Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lutego 2014

Dzieło stworzenia zaprawdę warte jest zniszczenia

Ponieważ katar i lekkie przeziębienie w dalszym ciągu uniemożliwiają mi zajmowanie się perfumami, dziś postanowiłam zamieścić wpis odbiegający od zasadniczej tematyki Pracowni alchemicznej. Może kiedyś, gdy wreszcie stworzę kolejnego bloga, ostatecznie przeniosę go właśnie tam...? Niewykluczone. :)

Lecz póki co, chciałabym przedstawić Wam refleksję dotyczącą pewnego głośnego i popularnego filmu - lub raczej cyklu filmowego - który od chwili premiery nie przestaje budzić kontrowersji, moim zdaniem w większości kompletnie pozbawionych sensu. I to z powodu zasadniczego, który większości krytykujących w tajemniczy sposób umyka.


W ostatnim rozdziale Hobbita J. R. R. Tolkiena możemy znaleźć poniższy urywek:

"W ten sposób z kilku słów, które czarodziej rzucił Elrondowi, Bilbo dowiedział się, gdzie bywał Gandalf. Okazało się, że uczestniczył w wielkiej naradzie dobrych czarodziejów, mędrców i mistrzów białej magii i że wreszcie udało im się wypędzić Czarnoksiężnika z jego mrocznej fortecy z południowej części Puszczy.
 - Wkrótce więc - mówił Gandalf - w lasach oczyści się powietrze. Północ na długie wieki uwolniona została od tej zmory. Ale chciałbym, żebyśmy ją mogli wygnać z całego świata.
 - Dobrze by to było - rzekł Elrond - obawiam się jednak, że nie stanie się to jeszcze ani w naszej erze, ani w ciągu kilku następnych".
J.R.R. Tolkien, Hobbit czyli tam i z powrotem, przeł. Maria Skibniewska, wyd. Iskry, Warszawa 1997, s. 229.

Tuż po premierze pierwszej części Hobbiciej trylogii odkryłam, iż właśnie te słowa są kluczem do zrozumienia zamysłu Petera Jacksona, dlaczego (poza większym zyskiem) z jednej niewielkiej książeczki warto stworzyć trzy epickie filmy.
Bo czegóż dowiadujemy się z przytoczonego cytatu? Ano właściwie niczego. :D Niczego, jeżeli odnosić je do treści pierwszego z dzieł Tolkiena o akcji osadzonej w Śródziemiu. Optyka zmienia się natomiast radykalnie, kiedy spojrzeć na nie z perspektywy pozostałych opowieści, ze szczególnym uwzględnieniem Władcy Pierścieni.

Przez całą treść Hobbita Gandalf znikał i pojawiał się nagle, najczęściej w najmniej oczekiwanych momentach, by jako najprawdziwszy deus ex machina rozwiązywać konkretną akcję w sposób korzystny dla naszych bohaterów. I w porządku, jest to całkiem sympatyczne oraz zrozumiałe literackie rozwiązanie - w powieści skierowanej głównie dla młodzieży i, przede wszystkim, w powieści mającej pierwotnie istnieć jako samodzielny twór literacki.
Skoro jednak ta spotkała z olbrzymim zainteresowaniem, trudno dziwić się, iż wydawca oczekiwał od oksfordzkiego profesora ciągu dalszego. Ten ukazał się, nawiasem mówiąc z blisko dwudziestoletnim opóźnieniem. :) Co okazało się czasem wystarczająco dużym, aby zmienić wiele nie tylko w skali czy ogólnej konstrukcji świata, którego zręby pojawiły się właśnie w Hobbicie, ale też w naszej rzeczywistości. W międzyczasie zmieniło się nie tylko życie prywatne i zawodowe Tolkiena lecz także cały zachodni świat, który dzięki bezprzykładnemu okrucieństwu drugiej wojny światowej aż nadto wyraźnie zrozumiał, czym może być i do czego prowadzić zło.

W połowie lat trzydziestych mieszkaniec idyllicznej, zaściankowej Anglii [nie piszę jednak o rzeczywistej sytuacji politycznej ówczesnego Imperium Brytyjskiego lecz o mocno wyidealizowanym autoportrecie ceniących spokój i harmonię Anglików] mógł co najwyżej mgliście podejrzewać, że wspomniane w cytacie "długie wieki" pomiędzy jedną wojną a drugą okażą się zaledwie mgnieniem oka - a i to tylko wówczas, jeżeli był zorientowanym w sytuacji międzynarodowej pesymistą. ;) W rzeczywistości Śródziemia tej niemiłej niespodziance odpowiadało "zaledwie" kilkadziesiąt lat. W momencie premiery literackiego Hobbita któż jednak mógł zdawać sobie z tego sprawę?


Kolejną kwestię można oprzeć o zdanie: "Okazało się, że [Gandalf] uczestniczył w wielkiej naradzie dobrych czarodziejów, mędrców i mistrzów białej magii i że wreszcie udało im się wypędzić Czarnoksiężnika z jego mrocznej fortecy z południowej części Puszczy".

Tu także trudno do czegokolwiek się przyczepić - jednak wyłącznie z perspektywy treści Hobbita. Czyli, jak już wiemy, perspektywy zawężonej, ledwie szkicowej w odniesieniu do dalszej twórczości Tolkiena. Kiedy patrzeć na nie z pozycji niezależnej Opowieści, trudno w powyższym zdaniu dopatrzyć się jakichkolwiek nieprawidłowości. Ponieważ skoro mamy Gandalfa - czarodzieja służącego dobru, uczciwego i prawego, który może i posiada swoje własne, magiczne plany jednak ostatecznie ani razu nie sprzeniewierzające się walce z nieprawością - więc dlaczegóż by nie miało istnieć jego przeciwieństwo, jakiś zły i perfidny Czarnoksiężnik? W końcu dobro i zło istnieją obok siebie w naszym świecie, zatem muszą znajdować odzwierciedlenie również w baśniowo-mitycznej rzeczywistości Śródziemia, także wśród osób parających się magią. To logiczne i naturalne rozumowanie.

Tak, tylko że słowa Silmarillionu oraz Władcy Pierścieni (w tej kolejności) niemal łopatologicznie tłumaczą nam, iż w Śródziemiu Trzeciej Ery źli czarodzieje nie mieli prawa istnieć! Istari, czyli Mędrcy - Saruman, Gandalf, Radagast oraz dwóch pozostałych - w rzeczywistości byli istotami nadprzyrodzonymi, kimś pomiędzy aniołami a bogami, zesłanymi na ziemię aby wspomóc jej mieszkańców w walce z Sauronem (który zresztą pierwotnie także był identyczną istotą).W swoim czasie byli najpotężniejszymi, i jedynymi prawdziwymi, czarodziejami, którzy jednak zobowiązani byli ukrywać swoją prawdziwą tożsamość oraz moc, dlatego też przybrali postacie starców. I właśnie dlatego późniejsza zdrada Sarumana okazała się prawdziwym ciosem dla wszystkich ludów zagrożonych zniewoleniem przez Saurona.
Jednak podczas pisania Hobbita  John Tolkien nie miał na ten temat bladego pojęcia. Nie mógł więc zamieścić w treści książki informacji, których jeszcze nie wymyślił; zrobił to dopiero w swoich kolejnych dziełach o Śródziemiu, będących systematycznym uzupełnianiem mitologii oraz dziejów owej mitycznej krainy. Które, musicie to przyznać, kompletnie zmieniają nasze postrzeganie krótkiej bajeczki pod tytułem Hobbit czyli tam i z powrotem. :]

Kiedy więc po raz kolejny napotykam narzekania, jakiejż to straszliwej profanacji dopuścił się Peter Jackson, jaką achach krzywdę wyrządził doskonałemu dziełu Tolkiena, trafia mnie szlag.


Ponieważ o ile jeszcze mogą jakoś przyjąć do wiadomości protesty, wedle których za decyzją stworzenia kolejnej filmowej trylogii stała li tylko chciwość producentów - co i tak jest zarzutem śmiesznym, bo nie oszukujmy się: gdyby nie czyjaś chęć zarobku/snobizm dziś nie mielibyśmy ani jednego z największych, otaczanych czcią dzieł sztuki; ani jednego - to już jakiekolwiek argumenty wytaczane przeciwko scenariuszowi kompletnie do mnie nie trafiają.

Przy czym ważne jest, abyście zrozumieli jedną rzecz: zupełnie inaczej bym na to patrzyła, gdyby jako pierwszego wyprodukowano Hobbita a dopiero potem Władcę Pierścieni. Tak się jednak nie stało.
Dostaliśmy do masowej, popkulturowej konsumpcji dzieła w kolejności odwrotnej, niejako przeczącej logice. Czyli mleko już się rozlało i to ponad dekadę temu. :] Obecnie należało pokazać świat, który byłby godnym (chronologicznym) poprzednikiem epickiej, wielowymiarowej opowieści ukazanej we Władcy. [Szczególnie że, jak pokazuje przykład z premierą pierwszego filmu o Hobbicie, relatywnie niewielu widzów w ogóle zadało sobie trud uprzedniego przeczytania książek Tolkiena].

Z tej kwestii zresztą wynika kolejna. W pierwszej filmowej trylogii mieliśmy okazję poznać świat, w którym najważniejszymi wartościami są wolność, zaangażowanie i poświęcenie, sprzeciwianie się złu oraz okrucieństwu, dowód, że można pokojowo współistnieć niezależnie od dzielących nas różnic, nadzieja. Jak na tym tle wyglądałaby opowiastka o bandzie krasnoludów, której marzy się złoto, zagrabione ich ludowi ileś lat wcześniej przez smoka? Typom, których opisane wyżej cnoty nie obchodzą nawet w połowie tak bardzo, jak klejnoty?? Którzy ogromnego diamentu pragną dlatego, ponieważ jest błyszczący i wart kupę forsy?? A Bilbo jest im potrzebny tylko dlatego, gdyż są zbyt porywczy i nieudolni aby samodzielnie zorganizować skok na smoczą kasę??? Trochę to wszystko płytkie.
Jak tu się z takimi identyfikować, jak przejmować się ich perypetiami? Szczególnie w czasach kryzysu, kiedy aż nadto wyraźnie widzimy, do czego chciwość i bezwzględność niewielkiej grupy osób może doprowadzić znaczną większość społeczeństwa, jaki może mieć wpływ na jakość życia większości.


Tu dochodzi jeszcze jedna kwestia: odpowiedzialność twórcy za klimat, w jakim tworzy i w jakim jego dzieło będzie odbierane. One natomiast w prostej linii wywodzą się z ducha epoki, w jakiej dane dzieło powstało. Natomiast jego, ducha epoki, Ducha Czasów, nigdy nie możemy być do końca pewni.

W kwietniu roku 1933 w swoim cotygodniowym felietonie dla Wiadomości literackich Antoni Słonimski napisał:

"Na dobrą sprawę nie wiemy, w czyich czasach przyszło nam spędzić życie. Być może w historii zostanie tylko, że na skutek zamieszek w Niemczech Einstein przeniósł się do Paryża".
Antoni Słonimski, Kroniki tygodniowe tom 2, 1932-1935, oprac. Rafał Habielski, wyd. LTW, Warszawa 2001, s. 98.

Napisał to człowiek, który od samego początku okazał się zdeklarowanym przeciwnikiem nazizmu i faszyzmu, który w miarę upływu lat od przejęcia przez Hitlera władzy w Niemczech, ostrzegał przed nim coraz głośniej i coraz poważniejszym tonem; nie tylko dlatego, że sam był Żydem. Jednak wtedy, w pierwszej połowie roku 1933, trzy  miesiące po wyborczym zwycięstwie NSDAP Słonimski odczuwał co najwyżej niepokój; lecz przecież nie mógł wiedzieć, do czego ono finalnie doprowadzi. Nie wiedział tego, co my teraz. Nie miał pojęcia, że "na skutek zamieszek w Niemczech" nie tylko Einstein wyemigruje dalej, niż do Paryża ale że wkrótce analogiczną trasą podąży i on sam, Antoni Słonimski.

Niektóre rzeczy stają się zrozumiałe dopiero wtedy, gdy zdołamy ustawić je w odpowiedniej perspektywie, co jednak wymaga od ludzkości wytrwałości oraz czasu. W prawdziwym świecie rzadko kiedy możemy pozwolić sobie na taki luksus, głównie z powodu powszechnych przywar naszego charakteru oraz mikrej długości życia, uniemożliwiającej objęcie rozumem szerszego przedziału czasu, zauważenie pewnych powtarzających się zjawisk jak również trafne przewidywanie ich skutków. Nie mógł również John Ronald Reuel Tolkien - twórca spójnej i fascynującej mitologii a jednocześnie najzwyklejszy w świecie człowiek. :) Ktoś, kto nie znał tajników lub meandrów ani przyszłych zdarzeń, ani nawet własnych myśli. Mógł je co najwyżej przeczuwać i pielęgnować, dopieszczać i - w miarę upływu czasu - nadawać im bardziej konkretną, usystematyzowaną oraz pisemną formę.


W chwili, kiedy pisał Hobbita, Tolkien nie znał szczegółów pochodzenia Gandalfa ani nie przyszedł mu do głowy pomysł aby obdarzyć króla elfów z Mrocznej Puszczy synem (króla zresztą w całym Hobbicie bezimiennego ;) ). Nie wiedział nic o Galadrieli, zaś pomysł stworzenia elfki-wojowniczki prawdopodobnie wydawałby mu się - jemu, konserwatywnemu mężczyźnie z początków wieku XX - kompletnie niedorzeczny, gdyż stojący w sprzeczności z obrazem świata, w który wierzył i z wartościami, które wyznawał. Jemu, wtedy, owszem - lecz już nie nam.

Wszystkie te kwestie w chwili premiery Hobbita były dla Tolkiena tajemnicą (albo kołatały się po jego głowie jako bliżej niesprecyzowane pomysły), lecz my, dzięki o tyle wcześniejszej premierze filmowego Władcy Pierścieni, zdołaliśmy świetnie przyswoić oraz przetrawić wiedzę o śródziemnym uniwersum. Bez uwzględnienia ich wszystkich Hobbit byłby tylko tym, czym z perspektywy późniejszych dokonań Tolkiena się wydaje: uroczą, nieowiązującą i niegłupią powiastką dla grzecznych dzieci.
Miałby sporo sensu ale już nie głębię porównywalną z Władcą tudzież Silmarillionem. Byłby ładny ale powierzchowny; być może pełen akcji i wdzięku, nieposiadających wszelako żadnego głębszego osadzenia w rzeczywistości, którą zdążyliśmy już tak dobrze poznać i pokochać. I na pewno nie przystawałby do naszych czasów, do Ziemi lat 2012-2014. :]
Byłby bajką, zamiast mówić nam cokolwiek o narodzinach zła i o tym, jak łatwo można ulec złudzeniu, że oto pokonaliśmy je na zawsze, że odeszło w siną dal i minie jeszcze tyle, tyle lat, zanim plugastwo powróci, by po raz kolejny niszczyć nam życie. Że predestynacja nie jest niczym więcej jak fatamorganą, do tego szkodliwą. Oraz - że nawet pomimo świadomości tego wszystkiego, niemożliwym jest, aby nie ulec pokusie spokojnego życia, bodaj kilku lat harmonii, życia na pożyczonym czasie, które przecież są pragnieniem dogłębnie ludzkim i pięknym, zrozumiałym.

Podsumowując: Hobbit kręcony w naszych czasach, już po Władcy Pierścieni nie może być jedynie prostym przeniesieniem na ekran krótkiej powiastki Tolkiena. Bo Hobbit o samym hobbicie i o trzynastu krasnoludach, o Gandalfie, elfach, ludziach, o trollach, goblinach czy pająkach, o Beornie oraz o Smaugu nie miałby sensu. Byłby - zbyt płytki.
Jakkolwiek okrutnie może to brzmieć.

Czy wszystko to naprawdę jest tak bardzo trudne do zauważenia??

___
Dziś zdecydowałam się na Royal English Leather  marki Creed (pozdrowienia dla Cezarego! :) ). Chociaż i tak prawie nic nie czuję...

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://absolutebadasses.com/2013/11/04/the-hobbit-the-desolation-of-smaug-2013-character-posters/
2. i 4. http://www.thelandofshadow.com/mordors-review-of-the-hobbit-an-unexpected-journey-part-one/
3. http://www.containsmoderateperil.com/the-hobbit-an-unexpected-journey-2012/
5. http://absolutebadasses.com/2013/10/28/the-hobbit-the-desolation-of-smaug-2013-movie-banners/?relatedposts_exclude=680

niedziela, 29 grudnia 2013

Podsumowanie roku 2013

Wszyscy robią podsumowania, to i ja nie będę gorsza. ;) Tylko, że... dotąd ani razu nie stworzyłam wpisu na ten temat! Będzie to więc mój pierwszy raz.


W mijającym właśnie roku miało premierę całe mnóstwo zapachów (TUTAJ macie wymienioną drobną część z nich), z których wielu nie dążyłam poznać a większości pewnie nie poznam nigdy. Ponadto przez kawałek roku świadomie ignorowałam pachnidła z głównego nurtu, co pewnie jeszcze silniej wypaczyło moją opinię o zapachach AD 2013. W takich warunkach nie sposób ogarnąć całości rynku ani upewnić się, czy aby tworzone w przeciągu ostatnich miesięcy teorie mają mocne oparcie w rzeczywistości.
A na rzetelnym opisaniu rzeczywistości perfumowej zależy mi najbardziej.

Dlatego też zmuszona jestem zrezygnować z prób podsumowania roku 2013 w naszej "branży", skupiając się za to na dziedzinie, do której przejawiam o wiele lżejszy stosunek. ;)
TROLOLOLOLO! :D

 Dodatkowym plusem rezygnacji z podsumowania perfumowego na rzecz filmów, które mnie zauroczyły w czasie ostatnich dwunastu miesięcy jest fakt, że mój gust filmowy okazuje się znacznie bardziej powszechny - a więc zwiększa się prawdopodobieństwo, iż moje zachwyty w jakimś stopniu pokrywać się będą z zauroczeniami innych użytkowników kultury popularnej. :) Pora zatem porzucić wyjaśnienia i zająć się produkcjami, które w 2013 zrobiły na mnie największe wrażenie, wszelako niekoniecznie powstałymi w mijającym roku.
Takie moje prywatne wiedźmoskary. :>


S-F:


Pacific Rim

Wielkie roboty sterowane przez dwie osoby połączone mózgami kontra gigantyczni kosmici z morskich głębin - czy można spodziewać się bardziej bzdurnego pomysłu na fabułę? Chyba nie.
A jednak! Kupa fantastycznej zabawy w towarzystwie nieprawdopodobnej techniki, dzielnych pilotów, zwariowanych naukowców, majestatycznej demolki oraz humoru równoważącego patos. Bez wątku romantycznego za to z Idrisem Elbą w roli heroicznego marszałka na dokładkę - czy od letniego przeboju kinowego można chcieć więcej? Z całą pewnością nie! :D Bo wszystko, co już dostaliśmy, to wcale nie jest mało.


No tak, trailer trailerem a mnie i tak najbardziej podoba się fenomenalna Uczciwa Zapowiedź filmu [przy okazji, znacie ten cykl? Jeśli nie, koniecznie to nadróbcie! :) Znakomita rozrywka na chwilę krótką lub trochę dłuższą]:



Kongres

Kiedy pada granica między rzeczywistością a wirtualem, między "klasycznym filmem" a kreskówką - wtedy wszystko jest możliwe. A człowiek zawsze pozostanie człowiekiem, z jego zaletami oraz wadami.
W filmie izraelskiego reżysera Ariego Folmana na podstawie powieści Stanisława Lema, Robin Wright grająca Robin Wright znakomicie nam to uzmysławia.



Raport Europa

Przez chwilę zastanawiałam się, czy jako trzeci film nie wybrać przypadkiem Grawitacji z Bullock i Clooneyem w rolach głównych ale tak naprawdę nie miałam większych wątpliwości. Raport Europa to obraz kilka miesięcy starszy od hollywoodzkiego hitu i moim zdaniem ciekawszy, choć oba podejmują zbliżone tematy odpowiedzialności czy samotności człowieka w przestrzeni kosmicznej.
Raport jednak skupia się na wzajemnych interakcjach grupy ludzi, wystraszonych nie mniej od bohaterki drugiego filmu. Kiedy grupa astronautów wybiera się w kilkuletnią misję na Europę, lodowy księżyc Jowisza aby poszukać tam śladów życia, nawet przez myśl im nie przejdzie, że już po kilku tygodniach... całkowicie stracą łączność z bazą. (Spokojnie, spojleruję w stopniu minimalnym, ponieważ film zaczyna się od tej właśnie informacji). Co dalej? Należy zawrócić i zmarnować tym samym lata przygotowań oraz miliardy dolarów inwestycji czy mimo wszystko kontynuować misję, zachowując się, jakby do awarii nie doszło i starając się odzyskać łączność z Ziemią? A Wy, jak byście postąpili? ;>
Raport Europa mnie zachwycił mimo, że nie należę do ortodoksyjnych miłośników nurtu hard science fiction (acz z roku na rok wciągam się w niego coraz bardziej :) ). Prostymi środkami i przy skromniejszym niż Grawitacja budżecie ukazano większy zakres reakcji na skrajną sytuację a także więcej możliwości wybrnięcia z niej. Tym silniej zaakcentowano zderzenie człowieka z przerażającą potęgą kosmosu. Dla mnie to w ogóle jeden z najciekawszych filmów roku 2013.



Katastroficzny:


World War Z

No dobra, to w zasadzie również film fantastycznonaukowy ale można nań spojrzeć także i przez pryzmat reguł rządzących produkcjami katastroficznymi: mamy tu kataklizm na skalę globalną oraz heroiczną walkę z nim, akcent położony na sensacyjny przebieg fabuły [niezniszczalny Brad Pitt przetrwa nawet katastrofę samolotu (widać zombiaki nie dysponują trotylem ani snajperami ;P )] czyli akcję pędzącą przed siebie na łeb, na szyję. Do tego jednak mamy przede wszystkim zagadkę, skąd właściwie pochodzi śmiertelna choroba, której początkowo nikt nie chce nazwać, połączoną z poszukiwaniami pacjenta zero.
A ponadto całkiem przyzwoite aktorstwo, dynamiczne zdjęcia oraz muzykę czyli kolejny wakacyjny hit! ;) Z kina wyszłam w znakomitym humorze.



Akcja:


Olimp w ogniu

Wiosną w polskich kinach pojawiły się dwa filmy eksploatujące wątek "duchowych spadkobierców Johna McClaine'a" [bezczelnie pomijam film o spadkobiercy prawdziwym, czyli czwartą część Die Hard, ponieważ go nie widziałam ;) ] broniących amerykańskiego prezydenta oraz ichni Biały Dom przed zagrożeniem terrorystycznym: Świat w płomieniach i Olimp w ogniu. Tak się złożyło, że najpierw obejrzałam pierwszą produkcję - której powszechnie wytykano kretyński, dziurawy scenariusz, niepotrzebny patos, kiepskie aktorstwo, mizerną reżyserię i co tam jeszcze - pomyślawszy po seansie: "no i co z tego? To miała być sensacyjna nawalanka, guilty pleasure dla dużych dzieci! E tam, nie tylko nie ma tragedii ale nawet kiedyś zobaczyłabym ten film ponownie". A potem wybrałam się na sens Olimpu w ogniu - i już nie pamiętałam o jego idiotycznym konkurencie. ;) Olimp przynajmniej ma scenariusz, aktorzy naprawdę w nim grają a nie tylko wypowiadają wyuczone kwestie, wszystkie sytuacje komiczne są zamierzone zaś reżyserowi najwyraźniej "chciało się bardziej", ponieważ całość mniej więcej trzyma się kupy.
Ja jestem prosta widzka, mnie do szczęścia więcej nie trzeba. :)



Historyczny:


Obława

Pierwsza polska produkcja na mojej liście jest co prawda filmem z 2012, jednak obejrzałam ją dopiero w tym roku i powiem Wam jedno: cieszę się, że mi nie umknęła, choć to dzieło zdecydowanie nie do śmiechu. Jakby ktoś z Was przypadkiem interesował się historią drugiej wojny światowej a Obława jakimś cudem mu lub jej umknęła, dobrze radzę: rozejrzyjcie się za płytą! Zróbcie to koniecznie, zanim lukrowana szmira w rodzaju Czasu honoru do reszty wypaczy nasze postrzeganie tamtych czasów.
Lat, kiedy podział na czarne i białe, złe i dobre został czasowo zawieszony i naprawdę mało kto mógł poszczycić się mianem tytana moralności (najpopularniejszy wojenny typ we wschodnioeuropejskiej popularnej narracji historycznej). Czasu, gdy nie każdy partyzant z AK miał możliwość zimowego zadekowania się w rodzinnym domu lub innej bezpiecznej kryjówce zaś tym, którzy zostali w lasach, środki na zahamowanie popędu płciowego pomagały jako tako funkcjonować w dusznym środowisku zamkniętej grupy. Oraz świata, którego guzik obchodziły ich małe dramaty czy dylematy. Bo żołnierz nie jest od rozważania dylematów, tylko od wypełniania rozkazów; nawet, jeżeli czuje się jak zając uciekający przed nagonką. To nie były dni herosów ale bohaterstwa prawdziwego, bo wynikającego z pokonywania strachu oraz własnych demonów, dni bohaterów tragicznych.
Obława to film, po którym z wyprzedzeniem pokochałam reżyserię Marcina Krzyształowicza [identycznie, jak kiedyś sztukę Smarzowskiego po Weselu] a jego imiennikowi Dorocińskiemu wybaczyłam popieranie akcji Ratujmy maluchy. A niech se facet popiera co chce, byle dalej budował swoje postaci z podobną konsekwencją! ;)



Horror:


Obecność

Na początek uczynię wyznanie: nie-na-wi-dzę filmów gore i slasherów. Prowokowanie w widzach obrzydzenia nie jest i nigdy nie będzie straszeniem. Nie i już. Koniec dyskusji.
Jedynymi produkcjami horrorowymi, które oglądam z przyjemnością (ekhem.. ;) ) są filmy, przy których boi się moja głowa a nie żołądek. Obecność jest przykładem dokładnie takiej produkcji. Wiedziałam to od chwili, kiedy tylko zobaczyłam pierwszą zapowiedź. Kiedy zaś usłyszałam, iż dla twórców film ów miał być hołdem wobec klasycznych produkcji gatunku, wszystkich Poltergeistów, Egzorcystów, Omenów i innych w tym stylu, wówczas pozostało mi tylko udać się do kina.. z kimś, kogo będzie można chwycić za rękę w kluczowym momencie. ;) Nie zawiodłam się; choć w Obecności przewijają się dosłownie wszystkie chwyty stosowane w filmach o nawiedzonych domach i rodzinach, które niszczy paranormalna siła, ani razu nie odebrałam ich jako przesadzonych tudzież nadużywanych. Przeciwnie, składało się to na całość spójną, wielowątkową, przemyślaną. Będącą tylko i aż (po raz kolejny) kawałem dobrej zabawy dla tych, którzy lubią się czasem wystraszyć.
Jeżeli zaś chodzi o zamieszczony poniżej trailer, to bardzo proszę, nie oglądajcie go, jeżeli macie niski próg tolerancji na horrory, bo nawet on potrafi porządnie wystraszyć.



Naprawdę.





Mówię poważnie: zastanówcie się dwa razy.



Mama

Wbrew pozorom nie była filmem rewelacyjnym ale w moim zestawieniu znalazła się z dwóch powodów: niestereotypowej a przy tym oddanej opiekunki dzieci, w którą ładnie wcieliła się Jessica Chastain (zdeklarowana pankówa jako jedyna osoba odpowiedzialna za bratanice swojego chłopaka? Dlaczego nie?) oraz postaci demonicznej, którą chyba każdy amerykański twórca przedstawiłby jako egocentryczną lub z gruntu złą ale nie... głęboko samotną. Do tego trzeba było koprodukcji kanadyjsko-hiszpańskiej i postkatolickiego rozumienia świata nadprzyrodzonego.
To dzięki nim tak dobrze zapamiętałam Mamę.



Komedia:


Królowie lata

Czas drastycznie zmienić klimat. :) I to pomimo faktu, że zbyt wielu dobrych komedii w tym roku nie widziałam: ostatni Straszny film jest poniżej wszelkiej krytyki nawet jak na tę serię, Millerowie mnie znudzili zamiast rozbawić zaś Stażyści mieli szansę stać się ciekawym filmem pomimo bycia dwugodzinną reklamą Google ale całkowicie ją zmarnowali. Na wiedźmo-komediowym placu boju pozostali więc świetni Królowie lata, którzy formalnie są raczej komediodramatem.
Przepis na ten film jest prosty i stary jak świat: oto dwóch nastolatków ma dosyć życia oraz reguł wymyślonych przez dorosłych, więc przy okazji końca roku szkolnego postanawiają uciec z domów i na odkrytej w głębi lasu polanie wybudować swój własny dom, gdzie panować będą ich zasady. Jeszcze tylko dołączy do nich trzeci, nikomu bliżej nieznany chłopak, o którym powiedzieć "dziwak" czy "ekscentryk" to zdecydowanie zbyt mało i - zaczyna się jazda! :) Z jednej strony nasi bohaterowie poszukują swojego sposobu na życie z dala od cywilizacji, z drugiej obserwujemy reakcję ich rodzin, zmagających się z nagłym zniknięciem synów.
Z czasem klimat opowieści się zmienia, akcenty powoli ale systematycznie przesuwają się od umowności i lekkości komedii ku powadze dramatu a wszystko to pokazano z wielkim wyczuciem całej ekipy [od scenarzysty i reżysera po specjalistów od scenografii czy charakteryzacji] oraz intuicją młodych aktorów. Sympatyczny lekko-ciężki i słodko-gorzki film o dojrzewaniu.



Dramat:


Chce się żyć

Trochę się tego filmu bałam, spodziewając się ujrzeć kolejny odcinek telewizyjnego cyklu Okruchy życia [kilka lat temu było coś takiego w TVP, o ile dobrze pamiętam] ze scenariuszem usiłującym manipulować moimi emocjami (zazwyczaj nieudolnie, ponieważ najczęściej odczuwałam coś przeciwnego zamierzeniom twórców) i wcisnąć mi opowieść fatalnie wykonaną pod względem merytorycznym oraz technicznym. Pomyliłam się całkowicie!
Chce się żyć okazało się bowiem historią opowiedzianą w sposób prosty ale poruszający, angażujący widza od pierwszych minut, sprytnie przeplatający emocjonalny ciężar historii niepełnosprawnego bohatera i jego (nie)relacji z otoczeniem wyważonymi dawkami humoru. Jednak tym, co najbardziej ujęło mnie w dziele Michała Pieprzycy to brak taniej ckliwości, której tak się obawiałam: życie jest jakie jest i trzeba cieszyć się tym, co mamy. Tak po prostu. Nie łamać się - a nawet jeśli czasem łamać, to po chwili się podnosić. I podążać dalej. Bez tandety i naiwności, za to z dużą ilością światła; tego wewnętrznego ale też zewnętrznego, będącego zasługą Pawła Dyllusa. :) A Dawid Ogrodnik w roli Mateusza to już w ogóle jedno wielkie och i ach! ;)



Przeszłość

Ludzie łączą się w pary, zakładają rodzinę a potem niekiedy się rozstają. Tylko dlaczego? Jak ta decyzja wpływa na życie ich oraz ich bliskich i co do niej doprowadziło? Jak będzie potem? Filmów psychologicznych usiłujących wyjaśnić nasze pogmatwane rozumowania oraz zakręty w życiorysie jest całe multum. Choć sporo z nich doceniam, nie potrafię oglądać produkcji z tego gatunku, zbytnio mnie nużą. Trzeba talentu artysty pokroju Asghara Farhadiego, bym mogła skupić się na psychologicznie ciężkiej opowieści o ludziach zupełnie bezinteresownie raniących siebie nawzajem.
Jednak reżyser i scenarzysta w jednej osobie odwalił tu tylko część roboty; spora część moich zachwytów obejmuje też fenomenalną trojkę odtwórców głównych ról: Bérénice Bejo, Alego Mosaffę oraz Tahara Rahima, odtwarzających swoje postaci z zaangażowaniem oraz psychologiczną prawdą. "Kupiłam" tę opowieść z całym dobrodziejstwem inwentarza choć wiedziałam, że będzie długo dręczyć moje myśli.



Biografia:


Papusza

Wszyscy znamy stereotypy dotyczące Cyganów, wielu z nas wciąż w nie wierzy i przekazuje dalej, mylnie nazywając Romów Rumunami. Sama przecież pochodzę z miasta, które podczas ostatniego listowego maratonu Amnesty International, poświęconego obronie łamanych praw człowieka zyskało w świecie wątpliwą sławę jednego z adresatów owych apeli, wysyłanych właśnie w sprawie koczujących w we Wrocławiu Romów.
Papusza urodziła się ponad sto lat temu, sławę zyskała w pierwszych latach PRL-u ale od jej czasów w stosunkach między Polakami etnicznymi a Romami dużo się nie zmieniło. Historia genialnej poetki moim zdaniem opowiada o jednym z wielu powodów tej wzajemnej niechęci. Poznajemy bowiem przedstawicielkę społeczności, dla której maksymalna możliwa izolacja od otoczenia stała się powodem do dumy; przedstawicielkę na tyle nietypową, że pragnącą od życia "czegoś więcej", obdarzoną wielkim talentem, który bez zaangażowania Jerzego Ficowskiego (oraz Juliana Tuwima) dziś żyłby jedynie w romskiej pamięci - a i to niekoniecznie. I właśnie za te pragnienia, za poetyckie ambicje przyszło Papuszy zapłacić okrutną dla niej cenę. Być może zbyt wysoką.
Czarno-biała opowieść Krzysztofa Krauze i Joanny Kos-Krauze pozwala nam wejść głęboko w klimat cygańskiego taboru oraz mentalność tworzących go ludzi. Czujemy życie i fatum pulsujące gdzieś tuż pod powierzchnią zdarzeń, przenikające się przeciwności, na które nałożono opowieść o życiu pewnej dziewczyny, potem kobiety, która po prostu musiała pisać, przelać własną duszę w wiersze.
Mam wrażenie, że gdyby Papusza była filmem kolorowym łatwo dałoby się zarzucić jej kicz, tak energetyczną i nostalgiczną, łagodnie pogodną ale też smutną i straszną jednocześnie jest historią, tyle przeplata się w niej emocji. I gdyby rolę tytułową zagrał ktoś inny niż Jowita Budnik bardzo możliwe, że nie zauważyłabym, jak bardzo poetka odstawała od swoich pobratymców, będąc jednocześnie nieodrodną ich córką.
Cudowny, piękny film.




Wyścig

Historia dwóch kierowców Formuły 1 z pozoru nie wygląda na film, który mógłby przypaść mi do gustu [umówmy się: żaden film o motoryzacji nie zachęci mnie do seansu samą tylko obietnicą ryku silników :> ]. A jednak chciałam obejrzeć Wyścig jako historię dwóch osób o skrajnie różnym podejściu  do życia. Brytyjczyk James Hunt spalał się intensywnie (i, jeśli wierzyć informacji z końca filmu, zgasł zdecydowanie zbyt szybko), flirtując z każdą kobietą i każdym ryzykiem w zasięgu jego wzroku, pędząc ku nim niczym ćma do światła: more action, more fun! Jednak ciężki wypadek dotknął jego największego sportowego rywala, Nikiego Laudę, skupionego na celu, wycofanego introwertyka, przedstawionego jako człowieka chłodnego a nawet wyniosłego. [Tu poniekąd-dygresja: w jednej z recenzji Wyścigu przeczytałam, że podobno o wiele łatwiej przychodzi nam lubienie Hunta aniżeli Laudy. Co za bzdura! Mnie ten lekkomyślny i krótkowzroczny błazen najczęściej irytował, za to od razu poczułam rodzaj więzi z Laudą, w którym rozpoznałam sporo z mojego własnego charakteru]. Chris Hemsworth i Daniel Brühl całkiem nieźle poradzili sobie ze swoimi postaciami, pierwszy z nich chyba nawet lepiej. ;)
Wyścig to historia dwóch różnych osobowości oraz odmiennych życiowych wyborów, które jednak w najważniejszym dla fabuły punkcie kręciły się wokół jednego celu: namiętności do wyścigów tak wielkiej, że ocierającej się o szaleństwo. Oraz uznania dla przeciwnika niezależnie, czy darzymy go przy okazji sympatią, czy niekoniecznie. ;)



Fantasy:


Hobbit: Pustkowie Smauga

A gadajcie sobie co chcecie! Kiedy Peter Jackson zabiera mnie do Śródziemia, zaczynam zachowywać się jak dziecko przed swoją pierwszą długą podróżą. ;) Co znaczy, że nawet nie ma co marzyć o chłodnym, obiektywnym spojrzeniu na jego filmy. Z Pustkowiem Smauga nie było inaczej. Tym bardziej, że nie spodziewałam się zobaczyć filmu przed 2014 rokiem ale skoro znalazłam bilety pod choinką... ;) Miałam zatem najprawdziwszą Unexpected Journey. ;) Jednak wróćmy do środkowej części Hobbiciej trylogii.
Przygoda w Śródziemiu jest szałowa! Thorin mniej jednoznaczny za to bardziej niepokojący, Thranduil piękny i wyniosły [niczym stereotypowy elf w krasnoludzich porzekadłach, o ile takowe istnieją; a znając tę rasę istnieją na dwieście procent ;) ], Bilbo powoli dojrzewający do misji, która okazuje się czymś znacznie poważniejszym, aniżeli przygodą z dreszczykiem a smok... smok! Smok jest najpiękniejszym przedstawicielem swojego gatunku od czasów Ostatniego Smoka i Draco, mówiącego głosem Seana Connery'ego [trzeba Wam wiedzieć, że Smaug głos ma od Draco jeszcze piękniejszy]. :D Poza urodą cechuje go również buta oraz zły charakter, aż nadto dobitnie dające nam do zrozumienia, z kim owo stworzenie jest powiązane i jaką grozę przepowiada.
Nie opisałam jednak nawet połowy wrażeń i emocji związanych z seansem Pustkowia Smauga. Po więcej zgłoście się do kin! ;)



Komedia romantyczna/romans:


Dzień w Middleton

No i tu klops, ponieważ nie oglądam zbyt wielu filmów mieszczących się w tej kategorii. Przez jakiś czas myślałam, że do grona romansowych faworytów dołączy także rekomendowana mi francuska Wspaniała, jednak film ten zawiódł mnie na całej linii. Ostał się więc jedynie Dzień w Middleton, czyli Vera Farmiga i Andy Garcia, którzy poznali się przy okazji dni otwartych uczelni, w której zamierzają studiować ich dzieci a następnie oddzielili się od reszty wycieczki i ruszyli w samotną podróż po kampusie, stopniowo dowiadując się o sobie oraz więcej, od niechęci zmierzając ku sympatii i może czemuś poważniejszemu...?
Sympatyczna, pełna ciepła i nostalgii opowieść o tym, co przydarzyło się dwójce osób w średnim wieku podczas jednego słonecznego dnia. :) Dzieło może i pozbawione błysku geniuszu ale za to z dużą dozą sympatii do bohaterów.



Dokumentalny:


Rezolucja ONZ nr 1960

"Brak możliwości rozładowania napięcia seksualnego wśród żołnierzy frontowych jest bardzo frustrujący i może prowadzić do zachowań skrajnych, których przykładem może być plaga gwałtów, rozpętana przez czerwonoarmistów w Niemczech w 1945 roku " - z podobnym myśleniem w Polsce spotykam się powszechnie, nawet w poważnych opracowaniach naukowych. Żołnierze podążający wgłąb wrogiego terytorium gwałcą, "bo im się baby chce" i za bardzo nie mają jak rozładować pobitewnych emocji. Gówno prawda!
Żołnierze podążający wgłąb wrogiego terytorium gwałcą, bo to najtańszy i najprostszy sposób jednoczesnego poniżenia wroga oraz kontroli nad jego ludem: tej bliskiej, za pomocą terroru napaści seksualnej oraz długofalowej, płodząc dzieci mające w przyszłości samym faktem swego istnienia przypominać o minionej hańbie. Tej kwestii społeczność międzynarodowa długo nie chciała zauważyć, choć korelacje między przemocą wojenną i przemocą seksualną występują niemal od zawsze. Trzeba było dopiero zdobyczy dwudziestowiecznego feminizmu, aby cierpiącym poniżenie osobom pokrzywdzonym gwałtem wojennym przyznano status ofiar, zaś ich gwałcicieli oficjalnie uznano za zbrodniarzy wojennych. Jednak w ustawodawstwie niczego nie można załatwić na piękne oczy i nawet najbardziej poruszająca opowieść pozostaje tylko opowieścią. Potrzeba faktów: dowodów, świadków oraz odwagi, by mówić o prawdopodobnie najbardziej traumatycznych chwilach swojego życia z podniesionym czołem. Żeby zaś zdobyć takowe zeznania, należy wykazać mnóstwo taktu, stanowczości i jeszcze więcej cierpliwości. Zadania doprowadzenia do uznania przez Radę Bezpieczeństwa ONZ wojennych przestępstw seksualnych za zbrodnię ludobójstwa i jako taką - za przestępstwo nieulegające przedawnieniu podjęła się wysłanniczka Narodów Zjednoczonych, Margot Wallström. O staraniach jej współpracowników, jej samej oraz wolontariuszy wielu światowych organizacji związanych z pomocą ofiarom wojennych gwałtów, opowiada właśnie Rezolucja ONZ np 1960, znana także jako Wallströms Resolution. [W Polsce można ją było obejrzeć w połowie roku 2013 na kanale Planete +].




Animacja/krótkometrażowy:


Warszawa 1935

Rety, żeby obejrzeć ten film, musiałam kogoś zabić! [Oczywiście żartuję ale bardzo ograniczona dostępność oraz żadna, dosłownie żadna dystrybucja animacji z roku 2011 zmusiły mnie do iście karkołomnych zabiegów, abym mogła wreszcie ją poznać. Udało się dopiero we wrześniu tego roku. ;) ] Jednak warto było.
Ponieważ żyję w mieście, które ostatnie miesiące drugiej wojny światowej zmieniły w dymiące morze zgliszczy i najprawdziwszego urbanistycznego upiora; jednak zdaję sobie sprawę, że Breslau na swój los niejako zasłużyło (choć z powodzeniem mogło go uniknąć ale mniejsza o to), Warszawa jednak została niemal starta z powierzchni ziemi tylko dlatego, iż sprawiała swoim okupantom "troszeczkę" zbyt dużo kłopotu. ;) A po wojnie zamiast prawdziwej odbudowy czekała ją dekonstrukcja i próba zamiany w potworka na wzór miast radzieckich. Z Warszawy przedwojennej, z miasta, nad którego urodą rozwodziło się wielu, zostało kilka symboli. Co ważniejsze budynki, Łazienki, których nie sposób zaorać i zabudować blokami oraz parę innych miejsc, które warszawiacy z pewnością kojarzą nieporównanie lepiej, niż ja. Jedak to wszystko, co świadczy o prawdziwym duchu miasta, czyli kwartały ulic, kamienice, parki i skwery, charakterystyczne punkty na mapie codziennych tras jego mieszkańców - to wszystko podległo najpierw zniszczeniu a po wojnie: ścisłej cenzurze komunistów. Jedyne, co nam po "tamtej" Warszawie zostało, to jej współczesny, nieporadnie i mozolnie odtwarzany kikut oraz garść fotografii czy nagrań filmowych. Właśnie dzięki nim Tomaszowi Gomole udało się zrealizować tę magiczną, fascynującą podróż w przeszłość.



Świteź

"Ktokolwiek będziesz w nowogródzkiej stronie,
Do Płużyn ciemnego boru
Wjechawszy, pomnij zatrzymać twe konie,
By się przypatrzyć jezioru."
Kto chodził do polskiej szkoły z pewnością świetnie kojarzy utwór, rozpoczynający się od takich właśnie słów [jeżeli ktoś przypadkiem do polskiej szkoły chodził ale nie kojarzy, to niech lepiej się nie przyznaje, bo za ignorancję stąd przepędzę i na dokładkę poszczuję stadem jaszczurek bojowych! ;] ]. W roku 2011 Kamil Polak stworzył do słów ballady Mickiewicza oraz muzyki Iriny Bogdanowicz krótkometrażową animację, w której rzeczywistość z przełomu XVIII i XIX wieku spotyka nagle widma z odległej średniowiecznej przeszłości. Oczami młodego chłopca (nastoletniego Adama Mickiewicza?) i jego nadprzyrodzonej "przewodniczki" obserwujemy, jak po raz kolejny odtwarzana jest dramatyczna historia najazdu Rusinów na miasto Świteź oraz cudowne ocalenie (?) jego mieszkańców.
Historia miasta, jego obywateli oraz najeźdźców ukazana została z werwą i magią, która wciąga nas bez reszty. Jaka szkoda, że Świteź tak szybko się kończy!



I to chyba wszystko. :) Co prawda planowałam pochylić się także nad serialami, które miały premierę w roku 2013 a które wzbudziły moje zainteresowanie ale w tej chwili jestem na to zbyt zmęczona [uwierzcie, nie chcecie wiedzieć, ile godzin zajęło mi przygotowanie niniejszego wpisu ;) ]. Pozwólcie więc, że tylko wspomnę Hannibala, Broadchurch, Sleepy Hollow, Masters of Sex oraz Almost Human. Wszystkie są w swojej klasie świetne, zatem z całego serca Wam je polecam. :)

Rok 2013 uważam więc za zamknięty, aczkolwiek niekoniecznie z perfumowego punktu widzenia. ;)
___
Dziś (a raczej wczoraj) była Ambre Noire od SSS.


* * *




Wszystkim Wam natomiast życzę ostatnich godzin starego roku spędzonych w taki sposób, jaki lubicie najbardziej z tymi, bez których nie wyobrażacie sobie tej chwili. I w ogóle samych dobrodziejstw losu na rok 2014! Łutu szczęścia, niezniszczalnego zdrowia oraz nadziei, która nigdy nie umiera.

Wszystkiego, czego sami byście sobie życzyli! :)


P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://www.elle.com/news/beauty-makeup/new-perfumes-from-jimmy-choo-dries-van-noten-chanel-dolce-gabbana
2. http://hdw.eweb4.com/wallpapers/6337/