz przyjazne dzięki słodkiemu duchowi waniliowych ziaren pomagają róży po raz kolejny - i ostatni - wybić się na światło dzienne. Wkrótce wszystkie wątki dzieła zleją się w jednolitą, miękką ale pyłkową całość, niemożliwa do rozdzielenia.
Perfumy obiektywnie przyjemne, miłe w codziennym użytkowaniu jednak na tle wcześniejszych dokonań marki podejrzanie przeciętne. Zbyt przewidywalne. Choć na pewno warte poznania. :)

Skład:
rumianek, szafran, róża, frezja, skóra, paczuli, drewno sandałowe, ambra, styraks, wanilia, piżmo, kastoreum, cywet


Oba zapachy powstały w roku 2012, również dzięki talentowi Nejli Barbir.

Ich trwałość jest trochę lepsza, niż serii damasceńskiej.


Kurczę! Pisanie notki znów zajęło mi więcej czasu (oraz przestrzeni), niż początkowo planowałam...
___
Dziś było X for Men marki Clive Christian ale już zatonęło pod naporem dorinowskich mocarzy. :)