Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maison Dorin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Maison Dorin. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 października 2013

O sześciu Dorinach

Maison Dorin - marka, które swego czasu kupiła moją uwagę fenomenalnym Oudem z arabskiej serii. Kilka miesięcy temu mogłam, dzięki Lorienie, poznać kilka innych dokonań francuskiego domu perfumeryjnego. O cyklu Un Air de Paris pisałam w lipcu, dziś chciałabym pokrótce zająć się jeszcze inną serią a do opisów arabskiej dodać dwa kolejne punkciki.
Krócej, niżbym chciała, ponieważ wzywa mnie życie pozablogowe. ;)


Zgodnie z porządkiem alfabetycznym, na pierwszy ogień pójdzie Fullah. Teoretycznie dzieło proste, stworzone wokół endemicznej roślinki z okolic Damaszku o nazwie takiej, jak tytuł pachnidła. Na szybko nie zdołałam znaleźć o niej więcej informacji poza faktem, że najprawdopodobniej wygląda TAK. Zaś w zestawieniu z jaśminem i bergamotką pachnie niemal identycznie, jak zielona herbata aromatyzowana jaśminem właśnie. Czyżby więc sam/a/o fullah pachniało zieloną herbatą? Śmiem wątpić; tym bardziej, że w miarę upływu czasu pojawia się więcej roziskrzonych soków, przypominających wonią kwiaty oraz zmiażdżoną łodygę rośliny o zapachu trochę piwonii, trochę jakby herbacianych róż. A do tego jaśmin.
Po kolejnych kilkudziesięciu (a raczej kilkudziestu ;) ) minutach Fullah ciemnieje, nabierając mocniejszych (acz nie topornych ani nie zwierzęcych) piżmowych nut, rozgrzewane ciepłem intensywnie pracującego ciała. Fantastyczne uziemienie dla florystycznych akcentów! :) Oraz moc i emanacja, głębokie, poważne, zamaszyste; iście Dorinowe.
Można polubić.

Skład:
bergamotka, jaśmin wielkolistny, fullah, piżmo


Jasmine z kolei nie bawi się w żadne podchody. To klarowny, pozłocisty, odświeżający kwiatowiec o zielonym, skrzypiącym ale i seledynowo-świeżym otwarciu z niekoniecznie słodkich cytrusów oraz kwiatowych soków, które jednak musiały ustąpić miejsca głębokiej, porażającej dosłownością jaśminowości. Zbliżonej do zapachu naturalnego ekstraktu owego kwiatu tak bardzo, że przy cieplejszej aurze nie sposób opędzić się od skojarzeń urynalnych, z toaletą na postpeerelowskim dworcu lub w innej, równie przyjemnej lokacji. ;) Tak wyraźny oraz nie bawiący się w półśrodki jest tu składnik tytułowy. Co wbrew pozorom bardzo mnie cieszy, bowiem współcześnie nieczęsto mamy okazję obcować z jaśminem o tak naturalnym kształcie i zapachu, będącym samą esencją życia oraz - paradoksalnie - piękna. Anglojęzyczni miłośnicy perfum zachwycają się perfumami określanymi jako 'sweaty' czyli 'duszne', 'przepocone'. Jasmine jest jednym z takich właśnie przypadków. :) Ponieważ  sama należę do fanów podobnych olfaktorycznych zestawień, więc zwyczajnie musiałam się zachwycić. Szczególnie, że nawet jako woń ostra i teoretycznie odrzucająca ów konkretny jaśmin cały czas mógł poszczycić się jednolitą kremową barwą oraz śmietankową konsystencją. Może to zasługa resztek zieleni z otwarcia a może do gry włączyły się jasne drewna bazy...? Nie wiem. Grunt, że nosi się to wspaniale - choć z konieczności trzeba starannie dobierać dawki. ;)

Skład:
bergamotka, jaśmin, akordy drzewne, piżmo


Następnym zapachem jest Rose. A konkretnie legendarna, cudowna róża damasceńska. Okolona słodyczą, rozjaśniona lekko skórzanymi sokami bergamotki, ubarwiona wyciągiem z  konwaliowych kwiatków [tylko niech Was ręka Boska broni przed wypiciem tego! ;) ], od początku do końca przejmująco głośna a jednocześnie czysta i przyjemna. Płożąca się na ludzkim ciele od pierwszych sekund po aplikacji, rozprzestrzeniająca niczym dym, we wszystkich możliwych kierunkach. Zabrana gdzieś spomiędzy potpourri a konfitur i nawodniona seledynowymi sokami - naturalna. Siedząca na ludzkim ciele stabilnie dzięki przebijającej od spodu ciemnym, piżmowym pazurom [albo raczej pazurkom, gdyż wcale nie są takie duże :) ]. Ani gęsta ani przejrzysta, nie zimna ale i nie gorąca. Cudowna. Żywa. Oddychająca i, być może, czująca.
Ukochana Małego Księcia...? Chyba nie. Dorinowska Róża jest zdecydowanie zbyt mało wymagająca i mniej skupiona na sobie. Choć pewnych tendencji do zaborczości nie sposób jej odmówić. ;)

Skład:
bergamotka, konwalia, róża damasceńska, piżmo


Ostatnim elementem serii damasceńskiej jest Tubereuse: sprężysta, elastyczna, energetyczna ale przecież tak bardzo kobieca i ciepła, jak to tylko możliwe. I jak tylko tuberoza potrafi. Ta najczulsza tyranka wśród kwiatów została przedstawiona w swym najbardziej klasycznym, najbardziej wdzięcznym ale i najtrudniejszym wcieleniu. Początkowo prześwietlona kilkoma jasnymi cytrusowymi promieniami szybko zapada się w siebie, oplata własnym cieniem oraz rozgrzewa własnym ciepłem. Do szczęścia nie potrzeba jej nikogo i niczego. No, może poza ludzkim żywicielem. ;) Dzięki któremu ma szansę ujawnić swoje miodowe piękno chwilami tak wyżłobione, że wręcz drzewne. Doskrobujące się nawet do ukrytej wśród kwiatów ciepłej i suchej sierści jakiegoś dzikiego zwierzęcia. To piżmo, utrwalacz ale i najbardziej intymna z twarzy Tubereuse. Udana kompozycja.

Skład:
bergamotka, tuberoza, piżmo, akordy drzewne


Lubię cykl Un Air de Damas; postawiono w nim na naturalne piękno kwiatów - i tylko na nie, czego dowodzą powtarzające się nuty dookolne. Jeśli nie identyczne to choć zbliżone do siebie, mające tylko dopełniać tudzież podkreślać piękno głównych bohaterek olfaktorycznych opowieści: kwiatów, które same z siebie lśnią, niczym najcenniejsze klejnoty. Nic nie powinno tłumić ich urody.


Wszystkie pachnidła powstały w roku 2008, zaś ich twórczynią jest Nejla Barbir.

Charakteryzują się bardzo dobrą, przeszło ośmiogodzinną trwałością.



W przypadku serii arabskiej zmuszona jestem ograniczyć się do dwóch kompozycji. Jedną już kiedyś opisałam, natomiast próbki Ambre nie potrafię odnaleźć [czy w ogóle ją otrzymałam? Nie mogę sobie przypomnieć]. Jednak nawet dwie opisywane dziś mieszaniny warte są wielkiej uwagi.

Na przykład Musk, które do pewnego stopnia przypomina mi Al Ward Al Musk od Rasasi; wyczuwam w nich te same paliwowe ciągoty, zbliżone fascynacje, pokrewieństwo dusz. Oraz piżmo, które wbrew oczekiwaniom wcale nie jest ani mydlane ani wyraźnie zwierzęce (przynajmniej nie na początku). Za to pojawiają się spalane w trybularzu drzazgi cennych drzew, bliżej niezidentyfikowane żywice i sporo lizolowego oudu. Później pachnidło delikatnieje, nabierając spokojnego ciepła oraz słodkawej delikatności, bardziej z kierunków gwajakowych aniżeli waniliowych. Jako pośrednik między wszystkimi frakcjami dzieła - kadzidlaną, piżmowo-benzynową, cielesną oraz słodką - występuje labdanum, złociste lecz nie zmysłowe, sklejające kompozycję w jedno.
Zaskakująca delikatność tam, gdzie spodziewałabym się raczej demonstracji siły. Musk to wyjątkowo udana niespodzianka. :)

Skład:
rumianek, róża, drewno cedrowe, paczuli, drewno gwajakowe, drewno sandałowe, labdanum, kadzidło frankońskie, (oud?), wanilia, piżmo


Ostatnim z moich dzisiejszych bohaterów będzie kolejna róża, tym razem Rose of Taif, w pierwszych chwilach jakby węglowa, zbliżona klimatem do otwarcia opisywanego piętro wyżej Piżma, szybko jednak wracająca na właściwe tory. Właściwe, czyli każące myśleć o kwiecie jasnym, o delikatnych, jakby ażurowych płatkach. O kwiecie tak subtelnym i świeżym, że aby dostosować go dla wymagających nosów obywateli krajów arabskich, trzeba było otoczyć różane pąki wąskimi strużkami kadzidlanego dymu, przeplecionych ze skórzanymi rzemykami oraz przyprószonych cennym szafranem (trochę w stylu Saffron Rose marki Grosmith). W miarę upływu czasu akordy różane tak silnie zlewają się z dymami i cieniami stonowanego ale jednak wyraźnego Orientu, że Rose of Taif niemal traci prawo do swojej nazwy. Na szczęście nuty bazy, ciepłe dzięki woniom teoretycznie odzwierzęcym oraz przyjazne dzięki słodkiemu duchowi waniliowych ziaren pomagają róży po raz kolejny - i ostatni - wybić się na światło dzienne. Wkrótce wszystkie wątki dzieła zleją się w jednolitą, miękką ale pyłkową całość, niemożliwa do rozdzielenia.
Perfumy obiektywnie przyjemne, miłe w codziennym użytkowaniu jednak na tle wcześniejszych dokonań marki podejrzanie przeciętne. Zbyt przewidywalne. Choć na pewno warte poznania. :)

Skład:
rumianek, szafran, róża, frezja, skóra, paczuli, drewno sandałowe, ambra, styraks, wanilia, piżmo, kastoreum, cywet


Oba zapachy powstały w roku 2012, również dzięki talentowi Nejli Barbir.

Ich trwałość jest trochę lepsza, niż serii damasceńskiej.


Kurczę! Pisanie notki znów zajęło mi więcej czasu (oraz przestrzeni), niż początkowo planowałam...
___
Dziś było X for Men marki Clive Christian ale już zatonęło pod naporem dorinowskich mocarzy. :)

poniedziałek, 29 lipca 2013

Powiew paryskiej klasyki

Korzystając z faktu, że wreszcie zrobiło się trochę bardziej znośnie, postanowiłam zasiąść do komputera i opisać kilka pachnideł od Maison Dorin. :) Oraz od Lorieny, które udostępniła materiał testowy. Dziękuję!

Seria Un Air de Paris wspomnianej marki miała powstać na podstawie oryginalnych receptur z drugiej połowy XIX wieku. Cóż... kto chce, niech wierzy. ;) Co jednak nie znaczy, że pachnidła nie przypadły mi do gustu.
Wprost przeciwnie: mamy tu do czynienia ze świetnym odwzorowaniem ducha vintage we współczesnych perfumach. Miłośnicy staroci, dziś będzie coś specjalnie dla Was! :)

Classic

"Rzeczywiście klasyczny", powiedziała Pola, wwąchując się w zawartość sampla. I miała rację! :) Classic to gęsta, kwiatowa zawiesina na gładkim choć masywnym waniliowo-drzewnym łożu. Jednak zanim zagęści się i zesłodzi, zanim upudruje oraz rozłoży na wypolerowanym aż do efektu lustrzanego kawałku drewna sandałowego [być może intarsjowanego tekiem], zaskakuje nas woń bogatego, wielkokwiatowego bukietu przemieszana z lekkimi cytrusami oraz... ciemną, staroświecką skórzaną rękawiczką. Ów skórzany element pojawia się po około minucie, atakuje nozdrza oraz znika niezauważony, wszelkie nasze podejrzenia kierując na bergamotkę, tak często udającą lekką skórę albo zamsz. jednak to nie ona, jestem niemal pewna. Może galbanum, jakże dalekie od wszystkiego, co dotąd zwykłam z ową gumożywicą kojarzyć...? Trudno powiedzieć.
W każdym razie ciemna galanteria rozpływa się szybko wśród kwiatów, z których najważniejszym jest słodkie ylang-ylang, otoczone zacnym staroświeckim akordem irysowym, rozpropagowanym dzięki Shalimarowi. Stopniowo przejmują całą dostępną przestrzeń, zlewając się w całość a następnie rozjaśniając, dosładzając, pudrując... Nadejście bazy rozpoznaję dzięki piżmu, jasnemu i trochę mydlanemu acz pełnemu ciepła. To ono wnosi co nieco życia do bukietu z Classic, redukując jednocześnie jego moc. Jak również wprowadzając wspominaną już kilkakrotnie wysoce cywilizowaną taflę z egzotycznego drewna.
W zasadzie jestem skłonna zgodzić się, iż właśnie ten element serii korzeniami sięga roku 1886. To zapach jeszcze sprzed epoki szyprów, sprzed aldehydów, że o owocach i ozonie ledwie wspomnę. :) Więc może rzeczywiście bergamotka...? Albo bergamotka z galbanum [którego jako samodzielnego składnika nie potrafiłam zlokalizować]?

Skład:
bergamotka, mandarynka, galbanum, biała brzoskwinia, irys, róża, konwalia, ylang-ylang, heliotrop, drewno sandałowe, piżmo


Floral

Czyli kompozycja zapatrzona w przeszłość trochę nam już bliższą. Ponieważ wyczuwam weń ducha Quelques Fleurs l'Original marki Houbigant w dawnym wcieleniu, które poznałam dzięki Trzem Rybom albo 20 Carats Dany. To kwiaty mocne, jednolite chociaż pozbawione ułatwiającej odbiór, trochę upupiającej słodyczy rodem z opisanego wyżej Classic; tu od razu pojawia się moc oraz głębia, od samego początku wyrazista i kanciasta dzięki pojedynczym aldehydom, w miarę upływu czasu sprytnie przechodzącym w opary eugenolowych przypraw, wystylizowanych zgodnie z modą lat 30. lub 40. XX wieku.
Im dalej w Kwiaty, tym więcej ich rozpoznaję: pojawia się tu i róża, esencjonalne suszki z potpourri, i piękny narcyz, i sucho-słodki, nieomal promieniujący heliotrop, chłodny lecz gładki irys, gdzieś w tle przemykają pojedyncze molekuły jaśminu z Grasse. ;) Wszystko to zespala się z ludzką skórą, okrywa ją niczym rozgrzany, wonny wosk (którego zapach również gdzieś tam wyczuwam), głównie dzięki piżmu ciemniejszemu aniżeli w Classic za to równie przyjemnemu, gdzyż ograniczającemu się wyłącznie do roli stabilizatora mieszaniny.
Pachnidło gęste, dosyć mocne, umiarkowanie głośne, aż po brzegi wypełnione pozytywnymi emocjami, gorączkowe i radosne. Lata temu mogłoby być idealnym na okazje intymne, dziś po prostu harmonijne, zaraźliwie urocze. Nessun Dorma wśród pachnideł. :)

Skład:
jaśmin, róża, ylang-ylang, narcyz, drewno sandałowe, goździki (przyprawa), cynamon, irys, heliotrop, piżmo


Fruity

Gdyby kilkadziesiąt lat temu produkowano perfumy owocowe, właśnie tak mogłyby pachnieć. ;) Prawdziwie jędzowate owocki; pozornie słodkie, soczyste i jędrne, są w istocie nie tylko zamieszkane przez wredne robaki ale też zatrute wywarem z cykuty połączonej z Borgiową kantarellą, czymkolwiek była [bo nie wierzę, że truli wrogów kurkami ;] ]. Fruity rozpoczyna się akordem gładkim i jasnym, do cna wypełnionym fruktozową słodyczą, pochodzącą z soków słodkich cytrusów, brzoskwini na skraju przejrzałości i takiejż figi, soczystej gruszki oraz kawałeczka chrupkiego jabłka; gdzieś w tle majaczą lekkie, kwiatowe nuty wodne - i to wszystko. Fruity wydaje się esencją dziecięcej, milutkiej słodyczy. Gdyby tylko nie prześwitująca zzań cierpkość rozgryzanych płatków róży czy jaśminu, w stanie surowym smakujących odwrotnie proporcjonalnie do tego, jak pachną. ;) Wrażenie "czegoś niepokojącego", skrytego pod płaszczykiem sałatki owocowej, podkreślają szczypty kardamonu, kolendry czy białego pieprzu, dodające kompozycji ciężaru oraz ciepła. Aż do bazy jasnej i drzewnej, gdzie słodycz owoców zmienia się w pyłkową słodycz bukietu upojnych kwiatów [już nie gryzionych ;) ].
I to już konec opowieści. Nikt nikogo nie otruł, najwyżej troskliwie otulił aksamitnym płaszczem pachnidła.
Mogłabym chcieć flakon.

Skład:
brzoskwinia, figa, tangerynka, bergamotka, lilia wodna, gruszka, jaśmin, róża, kłącze irysa, kardamon, kolendra, drewno sandałowe, wetyweria, piżmo


Spicy

Te perfumy obudziły we mnie wspomnienia. Podczas testów Spicy miałam wrażenie, że cały czas towarzyszył mi duch mojego Dziadka. Nagle cofnęłam się w czasie i znów jako kilkuletnia dziewczynka stoję w drzwiach łazienki patrząc, jak Dziadek kończy się golić. Zaraz umyje maszynkę i pędzel, potem swoją twarz, osuszy ją miękkim ręcznikiem a następnie schowa na chwilę w dłoniach zroszonych... no właśnie nie wiem, czym. ;) Jakiej wody po goleniu używał Dziadek? Prawdopodobnie do czasów mojej perfumowej pasji nie dotrwał żaden flakon, zaś dziecko nie zwracało uwagi na takie szczegóły. Zwłaszcza, jeśli dotyczyły męskich produktów kosmetycznych [ekhem..]. Czy był to jakiś postpeerelowski produkt typu Brutal czy może specyfik, który swego czasu zalegał na półce zachodniej drogerii, jak np. Old Spice lub też coś pochodzącego z uzupełniającej linii jednego z renomowanych pachnideł - naprawdę nie mam pojęcia. Grunt, że pachniało dokładnie tak, jak Spicy od Maison Dorin. :D
Kompozycja głęboka, paprociowo-przyprawowa; w początkach orzeźwiająca, ziołowo-cyrusowo-geraniowa, pozbawiona słodyczy, z czasem rozgrzewa się i osusza, wpadając w mocarne tony przypraw, egzotycznych drzazg ale nade wszystko - bogatych woni teoretycznie odzwierzęcych, piżma, kastoreum czy perspiracyjnego kuminu. Silne i wyraziste choć niemęczące, gęste lecz przewiewne. Zdecydowanie vintage.
Pachnidło okazuje się tak sugestywne, że rozważam jego zakup. :) Niekoniecznie natychmiastowy.

Skład:
pomarańcza, bergamotka, bazylia, tymianek, geranium, wetyweria, drewno cedrowe, drewno sandałowe, kastoreum, gałka muszkatołowa, kumin, wawrzyn


Roku premiery serii Un Air de Paris nie udało się ustalić, lecz jej twórczynią jest Nejla Barbir.

Wszystkie pachnidła charakteryzują się znaczną mocą oraz śladem, z czasem redukującym się do luźnej aury oraz ok. dziesięciogodzinną trwałością [+/- dwie lub trzy godziny].

___
Dziś noszę opisane wyżej Floral. :)

niedziela, 16 września 2012

Oud kreską Szancera rysowany, cz. 2

Po ostatniej agarowej przygodzie z zagadką w roli głównej dziś dla odmiany pachnidło bez mała monotonne, niezbyt rozbudowane, zdecydowanie grubo ciosane. Oraz, na Boginię, jak piękne! :)


Oud z cyklu o wiele mówiącym tytule Un Air d'Arabie marki Maison Dorin tylko z pozoru nie ma nam wiele do opowiedzenia. Choć jedno mu przyznać muszę: wszyscy znudzeni nadmiarem tego składnika we współczesnych perfumach proszeni są o zakończenie lektury niniejszego postu na tym właśnie zdaniu. ;P




Już można? Malkontenci zwiali ekscytować się Hermesiątkami? ;>
Jeżeli tak, nadeszła pora, by dzisiejszy bohater mógł ukazać nam się w całej okazałości. :)

Mogę też wyjaśnić, dlaczego narzekacze nie są grupą docelową mojego tekstu. Z dwóch wiele mówiących powodów, które zawrę teraz w wyjątkowo zwięzłych słowach: oud i róża. :] Oto główne (a jak chcieliby twórcy jedyne) składniki omawianej mieszaniny. Więc zrozumcie, nie potrzebuję osób, które z kwaśnymi minami już na wstępie podsumują pachnidło słowem nouda. ;)

Ponieważ oud i róża w kompozycji Maison Dorin potraktowane zostały jako stabilna, łatwa do zaakceptowania rama pewnej niezwykłej opowieści. Sennej, utkanej z ulotnych gestów, z cienia uczuć i emocji, rządzących widmowymi nocnymi gośćmi, opowieści rozświetlonej srebrnymi nitkami księżycowych promieni w pewną czystą, niespodziewanie chłodną, letnią noc.


Niezwykłość dzisiejszego Oudu nie jest łatwa do opowiedzenia. Bo wszak cóż może być niezwykłego w krystalicznym, czystym różanym mydle, nawiązującym do balsamicznych splotów potpourri lecz jednocześnie świeżym i przywodzącym na myśl mroźny, irysowy szron (jakkolwiek irysa w kompozycji brak, jestem pewna) jak również udrapowanych na postumencie z tytułowego składnika o konotacjach wybitnie orientalnych? Gdyż takim właśnie prezentuje się Dorinowy Oud w chwili otwarcia. No, może róże w nim są bardziej mydlane niż gęste i dosadne. :) Balsamiczność i potpourri pojawiają się nieco później, jednak przejście pomiędzy nimi jest płynne i nigdy nie dokonuje się do końca.
Dużym plusem mieszanki jest odważna decyzja perfumiarza lub perfumiarki, by nie mącić różanej nuty dodatkiem żadnych innych kwiatów, co nieuchronnie rozjaśniłoby ją i odsunęło uwagę od pełnej symbiozy czerwonego kwiatu z agarem. Mimo wszystko, kiedy szukam olfaktorycznych powiązań tej konkretnej róży, na myśl przychodzą mi dzieła takie, jak Tea Rose od Perfumer's Workshop, Rose Noir Byredo czy Rose Musc od Sonoma Scent Studio. Skojarzenie przebiega raczej po linii "ogólnego pokrewieństwa charakterów" wszystkich wymienionych kompozycji, niż realnego, racjonalnego podobieństwa.

Do tego wszystkiego dochodzi akcent agarowy, z gatunku tych zdecydowanie orientalnych, nie bawiących się w westernizującą maskaradę: gęsty, trochę "brudny", lekko zwierzęcy z czasem przechodzący w woń suchą, prostą oraz do pewnego stopnia mineralną. Jest to oud bardziej ajmalowski czy montalowski niż nawiązujący do produkcji spod szyldu Juliette Has a Gun albo M. Micallef.
Smaczny, zrównoważony, może trochę ociężały (choć nie ospały), zmysłowy. Zręcznie połączony w jedność z różą daje właściwie nową jakość, już niepodobna rozdzielić obu tych akordów. Do tego stopnia, że pojawiające się tu i ówdzie akcenty szafranu, muszkatu czy kminku bardzo trudno uznać za kolejne składniki opowieści. Bo kto zaręczy, że nie wzięły się z wzajemnej fascynacji dwóch mistrzowsko skojarzonych składników?
Doprawdy, wielce przyjemna to opowieść. Romans w starym stylu. :)

I pomyśleć, że w bazie omawianego pachnidła poza oudem nie wyczuwałam kiedyś żadnych innych elementów!
Pozory mylą.

A duchy ukazują się, kiedy i komu chcą. :)

Rok produkcji i nos: 2010, ??

Przeznaczenie: zapach wedle niektórych damski, inni zaś mają go za uniseks - i do tej właśnie klasyfikacji sama się przychylam. :) O potężnej mocy, choć z bliska niemęczący, ze znacznym sillage.
Na wszelkie okazje i pory roku (wystarczy tylko uważać przy aplikacji).

Trwałość: przeszło dwunastogodzinna

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (i kwiatowa)

Skład:

Nuta głowy: róża
Nuta serca: róża [tak twierdzą wszystkie możliwe źródła]
Nuta bazy: oud
___
Dziś noszę iso e super na czystym wyciągu z lawendy (no, wymacerowanej w spirytusie.. ;) ). Szkoda, że już uleciała, pozostawiając samo iso.

P.S.
Dwie pierwsze ilustracje ponownie z http://szancer.blogspot.com/
A dokładniej, są reprodukcjami pocztówek z cyklu Legendy starowarszawskie autorstwa Jana Marcina Szancera. Choć bywały wykorzystywane inaczej: kiedyś miałam książkę z legendami, ilustrowaną właśnie tym zestawem grafik. :)