poniedziałek, 22 lipca 2013

Paryski wieczór sprzed lat

Dziś zmierzę się z legendą. A właściwie to z Legendą, jedną z ikon sztuki perfumiarskiej.
Soir de Paris - czy inne pachnidła marki Bourjois, jak Evasion lub Kobako - przez kilka dekad było dla zamkniętych za żelazną kurtyną państw luksusową, lecz nie niemożliwą do dostania, namiastką zachodniego dobrobytu. Co prawda omawiane dziś pachnidło zostało wycofane ze sprzedaży w roku 1969, lecz wspomnienie o nim ciągle było żywe. Nawet nazwa zapachu, Wieczór w Paryżu albo Paryski Wieczór, nakazywała marzyć o czymś, co dla ówczesnych mieszkanek Polski było równie proste do wykonania, co dla nas wszystkich współcześnie wakacje na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. ;] Przedwojenny lep na rozfantazjowane Amerykanki z niższej klasy średniej stał się odzwierciedleniem Polek, Węgierek, Czeszek czy Rosjanek marzeń o lepszym życiu w bardziej godziwych warunkach; o czymś dla Amerykanek albo Francuzek tak naturalnym, jak oddychanie.

O ile w socjalistycznym świecie, który podobnych praktyk nie uznawał, pragnieniom zdobycia wymarzonego kobaltowego flakonika wystarczyła sama jego sława, gdzie indziej o podsycanie sprzedaży perfum zadbały reklamy prasowe. Czemu trudno się dziwić, obejrzawszy ich nieco. Są przeurocze! :)
Tylko spójrzcie:







Bajka, uroda, romans, glamour, paryski szyk - moim zdaniem powyższe reklamy trafiały w samo sedno "przeciętnych kobiecych marzeń" [o ile coś takiego istnieje], zwłaszcza w czasach, kiedy Paryż rzeczywiście wciąż jeszcze był kulturalną stolicą świata. ;)

Wróćmy jednak do właściwego tematu, czyli do omówienia rozwoju kompozycji olfaktorycznej.
Testowałam wersję vintage, sprzed wznowienia produkcji w roku 1992, kiedy nie ulegało dyskusji, że Soir de Paris to pachnidło starej daty, z całą niezbędną ówczesnym miłośniczkom wody klasą. W otwarciu cieniste ale delikatnie słodkie, z pięknie rozegraną owocowością suszonej moreli [a może jedynie rozgrzanej w promieniach słońca?] oraz lekko skórzanej bergamotki, złożonych na zimnej, niezbyt grubej tafli masła irysowego. Wówczas też pojawia się trochę aldehydów, dzięki którym w ogóle jestem w stanie rozpoznać akordy brzoskwiniowo-morelowe oraz skrytą za nimi bergamotkę. Wzniesione ku górze nie mogą zaprzeczać swojemu istnieniu.
Później mieszanina ogrzewa się, zaczyna powoli roztapiać w powodzi głębokich choć niezbyt głośnych [przynajmniej w testowanej przeze mnie wersji eau de cologne ;) ] kwiatów. Wśród których najwyraźniejszymi zdają się heliotrop, suchy oraz krystalicznie słodki, bardziej waniliowo-budyniowe (z braku lepszego określenia) ylang-ylang oraz klasyczny duet róży z jaśminem. Czasami na horyzoncie pojawi się kilka irysowych szpileczek, próbujących ożywić trochę ów staroświecki bukiet, nadać kompozycji szykownej lekkości, więcej niezobowiązującego francuskiego szyku. :) Lecz oto już pojawia się mszysto-drzewna, subtelnie żywiczna, sucha i przejrzysta baza, wyzierająca nieśmiało zza coraz bardziej słodkich kwiatów. Już czujemy ostatnie drgania zapachu, osadzone na skórze dzięki czystym i delikatnym, leciutko mydlanym piżmowym wiązaniom oraz jeszcze mniej uchwytnej, pojedynczej cząsteczce kastoreum.
Soir de Paris staje się coraz bardziej delikatne, z mięsistej satyny stopniowo redukujące się do postaci pojedynczej tiulowej pajęczynki, coraz mniej odpornej na działanie wiatru oraz czasu. Dopiero w ostatniej z Wieczorno-Paryskich odsłon zaczynam rozumieć, że oto miałam do czynienia z jednym z najbardziej lekkich oraz wdzięcznych starych szyprów.
Zaprawdę: tworzenie kolońskich koncentracji kultowego klasyka nie było takim złym rozwiązaniem. :) [A już z pewnością lepszym od współczesnej powodzi wakacyjnych flankerów, ze swym pierwowzorem często dzielących jedynie stylistykę opakowania, część nazwy oraz kręgosłup olfaktoryczny; o ile w ogóle].

Polu, dziękuję za próbkę! :*

Rok produkcji i nos(y): 1928 [1992], Ernest Beaux [Jacques Polge oraz François Demachy]
[w nawiasach kwadratowych podałam datę wznowienia zapachu oraz twórców jego unowocześnionej receptury]

Przeznaczenie: zapach stworzony dla pań, jednak nie uważam, by w obecnej sytuacji (tzn. w powodzi męskich słodziaczków etc.) jego pięknem nie mogliby cieszyć się także mężczyźni.
Woda kolońska tworzy początkowo krótki sillage, który z czasem zmienia się w wąską lecz wyraźną aurę.
Dla miłośników vintage na wszystkie okazje, dla całej reszty najbezpieczniejszy będzie wieczorową porą lub podczas okazji zupełnie nieformalnych.

Trwałość: w granicach pięciu godzin
(przypominam, że testowałam edc)

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-szyprowa



Skład:
[zamieszczam uwspółcześniony]

Nuta głowy: bergamotka, morela, brzoskwinia, fiołek
Nuta serca: heliotrop, ylang-ylang, konwalia, jaśmin, róża, irys
Nuta bazy: wanilia, drewno sandałowe, piżmo, ambra
___
Właśnie dogorywa po-nocny Bal à Versailles marki Jean Desprez.

17 komentarzy:

  1. Wątpię , czy Soir de Paris wycofano w 1969 , bo widywałam je jeszcze w latach 80 w sprzedaży .

    OdpowiedzUsuń
  2. Myślę Parabelko, że widywałaś coś na kształt ówczesnej "podróby" tego zapachu. Ja mam do dziś pusty flakonik, dokładnie taki jak na wiedźmowych plakatach, który pozostał po babci mojego męża. Mam także kobaltową flaszkę z reszteczką "podróbki" tego zapachu, która została mi w spadku po teściowej:D Obie pachną jeszcze bardzo intensywnie (mimo upływu tylu lat) i wyraźnie czuć różnicę.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wiecie co myślę?
    Że Parabelka nie ma wcale podróby [choć wiem, Marzeno, że nie o to Ci chodziło; tylko tak skrótowo określam], ale że w czasach, o których wspomina, koncerny perfumowo-kosmetyczne prowadziły inną politykę odnośnie wycofywania zapachów ze sprzedaży. Chodzi mi o to, że może kiedyś zapadała po prostu decyzja o zaprzestaniu produkcji i szlus. Na tym temat się kończył, nie żądano zwrotu flakonów od dystrybutorów, jak się dzieje obecnie. Tylko ich zwyczajnie nie przybywało. I jeżeli ktoś miał szczęście, mógł normalnie, w perfumerii czy drogerii, kupić ukochany zapach nawet kilka lat po "zatrzymaniu taśmy produkcyjnej". :)
    Jest jeszcze jedna rzecz: nie wiem, w jakim kraju Parabelka widywała te flakony. Jeśli gdzieś na Zachodzie, to rzeczywiście byłoby już trochę dziwne i mogłoby świadczyć o tym, że Fragrantica podaje błędne informacje. Ale jeśli gdzieś u nas, to wszystko ma sens. Bo dlaczego by nie rzucić zleżałych flakonów na Wschód, za żelazną? Przecież oni nie znają się na luksusowych towarach, więc i tak wykupią! :> Tak robiono z innymi towarami, typu zachodni sprzęt AGD z wadami np. obudowy albo odzież? Kiedyś jedna z moich ciotek wspominała kupowanie w Peweksie pudró czy cieni do powiek o dacie ważności minionej rok wcześniej. Używała ich i była zadowolona, bo i tak były lepsze od wszystkiego, co - o ile - można było znaleźć w normalnych sklepach. Z perfumami mogło być tak samo. Co by znaczyło, że Polki już wtedy mogły stać fankami zapachów vintage, choć nieświadomie. ;)
    Dla mnie to ma sens. Choć jest tylko przypuszczeniem.

    Natomiast, jeśli chodzi o flakony Marzeny... O ile zawartość obu była w takim samym stężeniu, może po prostu gdzieś "pomiędzy nimi" miała miejsce reformulacja? Jedna lub więcej? Przecież one nie są wymysłem ostatnich lat! Skoro flaszki wciąż pachną intensywnie, znaczy, że trwałość, intensywność, jakość obu wód była zbliżona, co może potwierdzać moją teorię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urocze słówko na dziś brzmi: pudró. ;))) Ależ się ubawiłam, kiedy zobaczyłam tak głupi błąd! :D

      Usuń
    2. Z całą pewnością nie widywałam podrób , bo wtedy czymś takim sie nie bawiono - perfumy był to towar rzeczywiście luksusowy i nikomu nie przychodziło do głowy je podrabiać . Zreszta mam flaszkę w foliowanym kartonie ze wszystkim co trzeba ,również z lat 80 pochodzącą . I pamiętam liczne flaszki mojej Babci , która Soir de Paris uzywała przez wiele lat po tym , jak Mitsouko stało się u nas niedostępne - kobaltowe płaskie flachy o gruszkowatym (najogólniej mówiąc) kształcie , grubym końcem gruchy do góry - od maleńkich trzydziestek po półlitrowego giganta . Nie wiem , kiedy były nabywane - podejrzewam że przełom lat 60/70 . Kobaltowe flachy z cała pewnością były oryginalne bo były przywożone z Francji . Natomiast była w nich edc , która mogła się róznić od innych koncentracji w tamtych flakonach , zresztą wzór flakonu był zmieniany parę razy .

      Wiedźmo - jeżeli próbasa masz od Poli , to pewnie pochodzi on właśnie z mojej kobaltowej flaszki i jest w 100% oryginalny ;) .

      Usuń
    3. A pudró chętnie sama bym użyła - tez mi się takie cuda zdarzają :DDD

      Usuń
    4. Faktycznie! Teraz sobie przypominam, że wspominała o Tobie. :)
      [Z pewnością cieszę się, że nie będę musiała kasować recenzji. ;) ]
      Że wzór flakonu byl zmieniany, to oczywiste w przypadku wody o tak długim okresie produkcji - zwłaszcza wtedy, kiedy było takiego ciśnienia na jak najszybsze odnalezienie ulubionego kształtu i zakup. (Chodzi mi o to, że mówiąc skrótowo kiedyś ludzie szukali mózgiem, nie oczami. ;) )

      Pudró jak pudró; mnie w tej chwili bardziej przydałby się rzel do goleni. ^^

      Usuń
    5. Rzel dobra żecz , ale wolę myduo ;)

      Usuń
  4. https://picasaweb.google.com/paulina24czepe/MuseumPerfumBarcelona?authkey=Gv1sRgCJWB55aClJv9MQ#5871827303312342738

    To zdjęcia różbych flakonów Soir zrobione przeze mnie w Muzeum Perfum w barcelonie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Buuu , wujek google mówi że taka fraza nie istnieje i nic nie chce pokazać :(((

      Usuń
    2. Moja flaszka wygląda tak http://www.universalperfumesandcosmetics.com/index.php?route=product/product&product_id=908 i takaż flaszka widnieje na znalezionym przeze mnie plakacie z lat 60 , do którego link nie wchodzi bo za długi , na którym to plakacie narysowany pan w typie Bonda - Connery'ego podaje bolerko pani w różowej sukni i białych rękawiczkach :)

      Usuń
    3. Polu - dzięki za fotografię!
      Jak już kiedyś wyznałam, trochę zazdroszczę Ci wizyty w tym muzeum. :) Ale tylko trochę, bo to przecież rzecz do ndrobienia. :)

      Parabelko - teraz już wszystko jasne. I kamień z serca spadł. ;)) Dzięki!

      Usuń
  5. Och, moje pierwsze perfumy. Można powiedzieć, że wrosły w rodzinę używała ich moja Babcia, potem Mama, potem dostałam maleńki flakonik od Taty...Dzięki poszukiwaniom fioletowej flaszeczki trafiłam na Wizaż - natknąwszy się w guglu na recenzję Dzikiej Truskawy.
    Perfumy zmieniono - TAMTE były wyjątkowe, ubierające, że tak powiem, a to, co wpadło mi w ręce parę lat temu nie było moim Soir.
    Jednak ok 3 tygodni temu powąchałam współczesną wodę perfumowaną i z radością odnalazłam w niej cień dawnych czasów. I kupiłam - jednak w noszeniu mnie nie satysfakcjonuje. Zastanawiam się, czy nie lepiej zachować piękne wspomnienia, jako zamknięty rozdział, niż wwąchiwać się w przygnębiającą kontynuację.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powroty psują wspomnienia - dlatego nie mam zamiaru wąchać nowego SdP . Jeżeli chce się zachować piękne wspomnienia , nie można ich konfrontować z teraźniejszością , bo i teraźniejszość okaże się do luftu , i wspomnienia zbledną i wymieszają się z teraźniejszością .

      Usuń
    2. Justyno - dziękuę za podzilenie się tą historią. Miałaś prawdziwie wielkie wejście w świat zapachów. ;)
      Czyli niestety po raz kolejny potwierdza się teoria, że reformulacje po kawałku amputują perfumom dusze. Choć przecież i to, co napisała Parabelka jest prawdziwe. W każdym razie super, że współczesna wersja Cię nie rozczarowała [znak, że reedycja wypadła sprawnie]. Choć Parabelki pewnie by nie usatysfakcjonowała. ;)

      Usuń
    3. Na pewno ;) dla mnie niezrozumiała jest w ogóle idea reformulacji - po co przerabiać coś , co jest dobre .

      Usuń
    4. No jak to po co? Żeby zyski z dużych zamienić na ogromne, z ogromnych na olbrzymie, z olbrzymich na bajońskie a z bajońskich na zarąbiście niewyobrażalne. ;P
      A że takie rzadko kiedy udaje się osiągnąć? W takim razie wycofajmy perfumy ze sprzedaży w ogóle, bo widocznie nikt ich już nie lubi ani nie kupuje! ;>

      Usuń

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )