poniedziałek, 30 stycznia 2012

Zwarcie na łączach?

Ludziom z Selective Beauty najwyraźniej coś nie wyszło. Bowiem cztery lata temu koncern postanowił wzbogacić jedną ze swoich marek o dzieło inspirowane "ciepłymi i delikatnymi aromatami zmysłowego drewna kaszmirowego, ale także kaszmirowej tkaniny, połączonych symbolicznie". Cud ten pojawił się w sklepach jesienią, co akurat było strzałem w dziesiątkę, gdyż - jak mało który zapach głównego nurtu - do kreacji jesienno-zimowych pasowało jak ulał. :) Nadal pasuje, aczkolwiek w tym konkretnym przypadku raczej trudno mówić o połączeniu konwencjonalnym, bezpiecznym i nudnym. Ponieważ pachnidło, zamiast wrażenie wywołane chłodem łagodzić, tylko je podkreśla. I jak go nie kochać?? ;)
Czego dokładnie?
Kashminy Touch. :)

Kompozycja bowiem rzadko kiedy jest ciepła, gładka, życzliwa w sposób, jakiego zwykle oczekujemy. Ona jest starannie wysuszona, drzewno-pieprzowa, cedrowo-żywa, gorzkawa; niepokorna i wibrująca, wprawiająca olfaktoryczny kamerton w nieustanny taniec na amplitudzie najwyższej z możliwych. Odważna, niepokorna, stanowcza, kiedy trzeba agresywna ale równocześnie życzliwa, cierpliwa, pełna blasku a nawet nienachalnie zmysłowa. Kobieca, jeśli z "kobiecości" odjąć wszystkie niemożebnie tandetne, oklepane, patriarchalne pierdółki typu "taka mala, taka slaba". W każdym razie - Kashmina Touch w niczym nie przypomina dzisiejszego bestsellerowego badziewia, które próbuje się nam, kobietom, wciskać.

Rozpoczyna się akordem zimnym, ostrym i zaczepnie agresywnym, skomponowanym na bazie drewna cedrowego oraz doskonale suchego, wypranego ze słodyczy olejku cytrusowego (jednak nie wiem, czy pod nos podtykają mi grejpfruta, cytrynę czy cedrat). Dopiero po chwili, kiedy mróz nieco odpuszcza, pojawia się gorzkawa, charakterystyczna woń migdałowego mleczka lub też amaretto, jak chcą spisy nut, zaś świeżo pocięte cedrowe deski schną, rozgrzane promieniami słońca, stworzonego przez mój uwielbiający paradoksy mózg. ;) I kiedy drewno stanie się całkiem suche, migdały połączą się z łagodnymi woalami bliżej nieokreślonych kwiatów a gdzieś od dołu wybijać się pocznie nuta gładko-kremowego, waniliowo-sandałowcowego drewna kaszmirowego, zaś cała kompozycja rozpocznie wsteczny marsz ku kolorom jesieni, na scenie zjawi się składnik, któremu Kashmina Touch zawdzięcza całą swoją niezwykłość - iso e super. Tak, to wspaniałe, drzewne, suche, apetyczne iso. :) Dzięki jego wstawiennictwu mieszanina przestaje być konglomeratem dziesiątek najróżniejszych wariacji, nut i półtonów a zaczyna przeistaczać się w jedną, perfekcyjnie zgraną orkiestrę. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko trafia na właściwe, sobie tylko przypisane, miejsce.
Jest pięknie, szykownie choć niekoniecznie gładko; miękko w sposób niesztampowy, zbliżony do finezyjnej stolarki z giętego drewna. Sucho, cedrowo, lekko słodko i migdałowo. Całość odstaje od ciała i otacza je zwiewnym, nienachalnym cirrusem, ściele się po otoczeniu, które wodzi za nosy i każe pytać o nazwę pachnidła. Zawadza o zmysły, pobudza rozum a zostaje w sercu, na trwałe. A to wszystko dzięki frapującemu iso e super. :)

Rok produkcji i nos: 2008, Olivier Cresp

Przeznaczenie: zapach stworzony z myślą o kobietach, chociaż mogłoby go nosić wielu mężczyzn [i nikt postronny nie odgadłby nawet rozmiaru dżenderowej prowokacji, jaka właśnie staje się jego lub jej udziałem ;P ], na wszelkie okazje, niezbyt bliski skórze

Trwałość: słaba strona KT - w porywach do pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: amaretto, cytryna Amalfi
Nuta serca: gorzka pomarańcza, akordy kwiatowe
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno kaszmirowe, piżmo
___
W tej chwili Artemisia marki Penhaligon's.

P.S.
Pierwsza ilustracja to dzieło amerykańskiego malarza Milesa Baira, noszące tytuł
Dwa ośnieżone cedry. Pochodzi STĄD.

niedziela, 29 stycznia 2012

Króliczku mój, gdzie jesteś??

Słów kilka o gonieniu króliczka i takich tam. :) W kontekście olfaktorycznym, rzecz jasna.


Przytoczę banał: znamy ledwie drobny procent wszystkich perfum świata. I nigdy nie będzie inaczej. Przecież im więcej wiemy, tym bardziej jesteśmy świadomi rozmiaru swojej niewiedzy, trywializując pewien znany cytat. ;) Dlatego nie sposób ogarnąć bezmiaru informacji, jaki rozciąga się przed nami.
Sprowadzając myśl do parteru stwierdzam, że rozdźwięk między kompozycjami zapachowymi, które już znam a tymi, jakie pragnęłabym poznać w przyszłości, jest zatrważający. Choć to raczej lepiej, niż gorzej, prawda? Dzięki temu ominą mnie faustowskie lęki. ;>

I postanowiłam się troszkę pobawić. Poszperać w pamięci, które pachnidła śnią mi się po nocach, jakie mogłyby stanąć kiedyś na mej drodze. Lista oczywiście i tak nie będzie kompletna. ;) Lecz pobawić się można, prawda? :)


Marka, nazwa, krótkie uzasadnienie. I postaram się wziąć swoją zachłanność w karby. ;)

Annick Goutal
Eau de Lavande - lawenda na słodko, z przyprawami, a produkcji zaprzestano już dawno
Folavril - nuty nie powalają, za to nazwa przeciwnie ;)

Bond No. 9
kompozycje regionalne, a w szczególności te stworzone dla Harrodsa (Harrods Amber..! ;) )

Boucheron
Jaipur Homme - stawiam na paprociowca, czy słusznie?

Caron
Acaciosa, En Avion, Impact pour Homme, Secret Oud, Les Plus Belles Lavande, Royal Bain, Tabac Blond... Mam wymieniać dalej? ;) Wszystkie, ponieważ istnieją.

Chanel
najpierwsze wersje Piątki i Dziewiętnastki

Chopard
Mira-Bai - świat jest wielki a ja taka malutka!, czyli trudności z dostępem
Wish - ciągle mi umyka

Creed
Green Irish Tweed - z powodów identycznych, co w przypadku Wish [choć tu raczej o rzetelne testy chodzi, nie o samo poznanie, bo zapach doskonale kojarzę, z Q. :) ]
Angélique Encens - kadzidło, wanilia, ambra
Ambre Cannelle - z uwagi na ambre i na cannelle ;)

Dior
Diorama, Diorissimo, Diorling - legendy w czystej postaci
Bois d'Argent - za samą nazwę, chociaż nuty także mają znaczenie ;)
Ambre Nuit - a nuż nuty ułożą się w coś wartego zachodu?
Eau Noire - dla nazwy, kreatora (Francis Kurkdjian) oraz nut, które sugerują coś bardzo, bardzo przyjaznego
Mitzah - kolendra, cynamon, przyprawy, kadzidło, labdanum, paczuli, miód i róża (a ja zniknę gdzieś w kątku i umrę w ekstazie ;) )

Donna Karan
DK for Men, Donna Karan for Women - okazja może się nie powtórzyć
Essence Lavender - lawenda i wszystko jasne
Fuel - za nazwę

Armani
większość linii Privé

Givenchy
Vetyver - swoim minimalizmem podobno wyprzedził epokę

Guerlain
rety! od czego zacząć? ;) Voyou i Dandy, Chamade, Vol de Nuit, Mahora, Derby, AA Lavande Velours, Bois d'Armenie, Tonka Imperiale, Myrrhe & Delires...

Nina Ricci
Deci-Dela - skutkiem ochoty na retrosłodycze ;)
Liberty Fizz - pomidory, Panowie i Panie, pomidory! :D

Versace
Blonde - dla nut i, legendarnej już, mocy pachnidła

YSL
Jazz - dla nazwy i nut
M7 Oud Absolu - by skonfrontować z wersją legendarną
Y - gdyż prościej już się nie da ;)

Zauważyliście, że wymieniłam tylko dzieła najbardziej popularnych marek? Gdybym chciała zagłębić się w niszę, listy "największych marzeń" nie ukończyłabym do wakacji. :)

A najśmieszniejsze, że to jeszcze nie koniec. ;)


Bo najmocniej "gniotą" mnie kompozycje sygnowane przez szwedzką markę Agonist (mniam, mniam!), większość dzieł od Ava Luxe, Humięcki & Graef, Serendipity3... Długo można by wymieniać.
Oprócz nich planuję (ciekawe słowo, doprawdy! ;> ) poznać pierwsze Hot Couture od Givenchy, Eau du Fier od Annick Goutal, Vetiver pour Elle, L'Abeille i AA Winter Delice [zgadza się; nie znam ;) ] marki Guerlain czy większość ekskluzywnej kolekcji Chanel.

Mhmm, lista jest długa, szeroka i pojemna. Nawet bardzo.
A Wy? Jakie zapachy mącą Wam spokój duszy? :)
___
Dziś No. 6 by Susanne Lang marki Untitled.

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.sharenator.com/These_Funny_Animals_39_pics/#/these_funny_animals_640_19_These_Funny_Animals_39_pics-16.html
2. http://rabbi.tumblr.com/post/68165206/smelly-bunny-had-a-bath-via-lizzieviolet
3. http://herblondness.tumblr.com/post/105275765/dailybunny-via-bunny-love-this-is-a-tumblelog

piątek, 27 stycznia 2012

Nie lubię, bo nie lubię

I już. Bez racjonalnego wyjaśnienia, boć same wody do makabrycznych nie należą. Więc czemu?
A dlaczego nie? ;>

Giorgio Armani, Sensi

Mocny, skoncentrowany kwiato-cytrusowiec na pstrej, lekko skórzanej bazie. Intensywny, delikatnie drzewny, dla osób twardo stąpających po ziemi. Czyli jasne, że spokojnie mogę przejść obok. :) Zostawiając Sensi realistkom i lwicom biznesu (na których będzie nawet wiarygodniejsze, gdyż nie przeszkadza w negocjacjach, trzymając się relatywnie blisko ciała).

Skład:
limonka, robinia akacjowa, jaśmin, pszenica, migdały, drewno różane, benzoes


Balmain, Balmya

Słodkie, pudrowe fiołki, nasycone aromatami egzotycznych kwiatów i owoców, na ciężkim, waniliowym budyniu. Jednak przede wszystkim pudrowe. Buduarowo-słodkie; w zimie nawet przyjemne, latem natomiast dzieło usiłuje zmęczyć wyżej podpisaną słodkim, rażąco dosłownym pudrem. Zapach soczysty, chociaż momentami zahacza o wątki płynów do czyszczenia armatury. ;) Średnio intensywny, trwałość także do rewelacyjnych nie należy.
A wspominałam o tym, że także pudrowy? ;)

Skład:
arcydzięgiel, bergamotka, liście fiołka, marakuja, jaśmin, wanilia, kawa, irys, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, czerwony pieprz


Majda Bekkali, Songe pour Elle

Mmm.. z dzisiejszych bohaterów to pachnidło najmocniej przypadło mi do gustu: jako żywy, ale też miękko-słodki, kobieco-transseksualny poemat. Gdyby przemówił do mnie mocniej, jego recenzję oparłabym na kanwie Orlanda Virginii Woolf. :) Jednak tego nie zrobię, chociaż wdzięczna cielesność, utkana z przypraw i żywic na schludnej oraz estetycznie zmysłowej bazie z ambry i kastoreum wprawnie kusi. Przede wszystkim dlatego, że Songe w miarę upływu czasu coraz silniej upodabnia się do Ambre Gris od Balmain. Sytuacji nie ratuje nawet dyskretny sillage oraz zadowalająca trwałość.
A do tego koszmarny wprost flakon! Nie.

Skład:
neroli, petit grain, liście czarnej jagody, elemi, kminek, kwiat pomarańczy, jaśmin, ylang-ylang, kadzidło, papirus, skóra, labdanum, biały cedr, inne nuty drzewne, kastoreum, piżmo


Sephora, Green Connection: Eau à Sensations Bien-être

Czyli Woda na Dobre Samopoczucie. :) Nazywa się tak, że aż żal nie przetestować!
Niestety, wcielając pragnienie w czyn stykam się z jednym z najmniej przyjemnych wcieleń perfumeryjnego paczuli, jakie dane mi było poznać. Piwnica czy raczej stara zatęchła szmata, oblana wodą odświeżającą. Trochę skóry, trochę tartacznych wiórów i góra nadgniłych cytrusów, co składowane jest w starej krypcie, zapomnianej przez bogów i ludzi.
Zauważyliście wyraz "krypta"? No właśnie. :) Mimo, że dana woda z cyklu GC rozczarowuje, jest w niej coś takiego... Coś, co każe zastanawiać się, co chwilkę wąchać, porównywać, szukać, poszturchiwać szare komórki. Pod jednym wszakże warunkiem: o ile aplikacja pachnidła była skąpa; w każdej innej sytuacji od toksycznej szmaty i zgniłych cytrusów nie ma ucieczki.
Dziwadło, co jest zarówno wadą, jak i zaletą.

Skład:
paczuli, drewno cedrowe, elemi

ACTA Wars 2.0

...a właściwie krótkie uzupełnienie. Umowa podpisana, ale nic nie zostało jeszcze postanowione na pewno. Chyba, gdyż co do niczego nie można mieć pewności.
Może za wyjątkiem tego, że żaden z posłów rządzącej koalicji z mojego okręgu wyborczego nie otworzył żadnego z trzech moich mejli. ;P Choć tu akurat zaskoczeniem byłaby jakakolwiek reakcja. ;>

Wojnę o ACTA traktujemy przez pryzmat własnych gorących emocji, jesteśmy bardzo "za" albo bardzo "przeciw", bez tuzina możliwości pośrednich. A co, gdyby na kulturalną aktywność internautów spojrzeć od drugiej strony?


Niedawno trafiłam na pewien interesujący projekt. Zafascynowało mnie zwłaszcza okolicznościowe "odwrócenie kota ogonem" przez twórców a tym samym - sprawdzenie prawdziwości obiegowych opinii o "ściąganiu z Sieci", piractwie, kradzieży oraz balansowaniu na skraju tychże. Lubię takie niesztampowe myślenie! :)
Lecz tym, co czyni raport Obiegi kultury. Społeczna cyrkulacja treści w formacie cyfrowym projektem wiarygodnym są jego twórcy, którym daleko do grupy zapuszczonych nerdów, badających siebie i inne "dzieci Neostrady". ;) Wiarygodności dodają także partnerzy projektu. Na podlinkowanej stronie można poznać zarówno ich samych, pełną treść raportu oraz doskonale internetowy, bo dowcipny, klarowny i łatwo przyswajalny, Mashup raportu. Polecam szczerze! :)

Dla rozrywki, poszerzenia spektrum czy z ciekawości. Nie zaszkodzi poznać wszystkie dostępne opinie.
___
Dziś Neblina od YR.

P.S.
Ilustracja pochodzi z zalinkowanej strony.

środa, 25 stycznia 2012

Pocałunek Buddy

Sandałowiec miewa setki perfumowych wcieleń: potrafi być miękki, puchaty i jasny, jak w Sensuous od Estée Lauder, ostry i wibrujący energią niczym Sandalo od Etro lub napęczniały, soczysty i korzenny, co możemy obserwować na przykładzie Black Orchid marki Tom Ford. Do ostatniej z wymienionych grup należy także mój dzisiejszy bohater, czyli Santal de Mysore Lutensa, ostatni przeszczep dzieła "pałacowego" do linii eksportowej.


Kiedy pomyślę, jak piękne mogą być kolejne olfaktoryczne odsłony drewna sandałowego, po prostu nie mogę nie docenić finezji perfumiarzy. I choć do mojego serca przemawiają zwłaszcza te głośne, mocne, orientalne do szpiku kości, potrafię docenić wszystkie. Co takiego ów sandałowiec w sobie ma? Materiał artystyczny i rzemieślniczy, pachnidło, kadzidło, afrodyzjak... W każdym z wymienionych wcieleń prezentuje się zjawiskowo.

Zaś mój dzisiejszy bohater, Sandałowiec z Mysore to po prostu głęboka, natchniona poezja; wirtuozerski koncert na hedonistyczno-orientalnej strunie, z towarzyszeniem orkiestry balsamicznej. ;) Czemu popuszczam cugli swemu grafomaństwu?
Ponieważ Santal jest tego wart. :) O czymś tak dalece bogatym i pozbawionym fałszywej z tego tytułu skromności nie potrafię pisać bez emocji. Chcę osiągać szczyty pretensjonalnego kiczu, śpiewać patetyczne hymny ku czci. W słowach chłodnych można pisać o świeżynkach-trucicielkach i kastracyjnych oranżadkach, nie zaś o ciepłym, nęcącym - i niedosłownym - pięknie.

Siła Santal de Mysore tkwi w jego a-delikatności. W kompozycję zapachową (przynajmniej oficjalnie) nie wmieszano ani jednego składnika lekkiego i podlizującego się miłośnikom cytrusowych odświeżaczy powietrza. Od początku do końca jest intensywny, nasycony, nawet nieco szalony, w czym przypomina młodszego i bardziej dosłownego brata Black Afgano. Jakkolwiek błędem byłoby sądzić, iż Santal odbiega daleko od Afgańskich standardów; jest jedynie znacznie mniej trwały. Łączy je nawet podobna tłustość, oleistość mieszaniny (i nie o konsystencję płynu mi chodzi).

Co najprościej wyczuć chwilkę po aplikacji pachnidła na skórę, kiedy nuty skaczą przez siebie, chaotycznie odbijając się od cząsteczek ludzkiej skóry i powietrza. Taki rozgardiasz ma w sobie sporo z atmosfery panującej za kulisami teatru tuż przed oczekiwaną premierą. :) Aktorzy z SdM chwilami stają się bliscy sportowcom tuż przed meczem bądź zawodami lub policjantom śpieszącym na akcję: jednocześnie nabuzowani adrenaliną, przepełnieni potrzebą natychmiastowego działania, ale też skupieni, wyciszeni, o umyśle pracującym na najwyższych obrotach. Sandałowcowo-żywiczny olej cieknie szeroką strugą, uderzając w przegrody nosowe swoim dualizmem, rozświetlając stworzone przez siebie mroki, zręcznie grając światłocieniem, zwodząc i uwodząc. Gdybym mogła, napisałabym nawet, iż otwarcie omawianego zapachu razi niekonwencjonalną świeżością. Lecz nie mogę, gdyż Santal de Mysore nie jest świeży, nie ma do tego żadnych podstaw; jakkolwiek świeci wyjątkowo mocno, własnym światłem; i sam to światło pochłania. Kapitalny efekt!

Także w dalszych fazach, kiedy oleistość jakby zastyga, maź wylana na spodeczek zmienia się w transparentną, bogatą taflę mieniącą się barwami starego złota i patyny. Sandałowiec nadal gra z żywicami, choć już w mniej jawny sposób, ujawnia się delikatny błysk słodyczy, której popularność zapewniła Prada Candy. Całość zaś zostaje otoczona suchym, pobudzającym zmysł węchu brunatnym woalem ze sproszkowanego kminu rzymskiego.
W miarę upływu czasu z tafli oleju znikają ostatnie fale czy inne zmącenia: staje się idealnie gładka, spokojna, majestatyczna oraz nieco bardziej ciepła. Więcej jest słodkości, czegoś w stylu nut skórzanych, palonych żywic oraz sypkiego kminu (uwaga na ewentualne skojarzenia z potem!). Sandałowiec zaś, ten król w pełnej glorii, tkwi dumnie pośrodku mandali, obojętny niczym Budda i tak jak on - wielki.
Nie poznać Santal de Mysore to stracić wiele.

Rok produkcji i nos: 1991, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o dużym sillage oraz bogatym wydźwięku. Dla każdego, kto nie boi się zwracać uwagi otoczenia.

Trwałość: od przeszło dziesięciu godzin do doby

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (jak też orientalna)

Skład:
drewno sandałowe z Mysore, karmelizowany benzoes, styraks, kmin rzymski, inne przyprawy
___
Dziś Vitriol d'Œillet tej samej marki.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://sassygirlscents.com/index.php?main_page=product_info&products_id=316
2. http://www.cafleurebon.com/puja-fragrances-authentic-traditional-indian-attars-from-evan-healy-draw/

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Przytulność po skandynawsku

Surowe krajobrazy to piękno w najczystszej postaci. Owszem, widok bujnej, dzikiej podzwrotnikowej zieleni, okraszonej ciepłym powietrzem i obowiązkowym wodospadem potrafi zauroczyć, podobnie jak oszałamiająca architektura, ale – kiedy najmocniej odczuwacie niezmierzoną potęgę natury? Kiedy silny zachwyt miesza się z zimną grozą w takich proporcjach, iż włosy na Waszych głowach stają dęba a kark zraszają kropelki potu? Kiedy piękno jest tak oczywiste, tak wszechogarniające, że aż każe Wam oślepnąć, zmusza Wasze mózgi do kapitulacji przed niewysłowionością tego, na co właśnie patrzycie?
Kiedy piękno jest tak silne, że aż okrutne?

Takich doznań nie zapewnia miły, bezpieczny widok na cywilizowaną plażę lub zaludnione narciarzami stoki, sugerujące, że przyroda to tylko produkt handlowy, taki sam, jak buty, masło czy najnowszy film Spielberga. Oczywiście, plaża przepełniona skwierczącymi na słońcu ciałami i stok, na którym można bawić się czy usiłować uprawiać sport szybko mogą zamienić się w miejsca rodem z thrillera. Lecz wówczas my, ludzie, do tsunami czy lawiny najchętniej odnieślibyśmy się identycznie, co do krnąbrnego, wiecznie sprawiającego problemy dziecka. Zapominając, że w prezentowanym układzie to nie my jesteśmy tymi bardziej dorosłymi i ważniejszymi…


Dlatego największym poważaniem darzę te zakątki świata, które już na wstępie, bez fałszywej skromności, żalu i bez oszukańczego mrugania oczkiem ustawiają człowieka na właściwym, odległym miejscu w szeregu. Gdzie bez niezbędnej dawki pokory na własne życzenie pakujemy się w kłopoty; o czym łatwo zapomnieć na plaży bądź podczas górskich ferii, gdy w najlepsze błaznujemy sobie po sztubacku przekonani, że odpowiedzialność za nasze zdrowie i życie w pierwszej kolejności spoczywa na ramionach ratowników, ochroniarzy, pilotów wycieczek... A to, kochani, guzik prawda. Oto powód, dla którego cenię surowe krajobrazy Północy (bądź najdalszego Południa) ziemskiego globu. Mieszkańcy Alaski, Syberii, Skandynawii – czy Ziemi Ognistej – nie łudzą się, iż na swoich terenach są panami a nie tylko gośćmi, zaś ich dalszy pobyt uzależniony jest wyłącznie od tego, jak będą dogadywać się z gospodarzem. Daje się to wyczuć nie tylko w ich mentalności (fatalizm lub postawy ekologiczne), ale także w sztuce, zazwyczaj prostej, skoncentrowanej na wydobyciu maksimum efektu z minimalnej ilości materii. Nie inaczej jest w przypadku sztuki zapachu, którą dziś chciałabym zaprezentować na jednym, skromnym przykładzie dzieła sygnowanego przez Islandkę, Andreę Maack. Egzemplum także wybrałam przewrotne, gdyż od Smart raczej trudno oczekiwać ostrej, nietajonej potęgi. Mamy bowiem do czynienia z prezentacją skandynawskiej definicji przytulności.


Więc nietrudno zgadnąć, iż mieszanka powstała dzięki duetowi nordyckiej artystki [podpisującej się nazwiskiem, nie zaś, islandzkim zwyczajem, patronimikiem] z anonimowym francuskim perfumiarzem lub perfumiarką musi być jednocześnie delikatna, cielesna i słodka. Spokojna, wyważona, utrzymana w barwach otaczającej Skandynawów natury, jakkolwiek miękka i miła dla wszystkich, puchata, wdzięczna. W żadnym wypadku barokowo bogata.

Kompozycja rozpoczyna się akordem suchej, nieco szorstkiej, ale nadal ciepłej, substancji nieorganicznej. Mam wrażenie wąchania szarego, rozgrzanego bladymi promieniami słońca pumeksu. Czasami przechyla się on w stronę ożywczej, nieco śmietankowej drzewności, czasem zaś zyskuje iście zamszową poświatę. Zawsze jest suchy, delikatnie cielesny acz dystansujący; w jakimś stopniu szyprowy (pewnie podprogowo łączę suchość i skórzane nuty z mchem dębowym oraz bergamotką).
Dopiero po chwili dzieło rozgrzewa się i zaczyna wysładzać. Jasne, bogate i śmietankowe nuty sandałowca delikatnie ocierają się o naznaczony lukrecjową słodyczą jaśmin. Ważna jest także wanilia, teoretycznie jadalna, choć w wymienionym otoczeniu po prostu pełna, prostolinijna i zapewniająca stały dopływ endorfin. :) Im więcej czasu upływa, tym mocniej Smart zbliża się do uproszczonej wersji Bal d’Afrique od Byredo.
W ostatniej fazie dominują akcenty słodko-ostre, suche i delikatnie pudrowe. Mam przed sobą skrzyżowanie pumeksowej wulkaniczności, wdzięcznej błogości nut słodkich, mszano-drzewnej prostolinijnej naturalności oraz nieporadnej cielesności pisklęcia, zdanego na parasol ochronny niedającej się ujarzmić przyrody. Oto odpoczynek na łonie natury, potęga Ziemi w wersji niby-pop, z pozoru tylko zbliżonej do charakteru ludnych plaż oraz stoków: islandzka Błękitna Laguna. ;)

Wszystko miękkie, dopracowane, nienachalnie zmysłowe, cicho mruczące tuż przy skórze. Perfumy będące synonimem żywego, acz transparentnego komfortu. W rzeczy samej – Sprytne. ;) Gdyż przedstawiono nam krajobraz rozbrajająco intymny a zrobiono to z czysto skandynawską prostotą, bez zbędnych zabiegów stylistycznych oraz owijania w bawełnę.
Genialny koncept!

Rok produkcji i nos: 2010, ??

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; bliski skórze i stosowny na dosłownie wszystkie okazje (o ile nie są one zbyt oficjalne)

Trwałość: od sześciu do blisko dziewięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa

Skład:

jaśmin, drewno sandałowe, wanilia, białe piżmo, liście fiołka, akordy skórzane
___
Dziś Craft tej samej marki.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://travel-to-iceland.com/tag/travel-to-iceland/
2. http://www.powabna.com/frontend/detal,T_r_Icelandic

Czy za recenzję perfum można trafić za kratki?

Albo za wyrażenie w internecie własnej opinii na temat danego kosmetyku, obejrzanego właśnie filmu, przesłuchanej płyty, przeczytanej książki? Dziś odpowiedź jest jasna: nie.
Lecz jutro...

Jeśli Polska ratyfikuje umowę ACTA, już wkrótce wszystkie te aktywności mogą zostać skazane na śmierć. Dlaczego?
To proste. Aby zrecenzować perfumy X musiałabym (bez wyjątków) zawrzeć z ich oficjalnym polskim dystrybutorem formalną umowę o dzieło, zostając de facto zwykłą reklamującą. Bez prawa do swobodnego wyrażenia opinii, bez ewentualności jednoznacznej krytyki. Czemu? Zastanówcie się: jaka firma zgodziłaby się zawrzeć w rzeczonej umowie klauzulę gwarantującą mi możliwość napisania negatywnej recenzji w KAŻDYM przypadku? Także podczas tworzenia recenzji musiałabym nie tylko każdorazowo zgłaszać się do właścicieli praw autorskich do ilustracji o oficjalną, najlepiej pisemną zgodę na ich wykorzystanie. Podobnie wyglądałaby praktyka uzyskiwania oficjalnego pozwolenia na wykorzystanie cytatu literackiego, aforyzmu przypisywanego żyjącemu twórcy, nawet na rozwinięcie myśli Kolegi-Blogera bądź Koleżanki-Blogerki! Wszystko to będzie wymagało drogi sformalizowanej, oficjalnej. Tak samo, jak wykorzystanie byle fotosów reklamowych tego czy innego zapachu, do których wszak prawa posiada jeszcze ktoś inny. Gdybym chciała przytoczyć historię marki - identycznie; musiałabym wystarać się o oficjalne pozwolenie marketingowców na przetwarzanie "życiorysu" ich brandu [pozdrowienia dla osób chcących publicznie rozliczyć drugowojenną przeszłość Coco Chanel! ;> ] Jednak wszystko zaczyna się od umów z oficjalnymi dystrybutorami. Tylko co zrobić, kiedy zainteresuje mnie zapach niedostępny na polskim rynku?
W takim razie trzeba prześwietlić historię moich poszukiwań w internecie, aby odkryć, skąd się o nim dowiedziałam, kogo o niego pytałam, gdzie nabyłam próbkę bądź flakon oraz jak za niego zapłaciłam [idąc krok dalej można zapytać, skąd miałam nań pieniądze, zaś idąc dwa kroki: jak, na przykład, ma się moja oficjalna pensja do rzeczywistych zarobków; idąc trzy kroki...]. Nasi dostawcy internetu będą mieli do tego nie tylko prawo, ale i obowiązek. Wtedy nie daj Boże, aby trop zaprowadził "internetową bezpiekę" do któregoś z serwisów aukcyjnych! ;> Bo jak - jak?! - można sprzedawać flakony perfum, nawet używane, bez wiedzy i oficjalnej zgody ich dystrybutorów?? Że o próbkach "not for sale" ledwie wspomnę... ;P

A gdybym chciała zilustrować recenzję muzyką? Wtedy machinę ponownie trzeba wprawić w ruch, lecz już z klikunasto- czy nawet kilkudziesięciokrotnie mniejszym prawdopodobieństwem finalnego sukcesu. Natomiast jeśli zechcę opowiedzieć Wam o filmie, który ostatnio mnie zauroczył, głupotą byłoby okrasić wpis nawet popularną kinową zapowiedzią obrazu! Przecież ktoś posiada do niej oficjalne prawa! Zresztą.. czy wolno mi będzie posłużyć się we wpisie tytułem filmu bez ryzyka podejrzeń o plagiat? ;)

Tu nie chodzi tylko o piractwo w Sieci. Źle napisane prawo stwarza zagrożenie dla wolności słowa, swobodnego rozwoju intelektualnego, fermentu artystycznego a nawet - dla rozwoju nauki. ACTA to zagrożenie dla cywilizacji, jaką dzisiaj znamy! [wszak rozwój szybko przeniósł się w sferę wirtualną, skąd czerpie przykłady, zarówno negatywne, jak i pozytywne]
Trzeba zatamować brunatnych koszul marsz w internet! W teorii mamy czas do 26 stycznia. Może uda się coś zdziałać, przynajmniej w części - oficjalnie...?


Na koniec dwa filmiki:




___
Dziś noszę.. a jaka to różnica??

sobota, 21 stycznia 2012

Wiktoriańczycy w Bengalu


Lata temu podkreślano zdrowotne zalety palenia tytoniu który, między wieloma innymi, miał ułatwiać trawienie a nawet zapewniać udrożnienie układu oddechowego. Najtańszą formą wyrobu tytoniowego jest oczywiście papieros, powstały w drugiej połowie dziewiętnastego wieku jak sposób praktycznego handlowo wykorzystania resztek suszonych liści. Były znacznie tańsze od cygar czy "wkładu" fajkowego, bardziej poręczne i proste w użyciu. Dlatego szybko stały się modne, wiec także i popularne. Nie minęło dużo czasu, gdy prawo do swojego "dymka" wykorzystywali wszyscy, od generalicji po najgorzej opłacanych robotników, z włączeniem kobiet wykluczonych z ogółu społeczeństwa Prawego, Sprawiedliwego i Świętojebliwego. ;>
Dziś, chociaż z medycznego punktu widzenia podejście do palenia tytoniu zmieniliśmy diametralnie, papierosy nadal są ważnym, chyba już niezbywalnym, fetyszem kultury zachodniej. Chwila z walcowatym skręcikiem w palcach nadal ma w sobie wiele z ducha niepokory, umiłowania indywidualizmu, mentalnej swobody, dekadencji - choć głównie dla młodzieży. :) Pojawił się także kolejny aspekt: palenie tytoniu ma odstresowywać.
W każdym razie wonne liście straciły nie tylko swój pierwotnie (od czasów Kolumba) elitarny charakter, ale też wszelkie dodatnie zapachowe właściwości. Współcześnie globalny przemysł, liczony w miliardach dolarów (czy euro, czy funtów), a także stawianie na ilość przez możliwie największe I sprawiły, że określenie "pachnący papieros" to ni mniej, ni więcej, jak bezczelny oksymoron. :> Także dmuchanie bliźnim w twarz dymem jest uznawane za przejaw wyjątkowo złego wychowania. I słusznie!
A jak było w czasach, zanim tytoń zaczęliśmy kojarzyć z niezdrowym trybem życia? Gdy swobodne rozsnuwanie wokół siebie chmury dymu znamionowało klasę i wyrafinowanie?


Fougère Bengale od Parfum d'Empire odzwierciedlać ma charakter Indii Brytyjskich za czasów królowej Wiktorii, kolonialnych willi, podzwrotnikowych klubów dla dżentelmenów , plantacji herbaty, polowań na bengalskie tygrysy czy wizyt u lokalnego maharadży. Ot, bajka według Kiplinga. ;)
W rzeczywistości Bengalska Paproć pachnie mi złością, pretensjami, wyzyskiem, przekonaniem o własnej wyższości nad "czarnym bydłem", by w końcu przeistoczyć się w spokojny, wręcz stoicki aromat dyskretnej pychy, charakteryzujący konserwatystów przekonanych o słuszności swoich poczynań, nie uznających opinii, z którymi się nie zgadzają. Jest w niej coś fascynującego, ale nie jestem pewna, na ile wynika ona z rzeczywistych właściwości zapachu a w jakim stopniu - z handlowego mitu. Na pewno wiem jedną rzecz - gdyby nie indyjskie sugestie i renoma marki, po omawianą wodę nigdy bym nie sięgnęła. Lub uciekła w podskokach po samym teście papierkowym.


Ponieważ otwarcie Fougère Bengale jest, co tu dużo mówić, po prostu obrzydliwe. Dosłownie: o-brzy-dli-we. Makabryczne. Zimne, wilgotne, ostre i kwaśne. Niczym woń rozchodząca się z ust nałogowego palacza każdego ranka, naturalna niczym smog nad wielkimi miastami i apetyczna jak resztki pizzy, od dwóch miesięcy zalegające pod łóżkiem. Internetowe plotki chętnie widziałyby w nim lawendę; jeśli w istocie, to właśnie zrozumiałam, co w dokumentalnym filmie Perfumy. Francuska finezja miał na myśli Jean-Claude Ellena, gdy mówił o męczących go "urynowych" aspektach rzeczonej rośliny. ;> Kiedy połączycie je z wonią porannego oddechu palacza, otrzymacie pierwsze oblicze FB. Wyjątkowo antypatyczne. No i rzeczywiście wiktoriańskie, wreszcie bez lukrowej cenzury czy kłamstw. ;)
Dobrze, że chwilkę później kompozycja staje się bardziej ciepła, sucha i wietrzna. Do naturalistycznego tytoniu dołącza aromat kocanki (pewnie siano) oraz mocny, zimny napar z czarnej herbaty. Pachnidło nie przyprawia już o mdłości, lecz okala sylwetkę, opadając wzdłuż niej w ciężkich zwojach.
Także pod koniec, gdy zjawia się cień tonkowej lekkości i tytoniowa, masywna słodycz, skłaniająca Bengalską Paproć ku moim ulubionym tytoniowcom: Tobacco Vanille Forda i Wild Tobacco od Illuminum. Dobrze, że każdy koszmar kiedyś się kończy. ;)

Chciałabym nazwać Fougère Bengale dziełem zepsutym, ale - nie mogę. Nie, jeśli chcę być uczciwa wobec siebie. Wiem, że kompletnie mi nie leży, zaś pierwsza odsłona dyskwalifikuje go nieodwołalnie. Lecz jego zakończenie czyni pachnidło możliwym do zaakceptowania. Dzięki czemu nawet smród dymu z papierosów łatwiej znieść... jakieś trzy godziny po zakończeniu palenia. ;) Tylko: dlaczego miałabym to robić?

Rok produkcji i nos: 2007, Marc-Antonio Corticchiato

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dla miłośników herbatki z petów. ;P O dużym sillage.

Trwałość: od dziesięciu godzin wzwyż

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna


Skład:

Nuta głowy: lawenda, siano
Nuta serca: bób tonka, herbata, tytoń
Nuta bazy: paczuli, wanilia
___
Dziś noszę to, o czym powyżej. Jest źle.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://fermentatore.wordpress.com/2011/02/18/gentelmans-club-ny-si-alle-donne-londra-no-arcore-non-ne-parliamo-neppure/
2. http://www.tigsource.com/2008/10/31/tigjam-uk-reminder-and-indie-arcade-eurogamer-expo/
3. http://groups.yahoo.com/group/kerala-online/message/51345

środa, 18 stycznia 2012

W krainie wiecznej zimy

Nie mam pojęcia, kto wymyślił taką zimę, jak teraz, ale wiem jedno: ta osoba zasługuje na 3000 batów i naganę z wpisem do akt. ;) Czy mamy wiosnę, jesień, może nawet - sądząc po słupku rtęci dobijającym raz czy dwa do dziesiątego stopnia Celsjusza - bardzo zimne lato? Hej, co jest?! Ja chcę zimy, lodu, śniegu, mrozu! Dzięki temu bajzlowi za oknem od przeszło miesiąca nie potrafię poradzić sobie z powracającymi napadami migreny (chłód jest mi niezbędny dla zdrowia). Jeśli tak ma wyglądać tegoroczna polska zima, to ja protestuję. Tupię nóżką, zabieram zabawki i uciekam do Norwegii. ;)
Lecz nie byłabym sobą, gdybym nie znalazła przynajmniej jednego pozytywnego aspektu zmęczenia zimowym ciepłem. Otóż zauważyłam, że taka pogoda wpływa dodatnio na moją zdolność akceptacji perfum świeżych; oczywiście świeżak, abym go nie zgnoiła, nadal musi wyróżniać się czymś szczególnym, wynoszącym sztukę zapachu ponad poziom masowej tandety. Owym "czymś" najczęściej staje się zimna, wibrująca ostrość.


Nie jako synonim pikantności, lecz w sensie dosłownym: jako kłujące, tnące, siekące, wbijające się i kaleczące drzazgi. Jako gatunek artystyczny zasadzający się na wyrazistych, pozbawionych jakiegokolwiek załagodzenia, kontrastach. Gdy doznania są tak silne, że aż można nazwać je "pierwotnymi". Lecz w tych samych chwilach pachnidło powinno unikać sytuacji, w których mogłabym skojarzyć moje drzazgi, opiłki, odłamki i inne groźne drobiny z tępą przemocą, pozbawioną finezji rąbanką lub też głuchym a-uczuciowym nihilizmem.
Cóż, nie są to łatwe warunki i finalnie mało który świeżak gotów im sprostać. Choć z drugiej strony: takie właśnie stają się perfumy świeże, kiedy wypruć z nich lamówkę wakacji i fastrygę rozgrzanego powietrza. Mam wrażenie, że na mrozie ich biała agresja stałaby się wprost porażająca; tylko jak, na bogów, to sprawdzić??

Jednym z podobnych lodowych złoczyńców jest pachnidło o enigmatycznym mianie mb02 marki, której nazwa to łatwych nie należy: biehl. parfumkunstwerke. :) MB to inicjały perfumiarza stojącego za kompozycją, zaś liczba określa, które to z kolei dzieło danej osoby opatrzone logo Thorstena Biehla, człowieka o genialnej zawodowej dewizie: "wolę jakość od ilości". Gdybyż więcej osób naprawdę tak myślało, świat byłby piękniejszy! ;)
Nie wdając się w kolejne dygresje proponuję powrót do sedna, czyli mb02.

Po lekturze nut nawet do głowy mi nie przyszło, jakież cuda kryje w sobie niepozorna flaszka z jasnożółtym płynem. Typowe kwiaty, troszkę przypraw i żywic nie sugerowało tak dalece przekornej zawartości. Skąd mogłam wiedzieć, że oto czeka na mnie trujący puder i zimne mydliny, delikatna słodycz oraz pozbawione klasycznej scenografii orientalne piękno? A wszystko to zimne, lekkie, ostre, przejrzyste aż do krystaliczności oraz białe, w nadmiarze grożące lekkomyślnemu użytkownikowi śnieżną ślepotą. O ile śnieżna ślepota może być w identyczny sposób wysubtelniona.


Kompozycja rozpoczyna się akordem wilgotnej ziemi, ledwie odtajałej po porannych przymrozkach. Mamy późną jesień, co wiem dzięki czającym się w tle akcentom gnilnym, kompostowym, zmieszanym ze zwiędłymi liśćmi. Tak zazwyczaj gra fiołek, który choć w naturze olfaktorycznie niemy, dzięki cudom współczesnej chemii potrafi przybrać wiele różnorodnych wcieleń. To z mb02 jest zdecydowanie mało salonowe, ostre, ale nie brutalne. Rzekłabym raczej, iż delikatnie pobudzające, niczym pierwsze poranne espresso. :) Chwilę później kompozycja na powrót się ochładza i staje się rześka, głównie dzięki dodatkowi skórzanej bergamotki oraz świeżych ziół, tradycyjnie kojarzonych z remedium na upał (jak na przykład mięta).
Mijają minuty, pogoda zaczyna się zmieniać; pozostały po nocy śnieg nie zdążył stopnieć, gdy nad senną ziemię wraca zimno. Szron, niczym maleńkie odłamki szkła, powoli osiada na wszystkim, co nie jest zabezpieczone. Pokrywa zmęczone drzewa oraz delikatne kwiaty, cudem uchowane aż do grudnia, gdzieś w tle Królowa Śniegu nuci do wtóru akordów ozonowo-wodnych, skoligaconych z wonią egzotycznego lotosu, miękko ścielących sie wokół, spętanych bezwzględnym irysowym pieprzem, nut iglastych żywic. Uniwersalna ostrość walczy z miękką, stereotypowo pojmowaną kobiecą lekkością - i wygrywa. Robi to jednak z typowo "żeńskim" urokiem, pełną wyrafinowania dyskretną brutalnością spiskowca [za punkt odniesienia weźcie sobie definicję 'trucizny' jako "kobiecej broni"].

W ostatniej fazie rozwoju mb02 świat lodu zestala się, uspokaja. Nad spętaną mrozem krainą frunie lekki, delikatnie korzenny (cynamon, gałka muszkatołowa, sok z bazylii) wiatr. Już nikt nie broni goździkom wykazywać się ich słodkawym urokiem, oczywiście stosownie ocenzurowanym, więc pozbawionym zdolności wywoływania zawrotów głowy, tak pożądanych w świecie rozgrzanym promieniami słońca. Tutaj jednak postawiono na floralną łagodność, i tak nadzorowaną przez ostry puder z irysa o mocy opiłków metalu. Pojawia się nawet cień labdanum, któremu jednak do dzieł sygnowanych przez Normę Kamali czy Donnę Karan tak daleko, iż rozpoznanie składnika staje się prawdziwym wyzwaniem. jedyny trop naprowadzający na czystkowe opary to delikatna woń umytego ludzkiego ciała, przesycająca bazę kompozycji; łagodnie ciepła, dogłębnie spokojna stapia się z bezkresną bielą ziemi i chłodnym błękitem czystego nieba w sposób doskonale wyważony.

Świat, którym władała Królowa Śniegu, wcale nie musiał być tak straszny. Andersen załatwił mu czarny piar. ;) Z całą pewnością.

Rok produkcji i nos: 2007, Mark Buxton

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, niezbyt przylegający do skóry, ale też nie przyczajony tuż nad jej powierzchnią. Na wszelkie okazje.

Trwałość: od ośmiu do blisko dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: Fragrantica i Wizaż (ten z pewnością powtarza za słynniejszą "koleżanką") widzą w mb02 szypr, z czym nie potrafię się całkiem zgodzić. Dlatego określę grupę jako szyprowo-aromatyczną.

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, aksamitka, bazylia, fiołek
Nuta serca: fiołkowe liście, goździk (kwiat), irys, labdanum
Nuta bazy: benzoes, piżmo, drewno sandałowe, żywica jodłowa
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://fineartamerica.com/featured/snow-flower-rona-black.html
2. http://www.ipadwallpaperhd.com/view/snow_flowers-1440x900.html

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Trzykrotka

No dobrze, kwiatek potrojony. :)
Czyli trzy kwiatowe niszowce, kompletnie niezaskakujące, ale - z pewnych względów - w świecie ostrej głównonurtowej rywalizacji musiałyby wypaść z rynku jeszcze szybciej, niż nań trafiły.

Przypadek pierwszy to Rose Sauvage od Antonio Viscontiego. Składnik tytułowy przedstawiono tutaj jako kwiat esencjonalny, pylisty, słodki, otoczony przez subtelne akordy alkoholowe. Hm, może raczej: słodowe, drożdżowo-waniliiowe na miękkiej, brunatnej w barwie i niedosłownie czekoladowej w wyrazie paczulowej poduszce.

Przywodzi na myśl klimaty niedzisiejsze, jakkolwiek nie zawsze retro. Wypomadowane róża, jaśmin, goździki czy orchidea najzwyczajniej nie należą do ulubieńców współczesnych dyktatorów perfumiarskich trendów; rzecz jasna ze szkodą dla ogółu materii. ;> Szczególnie, kiedy układają się w kompozycję jednocześnie pudrową i oleistą, udekorowaną girlandami słodkiej (ale niejadalnej!) biżuterii w postaci tonkowych brosz, tuberozowych pierścieni, ambrowych kolczyków bądź waniliowych kolii. I już wiadomo, jak bardzo bogatą jawi się całość pachnidła, jak gęstym tekstem musiano napisać jego formułę.
Róża, upojne kwiaty oraz jeszcze więcej róży; niejadalne słodkości; pudrowe paczuli utarte z ambrą; duża szczypta egzotycznych przypraw - dzięki nim Rose Sauvage trzyma się z dala od plastikowych syntetyków. Przeznaczona raczej dla poważanych konserwatywnych dam (by nie rzec: matron), ale warta uwagi, wykonana poprawnie, ze składników, którym trudno cokolwiek zarzucić.
Spalone lampami solaryjnymi nastolatki oraz pełne pretensji snobki skazałyby by ją na śmierć w mgnieniu oka. Na śmierć albo reformulację, przy czym nie jestem pewna, które wyjście byłoby tym gorszym. ;>

Kolejne pachnidło wydaje się być predestynowane do (nadal hipotetycznego) dłuższego życia na półkach przeróżnych sefor i daglasów. Przynajmniej w teorii.
Lecz praktyka przedstawia się daleko mniej różowo: to, co może i jest nadzwyczaj sympatycznym, noszalnym oraz w gruncie rzeczy lekkim kwiato-paprociowcem dla Pań, co w każdej ilości nie przytłacza a nawet plasuje się w nurcie ukochanych przez tłumy perfum świeżych, w praktyce okazałoby się najwyżej chwilową modą, szybko przemijającym kaprysem lub wyznacznikiem pozerstwa.
Powód jest prosty: cena. Która w przypadku Magnolia Romana od Eau d'Italie odzwierciedla jakość wykonania dzieła; nie ma niczego nagannego w żądaniu 120 dolarów lub 380 złotych za 100 ml pachnidła stworzonego ze znawstwem i - przynajmniej umiarkowaną - cierpliwością, przy pomocy najlepszych składników. Tyle, że nie w świecie, który za motto obrał sobie slogan "równaj w dół!". Gdzie potencjalne nabywczynie szybko wystawiłyby imponujący rachunek przyjemnemu, mało dosłownemu swieżakowi, opartemu na grze olejków cytrusowych, lekkich nut drzewnych, łagodnych przypraw oraz akcentów ozonowo-wodnych. Nie da rady, nawet jeśli aromat z czasem poczyna zalotnie mruczeć przy skórze, kusić miksem cedru z lilią wodną, łagodnymi promieniami słońca przemieszanymi z leciutkim piżmowo czystym pudrem.
Współcześnie jakości nie sposób wpisać w koszta; ona nie kalkuluje się w czasach, gdy i tak mało kto potrafi ją rozpoznać. Ergo: najlepiej i najtaniej będzie, kiedy ją usunąć. ;>

Na kolejną bohaterkę dnia wybrałam lewkonię. Dokładniej: Night Scented Stock z cyklu Antologii marki Penhaligon's.
Na dobry początek muszę Wam wyznać, iż nie pamiętam zapachu owego niepozornego kwiatuszka. Dlatego muszę radzić sobie bez świadomości, jak NSS wygląda na tle natury. :) Obym jakoś wybrnęła.
W ramach intymnych wyznań rzucę jeszcze, że brytyjska Maciejka jest jedynym spośród dzisiejszych pachnideł, które widziałabym na swojej półce. Może nie w takiej ilości, jaką proponuje producent, ale jako miniaturkę czy odlewkę.. kto wie?

Teraz do rzeczy.
O tym zapachu trudno pisać w sposób konwencjonalny, rozbierając go na czynniki pierwsze i układając w głowie niczym matematyczne wzory. Poza jednym wyjątkiem czuję przede wszystkim pastę skomplikowaną strukturalnie, ale o prostolinijnym duchu: na poły korzenną i słodką, chwilami ziemistą o niepokojąco "męskich" konotacjach, za którymi stoją dodatki żywicznego drewna, wetywerii, fiołka czy skóry, lecz w pierwszej chwili - jednoznacznie kwiatową, posłuszną we wszystkim lekkiemu, zielonkawemu jaśminowi.
Night Scented Stock stanowi ukłon w stronę perfumiarstwa klasycznego, stylowego, skupiającego się na pięknie według jego wczorajszej definicji, paradoksalnie w mniejszym stopniu spolaryzowanego przez interkontynentalnych speców od marketingu. Jakość nie do przejścia dla miłośników nie tego, co "piękne" lecz tego, co "łatwe", lekkie; nie dla ludzi, których światem rządzi sztywny przymus wtapiania się w tłum, zwany też zakazem wychylania. ;P
Kiedy myślę o klasyfikacji NSS przypominam sobie opinię na temat bodajże jednej z wód Hermèsa, przeczytaną dawno temu a wyartykułowaną przez dziewczynę, z pewnością miłą, uroczą i konformistyczną: "Nie lubię, kiedy piszecie, że to uniseX! [ ;> ] Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego!" Urocze, prawda? ;) Tak gęsie, że aż rozczulające.

Oto, jak trafiłam na koronny dowód, dlaczego Rose Sauvage, Magnolia Romana, Night Scented Stock oraz wiele innych kompozycji mimo, że w zasadzie typowe i niezbyt oryginalne, szybko zginęłyby śmiercią tragiczną, zagryzione bądź zagłodzone. Rządzi nami zasada bezpardonowej oznaczoności, konieczność ciągłego dopytywania się: "Co o tym sądzisz?", "Dlaczego nic nie mówisz?" albo "Nie wyglądam w tym grubo?". ;) Opinia osób trzecich nie jest już komplementarna do naszej lecz stanowi o sednie życiowych wyborów. Pozwalamy innym decydować i de facto żyć za nas. Okropne, ale prawdziwe. Zresztą, nie tylko w przypadku perfum.

Antonio Visconti, Rose Sauvage

Rok produkcji i nos: 2005 lub później, Antonio Visconti

Przeznaczenie: mocny, dosyć silny zapach stworzony dla kobiet.Efektowny i chwilami ciężki, więc raczej na okazje wieczorowo-formalne

Trwałość: od ośmiu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, pomarańcza, róża damasceńska, goździk (kwiat)
Nuta serca: irys, jaśmin, bób tonka, paczuli
Nuta bazy: tuberoza, absolut różany, szara ambra, wanilia


Eau d'Italie, Magnolia Romana

Rok produkcji i nos: 2008, Alberto Morillas

Przeznaczenie: lekki, sympatyczny i orzeźwiający zapach skierowany do kobiet. Wyraźny, ale nie męczący; żywy. Na gorące dnie i wieczory.

Trwałość: w granicach pięciu-siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: świeżo-kwiatowa (i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: bazylia purpurowa, liście cytryny, gałka muszkatołowa, cyprys, neroli
Nuta serca: róża, magnolia, tuberoza, lotos, akordy wodne i ozonowe
Nuta bazy: białe piżmo, cedr wirginijski, siano


Penhaligon's, Night Scented Stock

Rok produkcji i nos: (1976) 2009, ??

Przeznaczenie: zapach dla kobiet, ale z przechyłem w stronę odważnego uniseksu. O nieprzesadnie dużym sillage, ciepły i przyjazny; na wszelkie okazje.

Trwałość: w porywach do sześciu godzin, więc nie powala

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: goździki (przyprawa), cynamon
Nuta serca: lilia, jaśmin, ylang-ylang, heliotrop, fiołek
Nuta bazy: wetyweria, paczuli, benzoes, bób tonka, wanilia, piżmo
___
Dziś ... ... chyba zapomniałam, co testuję! :D

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.routard.com/photos/paris/45588-rose_sauvage.htm
2. http://kateiredale.typepad.com/inspired/2011/04/the-warrior-within.html
3. http://flickrhivemind.net/User/alexv1n/Timeline

piątek, 13 stycznia 2012

A niechaj narodowie wżdy postronni znają,

iż Polacy to gęsi, co wszystko powtarzają!


No, może nie tyle gęsi, co papugi: ponieważ bezrefleksyjnie trzepią w klawiatury swoich komputerków, z upodobaniem wciskając w każdy możliwy wyraz litery "X" lub "V".
O-HY-DA!

W myśl tradycji gramatyki polskiej, literę "x" zastępuje dwuznak "ks", prawda? Byliście w szkole na tych lekcjach, czy może włóczenie się po okolicy sprawiało daleko większą frajdę? ;> Chociaż nie; niemożliwe, żeby co najmniej siedemdziesiąt pięć procent społeczeństwa opuszczało te same zajęcia!
Tymczasem skutki niechlujności umysłowej widać nawet w naszym światku, jakże rozmiłowanym w nadużywaniu takich stylistycznych koszmarków, jak "unisex", "sexowny", "styrax" itd. Rety, już samo napisanie tych słów kosztowało mnie sporo wysiłku. Więc jak nie myśleć o nich źle?

Podobne uczucia mam, kiedy widzę rozlewający się na całe trzy sylaby wyraz "vetiver". Już wolałabym "wetiwer", choć prywatnie skłaniam się ku starszej (i naturalniejszej) formie "wetyweria".

Mam teorię. Zakłada ona, iż gros rodaków w momencie opuszczenia murów szkoły przestaje rozwijać swoje słownictwo w sposób aktywny i twórczy. Dlatego wyrażeń, których nie zdołaliśmy poznać w trakcie edukacji, po prostu nie potrafimy, może nawet nie chcemy?, dostosować do zasad rodzimej ortografii. Stąd nie tylko wspomniane już potworki, ale nawet rozkwitły kilka miesięcy temu na jednym z forów astronomicznych wątek, a właściwie sam jego tytuł, który doprowadził mnie na skraj stanu przedzawałowego: "Niebo nad Mexykiem". Nad Mexykiem! Nosz, na litość bogów!
Lecz ostatecznie cóż w tym wyjątkowego? Wiedza, której nie rozwijamy, w końcu poczyna zanikać. Kto wie, może jej brak cofa nas w rozwoju? ;>
Jak myślicie?
___
Dziś noszę Amethyst marki Lalique.

czwartek, 12 stycznia 2012

Z głębokości wołam do Ciebie

De Profundis, czyli najnowszy "pałacowy dzwon" od Lutensa, wpadł w moje ręce dzięki uprzejmości pewnego Jarosława Mądrego. ;) Ilość pachnidła pozwoliła na dwa skąpe testy, których efekty dziś publikuję.


Twórcy zapachu chcieli za jego pomocą przekazać, że Śmierć to z pewnością kobieta. Wizja odzianej w czerń, stoickiej postaci o kobiecych rysach, która przeprowadza ludzkie dusze na Drugą Stronę oraz jest posłańcem niosącym w przestworza słowa żałobnych modlitw wydaje się na równi silna oraz intrygująca.
Zafascynowała chyba każdego miłośnika niszowych pachnideł i to już w chwili, gdy wyjawiono plany stworzenia De Profundis. Nauczeni doświadczeniem lat olfaktorycznej nie-pokory, łamiącej schematy mrocznej egzaltacji, zaklętej w dymach, drzazgach, wiekowych lasach i starych piwnicach obietnicy nekromantycznych rozkoszy oczekiwaliśmy pachnidła, które zjeży nam włosy na karku. Po raz kolejny zapomnieliśmy, że domniemane demony z Avignonu, Black Aoud czy Patchouly istnieją wyłącznie jako projekcja naszych własnych wizji świata bądź nas samych.
Tymczasem życie w osobach Serge'a Lutensa i Christophera Sheldrake'a postanowiło nam o tym przypomnieć.
Czekaliśmy na czarną mszę, sabat lub choć porządne, w 3D urealnione Dziady. ;) Dostaliśmy naręcze cmentarnych lilii. :)


W pierwszej chwili poczułam niejaki żal, iż zamiast głębokiej, chociaż ciepłej, mroczności zaserwowano mi tak przejmującą, że aż ogłuszającą zieleń w stylu słodkich białych kwiatów. Taką, która przywodzi na myśl okołocmentarną kwiaciarnię, gdzie ostry, nieznoszący najmniejszego sprzeciwu aromat gardenii, frezji czy lilii nie przeszkadza nikomu, poza pracownikami. ;) Jest tak silna, że pachnidło zastosowane w większej ilości niechybnie sprowadziłoby ból głowy, nawet na mnie.

Ani odzianej w czerń kobiety z kosą, ani tytułowej modlitwy nie uświadczymy. Przynajmniej nie w sposób dosłowny.
Ponieważ Śmierć może postąpić, jak baśniowa czarownica, która prosiła przechodniów o przysługę (później nagradzaną złotem) pod postacią ubogiej, zgiętej wiekiem staruszki, ale też hożej, rumianej niewiasty w średnim wieku i koralowym naszyjniku. :) Dlaczegóż zatem nie miałaby przyjąć postaci strażniczki miejskiej, lekarza z pogotowia, parkowego wróbla czy.. młodego Brada Pitta?
Z tego samego powodu nikt nie mruczy nad naszymi uszami: "Z głębokości wołam do Ciebie, Panie". Wszak modlitwa za nasze dusze równie dobrze może rozpocząć się od rozmowy, którą podsłuchaliśmy w autobusie, telefonu od ukochanej osoby lub popularnego przeboju muzycznego.
Czy zawsze dostajemy sygnały w sposób jednoznaczny określające, kiedy zaczyna się koniec?
Nie wiem. Mam małe doświadczenie w umieraniu. :)

Dlatego też nie zamierzam narzekać na De Profundis, które z jednej strony rzeczywiście podchodzi do tematu za pośrednictwem tej banalnej, bardziej przyziemnej kwestii, lecz z drugiej proponuje koncept w gruncie rzeczy niełatwy, gdyż rozbijający w drobny mak nasze uprzednie wyobrażenia. Nie ma mroku i demonów, jest jasne, słodkie światło, dziewczęca zieleń i - wielki spokój.


Jego przybycie możemy wyczuć już w pierwszych chwilach, kiedy wspomniana soczysta zieloność jeszcze nie zdąży pokryć się floralną słodyczą lecz jest głęboka, nieco ziemista, pieprzowo ostra, przywodząca na myśl aromat rozgrzanej słońcem ubitej ziemi. Ów akord szybko przemija, by rozwinąć się w to, co już zdążyłam opisać.

Po pewnym czasie słodycz kwiatów cichnie, znikając pod jasnym pudrem. Lecz i ten nie trwa zbyt długo, zastąpiony przez powracające nuty ostro-ziemiste, tym razem raczej zimne, wilgotne jak również pulchne. Ciepło czerpią pasożytniczo, z ludzkiego ciała, dzięki czemu dziwny, niedosłowny pieprz ma okazję potańcować z wonią kwiatów o zdecydowanie mało sztampowym charakterze oraz duchu, który na potrzeby tej recenzji określiłam jako "cmentarno-zasadowy". W tej chwili wiem, iż jest to kwiat, który zna bodaj każdy na tej szerokości geograficznej, szczególnie w kontekście cmentarnym. Chryzantema. :) Wiecie, co mam na myśli? Ona nie pachnie w popularnym tego słowa znaczeniu, jakkolwiek woń wydziela mocną. ;)
I właśnie taka chryzantemowa delikatność [tak, C.S. uładził mocarne ziemiste kwiatuszki], osnuta wokół suchych, gryzących nut ziemi i drewna, subtelnej dymnej poświaty [choć czy to kadzidło, czy znicze czy palone liście nie potrafiłabym określić] w otoczeniu czegoś, co przypomina zwietrzałe opiłki metalu stanowi o sednie ostatniego etapu rozwoju De Profundis. Od czasu do czasu wracają widma słodkich, zmysłowych kwiatów, otulonych zaprzeszłą zwiewnością zieleni.

Może nie jest to najcudniejsze pachnidło, jakie znam, być może znam sporo lepszych, dziwniejszych, bardziej pięknych, może nie pragnę posiadać flakonu na własność, może nie. Lecz jedno wiem na pewno: jeśli wyzwolimy się ze sztywnych ram naszych oczekiwań odnośnie pachnidła o funeralnych konotacjach, wówczas czeka nas spokojny, odprężający i zaczarowany spacer po starym cmentarzu, gdzie świat trwa w troszkę innym porządku a życie i śmierć przenikają się w sposób praktycznie niezauważalny.
I jeszcze jedna uwaga: informacje o śmierci duetu Lutens-Sheldrake uważam za mocno przesadzone. Panowie, a zwłaszcza ich nowe prace, nadal mają się świetnie. W dalszym ciągu robią nam zapachowe niespodzianki. :) Nieprzerwanie od lat.

Rok produkcji i nos: 2011, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach raczej uniseksualny, o nieprzesadnej mocy i projekcji [choć taka klasyfikacja może być zasługą skromnych ilości testowego materiału, więc - jakby co - nie wysyłajcie mi listów z pogróżkami, dobrze? ;) ]. Na wszelkie możliwe okazje, z tymi najelegantszymi włącznie.

Trwałość: na pewno w okolicach siedmiu-dziesięciu godzin, a pewnie i dalej

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: akordy zielone, białe kwiaty
Nuta serca: chryzantema, fiołek, przyprawy
Nuta bazy: nuty drzewne, kadzidło, akord prochów (? (ziemi?))
___
Dziś Brooklyn marki Bond No.9.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. i 3. http://pixdaus.com/?sort=tag&tag=cemetery
2. http://oxfordadvisors.com/woke-edward-harris-funeral-houston/

wtorek, 10 stycznia 2012

Wspomnienia galerianki

Chociaż nie zamierzam pisać o tym, o czym myślicie. :) Wspomnienia także nie będą zbyt odległe. Ot, wczoraj i dziś odwiedziłam w przelocie jedną z wrocławskich galerii handlowych oraz znajdujące się weń perfumerie dwóch wiodących sieci. I oto, czego tam doświadczyłam (na sześciu przykładach):

Dsquared2, Potion

Ziołowo-przyprawowe, mocne kadzidło; ostre, wyraziste, chwilami nawet agresywne. O dokładnie rozpisanej nucie pieprzu, podbitego paczulową różą. Całość jest drzewna, przyjemnie zmysłowa, dosyć trwała. Jakkolwiek niekoniecznie oryginalna, ponieważ nie mogę przestać myśleć, iż Potion przemija niemal identycznie do Ikon marki Zirh. Zapach starszy wysładza się, młodszy natomiast pudruje. Wówczas też zaczyna męczyć jego syntetyczność, jakaś papierowa poświata. Pocieszam się, że jest to cecha charakterystyczna dla skóry kobiecej. :)

Skład:
mięta, tymianek, dzięgiel, cynamon, pieprz, goryczka, róża, drewno kaszmirowe, ambra, piżmo, paczuli


Karl Lagerfeld, Karleidoscope

Teoretycznie miły, lekki, nieco zielonkawy kwiatowiec na gładziutkiej drzewno-cielesnej bazie. Za zieloność odpowiada sympatyczny, aksamitno-ziemisty fiołek, podbity promieniami słońca skierowanymi na słodkie nuty frezji oraz anyżku. Z czasem kompozycja mięknie, staje się bardziej słodka, pudrowa, paczulowo-bogata, aż do... tak! Do rozsławionej na Pracownianych łamach nuty oranżady. ;) Rety, po tak cudnym otwarciu - znowu intensywne musowanie. I cóż z tego, że ewidentnie dobrej jakości?
Tym razem sobie daruję, lecz Was zachęcam do testów. ;)

Skład:
dzięgiel, frezja, heliotrop, fiołek, bób tonka, benzoes, piżmo, paczuli


Ted Lapidus, White Soul

...czyli więcej oranżady, szczególnie w otwarciu. Później kompozycja nieco delikatnieje, lecz i tak zaczyna mnie męczyć. Żal wzmaga się, kiedy patrzę na nuty.
Dziełko obiektywnie całkiem poprawne, zdatne do częstego użytku.
W osobie Lapidusdowego pachnidła mamy także żywy dowód na to, że kontekst ma kolosalne znaczenie w naszym odbiorze świata. Bo dlaczego - DLACZEGO - nie poznałam White Soul tuż po premierze w 2010?? ;)

Skład:
morela, mandarynka, śliwka, nagietek, kwiat pomarańczy, heliotrop, szafran, bób tonka, benzoes, labdanum, ambra


Ted Lapidus, Black Soul

Niealfabetycznie postawiłam literę W przed B. Nie bez powodu. Podobnie jak w powyższym przypadku, także męska wersja (z 2009 roku) wprawiła mnie w niejakie zakłopotanie. Bez wdawania się w szczegóły: wdzięczna, kusząca drzewną strukturą, słodkawa i musująca jak w amoku, w rzeczywistości okazuje się uzupełniać młodszą siostrę. Co oznacza, że trafiłam na jeszcze jedną oranżadę, tym razem doprawioną "po męsku": cynamonem, kardamonem, szczyptą gałki muszkatołowej oraz tłustymi nutami egzotycznego drewna. W tle co nieco skóry. I to wszystko układa się w oranżadę o bliżej nieokreślonym smaku. Znowu.
Znowu.

Skład:
neroli, bergamotka, szafran, cynamon, kardamon, mięta, balsam tolutański, drewno gwajakowe, drewno cedrowe, nuty żywiczne, piżmo


Loewe, Solo

Skoro łamać porządek alfabetyczny, to na całego! :)
Kompozycja firmowana twarzą osoby o mało konwencjonalnym (jak na światek reklamy lajfstajlowej) wyglądzie odzwierciedla nurt współcześnie raczej kontrowersyjny. Jest bowiem tak mocna i trudna do przeoczenia, że to aż dziwne. ;> Wyrazista, przemożna, wwiercająca się w przegrody nosowe aż do granic sadyzmu. A przy tym jasna, w miarę klasyczna, wdzięczna i dźwięczna. Hiszpańska do cna, czyli przedstawiająca cytrusy pozbawione słodyczy i innych przygładzających je ozdobników, orzeźwiająca w sposób niebanalny, bo na ostro.
Oraz bardzo "noszalna", na wszelkie możliwe okazje.
P.S.
Nie piszę o wersji Absoluto. Tej bałabym się tknąć. ;)

Skład:
lawenda, tymianek, bergamotka, cytryna, mandarynka, gałka muszkatołowa, różowy pieprz, cynamon, kminek, nuty drzewne


Valentino, Valentina

Komu było mało przecukrzonej oranżady, tutaj ma jeszcze jedną porcję. ;>
Miękka, słodka, pudrowa, usiłująca wdzięczyć się do każdego, kto choć na chwilę zawiesi nad nią nos. Ponieważ jest i lekka, i świeżuteńka, i słodka a nawet delikatnie drzewna, rzecz jasna w sposób jasny i śmietankowy. Kwiaty także mają za zadanie przypodobać się każdemu. Krótko mówiąc: banał.
Co nie zmienia faktu, że i tak jest to bodaj najlepsza kompozycja od Valentino, jaką miałam okazję poznać. W sumie przygnębiające, jak sobie rozmyślam.

Skład:
bergamotka, biała trufla, tuberoza, kwiat pomarańczy, jaśmin, poziomka, drewno cedrowe, ambra
___
Dziś Szulc Pierwszy. ;)

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Lawenda z gór


Dziś zachciało mi się lawendy. Niestety, najbardziej odpowiednia moje zbiory zasila ilością niezbyt imponującą, gdyż próbkową. A właściwie: zasilała, ponieważ okazało się, że "przy życiu" uchowały się już tylko pojedyncze krople. Więc warto pospieszyć się z recenzją. Owym cudem, które poprawia mi dziś mocno nadwątlony humor jest Gris Clair od Serge'a L.

Pierwszym skojarzeniem z kompozycją jest wątłe światło, przesączające się przez ściany jakiejś zapomnianej groty. Gdzieś pomiędzy rysunkami naskalnymi a szkieletami zwierząt kopalnych, które wieki temu wpadły w naturalną pułapkę, siedzi sobie nowożytny (niekoniecznie współczesny) pustelnik, pragnący ogłuchnąć na wszystko, co nie jest Absolutem. Osobnik otwarty na Wszechświat, głuchy na bliźnich. Wielki mistyk, mały Człowiek.

Dlatego też szybko porzuciłam taką wizję. Ponieważ Gris Clair w zasadzie daleko do równie antypatycznych klimatów. Ono jest ciepłe, żywe, nawet życzliwe, choć niekoniecznie łatwe we współżyciu. Chwilami samowolne, zbyt wtulające się w ciało, nie zawsze żywiczne w sposób, który by mnie zadowalał, za to piękne urodą niedosłowną, wymagającą otwartego serca i głowy, samodzielne oraz inteligentne. Nie bojące się swobodnego lotu.
Żaden z niego zadufany w swą szczególną więź z Bogiem, więc tym samym grzeszący pychą, pustelnik. Nie jestem nawet pewna, czy aby przedstawiciel gatunku Homo.
Po prostu Byt.


Z samego początku rzeczywiście mocno lawendowy, wycofany, doprawiony ziołami: szałwią, rozmarynem może też szczyptą piołunu. Dopiero po dłuższym czasie mieszanka ogrzewa się, nabiera kolorytu drzewnego. Dzięki niemu lawenda poczyna reagować z nutami cieplejszymi, nieco ambrowymi, dla kontrastu gęsto naszpikowanymi ostrymi irysowymi szpilkami.
Jeszcze później składnik zasadniczy niemal znika pod zwałami szczap cedrowo-sandałowcowych oraz kadzidlanego, mocno dymnego irysa. Nie trzeba wielkiego wysiłku, aby ujawnić podobieństwo do gęstego tumanu fajkowo-sziszowego [choć wiem, iż jest tylko zręczną iluzją]. Ten etap ma w sobie intrygującą ciężkość, typowo Lutensowy sznyt, frapująco bogatą oraz rozstrzeloną między kilka co najmniej wymiarów. Szczególnie, kiedy tak pięknie wibruje i drga z amplitudą imponująco gęstą.

Lecz w tej samej chwili aromat nie traci niczego z przyrodzonej lawendzie przestrzeni. Szczególnie w finale, gdy wyważone bogactwo nut zanurza się w głębi, która zdaje się nie mieć końca. Kiedy ambra staje się doskonale cielesna, zaś okalające ją nuty słodkie tworzą zwiewny acz rozgrzewający woal. Wówczas kadzidło z drewnami i irysem po raz wtóry splatają się w zasłonę, która na przemian odsłania i kryje lawendowy trzon kompozycji. W miarę upływu czasu rośnie poziom słodyczy, nigdy jednak nie przejmuje kontroli nad całością zapachu.
Całość kusi i mami, zachęca i odpycha. Uwodzi może bez szczególnego wyrafinowania za to szczerze; jakby mimochodem, kompletnie niechcący. Wspominałam, że uroda Gris Clair nie należy do oczywistych dla każdego. :)
Jeżeli jednak zdołamy pochwycić konwencję i pozwolimy pachnidłu działać swobodnie, wówczas ani się obejrzymy jak zaczniemy wspinać się na niedosiężne szczyty w poszukiwaniu jedności z... tym, do czego tęsknimy najmocniej. :) Czas rozejrzeć się za całym flakonem.

Rok produkcji i nos: 2006, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o zmiennej mocy (choć najczęściej prezentuje typowy dla Lutensów, ciężki kaliber). Na wszelkie okazje, pory roku oraz dnia.

Trwałość: od dziesięciu godzin w górę (nawet do 24h)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

lawenda, irys, ambra, bób tonka, kadzidło, nuty suchego drewna
___
Dziś noszę właśnie TO. :D

P.S.
Źródło dwóch pierwszych ilustracji: http://n2n-life-for-rent.blogspot.com/2011/04/nature-5.html

sobota, 7 stycznia 2012

Gdybam o perfumach, łakociach i trunkach

Bezpośrednią inspiracją dla niniejszej notki był mój wybór perfum na czas "po-kąpieli" [czyli w tej chwili :) ], muzami pośrednimi zaś były dwa wpisy zaprzyjaźnionych Blogerek: Olfaktorii o wysypie polskich perfum oraz Anny Marii na temat ikon mody, których pozbawiło Polaków pół wieku socjalizmu. Zaś sama myśl zaszczyciła moją głowę podczas otwierania próbki z 1270 marki Frapin & Co.

Skoro nazwa pachnidła zawiera w sobie datę, od której rodzina Frapin zajmuje się produkcją koniaku pomyślałam, ile straciliśmy, w brutalny sposób przerywając istnienie - a czasem wręcz epokę prosperity [no dobra, akurat TO przerwał kto inny, we wrześniu 1939 roku... ;) ] - niektórych marek powiązanych z gastronomią.
Nieraz, w ramach samowolnie uprawianej kontrafaktycznej historii kultury, rozmyślałam jak dziś miałyby się takie marki, jak E.Wedel, Blikle czy J.A.Baczewski, gdyby nie druga wojna światowa i panujący tu po niej porządek polityczny. Czy zniknęłyby pod naporem konkurencji, bardziej skorej do ekonomicznych kompromisów, czy połączyłyby się w koncern w rodzaju LMVH, a może nadal by trwały mocne, samodzielne, niezagrożone oraz - ikoniczne?
Może nawet - zaryzykujmy założenie - byłyby skłonne zainwestować w, ostatnimi dekady modną, promocję za pomocą własnych perfum? ;) Jak myślicie?

Biorąc pod uwagę fakt, iż wszystkie wymienione nazwy handlowe wykorzystywane są współcześnie, ryzyko teoretycznie istnieje. ;) Więc postanowiłam się zabawić i poszukać nut, którym najlepiej przyjdzie oddać charakter danej marki, jej specjalności oraz tradycji.
Zechcielibyście dołączyć?


Fabryka wódek i likierów J.A.Baczewski istniała we Lwowie od roku 1782, nic więc dziwnego, że miała czas, by urosnąć nie tylko ekonomicznie, co umożliwił tytuł Cesarsko-Królewskiego Dostawcy Dworu oraz późniejsze sprytne akcje promocyjne [w tym jedna uknuta do spółki z rosyjską marką Smirnoff; tak, ten Smirnoff ;) ] ale także kulturowo, w oczach Lwowiaków urastając do rangi lokalnej dumy oraz stając się słownikowym synonimem wódki w ogóle. ;) Pasmo sukcesów przerwało bombardowanie fabryk i magazynów przez Luftwaffe we wrześniu 1939 roku (ponoć paliły się przez ładnych kilka dni). To, co przetrwało lotniczą hekatombę, po 17 września trafiło na Sowietów. I tyle Polacy "Baczewskiego" widzieli... ;>
W roku 2011, po latach wiedeńskiej emigracji, marka J.A.Baczewski wróciła na polski rynek. Czego żałuję, to faktu, że jeszcze nie dane mi było spróbować jej wytworów.

Mimo to pozwoliłam sobie na gdybanie, jak też mogłyby pachnieć perfumy osnute wokół legendy Vodki Monopolowej J.A.Baczewski, z najwyższej jakości spirytusu ziemniaczanego. :)
Cóż, produkt tytułowy ewidentnie odpada, choć co nieco paczuli raczej nie powinno zaszkodzić. Lecz o niej dopiero w bazie.
Gdyż wprzódy postawiłabym raczej na nuty wytrawne, męskie, w klasyczny sposób paprociowe. Tak, aby miłośnicy topornych świeżaczków bez trudu mogli sklasyfikować perfumy od Baczewskiego jako "dziadkowe". ;> Ponadto przeczuwam woń bergamotki, suchej cytryny, cichego geranium, brzozowych soków, nieco zużytego zamszu, kapeczki cielesnego kastoreum, rześkich cedrowych wiórów.
Ażeby całość była stanowcza, acz dystyngowana, dżentelmeńska, dosyć żywa aczkolwiek unikająca prawienia tanich pochlebstw byle komu. Spokojna, ale wykonana ze składników wyłącznie najwyższej jakości.
Dosyć bliska skórze.

Lecz prawdziwym wyzwaniem byłoby skomponowanie odpowiadającego im pachnidła dla kobiet. Ono moją wyobraźnię przerasta. ;) Przynajmniej chwilowo.


Który to problem nie istnieje w przypadku pachnidła opisującego dzieje Wedla (BEZ przedimka "22 Lipca" ;) ).
Nie potrzeba szczególnej fantazji by wydumać, co też mogłoby być przewodnią nutą perfum marki E.Wedel. ;) Czekolada w każdej możliwej postaci, istne szaleństwo akordów gourmand!
Od gorzkiej, oddającej aromat świeżo wypalonych i ledwie zmiażdżonych ziaren, doprawionych nęcącymi dodatkami chili oraz galbanum i nut mlecznych przez śmietankowo-sandałowcowo-leśną (od owoców leśnych) po delikatny jasny puder czekolady białej, otaczającej plaster kandyzowanej pomarańczy, utrzymującej się na ludzkim ciele dzięki dodatkowi białego piżma.
Tak, Wedel to bułka z masłem. :) Oraz prawdziwe pole do popisu!


Skoro wspomniałam już o maśle, pójdę za ciosem. :)
Blikle, A.Blikle słynie z pączków, wypiekanych nieprzerwanie od roku 1869 (uwaga! te franczyzowe smakują zupełnie inaczej). Ów produkt, w dzisiejszych czasach niemal grzesznie sybarycki, bezczelnie smaczny mimo - dzięki - smażeniu w głębokim tłuszczu nie zna podziałów po linii wieku, przekonań politycznych czy płci. Ostatni z rzeczowników szczególnej mocy nabiera zwłaszcza z olfaktorycznego punktu widzenia. ;)

Gdyż wymyśliłam sobie, że pachnidło od Bliklego mogłoby być rasowym uniseksem, bez odchyłów w żadną ze stron, a przy tym w sposób oczywisty zajmującym miejsce w nurcie pachnących smakowitości. Cóż, zadanie nie wygląda na łatwe.
Chciałabym widzieć (czuć?) zapach marki Blikle osnuty na woni niesłodkiego drożdżowego ciasta, ciężkiego od wanilii w stylu tej rodem z męskiej Romy Laury Biagiotti, które dopiero z upływem czasu zaczyna wpadać w klimaty słodkiego, nieco oleistego drewna gwajakowego, nadpalonej melasy oraz ostrawego sandałowca. Dla kontrastu można by dodać nieco cynamonu spokrewnionego z Musc Ravageur; nawet dobrze się składa, bowiem ten mógłby potowarzyszyć aromatycznym, niekoniecznie słodkim sokom z pomarańczowej skórki oraz żywej ambrze.
Kto mógłby stworzyć ów zapach? Maurice Roucel, Pierre Bourdon a może.. Sophia Grojsman? :)


Skoro fantazja tak mnie ponosi, to czemu nie dodać jeszcze jednego produktu, w założeniu penetrującego obszary nieco bardziej nowoczesne? Gin Lubuski perfumami sygnowanymi własnym logo mógłby utrafić w sam środek tarczy. :)
Wyobraźmy sobie tę fantastyczną świeżość, ułożoną wokół aromatów limonki, jagód jałowca, szczypty bazylii roztartej z cukrem, ozonowych nut morskich, kolendry, drewna cyprysowego czy akordów ziemi. Całość mogłaby być miłym dodatkiem na niezobowiązujące wieczorne wyjścia, odskakującym od skóry, gdy tylko zrobi się nieco chłodniej. A może charakterku dodałyby pomidorowe liście w miejsce bazylii, jak myślicie?
Przy zapachach świeżych moja wena najwyraźniej bierze sobie wolne. :) Lecz z takowego profilu pachnidła marki Lubuski nie zrezygnuję. Współcześni mężczyźni, choć nie tylko oni, zasługują na zieloną, wytrawną świeżość.

Podobno jedyne, co nas tak naprawdę ogranicza, to nasza wyobraźnia. Pozwolę sobie zadać kłam temu stwierdzeniu. Gdyż czy to na pewno zdrewniały nerw fantazji powstrzymał "Baczewskiego" przed dalszą ekspansją na Europę i świat [z czym firma i tak radziła sobie świetnie, wysyłając swoje produkty nawet za Atlantyk, tak na północ, jak i na południe]? Czy to zbyt lekkie traktowanie budżetu pchnęło Wedla w szpony koncernu Nestlé? A może przez ostatnie sześćdziesiąt lat rodzinie Blikle zabrakło, niezbędnej przecież, odwagi, którą to passę przerwali dopiero jaką dekadę temu?
Nie. To nie wyobraźnia nas ogranicza. A raczej: wyobraźnia jest niczym, jeśli w spełnieniu marzeń oraz realizacji celów przeszkadza nam Pani Historia, ta potężna jak i ta troszkę mniejsza.

Choć z drugiej strony... Teoretycznie - niestety czysto - realną szansę na własne perfumy ma inna alkoholowa marka kojarzona z Polską. Myślę o wódce Chopin, której wytwórców najwyższym zwierzchnikiem pozostaje zarząd, wspomnianego na początku notki, koncernu LMVH.


Jemu zalet z posiadania dodatkowego źródła zarobkowania, płynącego z perfumerii całego świata, tłumaczyć raczej nie ma potrzeby. Z czego wynika jeden wniosek, prosty jak konstrukcja cepa: produkcja perfum opatrzonych logo Chopin Vodka niesie ryzyko wtopy. A przynajmniej tak sądzą w krainie winopijów. ;>
Cóż, ich brak zysku, nasza nie-strata (jak można tęsknić do czegoś, o czym nie ma się bladego pojęcia?).

Aczkolwiek, gdybym tylko miała szansę, chętnie przyoblekłabym się w wytrawny szypr marki Chopin. Niezbyt ciężki za to niezwykle nośny. Harmonijny niczym muzyka patrona, zalotnie miękki choć niepozbawiony skłonności do okazywania iście artystycznego temperamentu. Zaś gdyby na jego drodze stanęła jakaś skandalizująca George Sand... :)
Takie perfumy, suche, słoneczno-mchowe, nostalgiczno-wierzbowe, krystaliczne niczym złota grudka bursztynu i bezczelnie proste, orzeźwiająco czyste jak majorkański wiatr, wiejący wprost od morza, byłyby warte wielu dni i nocy spędzonych w towarzystwie duszy genialnego muzyka.
Ba! Tylko kto je stworzy..?


Pięć pomysłów na kolejne polskie perfumy. Niestety, niczym ten owad w bursztynie, pewnie już na wieczność uwięzionych w wyobraźni miłośniczki pięknych zapachów. Szkoda, nawet bardziej niż trochę. Smutne. Co zaskakuje nawet mnie samą. Lecz cóż począć: romantyczny zapał i takaż melancholia. :)
Jak ją wyleczyć?

"Jeden oktawy wielbi Słowackiego,
Drugi znajduje cały smak w sonecie,
Dla mnie zaś cztery wódki Baczewskiego
Tworzą najlepszy czterowiersz na świecie..."

Henryk Zbierzchowski, poeta lwowski
ŹRÓDŁO

A Wy? Może macie pomysły na podobne polskie perfumy? Nie dajmy im zniknąć w całkowitym zapomnieniu! :)
___
Czym pachnę, już napisałam. Wcześniej był Boudoir od Vivienne Westwood (dziękuję, Jarku! :) )

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.luxlux.pl/artykul/wodka-j-a-baczewski-wraca-na-polski-rynek-18777
2. http://www.rodzinny-krakow.pl/ciekawe-miejsca.aspx?KatNazwa=Miejsca%20przyjazne%20rodzinie
3. http://www.poloniamusic.com/PaczkiDay.html
4. http://www.vinpol.pl/page_ginlubuski.html
5. http://www.packagingoftheworld.com/2010/11/chopin-200.html