środa, 29 lutego 2012

Piękność w buduarze

Czas przerwać spokojny sen. Wszystkich, którzy myślą, że subtelne pastele i zwiewne wdzianka nie mogą stać się tłem krwawej rozprawy ze światem, czeka dziś zimny prysznic.


Nie, to nie jest żaden Eros z balu maskowego. ;) Oto przed Wami kolejne wcielenie Pani Zemsty czy Lukrecji Borgii, ewidentny pierwowzór Beatrix Kiddo: Julie Kohler (wcielona w Jeanne Moreau), czyli Panna młoda w żałobie z filmu François Truffaut. Wdowa, której rozpacz jest w stanie rozproszyć jedynie pragnienie zemsty. Pięciu mężczyzn, pięć narzędzi zbrodni i jeden cel. W przedstawionym wcieleniu odwet przyjmuje postać Diany Łowczyni, pani życia i śmierci, patronki porodów oraz śmierci gwałtownej, Artemidy i Hekate.
Jeśli ujrzysz ją, samotną i uśmiechniętą zachęcająco, nigdy nie bądź pewien, czym ta przygoda skończy się dla Ciebie. ;> Nigdy.

Dlatego, miast zżymać się na mizoginię skrytą pod płaszczykiem opowieści kina noir, przekornie żywię doń spore uznanie. :) Nie uważam, by przebiegłe i wyrachowane postaci kobiece były w stanie zaszkodzić mojej wizji świata. One są mi sojuszniczkami. Cenię je tak, jak każdego bohatera i każdą bohaterkę kultury obdarzoną siłą zdolną łamać schematy czy kruszyć kajdany. Wiem, że uroda i powab są ich częściami składowymi, środkiem do osiągnięcia celu.
Kobiety fatalne są stanowcze, ambitne oraz ponadprzeciętnie inteligentne. A przecież są to cechy, które w bliźnich należy cenić. Femmes fatales natomiast - stawiać innym za wzór.
Tym zaś, czego w starych opowieściach o przynoszących zgubę kusicielkach i ich biednych, ubezwłasnowolnionych najwyraźniej, ofiarach brakuje, to przytoczenie drugiej wersji wydarzeń. W filmach noir nikt nie uznawał za stosowne spytać o to, jak przedstawione zdarzenia wyglądały z perspektywy tych, które najłatwiej potępić i obarczyć odpowiedzialnością za intrygi, manipulację, śmierć, oszustwa, katastrofy budowlane oraz klęskę suszy. ;) Nikt nie zniżał się, by historię biednego omotanego żuczka opowiedzieć z punktu widzenia domniemanej pajęczycy. Bo, jak znam życie, wówczas usłyszelibyśmy kompletnie różną opowieść. ;) I już nie byłoby tak łatwo paluszkiem wskazać na jedyną przyczynę zła wszelakiego. :>
Oto powód, dla którego cenię Pannę młodą w żałobie. Przynajmniej stara się oddać głos kobiecie.


Ów przydługi wstęp miał na celu wyjaśnić, skąd biorą się moje skojarzenia z zapachem uchodzącym za piękną wizję dojrzałej kobiecości, pudrowym, o przepysznej konstrukcji, skojarzonym z różową barwą.
Krótko mówiąc: chciałam poszukać odpowiedzi na pytanie, ile buduaru jest w Boudoir od Vivienne Westwood. :) I dlaczego tak dużo a jednocześnie tak mało. ;)

Bo z tym, że pachnidło stworzono dla i o kobietach, nie sposób dyskutować. Lecz równie ważnym jest dostrzeżenie patronki przedsięwzięcia, ekscentrycznej brytyjskiej projektantki mody. Warto zadać sobie trud i z popularnego stereotypu (a nawet kilku stereotypów) zedrzeć kolejne warstwy farby by dzięki temu dostrzec, jak zmienia się świat, kiedy spojrzeć nań "z drugiej strony", pod kątem zupełnie innym, niż zwykle.
Stereotypem w Boudoir jest sama konstrukcja zapachu, spiętrzenie gorących wonności oraz słodkiego, upojnego kwiecia, uformowanego w misterne sploty, okalającego sylwetkę niczym zwój ciężkiego, drogocennego atłasu, szykownie upudrowanego. Skreślonego za pomocą standardowych środków oraz zaklętego w róż.
Lecz jednocześnie bardzo "innego", zastanawiającego a nawet niepokojącego, obdarzonego starannie wycyzelowaną mocą. Bogatego niczym wezbrane wody i silnego, jak podmuch żaru. Dojrzałego, przemyślanego, starannego; świadomego każdego słowa, gestu, każdej myśli. Pod pozorem urodowej sztampy skrywającego intelekt, który nie ma płci. A nawet mieć nie powinien [kolejny stereotyp się kłania].

Duch Buduaru Mme Westwood łączy w sobie dwa schematy, zadając kłam każdemu z nich. Lecz jednocześnie nie stara się podążać w stronę uniseksu ani nie szpera po zakamarkach "męskiej" perfumerii. Był, jest i będzie kobietą. Bo też i bycia kimkolwiek innym nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić. Nie udaje mężczyzny, nie podszywa się pod mężczyznę (kolejne zabawne patriarchalne nadużycie), nie pragnie być mężczyzną. Jest kobietą świadomą własnej siły i korzystającą zeń bez zahamowań [inna sprawa, czy równie dobrze czułaby się w świecie zorientowanym bardziej równościowo, gdzie nie ma potrzeby uciekania się do intryg oraz wiecznych niedomówień].

Mnie uczy jednego: by odrzucać to, co widzę powierzchownie; aby nie ustawać w poszukiwaniach dyskryminowanego drugiego dna. Gdyż wiem, że ono gdzieś tam jest i - często je znajduję. :)


W otwarciu mieszanka jest żywa, ostra i niezbyt przejrzysta. O aurze zmąconej dodatkiem ostrej kolendry oraz szczypty aldehydów. Pojawiają się gęste, uderzające do głowy kwiaty (by wspomnieć tylko o hiacyncie, ylang-ylang, jaśminie czy róży) a wraz z nimi irysowy puder, pokrywający wszystko, biorący opowieść w czarowne ramy.
Po jakimś czasie ilość kwiatów rośnie; są słodkie, wszechwładne, szalone. Opętują człowieka i uzależniają od siebie, zręcznie wspomagane przez akordy przypraw: cynamonu, kardamonu, goździków. No i wanilii, która dosładza to, co i tak jest słodkie, uwydatnia wyraźne, pogrywa z europejskim poczuciem estetyki operując swadą godną pozazdroszczenia. :)

W bazie kwiaty gęstnieją, przyprawy zlewają się w jedną burą chmurkę, unoszącą się nad egzotycznym drewnem, paczuli wetywerią, odrobiną tytoniu oraz niewielką, ledwie wyczuwalną nutką potu, całkiem zresztą przyjemną. Kmin to czy cywet? Nie mam pojęcia; zauważam za to podobieństwo do dwóch starszych piękności: Bal à Versailles marki Jean Desprez oraz Alliage od Estée Lauder. Wyobraźcie je sobie jako podkłady dla arcysłodkich, niezwykle zmysłowych kwiatów. Jakże łatwo wpaść w nie po same uszy!
Przynajmniej ja nie miałam z tym żadnych kłopotów. :)
Jarku, dobry duchu nasz, dziękuję! :*

Aha. Dla porządku: powyższy opis dotyczy starszej wersji Boudoir, zwanej koniakową. Młodszej i różowiutkiej nie znam.


Rok produkcji i nos: 1998, Martin Gras

Przeznaczenie: zapach dla kobiet (sorry, Jarek! ;) ), gęsty i mocarny. Pozostawiający za sobą olbrzymi ślad, więc do małych pomieszczeń - niestety! - się nie nadaje. Za to pasuje do okazji ważnych bądź wytwornych.

Trwałość: przeszło piętnastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (i szyprowa)

Skład:

Nuta głowy: aldehydy, bergamotka, kwiat pomarańczy, hiacynt
Nuta serca: jaśmin, róża, kłącze irysa, narcyz, goździk (kwiat), przyprawy
Nuta bazy: tytoń, paczuli, drewno sandałowe, cywet, wanilia
___
W tej chwili jeszcze Grev, ale już za chwilkę będzie Tabac Aurea Sonomy. :D

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://entertainment.salon.com/2011/11/04/the_bride_wore_black_truffauts_delicious_homage_to_hitchcock/singleton/
2. http://twenty-four-frames.blogspot.com/2008/07/femme-fatale-in-film.html
3. http://ellejohnston.tumblr.com/

Przystanek Podgórze, cz. 2

Odcinek poprzedni właśnie schodzi z pierwszej strony Pracowni, więc go podlinkuję. ;) Tutaj poczytacie o garażu mojego dzieciństwa. :)
W tej chwili jednak pragnę przedstawić kolejną opowieść spod znaku olfaktorycznych wcieleń motoryzacji. Równie udaną, choć już mniej dosłowną. Chociaż... czy na pewno?
Fuel for Men od Donny Karan.


Znajduję w nim więcej przestrzeni, świeżego powietrza, radości, jaką może dawać przyciężka, kilkutonowa bryła - namiastka skrzydeł. Fuel to dzieło delikatne, wdzięczne, od Eau du Fier znacznie bardziej pastelowe. Plastyczne, przesycone miękkim światłem jakkolwiek niepozbawione pewnej przyrodzonej nostalgii.
W pewien sposób przypominające mi pielgrzymki, jakie zachodni miłośnicy motoryzacji odbywają na Kubę, by tam móc nacieszyć oko - i nie tylko - technologicznymi reliktami poprzedniej epoki, dziś już w zasadzie endemicznymi, w takich ilościach niespotykanymi nigdzie indziej na świecie. Przy czym z pewnością w mózgach jakiegoś procentu z nich nigdy nie urodzi się myśl, iż Kubańczycy z chęcią zamieniliby swoje "cuda" i "perełki" na prywatne auto dowolnie wybranego pasjonata. ;) Bez cienia żalu.
Zaś wylewny podziw bladych świrów mają w głębokim poważaniu, słusznie wyczuwając stojące zań a słabo maskowane: zblazowanie, poczucie wyższości, egocentryczną niechęć do zmian w "motoryzacyjnym skansenie", rasistowskie resentymenty w końcu. Jednak znów odchodzę od tematu. :) Miałam wycieczki samochodowe przedstawić w dobrym świetle. Jakimś cudem. ;)

Zamiast tego przejdę do sedna.


Fuel jest kompozycją słodką, uroczą, jak już wspomniałam - jasną. A przy tym w tak wielkim stopniu opartą o aromaty tytułowego paliwa, tapicerskiej skóry, o duchy perfum podróżnych, błąkające się po aucie oraz o błogie marzenie na temat wakacji. Jeszcze odległych a już wytęsknionych. :) Tak szalonych, że aż chce się w nie wierzyć całym sercem.

Trudno w przypadku omawianej mieszanki pisać o typowym rozwoju nut, gdyż odbieram ją przede wszystkim jako wrażenie, obraz odbity w umyśle. Co mogę Wam napisać, to to, iż otwarcie aromatu zdominowały cytrusy ostre i przestrzenne, niezbyt słodkie (gdyż słodycz pochodzi spoza nich, może z sączonej przy plażowym barze piña colady?) za to urocze. I wiem, że bokiem, niejako podstępem przeciskają się akordy benzynowe, plastikowo-lakierowe, również wynikłe z ananasa podkręconego migdałami. Istotny jest też ostry akord leśny, jakby żywiczno-przyprawowy, odrobinę dymny.Czy to jałowiec, deklarowany w spisach nut? Nie potrafię ocenić.
Wiem, że z czasem kompozycja łagodnieje, nabiera lekkości, błogiego odczucia pochodzącego od słodkawych kwiatów. Zjawia się miękka ambra, otoczona subtelnym pudrem z paczuli tudzież jasnej lawendy.
W bazie zaś wraca słodka benzyna, okolona dodatkiem świdrujących przypraw oraz egzotycznego drewna.
Lubię Fuel, choć tęsknić doń nie zamierzam. Unowocześniona, butikowa wersja klasycznego DK z roku 1994 nie budzi we mnie chęci posiadania ilości większej, niż obecne kilkanaście, może kilkadziesiąt kropel. I tyle. Tak po prostu. :)

Rok produkcji i nos: 2008, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, choć w mojej opinii to czysty uniseks. Niezwykle przyjemny i układny, dosyć bliski ludzkiemu ciału, więc nadaje się świetnie na wszelkie okazje, jakie tylko będziemy w stanie wymyślić. ;)

Trwałość: około siedmiu, góra dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: jagody jałowca ananas, cytrusy
Nuta serca: akordy kwiatowe, lawenda, migdały
Nuta bazy: ambra, piżmo, paczuli, drewno sandałowe
___
Dziś Grev od Slumberhouse. Jakież to piękne! :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.telegraph.co.uk/travel/celebritytravel/7594274/David-Essexs-holiday-heaven-and-hell.html
2. http://www.flickzzz.com/2009/02/cars-in-cuba.html

wtorek, 28 lutego 2012

Narodziny i śmierć ognia


Więc najpierw należy energicznie potrzeć siarczaną główką o draskę. Jednym ruchem, stanowczo, szybko. Jeżeli się uda, to po chwili usłyszymy krótkie i ciche skwierczenie, bliskie pojedynczemu pęknięciu bąbla na powierzchni wrzącej oliwy, nieuchronnie zapowiadające następny dźwięk. A jest nim... zachłyśnięcie się. Pierwszy łyk powietrza, zaczerpnięty przez nowo narodzoną istotę, kompletnie bezbronne dziecko. Głęboki i przejmujący. Nasz pierwszy narkotyk w życiu.
Czy to przypadek, że identycznie rodzi się ogień? Tak samo zachłystując się mieszaniną tlenu i wodoru, bez których od tej pory nie będzie mógł żyć? Nie mnie osądzać. Grunt, że zauważyłam podobieństwo. :) Usłyszałam dźwięki, przy których rodzi się ogień. I wiem już, jak bardzo są piękne.
Również wtedy, kiedy zakląć je w zapach.

Ponieważ odgłosy ogniowej porodówki splotły się w moim umyśle z Jeke marki Slumberhouse.


Dzięki niemu wiem nie tylko, jak ogień budzi się do życia, lecz również - jak dojrzewa i rośnie, jak nabiera wigoru, w jak czarowny sposób stworzony na końcu zapałki płomień z zimnego, siarkowego błękitu nabiera dojrzalszych barw czerwieni, oranżu i żółci. Jak staje się wysmukły i szykowny a przy tym bardziej sprężysty, jakby namacalny. Wiem w końcu - co się dzieje, kiedy nie pozwolimy ogniowi usiąść na trwalszym materiale, gdy nie dostarczymy mu okazji, by mógł osiągnąć dojrzałą stateczną biel płomienia, kiedy po krótkim, burzliwym i figlarnym życiu - umiera, zaś ja mam sposobność obserwować to, co po nim zostało. Ponieważ Jeke to, moi Drodzy, żywot płonącej zapałki w olfaktorycznym skrócie. ;)

W otwarciu miły, jeszcze nieśmiały lecz już wyrazisty, niemożliwy do przeoczenia. Zestawiony wokół nut niebezpiecznie przypominających "zwęgloną" wetywerię z Encre Noire czy Chaman's Party. Wytrawny, szlachetny, ułożony w ciągłej rotacji między lochami a biblioteką Pana. :> Czyli między sztucznie osuszonym paczuli oraz szlachetnymi oparami whisky zmieszanej z tytoniem. A może to pokątna bimbrownia w starej stajni? ;)
Wkrótce zresztą zaczynam pojmować, iż mam do czynienia nie tyle z wetywerią, co z dziegciem. Tak, z brzozową smołą służącą do produkcji beczek czy strzał, pomocną w medycynie ludowej oraz przy kąpielach sienkiewiczowskiego Bohuna. ;) Tą samą, z której perfumiarstwo potrafi wyciągnąć to, co najlepsze, tworząc dzieła idealnie wpasowujące się w motto marki Slumberhouse: "Perfumy dziwaczne i wyjątkowe". Jeke niniejsze warunki spełnia z nawiązką. :)
Z czasem nawet upodabnia się do jednego z moich ulubieńców: Fumidusa. Co już jest najlepszą z możliwych rekomendacji.


Lecz błędem byłoby łączenie obu tych kompozycji. Mimo, że o zbliżonym duchu, Jeke zmierza w kierunku większego ucywilizowania, prędzej ekscentryzmu niźli całkowitego braku poszanowania dla owczego pędu tłuszczy.

I jak z początku nieśmiały ale zażywny, potem rosnący w siłę, wzbierający gwałtownie acz z klasą, zapach umiera szybko lecz po cichu, jakby nie zdając sobie z tego sprawy. Pocisk przebił żołnierski hełm a może strzał w plecy, wynikły z gangsterskich porachunków? Cokolwiek by się nie stało, ogień w ciało zaklęty umarł. Wówczas też ciało stygnie powoli, w tajemniczy sposób wymykając się rozkładowi.
Kompozycja stopniowo ochładza się, rozwijając tony zimnego dziegciu (czy wetywerii), obramowane skórzanym benzoesem oraz wędzarniczym akordem cade, znanym choćby z Cuir Mony di Orio. Mieszanka robi się chłodna, szykowna, stonowana, z czasem coraz mniej dosłowna. Po tytoniu i akcentach słodowych nie pozostał nawet ślad, zaś na ich miejsce pojawia się akord miłego, cielesnego i czystego ciepła. Dziwne, co najmniej dziwne... ;)

Piękno, mniej dzikie a bardziej ucywilizowane, przemija powoli i z gracją, po kawałku odrywając się od ludzkiej skóry, by wyruszyć w przestworza. Niczym dusza ogniowego młodzieńca, powoli zmierzająca do raju.

Czy taka historia może być pogodna? Owszem. :) Jeke to udowadnia.
Gdybym miała dobrać doń melodię, byłaby to Uwertura do Sroki złodziejki Rossiniego.
O, ta:


I tak sobie myślę, że mój wybór pewno niespecjalnie zadowoliłby hiphopowo-graficiarskich twórców marki. Lecz cóż poradzić? Z ich gatunkiem muzyki nie miewam dobrych skojarzeń. ;) Po prostu go nie czuję.


Rok produkcji i nos: 2008, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach, z czym - tradycyjnie - się nie zgadzam. ;) O dość wyraźnym sillage oraz mocy dużej acz skłonnej do współpracy. Na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (i aromatyczna)

Skład:

cade, benzoes, tytoń, paczuli, labdanum
___
Dziś Le Temps de Reines od Isabel Derroisné.

P.S.
Trzy pierwsze ilustracje via http://mahshidmashayekhi.blogfa.com/post-237.aspx

piątek, 24 lutego 2012

O perfumach do zjedzenia

Jako suplement do poprzedniej notki:
Chandler Burr w ramach TEDx Cambridge opowiada o perfumach z gatunku gourmand, szeroko rozumianego, nie tylko słodkiego. :)
Miłego seansu!



Do tego aula pełna studentów. A studenci... wiadomo. :)
Zresztą obejrzyjcie sami!

Łakocie słodkie i ciężkie

Luty. Zima. Przesilenia i depresje.
Dwa dni temu słyszałam, jak didżejka w naszym lokalnym radio zawodziła głosem zawodowej płaczki, że zima nam się wydłuża. Aż miałam chęć zawołać: "Hel-loł! Potrwa jeszcze co najmniej przez miesiąc. Ruchu obiegowego Ziemi babsztylu nie przyspieszysz, choćbyś się zajęczała na amen!" Lecz rozumiem [ledwie bo ledwie, ale zawsze ;> ] zmęczenie brakiem światła słonecznego. A że w taką pogodę, pochmurną oraz słotną, idealnie sprawdzają się słodziaki, dziś proponuję Wam mały ich przegląd.


Comptoir Sud Pacifique, Vanille Abricot

Początek należy do najsilniejszej, najbardziej dosadnej, iście strongmeńskiej spośród wszystkich dzisiejszych kompozycji. ;) Może taką moc wody zawdzięczam temu, że przyszło mi testować aromat w stężeniu "eau de voyage", ichnim odpowiedniku wody perfumowanej?
W każdym razie: Vanille Abricot pachnie dokładnie tak, jak się nazywa: wiąchą, istną furą podgrzewanej wanilii (etylowaniliny właściwie), lekko zwęglonej, podwędzonej może oraz obramowanej jasnym obłoczkiem brzoskwiniowej pianki. Ów zaś jest tak miły i bardziej "suchy", iż faktycznie każe widzieć w sobie skojarzenia z tytułowa morelą. Jest to zresztą pierwsze moje spotkanie z tak oczywistym olfaktorycznym wcieleniem wspomnianego owocu. :) Choć i tak najważniejsza jest arcysłodka, wżynająca się w mózg wanilia; reszta to tylko przystawki. ;)

Skład:
papaja, morela, wanilia, cukier


Kilian, Liaisons Dangereuses

Tu stopień dosłowności jest znacznie niższy. Na szczęście, ponieważ siekiera VA potrafi dać po nosie, więc wszelka odmiana okazuje sie pożądana wielce. :)
O perfumiarskich Niebezpiecznych Związkach trudno napisać cokolwiek wiążącego. Kompozycja jest niewątpliwie złożona wyśmienicie, wieloskładnikowa, utarta na pastę jednolitą (czyli tak, jak lubię :) ) o wiodących akordach śliwki, nieprzesłodzonej różanej konfitury, przypraw korzennych oraz nut drzewnych i ambry (albo czegoś w jej stylu).
Trzyma się blisko ciała, aczkolwiek daleko jej płochości. Gdyby z tylko przemawiała pełniejszym głosem, gdyby wysiliła się na jakąś opowieść! Bez nich zapach wydaje się jakby... zwyczajny. ;) Lecz czy niewart uwagi? Borze broń.
Po prostu bardzo dobry, plastyczny, śmietankowo-orientalny, owocowy szypr. Calice Becker po raz kolejny pokazała, ze zna się na swojej robocie. :)

Skład:
brzoskwinia, kokos, czarna porzeczka, śliwka, cynamon, geranium, róża, nasiona piżmianu, wetyweria, sandałowiec, inne nuty drzewne, piżmo, mech dębowy


Les Parfums de Rosine, Rose Praline

Róża słodka, lekko doprawiona, dziewczyńska, pudrowo-sucha, jasna.
Przyjazna; przynajmniej w założeniu. Na mnie niestety dobrego wrażenia nie robi. Ponieważ po otwarciu, w którym dominuje woda różana z maleńką szczyptą kardamonu oraz kilkoma wiórkami czekolady, z czasem robi się śmietankowa, przesadnie wygładzona, jak dla dzieci. ;) Zaś od czasu do czasu wyłazi z Rose Praline nuta, której nie trawię. Wówczas główną rolę gra kęs dżemu różanego podany do szklanki mocnej, czarnej herbaty z co najmniej trzema łyżeczkami cukru. A ja herbaty nie słodzę od ponad dwudziestu lat. :> Więc za Różaną Pralinę ślicznie podziękuję.

Skład:
bergamotka, kardamon, róża, geranium, herbata, czekolada, drewno sandałowe, ambra, piżmo


Serge Lutens, Jeux de Peu

Słynna bułeczka, chałka, kruszonka na cieście drożdżowym. Przede wszystkim jednak: kolejne pachnidło ze stajni Lutensa. :) Dzieło bogate, mało sztampowe, bardziej ciężkie niż słodkie, głębokie.
Ułożone wokół akordów gorącego mleka, suchych nut drożdżowo-lukrecjowych wzbogaconych dodatkiem kolejnej dziś moreli, tym razem hm... kandyzowanej w syropie klonowym, gdyż nuta spalania, ogrzewania jest bardzo wyraźna.
Zapach przypadł mi do gustu, zauroczył bogactwem oraz nieortodoksyjnym ujęciem słodyczy, wciągnął w przytulną opowieść z zaplecza małej cukierni. ;) Czemu zaplecza? Ponieważ moc Jeux de Peu nie jest tak jednoznaczna, jak zazwyczaj w przypadku produktów tandemu Lutens - Sheldrake.

Skład:
mleko, lukrecja, żyto, orzech kokosowy, drewno sandałowe, morela, osmantus


Susanne Lang, Vanille Champagne

Dziś już niedostępny zapach stworzony wyłącznie dla sklepu Luckyscent.
Szampan w kompozycjach perfumowych zapewnia ciekawą, ozonowo-perlistą nutę. Znam Crisp Champagne Voluspy, znam Yvresse, pragnę poznać Champagne de Bois od Sonomy. Do listy dołączyła niedawno Vanille Champagne. I cóż?
Źle nie jest, chociaż do dobrego zapachu brakuje równie dużo. Urocza, ozonowa słodycz, wzmocniona brzoskwinią i różą, wygładzona śmietankowym sandałowcem w stylu Sensuous kładzie się na skórze spokojnie, nie rozwija się, cały czas pozostaje statyczna. Pachnidło jest poprawne, ale nic ponadto. Na półkach perfumerii głównego nurtu może przetrwałoby kilka sezonów, lecz klienci Luckyscent, zazwyczaj miłośnicy perfumiarskiej "dziwności", najwyraźniej nie odnaleźli się w banalnej w sumie kompozycji.
Jakoś trudno im się dziwić.

Skład:
brzoskwinia, róża, szampan, drewno sandałowe, czekolada, wanilia
___
Dziś Oriental Brûlant od Guerlain.

czwartek, 23 lutego 2012

Zabłądzić na polowaniu, by odnaleźć...

...i kiedy byłam już niemal przekonana co do nijakości produktów pewnej marki, Michał zrobił mi nielichego psikusa, przesyłając pewną niezwykłej urody próbkę. ;)

Dotychczasowe doświadczenia z pachnącymi produktami marki Valentino nauczyły mnie, by do kolejnych podchodzić z mocno ograniczonym zaufaniem. Skoro więc w moje ręce dostało się kolejne pachnidło od włoskiego kreatora mody (a właściwie od koncernu Puig :) ), nie oczekiwałam po nim zbyt wiele. Ot, następny idealniutki przyjemnniaczek, podlizujący się każdemu w promieniu trzydziestu kilometrów, skrojony pod jak najszersze gusta, nudny jak nie wiem co. Tyle, że męski. :) Postanowiłam przetestować zawartość prędzej z kurtuazji niźli zainteresowania.
Czy koniecznie muszę pisać, że moją pychę ukarano? ;) Że dostałam porządną nauczkę?
Ponieważ Vendetta Uomo, nieprodukowane już dobro od Valentino, okazała się być inna, zupełnie inna.

Oczywiście, w końcu to retro. Dzisiejsi decydenci (oraz barany doświadczalne ;> ) w życiu nie wyraziliby zgody na wypuszczenie do sklepów czegoś tak dalece "innego", przyjemnego, obdarzonego specyficznym charakterem. Nawet jeśli oficjalnie pachnidło nie niesie ze sobą żadnych niebezpiecznych treści. ;) Wszak jest tylko typowo męskim, garniturowym skóro-paprociowcem. No właśnie. :) Problem w tym, że oficjalne spisy nut nie oddają istoty Zemsty.

Która zaiste aromatem jest niezwykłym. Stworzonym zgodnie z duchem epoki, czyli poskładanym z wielu części, starannie utartych na jednolitą masę, z której wybijają się jeno co silniejsze komponenty. Przede wszystkim dziełem spokojnym, aromatycznym, nie narzucającym się, zbudowanym wokół nut ziołowo-przyprawowych, drzewnych oraz cielesnych. Eleganckich i wysmakowanych a jednak idealnie dopasowanych do warunków zapomnianej drewnianej chatki, skrytej gdzieś w gęstym borze. Książę z bajki zgubił się na polowaniu czy zaszył przed światem i udaje sługę Baby Jagi? ;) Coś w tym stylu.


Vendetta od pierwszych chwil udowadnia, iż nazwa bywa myląca. Albowiem mamy do czynienia z pachnidłem życzliwym a nawet chętnym do współpracy. Już w otwarciu staroświeckim, bergamotkowo-skórzanym, kolendrowo-cynamonowym tudzież lawendowo-bazyliowym. Lecz równie dobrze przejrzystym i suchym, leśnym, gęstym od słodkiej świerkowej żywicy, sklejającej palce oraz od namiętności, pięknej i czystej acz z pewnością mało skromnej.
Zapach to słodki, jakkolwiek nie we współczesnym rozumieniu, nie ulepowaty; trudno szukać weń cukrowej waty, karmelu, czekolady, fermentujących owocków cytrusowych i innych tego typu przyjemności. Zamiast nich pojawia się ambra, jaśmin rozegrany mało typowo (kto pamięta słodkie pieczywo z Miroir des Envies?), bób tonka, paczuli suche i nie-piwniczne oraz labdanum, które wspomniana wyżej masa łamie, pogłębiając w przyrodzonej ciepłocie. :)
Jest cedr i mech dębowy, skóra wraz z całkiem sporym dodatkiem żywic; ich jednak niewielka część zostaje w końcu spalona w trybularzu.
Jest pięknie; nie zawsze cicho lecz nic nie dzieje się bez przyczyny, niczego nie ma w nadmiarze.

I dlatego zanotowałam całkowity brak historii mrocznych i krwawych, nie usłyszałam nawet zdania z opowieści o próżnym zacietrzewieniu bądź maczystowskim stroszeniu piórek. Nic z tych rzeczy. Vendetta okazała się kompozycją ciepłą, drzewną, aromatyczno-skórzaną, zmysłową, jakby stworzoną na długie, bezsenne noce. Jednym z najmilszych memu powonieniu męskich szyprów.
Wiele cech dzieli z Caractère od Daniela Hechtera. I już wiem, dlaczego Michał przesłał mi akurat ten zapach. ;) Dzięki, kolego!

Rok produkcji i nos: 1991, Edouard Fléchier

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o mężczyznach, ale pasuje także kobietom - miłośniczkom nut drzewnych, cielesnych oraz ziołowych. :) O dosyć znacznej projekcji, chociaż otoczenia nie męczy wcale; na wszelkie okazje.

Trwałość: około siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa (oraz drzewna i skórzana :D )

Skład:

Nuta głowy: aldehydy, nuty zielone, bazylia, kolendra, cytryna, bergamotka
Nuta serca: geranium, cynamon, paczuli, jaśmin, śliwka, drewno cedrowe, wetyweria
Nuta bazy: labdanum, skóra, mech dębowy, ambra, piżmo, bób tonka, benzoes
___
W tej chwili noszę Vintage Patchouly od DSH.

P.S.
Źródło ważniejszych ilustracji – DeviantArt:
1. Shelter In The Woods autorstwa Freacore.
2. Hut in the woods autorstwa Kocostunder.

wtorek, 21 lutego 2012

Jej loft, jego loft

Rzutka choć niepozbawiona wad ciocia nas wszystkich, Wikipedia, definiuje loft jako "mieszkanie o wysokim standardzie, przeważnie o dużej powierzchni, urządzone w dawnych pomieszczeniach poprzemysłowych, np. fabrykach lub magazynach".
Jeśli chodzi o teorię, to wszystko.
W praktyce loft nie różni się niczym od zwykłego mieszkania czy domu. Układ pomieszczeń ma odpowiadać potrzebom domowników, wystrój zgadzać się z ich potrzebami estetycznymi, zaś jako całość sprawiać wrażenie miejsca jednocześnie praktycznego oraz przyjaznego. Po prostu domu. ;)

Że zaś ludzie są różni a ich gusta i potrzeby bywają skrajnie odmienne, to banał nad banały. Ponadto, jak wszystkie banały, prawdziwy. :)
Dziś chciałabym napisać o dwóch zapachach, których charakter przywodzi mi na myśl dwa rodzaje pomieszczeń, dwa lofty należące do dwóch różnych osób. Oczywiście wszystkie szczegóły rodzą się właśnie w mojej głowie i nie mają w planach nawiązywania do konkretnej osoby. [co piszę na wszelki wypadek.. ;) ]


Pierwszy jest loft powszechnie znanej aktorki. :) Takiej, która wybiła się dzięki epizodowi w popularnej telenoweli, potem drugiej, w trzeciej dostała już główną rolę; później posypały się propozycje ról w przyszłych kinowych hitach, te zaś ostatecznie utorowały drogę zaproszeniom do tańczenia z gwiazdami tudzież jurorowania w programie dla wszechstronnie utalentowanych i tak dalej. Krótko mówiąc: dom dla celebrytki. I to takiej z pierwszego rzędu, o której wiadomo, co założyła na bankiet z okazji otwarcia nowego klubu a co (i gdzie) jadła na branczu ze swym obecnym narzeczonym.

Idolka masowej wyobraźni mieszka w lofcie [bo gdzieżby indziej, jak nie w najmodniejszym, supertopowym apartamentowcu dla 'ludzi z klasą'?] przestronnym, o dużych przestrzeniach szczelnie wypełnionych światłem, przedostającym się zza dużych okien. Jeśli jednak promienie słoneczne dziwnym trafem zabłądzą w miejsce, gdzie może być odrobinkę ciemniej i tak zawsze odbije je wszechobecna, obezwładniająca, idealnie czysta biel. Mieszkanie jest nowoczesne i miłe dla oka, znać po nim rękę najbardziej wziętego zespołu projektantów wnętrz w mieście.
Gdyby przyoblec je w zapach, nieuchronnie musiałoby ukazać oblicze Comme des Garçons 2.

Kompozycji jasnej, przyprawowo-aldehydowej, kwiatowo delikatnej, chłodnej choć nie nieprzyjemnej. Wystylizowanej, szykownej, nowoczesnej. Takiej, której nie sposób niczego zarzucić ani niczego odmówić, przynajmniej w teorii. Zachwycającej od pierwszego wejrzenia, od drugiego i trzeciego zresztą także. :) Jedyne, czego brak zarówno w jasnym i dizajnerskim lofcie oraz w Dwójce to przytulność. Przytulność i równowaga; mrok, który choć trochę równoważyłby nadmiar światła. Bez nich 2 odbieram jako kompozycję niepełną. Mimo, że piękną urodą klasyczną i oczywistą.
Zapach jasny i wdzięczny, oparty na nutach słodkich cytrusów, nowoczesnych aldehydów znakomicie przemieszanych z przyprawami [przede wszystkim kolendra i szafran; cynamon, gałka muszkatołowa i jałowiec - albo wawrzyn - na drugim planie], lekką przejrzystością, czekoladową niewinnością pudrowego paczuli oraz łamiących konwencję akordów cedrowo-cyprysowych, pogłębionych dzięki duetowi z burym świdrującym nos korzennym proszkiem, później cokolwiek mydlanych nie trafił mi do serca. Otoczył sylwetkę, gładko namieszał w mojej aurze, lecz serca nie podbił.

Cóż poradzić? Najwyraźniej doskonałe poukładanie, promienna biel oraz blichtr "wielkiego świata" nie są mi pisane. ;)


Inaczej zapatruję się na mojego drugiego dzisiejszego bohatera, czyli loft malarza. :)
Człowiek ów posiada wielki talent: artystyczny oraz do robienia pieniędzy, umiejętnego sprzedawania swojej sztuki oraz stylu życia. Drugi z darów kazał mu w swoim czasie zrezygnować z poszukiwania nowych prądów w sztuce, sposobu wyrażenia samego siebie a zasugerował zręczne pacykarstwo, z lekka tylko nawiązujące do stylu, który właśnie tworzył się w głowie artysty. Dzięki kilkorgu przyjaciół, obracających się w sferach biznesowo-celebryckich i obdarzonych darem gładkiej wymowy, zdołał sprzedać swoje pierwsze obrazy. Nie trzeba było długo czekać, gdy do drzwi artysty zapukali biznesowi partnerzy czy branżowi znajomi jego pierwszych klientów. Nasz malarz szybko zrozumiał, iż połączenie obu stylów oraz podniecająca aura niepokornego twórcy, "co największym tego świata się nie kłania" bez kłopotów przysporzą mu popularności i dochodów. Miał rację. Wszak dzięki temu przekonaniu wprowadził się do wymarzonego loftu. ;)

Który z mieszkaniem aktorki łączy jedynie cena, niezbędna duża ilość światła oraz równie popularni sąsiedzi.
W miejsce bieli mamy barwy ziemi i naturalnych barwników, zamiast oczywistego wystylizowania mamy pozorny nieład, dokładnie przemyślane artystyczne roztrzepanie; gorączka tworzenia oraz niedbałość o "filisterskie" rzeczy doczesne, odzwierciedlana w gołych, nieotynkowanych ścianach bądź solidnych meblach z targu staroci. Zamiast łagodnych kwiatów z delikatnym powiewem słodyczy - aromaty terpentyny oraz żywiczno-przyprawowych kadzidlanych mieszanek, które nasz artysta zwykł spalać na kilka godzin przed zapowiedzianą wizytą klienta. ;) I nawet nie zorientował się, kiedy ich ostry, drażniąco dosłowny zapach nie tylko przestał mu przeszkadzać, ale wręcz przypadł do gustu. :) Kiedy zaczął za nim tęsknić. Czy muszę dodawać, iż loft malarza z mojej wizji pachnie 2 Man od Comme des Garçons?

W tej kompozycji spotykamy więcej zachęcającego mroku, grającego ze światłem w sposób znany i sprawdzony. Chociaż aldehydy nadal mieszają się z przyprawami (w tym szafranem oraz mocnym, podwędzanym cielesnym kminkiem), efekt narkotycznego mącenia umysłów dodatkowo pogłębia palone olibanum, elemi, balsam tolutański, skórzany benzoes. Pojawia się wetyweria oraz nuty drzewne zbliżone od ostrego sandałowca, bordowo-czarne, zachęcająco masywne (spis nut podpowiada, że to mahoń). Z czasem całość zbija się w jedną, trudną do rozdzielenia, żywą i pulsującą bryłkę żaru. Kadzidło, przyprawy, drewno, ostry, lekko oleisty irys; dymy, popiół, szczapy szlachetnego drewna zmienione w węgielki oraz otaczająca je miła oku, acz nieprzyjazna roślinność - wszystko to stanowi o pięknie surowego, choć dokładnie przemyślanego, w gruncie rzeczy poetyckiego wyobrażenia loftu malarza.

Gdybym miała wybierać między opisanymi mieszkaniami - byłoby to dziecinnie proste. Nie musiałabym zastanawiać się nawet przez chwilę. Zamieszkam u obdarzonego nielichym talentem snoba. :) U niego przecież zawsze tak ładnie pachnie...

2

Rok produkcji i nos: 1999, Mark Buxton

Przeznaczenie: zapach dla kobiet. Jasny i plastyczny, do cna nowoczesny i niezbyt bliski skórze; na wszelkie okazje

Trwałość: w granicach pięciu-sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: przyprawowo-aldehydowa

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, aldehydy
Nuta serca: kolendra, cynamon, gałka muszkatołowa, liść laurowy, magnolia
Nuta bazy: paczuli, drewno cedrowe


2 Man

Rok produkcji i nos: 2004, Mark Buxton (również)

Przeznaczenie: zapach zgodnie z nazwą męski, choć świetny również dla kobiet - miłośniczek kadzidła i innych niepokornych ostrości. :) O dosyć wyraźnym sillage i na wszelkie okazje. Nie męczy nosa i łatwo się doń przyzwyczaić.

Trwałość: w granicach ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: przyprawowo-drzewna (oraz szyprowa)

Skład:

Nuta głowy: gałka muszkatołowa, aldehydy, kminek
Nuta serca: irys, szafran, wetyweria
Nuta bazy: skóra, kadzidło, drewno hebanowe
___
Dziś noszę Gaïac od M.Micallef.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.luczakowie.pl/blog/2010/aranzacja-strychu-ciekawa-koncepcja/loft-style-living-room-designs/
2. http://www.be-street.com/blog/author/mlleshu/page/15/

niedziela, 19 lutego 2012

Premiery, premiery...

Kolejny post nie na temat, bo o premiery kinowe chodzi. :) O których piszę w kontekście narzekań, że internauci (czyli kto właściwie?) jedynie ściągają pokątnie filmy i muzykę, nie zniżając się do płacenia za nie. Więc będzie o filmach, dwóch kinowych premierach, które widziałam w ciągu minionego tygodnia a teraz chciałabym "zarazić" nimi Was. :)


Pierwsza była Żelazna Dama, czyli biografia Margaret Thatcher z Meryl Streep w roli głównej oraz Phyllidą Lloyd po drugiej stronie kamery.

Królów było wielu, Żelazna Dama tylko jedna. Miała piskliwy głos, własny pogląd na każdy temat i niezwykły tupet. Zanim stała się jedną z najbardziej wpływowych postaci współczesnego świata, jej kapelusz i nieodłączne perły budziły pobłażliwy uśmiech. Na naszych oczach z pyskatej Maggy rodzi się Żelazna Dama, której czarna torebka do dziś jest symbolem rządów silnej ręki. Meryl Streep w roli Margaret Thatcher – prawdziwej damy w świecie zdominowanym przez mężczyzn.
Źródło powyżej




Film nakręcony w sposób, który na swój prywatny użytek określam jako "ujmująco brytyjski", bardzo podobny do świata wykreowanego w równie świetnym Jak zostać królem. :) Co oznacza, że od pierwszych minut aż do napisów końcowych nie sposób oderwać wzroku od ekranu mimo, że akcja nie pędzi do przodu jak oszalała, Rambo nie bije rekordu świata w ilości zabitych na minutę, Godzilla nie demoluje Tokio a żywe trupy nie szturmują samotnej farmy. ;)
Żelazną Damę odebrałam jako biografię wybitnego polityka, kobiety, której wyłącznie własne działania oraz ambicja zapewniły trwałe miejsce w historii. Przy czym, choć wyznaję poglądy polityczne przeciwne reprezentowanym przez premier Thatcher, oglądając film niemal w ogóle o nich nie myślałam. Siłą obrazu Lloyd jest takie zminimalizowanie "sporności" kwestii politycznych, by widz przestał zawracać sobie nimi głowę. I słusznie. Wszak czy dziś jakiekolwiek wrażenie robią na nas polityczne spory z epoki Juliusza Cezara, Elżbiety I, Napoleona?

A kiedy dodać niezwykły pomysł na zagajenie akcji filmu, próby rozliczeń z przeszłością starszej już lady Thatcher oraz bogate dialogi z życzliwie-złośliwym mężem, przeplatane licznymi retrospekcjami czy rozmowami osób z otoczenia byłej premier (które wyjaśniają wiele szczegółów akcji w czasie rzeczywistym) powstaje film czarowny, choć zupełnie, kompletnie, absolutnie pozbawiony efekciarstwa.
Polecam także tym spośród Was, których nic nie nudzi tak, jak polityka. :)



Co innego Artysta! ;)
Jeśli ktoś z Was uważa, że nic nie cieszy tak, jak niebieski, smukły lud z księżyca Pandora, szlachetni polscy żołnierze z roku 1920 czy inne horrorowe hybrydy ekranowo rozpisane na trzy wymiary, niech zainteresuje się tym filmem. ;)
Czy w początkach XXI wieku stworzenie filmu niemego nie wydaje się zbędnym ekscentryzmem? Czy nie odnieśliście wrażenia, iż Francuz Michel Hazanavicius przesadził z chęcią wyróżnienia się? No właśnie! Nawet nie macie pojęcia, w jak wielkim błędzie pozostajecie. ;)

Rok 1927, Hollywood. Gwiazda kina niemego, George Valentin, obawia się, że pojawienie się dźwięku w filmie oznacza koniec jego kariery. Pomaga jednak wybić się młodej tancerce, Peppy Miller.
Źródło cytatu powyżej


Wobec tego filmu nie potrafię znaleźć odpowiednich słów.
To niebywałe, że w dzisiejszych czasach można stworzyć dzieło, w którym z planu filmowego nie dociera niemal żaden dźwięk, zaś dialogi postaci pojawiają się w ramkach na czarnym tle, przeplatając kadry. Że sposób filmowania (Guillaume Schiffman) także nie odbiega od praktykowanego w latach 20. XX wieku, zaś wpadająca w ucho muzyka (Ludovic Bource) tym mocniej osadza nas w ówczesnej kinowej rzeczywistości. Natomiast odtwórcy głównych ról (Bérénice Bejo oraz Jean Dujardin - on zwłaszcza) są jednocześnie piękni urodą staroświecką oraz bez problemów przekonujący widza do "swojej" postaci.

"Rewolucja dźwiękowa" bez litości strąciła z piedestału stare gwiazdy Hollywoodlandu by na ich miejsce wykreować nowych idoli masowej wyobraźni. W takiej sytuacji "stary i niepotrzebny" Valentin zastąpiony zostaje "młodą i uwielbianą" Miller. Świat się zmienia, upadek jednych wiąże się z pasmem sukcesów drugich. Problem w tym, że zarówno ci "jedni", jak i "drudzy" nie mają zamiaru zapomnieć o sobie nawzajem: jako artystach, jako ludziach, jako przedstawicielach przeciwnej płci. :) I jak przed laty gwiazdor pierwszej wielkości George [wyobraźcie sobie, proszę, skrzyżowanie Rudolfa Valentino z Charlie Chaplinem :) ] postanowił pomóc skromnej tancerce, tak w latach 30. diwa ekranu Peppy dyskretnie wspiera bankrutującego finansowo i psychicznie byłego aktora.
Czym to się może skończyć, wiadomo ale - w jakim stylu! Z jakim wyczuciem chwili: dramatyzmem, humorem oraz wzruszeniami w idealnych proporcjach! :) Dzięki Artyście wszyscy na powrót staniemy się dziećmi, pełnymi nadziei oraz prostej wiary w dobro i miłość. :)


Skoro wzmocniłam się duchowo, w nadchodzących dniach przyjdzie czas na próbę zmierzenia się z negatywnymi uczuciami. Nadchodzi czas W ciemności Agnieszki Holland oraz Róży Wojciecha Smarzowskiego. Jestem ich ciekawa.

A niedługo powrót do perfumowego meritum bloga. :)
___
Dziś Boudoir od Vivienne Westwood.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.kino.krakow.pl/film/8374.html
2. http://www.ofeminin.pl/kariera/zelazna-dama-flm-zelazna-dama-d28433c353756.html
3. http://www.film.gildia.pl/filmy/the_artist,poster
4. http://www.press.pl/newsy/telewizja/pokaz/28019,Najwiecej-Zlotych-Globow-zdobyly-filmy_-Artysta-i-Spadkobiercy

sobota, 18 lutego 2012

Myśli na skraju notatnika kulinarnego

O związkach między zmysłami węchu i smaku wspominałam już kilka razy, chociażby TU i TU. Tym razem jednak postaram się o więcej konkretów, mniej synestezji oraz kilka słów odnośnie praktyki w zakresie uszczęśliwiania dwóch zmysłów. :)


Kilka(dziesiąt) razy natknęłam się w Sieci na dosyć interesujące opinie o pachnidłach z dominującymi (lub tylko nieco wyraźniejszymi) nutami ziół i przypraw. Okazuje się, że Lutensowe Arabie i Ambre Sultan pachną jak pieczony kurczak [ehe, szkoda, że nie Delikatem do mięs ;> ], damskie Jungle od Kenzo to najprawdziwsza "stara baba przy garach", zaś tak poszukiwany przeze mnie perfumowy odpowiednik piernika można odnaleźć w co drugich perfumach z cynamonem lub goździkami w składzie. Kiedyś tego typu wyznania potwornie mnie irytowały, każąc zastanawiać się, "czy ci ludzie w ogóle coś w życiu ugotowali? Chociaż raz??". Dziś podchodzę do nich z dystansem lub wyrozumiałością a nawet zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak jest.
Dlaczego tylu osobom "objawił" się piernik a mnie uparcie nie chce [z jednym wyjątkiem, o którym jednak będzie w innym terminie]. Czy chodzi tylko o chemię skóry?
A może istota problemu kryje się poza rzeczywistością stricte perfumeryjną?


Mam wrażenie, że tak właśnie jest.

Chociaż perfumy były obecne w moim życiu praktycznie od zawsze, pierwszym z ogarniających mnie "zmysłowych szaleństw" była obsesja na punkcie kuchni. Tworzenia posiłków, modyfikowania przepisów, wymyślania nowych, karmienia ludzi no i oczywiście jedzenia osobistego. ;) Nawet pierwotny pomysł na Pracownię alchemiczną zakładał, iż na jej łamach będę łączyć opisy perfum z przepisami kulinarnymi. :) Nie wyszło, ale drugiej (czy raczej pierwszej?) z manii nie planuję się wyrzec. Ostatecznie nie bez przyczyny jednym z pierwszych wyraźnych wspomnień, jakie mam, jest powrót do chwili, kiedy jako mała dziewczynka siedziałam przy stole w babcinej kuchni, wgapiałam się w fotografię dania w jednym z (nieukazujących się już) czasopism kulinarnych. Pamiętam, jak czytałam przepis zamieszczony pod fotografią i na podstawie listy składników zastanawiałam się, jak też ta potrawa musi smakować. :) Obsesja, jak widzicie, żyła we mnie już od najmłodszych lat. ;)

Nic więc dziwnego, że w "stosownym wieku" z fascynatki biernej przeistoczyłam się w czynną, dowiadując się nie tylko, jak upiec kruche ciasteczka czy ugotować jajka na półtwardo, ale też - niejako przy okazji - uczyłam się odróżniać cynamon od goździków i kurkumę od kardamonu nie tylko po kształcie. Wiedziałam, że "to jest lubczyk, który dodaje się do przyprawy Maggi. Więc zapamiętaj: idealnie pasuje do rosołu". Był szał mięty i bazylii, był zagon rukoli bądź lawendy. Były pierwsze próby dostania w Polsce prawdziwego szafranu i mleka kokosowego (w takim "polowaniu" celował mój tato :) ). Było wiele, wiele innych ćwiczeń, były świetlane sukcesy oraz sromotne porażki. Działo się wiele.

W każdym razie: dorastałam gotując i gotowałam dorastając, zaś mój zasób wiedzy z dziedziny sztuki kulinarnej systematycznie zwiększał objętość. Dziś, kiedy przygotowanie szczupaka w szarym sosie wiąże się jedynie z trudnością znalezienia porządnego szczupaka, zaś po okrę do dań cajuńskich trzeba "kopsnąć się" aż do Wrocławia, wiedzą na temat przeogromnego świata ziół i przypraw, warzyw i owoców spokojnie mogę chwalić się na blogu perfumiarskim. ;) W końcu stanowią wspólną domenę obu sztuk, prawda?


I chyba tu właśnie leży pies pogrzebany (co za brzydkie przysłowie!).
Sekret, jak zwykle zresztą, tkwi w praktyce. Niczym w Bękartach wojny, kiedy na stwierdzenie sierżanta Donowitza o tym, że wycinanie swastyk na nazistowskich czółkach udaje się coraz bardziej, zagadnięty porucznik Aldo Raine odpowiedział: "Wiesz, jak dostać się do Carnegie Hall? Trzeba dużo ćwiczyć". ;)
Ciągnąc analogię dalej: może do kulinarnego Carnegie Hall mnie nie przyjmą, ale gminna orkiestra mogłaby mieć ze mnie niemało pożytku. ;) Na brak ćwiczeń nigdy nie mogłam narzekać. Starała się o to cała rodzina, przyjaciele oraz ja sama. Na co dzisiaj zwalam swoją niemożność odnalezienia w perfumach idealnego piernika.

Z tego powodu nie chadzają za mną pieczone kurczaki ani nie kręcę nosem na klasyczne męskie kompozycje, gdzie na brak ziół raczej trudno narzekać. :) "Trzeba dużo ćwiczyć".
Przy czym mam to szczęście, iż wszelka "przyprawowa kakofonia" nie tylko nie jest mi straszna, lecz również bodaj nigdy nie zaznałam jej obecności. "Trzeba dużo ćwiczyć", ot co. Praktyka umożliwia wychwycenie pojedynczych nut, poskromienie fałszywych czy pochwalenie szczególnie udanych, retusz taktu oraz trafną ocenę koncertu jako całości. I jak serenady nie nazwę marszem tylko dlatego, że i tu i tu występują instrumenty dęte [tu klarnet i flet, tam flet, ale także trąbka i puzon], tak nie zamierzam samiuteńkiego cynamonu bądź posłodzonego imbiru określać mianem "piernika". Chyba, że dopadnie mnie starcza demencja, ale nie wcześniej. ;)

Cóż jeszcze mogę napisać? Przykro mi, poszukiwacze drobiu w Arabie czy piernika w l'Homme od YSL, ale nie macie racji. Zamiast potulnie dawać wodzić się za nos, może ugotujcie coś raz i drugi? ;> Albo chociaż wąchajcie, kiedy robią to inni. "Trzeba dużo ćwiczyć".
I pamiętajcie o czymś jeszcze ważniejszym: strzeżcie się przyprawofobii! ;)
___
W tej chwili unoszą się wokół mnie opary Vitriol d'Œillet od Lutensa.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://de.123rf.com/photo_8394659_gew-rze-in-holzkiste.html
2. http://campuskitchens.org/blog/2010/10/22/former-top-chef-contestant-carla-hall-judges-maryland-campus-kitchen-chili-cookoff/
3. http://archive.feedblitz.com/782230/~4114820

Przystanek Podgórze, cz. 1


Przystanek, postój, stanica, stacja, etap...
Jak zwał tak zwał.
Grunt, że chodzi o miejsce, w którym można odpocząć w podróży, rozprostować kości, złapać oddech, nakarmić siebie oraz, co ważniejsze, swój samochód. Dziś będzie o perfumach, których motywem przewodnim jest paliwo. Benzyna, olej napędowy, nafta, może nawet zwykła, nieprzetworzona ropa.

Interesuje mnie zapach, który jako żywo nie przystaje do konwencjonalnego odbioru pachnideł. Perfumy dziwne, inne, intrygująco odmienne. Dla kogoś, kto pragnie się wyróżnić. Czyż więc aromaty paliwowe do takowej roli nie nadają się znakomicie? ;)


Nigdy nie byłam fanką motoryzacji. Nigdy.
Prowokacyjnie nadmienię, że może powinnam przynajmniej udawać zainteresowanie, byle tylko uniknąć etykietek "typowej baby", "pustej i powierzchownej", "co to skrzyni biegów od deski rozdzielczej nie odróżnia" lub innych. ;> Lecz nie mam zamiaru podszywać się pod kogoś innego. Mało który temat mam za równie nudny, monotonny, służący do pustego bicia piany czy prowokujący nieco śmieszną ekscytację fanów, co motoryzacja. :P Senny i porażająco nijaki. Top Gear? To już wolę oglądać transmisję z posiedzenia sejmowej komisji śledczej ds. byle czego.. :>

Być może z tego właśnie powodu po perfumach o wiodącej nucie paliwa nie oczekiwałam nie-wiadomo-czego. Miały jedynie (?) zainteresować moją skromną osobę i może - jak Mokosz da - przypaść mi do gustu. Nie szukałam odzwierciedlenia woni aut ukochanej marki, pobliskiej stacji benzynowej, Muzeum Motoryzacji czy innych w tym stylu. Dany aromat nie miał być fetyszem tylko niszowym pachnidłem.

Bogom niech będą dzięki! Udało się. :)
Jedną z benzynowych wariacji jest słynna, od dawna nieprodukowana Eau du Fier od Annick Goutal.


Ciekawe, jak kompozycja wykreowana z nut wodnych i słonych, ugruntowanych gorzką czarną herbatą (może nawet niezaparzoną?) oraz łagodną, wilgotnawą brzeziną potrafi ułożyć się w aromat benzyny, jakkolwiek już częściowo wywietrzały, obserwowany z dystansu; nie stwarzający konieczności mierzenia się z nim dzień po dniu. Przypomina mi dziecięce wizyty w garażu, kiedy bywałam tam na chwilkę i zaraz wracałam do spraw ważniejszych, niż jakaś tam, phi! motoryzacja. ;) Wspomnienie dawnych dni dopadło mnie pewnego dnia wprost z przedramienia, które potraktowałam przemiłym prezentem od Michała (dzięki, kolego! :) ) i - jak to zwykle z dobrymi retrospekcjami bywa - okazało się nadzwyczaj przyjemne. :) Znów miałam niespełna dziesięć lat i buszowałam po garażu.

Najsilniejsze w Eau du Fier jest otwarcie, kiedy świeże opary cytrusów mieszają się z zielonymi, pozbawionymi słodyczy sokami przydomowych ziół, wśród których prym wiódł istny zagon mięty pieprzowej. Gdzieś od dołu coraz donośniej dobijał się aromat świeżo otwartej torebki czarnej herbaty, takiej najzwyklejszej w świecie, wymieszany z wonią dymu wędzarniczego, znaną choćby z Cuir Mony di Orio. Pojawiały się ozonowe aromaty soli oraz słonego, rześkiego wiatru od morza.
W dalszych etapach moc paliwa słabnie, zaś pachnidło staje się bardziej suche, rozrzedzone, idealnie oddające wspomniany aromat garażu, z dominującą nutą benzyny, różnego rodzaju smarów, płynów, metalu, plastiku, drewna, kurzu... A wszystko przemieszane tak, iż niełatwo odróżnić co jest czym. :) Lecz ręczyć mogę za cudowne ułożenie paliwa i spółki na żywym, intrygująco świeżym, nieco skórzanym podłożu z drewna brzozowego. Kto zna oryginalne Cuir de Russie marki L.T.Piver? Właśnie takiej brzozy należy spodziewać się w Eau du Fier. :) Im dłużej trwa baza, tym ściślej wonie garażu splatają się z brzozą, powolutku zmieniając się w przedziwny, łamiący konwencję aromat "skóry bez skóry". Co również prowadzi nas na motoryzacyjny trop. ;)

Wszystko znika powoli, rozmywając się stopniowo, zacierając na skórze tak, jak wspomnienia małej wiedźmy szperającej po garażowych półkach zatarły się w mojej głowie. W pewnym momencie po prostu o nich zapominamy, nie zdając sobie sprawy z tego, jak cenny były.
I w takiej właśnie chwili w moje ręce trafiła podłużna fiolka napełniona Eau du Fier. :)
Wskazówki zegara po raz kolejny ruszają wstecz, zainspirowane li tylko zapachem przywołującym stare duchy. Doprawdy. Proust byłby ze mnie dumny. ;)

Rok produkcji i nos: 2000, Isabelle Doyen

Przeznaczenie: zapach stworzony jako męski, ale powinny go pokochać także kobiety ceniące sobie wolność umysłową i fizyczną oraz indywidualizm. Okalający ciało i ciągnący się w niewielkiej chmurce; na bodaj wszystkie okazje nieformalne.

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczna

Skład:

Nuta głowy: mięta, gorzka pomarańcza
Nuta serca: czarna herbata, goździki (przyprawa), kwiat soli, osmantus
Nuta bazy: kora brzozy

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://blog.hemmings.com/index.php/2011/09/03/four-links-six-wheeled-minis-gus-and-the-model-garage-electric-jeep-mary-victor-bruce/
2. http://www.dead4movie.com/reviews/imho/
3. http://maxbittle.blogspot.com/2010/10/old-classic-cars-pictures-1-cuba-cars.html

Plaża pod śniegiem


Nie jestem fanką plażowania. Leżenie plackiem nad brzegiem morza jest co prawda znacznie mniej uciążliwe od smażenia się na stałym lądzie, bez ożywczego, chłodnego wiatru od morza ale i tak przede wszystkim kojarzę je z bezmyślnym odtwarzaniem nieruchawości, porażającą gnuśnością. Ponieważ wakacje jedynie słuszne to wakacje w ruchu. ;) Spędzone na zwiedzaniu, zabawie, także odpoczynku pasywnym, chociaż raczej równoważącym aktywność, nie szantażującym przeciągającą się nudą.
Dlatego przypuszczam, że idealną porą na zwiedzanie plaż byłaby dla mnie zima. :) Kiedy przemierza je dużo mniej ludzi, kiedy zapach potu, piwa i kremu do opalania dawno zdążyły już wyparować, kiedy śnieg przykrył nędzne resztki całorocznych instalacji do plażowania, ze wszędobylskimi śmieciami włącznie.

Tak, zima jest cudowna nie tylko jako pora roku, nie tylko wtedy, kiedy zmienia góry w urlopowe hiciory do zjeżdżania w dół za pomocą dwóch podłużnych desek i dwóch patyków (albo jednej deski, tylko trochę szerszej). W identyczny sposób bowiem czyni nadmorską plażę milszą i bardziej przyjazną.
Do niedawna miałam drobny problem ze znalezieniem perfum, których zapach oddawałby moją wizję plaży zimą. Rozwiązany szczęśliwie kilka miesięcy temu. :) Znalazłam bowiem No. 6 marki UNTITLED, skomponowane przez Susanne Lang.


Najciekawsza jest w nim cicha, nieco piwniczna suchość. Ostry, ale generalnie przyjazny, cokolwiek czekoladowy, irysowo-sandałowcowy, nienachalnie agarowy, ale nade wszystko paczuli. Suche, jasno-ciemne, przywodzące na myśl aromat wysuszonej ziemi albo - piasku. Systematycznie ogrzewane dyskretnym ciepłem ludzkiego ciała.

Szóstka, produkt o stężeniu czystych perfum oraz konsystencji nawet nie olejkowej co wręcz galaretowatej, jest typowym produktem rozpisanym na modłę starej szkoły amerykańskiej, co znaczy, że nie ulega większym retuszom, nie zmienia się w czasie.
Od początku do końca pozostaje mieszaniną spokojną, oniryczną, subtelnie opływającą sylwetkę uperfumowanej osoby. Pojawiają się w niej sypkie przyprawy, z gałką muszkatołową na czele, ostrawy sandałowiec, suche paczuli o charakterze zbliżonym do Patchouly od Etro, lekki wiew cokolwiek spętanego, mało dosłownego oudu oraz ciemna czekolada. Całość jest plastyczna, chociaż mało sztampowa, raczej trudna, jednak łatwa w użytkowaniu. Jednocześnie kobieco miękka, jasna, śmietankowo drewniana oraz męska, dzięki nutom ostrym, ciemnym, podkreślającym indywidualizm uperumowanej osoby.
Trzyma się blisko skóry zaś trwałość ma więcej, niż dobrą. :)

Gdyby nie jej cena (w tej chwili 70$ za 8 ml), zainteresowałabym się Niezatytułowaną Szóstką o wiele poważniej. Póki co jednak zamierzam podziwiać ją z daleka, zachwycając się niejednoznaczną czystością olfaktorycznego krajobrazu. Porywającą co najmniej tak samo, jak widoki morskiego brzegu zimową porą. :)

Rok produkcji i nos: 2011, Susanne Lang

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, doskonale wyważony i idealnie stapiający się ze skórą; raczej ciężki, więc bliski skórze; na wszelkie okazje.

Trwałość: ponad szesnaście godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa


Skład:

sandałowiec, oud, goździki (przyprawa), gałka muszkatołowa, ciemna czekolada, postarzane paczuli
___
Dziś noszę Nu eau de parfum marki Yves Saint Laurent.

P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. http://mobile.brothersoft.com/87832.html
2. http://www.worldwidehealth.com/ecards_category.php?catID=34

piątek, 17 lutego 2012

I am NOT! ;)

Offtopowo.
Dla przeczących i zapierających się, w trzy dni po Walentynkach:
(kliknijcie, proszę, w obrazek, by napisy stały się czytelne)


Pozdrowienia z Innego Świata! ;)
___
Dziś Coromandel od Chanel.

P.S.
Grafika via Język i płeć.

środa, 15 lutego 2012

Protoplasta dwu legend


Zwykliśmy sądzić, że światowa moda na perfumy o wiodącej nucie czekolady [karmelu/owoców/idt. niepotrzebne skreślić] rozpoczęła się w jakiś czas po roku 1992, kiedy to narodził się legendarny Angel Muglera. W pewnym sensie mamy rację.
Lecz należy mieć świadomość, iż nasz podniebny przyjaciel nie wziął się znikąd, nie powstał "z powietrza", w chwili kompletnie szalonego twórczego olśnienia Oliviera Crespa. Anioł bowiem miał protoplastów, mniej lub bardziej dosłownych poprzedników, których zresztą przewyższał pod wieloma względami; ale to nieistotne. Grunt to mieć świadomość, że wszystko na tym świecie ma korzenie oraz wypuszcza nowe pędy. Nawet perfumy. ;)
Ciekawą zabawą potrafi być odkrywanie poszczególnych elementów olfaktorycznej układanki przyczynowo-skutkowej, szperanie w życiorysach (niekoniecznie twórców) oraz sprawdzanie powiązań. W przytoczonym przypadku zdołałam wyszukać przynajmniej jednego z długiej linii (nie tak bardzo) praprzodków Muglerowego klejnotu w koronie. Jest nim Explosive marki Etienne Aigner, starszy od Anioła o zaledwie sześć lat. Czyli dokładnie tyle, ile trzeba; ani zbyt dużo by wspomnienie o Wybuchowym zdążyło rozmyć się w pamięci twórców i klientów, ani na tyle mało, aby tworzyć niepotrzebne sugestie o nadmierne zapatrzenie.

Choć przecież podobieństwo między obydwiema kompozycjami wcale nie musi być takie oczywiste. I prawdę mówiąc - nie jest. :)


Dlatego moje słowa o 'poprzednictwie' Explosive należy traktować jak najbardziej dosłownie.
Ponieważ specyficzną słodycz omawianej kompozycji, acz równie ciemną i nadal mało dosłowną, uzyskano za pomocą odmiennych środków. Inny jest również zasadniczy charakter pachnidła, mimo wszystko ściśle oddającego oblicze swojej epoki.
Co przejawia się głównie w dodatku aldehydów, jakkolwiek niezbyt słodkich czy mydlanych, ale także w świetnym, idealnym przemieszaniu wszystkich - wielu - składników pachnidła. Dzięki temu zapach na tle reszty bohaterów perfumeryjnych półek wyróżniał się dodatnio. Nie jestem pewna, czy zwracał uwagę kupujących, chociaż fakt, iż długo miejsca nie zagrzał wydaje się być pewną sugestią. Z drugiej strony jednak: mimo upływu lat Explosive nadal jest pamiętane oraz wygrzebywane z czeluści perfumowych szafek. Nie da się ukryć, że ducha ma zapadającego w pamięć. :)

W jakimś stopniu alkoholowego, niczym wytrawny (!) czekoladowy drink, o poświacie zmąconej wonią wędzonych śliwek oraz niezbyt słodkiej różanej konfitury (o ile niesłodkie konfitury w ogóle istnieją ;) ), przyprawowy, skórzany, wetyweriowy. Ostatni z wymienionych składników przywodzi na myśl jeszcze jedno legendarne pachnidło, takoż nieprodukowane: Nu eau de parfum od YSL, z różą, irysem i geranium w miejsce delikatnie słodkiej, "kobiecej" orchidei.
Jakby się zastanowić, liczba podobieństw między Explosive a Nu jest co najmniej równie duża, co między Explosive a Angelem.


Wrażenie ma nawet całkiem racjonalne podstawy w postaci spisu nut obu pachnideł. Ponieważ i Nu i Explosive rozpoczynają się akordem bergamotki. Z tym, że w drugim przypadku postawiono na typowo skórzane oblicze cytrusowego olejku. Otwarcie kompozycji jest ostre, pachnące świeżo kupioną galanterią, zatrzymane na granicy agresywności. Dopiero po chwili uspokaja się, zaś dodatek ziaren kolendry i suszonego tymianku czynią dzieło podobnym do starego, aromatycznego kurzu. Dziwność odpowiada mi aż nadto. :) Zwłaszcza, że po kolejnej, dłuższej już chwili na światło dzienne wydobywa się akord wspomnianego czekoladowego likieru, zaprawionego wędzonymi (nie suszonymi!) śliwkami. A może to czekolada rozpuszczona w ogrzewanej śliwowicy..?
Jakich skojarzeń nie budziłoby serce kompozycji wiem, iż pochodzą one wprost od osobliwej mieszanki pieprzowo-balsamicznej damasceńskiej róży z suchym, czekoladowym paczuli oraz takąż wetywerią. Okala je bukiet miękkich, słodkawych kwiatów, sowicie namaszczonych ziemisto-pudrowym, cokolwiek ostrym ekstraktem z irysowych korzeni. Wszelkie podobieństwa z rozgrzaną słońcem glebą, suchą ściółką leśną utwierdza także geranium. I teraz wyobraźcie to sobie, proszę, nałożone na wyzuty ze słodyczy, dosyć gęsty czekoladowo-śliwowicowy grzaniec. :) Czy nie cieknie Wam ślinka? Bo mnie tak.
Także w ostatniej fazie, kiedy kwiaty znikają, a o sednie kompozycji decydują suche, nienachalnie pudrowe nuty paczuli o "ograniczonym stopniu piwniczności", skarmelizowana i przypalona wetyweria, wytrawny śliwkowy zacier, akordy drzewne, delikatne wspomnienia po przyprawach oraz - pojawiające się tu i ówdzie strużki kadzidła. I choć wiem, że jego genealogia wyprowadzana jest nie tyle od palonych żywic, co wetyweriowej trawy, mimo wszystko chwytam przynętę. ;) Oraz zauważam kolejne podobieństwo do Nu. Ponadto raczej wiem niż wyczuwam, że mieszanka musi zawierać spokojne, dystansujące się animalne utrwalacze.

Wracam myślami do początków niniejszej notki oraz mini-wykładu na temat powiązań między moim dzisiejszym bohaterem a muglerowską gwiazdką. Wydawać by się mogło, iż zarzuciłam trop, kiedy tylko na jaw wyszło bardziej oczywiste porównanie. Do pewnego stopnia rzeczywiście. :) Lecz właśnie zdałam sobie sprawę z tego, jak wiele Explosive ma w sobie ducha Angela; co najmniej tyle, ile procent ciała poświęciło Nu. Jest ponadto utarte na jednolitą pastę, niczym (do pewnego stopnia) obydwa sławniejsze zapachy. Nie przejawia ani krzty współczesnego minimalizmu. Zupełnie, jak Anioł z Nagim. :) Ponadto nazwy całej trójki zdają się kierować nasze myśli na tory zmysłowo-erotyczne, każda w typowy dla siebie sposób.
Charakteru Wybuchowego nie sposób nie docenić. Nie tylko, kiedy ma się słabość do perfum z nurtu vintage. ;)

Rok produkcji i nos: 1986, ??

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, miękko przylegający do skóry i opływający ją plastycznie, o niezbyt długim śladzie; skłonny do kompromisów, lecz proste ustępstwa pozostawiający bestsellerowemu banałowi. Myślę, że testy na męskiej skórze wypadłyby równie zadowalająco, co w przypadku Angela oraz Nu.

Trwałość: od sześciu do blisko czternastu-piętnastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa

Skład:

Nuta głowy: kolendra, bergamotka, aldehydy
Nuta serca: kłącze irysa, konwalia, róża damasceńska, geranium
Nuta bazy: drewno sandałowe, wetyweria, paczuli, mech dębowy, ambra
___
Dziś L'Agent od Agent Provocateur.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pbase.com/pnd1/atmosphere_and_mood&page=4
2. http://www.cafleurebon.com/bertand-duchaufours-penhaligons-orange-blossom-here-comes-the-sun/
3. http://www.nightclub.com/recipes/dessert/just-desserts

wtorek, 14 lutego 2012

Eliksir miłosny

To już robi się nudne. Wałkowane z tysiąc razy, wyeksploatowane z każdej możliwej strony, zgrane niczym stara płyta. A jednak - ciągle aktualne. Miłość. :)


W kulturze rzecz ma się identycznie do istniejących w naszych głowach klisz. Środowisko krytyków sztuki nie może się wynarzekać na artystyczny syndrom inżyniera Mamonia, który najbardziej lubił te melodie, które już kiedyś słyszał. Rzecz w tym, że nie jesteśmy w stanie uciec od archetypów, od powielania opowieści, które wszyscy doskonale znają. Coś takiego byłoby nie tylko absurdalne, ale też niebezpieczne z punktu widzenia cywilizacyjnego i psychologicznego; w wolnej chwili zajrzyjcie TUTAJ. Szkoda, że krytycy (szczególnie filmowi, jak się złożyło.. ;) ) zdają się o wszystkim zapominać notorycznie i złośliwie.

W każdym razie: chodzi o to, że ochoczo przyjmujemy każdą nową opowieść, każdą historię miłosną, magiczną czy tragiczną, które powiększają pulę uwewnętrznionych przez nas, odgrywanych wciąż na nowo, w rytm kołowej rachuby czasu - postaci mitycznych.
Wszak bohaterami zbiorowej wyobraźni są zarówno bohaterowie spod Troi, król Artur ze swoimi rycerzami, obrońcy wąwozu termopilskiego czy Westerplatte a nawet - Harry Potter z przyjaciółmi. :) Lubimy sobie nań ponarzekać czy wręcz pokpić ale pewne jest jedno: i tak zainteresujemy się kolejnym, dziesięciotysięcznym odwzorowaniem archetypu takiego czy innego, kształtującego naszą świadomość oraz postrzeganie rzeczywistości.
Nie inaczej mają się sprawy z jeszcze jednym wcieleniem miłości. W tym konkretnym przypadku - olfaktorycznym. :) I chyba troszeczkę na wyrost.
Love Potion No. 9 for Ladies od Penhaligon's.


Miano pachnidła każe sugerować się pewną komedią romantyczną, zresztą wyjątkowo kretyńską (nawet jak na standardy gatunku ;) ). Co nie zachęcało mnie do poznania wody. Dobrze, że Pola [ :* ] okazała się mądrzejsza ode mnie i przesłała całkiem sporo materiału testowego. :) Dzięki temu wiem, iż głupia nazwa to li tylko wabik na zakochanych, idealny w dni takie, jak dzisiejszy.


Ponieważ LP No. 9 to w rzeczywistości nadzwyczaj przyjemny, bardzo plastyczny, kwiatowo słodki zapach, rozpisany w sam raz pod miłośniczki nieco staroświeckiego ducha, zachowawcze aczkolwiek ceniące sobie wysoką jakość. W ogóle im dalej w las, tym bardzie mój obecny bohater upodabnia się do ulubionego przeze mnie Anaïs Anaïs od Cacharel, może tylko mniej skorego do chwytania za gardło. :) Mniej dosłownego.

Lecz póki co mamy otwarcie. Zaskakujące, dla miłośników sztampowej masówki nieoczekiwane, za to chętne, by przypodobać się fanom niszy. Ponieważ główną rolę gra weń kolendra, silna i sucha, złamana dodatkiem trudnego do identyfikacji, za to wpadającego w pamięć ziółka (estragon). Nie wyczuwam nawet grama słodyczy; jest za to delikatna, antyseptyczna gorycz płynąca z dodatku tłustego, niemal zawiesistego olejku z lawendy. Towarzyszy im niezbyt dosłowna bergamotka, ani skórzana, ani cytrusowa. Wstęp zapowiada subtelny zapach paprociowy, nie bogaty i aromatyczny bukiet słodkich kwiatów.
One pojawiają się później, stopniowo mącąc sucho-gorzkie opary nut głowy. Pojawia się jasny, zielonkawy jaśmin (podobny znajdziecie w Jasmin Noir marki Bugari), słodka gardenia, karmelowo-pieprzowo-balsamiczne goździki, biała róża, a nawet coś jakby konwalie. Dzięki nim lawenda i estragon przestają grać role ostrej, cokolwiek ekscentrycznej, odważnej ozdoby stołu, a zostają "zdegradowane" do pozycji urozmaicenia banalnej kwiatowej słodyczy, złamania przewidywalności bukietu.
W miarę upływu czasu pozostałości uwertury zanikają, słodkie kwiaty zaś zmuszone są dzielić scenę z akordami ambrowo-kuchennej słodyczy, łagodnych nut drzewnych oraz lekkiego, białego pudru (tego szczęśliwie nie ma zbyt dużo). Delikatne suche paczuli oraz stare drewno cedrowe przyprószone cynamonem czynią z LP No. 9 aromat szyprowy. Całość ciepłą chociaż nie gorącą, poruszającą się niczym zjonizowane powietrze, niezbyt gładką, żywą, pozbawioną banału. I choć droga damskiego Eliksiru Numer Dziewięć na olfaktoryczny Parnas jest tak daleka, że pewnie nieosiągalna, kompozycję nosi się niezwykle przyjemnie.
Nie jest afrodyzjakalna, nie - wybaczcie zwrot, imo makabryczny - "zdziera majtek", nie kusi w sposób jednoznaczny. I bardzo dobrze! Im dalej od filmowej inspiracji tytułu, tym lepiej. :)

Żałuję tylko jednego. Tego, że nie dane mi było dotychczas poznać męskiego odpowiednika fuksjowej (w barwie) wody. Może jego recenzję zamieszczę za rok? Albo, jeśli się poszczęści, w Noc Kupały...?
Tak czy siak: udanych Walentynek! :)

Rok produkcji i nos: 1998, Christian Provenzano

Przeznaczenie: zapach powstały z myślą o kobietach, choć testy polecam także męskiej części społeczeństwa. :) O zauważalnym sillage, bardzo układny i niemęczący. Więc nadaje się na wszelkie okazje.

Trwałość: w granicach siedmiu-ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, cytryna amalfi, lawenda, estragon
Nuta serca: goździk (kwiat), jaśmin, róża
Nuta bazy: wanilia, cynamon, ambra, drewno cedrowe, paczuli, piżmo
___
Dziś zamiana w stosunku do dnia wczorajszego, czyli noszę Incense Extrême Tauera. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://dailydishrecipes.com/valentines-day-pinterest-recipes/
2. http://freefundoo.com/happy-valentines-day-greetings-23.htm

Kadzidło na "krańcach świata"

Skoro już nadrabiam zaległości postanowiłam napisać o kolejnej kompozycji od Andy'ego Tauera, której to recenzencki brak szczególnie rzuca się w oczy (a przynajmniej tak odbieram go ja :) ).
Tym razem "na tapetę" wzięłam aromat w zamierzeniu mający oddawać gorący i suchy klimat półpustynnych obszarów, na których żyje roślina o wdzięcznej, znanej każdemu miłośnikowi niszowych perfum, nazwie Boswelia serrata; zaś żywica jej po zaschnięciu zmienia się w to, co znamy pod nazwą 'kadzidło'. Postanowiłam napisać o Incense Extrême, dziele znanym, choć budzącym różnorakie emocje. Co przecież nie jest złe, taka właśnie powinna być prawdziwa Sztuka: pobudzająca, "ruszająca" pewne obszary człowieczej duszy. Tauer potrafi zręcznie operować artyzmem, czasem wręcz manipulować odbiorcą swych pachnideł, tworzyć fałszywe tropy, wątpliwe wyjaśnienia, za którymi jednak nader często czai się Prawda. Prowadzi nas na manowce, by w efekcie odkryć przed nami, jak dalece jesteśmy w stanie zaufać jemu jako przewodnikowi oraz swojemu własnemu instynktowi. Co w mojej opinii winno być cechą charakterystyczną prawdziwego artysty. Oczywiście, nie zawsze musimy godzić się na taką konwencję; wszak sztuka jest także od tego, by móc swobodnie ją odrzucać. :)
Lecz dosyć już o teorii. Czas zająć się konkretnym przypadkiem do zdiagnozowania. ;)


Incense Extrême to kadzidło potężne, rażąco dosłowne, ostre - przynajmniej w początkowej fazie. Tego aromatu nie sposób pomylić z czymkolwiek innym. Jednakże niemal całkowity brak słodyczy oraz ziół czyni je dalekim od bliskich Europejczykom chrześcijańskich konotacji. Mój dzisiejszy bohater to kadzidło azjatyckie; mocarne, wijące się w gęstych, długich splotach, w miarę upływu czasu - oraz wzrostu ilości pątników odwiedzających świątynię - przeobrażające się w istny tuman, płynące daleko w przestrzeń, zawijącące się w najmniejsze zakamarki ludzkiego stroju, włosów, otworów ciała. Niemożliwe do ogarnięcia, dominujące nad wszystkim w promieniu paru mil. :) Do tego stopnia, iż z ochotą tłumi wszelakie wonie, które są na tyle lekkomyślne, by stanąć mu na drodze. Nawet, jeśli wydają się zupełnie naturalne. :) Dlatego też w IE nie sposób odnaleźć zapachu ciał kłębiących się ludzi, obecnego przecież w Wazambie Parfum d'Empire tudzież Incense Pure Sonomy. Brak aromatów przyrody, drewna, lasów, które łatwo wyczuć w kadzidlanej serii Comme des Garçons. Nie zauważam nawet cienia aldehydowego rozmydlenia, prób okiełznania przemożnej żywicy, jakie znajdujemy w oparach Cardinala czy Full Incense od Montale. Memu dzisiejszemu bohaterowi najbliżej do Incensi Villoresiego, wyjąwszy nadmiar ziół i niezrozumiałą agresywność perfum Włocha. IE jest odeń trochę delikatniejsze, bardziej finezyjne, bogatsze w sens.
Andy Tauer dał nam kadzidło, które byle czego się nie boi. :)


Najostrzejsze w Kadzidle Krańcowym jest otwarcie, które swoją siłą potrafi nieomal rozszarpać przegrody nosowe. [podejrzewam, że świetnie sprawdziłoby się jako inhalator dla zakatarzonych nosów ;) ] Dominujący powiew suchych nasion kolendry przywodzi na myśl ojczyznę Boswellia serrata, czyli Indie. Towarzyszy im odrobina cichego, gorzkiego olejku cytrusowego oraz kadzidło. Mocne od początku po sam koniec, odważne, cały czas bijące się w pierwszym szeregu. :) Z czasem zresztą zaciera się różnica między kolendrą a pachnącym dymem; podejrzewam, iż ten drugi po prostu połyka przyprawę. :)
Dominujący akcent po jakimś czasie przestaje drżeć i złościć się czy raczej: stroszyć piórka. ;) Ponieważ jego pozycji nic nie jest w stanie zagrozić, kadzidło staje się bardziej suche, spokojne ale nie ciche. Stwierdziłabym raczej, że lekko skrzepnięte. Podejrzewam, iż za ów efekt odpowiada dodatek masła irysowego, tym razem pod ulubioną przeze mnie postacią ostrych, łamiących światło szklanych odłamków bądź szpileczek; gwoździ, którymi usłane jest łoże fakira. Dzięki irysowi kadzidło nie musi ciągle walczyć o dominację. Co odpowiada mi nadzwyczajnie.
Z każdą chwilą pobytu Incense Extrême na skórze uwydatnia się charakterystyczna, trudna do opisania tauerowska baza. Nieco słodka, zalotnie drzewna (sic!), doskonale pełna dzięki obłędnemu dodatkowi ambry [aczkolwiek ta nie jest wymagana, więc zagadka olfaktorycznego podpisu utalentowanego Szwajcara pozostaje wciąż aktualna :) ]. Kiedy połączyć ją z aromatem kadzidła niebezpiecznie łatwo popaść w błogostan, rozleniwiającą, pozacielesną ekstazę. Kompozycja wydaje się wówczas niemożliwie wprost piękna.
Tak zresztą jest przez cały czas trwania na skórze. Czyli w praktyce długo.

Dla takiego kadzidła warto powędrować nawet na... kraniec świata. :)

Rok produkcji i nos: 2007, Andy Tauer

Przeznaczenie: zapach typu uniseks, dla miłośników ortodoksyjnych kadzidlaków. Mocny i dosłowny, lecz nadaje się na większość okazji, które mogą nam przyjść na myśl. :) Sillage ponadnormatywny, czyli również pięknie.

Trwałość: dobrze ponad dwanaście godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: kolendra, petit grain
Nuta serca: kłącze irysa, kadzidło
Nuta bazy: ambra, drewno cedrowe
___
W tej chwili (oprócz fenomenu opisanego powyżej:) ) pachnę Love Potion No. 9 od Penhaligon's, wydanie damskie.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://soulseasons-yiota143.blogspot.com/2010/10/incense.html
2. http://www.telegraph.co.uk/travel/hubs/thebigpicture/5048405/The-Big-Picture-photography-competition-round-43.html
3. http://www.123rf.com/photo_2319428_incense-burning-at-a-temple-during-chinese-new-year-celebrations-in-asia.html