Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balenciaga. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balenciaga. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 lutego 2013

Dużo nowego, często też dobrego ;)

Ostatnio miałam kilka chwil, by zwiedzić trzy perfumerie: po jednym oddziale Sephory i Douglasa oraz przesympatyczne, stylowe miejsce o nazwie Frivole Prestige we wrocławskim centrum handlowym Sky Tower.

Zebrało się trochę impresji do napisania. Więc żeby nie przedłużać, od razu przejdę do sedna. :)

Annayake, Tomo Fresh

Lekki, przestrzenny, drzewno-wodny aromat z czasem dryfujący w stronę lawendowo-żywicznych "zimnych ogni" [tak, mam na myśli dokładnie te małe fajerwerki na drucie; z tym, że chodzi bardziej o charakter wody niż nawiązania olfaktoryczne ;) ]. Z wybijającymi się co trochę akcentami soli acz nie na tyle wyraźnymi, by mogły mocniej mnie zainteresować.
Nowe fougère, w stylu Hommage à l'homme Lalique czy Luny Ramon Molvizar, coraz śmielej wkracza w naszą codzienność. To dobrze; co piszę pomimo świadomości, że Tomo Fresh mego serca nie zdobył.
Przy okazji nadmienię, że dostępny jest również jego "ciemniejszy" starszy brat, Tomo, jednak pusty tester leżał smętnie na półeczce z nowościami, więc można powiedzieć, że się rozminęliśmy.

Skład:
cytryna, pomarańcza,grejpfrut, słonecznik, lawenda, drewno tekowe, drewno gwajakowe, akordy drzewne, kadzidło, wanilia, ambra, piżmo, przyprawy


Annayake, Undo Pour Homme

Zapach dla zwycięzców i wojowników? W mojej opinii jest to tylko - tylko i aż - klasycznie męski choć nowoczesny w duchu, dosyć bezpieczny drzewno-świeżak; z czasem tracący drugi człon charakterystyki na rzecz wibrującego, jasnoszyprowego Orientu, gdzie główne role grają krystalicznie dobitna kolendra, gorzko-ostra, dyskretnie sucha gałka muszkatołowa, animalne frakcje lawendy oraz suszone młode listki herbaty; później dołącza do nich tytoń, mech dębowy (ależ sucho i przejrzyście! : ) oraz miękka, delikatnie słodka cielesność. Nie przeszkadza mi nawet fakt, iż mniej więcej w połowie rozwoju (czyli po ok. stu minutach) kompozycja zmydla się; szczęśliwie porzuca tę drogę zbyt szybko, bym mogła się nią rozczarować. ;)
W mojej opinii to świetny, ciekawie skonstruowany codzienny zapach; lub wieczorowy, o ile jego szczęśliwy nabywca ma konserwatywne poglądy na to, co wypada nosić za dnia. ;D

Skład:
cytryna, bergamotka, mandarynka, gałka muszkatołowa, kolendra, lawenda, zielona herbata, liście tytoniu, drewno cedrowe, mech dębowy, labdanum, piżmo


Balenciaga, Florabotanica

Początek to dużo jasnych, słodkawych kwiatów (w tym biała róża), z czasem rośnie podobieństwo do J'Adore. Czyli pojawia się nuta delikatniejszego płynu do zmywania naczyń, którą tak ukochałam. ;>  Później szczęśliwie dryfuje w stronę różanej konfitury z drzewnym pieprzem (duet wetywerii z miętą?) i jest znacznie lepiej. Czuć wspólne geny pachnidła z ostatnimi dokonaniami marki, Paris czy l'Essence. Plus za uniknięcie łatwej drogi "spaczulałej oranżadki".
Na skórze jednak blaknie, zmienia w rozmoczony wspomnianym wyżej płynem pergamin, marnieje. Szkoda.
Wierzę więc, że spełni pokładane weń nadzieje i spodoba się współczesnym nastolatkom. :>

Skład:
goździk (kwiat; nie wyczułam), róża, mięta, ambra, wetyweria


Cacharel, Catch... me

Choć trudno ją nazwać nowością, nawet na polskim rynku, dopiero niedawno udało mi się przetestować wodę.
I cóż? Ano całkiem nieźle. :)
Kandyzowane plasterki owoców cytrusowych oraz laboratoryjnie retuszowane kwiaty (z jaśminem wielkolistnym oraz optymistycznym, esencjonalnym kwiatem pomarańczy na czele) w miarę upływu czasu coraz głębiej zanurzają się w drażniącą mnie paczulową oranżadę - choć paczuli w składzie brak. Tym razem jednak nie czuję irytacji ale umiarkowaną radość.
Może to przez lekką, alchemicznie przewrotną naturalność pachnidła lub dzięki obecności akordu cukrowego oraz zimie? A może chodzi o fakt, że marka pogłębiła oraz udosłowniła przekaz zapoczątkowany niezbyt udaną Scarlett?
Grunt, że jestem zadowolona. Choć z trwałości już trochę mniej.

Skład:
mandarynka, petit grain, kwiat pomarańczy, jaśmin, mleczko migdałowe, ambra, akordy drzewne


Dolce & Gabbana, The One Desire

Kurczę! Gdybym wiedziała, że to kolejny flanker The One, pewnie darowałabym sobie testy (mam uraz do tej serii); tymczasem zostałam wystrychnięta na dudka, dzięki czemu miałam możliwość konfrontacji z własnymi uprzedzeniami. ;)
Okazało się, że nadal istnieją. :] Po raz kolejny dostałam bowiem dużo kwiatów podanych na świeżo, dla niepoznaki umoczonych w cukrowym syropie z elementami przejmująco niedosłownej owocowości liczi oraz tuberozowego miodu (i to wszystko, co z tuberozy udało mi się w Desire wywąchać). A i tak na koniec wyłazi z nich cytruskowy płyn do naczyń.
Nuda.

Skład:
bergamotka, mandarynka, liczi, konwalia, tuberoza, drewno sandałowe, karmel, ambra, wanilia


Dsquared², Potion for Women

W początkach łagodny, zielony kwiatowy puder. Stereotypowo damski oraz lekki, który po kilku chwilach zaczyna nabierać soczystości i - z poprawnego stawać się brzydkim (oczywiście subiektywnie), systematycznie zmierzającym w stronę niesławnej "wody spod kwiatów"; irytująco ozonowej, roślinnej, skażonej ledwie wyczuwalną nutą gnilną.
Szczęśliwie jeszcze później kompozycja ponownie schnie, zmieniając się w ostry, rozedrgany puder z irysów i piżma.
Ech, gdyby nie te zgniłki...! ;)
Wychodzi na to, że seria jednak nie jest dla mnie.

Skład:
jeżyna, bergamotka, fiołek, konwalia, róża, jaśmin, rabarbar (aha! to on bruździ! ;) ), paczuli, ambra, białe piżmo, wanilia


Gucci, Guilty Black

Akcji "zróbmy se hiciora!" edycja... która to już? Trzecia? Czwarta?
Na pewno równie marna jak poprzednie. :>
Nie chodzi nawet o zieloną, kwiatowo-przyprawową, cokolwiek ostrą masę lecz o fakt, w jaki sposób połączono klasyczne, mega-super (lub wiecznie) modne nuty, akordy, poszczególne wersy w całość, która w zamierzeniu ma pasować każdemu i do wszystkiego. Niestety, zamiast niepodważalnej uniwersalności osiągnięto efekt podejrzanie bliski popularnym w okresie PRL żartobliwym tabelkowym ściągom przemówień.
W dwóch słowach (oraz jednym łączniku) podsumuję: bida z nędzą. ;>

Skład:
liście kolendry, lawenda, kwiat pomarańczy, neroli, nuty zielone, drewno cedrowe, paczuli


Hermès, Jour d'Hermès

Rrumburrak! Barrrbarrra! Rrrabarrrrbarrrrr!
Zwłaszcza to trzecie, połączone z sokami zielonymi i energetycznymi. Świeży imbir, porzeczki (na szczęście czarne), jasne, suche drewna oraz świetliste białe kwiaty (neroli? elementy jaśminu? hiacynt?). Gdzieś pod spodem transparentna, ponadzmysłowa cielesność; dziwna. Lekka oraz niewątpliwie artystyczna.
Na mnie ordynarny kwach.
Ponoć do informacji prasowych na temat Dnia Ellena nie chciał podać żadnych wskazówek, z czego powstało nowe pachnidło. Doceniam ten gest, naprawdę.
Zastanawia mnie tylko, czy byłby w stanie rozpoznać swoje najmłodsze "dziecko", gdyby posłać mu próbkę uperfumowanej nim mojej skóry? ;> Przypuszczam, że wątpię. :]

Skład:
zgaduj-zgadula :D


Molinard, Fleur de Chocolat

Kakaowo-śmietankowo-karmelowy krem z owocami. Niezwykle sugestywny i apetyczny, bezwstydny poprawiacz nastroju w pochmurne dni. :)
Od początku wyrazisty, jednostajnie słodki, obrzydliwie smaczny. ;D Im dłużej go nosić, tym bardziej miękki, suchy, pudrowo-cielesny się staje; tym silniejszym okazuje się jego podobieństwo do Musc Maori. Akcenty karmelowych ciągutek zmieszanych z waniliowym pudrem (takim do ciała) natomiast każą pomyśleć o jednej z letnich edycji Angela; nie pamiętam, której. Bliskoskórność wody nie przeszkadza, podobnie, jak jej umiarkowana trwałość.
Tak czy siak optymizm w koncentracie. :)

Skład:
karmel, gorzka czekolada, wanilia


Prada, Luna Rossa

Czy tylko ja, patrząc na powiązaną z rzeczonym pachnidłem jednostkę pływającą, oczyma duszy widzę sławetną Łódkę Bols? ;) Skojarzenie wydaje się potwierdzać reklamujący najnowszy zapach Prady model, chłopię o czółku i oczach nieskalanych myślą - lub mętnych jak po spożyciu (no, prawie :) ).
Szczęśliwie perfumy bronią się same. Przejrzyste, proste, stworzone na delikatnej równowadze między wytrawnością ziół, głównie lawendy oraz szałwii, a roślinną słodyczą pomarańczy (która ponoć i tak jest gorzka ;) ), obu spokojnych, wyważonych, naturalnie przestrzennych dzięki dodatkowi mięty. Delikatnych. Także później, kiedy ujawnia się rodzaj cielesno-drzewnego ciepła; a może tkwiło w wodzie od początku, może to on, lekki, łagodnie optymistyczny ambroksan, odpowiada za elementy słodkie?
Może...?
Luna Rossa to świetne, Pradowo dyskretne pachnidło na każdą okazję; klasa sama dla siebie.

Skład:
gorzka pomarańcza, lawenda, mięta, szałwia, nasiona piżmianu, ambroksan
___
A poza tym: Wild Tobacco od Illuminum. Jak to dobrze mieć własny flakon z esencją Śródziemia! ;)


* * *

Na koniec krótka uwaga techniczna: przepraszam za zaniedbanie korespondencji mejlowej.
Miałam ostatnio sporo zajęć, na szczęście w najbliższe kilka dni czeka mnie laba. Dlatego też na Wasze listy odpisywać będę od jutra.
Mam nadzieję, że jeszcze zdążę z odpowiedziami. :)

piątek, 23 marca 2012

Ale wkoło jest wesoło!

Zauważyłam, że od dłuższego czasu nie pojawiła się tutaj ani jedna notka z impresjami. Nie bardzo wiem, dlaczego; wszak nadmiar przytłaczających mnie próbek i odlewek wcale nie zmniejszył objętości (a nawet wprost przeciwnie ;) ). Dlatego dziś będzie kwiatowo, kolorowo, intensywnie; delikatnie i z werwą, bardzo zielono i... niekoniecznie. :)
Pięć kompozycji opartych o akordy najróżniejszych roślin.


Balenciaga, Rumba

Intrygujący vintage, skomponowany z nut owocowo-kwiatowych, co w roku 1989 nie było jeszcze tak oczywiste, jak dzisiaj. Być może z racji braku masowych, rutynowych rozwiązań Rumba przedstawia sobą więcej niż niejedna współczesna nam kompozycja. :)
Złożona z niespotykanej mnogości nut owoców jagodowych (oraz śliwki) i kwiatów białych, zmysłowych, podkręcona orientalną słodyczą. Przemożna, barokowa a jednak zaskakująco czysta. Powstała ku chwale jawnej radości życia oraz dosyć ekspansywna. W chwili debiutu wymarzona dla kobiet pełnych młodzieńczego czaru, dziś idealna raczej dla nieco dojrzalszych optymistek. Zawsze zaś - świetna. Rewelacyjny, mało typowy szypr.
Jaka szkoda, iż Jean-Claude Ellena porzucił ten rodzaj perfumeryjnej ekspresji!

Skład:
bergamotka, brzoskwinia, malina, śliwka, kwiat pomarańczy (piękny! :) ), magnolia, goździk, tuberoza, gardenia, heliotrop, konwalia, orchidea, nagietek, jaśmin, miód, styraks, wanilia, drewno sandałowe, skóra, bób tonka, ambra, piżmo, drewno cedrowe, paczuli


Bond No. 9 Brooklyn

Który gra w zdecydowanie innej lidze. Nie wyższej ani nie niższej, to po prostu subdyscyplina. ;)
Towarzyszy jej przede wszystkim wysoce skoncentrowana, pełna uroku zieleń. Cytrusy, przemiłe nuty nuty przypraw, głównie kardamonu i odrobiny goździków, balsamicznie świeżego jałowca z iglastym odświeżaczem cyprysowo-cedrowym, złamanym akcentami słodkawego gwajaku oraz skóry. Wszystko to układa się w pachnidło nie tyle wielkomiejskie, co wakacyjne. Lub majówkowe, a na pewno pełne nieskrępowanego, rozleniwiającego relaksu. :)
Szkoda tylko, że z mojej skóry znika po około czterech godzinach.

Skład:
grejpfrut, kardamon, jałowiec, cyprys, geranium, gin, drewno cedrowe, drewno gwajakowe, skóra


Chopard, Madness

Następna w kolejce jest róża niesłodka, aczkolwiek otoczona słodkimi konfiturami. :) Wstrząsająco prosta, pozbawiona śladów pretensjonalności, w kategorii "sztuka użytkowa" zasługująca na najwyższe laury. Poważnie. Prosty, nieco skórzany akcent królowej kwiatów zmieszano z malinowym, plastycznym liczi oraz zadziornym różowym pieprzem. Zjawia się też ślad hibiskusa - kwiatu, którego smaku nie znoszę, za to zapach cenię. Baza układa się dzięki delikatnie osłodzonemu, lekko dymnemu palisandrowi. Całość nie zachwyca projekcją, a jednak sprawia wrażenie zjawiska ze wszech miar przyjaznego zarówno użytkownikowi, jak i jego/jej otoczeniu.
Brawa dla Christine Nagel! :)

Skład:
różowy pieprz, liczi, róża, hibiskus, wata cukrowa, palisander


Guerlain, Secret Intention

Jakiś czas temu trafiła w moje ręce limitowanka Guerlaina z roku 2001, przeznaczona na rynek północnoamerykański (dzięki, Rysiu! :) ).
Znając profil marki miałam prawo podejrzewać, iż pachnidło okaże się co najmniej zadowalające, poprawnae. Nie pomyliłam się. :)
Niestety, poza "poprawnością" nie ma sensu oczekiwać zbyt wiele. Ponieważ Secret Intention, jakkolwiek staranna i zrobiona bez ewidentnej hochsztaplerki, nie przedstawia sobą niczego szczególnie wartościowego. Powstanie tej wody nie ubogaciło świata perfum, jej zniknięcie z rynku niczego nie uszczupli. Może tylko czasem komuś zabraknie, nietypowego w olfaktorycznym świecie, aromatu świeżej żurawiny (choć co dokładnie zań odpowiada, nie umiem już stwierdzić), jasnych i plastycznych kwiatów na delikatnej, śmietankowej, orientalno-przyprawowej bazie. Całość jest słodka, mało inwazyjna, dziewczyńska.
Oraz zupełnie, całkowicie pozbawiona guerlinade. To naprawdę jest Guerlain?

Skład:
cytryna, bergamotka, kolendra, herbata, kardamon, piwonia, neroli, jaśmin, drewno sandałowe, bób tonka, wanilia


Serge Lutens, Tubéreuse Criminelle

Zapach, dzięki któremu pojęłam, dlaczego tyle osób nie trawi tuberozy. ;) We wcieleniu Kryminalnym ów kwiat pleni się ponad wszelką miarę, zagłuszając wszystkie inne nuty oraz sąsiednie wonie. Tuberoza silna, miodowa, wpadająca w tony ostrych przypraw, okolona pudrowym piżmem. Lecz to nie ma żadnego znaczenia. Kwiat tytułowy jest tu stanowczym, nieznoszącym sprzeciwu hegemonem, który stłamsi najmniejsze nawet oznaki indywidualizmu swoich poddanych.
Jest miła, lecz w ilościach minimalnych, dozowanych pipetą, po kropli. ;)
Chyba nie muszę mówić, że moc zapachu wykracza daleko ponad przeciętną, nawet w normach typowo lutensowskich?

Skład:
tuberoza, heliotrop, jaśmin, kwiat pomarańczy, goździki (przyprawa), gałka muszkatołowa, wanilia, piżmo, styraks
___
Dziś noszę Qessence od Missalów. :)

sobota, 18 czerwca 2011

Szklana Góra i aldehydy

Czy kiedykolwiek zauważyliście różnicę w sposobie podawania i garnirowania potraw, np. w restauracjach lub na Uroczystych Przyjęciach, współczesnym i takim sprzed, powiedzmy dwudziestu pięciu lat? Gdzie podziały się zapełnione talerze, ozdobione wachlarzami z pora czy pomidorem wyciętym w ząbki? Gdzie układanie z warzyw kompozycji kolorystycznie jednolitych bądź "udających" jakiś rysunek, te wszystkie kwiatki z plasterków rzodkiewki i łodyżek szczypiorku?
Dzisiejsza estetyka dekoracji pożywienia zdaje się swobodnie powiązana z poprzednią. W restauracji stawiają przed Wami talerz, którego niezbyt imponującą zawartość przyozdobiono kleksami sosu, kopą kiełkowej zieleniny, zabawnym karmelowym rusztowaniem czy egzotycznymi przyprawami w niezmielonym stanie skupienia: gwiazdką anyżu, kawałkiem laski cynamonu albo wanilii. :)
Owszem, jeden sposób dekorowania może nam się podobać mniej, inny bardziej - jest to całkowicie naturalne i zrozumiałe. Lecz kiedy się dobrze zastanowić, okazuje się, iż każdy w swoim czasie był, jest i będzie uważany za efektowny, logiczny oraz ekonomicznie korzystny. Stwierdzenie, że gusta nam się zmieniają jest obrzydliwie wyświechtanym banałem. Do tego, jak to banał, w stu procentach prawdziwym.

Uważam, że w identyczny sposób należy patrzeć na sztukę perfumiarską.


I co z tego, że pachnidło A w naszym subiektywnym postrzeganiu nie nadaje się nawet od płoszenia myszy i zabijania much, zaś pachnidło B nie przypomina niczego, co nasi rówieśnicy byliby skłonni określić mianem "perfum"? Ważny jest kontekst.
To dzięki niemu możemy pojąć, dlaczego ostateczny efekt pracy perfumiarzy sprzed trzydziestu i więcej lat w najmniejszym stopniu nie przypominał zapachem ani jednego ze swych elementów składowych oraz czemu w owym czasie prace Jean-Claude'a Elleny nie zyskałyby nawet ułamka dzisiejszej popularności i poważania. :) Kontekst, moi mili. ;) To konteksty spajają naszą rzeczywistość kulturowo-społeczną w całkiem sprawnie działającą machinę.

Uświadomienie sobie tego jest ważne, ponieważ daje nam możliwość swobodnego podróżowania pomiędzy, nieraz bardzo oddalonymi, dziedzinami doświadczania, budowania spójnych konstrukcji teoretycznych, jak i empirycznych. [Przy okazji: nie, to NIE jest prawda, że "pisanie o zapachach jest jak tańczenie o architekturze" ;) Kto tak uważa, niech pomyśli o bezsensowności recenzowania płyt z muzyką czy prób "ogarnięcia" dzieła filmowego jako całości.] Świadomość ulotności wrażeń i zmienności ludzkich gustów paradoksalnie może być największą siłą osób, które owe zjawiska fascynują.
Dzięki nim, dla przykładu, możemy o retroperfumach powiedzieć nieco więcej, niż "straszny śmierdziel" lub "wyśmiałam babcię i kazałam jej wylać TO COŚ do kibla". Nawet, jeśli dokładnie takie jest nasze zdanie.

Cóż, tym razem pomyślałam coś wprost przeciwnego. :) Bo perfumowe vintage o nazwie Cialenga, swego czasu istniejące pod egidą marki Balenciaga naprawdę warto poznać.


Początkowo aromat mnie zauroczył, ujął swą kadzidlano-aldehydową świetlistością. Promiennym, złocistym i nieomal barokowym charakterem. Potężnym tchnieniem przerośniętego Zefira, takiego zwiewnego tytana, jeśli wiecie o co mi chodzi. :) Przemijające, jak wszystko na tym świecie, wrażenie twarzowego połączenia sprzeczności, które tak bardzo lubię w perfumach.
Jednak po chwili kadzidło i jakieś płochliwe, typowo leśne stworzenie znikają, pozostawiając olbrzymią bryłę z kryształu, aldehydowo-kwiatową Szklaną Górę. Równie majestatyczną i trudną do zdobycia, co baśniowy oryginał. Zbudowaną dzięki pomocy róży, ylang-ylang, jaśminu, lilii oraz słodko-korzennej woni goździkowego kwiecia.
Wszystko to z czasem jeszcze bardziej tężeje, nabiera dostojeństwa a także buduje dystans między osobą ubraną w Cialengę i jej otoczeniem. Wkrótce też wraca wspomnienie lasu, w postaci orientalnych drzew, sporej dawki wetywerii oraz wysuszającego wszystko mchu. Pojawia się także irys w mydlącym wcieleniu, dzięki czemu mój entuzjazm nieco przygasa. :) Lecz i tak - mimo ciekawej gry wysokiej jakości składników - cały czas dominuje szklisty, odbijający promienie słoneczne, niemal oślepiający akord aldehydowy. Wszechogarniający, sprężysty, żywy; świetnie zgrany z wetywerią, cedrem i mchem. Może nawet po opłotkach biegają samowolne nuty sandałowca, paczuli i któregoś z odzwierzęcych utrwalaczy..? ;) Tu naprawdę wszystko może się zdarzyć.

Jedyny warunek, jakiego musimy dopełnić, to starania o możliwie otwarty umysł. Tak, aby myśli i wrażenia mogły wirować swobodnie, przez nic i nikogo nie kierowane, napędzane, strofowane.. Aby, dotąd skryte pod powłoką norm i stereotypów, konteksty ośmieliły się przed nami odsłonić.


Rok produkcji i nos: 1973, Jacques Jantzen

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, choć współczesny odbiór jego mocy umożliwia testy także mężczyznom. O dużej sile rażenia i znacznym sillage, zatem bezpieczniejszy na chłodne wieczory; ale co kto lubi... :)

Trwałość: zmienna; od pięciu do blisko jedenastu godzin [to drugie, gdy za oknami chłodniej]

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aldehydowa

Skład:

Nuta głowy: nuty zielone, czarna porzeczka, cytrusy
Nuta serca: ylang-ylang, rys, jaśmin, róża, goździki (przyprawa), lilia
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, wetyweria, paczuli, mech dębowy
[i pewnie jeszcze co najmniej dwa tuziny innych składników]
___
Dziś noszę Cèdre marki Serge Lutens.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje przedstawiają miejsca pracy różnych grup wytwórców perfum: dawnych w Grasse i dzisiejszych (choć historycznych także) Florentczyków z Santa Maria Novella.
1. http://www.vintagepostcards.org/grasse-france-fragonard-french-perfume-factory-parfumerie-rppc-p-4303.html
2. http://joellelifestyle.com/2010/07/02/officina-profumo-di-santa-maria-novella/

wtorek, 24 maja 2011

Życie wieczne

Spokojnie, obejdzie się bez teologii. ;) Chodzi o życie wieczne w sensie dużo bardziej przyziemnym.
Jako, że dziś chciałabym oficjalnie zainaugurować współpracę z moim nowym dostarczycielem próbek. :) Na pierwszy ogień "zgarnęłam" zapach nietypowy, oniryczny oraz silny, będący objawieniem stuprocentowego vintage, modnego wszak ostatnimi czasy na zagranicznych bogach perfumowych, a i moim prywatnym gustom nieobcego. Skoro więc od jakiegoś czasu nieśmiało zeń flirtuję uznałam, że czas najwyższy rzucić się na głęboką wodę.

Przed Państwem La Fuite des Heures marki Balenciaga!

I tak oto wyjaśniło się, skąd wzięłam tytułową frazę. :)
Fuite des Heures, w krajach anglosaskich znana jako Fleeting Moment czyli Ulotna Chwila, w sposób jednoznaczny kieruje nasze myśli ku wspomnieniom, marzeniom, snom; ku skrawkom słów, obrazów, dźwięków, zapachów, emocji, wrażeń wyrytych gdzieś w zakamarkach mózgu i nawoływanych ponownie, by na jeszcze jedną, krótką chwilę przywrócić je życiu. Wiemy jednak doskonale, iż nawet najdoskonalsze wspomnienie nie zdoła nam zastąpić doświadczania na bieżąco, prawdziwego życia jako, że choćby i najczulej pielęgnowane, z czasem zaczyna blaknąć, zacierać się, tracić na szczegółowości i odchodzić, pozostawiając po sobie jedynie fantom w postaci strzępów wrażeń, pojedynczych kadrów obrazu czy wyrwanych już z kontekstu słów. Poskładanie ich z powrotem w logiczną całość jest zadaniem godnym najlepszego ze śledczych. :)
Dlatego tak zależy nam na wszelkich dostępnych formach zapamiętywania wydarzeń. O ile uwiecznienie dla potomności czyichś słów lub czynów dzięki słowu pisanemu nie stanowi większego kłopotu, o tyle ludzkie procesy poznawcze pozostają zdumiewająco bezradne i mało chłonne wobec wszelkiego rodzaju doznań zmysłowych. Najczęściej wiemy o nich jedynie, że "były" i potrzeba nam nadzwyczaj silnego bodźca, byśmy dzięki nim mogli uruchomić lawinę wspomnień [słynna proustowska magdalenka :) ]. Z prostym opisaniem minionych zdarzeń za pomocą słów jest dużo łatwiej, prawda?
Stąd szalona popularność fotografii, filmu, nagrań dźwiękowych; stąd pragnienie zachowania koloru na "utrwalaczach wizualnych" i coraz częstsze próby stworzenia np. telewizora przekazującego także zapachy. A kiedy nie było nowoczesnej technologii, ludzkość musiała zadowolić się sugestywnym malarstwem. Ciekawym jego nurtem są przedstawienia martwych natur, czyli udoskonalonego przez tradycję niderlandzką, przesyconego symbolizmem i motywami wanitatywnymi "cichego, nieruchomego życia". La Fuite des Heures: Ulotne Chwile. :)

Jak to zwykle bywa z zapachami retro, współczesnemu użytkownikowi trudno jest powiedzieć coś wiążącego o poszczególnych nutach kompozycji. A cóż dopiero, gdy ma się do czynienia z pachnidłem zabutelkowanym przed pięćdziesięciu laty!
Z pewnością najprościej jest odłożyć na bok recenzenckie obsesje, nerwowe tiki tudzież detektywistyczne natręctwa i po prostu zacząć chłonąć wrażenia. Iść na żywioł. Dzięki temu już po chwili od aplikacji okazuje się, że nie warto wierzyć w te wszystkie legendy o gęstej chmurze aldehydów-dusicieli, mającej do szczętu obrzydzić życie każdemu kto liczy sobie mniej, niż osiemdziesiąt pięć lat. Nic bardziej mylnego! Przynajmniej FdH nie są takie [choć poznałam już klika dawno wycofanych zapachów i mogę zapewnić Was, że żaden jeszcze mnie nie zabił].
Owszem, chmura molekuł znanych z legendarnej Piątki Chanel gdzies tam sobie fruwa, ale generalnie już od pierwszych chwil jest lekka i mocno przerzedzona, by w miarę upływu czasu zredukować się prawie do zera. Nie taki diabeł straszny. ;) I wkrótce po wyparowaniu pierwszej dawki legendarnych wzmacniaczy efektu mamy okazję wsłuchać się w przepiękną sonatę, mistrzowsko skomponowaną i wirtuozersko zagraną, tak wdzięczną i czystą, że właściwie wzruszającą. Naprawdę rzadkiej urody.
Czuć, że za Fuite.. stoi najprawdziwsza Mistrzyni w swoim fachu.
Bowiem tylko geniusz potrafi stworzyć taką kompozycję zapachową: zioła schnące w słonecznym blasku, kwiaty, których przestrzenność jednocześnie zadziwia i kusi, skórę, co wcale skórą nie jest. Kiedy dodać do tego piżmo mydlące, choć najwyższej jakości oraz ambrę, która cudownie łączy się z bursztynem [tak, naprawdę z bursztynem; zbliżonym do znanego z Baltic Amber Voluspy, jeno mniej ostrego], wówczas okazuje się, iż dano nam obcować z najprawdziwszą Sztuką. No i jest jeszcze coś.
Słodycz, jakiej współcześnie nigdzie nie znajdziecie.

Zapomnijcie o cukierkowych słodziakach, tandetnych owockach, duszącym toffi czy oklepanych czekoladkach. Niech Wam w głowie nawet nie powstanie myśl o chemicznych landrynach, pyszniących się dziś na półkach perfumerii i w damskich toaletkach. Takie skojarzenia obrażają słodycz Ulotnych Chwil.
Ta bowiem jest miękka, załamująca światło; cicha i oniryczna, jakby nieco przykurzona. Łagodna, choć jawnie zdystansowana. Myślę, że jest to zasługa irysa, którego ostre nutki co rusz pobrzmiewają nieco głośniej od reszty. Ciekawie tez układa się wspomniana wcześniej współpraca ambry i bursztynu, czyli upojnych, słodko-aksamitnych odzwierzęcych utrwalaczy z intensywną, metaliczno-balsamiczną zastygniętą żywicą. No i jest jeszcze piżmo, którego bałam się przed swoim pierwszym z omawianym pachnidłem spotkaniem: jednocześnie czyste, mydlane i świetliste, miłe dla nosa (ponownie zgaduję istotny wkład usłużnych aldehydów :) ), w typie Louanges Profanes z asortymentu Perfumerii Generalnej. Na to wszystko nakłada się spokojna, statyczna i zaskakująco dyskretna woń skóry, może zamszu: nieco "przewiana", permanentna, stylowa. Brak tu dosłowności najgłośniejszego produktu Piver czy dusznego klimatu skóry od Parfum d'Empire. Wszystko jest spokojne, statyczne, głębokie. Wyrównane, choć zawierające w sobie kilka ciekawych punktów zaczepienia. Godzące sprzeczności, wdzięczne, żywe; mistrzowsko rozegrane w niuansach. Chwila złapana w sieć.

Woń Fuite des Heures jest jednocześnie ciepła, chłodna, gustowna i prosta; zmysłowa, lecz efektowna i budząca respekt. To ewidentnie stare perfumy; nie da się ukryć, że pochodzą z czasów, gdy w świat zapachów nie zwykło się wprowadzać nieopierzonych pensjonarek czy egzaltowanych czytelniczek Trędowatej, chadzających "na fajfy do magla", jak pisał Słonimski. :)
Zero tandety, żadnych tanich chwytów pod publiczkę i żenującego pseudo-duchowego ekshibicjonizmu kolorowej prasy. Czysta prostota płynąca z oczywistego dla wszystkich zainteresowanych wyrafinowania.
Wiecie, taka naturalność, której osiągnięcie wymaga godzin ciężkiej pracy.


Rok produkcji i nos: 1949, Germaine Cellier

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, dziś spokojnie mógłby zostać uznany za uniseks. Efektowny, bliski skórze, nienachalnie zmysłowy; wymarzony na Bardzo Ważne Okazje i inne spotkania formalne (ale z wieczorem w domowych pieleszach też się nie gryzie :) ).

Trwałość: do sześciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-szyprowa

Skład:

irys, jaśmin, siano, szara ambra, piżmo, bursztyn, aldehydy, tymianek, anyż, skóra i pewnie jeszcze wiele innych składników (aż się prosi o jakieś drewno czy żywice)
___
Dziś noszę Impérial Opoponax marki Les Néréides.

P.S.
Ważniejsze ilustracje:
1. Feston z kwiatów i owoców, pędzla artysty o nazwisku Jan Davidsz de Heem (powstały gdzieś w latach 1635-84).
2. Martwa natura ze szparagami, autorstwa Adriaena Coorte (rok 1697).
3. Martwa natura z kwiatami w szklanym naczyniu, pędzla Jana Brueghela Starszego (między rokiem 1578 a 1625).
Wszystkie pochodzą z internetowego katalogu zbiorów Rijksmuseum i polecam kliknąć w każdą z zamieszczonych wyżej reprodukcji, by móc przyjrzeć jej się z bliska. :)