Staś na wiosnę miał wysypkę,
Doktor stwierdził lekką grypkę.
Potem rzekł: Prima Aprilis!
To nie grypa, lecz syfilis.
Ów uroczy wierszyk miał krążyć po Warszawie gdzieś na początku dwudziestego stulecia. :)

Przypomniał mi również o dość ciekawej historii. Otóż pewnego razu, w jednej z wrocławskich studenckich jadłodajni, miałam okazję podsłuchać rozmowę zakuwających przy stoliku studentek medycyny [przyznaję, że zdarza mi się to częściej, niżbym chciała :) Lecz jak tu nie podsłuchiwać, gdy wokół tyle ciekawych, jakkolwiek nie-plotkarskich, rozmów?]. Dziewczęta uczyły się historycznej teorii medycyny w Europie. Zapamiętałam, iż szczególnie, jak to głupkowaty drób ma we zwyczaju, rozchichotały się przy haśle „kiła”. Powoli dochodzę do sedna mojej opowieści. ;) Albowiem ze studenckich notatek dowiedziałam się, iż dolegliwość ta wywodzi się z Ameryki Środkowej jako, że przed drugą wyprawą Kolumba w 1493 roku nie stwierdza się ani jednego przypadku zachorowania [cóż, dzięki internetowi wiem, że to niekoniecznie prawda..]. Oraz, że remedium na weneryczne novum sprowadzano dokładnie z tych samych rejonów. To zgadzało się z moim stanem wiedzy: „podobne leczy podobne”. Zdziwiłam się natomiast słysząc, iż cudownym lekarstwem na „chorobę ksenofobiczną” [czemu ksenofobiczną, wyjaśnię za jakiś czas] miał być... kawałek drewna. Choć z drugiej strony, trudno odmówić podobnej logice konsekwencji – podobne leczy podobne. ;P Cudowne remedium nosiło nazwę „drzewo gwajakowe”. Całe zdarzenie miało miejsce na samym początku mojej przygody z perfumami, gdy nawet nie przypuszczałam, iż kiedyś sama będę chciała pachnidła ze wspomnianego „drzewa” używać. :)
Tymczasem nie dość, że mam dwie perfumowe miniatury, w których gwajak pełni główną rolę, to jeszcze obie bardzo sobie chwalę. [Dobrze, że nie należę do „świętojebliwych”, których odstrasza samo porównanie czy skojarzenie. ;) Gdyby tak było, nawet na krok nie zbliżyłabym się do pachnideł ambrowych, piżmowych, cywetowych, gwajakowych, agarowych, irysowych...] Dlatego dziś postanowiłam napisać o moich kochanych gwajakowych maluchach:
Theoremie od Fendi oraz
Gaïac marki M. Micallef.
Oba zapachy, pozornie proste, zachwycają bogactwem i złożonością kompozycji, pozornie słodkie i puchate, potrafią dać nieźle popalić, wżynając się w skórę nosiciela całą swą kanciastą pieprzową duszą. Z mistrzowska wprawą, klasą i urokiem godnym najszlachetniejszych łączą w sobie skrajności. A, tak się składa, w moim subiektywnym olfaktorycznym uniwersum jest to jedna z głównych zalet wybitnych perfum. Więc jak tu nie lubić mych dzisiejszych bohaterów? :)

Najpierw
Gaïac.
W otwarciu jest zdecydowanie bardziej miękki, słodki i waniliowy, jakże różny od soczystej, ostrej i z lekka cytrusowej, przyprawowej
Theoremy. Jest też bardziej statyczny, przysadzisty, ciężkawy; dosłowny w swej gwajakowości. No i upojny. Prostolinijny oraz apetyczny, niczym prostoduszne, nieświadome własnego uroku, pogodne i ładnie zbudowane chłopię. :)
Co innego
Thea. W jej przypadku trudniej o pochopne sądy. Tym bardziej, że choć wiele stron perfumoholicznych odmawia jej uczestnictwa w gwajakowym szaleństwie, dla mnie jest ono więcej niż oczywiste. Cóż poradzić?
Po początkowej dawce ożywczych, dojrzałych cytrusów umiejętniej złamanej nutką różano-jaśminowej, śmietankowej słodyczy, mieszanina pędzi w kierunku woni drzewnych, acz w dalszym ciągu ostrych. Tu sandałowiec miesza się z kadzidłem, w wszystko pod kontrolą rosnącego w siłę „pieprzowego cukierka z wanilii”, jak jeden mój kolega określił woń drewna gwajakowego. ;) Jest słodko, drzewnie, przyprawowo i potoczyście, przy czym kompozycja nie traci niczego z początkowej lekkości i własnego stylu.
Lecz to nie wszystko. Bowiem ostatnia faza
Gaïaca to napływ bardziej oczywistej drzewności, kadzidło ze szczyptą zwietrzałego pieprzu, jakaś półprzejrzysta namiastka przestrzeni. Budząca poważanie, szlachetna, niemal sakralna. Urodziwy chłopiec został księdzem, po czym „poszedł w purpuraty”. :) Trudno... Pozostaje mieć nadzieję, że nie jest zbyt mocno przywiązany do celibatu. ;) Albo to nie tyle ksiądz, co pop, pastor, rabin.. W każdym razie bazę Micallefowego
Gwajaku subiektywnie traktuję jako jego najlepsze, najbardziej zapadające w pamięć stadium. Wyważone wprost popisowo. Panie Nejman, znasz się Pan na swojej robocie!

W tym samym czasie
Theorema gwałtownie nabiera bujnych kształtów i dosłownieje. Kadzidło ustępuje pola słodkiemu, ni to gładkiemu, ni chropowatemu gwajakowi; pokornie godzi się na rolę tła. Zaś mezoamerykańska słodycz zaczyna nurzać się w gęstej, waniliowo-pieprzowej ambrze. Z czasem oba główne składniki mieszają się ze sobą tak dokładnie, iż nie sposób postawić między nimi granic; gwajak jest ambrą, a ambra gwajakiem; pieprz jest wanilią, zaś wanilia – pieprzem. Totalne pomieszanie zmysłów, szał ciał. :) Nie widzę już żadnej różnicy między tym, co „obce”, orientalne, dzikie a tym, co „swoje”, tutejsze, oswojone. Jeden czort. Chyba zaczynam rozumieć ukryty sens kultowego programu Elżbiety Dzikowskiej i Tony’ego Halika, czcigodnego przodka rodzimych telewizyjnych tworów krajoznawczych. ;) Jak myślicie, ów tytuł naprawdę miał ukryty sens? Bo jeśli patrzeć nań przez pryzmat
Theoremy rychło okazuje się, iż pomiędzy „słodkim” a „ostrym”, „swoim” oraz „obcym” nie występują żadne istotne rozbieżności, że wszystko zamyka się w jednym, zaczarowanym kręgu nad miarę podobnych zwyczajów, wierzeń, legend i opowieści, emocji i atawizmów identycznych pod każdą szerokością geograficzną.
Jedyne, co naprawdę może nas podzielić, to stereotypy oraz choroby, na które „ci drudzy” nie są uodpornieni.

Tak było z kiłą z jednej oraz grypą z drugiej strony. :) Wszak nasza przejściowa dolegliwość dziesiątkowała rdzennych mieszkańców Haiti, Jamajki, Gwatemali, Portoryko, Gwadelupy...
Co zaś się tyczy wstydliwej przypadłości, którą dzielni odkrywcy przywlekli do swoich domów, to szybko zyskała ona miano choroby stereotypowo sprzężonej z wszelkiej maści bogaczami i arystokracją, słowem: z Wielkim Światem. Oraz z „obcymi”, tymi idiotami zamieszkującymi tereny po drugiej stronie naszej granicy. ;) Dlatego Francuzi zwali syfilis „chorobą włoską” bądź „angielską”, Włosi, Niemcy czy Polacy „chorobą francuską” zaś Rumuni bądź Rosjanie – „chorobą polską”; w Polsce słyszało się także o „chorobie niemieckiej”, natomiast w Turcji – o „chorobie chrześcijan”. Stąd moje ogólne określenie kiły mianem choroby ksenofobicznej, rozsiewanej „przez nich, tych takich i owakich”.
Z tej perspektywy nie dziwi zainteresowanie rzekomo cudownym drewnem, rzadkim i aromatycznym, nie bez kozery zwanym lignum vitae, drzewem życia. Uroczy eufemizm, nieprawdaż? Jak się ku niemu nie uśmiechnąć? Oczywiście z dzisiejszej perspektywy, kiedy niniejsza nazwa kojarzy nam się wyłącznie z miękkim, słodkawym aromatem, ciężkim, ale też żywym, wibrującym, swobodnym. Emanującym własną, indywidualną manierą, stylem znamionującym najwyższy smak. Upojnym i bardzo ludzkim, przyjaznym. Podobnie, jak dwie opisywane dziś mieszanki. :)
Wiecie, co jeszcze Wam wyznam? O ile dziesięciomililitrowa, wdzięczna buteleczka
Gaïaca w pełni zadowala mnie ilością skrytego w niej płynu, to zmniejszającą się zawartość
Theoremy odczuwam coraz boleśniej. Trzeba będzie zacząć grzebać po serwisach aukcyjnych w poszukiwaniu rozsądnej pojemności (od 50 ml w górę ;) ).
A czemu właśnie tak? Ponieważ
Thea jest żywsza, bardziej wieloznaczna, skomplikowana. Utkana z krwawych legend Majów oraz ckliwych serenad literackich Hiszpanów, Don Juana i Don Kichota. Barwna i inspirująca, niczym koktajl genetyczny powstający od tysiącleci na styku pomniejszych kultur lub wielkich cywilizacji.
M. Micallef, GaïacRok produkcji i nos: 1997, Geoffrey NejmanPrzeznaczenie: miły, dość bliskoskórny uniseks, który na męskiej skórze nabiera bardziej zadziornego, żwawszego charakteru. Co nie znaczy, że odrzuca kobiety; po prostu nasza skóra często nadmiernie go uspokaja i wygładza [czemu umiejętnie zapobiegła zdolna ręka twórczyni
Thei ;) ], zmieniając w pachnidło ciepłe oraz aż nazbyt przymilne. W obu przypadkach rekomenduję
Gaïaca na wszelkie okazje, choć stosowniejszy wydaje się na uroczyste i formalne; ale przecież nie jest to norma..
Trwałość: od pięciu do ośmiu godzin
Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna (oraz waniliowa)
Skład:Nuta głowy: bergamotka
Nuta serca: goździk, jaśmin
Nuta bazy: wanilia, drewno gwajakowe
Fendi, TheoremaRok produkcji i nos: 1998, Christine NagelPrzeznaczenie: wyważony, choć zaskakujący zapach teoretycznie dla pań, ale nie widzę powodów, by mieli go unikać mężczyźni zaprzyjaźnieni z innym perfumeryjnymi interpretacjami drewna gwajakowego. Stopniowo zbliżający się do skóry; na dowolne okazje.
Trwałość: do dziesięciu lub jedenastu godzin
Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna
Skład:Nuta głowy: kwiat pomarańczy, jaśmin, cytrusy, dzika róża, palisander, gałka muszkatołowa, pieprz, kardamon
Nuta serca: goździk, róża, osmantus, cynamon, inne nuty przypraw
Nuta bazy: drewno gwajakowe, drewno sandałowe, paczuli, ambra, benzoes
___
Dziś noszę
Royal English Leather marki Creed.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1.http://commons.wikimedia.org/wiki/File:D%C3%BCrerSyphilis1496.jpg
2. http://www.flickr.com/photos/47512780@N05/4453815493/
3. http://www.qwiki.com/q/#!/Pre-Columbian_era
4. http://www.dipity.com/emby2005/The_Conquest_of_the_New_World/