środa, 24 lipca 2013

Byłam...

...dziś w Sephorze, i w Douglasie, i nawet w Yves Rocher, gdzie obwąchiwałam nowości damskie [na męskie niestety czasu nie starczyło]. Czyli, jak zwykł pisać Pirath, zrobiłam szybki przelot przez wrocławską Galerię Dominikańską. :)


Spotkałam tam Me od Lanvin, Trussardi Delicate Rose, Addict Eau Délice, Acqua di Gioia Eau Fraîche [robienie lżejszej wersji tego nijakiego soczku można porównać do nakłaniania anorektyczki, by zrzuciła jeszcze pięć kilo ;> ], letnie wariacje wód Kenzo i Calvina Kleina, Flower Violet od Tommyego Hilfigera, Manifesto YSL [dotąd nie miałam okazji poznać], tegorocznego Angela Aqua Chic, Acquę Roberto Cavalliego, Retropical Yves Rocher i coś tam jeszcze.
Dosyć dobrze wspominam jedynie przedostatnią z wymienionych mieszanek, całkiem-całkiem: Manifesto oraz Anioła, tak-se: Addict Woda Wątła [baardzo swobodne tłumaczenie na własną odpowiedzialność ;> ].
Dla własnego spokoju resztę wolałabym zbyć milczeniem.

Miłą niespodzianką okazały się wznowione dwa klasyki Balmain, Ivoire oraz Vent Vert, które w towarzystwie Ambre Gris tej samej marki pyszniły się na półce z nowościami Douglasa. :) Ponieważ papierkowy test Zielonego Wiatru przeszedł pomyślnie, ochoczo potraktowałam nadgarstki zawartością flakonika testowego. Okazało się, że choć pierwsze chwile dają nadzieję na rozwój w stylu starej, genialnej wersji pachnidła, ciąg dalszy jest pudrowy i mdły, tonący w powodzi nijakich nut pseudoorientalno-pseudoszyprowych. :]
Nowe Ivoire chwilowo przerasta moją cierpliwość od samego swego początku.


Kiedy tak wąchałam i wąchałam, przekonana, iż w dwóch największych przybytkach przemysłu perfumeryjnego w zasadzie nie mam już czego szukać (przynajmniej jeśli chodzi o perfumowe nowości), przypomniałam sobie pewien cytat z The Perfume Lover Denyse Beaulieu. Pozwolę sobie przytoczyć jego fragment:


„(...) Wkrótce nawet legendarne domy perfumeryjne jak Guerlain wciskały w kompozycję nuty [owocowe - przyp. WzP]: nagle perfumy stały się różowe. Zalew owoców wprowadził do wnętrza perfumeryjnych szyfrów rodzaj nut przybyłych ze świata chemii użytkowej. Kiedyś było na odwrót: jeżeli dane perfumy okazywały się popularne, twórcy chemii użytkowej kopiowali je w prostszej, tańszej formie. To dlatego wiele starszych lakierów do włosów pachnie jak Chanel N°5 albo L'Air du Temps; dlatego szampony w latach 70. zawierały zielone nuty spopularyzowane przez N°19 Chanel czy Givenchy III. Dlatego dokładnie w tej chwili przynajmniej pięć produktów z mojej łazienki pachnie jak L'Eau d'Issey. Jednak w latach 90. wonie chemii użytkowej zaczęły przepływać do świata perfum dzięki syntetycznym piżmom stosowanym w detergentach wówczas, gdy społeczeństwo zaczęło łaknąć 'czystości', mającej być odpowiedzią na przeładowane zapachy lat 80. W wyniku być może nieprzypadkowego zbiegu okoliczności działo się tak w momencie, kiedy koncerny chemiczne zajęte były wykupywaniem domów perfumeryjnych, zatem ich kierownictwo zaplanowało płynne przejście od proszków do prania w stronę perfum. Nuty owocowe stworzyły 'drugą falę' lat 90. i są trendem, za który odpowiedzialność ponosi amerykańska konsultantka, Ann Gottlieb. Zatrudniona przez Bath & Body Works stwierdziła, że wypromowała »coś, co kobiety do tej pory uważały za niemal obrzydliwe. Z kolei właśnie te nuty owocowe weszły do powszechnego użytku bardziej ochoczo a ludzie [je - przyp. D.B.] pokochali«. 
W porządku, więc obecnie ci z nas, którzy ciągle uważają je za obrzydliwe wiedzą już, kogo winić za owocowy szpaler, o który rozbijamy się, kiedy tylko wejdziemy do centrum handlowego. Chociaż mogę pogratulować Pani Gottlieb sukcesu oraz wpływów, nie potrafię być za to wdzięczną. Szczególnie od czasu,  kiedy jej stwierdzenie ujawniło, iż moda utrzymuje się ponad falą krytyki zamiast dostosowywać do społecznych postulatów.  [Producenci perfum - przyp. WzP] zakładają, że społeczeństwo może tęsknić za radośnie uwsteczniającymi, syntetycznymi zapachami, które kojarzą się z landrynkami albo szamponem – co okazuje się znajome i łatwe do zrozumienia w naszym sloganochwytliwym, myszoklikającym, twittującym świecie z ADHD. (…) Gdybym miała teraz szesnaście lat, jak mogłabym postąpić? Prawdopodobnie wybrałabym nowość lubianej przeze mnie marki. Opróżniła flakon. A potem przerzuciła się na coś innego. Czy w ogóle byłabym w stanie poczuć gwałtowne zaangażowanie, odczuwane wobec pierwszych perfum, które faktycznie uczyniłam swoimi? (…)”

Denyse Beaulieu, The Perfume Lover. A personal history of scent, przekład własny, wyd. HarperCollins, Nowy Jork 2012, s.66-67.

Właśnie... dawno temu zrozumiałam, iż nie mam ochoty pachnieć, jak pierwszy lepszy szampon do włosów czy balsam do ciała. Dziś po raz kolejny uderzyła mnie także myśl, że nie czuję potrzeby odmładzania się za pomocą perfum [ani niczego innego; co piszę jako osoba ze spokojem odnajdująca we własnej fryzurze coraz więcej siwych włosów. Ostatecznie moja Mama też zaczęła siwieć kilka lat przed trzydziestką. So what's the big deal? Że polecę angielszczyzną. ;) ]. W gruncie rzeczy wcale nie tęsknię do szesnastoletniej siebie. ;]
Perfumy dorosłych ludzi powinny pachnieć jak perfumy dorosłych ludzi, kurka wodna!!


Chcę, byście wiedzieli, że na Wasze komentarze i mejle odpowiem jutro. Oczywiście za wszystkie bardzo dziękuję. :) Dziś jednak ze zmęczenia ryję nosem po klawiaturze (choć wrażeniami z przebieżki po perfumeriach chciałam podzielić się na gorąco). :)
Dobrej nocy!
___
W tej chwili pachę Champagne de Bois marki Sonoma Scent Studio. Wcześniej był wspomniany Vent Vert a jeszcze wcześniej Orangers en Fleurs marki Houbigant, równie piękne co nietrwałe. :)

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://bizbuzz.djournal.com/2012/10/05/sephora-opens-in-tupelo/sephora11/
Źródło dwóch kolejnych (chwilowych) podlinkowałam w tekście.

21 komentarzy:

  1. obecny!... (przy wtórze syku i swądu palonej siarki, oraz chrupnięciu rozdeptanego opakowania po BigMacu zjawia się wspomniany demon)... :D

    Pocieszę Cię Wiedźmo, że po męskiej stronie wspomnianych przybytków sytuacja wygląda podobnie... nowości jest mało, a jak już to gównie banalne odświeżacze powietrza i wysyp trupów (starocie bezczelnie eksponowane jako nowości irytują mnie szczególnie)... królują bukiety wybitnie letnie albo przerysowane słodziaki, naiwnie symulujące tematykę Pacofilną...nihil novi jak mawiali sarmaci... owszem z taktycznego punktu widzenia sieciom nie kalkuluje się sprowadzać/wprowadzać bardziej złożonych, wyrafinowanych i wymagających kompozycji, gdyż te dość słabo rotują, więc nacisk kładzie się na odświeżacze powietrza i substytuty środków piorących, gdyż te sprzedają się równie dobrze jak kolejny odmóżdżacz o tańczeniu i śpiewaniu (jak oni ziewają Y Factor, czy Fan)... zgadnij dlaczego teatr telewizji i ambitniejszą publicystykę zdjęto z ramówki, albo ulokowano na porę wczesnych godzin rannych?... nikłe przychody z reklam to tylko pierwszy z powodów, drugim jest fakt że statystyczny widz nie chce się męczyć i wysilać gdy odpoczywa... ;) z perfumami sądzę, że jest podobnie...
    ściskam - przyzwany z czeluści piekieł p.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tam, zaraz demon! Zwykły psotny gnom. :P Ale cieszę się, ze tu zawitałeś.

      Zdaję sobie z tego sprawę i dlatego postanowiłam uogólnić myśl, która plątała się po mojej głowie a znalazła wyraz w czerwonym wytłuszczonym zdaniu: "perfumy dorosłych ludzi itd". Bo też pomyślałam o wszystkim, co nie tylko Ty nazywasz zapachami nijakimi i metroseksualnymi; przecież one to nic innego, jak kult szczeniackości w świecie perfum, przełożony na język zapachów męskich. Ozonik, woda, nieskomplikowane słodycze, nawet drzewa, które bardziej przypominają staroświeckie klocki aniżeli las - wyjmij to wszystko ze świata perfum a otrzymasz charakterystykę okresu dziecięcego. :> Nie mówię, że takich kompozycji w ogóle nie powinno być, bo to nieprawda. Cieszyłabym się gdyby wciąż powstawały - obok pachnideł bardziej wymagających, dla trochę starszej klienteli. I nie, nie uważam, by wspomnianym ludziom "starszym" wystarczyło to, co już jest produkowane, wszystkie te Eau Sauvage, Shalimary czy Opium razy dwa. Dlaczego nie zasługujemy na premierowe zapachy, dopasowywane do naszego gustu?? {nie, żebym uważała Ciebie czy siebie za osoby stare ale no cóż, w porównaniu do obowiązujących trendów mamy starczy gust :D) I jak tu się dziwić, że dajemy zarobić producentom niszowym lub innym sprzedawcom staroci???

      Generalnie wiadomo, że gorsza moneta wypiera lepszą, ale dlaczego musi czynić to równie gwałtownie oraz bezkompromisowo?
      Nie chodzi mi oto, żeby z perfumeryjnych półek poznikali Winowajcy Gucci ze kolegami (o czym wspomniałam wyżej) a z telewizorni odmóżdżacze, lecz aby nie zajmowały całej dostępnej przestrzeni. I żeby w związku z tym "przeciętny zjadacz kultury" w ogóle zdołał zauważyć coś poza nimi. Kto wie, może nawet zasmakowałby w tym albo owym..? :) Tylko niech ktoś najpierw da mu szansę w ogóle spróbować!

      Usuń
    2. nie przeczę, pięknie ujęłaś w słowa problem z którym boryka się wielu ludzi i nie tylko tych o rzekomo w wyrafinowanych gustach mam na myśli... ja rozwinę tę myśl o inne spostrzeżenie, które niedawno zasłyszałem, ale nie pomnę u kogo: "jeśli chodzi o muzykę to dość szybko zatrzymujemy się w rozwoju i zazwyczaj jako dorośli i starsi ludzie słuchamy tego czego słuchaliśmy jako nastolatkowie, a nasze preferencje muzyczne kształtują się w oparciu o upodobania z młodości"... jak spojrzę na moją playlistę pełną hiciorów z lat 80-tych i 90-tych to jestem skłonny w to uwierzyć... sądzę też że z perfumami jest podobnie i choć oczywiście gusta się zmieniają i ewoluują - to ich wykładnią są perfumy na których wyrośliśmy, przyjęliśmy za wzorzec i zawsze podświadomie szukamy czegoś co do nas pasuje... a że do statecznej osoby pasują poważniejsze, głębsze, bardziej złożone i wymagające kompozycje to i podświadomie takowych dla siebie szukamy... w dużym uproszczeniu, to jak szukanie wyjątkowej "małej czarnej" na specjalne okazje... :)

      Bo skąd się niby wzięło mało elegancie, że ktoś trąci starym dziadem? ten dziadek w młodości używał klasycznych wód kolońskich i choć fizycznie zestarzał się, jednak jego preferencje olfaktoryczne, które uległy ukształtowaniu w oparciu o kompozycje których używał w czasach, gdy był gibkim, dwudziestoparoletnim byczkiem są wciąż te same, i dziadziuś choć wiekowy - wciąż do tych kompozycji wraca, gdyż dla niego są wciąż modne, swoiste i na czasie...

      Owszem jeden preferuje świeżaki, inny woli wonie słodsze, przyprawowe, szypry, paprocie, orientalne i pierdylion innych aranżacji, ale ciężko nie zauważyć że to w takim samym stopniu co ewoluuje - wciąż pozostaje w zgodzie z pewnym zakodowanym wzorcem, może osobowości?...

      I co ma zrobić taki dziadek gdy staje przed obecnie ukształtowaną trendami, modą i gustem ala gimnazjalista półką z wonnościami?

      p.s. dzwonił RoQ, idziemy na kawę, więc kończę ten wywód i do przeczytania niebawem
      ściskam mały gnom :)

      Usuń
    3. Na pewno coś w tym jest. I niemało.
      Dodam jeszcze, że gdzieś przeczytałam o tezie, jakoby gust perfumowy przechodził co drugie pokolenie. Tzn. że choć możemy lubić zapachy wybierane przez naszych rodziców, to jednak prawdziwy zachwyt wzbudzają w nas pachnidła ulubione przez naszych dziadków. :D I jakoś nie napawa mnie radością fakt, że jestem pewnie przedstawicielką ostatniego pokolenia, w którym ta zasadza się potwierdza (a i tak nie w całym).

      Kilka lat temu, będąc w centrum handlowym, podsłuchałam rozmowę grupki ludzi w wieku wczesnostudenckim, dziewczyny oraz dwóch czy trzech chłopaków. Jeden z kumpli uraczył dziewczynę "komplementem": "Pachniesz jak moja babcia, fu!" Na co ta niewątpliwie asertywna i inteligentna osoba odpowiedziała: "w takim razie mogłabym tylko pogratulować twojej babci świetnego gustu.. w odróżnieniu od ciebie". :) Ależ się uśmiałam! I ucieszyłam, że ktoś w tym kraju jeszcze wybiera Opium czy klasyczne Obsession częściej, niż słodko-wodne, tandetne soczki.

      Ale ogólnie rzecz biorąc... pozwolę sobie nawiązać do przywołanej przez Ciebie kawy, bo kiedy Ty myślałeś o muzyce, mnie przyszła na myśl właśnie kawa. Jeszcze trzydzieści, czterdzieści lat temu nikogo nie dziwiło snobowanie się na kawiarnianego intelektualistę, który cały dzień spędza przy stoliku ulubionej kawiarni, popijając tamtejszą specjalność zakładu. Wciąż żywa była pamięć o kompozytorach, poetach, malarzach, którzy w ten sposób spędzali niejeden dzień; nikogo nie dziwiło że w ten sposób "wałkonił się" sławny psychiatra i ojciec psychoanalizy, Freud. Że w końcu wielu studentów obecnych i byłych w taki sam sposób siadywało w tych samych kawiarniach, co ich idole. Dyskutowało, wzorując się na ich sławnych przy-stolikowych dysputach i marzyło, że uda im się spotkać sławę osobiście, nawiązać rozmowę, wymienić poglądy.
      A dziś.. Dziś nie ma już kawiarnianych intelektualistów, są hipsterzy z kofihałsów. :> Kupujący sojowe latte (czy inny współczesny odpowiednik stanowojennej Inki z mlekiem w proszku :P ) w papierowym kubku na wynos - ważne, aby był z logo Starbunia! - i pędzący przed siebie w stylu "bardzo-się-spieszę-bo-jestem-taki-ważny-że-o-ja-niemoge!". Pewnei taki osobnik zamyka oczy i wyobraża sobie, że z właśnie porusza się w tłumie równie ważnych i zapracowanych ludzi sukcesu, gdzies na jednej z ulic Manhattanu. :D Zaraz złapie żółtą taksówkę, która podwiezie jego lub ją pod nowoczesny biurowiec, gdzie na jednym z pięter z otwartymi ramiona czekać będzie Miranda Priestly.. A nie, to tylko film! ;D
      krótko mówiąc: kult tymczasowości zamiast celebrowania chwili. Ilość w miejsce jakości. Brzmi znajomo, co nie? ;>

      Usuń
    4. ha! moja muza (na pół etatu i umowę o dzieło) powraca w wielkim stylu... :) Devil wear Prada to jeden z moich ulubionych filmów... właśnie tam, w tamtejszym Starbuniu (mekce nadwiślańskich hipsterów, których niezliczone klony przesiadują z jabłkowym gadżetem i trzaskają instagramowe słitfocie żarciu, ciastkom, piance na kawie i spamują tym całym gó...nem fejsa i inne kołchozy... bo w Polszy Starbunio to lans na maxa, bardziej współczesny archetyp sukcesu, posmak upragnionego zachodu (stać mnie na pół litrową pseudo kawę w papierowym kubku), porównywalny do fenomenu polskiego McDonaldsa na początku lat 90-tych, gdzie bywanie i jedzenie w Macu było cool i trendy... :) śmiać mi się chcę z hipsterów, gdy twierdzą że walczą z mainstreamem, mimowolnie stając się właśnie jego ikoną... :D

      Usuń
    5. Łojezu , byłam w Starbuniu jeden raz i więcej nie pójdę - a toż to nędzna dziura z nędzną lurą , jak dworcowa knajpa . Chociaż w dworcowej knajpie był przynajmniej koloryt niezapomniany , a tu ? Szczyt bycia trędi - dostać byle jaką kawę w bylejakim porcelitowym kubku za potworne pieniądze , toż mózgu trzeba nie mieć , żeby się na to łapać... Jak można walczyć z mainstrimem , korzystając z jego głównego nurtu , śmiech pusty .

      Usuń
    6. Pirath, może byś mi wreszcie zapłacił za to muzowanie, co?? ;)) Może być w perfumach. ;P
      Kurczę, dobra ta analogia ze Starbuniem jako Makdonaldsem obecnych czasów! :D Mogę ją sobie wypożyczać? Przy okazji przypomniała mi jeszcze "mała wojenkę" miedzy matkami paroletnich dziewczynek, z których kilka jak ognia unika kupowania dziecięcych ciuchów w różowym kolorze, co większości mamuś, tych różowych, każe myśleć, że tych kilka pragnie ubierać dzieci w stylu rodem z kochającej mundury Korei Północnej. ;) Ciekawe, bo mnie współczesnym "mundurem małej dziewczynki" wydaje się nic innego, jak fifti szejds of pink. ;> Plus falbanki, koronki i inne -nki. ;) Normalnie: horda małych różowych zombiaczek.
      Skąd można wysnuć wniosek, że kiedy ludzie uznają coś za oryginalne nie zwmieniają zdania nawet, kiedy niegdysiejsza "oryginalność" zaczyna wyskakiwać z przysłowiowej lodówki. Co prowadzi właśnie do takich hipstersko-starbunio-aplowych czy majtkowo-różowo-słodkich do zarzygania kuriozów. Widać z perfumami jest identycznie.

      Parabelko - sukces Starbunia czy - w naszych lokalnych warunkach - Kofihewen (chyba raczek czyśćca kofeinowego ;> ) wynika chyba właśnie z tego kultu jednorazowości i tymczasowości, który jak słusznie zauważyłaś, kiedyś obecny był głównie na dworcach czy w miejscowościach wypoczynkowych. Gdzie najprościej było oszczędzać na kliencie w każdy możliwy sposób, ponieważ on i tak nie będzie wracał! Nie opłacało się przywiązywać klienta do siebie jakością dań, obsługi czy wystroju przy jednoczesnym umozliwieniu ich jak największego przepływu. Cóż, w takich warunkach rozumowanie całkiem sensowne.
      Problem w tym, że współcześnie hitem stały się produkty i całe marki, które wmówiły ludziom, że sprzedawany przez nie erzac tak naładowany jest tajemniczym czynnikiem X i ogólną zajebitstością [wybacz wyrażenie, znów przytaczam słowa Pirata], że po prostu nie można go nie pożądać. A jeśli nadal nie pożądasz znaczy, że to z Tobą jest jakiś problem. :] Co, jak widać, okazało się niezwykle skutecznym chwytem handlowym. I cóż z tego, że łajdackim oraz kłamliwym?
      "Etyka handlowa? To nazwa jakiejś choroby?" ;)


      Niniejszym komentarzem chciałabym oficjalnie zainaugurować działanie Perfumowego Klubu Kontestatorów Rzeczywistości. ;)

      Usuń
    7. ehhh Wiedźmo, a Ty tylko przyziemnie o pieniądzach... pracuj dla idei, płać rachunki marzeniami i żyj miłością, no i nie zapominaj że kojfnąć wypada najdalej miesiąc po 67 roku życia, co by nie zrujnować premierowi planu emerytalnego... :) w ramach zaliczki na poczet przyszłych zarobków, przyjmij proszę prawa do wypożyczenia Makowo Starbuniowej analogii... :D

      Magia Starbunia i innych pseudo kawiarni, lunch barów i innych hamerykanizmów przyszła do nas jak wszystkie idiotyzmy zza oceanu... kretyńskie "walenie tynków) z 14 lutego, czyli sławetne święto murarza, jeszcze bardziej debilne i sprzeczne z naszą kulturą Halloween, moda na joł jołów, czyli białych chłopców udających czarnych z krokiem w gaciach (dociążone niczym przepełnioną pieluchą)... ręce opadają, czy my nie mamy własnej kultury i tożsamości? idę z Olfaktorią do Cofeehaven, siadamy w wygodnych, budujących klimat relaksu fotelach i co? w normalnej kawiarni podchodzi kelnerka, przyjmuje i przynosi zamówienie, dbając o wygodę i szanując klienta, a tu? muszę pokonać 4 x większe od ziemskiego siły ciążenia aby oiderwać mój dwu tonowy kuper od przepastnego fotela, pofatygować się do panienki za barem serwującej w półlitrowym kubku pseudo kawę o pierdylionie smaków (nie ważne co zamówisz i tak smakuje tak samo), ta zapyta jeszcze czy aby na pewno nie chcę ciastka, po czym odbieram zamówienie i słodzę ją jednorazowymi saszetkami, z cukrem (w tym oczywiście do wyboru bardzo trendy cukier trzcinowy i brązowy)... czy napój kawowy za kilkanaście złotych nie zasługuje na tradycyjną cukiernicę i łyżeczkę, zamiast drewnianego mieszadełka?... zamów, zapłać, odbierz, dopij i wypad na dalsze czyszczenie Visy, pokrzepiony smaczkiem amerykańskiego livestajlu... never fucking again! (pardonemua za kolokwializm) ale jakbym chciał napić się szczyn z jednorazówki, to kupię sobie je na Orlenie, zaś na kawę wolę pójść jak cywilizowany biały człowiek do kawiarni używającej filiżanek, łyżeczek, cukiernicy i podającej wodę do espresso... :D

      Usuń
  2. A mnie boli że Yves Rocher wycofuje genialne zapachy typu nature, cocoon, a nic nowego powalającego nie wprowadza oprócz So elixir:( A to taka genialna marka...czekam aż zaczną znowu robić zapachy urywające tyłek;D POZDARWIAM:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, strata Cocoon zabolała mnie szczególnie. Jednak to nic innego, jak część opisanego wyżej problemu.
      Współcześnie każdy produkt musi generować hiper-zyski, dlatego lepiej jest wprowadzać kolejne potencjalne hiciory, niż "marnować" forsę na produkcję pachnideł nie aż tak popularnych, gwarantującej przychody nieco mniejsze, za to trwałe i systematyczne, pochodzące od oddanej grupy fanów danego zapachu. Tego typu myślenie jest moim zdaniem bardzo złe, de facto degenerujące rynek.
      Cóż, miejmy nadzieję, że niedługo się opamiętają. ;) Nie tylko w Yves Rocher. :)
      Również pozdrawiam!

      Usuń
  3. Podziwiam Twoją nieustraszoną naturę badaczki Wiedźmo.
    Serio. Perfumerie budzą we mnie lęk, zapach w nich panujący sprawia, że powonienie mi ślepnie a czujne panie gotowe śpieszyć z pomocą (i wciskać na siłę produkt, który akurat tego dnia wciskać klientom im zlecono) sprawiają, że czym prędzej biorę nogi za pas.
    Ale mimo że w perfumeriach nie bywam jakoś tak przez skórę zgadzam się z ogólnym tonem Twojej relacji. Nowe Ivorie jest faktycznie nieznośne (inna sprawa że na mojej skórze stara wersja niewiele jest lepsza) a zapachy są powtarzalne i wtórne niczym odcinki brazylijskich telenowel.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. powiadają, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Patrząc na to, co od kilku lat pojawia się i znika z perfumeryjnych półek, mają rację. ;> Wąchanie popłuczynek do niczego dobrego nie prowadzi. :]
      Zapach nie robi na mnie wrażenia (skoro to perfumeria, mają może stosować jakieś filtry??), za to faktycznie czasami mocno wkurzają panie konsultantki. Wiem, że na tym polega ich praca, wiem, że muszą wyrobić normę sprzedażową itd. ale czasami dostaję szału, kiedy ta sama osoba podchodzi do mnie po raz drugi i pyta, który zapach się spodobał najbardziej. [Próbowałam kiedyś szczerze odpowiadać, że żaden ale potem nie miałam już sił ani ochoty tłumaczyć, dlaczego].
      Właśnie staram sobie przypomnieć, jak też to zreformułowane Ivoire pachnie i.. nie jestem w stanie. Zapomniałam wszystko poza tym, że było nudne i chyba pudrowe (?). A to o czymś świadczy.
      Najgorsze, że nic nie zapowiada zmiany myślenia tępych speców z działu finansów wielkich korporacji. i tylko patrzeć, kiedy do masowej oferty wróci Black Cashmere Donny Karan, tym razem jako paczulo-oranżadka, rozpoczynająca się wodnymi kwiatami. :>

      Usuń
    2. WIedźmo , to będzie Fresh Black Kashmere Eau Delice Initial :P Kąpocik z popłuczyn po słoiku z dżemem z czarnej porzeczki - przecież czarna porzeczka ma taaaaaaki intensywny i mocny aromat ;]
      Zgadzam sie z każdym Twoim słowem i szczerze życzę pani G. wszelakich mąk olfaktorycznych jakie tylko istniały , istnieją i będą istnieć . Dziś wszystko pachnie dokładnie tak samo - kwiatkowo-owockowo-słodko-pudrowo aż do przepraszam wyrzygania .Umyślnie nie piszę kwiatowo bo porządny kwiatowy zapach to jest coś , ale teraz takich nie ma , są kwiatki a nie kwiaty . Jako tako broni się jeszcze Mugler , ale też już idzie na łatwiznę - Anioł po reformulacji stracił swój zabójczy charakter niestety .
      Wszechobecny kult smarkaczowości zabija jakość...

      Usuń
    3. Kobiety nie chcą być kobietami, chcą być dziewczynami. Podpatrują modowe nowości od swych córek, robią sobie lifting, kupują te same czasopisma co nastolatki, chcą też "dziewczęco" pachnieć. Dziewczęco czyli słodko i różowo. Apetycznie.
      Młodość to fun, wieczna młodość to wieczny fun, dorosłość to już dojrzałość, dojrzałość to nic innego jak starość a więc wstyd i hańba.

      Wiedźmo, ciekawość powinna być pierwszym stopniem do wiedzy. Ale o tym co stoi na perfumeryjnych półkach wiemy dobrze.

      Parabelko Fresh Black Cashmere Eau Delice Intial wymiata. I chcę to powąchać.
      Tfu, tfu.

      Usuń
    4. Parabelko - jesteś gorsza ode mnie, no słowo daję! ;P Nazwa perfum iście szatańska ale... czy na pewno taka nieprawdopodobna...?
      Zapach czarnej porzeczki lubię, choć przecież nietrudno zauważyć, że zaczyna pełnić rolę zapychacza dziur po większości już zbanowanych mocniejszych składników. I zgadzam się z tym, że nie wystarczy dorzucić do receptury akordy czarnej porzeczki, żeby uzyskać głębię, moc i charakter.
      Madame G. na zapachowe piekło z pewnością już dawno sobie zasłużyła. A niech kiedyś wpadnie do kadzi z bazą montalowskich oudów! ;> Życzę jej, żeby wówczas przez miesiąc nie była w stanie zmyć z siebie zapachu. I nie czuję się winna podobnych myśli; nie wobec kogoś, kto z definicji nie dopuszcza do dalszych prac nad każdą kompozycją, która zawiera w składzie miód lub.. czarną porzeczkę. ;) [Jak widać, wszystko w tym świecie ma podwójne dno].
      Co do kwiatów mogę tylko się zgodzić. Jeśli chcemy znaleźć prawdziwie mocne, coraz częściej jedynym ratunkiem są perfumy niezależnych twórców jak Laurie Erickson albo te przeznaczone na rynek arabski. Cała reszta trzęsie portami ze strachu przed "klientem, który nie polubi i nie kupi". Skoro piszesz, że już nawet Mugler.. O tempora, o mores!

      Rybo - no właśnie. Jak napisałam Piratowi kilak pięter wyżej: dziś światem rządzi kult tymczasowości i braku analitycznego myślenia. A do tego notoryczne stawianie na ilość. Przecież takie myślenie może doprowadzić tylko do jednego: do upadku całej cywilizacji. Albo do zastanowienia i zmiany sposobu myślenia, ale to przecież wymaga wysiłku psychicznego, odważnego spojrzenia wgłąb siebie BEZ samooszukiwania, dokonania kilku przykrych, raniących nasze doskonałe samopoczucia odkryć. Ale to wszystko jest złe, tego właśnie należy wystrzegać się jak ognia, bo nie niesie ze sobą żadnych przyjemności. Żadnej samodyscypliny, dystansu, ciekawości. Przejawiających ww. cechy należy wyśmiać i zarzucić, że za mocno spinają pośladki. No to lecimy w dół, jak lecieliśmy. Tylko czekać, jak plaśniemy o podłoże i zostanie z nas mokra plama.
      Wizja czarna ale jakoś nie widzę dla niej żadnej znaczącej przeciwwagi. A współczesne porządki w przemyśle perfumeryjnym to tylko jeden, drobniuteńki objaw poważnej choroby.

      Usuń
    5. Wiedźmo , i tak wyrażałam się baaardzo oględnie :P pomysł z kadzią pełną oudów jak najbardziej popieram , ale z dodatkiem swojskich meneli w upalny dzień , o . I kociej kupy :P

      Rybo - też bym chciała to powąchać chociaż nie jestem pewna czy na pewno ;)może potem powstanie jeszcze L'Eau de Black Kashmere Cherie , Black Kashmere Pink Fresh , Black Kashmere Legend of Oud , Delicate Black Kashmere Sensuelle... możliwości są nieograniczone ;]
      A , jeszcze Black Kashmere Green Tea Fantasy ;]

      Usuń
    6. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    7. Kurczę. Ale z nas mściwe jędze. I super! :D Całe życie pracuje się na dobrą [lub złą, jak Pani G.] opinię, czyż nie? ;)

      L'Eau de Black Kashmere Cherie, Black Kashmere Pink Fresh oraz Black Kashmere Legend of Oud sprawiły, że zakrztusiłam się pitym właśnie sokiem. ;))

      {musiałam usunąć wiadomość i napisać jeszzcze raz z powodu koszmarnego błędu ort. Upał naprawdę źle mi robi).

      Usuń
  4. Najpierw napiszę, że nie tylko nie mam potrzeby odmładzania się za pomocą perfum, ale tego rodzaju zabieg wydaje mi się niepokojący w zestawieniu z moim wiekiem. Na określenie "dziewczęcy" reaguję dreszczem.
    Odniosę się natomiast do podanych przez Ciebie przykładów, bo nie wszystko, co różowe, jest złe. Delicate Rose Trussardiego zdobyło moją sympatię. Lubię różę, nawet taką chemiczną, a w tych perfumach jest jakiś akcent, który szczególnie mi się podoba. Zakrętasek jakiś ostry, który nadaje charakter. Nie jakiś mocny, ale jednak na pastelowym tle mocno wyczuwalny.
    Alien Aqua Chic podoba mi się również, głównie dlatego, że mimo lekkości alienowatość jest wyraźna, aczkolwiek denerwuje mnie podszycie brudną szmatką. Występuje również w klasyku w wersji edt.
    Aqua di Gioia nigdy nie była dla mnie "soczkiem", przyznaję, że jej wersji letniej nie poznałam.
    Na Cavallego Aque rzuciłam się znęcona, bo wersję podstawową uważam za bardzo udaną. A że lubię morskie akcenty, spodziewałam się czegoś dla mnie. A jednak - rozczarowanie. Drażniący ten "perfum", ma w sobie coś, czego nie mogę znieść.Ale moc też.
    Nowe Ivoire uważam za jedną z bardziej udanych reformulacji, choć może błędem tak nazwać ową zmianę, bo współczesna wersja wg mnie nie przypomina klasyka, jednak taki zapach, w typie "kosmetycznym", ale nie gładkim, lecz zadziornym (może nawet kontrowersyjnym) ma w sobie szyk.
    Vent Vert - do dawnego nie czulam sympatii, ale nowy jest porażką. Zapaszek pozbawiony charakteru.
    Na Yvasy Roszerasy nie mam już siły. Poza Cleą i Bamboo, którego już nie ma, każda ich produkcja mnie zawodzi.
    No, Cocon był niezły.
    Jeszcze ad Addicta w kolejnych wcieleniach - klasyka nie znoszę, nr 2 lubię bardzo, jak wszystkie zresztą perfumy w typie Bright Crystal. Delicate jest za słaby, jak pisuje Parabelka, wersja homeopatyczna Addicta 2.
    Z perfum w miarę nowych najbardziej podoba mi się L'Imperatrice D&G, stwierdzam na koniec niz tego, ni z owego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Justyno, ale dzisiaj odmładzają się już nawet dwudziestolatki (dosłownie: 20 lat..), najwyraźniej. ;)
      Natomiast jeśli chodzi o Twoje wysczególnienie, to zrobiłaś rzecz, której chciałam uniknąć (a która jest oczywiście najbardziej sprawiedliwym podejściem) - każdy zapach potraktowałaś indywidualnie. Sama jednak chciałam ogólnić, trochę tupnąć nóżką i powiedzieć: a właśnie, że nie będę zajmować się nimi pojedynczo! I wprowadzę odpowiedzialnośc zbiorową. ;D
      No bo jasne, że w większości z tych wód (oczywiście dla kazdego i każdej z nas będą to inne przypadki) można znleźć coś godnego uwagi, jakiś szczegół czy przeciwnie: plan ogólny albo zwyczajnie przyjemnego, poprawiającego humor. Problemw tym, że mam już coraz mniej chęci, by podejmowac podobny trud i usprawiedliwiać jakiś zapach, który tak fakycznie podoba mi się może na 20%, podczas, gdy pozostałe 80% to dowolna kombinacja wrażeń "ale nudy!", "wisi mi" i "makabra" [żeby było jasne: te 20% to nie sam zachwyt czy uznanie ale ogólna kombinacja odczuć pozytywnych]. Po prostu nie mam ochoty marnować czasu na miernoty. (Nawet rym sie udał :) ).
      Może to minie, nie wiem, może po prostu potrzebuję złapać dystans do szajsu z półek Sefor i Daglasów, zwykłago odpoczynku. Nie wiem. Jednak jakieś dwa czy trzy miesiące temu zauważyłam, że po prostu nie ciągnie mnie do ww. przybytków. Tamtego dnia, gdy ppisałam notkę, chciałam sprawzić, czy może się mylę. Lecz niestety było jeszcze gorzej, niż ostatnio.
      Ivoire na pewno jeszcze kiedyś przetestuję, niech mi tylko wk*rw minie. :> Przez sentynment do starej wersji i do marki w ogóle. Jeśli chodzi o Vent Vert, to po prostu latem pasjami uwielbiam galbanum, stąd sympatia do starszej wersji. :) Do tego hiacynt, suche zielone zarośla trochę w stylu Ninfeo Mio, wetyweria no i sympatyczny retroszlif - ogólnie czad! W nowszej udział tych wsyzstkich składników ograniczono do zaledwie kilku minut otwarcia lub zbanowano w ogóle.
      Yves Rocher lubię, bo mam senstyment do marki oraz czasem zdarza mi się pachnieć słodkościami. Lubię ich za dosłowność perfumowych odwzorowań w tańszych wodach. Moim zdaniem to lepsza i tansza alternatywa części owockowego badziewia z S. i D. Clea? To musiało być baaardzo dawno! A Cocoon był dla mnie swego czasu jednym z ulubionych zapachów, jakoś tak na skraju fascynacji niszą.
      Co do Addicta, to cały czas odkładam ponowną recenzję klasyka (którego jakiś rok temu zaczęłam lubić), za to wszystkie flankery zlały mi się w głowie w jedną golemowatą masę. Choć wiem, że podobne określenia mogą być dla nich krzywdzące.
      Tarotowa seria D&G porządnie mnie wynudziła, tylko tyle z niej pamietam. No i może jeszcze to, że choć w zamierzeniu miała być uniseksualna, któraś z sieci podzieliła zapachy na bardziej damskie i bardziej męskie - i tak też rozmieściła na półkach sklepów. Wkurzyło mnie to. [Mimo, że domyślam się, iż za decyzją stał brak "strony uniseksowej" perfumerii i przydzielanie filiom po jednym flakonie testowym danego zapachu].

      Usuń
    2. No pewnie, jeśli uważasz, że to miernoty, nie ma co traktować indywidualnie. ja czasami mam chęć na zmianę, jaką by ona nie była niemal A ponieważ po wiz. w Sephorze zazwyczaj wsiadam z Wojtkiem do samochodu, wybieram zapachy, o których wyobrażam sobie, że nie sprawią Mu przykrości.
      Clea była w YR 5 lat temu na bank. Potem - nie wiem, bo mam swoją flachę.
      Z Tarota L'Imperatrice tylko w moim odczuciu zasługuje na uwagę - ale trzeba lubić przenikliwą chemię. Owocową. Ja przepadam.

      Usuń

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )