wtorek, 22 października 2013

Krajobrazy jesieni


Jesień to, wbrew pozorom, najbarwniejsza ze wszystkich pór roku klimatu umiarkowanego. Rozpoczyna się często klimatami lata a jej pierwsze dni część z nas wykorzystuje, aby po raz ostatni zasmakować wakacji (tak w kraju, jak i za granicą), ogrody są pełne kwiatów a sady owoców. Później następuje pora zbiorów; miejsce jeżyn, malin oraz jagód na naszych stołach zajmują śliwki, jabłka i orzechy. To odpowiedni czas, aby udać się na grzybobranie, gdzie po raz ostatni w sezonie mamy okazję nacieszyć nasze nozdrza głębokimi aromatami żyjącego lasu. Rolnicy palą na polach ziemniaczane łęty, pozostałe po kradzieży roślinom bulw tworząc dym o niezapomnianym, piwniczno-paczulowym zapachu.
Pora, kiedy przyroda szykuje się do snu; polski listopad, tak nostalgiczny i tak magiczny... Ostatnie dni jesieni, gdy listopad zamienia się w grudzień, to już czas barw gołej ziemi, błota, sinego nieba, nagich drzew oraz spłowiałej trawy, gdzieniegdzie przetykany brudną żółcią zbutwiałych opadłych liści, krwistą czerwienią zapomnianych owoców dzikiej róży oraz ciemną zielenią strzelistych choin. Coraz częściej pojawia się akcent zmrożonej bieli, czy to w postaci śniegu, czy szronu.

Późna jesień to czas, kiedy majaczące na horyzoncie światełko, szczególnie w połączeniu ze smugą dymu, naprawdę potrafi dać nadzieję znużonemu wędrowcowi. Tak było przed wiekami, tak jest i obecnie.
Zaś perfumomaniacy podczas jesieni coraz częściej pozwalają sobie na wonie cięższe, otulające, bogate. :) Często drzewne albo szyprowe. Niejednokrotnie słodkie. Zawsze wyrafinowane albo przytulne.

Takie, jak na przykład Vanille oraz Ambre marki Mona di Orio, powstałe jeszcze dzięki talentowi przedwcześnie zmarłej Mistrzyni.

Dwa zapachy, które nie testowane ręka w rękę wydają się do siebie nadzwyczajnie podobne: tak samo głębokie, krystaliczne i rozwibrowane, tak samo żywe, mięsiste, bogate. W identyczny sposób otaczające ludzką sylwetkę szczelnym, kaszmirowym szalem. Mieszaniny z charakterem oraz duszą; tylko... dlaczego koniecznie bliźniaczą?

To oczywiście pytanie lekko prowokacyjne. Bowiem ani Ambre, ani Vanille w istocie nie wydają się aż tak bardzo podobne. Łączy je tylko i aż - opowieść, którą szepczą mi do ucha. O barwach, które nie są ani ciepłe ani zimne, o ogniu, który nie grzeje oraz o wietrze, który nie chłodzi. O świecie tak dalekim od pocztówkowego, tandetnego przecież krajobrazu z palmami i turkusowym niebem; o urodzie mniej dosłownej, kruchej ale przecież porywającej. Świat obu omawianych dziś kompozycji Mony wydaje się być opisem stworzonym w wyobraźni zakochanej osoby, nieświadomie idealizującej obiekt uczuć. Choć.. czy aby na pewno?

Przecież na dobrą sprawę obie dzisiejsze bohaterki szczycą się urodą doprawdy wirtuozerską, godną dzieł starych mistrzów konwencjonalnych dziedzin sztuki: w obu przypadkach akord tytułowy jest z cała pewnością obecny, jednak przedstawiono go w sposób tak mało dosłowny, wyniesiono na takie wyżyny twórczej swobody, ustawiono w towarzystwie akordów tak doskonale dobranych, że doprawdy trudno znaleźć odpowiednie słowa, aby opisać ich piękno. To trzeba po prostu poczuć własnym nosem. ;)
Ambre, początkowo ostra, kanciasta, gryząca powoli, za wstawiennictwem słodko-tłustego gwajaku oraz gorzkiego balsamu tolutańskiego powoli rozpływa się w miękkiej, żywicznej słodyczy. Po drodze minęła bokiem akord paliwowy, lecz mimo tego potrafiąca konsekwentnie trzymać się obranego kursu. Z czasem coraz bardziej ambrowa, otoczona ciepłem wanilii, benzoesu oraz plastycznych nut drzewnych coraz śmielej spogląda w stronę nut słonych, przywodzących na myśl naturalną szarą ambrę. Lecz niech Was nie zwiedzie owa maniera! To w istocie laboratoryjny akord ambrowy, piękny dzięki drewno, żywicom, słodyczy tak przyjemnie oraz potulnie płoży się po ludzkim ciele. Ambre okazuje się wariacją na temat ambry a jednocześnie z całą pewnością nie bursztynem. Oto zapach miękki, kaszmirowy, kawiarniany. W sam raz na chłodny, słotny poranek; dla rozbudzenia oraz dodania otuchy na nadchodzący dzień. :)

Vanille natomiast wydaje się być mieszanką troszkę bardziej dymną, jeszcze głębszą oraz zdecydowanie bardziej słodką. Jak nazwa wskazuje. :) Od pierwszych chwil nieomal przepastny oraz rozgrzewający, głównie dzięki rumowi oraz przyprawom eugenolowym (goździki!), odmierzanym aptekarską miarą. Najpierw jednak, niczym pojedynczy błysk światła, pojawia się świeża chociaż lekko oleista petigranowa goryczka, jakby wspomnienie spóźnionych wakacji na południu Europy, jakże nieprzystających po polskiej jesiennej aury! Szybko jednak rozmywany jest przez nuty ciepłe, aksamitnie płynne; wówczas opisane wcześniej akordy wygładza lekko dymna, słodka lecz niezbyt deserowa wanilia. Lecz możliwe, że wspomagana przez łagodne a śmietankowe drewna, bób tonka albo słodkie kwiaty. Dopuszczam taką możliwość, jednak nie potrafię jej zweryfikować. :) Wiem za to, że po chwili sandałowiec staje się wyraźny, ciemny ale czuły (trochę w stylu łagodniejszego Tam Dao Diptyque) a jeszcze później mieszanka odzyskuje lekkie, roślinne zadziory. Pewnie za sprawą wetywerii, skóry, piżma czy dosłownie odrobiny kastoreum waniliowo-drzewna, słodko-śmietankowa całość nie daje się banałowi, to dzięki owym zadziorom powraca melasopodobna głębia rumu czy ostatnie tchnienia goździków (ze szczyptą cynamonu). Baza Vanille to słodycz zbudowana na stelażu z nut lekko drapiących w gardle, niepokornych jednak z akordem tytułowym współpracujących harmonijnie. Vanille to siła w bardzo mało oczywistym wydaniu oraz zastrzyk energii w czasie, kiedy powinniśmy już spać. Dzieło w sam raz na wieczór. :)

Zatem wyjaśniło się. Choć trwałość obu mieszanej gwarantuje ich całodzienne towarzystwo, wydają się pomyślane jako dwa oblicza tego samego jesiennego dnia. Dwie różne sytuacje, odmienne samopoczucie, ta sama osoba.
Nie umiem opisać ich tak, jakbym chciała. W streszczeniach przebiegu wód nie ujęłam nawet połowy tego, co chciałam, nie potrafiłam w sposób przekonujący wyjaśnić, dlaczego uważam Ambre oraz Vanille za dzieła wybitne [i o ile w przypadku Ambre nie jestem całkiem przekonana, o uznanie wielkości Vanille biłabym się do krwi ostatniej ;) ], co różni je od setek ambrowców albo waniliowców obecnych na rynku teraz lub kiedykolwiek wcześniej. Tak bardzo chciałam Wam rzecz wyłożyć ale - nie mogę. Nie mogę. Nie daję rady.
Mona di Orio pokonała we mnie recenzentkę a jednocześnie umocniła fankę swej twórczości. Jak bardzo żałuję, że zaczęłam poznawać ją zbyt późno!
Czasami dobrze jest przegrać.
Wszak coroczna przegrana życia - to jesień, najpiękniejsza pora roku. :)


Ambre

Rok produkcji i nos: 2010, Mona di Orio

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, tworzący wokół ludzkiego ciała kilkucentymetrową aurę i ciągnący się krótkim śladem. Zatem moc nie zachwyca, za to emanacja okazuj się przyjazna zarówno dla osoby uperfumowanej, jak i jej otoczenia. :)
Na każdą okazję. ;)

Trwałość: od pięciu do ponad dziesięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

ylang-ylang, drewno cedrowe, benzoes, balsam tolutański, akord ambrowy, wanilia


Vanille

Rok produkcji i nos: 2011, Mona di Orio

Przeznaczenie: zapach doskonale uniseksualny, początkowo wirujący wokół sylwetki jako silna, zwarta ale wąska aura, z czasem coraz bliższy skórze. Za to przy ciele żyje długo, wciąż się rozwijając; więc po prostu taki Wanilii urok. :)
Na wszelkie okazje, niekoniecznie wymagające oficjalnego ubioru. ;)

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna(oraz waniliowa, rzecz jasna :) )

Skład:

Nuta głowy: gorzka pomarańcza, goździki (przyprawa), petit grain, rum
Nuta serca: ylang-ylang, wetyweria, drewno gwajakowe, drewno sandałowe
Nuta bazy: bób tonka, wanilia, skóra, balsam tolutański, ambra, piżmo
___
Dziś noszę Indochine od Parfumerie Generale.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/403494447834234662/
2. http://www.redbubble.com/people/artsaus/works/9124061-autumn-solitude

2 komentarze:

  1. To pewnie przez wiszącą w powietrzu jesień zaczynają za mną chodzić klasyki... A wczesna jesień piękna jest, pod warunkiem, że nie leje. I musi świecić słońce. I (nie bij!) musi być ciepło ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No cóż, ciepła, złocista, pogodna jesień na pewno jest piękna. Zniechęca do siedzenia w domu. :) Nie biję, bo rozumiem. :P Jednak obecnie, po kilku dniach z temp. w okolicach 20 st. C, do Polski wracają chmury i wiatr. Mimo, że wciąż jest ciepło. Więc szykuje się mała zmiana.
      I też dobrze. :D

      Klasyki jesienią to całkiem dobry plan. Też go rozumiem i podzielam. ;D

      Usuń

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )