
Nie, to nie jest żaden Eros z balu maskowego. ;) Oto przed Wami kolejne wcielenie Pani Zemsty czy Lukrecji Borgii, ewidentny pierwowzór Beatrix Kiddo: Julie Kohler (wcielona w Jeanne Moreau), czyli Panna młoda w żałobie z filmu François Truffaut. Wdowa, której rozpacz jest w stanie rozproszyć jedynie pragnienie zemsty. Pięciu mężczyzn, pięć narzędzi zbrodni i jeden cel. W przedstawionym wcieleniu odwet przyjmuje postać Diany Łowczyni, pani życia i śmierci, patronki porodów oraz śmierci gwałtownej, Artemidy i Hekate.
Jeśli ujrzysz ją, samotną i uśmiechniętą zachęcająco, nigdy nie bądź pewien, czym ta przygoda skończy się dla Ciebie. ;> Nigdy.
Dlatego, miast zżymać się na mizoginię skrytą pod płaszczykiem opowieści kina noir, przekornie żywię doń spore uznanie. :) Nie uważam, by przebiegłe i wyrachowane postaci kobiece były w stanie zaszkodzić mojej wizji świata. One są mi sojuszniczkami. Cenię je tak, jak każdego bohatera i każdą bohaterkę kultury obdarzoną siłą zdolną łamać schematy czy kruszyć kajdany. Wiem, że uroda i powab są ich częściami składowymi, środkiem do osiągnięcia celu.
Kobiety fatalne są stanowcze, ambitne oraz ponadprzeciętnie inteligentne. A przecież są to cechy, które w bliźnich należy cenić. Femmes fatales natomiast - stawiać innym za wzór.
Tym zaś, czego w starych opowieściach o przynoszących zgubę kusicielkach i ich biednych, ubezwłasnowolnionych najwyraźniej, ofiarach brakuje, to przytoczenie drugiej wersji wydarzeń. W filmach noir nikt nie uznawał za stosowne spytać o to, jak przedstawione zdarzenia wyglądały z perspektywy tych, które najłatwiej potępić i obarczyć odpowiedzialnością za intrygi, manipulację, śmierć, oszustwa, katastrofy budowlane oraz klęskę suszy. ;) Nikt nie zniżał się, by historię biednego omotanego żuczka opowiedzieć z punktu widzenia domniemanej pajęczycy. Bo, jak znam życie, wówczas usłyszelibyśmy kompletnie różną opowieść. ;) I już nie byłoby tak łatwo paluszkiem wskazać na jedyną przyczynę zła wszelakiego. :>
Oto powód, dla którego cenię Pannę młodą w żałobie. Przynajmniej stara się oddać głos kobiecie.

Ów przydługi wstęp miał na celu wyjaśnić, skąd biorą się moje skojarzenia z zapachem uchodzącym za piękną wizję dojrzałej kobiecości, pudrowym, o przepysznej konstrukcji, skojarzonym z różową barwą.
Krótko mówiąc: chciałam poszukać odpowiedzi na pytanie, ile buduaru jest w Boudoir od Vivienne Westwood. :) I dlaczego tak dużo a jednocześnie tak mało. ;)
Bo z tym, że pachnidło stworzono dla i o kobietach, nie sposób dyskutować. Lecz równie ważnym jest dostrzeżenie patronki przedsięwzięcia, ekscentrycznej brytyjskiej projektantki mody. Warto zadać sobie trud i z popularnego stereotypu (a nawet kilku stereotypów) zedrzeć kolejne warstwy farby by dzięki temu dostrzec, jak zmienia się świat, kiedy spojrzeć nań "z drugiej strony", pod kątem zupełnie innym, niż zwykle.
Stereotypem w Boudoir jest sama konstrukcja zapachu, spiętrzenie gorących wonności oraz słodkiego, upojnego kwiecia, uformowanego w misterne sploty, okalającego sylwetkę niczym zwój ciężkiego, drogocennego atłasu, szykownie upudrowanego. Skreślonego za pomocą standardowych środków oraz zaklętego w róż.
Lecz jednocześnie bardzo "innego", zastanawiającego a nawet niepokojącego, obdarzonego starannie wycyzelowaną mocą. Bogatego niczym wezbrane wody i silnego, jak podmuch żaru. Dojrzałego, przemyślanego, starannego; świadomego każdego słowa, gestu, każdej myśli. Pod pozorem urodowej sztampy skrywającego intelekt, który nie ma płci. A nawet mieć nie powinien [kolejny stereotyp się kłania].
Duch Buduaru Mme Westwood łączy w sobie dwa schematy, zadając kłam każdemu z nich. Lecz jednocześnie nie stara się podążać w stronę uniseksu ani nie szpera po zakamarkach "męskiej" perfumerii. Był, jest i będzie kobietą. Bo też i bycia kimkolwiek innym nie jest w stanie sobie nawet wyobrazić. Nie udaje mężczyzny, nie podszywa się pod mężczyznę (kolejne zabawne patriarchalne nadużycie), nie pragnie być mężczyzną. Jest kobietą świadomą własnej siły i korzystającą zeń bez zahamowań [inna sprawa, czy równie dobrze czułaby się w świecie zorientowanym bardziej równościowo, gdzie nie ma potrzeby uciekania się do intryg oraz wiecznych niedomówień].
Mnie uczy jednego: by odrzucać to, co widzę powierzchownie; aby nie ustawać w poszukiwaniach dyskryminowanego drugiego dna. Gdyż wiem, że ono gdzieś tam jest i - często je znajduję. :)

W otwarciu mieszanka jest żywa, ostra i niezbyt przejrzysta. O aurze zmąconej dodatkiem ostrej kolendry oraz szczypty aldehydów. Pojawiają się gęste, uderzające do głowy kwiaty (by wspomnieć tylko o hiacyncie, ylang-ylang, jaśminie czy róży) a wraz z nimi irysowy puder, pokrywający wszystko, biorący opowieść w czarowne ramy.
Po jakimś czasie ilość kwiatów rośnie; są słodkie, wszechwładne, szalone. Opętują człowieka i uzależniają od siebie, zręcznie wspomagane przez akordy przypraw: cynamonu, kardamonu, goździków. No i wanilii, która dosładza to, co i tak jest słodkie, uwydatnia wyraźne, pogrywa z europejskim poczuciem estetyki operując swadą godną pozazdroszczenia. :)
W bazie kwiaty gęstnieją, przyprawy zlewają się w jedną burą chmurkę, unoszącą się nad egzotycznym drewnem, paczuli wetywerią, odrobiną tytoniu oraz niewielką, ledwie wyczuwalną nutką potu, całkiem zresztą przyjemną. Kmin to czy cywet? Nie mam pojęcia; zauważam za to podobieństwo do dwóch starszych piękności: Bal à Versailles marki Jean Desprez oraz Alliage od Estée Lauder. Wyobraźcie je sobie jako podkłady dla arcysłodkich, niezwykle zmysłowych kwiatów. Jakże łatwo wpaść w nie po same uszy!
Przynajmniej ja nie miałam z tym żadnych kłopotów. :)
Jarku, dobry duchu nasz, dziękuję! :*
Aha. Dla porządku: powyższy opis dotyczy starszej wersji Boudoir, zwanej koniakową. Młodszej i różowiutkiej nie znam.

Rok produkcji i nos: 1998, Martin Gras
Przeznaczenie: zapach dla kobiet (sorry, Jarek! ;) ), gęsty i mocarny. Pozostawiający za sobą olbrzymi ślad, więc do małych pomieszczeń - niestety! - się nie nadaje. Za to pasuje do okazji ważnych bądź wytwornych.
Trwałość: przeszło piętnastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (i szyprowa)
Skład:
Nuta głowy: aldehydy, bergamotka, kwiat pomarańczy, hiacynt
Nuta serca: jaśmin, róża, kłącze irysa, narcyz, goździk (kwiat), przyprawy
Nuta bazy: tytoń, paczuli, drewno sandałowe, cywet, wanilia
___
W tej chwili jeszcze Grev, ale już za chwilkę będzie Tabac Aurea Sonomy. :D
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://entertainment.salon.com/2011/11/04/the_bride_wore_black_truffauts_delicious_homage_to_hitchcock/singleton/
2. http://twenty-four-frames.blogspot.com/2008/07/femme-fatale-in-film.html
3. http://ellejohnston.tumblr.com/