niedziela, 7 grudnia 2014

W Święta pachnijmy niebanalnie

Grudzień: mikołajki, święta, ostatni dzień roku... Miesiąc idealny dla osób uwielbiających prezenty, zarówno wręczać jak i otrzymywać. :) Moim zdaniem najlepiej ma osoba, które jednocześnie obdarowuje ale i jest obdarowywana; a kiedy obydwa prezenty są trafione i budzą szczerą radość, to już w ogóle cudownie.
Takie sytuacje cieszą najbardziej, takich życzę Wam, Waszym bliskim i oczywiście sobie też. :D

Jednak czy wszystkie rodzaje prezentów są równie trafne? Czy nie ma wśród nich pomysłów wtórnych, nieprzemyślanych, może nawet ocierających się o gafę?
Przecież wszyscy wiemy, że podobne sytuacje zdarzają się dosyć często.


Co roku w grudniu prasa, telewizja, portale internetowe tudzież blogerzy lajfstajlowi bombardują nas tysiącami pomysłów na bożonarodzeniowe prezenty, od kubków i breloczków do kluczy przez ubrania, biżuterię, sprzęt komputerowy czy rozmaite dobra kulturalne aż po perfumy stworzone na indywidualne zamówienie oraz podróż dookoła świata. Dopasowane w sam raz do pojemności naszych portfeli a jednocześnie do zainteresowań i aspiracji przyszłych obdarowanych; niestety, najczęściej aż zatęchłe od stereotypowego pojmowania świata: dla Pań, dużej i małej - złote kolczyki, dla Panów, dużego i małego - konsola do gier. Dla młodzieży sprzęt sportowy, dla seniorów norweskie kapcie oraz Biovital. :]
Tu naprawdę nie potrzeba wielkiego namysłu, żeby pojąć, jak podobne upraszczanie świata jest krzywdzące, jak silnie trąci przemocą symboliczną. To działanie miałkie i niemoralne.

No ale jednak na czymś zarabiać trzeba, jakoś zapełnić szpalty, czas antenowy czy serwisy tematyczne; w takim wypadku połączenie reklamy produktu [naprawdę myśleliście, że oni proponują pakiet filmów od dystrybutora X czy voucher do sklepu Y z dobrego serca? ;> ] z treścią choć trochę merytoryczną wydaje się mediom bardzo atrakcyjne. I prawdę mówiąc nie ma w tym nic złego. :) Szczególnie, kiedy twórcy takich zestawień w ich nazywaniu kierują się nie stereotypem a rysem indywidualnym potencjalnego odbiorcy.
Czyli nie: "idealne prezenty dla niego", "idealne prezenty dla niej", "...dla chłopca", "...dla dziewczynki", "...dla dziadków", "...dla przyjaciółki" i tak dalej ale raczej: "...dla miłośników elektroniki", "...dla geeków", "...dla aktywnych", "...dla romantycznych", "...dla dbających o urodę", "...dla podróżników", "...dla moli książkowych" itp.
Sami widzicie, produkt dalej można i zareklamować, i scharakteryzować, i przeznaczyć dla konkretnej grupy odbiorców ale nikogo już się przy tej okazji nie stygmatyzuje, nikogo nie wpycha przemocą do szuflady i nie zamyka jej na siłę, przy okazji przycinając ucho któregoś z nieszczęśników w środku. ;)

Można wszystko, o ile tylko wie się, jak. :)


No i tym właśnie sęk. Bo przecież o ile względnie łatwo przewidzieć, kogo z naszych krewnych i znajomych ucieszy najnowsza edycja gry Assassin's Creed a kto doceni voucher do najlepszej restauracji w mieście, w przypadku perfum o podobną pewność dużo trudniej. To raczej nie jest temat, o którym większość społeczeństwa lubi sobie pogadać, zatem i o pewną znajomość gustu, nawet osób najbliższych, niełatwo.
Żeby było jeszcze ciekawiej dodam, iż małe szpiegowanko i podglądnięcie aktualnych perfumowych mieszkańców cudzych garderób, toaletek czy łazienek [Błąd! NIGDY nie kupujcie zapachów osobie, która zwykła trzymać je w łazience. I tak nie będzie potrafiła się z nimi obchodzić ;P ] zazwyczaj prowadzi na manowce. Bo ofiarować komuś kolejne takie samo pachnidło to jednak słaby pomysł a poszukiwanie alternatywy za pomocą nosa swojego czy konsultantki z perfumerii może dać jeszcze gorszy efekt: to, co nam może wydawać się idealną kopią zapachu X, jego codziennego użytkownika lub użytkowniczkę będzie drażnić. Nasze powonienia naprawdę potrafią różnić się od siebie bardziej, niż kiedykolwiek moglibyśmy przypuszczać.

Co jednak zrobić, kiedy już wymyśliliśmy prezent perfumowy i bardzo chcemy wcielić nasz plan w życie? Lub kiedy osoba obdarowywana wprost zażyczyła sobie jakiegoś pachnidła? Chcecie wiedzieć?

Ja też. ;> Mam za to pewien pomysł: skoro Boże Narodzenie na naszej półkuli wypada w zimie, porze roku uznawanej za najmniej przyjazną, najtrudniejszą i często - głównie w centrach miast - najmniej malowniczą, gdy dookoła chłód, śnieżyca, plucha, zawierucha, może w takiej sytuacji warto poszukać perfum pasujących do pogody za oknem? Rozgrzewających, odpędzających zimową depresję, pełnych życia?
Choć nadal priorytetem powinien być gust osoby obdarowywanej (w żadnym wypadku nasz własny!), jest to już jakiś konkretny trop, na którym warto się skupić. :)

Dlatego poniżej przedstawię kilka propozycji zapachów, które uważam za spełniające powyższe kryteria. Podzieliłam je dzieła głównego nurtu, dostępne bez problemu bodaj w każdym większym mieście oraz prawdziwe olfaktoryczne termofory, rozgrzewające równie dobrze, jak polar, wełna, termofor oraz herbatka z prądem naraz. ;)
Uwaga! Są to wyłącznie moje propozycje, wybrane przeze mnie a więc chcąc nie chcąc przefiltrowane przez subiektywną interpretację tematu. Potraktujcie je zatem jako wskazówkę, czego mniej więcej szukać w sklepach lub o co dyskretnie podpytać bliskich. Czujcie się swobodnie dodając, odejmując czy podmieniając kolejne przykłady.


W kolejności od góry i od lewej do prawej ilustracja przedstawia:

Narciso od Narciso Rodrigueza - oddala ponure myśli i rozświetla pochmurne dni, jak na jasne, nowoczesne i lekkie pachnidło kwiatowo-piżmowe przystało. :) Plus lekka drzewna zadowoli koneserów. Idealne, dyskretne tło codzienności osób, dla których szklanka jest zawsze w połowie pełna. Więcej szczegółów znajdziecie TUTAJ.
Aventus od Creed - choć tej marki w najpopularniejszych polskich perfumeriach nie uświadczymy, jest jednak na tyle znana, że trafiła do tej właśnie części zestawienia. W którym Aventus po prostu musiał się znaleźć. :) Jak mogłabym pominąć pachnidło wzbudzające zachwyt większości mężczyzn (i przychylność większości kobiet), którzy się z nim zetknęli? Wyraziste ale stonowane, uniwersalne, ciekawe i zwyczajnie ładne. Dla każdego. TU kilka słów więcej.
Amarige od Givenchy - śliczny, bogaty klasyk z dominującą nutą kwiatu pomarańczy. Dla dwustuprocentowych kobiet, o czym wspominałam chociażby TUTAJ.
Lys Soleia od Guerlain - lekka, żywa, świeża lilia; prowokacyjnie wiosenna. ;) Zimą odważna i nieco kontrowersyjna; może funkcjonować jako zapach dla eleganckich morsek (albo morsów). ;) TUTAJ opis trochę bardziej szczegółowy.
l'Ambre des Merveilles od Hermèsa - wspominany niedawno na łamach Pracowni Jean-Claude Ellena w wyjątkowo dobrej formie. :P Stworzył w niej zapach sympatyczny, złocisty, nienachalnie słodki, ambrowo-waniliowy z głęboką, nieco ciemniejszą bazą; ciepły i przytulny a jednocześnie elegancki. W sam raz dla romantyków twardo stąpających po ziemi. ;)
Shalimar od Guerlain - ach, Shalimar! Absolutna legenda, wiecznie żywa mimo kolejnych liftingów zawartości słynnego flakonu. Swego czasu prawzór nowoczesnego orientala a współcześnie dzieło w sam raz dla miłośników kaszmiru i aksamitu, wanilii oraz drzewnej ambrowości, mitologii oraz dawnych legend. Rozgrzewający endorfinowy zastrzyk w sam raz dla osób "odważnych, niebanalnych i efektownych", jak lata temu stwierdziłam w TEJ recenzji [? Wtedy właściwie nie pisałam jeszcze recenzji, raczej nasączone emocjami relacje z użytkowania]. Znakomity w wydaniach klasycznych oraz we flankerach, na przykład wszystkich Waniliowych.
Oud Wood od Toma Forda - głębia i szyk słynnej arabskiej wonności w towarzystwie chłodnego kardamonu. Wymarzony zapach dla ludzi stanowczych, w życiu kierujących się twardymi regułami; może własnymi ale twardymi. ;) Po konkrety zapraszam TU.
la Vie est Belle od Lancôme - kiedyś nie wyraziłam się o nim zbyt pochlebnie; na swoje usprawiedliwienie mam jedynie mało sprzyjającą porę testu. Ponieważ to nie jest zapach na upały; najpiękniej rozkwita na mrozie, ogrzewa swoją kwiatową cukrowością, poi sokiem z gruszki. Może ucieszyć osoby ceniące perfumy nowocześnie słodkie.
Alien Essence Absolue od Thierry'ego Muglera - cudowna wariacja na temat muglerowskiego jaśminu, pogłębiona i rozzłocona ambrą. Energiczna, zwracająca uwagę, bezpretensjonalna w swojej radości. TUTAJ kilka zdań więcej. :D
Black Orchid od Toma Forda - zdumiewająca klasyka z początków XXI wieku. Tak nasze czasy zwykły wyobrażać sobie zapachy szyprowe, twórczo złożone z kontrastów pomiędzy zmysłowością lejącej się, stopnionej ciemnej czekolady a suchym, truflowym pudrem z miękko-słodkimi kwiatami na drugim planie. Prześliczne, esencjonalne, nieco kontrowersyjne - dla osoby, która lubi być zauważana. :)
So Elixir od Yves Rocher - różowe, proste, uśmiechnięte. Kolejna wersja słodkiego, mieniącego się paczuli jako godne uzupełnienie dla ciepłego swetra i kubka gorącej czekolady z cynamonem. TU znajdziecie porównanie między wodą toaletową a wodą perfumowaną So Elixir.
Angel od Thierry'ego Muglera - kolejny niezaprzeczalny klasyk, dodatkowo otoczony nimbem perfum kontrowersyjnych; albo się je kocha, albo nienawidzi. Lecz jeżeli znacie jakąś ich zdeklarowaną miłośniczkę, w tym jednym przypadku śmiało możecie kupić jej kolejny flakon; fanom Anioła gwiazdek nigdy dosyć! ;) Mężczyznę rozkochanego w tej wodzie tez obdarujcie bez lęku - dziś to już bardziej uniseks. Jeżeli jesteście ciekawi mojej szczegółowej opinii o pachnidle, zajrzyjcie TU.
A*Men od Thierry'ego Muglera - męska wersja Aniołka, za Atlantykiem znana jako Angel Man. Paczuli w objęciach palonego cukru i ciemnych nut drzewnych, z dużą dawką kawy rozpuszczalnej w tle. Przede wszystkim dla miłośników. O tym, jak układa się na damskiej skórze, przeczytacie pod TYM linkiem.
Giordani Gold od Oriflame - wieloletni zasłużony bestseller marki. Cytrusy, kwiaty i piżmo dla osób eleganckich ale jednocześnie ciepłych. Swoją opinię o wodzie wyraziłam TU.
Man in Black od Bulgari - tak! Ciepła, wytrawna męska zmysłowość, zamknięta w ślicznym czarnym flakonie. Rum, skóra, przyprawy i tytoń z intrygującym tuberozowym kontrapunktem: oto stuprocentowy mężczyzna, który nie boi się żeńskiego pierwiastka swojej duszy ale potrafi z nim współpracować. Muszę opisać te perfumy.
Hommage à l'Homme od Lalique - bezpieczny, nowoczesny typ dla dżentelmena młodego ciałem albo duchem. Perfumy zauważalne ale dyskretne. TUTAJ trochę więcej informacji.
Encre Noire od Lalique - propozycja nieco kontrowersyjna z zimowego punktu widzenia, zważywszy na jej chłód i przestrzenność. Jeżeli jednak znacie mężczyznę trochę surowego a przy tym lubiącego prowokować, możecie zaproponować mu właśnie te perfumy. O tym, dlaczego, przeczytacie TU.
Sir Avebury od Oriflame - największa zapachowa niespodzianka zeszłego roku! Mieszanka miękka, cielesna, przyjazna, oparta o nuty labdanum, kardamonu oraz egzotycznych drzew. Kosmos dla młodego podróżnika! :)
Eau de Baux od L'Occitane en Provence - słodki, nieco pyłkowy las. Bezpieczny zapach na co dzień i od święta. Dla mężczyzny, którego zwyczajnie lubimy.


Natomiast w kategorii nieprzyzwoitych rozgrzewaczy wygrywają następujące kompozycje:


...podobnie jak poprzednio, wymieniane od góry i od lewej.

Ambra Tibet od Avy Luxe - dzieło tak słodkie, ciepłe i sympatyczne, jakbyśmy własnie odwiedzili zaplecze jakiejś bardzo przyjemnej małej cukierni, rozgrzane ciepłem kuchenek i piekarników. Do tego całe mnóstwo zmysłowego piżma i w mroźny poranek człowiek od razu czuje się raźniej! :) TUTAJ o pachnidle caaałe trzy zdania. ;)
Black Saffron od Byredo - szafran w perfumowym wcieleniu znakomicie rozgrzewa ciało oraz poprawia nastrój. Kiedy jeszcze dodamy do niego letnie maliny, eteryczne róże oraz ambrę, wtedy żadna ponura pogoda nam nie zagrozi. :) TU bardziej szczegółowa relacja z testów.
La Liturgie des Heures od Jovoy - kadzidlane perfumy dla miłośników rekonstrukcji historycznych. ;) Dlatego, że tak zapewne musiały pachnieć kościoły Europy jeszcze przed Reformacją. Jednocześnie wzniośle i bardzo przyziemnie. TUTAJ znajdziecie dowód na średniowieczne konotacje mieszanki. ;)
Enchanted Forest od The Vagabond Prince - wybór trochę prowokacyjny, bo chłodny i raczej letni ale, kurczę!, kto powiedział, że zimą soczystość zapachu czarnej porzeczki nie może być atrakcyjna?! ) Dla fanów rzeczonego owocu ale i dla osób nie bojących się pachnieć czymś bardzo nie-perfumeryjnym. TU znajdziecie opis.
Idole od Lubin - dla kogoś, kto w Święta lubi... zabalować. ;) Mnóstwo rumu a do niego heban, przyprawy, pomarańcza i ogólna egzotyka w stylu okołokaraibskim. Wspaniały, cudowny, rozgrzewający zapach! TU dowiecie się, dlaczego jeszcze warto po niego sięgnąć.
Bal à Versailles od Jeana Desprez - pachnidło w starym stylu, dla odważnych, nie bojących się prowokowania otoczenia wonią nieświeżości. Bo mało co rozgrzewa ciało i umysł tak sprawnie, jak taneczne szaleństwa! :) TUTAJ przeczytacie, o co właściwie chodzi.
Saffron Rose od Grossmith - kolejny szafran w zestawieniu, tym razem głębszy, bardziej zadziorny, cielesny.Wymarzony zastrzyk energetyczny na ponure dni. TUTAJ recenzja.
Winter Woods od Sonoma Scent Studio - spacer po zimowym lesiepotrafi jednocześnie zachwycić i zdrowo zmęczyć. W Winter Woods można odnaleźć te cechy, reprezentowane kolejno przez nuty drzewne oraz teoretyczne zwierzęce, zmysłowe (które pachną jak zdrowe ciało po wzmożonym wysiłku). TUTAJ szczegóły.
Rock Crystal od Oliviera Durbano - kadzidło czyste, idealne, totalne. Absolutny wzorzec kadzidlanej doskonałości. TU kilka zdań więcej.
La Fumée od Miller Harris - i znowu kadzidło, tym razem bardziej "niegrzeczne", intensywnie wibrujące, mocne, gęste. Czynnik ludzki bardzo wyraźny. ;) Idealne, jeżeli podoba Wam się zapach kościołów ale nie przepadacie za chodzeniem do nich. TUTAJ recenzja, jeszcze świeżutka.
φ une Rose de Kandahar od Tauer Perfumes - róża dodające energii to coś pięknego, szczególnie jeżeli obuduje się ją tytoniem, nutami przypraw oraz miękką, niejadalną słodyczą. Fi to zapach w sam raz dla osoby bardzo efektownej. Recenzja czeka pod TYM linkiem.
Botrytis od Ginestet - perfumy będące typową guilty pleasure, absolutnie hedonistyczne i bezpretensjonalne. Dla jednych miód z przyprawami, dla innych piernik z owocami, na pewno mnóstwo łakoci i niwelującego wszelkie smutki beztroskiego ciepełka kalorii. ;) TUTAJ znajdziecie opis nieco bardziej złożony.
Ambre Sultan od Serge'a Lutensa  - jedna z legend niszowego perfumiarstwa, ambra potężna, ciemna i pikantna. Całe mnóstwo przypraw oraz żywic, do których uniesienia potrzeba nie lada  siły psychicznej (a czasem też mocnej głowy). Wspaniałe, zdecydowane, piękne choć jednocześnie niebezpieczne; jak ogrzewanie zziębniętych dłoni nad żywym ogniem.


Oto propozycje które przyszły mi na myśl w pierwszej chwili. Dla Was, Waszych bliskich, dla kogo zechcecie. Natomiast jeżeli chodzi o mnie, o moje własne Boże Narodzenie...


Po raz trzeci zastosowałam tradycyjną kolejność wymieniania:

Noël au Balcon od État Libre d'Orange - dżem morelowy z dodatkiem mieszanki przypraw do piernika. Słodko ale nie mdło.
Messe de Minuit od Etro - bo Wigilia bez Pasterki jest jak maj bez majówki. ;) Czyli: da się przeżyć, wielu od lat pomija ją w swoich planach i ma się świetnie ale jednak wpisuje się ona w niepowtarzalny klimat uroczystości. Ten konkretny zapach to kolejne kadzidło w zestawieniu, klasyczne, kościelne i urocze. TU krótka opinia na temat zapachu.
Délice d'Épices?!... od Niny Ricci - wycofana z produkcji, praktycznie już nie do kupienia mieszanka słodkości owocowo-deserowych z intrygującą, korzenną nutą, wanilią i jaśminem. Pełna niewymuszonego, dziewczęcego wdzięku. A o szczegółach przeczytacie TUTAJ.
Winter Délice od Guerlain - kolejny klasyk z wyjątkowo krótkiej serii guerlainowskiej linii Aqua Allegoria, niemożliwy już do zdobycia. Szkoda, bo to pachnidło absolutnie wyjątkowe: z porażającą dosłownością odwzorowujące aromat broczącego żywicą lasu iglastego, z którego jedno drzewko trafiło właśnie do czyjegoś domu, stając się choinką. I teraz otaczają je zapachy pieczonych ciast i deserów: cukru, wanilii, marcepanu... Bajeczne perfumy, działające na wyobraźnię każdego, kto miał okazję się z nimi zetknąć i nawet w największym ponuraku przywracające wiarę w magię Świąt. :) Moja recenzja kryje się TU.
Poire Caramel od Yves Rocher - tegoroczna limitowanka sklepu. Słodziutki sok gruszkowy, stopniowo przechodzący w pyłek i unurzany w jeszcze większej słodkości stopionego cukru. Dla fanów łasowania to może być całkiem ciekawa propozycja. ;)
Nuit de Noël od Caron - ktoś kiedyś określił te perfumy mianem "seksu w noc Bożego Narodzenia" i to skojarzenie łatwo zapadło w moją pamięć. Jest bardzo trafne: przecież akurat tę noc zwykliśmy spędzać z ukochaną osobą, stąd skojarzenie jej z aromatem delikatnym i czułym a jednocześnie dusznym dzięki egzotycznym kwiatom i coraz bardziej gorącym od przypraw, mchem dębowym przywołującym suchość w ustach i natychmiast uśmierzającym ją obłędną cielesno-drzewną zmysłowością, wydaje się bardziej, niż trafne. Nuit de Noël z pewnością zasługuje na własną recenzję; kiedyś ją napiszę.
Jubilation XXV od Amouage - pokłon trzech króli odwzorowany z typowo wschodnim przepychem: żywicami, drzazgami cennych drzew, dziką kurzawą przypraw, kadzidłem snującym się po skórze oraz wyrazistością zapachu ludzkiego ciała. Złoto, kadzidło i mirra, opisane chociażby TU.
Wild Tobacco od Iluminum - w Boże Narodzenie moim prywatnym Kevinem samym w domu staje się seans jacksonowskiego Władcy Pierścieni (teraz też i Hobbita). Więc jakie inne perfumy będą pasowały do tego dnia bardziej, niż fascynująca wariacja na temat zielonego, iskrzącego się, oblędnie aromatycznego i suchego tytoniu? :) Jeżeli natomiast jesteście ciekawi kilku słow bardziej konkretnego opisu, zajrzyjcie TUTAJ.
Bent Al Ezz Hanah od Rasasi - bo w Święta dobrze jest być po prostu sobą, spojrzeć we własną przeszłość, żeby potem śmiało pójść w przyszłość. O co chodzi? Przeczytacie TU.
Elf-Fulfilling Prophecy od Smell Bent - zabawna gra słów z tytułu, jedną literką zmieniająca ponury fatalizm w beztroski żart, znalazła odzwierciedlenie w zawartości flakonu [posiadam nie-olejkową wersję zapachu, we flakoniku z atomizerem, niestety najwyraźniej nieobfotografowaną w internecie]. Dla niektórych przypominającą woń świeżo upieczonych pierniczków, mnie kojarzącą się raczej z bardzo, bardzo korzenną szarlotką, podawaną w towarzystwie kleksa ubitej śmietany. W każdym razie jest deserowo i przyprawowo, wyraziście i radośnie. Perfumy jak promienny uśmiech. :)
___
Dziś noszę Light My Fire do Kiliana, za to wczoraj była Elf-Fulfilling Prophecy. No co, w końcu szósty grudnia! ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.christianstoday.org/the-christmas-and-gifts-giving/
2. http://freakdeluxe.co.uk/perfect-perfumes-christmas/
3.-5. są mojego autorstwa, stworzone w oparciu o grafiki promocyjne danych perfum.

9 komentarzy:

  1. THX (:

    Nitrogliceryna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy Ty jesteś tą Nitrogliceryną, o której myślę? ;) Jeżeli tak, to nie ma za co! :*

      Usuń
    2. Tak, to ja. (-;

      N,

      Usuń
  2. Piękne zestawienia , super wpis:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ależ fajny post :) Shalimar - mój następny planowany zakup. Miałam kiedyś. Mogę nosić tylko w największe mrozy i uczula mnie niemiłosiernie, no ale cóż. Wiele mogę mu wybaczyć.

    W tamtym tygodniu spotkałam w tramwaju babeczkę około 50tki pachnącą przepięknie shalikowym ogonem. Niepozorna kobitka z wyglądu, ale starczył jeden niuch i w moich oczach stała się najpiękniejszą kobietą w tramwaju. :)

    Noel au Balcon - o, też miałam! Dla mnie bardzo podobny do Extraordinary Avonu. Ciepły puchacz, fajny. Ale puściłam w świat.
    Elfa miałam kiedyś próbkę olejku, lubię pierniki. :)) Miałam też od Pana Brenta Raindeer Games właśnie w atomizerze. Cytrynowa wanilia podobna trochę do Shalimara. I Bi-Polar Express, ale zupełnie już go nie pamiętam. :( Swoją drogą, mogliby Smell Bent sprowadzić do Polszy. Hungry Hippies - to było coś :D Czekolada z marychą :D

    Zaciekawiłaś mnie Nuit de Noel, nie znam. Ale już sama nazwa do mnie przemawia.
    Prawda jest taka, że jestem totalnym bożonarodzeniowym freakiem. :3 Serio. Wszystko co piernikowe i świąteczne w perfumach muszę poznać.

    Każde święta pachnę Belle de Minuit. Nie ma innej opcji. To moje ukochane perfumy. Mają w sobie magię świąt, taka jaką widzi się oczami dziecka.
    Miałam również Winter Delice i Delice d'epices?! Puściłam w świat... Człowiek jednak czasem bywa głupi.

    A Angel ma u mnie swój mały piedestał. <3
    To pisałam ja, Jarząbek. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z Shalimarem przypomniałaś mi reakcję mojej znajomej na odkrycie, że uczula ją psia sierść: "no i co z tego? To przecież jest MÓJ problem, nie mojego Fafika*. Z byle powodu członka rodziny nie oddam!" :)) [btw, polubiłam ją za to stwierdzenie jeszcze bardziej, niż dotychczas ;) [Choć jednocześnie szkoda mi dziewczyny, która bierze końskie dawki leków antyalergicznych]].

      Prawdę mówiąc nad zakupem NaB dopiero się zastanawiam, bo nie jestem pewna, czy AŻ TAK przypadło mi do gustu. ;) Niemniej jednak polecam, bo warto. Własnie, Extraordinary! Jak ja kiedyś lubiłam tez zapach! :) Dawno temu ale lubiłam. Chętnie bym ponosiła ale właśnie... dziś jest równie "łatwo" dostępny, jak Winter Délice i Délice d'Épices (że o Escadzie Collection ledwie wspomnę). :>

      Bożonarodzeniowy freak powiadasz? Wiesz, że w playerze RMF-u jest stacja nadająca muzykę świąteczną przez cały rok? ;) Taka mała sugestia z mojej strony. ;P Żartuję oczywiście. Świetnie rozumiem, co czujesz, bo zachodzę właśnie w głowę, jak w tym roku opakować prezenty, przystroić stół wigilijny i dom. :) Pierniczki już dawno upieczone. ;)
      Żałuję, że w perfumach - jak na złość - pierników jako takich niemal nie wyczuwam. :/ Przyprawy piernikowe i owszem, wiele razy ale nie polski piernik ani nawet nie anglosaskie pierniczki. Tym niemniej o Smell Bent w Polsce grzecznie proszę i ja. Raindeer Games kiedyś nawet zrecenzowałam, z olejkowego słoiczka, natomiast Bi-Polar Express mnie ominął. Czekolada z marychą brzmi niebezpiecznie... niebezpiecznie. ;) Jestem jej bardzo ciekawa.

      Belle de Minuit też świetne i przecudnej urody ale nie mam ani nigdy nie miałam flakonu. U mnie od początku perfumowego hobby co roku były rożne kadzidła, z Pasterką na czele (jasna sprawa :D ). Teraz jednak coraz bardziej korci mnie zanurzenie się w czymś słodkim, stąd być może nadreprezentacja gourmand w ostatniej części zestawienia... No ale mój inny żelazny typ świąteczny, Olibanum od Pro Fumum (Profumum?) Roma odstąpiłam wdzięczniejszemu użytkownikowi, natomiast za Jubilation czy Nuit de Noël zjadłaby mnie rodzina (za każdy zapach kto inny) a kochane Messe kolejny rok z rzędu już trochę nudzi.

      Też kiedyś pozbyłam się jednego ważnego zapachu, Cuir de Russie od Pivera - później wycofane ze sklepów i zastąpione ubezjajecznionym Cuir. Możemy więc zgodnie pluć sobie w brodę (każda w swoją, żeby nie było).

      Pozdrowienia dla Jarząbka! ;)


      * imię psa zostało zmienione. :))

      Usuń
  4. O jakie trafne spostrzeżenie, że zdeklarowanym fankom Angela nigdy dość gwiazdek :) Rozszerzyłabym zdanie, że zdeklarowanym wielbicielom zapachowej twórczości Muglera - jego wszelkiej maści pachnideł nigdy dość :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, prawda: Muglera nigdy dość (byle tylko dali sobie spokój z reformulacjami ;) ). Nawet teraz korci mnie to i owo z ichniej stajni.
      Trafna uwaga, proszę Szanownej Koleżanki. :)

      Usuń

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )