Wiem, że tytuły moich wpisów ocierają się niekiedy o poetycki kicz ale tym razem pytanie widniejące u samej góry wpisu naprawdę jest adekwatne. :D Zupełnie niedawno z jednego z próbkowych pudeł wydobyłam bowiem perfumy, w których nazwie ukryto jedną sylabę.
I to wyjątkowo skutecznie.
Nie wiem, czy był to zabieg zamierzony ale na pewno ciekawie wpisuje się w schemat "typowego przedstawiciela orientalnej grupy olfaktorycznej". Tak się bowiem składa, że niejaki Black Intensitive Aoud marki Mancera w internecie niezwykle często funkcjonuje jako Black Intensive Aoud. ;)
Mylą się portale perfumowe (Fragrantica), mylą się forumowicze, blogerzy [również polscy ;P ] i vlogerzy, mylą się nawet szacowne, prestiżowe domy towarowe (Selfridges & Co.).
To ciekawe, jak łatwo przyszło nam [bo i mnie na samym początku, po otrzymaniu sampla] zignorować niejednoznaczność, kryjącą się za tytułową grą słów.
Bo skoro oud, to przecież arabskość a jeśli arabskość, to gęstość, zamaszystość i ogólnie pojęta killerowatość, prawda? ;)
No prawda. A jednocześnie nieprawda.
Ten Czarny Oud, który jednocześnie jest intensive oraz sensitive, Siłagodny, to z jednej strony faktycznie namalowany grubymi, tłustymi i zamaszystymi krechami lizolowy drzewny mocarz, otoczony przez morze przypraw z szafranem oraz chilli na czele, skumany z nieodłączną różą (tutaj syropową i suszoną w tych samych momentach) na ciemnej, drapiącej drzewnej bazie. Z drugiej natomiast zachwycający gładkim, mięsistym akordem owocowym, gdzie słodkie, słoneczne cytrusy z gracją ustępują ciepłej brzoskwinio-moreli (ani brzoskwini, ani moreli) a nad wszystkim czuwa lekko ulepowaty chociaż odrobinę cielesny dżem z jaśminu wielkolistnego.
Obie frakcje mieszanki występują tuż obok siebie, idealnie zgodne chociaż na zdrowy rozum powinniśmy oczekiwać raczej ostrych tarć i wiecznej kłótni każdego akordu z każdym. Zamiast nich otrzymujemy raczej rzecz bogatą, agresywną ale niewinną, miękką ale i pełną zdradzieckich pułapek czy nasączonych trucizną, lekko paliwowych drzazg cennego drewna; bardzo niejednoznaczną, dziwną.
Black Intensitive Aoud bezczelnie gra sobie na naszych utartych skojarzeniach, jednocześnie będąc im całkowicie wiernym. To dopiero jest neurotyk! ;)
Rok produkcji i nos: 2008, Pierre Mancera
Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne o naprawdę niemałej mocy. Zostawia za sobą gęsty, zamaszysty ślad, lubi ocierać się o obce nosy. :) Pulsuje dookoła ludzkiej sylwetki, dosłownie wypełnia nasze otoczenie, ściele się za nami przez niemal cały okres swojego trwania, ograniczając projekcję dopiero w głębokiej bazie.
W związku z czym polecałabym BIA na okazje nieformalne oraz wieczorowe a także dni, w które zupełnie nie musimy przejmować się ewentualną migreną osób postronnych. ;)
Dla miłośników woni orientalnych na wszystkie pory roku, natomiast reszta przed ewentualnym zakupem mogłaby poeksperymentować trochę w rozmaitych okolicznościach przyrody. ;P
Trwałość: około dwunastu-szesnastu godzin wyraźnego, oczywistego życia oraz jeszcze parę zamierania. Na ubraniach zapach przetrwa niejedno pranie.
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (i kwiatowa)
Skład:
Nuta głowy: goździki (przyprawa), brzoskwinia, chilli
Nuta serca: jaśmin, fiołek, różane rachatłukum, pyłek szafranowy
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, balsam gurjun [ma toto już polską nazwę zwyczajową czy trzeba dopiero wymyślać? ;) ], oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://elfslavewatdo.tumblr.com/post/29522517721
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mancera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mancera. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 17 marca 2015
wtorek, 2 grudnia 2014
Zbrodnia w Downton Abbey
Obejrzałam dwie pierwsze serie Downton Abbey (i jeden odcinek świąteczny), przy trzeciej odpadłam po bodaj trzech odcinkach. Zamuliła mnie cukierkowość serialu, tych angielsko-arystokratycznych Forresterów czy innych Carringtonów [kto dziś ich jeszcze pamięta?]; do tego stopnia, że pozwoliłam serii czwartej spokojnie przepłynąć gdzieś obok mnie. Zaległości nadrabiać nie zamierzam.
Skłamałabym jednak twierdząc, że postaci cyklu nie zapadły mi w pamięć, że czasem za nimi nie tęsknię. Bo przecież czym byłaby współczesna telewizja bez hrabiny wdowy o twarzy, głosie i spojrzeniu Maggie Smith? Kiedy indziej natomiast, oglądając jakiś starszy fabularyzowany dokument o najsłynniejszym wybuchu Wezuwiusza, na widok jednego z - jak głosiła narracja z offu - najpotężniejszych pompejańskich patrycjuszy zdumiona krzyknęłam: "Carson!" i taka już zostałam, z nieoczekiwaną frajdą spoglądając w ekran, na którym istotnie rozgościł się Jim Carter. ;)
No i jest jeszcze Thomas, najniegodziwszy lokaj świata seriali, istny mistrz zbrodni na miarę jorkszyrskiej wsi. :] A jednocześnie pechowy gej, który wiecznie lokuje uczucia w niewłaściwych osobach. I to już od pierwszego odcinka cyklu.
Sami powiedzcie, jak go tu nie uwielbiać? :D
Nawiązanie do pierwszych odcinków serii nie jest z mojej strony przypadkowe. Ostatecznie to właśnie wtedy w murach Opactwa D. pojawiła się osoba, której wspomnienie pchnęło mnie do napisania recenzji pewnego pachnidła.
Pamiętacie tureckiego dyplomatę, który przybył do domu naszych bohaterów wiosną roku 1913? Tego, który (UWAGA, SPOJLER!) umarł w łóżku lady Mary (KONIEC SPOJLERU)? Wcześniej nieopatrznie, bo jak inaczej, odrzucając awanse Thomasa? Jestem niemal pewna, że facet ze swoich rodzinnych stron przywiózł perfumy pachnące bardzo ale to bardzo podobne do Black Line marki Mancera. :>
I gdyby tym oto zapachem nie rozzłościł przydzielonego mu lokaja, (SPOJLER!) pewnie żyłby aż po dziś dzień (KONIEC SPOJLERU). ;) Zawsze byłam zdania, że perfumy i namiętności mają na siebie ogromny wpływ - wystarczy ustalić, jaki.
W tym konkretnym przypadku nie ulega wątpliwości, że zirytowany nijakością Black Line Thomas niechybnie uznał, iż za podwójny brak gustu ślicznemu emisariuszowi o wybitnie nietureckiej urodzie należy się kara. ;> Jako doświadczony spiskowiec i łajdak z pewnością umiałby załatwić sprawę skutecznie. Gdybym była sędziną, to w zaprezentowanych okolicznościach uniewinniłabym służącego.
Black Line bowiem nie jest brzydkie. Przeciwnie, to całkiem przyjemne, oudowo-ambrowo-drzewne stworzonko, z różą o ciele niemal ludzkim oraz żywszym twistem ze skóry i pikantnych przypraw gdzieś na styku między głową a sercem. Problem w tym, że jest strasznie, strasznie nudne.
Nudne jak jasny gwint. Przewidywalne jak dylematy sercowe sióstr Crawley. Rozwleczone ponad wszelką przyzwoitość jak wątek Anny i Batesa. A przede wszystkim - tanie; kilka ukręconych bez pomysłu składników zlepia się w całość, za którą mogłabym zapłacić góra sto złotych, nie zaś przeszło sześciokrotność tej kwoty.
Naturalnym środowiskiem omawianego soczku winna być arabska perfumeria z olejkami i attarami na mililitry ale nie super-hiper elitarna nisza. I Thomas musiał o tym wiedzieć. Pytanie tylko, skąd? ;>
Rok produkcji i nos: 2013, mityczny Pierre Mancera
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dla miłośników perfum arabskich, którzy lubią przepłacać. ;P A poważnie to.. trudno powiedzieć mi, dla kogo. Na pewno testy polecałabym osobom, które miały już okazję przetestować co najmniej kilka pachnideł tego typu. Co wiem na pewno, to fakt słabej mocy Black Line, z początku układającego się w gęstą i wąską aurę, później wręcz przyspawanego do ciała nosiciela bądź nosicielki.
Na wszystkie okazje, pory dnia i roku; jak wiele innych przykładów co bardziej spokojnych perfum odRasasi. Wróć: od Arabian Oud, yyy... Ajmala, tego, eee... Mancery. :D
Trwałość: około pięciu-sześciu godzin wyczuwalnego trwania i dalszych parę na wykończeniu
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: przyprawy
Nuta serca: róża, paczuli, skóra, akord ambrowy
Nuta bazy: białe piżmo, drewno gwajakowe, drewno sandałowe
___
Dziś Lys Noir od Isabey.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.argenteam.net/episode/39780/Downton.Abbey.(2010).S01E03-Episode.Three
Skłamałabym jednak twierdząc, że postaci cyklu nie zapadły mi w pamięć, że czasem za nimi nie tęsknię. Bo przecież czym byłaby współczesna telewizja bez hrabiny wdowy o twarzy, głosie i spojrzeniu Maggie Smith? Kiedy indziej natomiast, oglądając jakiś starszy fabularyzowany dokument o najsłynniejszym wybuchu Wezuwiusza, na widok jednego z - jak głosiła narracja z offu - najpotężniejszych pompejańskich patrycjuszy zdumiona krzyknęłam: "Carson!" i taka już zostałam, z nieoczekiwaną frajdą spoglądając w ekran, na którym istotnie rozgościł się Jim Carter. ;)
No i jest jeszcze Thomas, najniegodziwszy lokaj świata seriali, istny mistrz zbrodni na miarę jorkszyrskiej wsi. :] A jednocześnie pechowy gej, który wiecznie lokuje uczucia w niewłaściwych osobach. I to już od pierwszego odcinka cyklu.
Sami powiedzcie, jak go tu nie uwielbiać? :D
Nawiązanie do pierwszych odcinków serii nie jest z mojej strony przypadkowe. Ostatecznie to właśnie wtedy w murach Opactwa D. pojawiła się osoba, której wspomnienie pchnęło mnie do napisania recenzji pewnego pachnidła.
Pamiętacie tureckiego dyplomatę, który przybył do domu naszych bohaterów wiosną roku 1913? Tego, który (UWAGA, SPOJLER!) umarł w łóżku lady Mary (KONIEC SPOJLERU)? Wcześniej nieopatrznie, bo jak inaczej, odrzucając awanse Thomasa? Jestem niemal pewna, że facet ze swoich rodzinnych stron przywiózł perfumy pachnące bardzo ale to bardzo podobne do Black Line marki Mancera. :>
I gdyby tym oto zapachem nie rozzłościł przydzielonego mu lokaja, (SPOJLER!) pewnie żyłby aż po dziś dzień (KONIEC SPOJLERU). ;) Zawsze byłam zdania, że perfumy i namiętności mają na siebie ogromny wpływ - wystarczy ustalić, jaki.
W tym konkretnym przypadku nie ulega wątpliwości, że zirytowany nijakością Black Line Thomas niechybnie uznał, iż za podwójny brak gustu ślicznemu emisariuszowi o wybitnie nietureckiej urodzie należy się kara. ;> Jako doświadczony spiskowiec i łajdak z pewnością umiałby załatwić sprawę skutecznie. Gdybym była sędziną, to w zaprezentowanych okolicznościach uniewinniłabym służącego.
Black Line bowiem nie jest brzydkie. Przeciwnie, to całkiem przyjemne, oudowo-ambrowo-drzewne stworzonko, z różą o ciele niemal ludzkim oraz żywszym twistem ze skóry i pikantnych przypraw gdzieś na styku między głową a sercem. Problem w tym, że jest strasznie, strasznie nudne.
Nudne jak jasny gwint. Przewidywalne jak dylematy sercowe sióstr Crawley. Rozwleczone ponad wszelką przyzwoitość jak wątek Anny i Batesa. A przede wszystkim - tanie; kilka ukręconych bez pomysłu składników zlepia się w całość, za którą mogłabym zapłacić góra sto złotych, nie zaś przeszło sześciokrotność tej kwoty.
Naturalnym środowiskiem omawianego soczku winna być arabska perfumeria z olejkami i attarami na mililitry ale nie super-hiper elitarna nisza. I Thomas musiał o tym wiedzieć. Pytanie tylko, skąd? ;>
Rok produkcji i nos: 2013, mityczny Pierre Mancera
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dla miłośników perfum arabskich, którzy lubią przepłacać. ;P A poważnie to.. trudno powiedzieć mi, dla kogo. Na pewno testy polecałabym osobom, które miały już okazję przetestować co najmniej kilka pachnideł tego typu. Co wiem na pewno, to fakt słabej mocy Black Line, z początku układającego się w gęstą i wąską aurę, później wręcz przyspawanego do ciała nosiciela bądź nosicielki.
Na wszystkie okazje, pory dnia i roku; jak wiele innych przykładów co bardziej spokojnych perfum od
Trwałość: około pięciu-sześciu godzin wyczuwalnego trwania i dalszych parę na wykończeniu
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: przyprawy
Nuta serca: róża, paczuli, skóra, akord ambrowy
Nuta bazy: białe piżmo, drewno gwajakowe, drewno sandałowe
___
Dziś Lys Noir od Isabey.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.argenteam.net/episode/39780/Downton.Abbey.(2010).S01E03-Episode.Three
Etykiety:
drzewne,
Mancera,
orientalne,
perfumy
środa, 22 października 2014
Kawy?
Komu kawy na pobudzenie w to senne i deszczowe jesienne popołudnie? W moim przypadku była jedna, z samego rana ale bynajmniej nie do picia. ;)
Dziś postawiłam na Aoud Café marki Mancera a skoro już czymś pachnę, to dlaczego by tego recenzencko nie wykorzystać?
Przy czym kawę jako taką można tu wyczuć jedynie w pierwszych fazach rozwoju, kiedy do spółki z ciemnymi, tłustymi drewnami oraz równie tłustym i srebrzystym, lizolowym oudem panoszy się po ludzkiej skórze i wczepia w nią gwałtownie, z zachłanną namiętnością. To pewnie czarna porzeczka, ten nowomodny zamiennik woni odzwierzęcych - lub może, deklarowane w sercu ale pojawiające się wcześniej laboratoryjne akcenty ambrowe?
Raczej nie; one w istocie czają się nieco głębiej, gdzieś pod pyłkiem z drobno zmielonej arabiki i pod powierzchnią starych, zużytych już desek zabytkowego stołu, z tłustym kurzem skrytym głęboko w zakamarkach mebla. Taką właśnie mieszaninę miękkie, pierzasto-pastelowe wonie wanilii, sandałowca, tonki czy kaszmeranu wygładzają i uwdzięczniają, czyniąc z Aoud Café pachnidło ciepłe, nieco drażniące w nos i orientalne w interesujący, nowocześnie orientalny sposób. I tylko pierz z oudem oraz piżmem (zdecydowanie nie białym) zawirują raźniej raz i drugi, wznosząc ku ludzkiej twarzy cząsteczki zapachu kawy...
A w ogóle: jak bardzo ten zapach jest podobny do typowych produkcji marki Montale! Ten sam typ, ścieżka rozwoju, duch; identyczne geny. Czyżby tajemniczy Pierre Mancera był zaginionym bratem bliźniakiem równie tajemniczego Pierre'a Montale [o czym zresztą od lat ćwierkają zorientowane ptaszki]? :>
Rok produkcji i nos: 2013, Pierre Mancera
[aha... Przy stworzeniu receptury pomagali mu Albus Dumbledore oraz Papa Smerf, zaś ich wspólną muzą była podobno sama Lara Croft]. :P
Przeznaczenie: typowy uniseks z samego środka skali.o tendencji do zostawiania za sobą zamaszystego sillage; później oczywiście projekcja staje się skromniejsza ale i tak kokon pachnidła otacza człowieka szczelnie oraz wyczuwalnie z ponad dziesięciocentymetrowej odległości.
Z powodu mocy Aoud Café pasuje raczej do okazji mniej formalnych - i dla miłośników ostrych woni bliskowschodnich - ale jeżeli zastosujecie odpowiednio drobną dawkę, to i w miejscu pracy spokojnie będziecie mogli go używać. Byle tylko nie w najgorsze upały; wtedy (jak podejrzewam) nawet pół kropli będzie groziło zaczadzeniem szczelnego pomieszczenia. ;)
Trwałość: w okolicach dwunastu godzin wyraźnego trwania oraz dalszych kilka stopniowego zaniku; jeżeli będziecie mieć szczęście, wyczujecie AC nawet dobę po aplikacji [tak, z prysznicem tez sobie poradzi].
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, czarna porzeczka, brzoskwinia
Nuta serca: palona kawa, akordy kwiatowe oraz ambrowe
Nuta bazy: akordy deserowe, białe piżmo, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.pinterest.com/pin/568579521679715513/ [Autorka: Melanie DeFazio]
Dziś postawiłam na Aoud Café marki Mancera a skoro już czymś pachnę, to dlaczego by tego recenzencko nie wykorzystać?
Przy czym kawę jako taką można tu wyczuć jedynie w pierwszych fazach rozwoju, kiedy do spółki z ciemnymi, tłustymi drewnami oraz równie tłustym i srebrzystym, lizolowym oudem panoszy się po ludzkiej skórze i wczepia w nią gwałtownie, z zachłanną namiętnością. To pewnie czarna porzeczka, ten nowomodny zamiennik woni odzwierzęcych - lub może, deklarowane w sercu ale pojawiające się wcześniej laboratoryjne akcenty ambrowe?
Raczej nie; one w istocie czają się nieco głębiej, gdzieś pod pyłkiem z drobno zmielonej arabiki i pod powierzchnią starych, zużytych już desek zabytkowego stołu, z tłustym kurzem skrytym głęboko w zakamarkach mebla. Taką właśnie mieszaninę miękkie, pierzasto-pastelowe wonie wanilii, sandałowca, tonki czy kaszmeranu wygładzają i uwdzięczniają, czyniąc z Aoud Café pachnidło ciepłe, nieco drażniące w nos i orientalne w interesujący, nowocześnie orientalny sposób. I tylko pierz z oudem oraz piżmem (zdecydowanie nie białym) zawirują raźniej raz i drugi, wznosząc ku ludzkiej twarzy cząsteczki zapachu kawy...
A w ogóle: jak bardzo ten zapach jest podobny do typowych produkcji marki Montale! Ten sam typ, ścieżka rozwoju, duch; identyczne geny. Czyżby tajemniczy Pierre Mancera był zaginionym bratem bliźniakiem równie tajemniczego Pierre'a Montale [o czym zresztą od lat ćwierkają zorientowane ptaszki]? :>
Rok produkcji i nos: 2013, Pierre Mancera
[aha... Przy stworzeniu receptury pomagali mu Albus Dumbledore oraz Papa Smerf, zaś ich wspólną muzą była podobno sama Lara Croft]. :P
Przeznaczenie: typowy uniseks z samego środka skali.o tendencji do zostawiania za sobą zamaszystego sillage; później oczywiście projekcja staje się skromniejsza ale i tak kokon pachnidła otacza człowieka szczelnie oraz wyczuwalnie z ponad dziesięciocentymetrowej odległości.
Z powodu mocy Aoud Café pasuje raczej do okazji mniej formalnych - i dla miłośników ostrych woni bliskowschodnich - ale jeżeli zastosujecie odpowiednio drobną dawkę, to i w miejscu pracy spokojnie będziecie mogli go używać. Byle tylko nie w najgorsze upały; wtedy (jak podejrzewam) nawet pół kropli będzie groziło zaczadzeniem szczelnego pomieszczenia. ;)
Trwałość: w okolicach dwunastu godzin wyraźnego trwania oraz dalszych kilka stopniowego zaniku; jeżeli będziecie mieć szczęście, wyczujecie AC nawet dobę po aplikacji [tak, z prysznicem tez sobie poradzi].
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna (oraz drzewna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, czarna porzeczka, brzoskwinia
Nuta serca: palona kawa, akordy kwiatowe oraz ambrowe
Nuta bazy: akordy deserowe, białe piżmo, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.pinterest.com/pin/568579521679715513/ [Autorka: Melanie DeFazio]
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
Mancera,
orientalne,
perfumy
poniedziałek, 30 września 2013
W skrócie mało telegraficznym
Chyba przyszła pora, aby po raz kolejny zniwelować stos czekających na recenzję pachnideł choćby o kilka sztuk. Przed Wami pięć niszowych impresji, z czego dwie zasługują na pełnowymiarowe recenzje, których niestety nie mogę im zapewnić. Cóż, zawsze lepsze kilka zdań, niż nic. :)
1000 Flowers, Ode for Him
Spis nut wyglądał jak marzenie każdego niszomaniaka, możliwość kontaktu z pachnidłem mało znanej marki tylko podsycała ciekawość poszukiwaczki perełek. Rzeczywistość szybko ostudziła mój zapał.
Ode for Him nie jest dziełem złym; przeciwnie, to bardzo sympatyczny, spokojny codzienny zapach dla tych panów, którzy cenią sobie kompozycje drzewne lecz nie lubią charakteryzującej je często głośnej, brawurowej emanacji. No właśnie... panów. ;) Mój problem dotyczy bowiem faktu, iż żadną miara Ody nie można nazwać uniseksem. Tu nikt nie zostawił nawet małej furtki dla dżenderowej względności olfaktorycznego świata. W pierwszych chwilach dosłownie ogłusza mnie woń klasycznych męskich perfum w typie wygładzonego oraz przewianego Old Spice, dopiero później pojawia się sucha, matowa chociaż plastyczna drzewność. Wówczas co prawda daje się zauważyć większą tolerancję dla swobodnego wyboru, akordy mszyste przemieszane z żywicami oraz zamszem, co razem robi wrażenie "podrasowanego paprociowo", świadomie zmaskulinizowanego Wonderwood od Comme des Garçons. Nawet skromna projekcja zdaje się potwierdzać pokrewieństwo obu wód.
Jest to zapach całkiem przyjemny. Tylko, że nie dla mnie.
Skład:
kardamon, kolendra, kocanka, drewno sandałowe, drewno cedrowe, wetyweria, paczuli, mech dębowy, oud, kadzidło
Byredo, Mister Marvelous
O ile poprzednie pachnidło w swobodny sposób nawiązywało do perfumiarskiej klasyki, Pan Cudowny to facet nowoczesny pełną gębą! Mamy tutaj dużo słodkiego kwiatu pomarańczy przełamanego świetlistym petit grain, co stworzyło interesujący kwiatowy kontrast. Plus co nieco nie tak starego, dobrego musowania. ;) Dodatek lawendy znacznie przybliżył tę mieszankę najpierw do męskiego Black XS od Paco R., później pchnął bardziej w stronę Rochas Man pozbawionego kawy. Akordy drzewne stanowią zdystansowane chociaż mocne i zauważalne tło, sprytnie nawiązujące do obu wspomnianych wód.
Projekcja ponad miarę, trwałość też niczego sobie. Fajna rzecz. :)
Skład:
petit grain, neroli, bambus, lawenda, drewno cedrowe, akord ambrowy
Jo Malone, Dark Amber & Ginger Lily
Kiedyś nie bardzo miałam chęć opisywać perfumy od Jo Malone, a teraz one najwyraźniej nie chcą być opisywane przeze mnie. :) Ilekroć umyślę sobie, że akurat tego dnia opiszę coś z tej stajni, jak na złość nie mogę znaleźć próbki! W związku z tym ostatecznie zabieram się za coś innego a kiedy później, wieczorem, do nocnego testowania wyciągam sample na chybił-trafił.. Nie zgadniecie, która marka wpada mi w łapy jako pierwsza [no dobrze; czasem to "jako pierwsza" jest bardziej umowne i dotyczy, powiedzmy, trzeciej z kolei wylosowanej próbki]! ;> Tak więc nie lubimy się z Jo Malone z wzajemnością. Powód mojej niechęci jest dosyć prosty. To, no cóż, niski stopień ciekawości prezentowanych wód. Dark Amber & Ginger Lily najlepszym dowodem.
Zapach, który teoretycznie powinien mi się podobać. Słodkie, może trochę wodne, kwiaty z intrygującym, przyprawowym pazurem, na gładkiej i jasnej drzewnej podstawie, z ambrą, kadzidłem i skórą u boku.I chyba nawet tak jest, aczkolwiek przypraw zbyt wiele nie zauważyłam a skóry niemal wcale. Jednak przez całą piramidę zapachową przebiega charakterystyczna, słodko-mleczna, kwiatowo-drzewno-ambrowa nuta, która czyni z omawianej kompozycji kolejnego klonanieumarłej wróć: nieśmiertelnej Euphorii Calvina Kleina. Co czyni z tworu brytyjskiego domu perfumeryjnego zapach może i konwencjonalnie ładny ale też tak strasznie nuuuuuuuuudnyyy, że właśnie przy nim zasypiam. :] Do tego z subiektywnego punktu widzenia zamiast uznania czy obojętności czuję doń niechęć.
Nagroda dla największego nudziarza kwartału przyznana.
[Na domiar złego napieprza mi z okolic łokcia na cały okoliczny teren, utrudniając napisanie reszty notek. Rozprzestrzenia się toto jakapokalipsa zombie wróć: jak klasyczna Euphoria. Musiałam iść szorować rękę].
Skład:
różowy pieprz, czarny kardamon, imbir, jaśmin wielkolistny, róża, lilia wodna, orchidea, drewno sandałowe, skóra, japoński oud kyara, czarna ambra, paczuli
Mancera, Wild Fruits
Owoce dzikie, to prawda, jednak pochodzące zdecydowanie spoza naszej strefy klimatycznej. Tak mogłyby pachnieć zdziczałe sady na przykład w Brazylii; takie, gdzie nie ma już większej różnicy między poszczególnymi gatunkami owoców cytrusowych [te skręcające w stronę goryczy skrzyżowały się ze słodkimi, a matowo ożywcza limonka okazuje się praktycznie nie do odróżnienia od lekko skórzanej bergamotki], natomiast cała reszta zlewa się w jednolitą, arcysłodką, bajecznie smakowitą pulpę z musem jabłkowym w tle. Napisałam kiedyś, że Taj Sunset Escady to istna sałatka wieloowocowa czy inna apetyczna melba? Zapomnijcie o tym. Wild Fruits to dopiero jest fruktozowe szaleństwo!
Także w późniejszych etapach, kiedy soki schną, zmieniając się powoli z jasny, przepełniony owocowym światłem puder. Troszkę cedrowy czy paczulowy, głównie jednak zbudowany na bazie białych piżm oraz syntetycznych drewienek. Ciekawe rozwiązanie po deserowej orgii.
Justyno N., byłyżby to perfumy dla Ciebie...?
Skład:
cytryna, kumkwat, grejpfrut oraz inne cytrusy, czarna porzeczka, jabłko, brzoskwinia oraz inne akordy owocowe, fiołek, drewno cedrowe, białe piżmo
Undergreen, Black
Zapach, który swego czasu zelektryzował rodzime perfumomaniackie środowisko. I zaprawdę trudno się nam dziwić.
To zapadający w pamięć, mało banalny przyprawowiec, z cynamonem oraz pieprzem przefiltrowanymi przez sito, stworzone ze słodko gumowej lukrecji w obręczy z drewna gwajakowego. Jak na rasową niszę, jest to efekt intrygujący oraz z całą pewnością wart uwagi. Tym bardziej, że po kilkunastu minutach zaczyna dryfować w kierunkach suchych, wpadających w ciemną, drzewną goryczkę. Pojawia się woń spalonej kawy, szczęśliwie w dosyć ograniczonej postaci. Lubię Black za udane, wysoce artystyczne skontrastowanie nut słodkich oraz gorzkich, za możliwość obserwacji, jak oba przeciwieństwa wpływają na siebie nawzajem: jak gorycz pogłębia cienie wokół słodkości i z jakim wdziękiem słodycze matują gryzącą goryczkę. Jak to wszystko rozpływa się w punkcie wspólnym obu "oponentów", roślinnej mroczności.
Czerń to kompozycja bardzo stylowa. Po niszowemu dziwna a jednak umiejąca zachować umiar w projekcji, posłuszna swojemu nowoczesnemu duchowi. Warta poznania.
jedyne, czego żałuję. To ślepota mojego węchu na akord drewna agarowego, które tak sprytnie się ukryło, iż nie potrafię go zlokalizować. :) Mogę tylko przypuszczać, że zamelinowało się gdzieś we strefie goryczy. Ale niech tam! Jego brak nie potrafi odebrać mi przyjemności obcowania z Black. :)
Skład:
imbir, pieprz, cynamon, lukrecja, bób tonka, kawa, drewno gwajakowe, kadzidło, oud, brzezina
___
Dziś Roam, czyli dziesiąty Odin.
1000 Flowers, Ode for Him
Spis nut wyglądał jak marzenie każdego niszomaniaka, możliwość kontaktu z pachnidłem mało znanej marki tylko podsycała ciekawość poszukiwaczki perełek. Rzeczywistość szybko ostudziła mój zapał.
Ode for Him nie jest dziełem złym; przeciwnie, to bardzo sympatyczny, spokojny codzienny zapach dla tych panów, którzy cenią sobie kompozycje drzewne lecz nie lubią charakteryzującej je często głośnej, brawurowej emanacji. No właśnie... panów. ;) Mój problem dotyczy bowiem faktu, iż żadną miara Ody nie można nazwać uniseksem. Tu nikt nie zostawił nawet małej furtki dla dżenderowej względności olfaktorycznego świata. W pierwszych chwilach dosłownie ogłusza mnie woń klasycznych męskich perfum w typie wygładzonego oraz przewianego Old Spice, dopiero później pojawia się sucha, matowa chociaż plastyczna drzewność. Wówczas co prawda daje się zauważyć większą tolerancję dla swobodnego wyboru, akordy mszyste przemieszane z żywicami oraz zamszem, co razem robi wrażenie "podrasowanego paprociowo", świadomie zmaskulinizowanego Wonderwood od Comme des Garçons. Nawet skromna projekcja zdaje się potwierdzać pokrewieństwo obu wód.
Jest to zapach całkiem przyjemny. Tylko, że nie dla mnie.
Skład:
kardamon, kolendra, kocanka, drewno sandałowe, drewno cedrowe, wetyweria, paczuli, mech dębowy, oud, kadzidło
Byredo, Mister Marvelous
O ile poprzednie pachnidło w swobodny sposób nawiązywało do perfumiarskiej klasyki, Pan Cudowny to facet nowoczesny pełną gębą! Mamy tutaj dużo słodkiego kwiatu pomarańczy przełamanego świetlistym petit grain, co stworzyło interesujący kwiatowy kontrast. Plus co nieco nie tak starego, dobrego musowania. ;) Dodatek lawendy znacznie przybliżył tę mieszankę najpierw do męskiego Black XS od Paco R., później pchnął bardziej w stronę Rochas Man pozbawionego kawy. Akordy drzewne stanowią zdystansowane chociaż mocne i zauważalne tło, sprytnie nawiązujące do obu wspomnianych wód.
Projekcja ponad miarę, trwałość też niczego sobie. Fajna rzecz. :)
Skład:
petit grain, neroli, bambus, lawenda, drewno cedrowe, akord ambrowy
Jo Malone, Dark Amber & Ginger Lily
Kiedyś nie bardzo miałam chęć opisywać perfumy od Jo Malone, a teraz one najwyraźniej nie chcą być opisywane przeze mnie. :) Ilekroć umyślę sobie, że akurat tego dnia opiszę coś z tej stajni, jak na złość nie mogę znaleźć próbki! W związku z tym ostatecznie zabieram się za coś innego a kiedy później, wieczorem, do nocnego testowania wyciągam sample na chybił-trafił.. Nie zgadniecie, która marka wpada mi w łapy jako pierwsza [no dobrze; czasem to "jako pierwsza" jest bardziej umowne i dotyczy, powiedzmy, trzeciej z kolei wylosowanej próbki]! ;> Tak więc nie lubimy się z Jo Malone z wzajemnością. Powód mojej niechęci jest dosyć prosty. To, no cóż, niski stopień ciekawości prezentowanych wód. Dark Amber & Ginger Lily najlepszym dowodem.
Zapach, który teoretycznie powinien mi się podobać. Słodkie, może trochę wodne, kwiaty z intrygującym, przyprawowym pazurem, na gładkiej i jasnej drzewnej podstawie, z ambrą, kadzidłem i skórą u boku.I chyba nawet tak jest, aczkolwiek przypraw zbyt wiele nie zauważyłam a skóry niemal wcale. Jednak przez całą piramidę zapachową przebiega charakterystyczna, słodko-mleczna, kwiatowo-drzewno-ambrowa nuta, która czyni z omawianej kompozycji kolejnego klona
Nagroda dla największego nudziarza kwartału przyznana.
[Na domiar złego napieprza mi z okolic łokcia na cały okoliczny teren, utrudniając napisanie reszty notek. Rozprzestrzenia się toto jak
Skład:
różowy pieprz, czarny kardamon, imbir, jaśmin wielkolistny, róża, lilia wodna, orchidea, drewno sandałowe, skóra, japoński oud kyara, czarna ambra, paczuli
Mancera, Wild Fruits
Owoce dzikie, to prawda, jednak pochodzące zdecydowanie spoza naszej strefy klimatycznej. Tak mogłyby pachnieć zdziczałe sady na przykład w Brazylii; takie, gdzie nie ma już większej różnicy między poszczególnymi gatunkami owoców cytrusowych [te skręcające w stronę goryczy skrzyżowały się ze słodkimi, a matowo ożywcza limonka okazuje się praktycznie nie do odróżnienia od lekko skórzanej bergamotki], natomiast cała reszta zlewa się w jednolitą, arcysłodką, bajecznie smakowitą pulpę z musem jabłkowym w tle. Napisałam kiedyś, że Taj Sunset Escady to istna sałatka wieloowocowa czy inna apetyczna melba? Zapomnijcie o tym. Wild Fruits to dopiero jest fruktozowe szaleństwo!
Także w późniejszych etapach, kiedy soki schną, zmieniając się powoli z jasny, przepełniony owocowym światłem puder. Troszkę cedrowy czy paczulowy, głównie jednak zbudowany na bazie białych piżm oraz syntetycznych drewienek. Ciekawe rozwiązanie po deserowej orgii.
Justyno N., byłyżby to perfumy dla Ciebie...?
Skład:
cytryna, kumkwat, grejpfrut oraz inne cytrusy, czarna porzeczka, jabłko, brzoskwinia oraz inne akordy owocowe, fiołek, drewno cedrowe, białe piżmo
Undergreen, Black
Zapach, który swego czasu zelektryzował rodzime perfumomaniackie środowisko. I zaprawdę trudno się nam dziwić.
To zapadający w pamięć, mało banalny przyprawowiec, z cynamonem oraz pieprzem przefiltrowanymi przez sito, stworzone ze słodko gumowej lukrecji w obręczy z drewna gwajakowego. Jak na rasową niszę, jest to efekt intrygujący oraz z całą pewnością wart uwagi. Tym bardziej, że po kilkunastu minutach zaczyna dryfować w kierunkach suchych, wpadających w ciemną, drzewną goryczkę. Pojawia się woń spalonej kawy, szczęśliwie w dosyć ograniczonej postaci. Lubię Black za udane, wysoce artystyczne skontrastowanie nut słodkich oraz gorzkich, za możliwość obserwacji, jak oba przeciwieństwa wpływają na siebie nawzajem: jak gorycz pogłębia cienie wokół słodkości i z jakim wdziękiem słodycze matują gryzącą goryczkę. Jak to wszystko rozpływa się w punkcie wspólnym obu "oponentów", roślinnej mroczności.
Czerń to kompozycja bardzo stylowa. Po niszowemu dziwna a jednak umiejąca zachować umiar w projekcji, posłuszna swojemu nowoczesnemu duchowi. Warta poznania.
jedyne, czego żałuję. To ślepota mojego węchu na akord drewna agarowego, które tak sprytnie się ukryło, iż nie potrafię go zlokalizować. :) Mogę tylko przypuszczać, że zamelinowało się gdzieś we strefie goryczy. Ale niech tam! Jego brak nie potrafi odebrać mi przyjemności obcowania z Black. :)
Skład:
imbir, pieprz, cynamon, lukrecja, bób tonka, kawa, drewno gwajakowe, kadzidło, oud, brzezina
___
Dziś Roam, czyli dziesiąty Odin.
Etykiety:
1000 Flowers,
aromatyczne,
Byredo,
drzewne,
Jo Malone,
kwiatowe,
Mancera,
owocowe,
przyprawowe,
Undergreen
piątek, 12 lipca 2013
Niby nie ma, a jednak jest!
Oud. Składnik perfum ostatnimi laty szalenie modny. Obecny w kompozycji nawet wówczas, kiedy milczy o tym jej nazwa. Nawet wtedy, kiedy jego obecności zaprzeczają spisy nut.
Paranoja? A może jednak coś jest na rzeczy?
Postanowiłam zająć się dziś dwoma takimi przypadkami, pozornie z drewnem agarowym nie mającymi wiele wspólnego, w istocie dzielącymi zeń sporo wspólnych genów. Trochę zbyt dużo jak na przypadkowe podobieństwa.
Roses Greedy marki Mancera oraz Black Musk od Montale.
Zacznę jednak od dygresji. Kiedy po raz pierwszy usłyszałam o marce Mancera od razu pomyślałam: "rety, ale zżynka z Montale!". Krótkie poszukiwania w Sieci potwierdziły moje obawy: bo oto obie marki łączy nie tylko podobny dizajn flakonów [te od Mancery nie są co prawda aluminiowymi flaszencjami z zawleczką ale porównajcie, proszę, wygląd etykiety/nadruku na flakonie: zbliżona szata graficzna oraz czcionka, identyczne rozmieszczenie napisów], logo z "pociętą" literą M w roli głównej lecz nawet stylistyka kryjących się we flakonach soczków! Zupełnie, jakby tworzyła je ta sama osoba; bądź dwie, za to powiązane ze sobą prywatnie i zawodowo. Gdyż nie sposób uciec od myśli, że ktoś się kimś zbyt mocno inspirował. Dodatkowo za powstaniem marki Mancera stoi nie kto inny, jak Ammar Atmeh, fundator Montale Paris. Coś za wiele tych zbiegów okoliczności.
Wróćmy jednak do sedna notki.
Moim pierwszym nie-oudem będzie Black Musk, pachnidło teoretycznie piżmowo-przyprawow-drzewne, w rzeczywistości wzbogacone o krystaliczny i lizolowy acz nieco maślany oud w otwarciu. Owijający resztę składników luźnym ale śliskim i nieprześwitującym szalem z gęstego dymu. Nieomal jednonutowiec.
Po kilku chwilach akord otwarcia staje się bardziej przejrzysty, umożliwiający jednoczesne ujawnienie się przypraw pikantnych oraz suchych (zatykająca gałka muszkatołowa, co nieco ziaren czarnego pieprzu) oraz jednolitej mieszanki ciemnej skóry, prawie skaju, z bliżej nieokreśloną lecz egzotyczną drzewną miazgą. Wkrótce pojawia się składnik tytułowy, ciemny i skupiający na sobie uwagę ale też zaskakująco roślinny [albo raczej kopalny, jeżeli pamiętacie moją recenzję Al Ward Al Musk Rasasi]. Powoli wchłania przyprawy i oud, zezwalający na rozwój skórzano-drzewnej bazy o wielkim potencjale lecz z premedytacją utrzymanej w zgaszonych, szaroburych barwach. Wszystko po to, by nie przyćmiły sobą piżma, które w miarę upływu czasu zaczyna zdradzać ostre, sierściowe konotacje. Przeczuwam w tym działanie suchego, ziemistego paczuli, dyskretnie wnikającego w drzewny i skórzany postument i tym mocniej przytwierdzającego go do podłoża, aby piżmo mogło swobodnie hasać wokół ludzkiej sylwetki. Do czasu jednak.
W ostatniej z odsłon Black Musk na chwilę jeszcze bardziej ożywia piżmo, uwypuklając tony ciepłych i sypkich, wirujących na wietrze przypraw. Pieprz wdziera się do nosa, torując drogę głównemu składnikowi, już na poły mineralnemu oraz animalnemu. Drzewno-paczulowa podstawa została gdzieś hen, na ziemi, widoczna już jako drobny ciemny punkcik daleko ponad chmurą wonności, skóra zniknęła z pola widzenia całkowicie. Piżmo razem z przyprawami wzlatuje do nieba.
Czy faktycznie kompozycja kryje w sobie oud?
Oczywiście, w końcu to Montale. ;)
Roses Greedy od Mancery to zupełnie inna historia. Nie zauważam weń ostrych, kanciastych, stereotypowo męskich akcentów pozbawionego słodyczy Czarnego Piżma. O nie! Tu słodkości mamy w bród. :)
Zgodnie z nazwą.
Zapach jest krągły (by nie rzec, że pulchny), pełen ciepła i łagodności, choć niekoniecznie delikatności. W otwarciu zachwycający miękką dosadnością apetycznej, soczystej, rozgrzanej w słońcu brzoskwini, hojnie nadzianej konfiturą z płatków róży oraz oblaną mleczkiem kokosowym. Po krótkiej chwili do apetycznego otwarcia dołącza stylowy, nieco muglerowki jaśmin [lecz nie Alienowy, prędzej w stylu rozgrzanego żelazka i słodkiego pieczywa z Miroir des Envies, oczywiście nawet w jednej trzeciej nie aż tak dosadnego]. Wówczas jasnym staje się dla mnie, iż od samego początku towarzyszył mi i oud. Ów nieodłączny już chyba przyjaciel róży skrył się gdzieś wśród oparów apetycznego deseru i dopiero jaśmin zdołała ujawnić jego obecność.
Ponieważ w Roses Greedy spotykamy się z agarem skrzącym się niczym w najsłodszych propozycjach niszowych perfumerii, Signature Perfume Gold marki Bond No.9, Aoud Gourmet od M. Micallef czy w dwóch trzecich oudowej serii Philly &Phill. Gęstym i rozświetlonym niczym amerykański dom na przedmieściach w przeddzień Bożego Narodzenia. ;) Unurzanym w słodkościach, wysokokalorycznym oraz całkowicie bezwstydnym. Co ma pewien rozkoszny, szczenięcy urok. :) Niewiele zmienia tu mącąca słodycz, lekko urynalna czarna porzeczka (a może raczej indolowy jaśmin? Któż to wie?) ni lekkie i przejrzyste, ozoniczne kwiaty w rodzaju magnolii. Baza przynosi uspokojenie mieszanki pulsującej suchą słodyczą, okrycie jej cukrowo-paczulową słodyczą oraz wzmocnienie roślinno-syntetycznymi ekwiwalentami ambry oraz piżma (jednego z białych). Gdzieś w tle pobrzmiewa lekka skórzana żywiczność benzoesu, rodząca bardzo dalekie skojarzenia z Candy Prady ale... może to już tylko moja wyobraźnia?
W bazie wszystko zbija się w jednolitą masę a następnie krystalizuję, na zawsze wiążąc ostatnie, usiłujące wydrzeć się słodyczy molekuły drewna agarowego.
Czy ono naprawdę znalazło się w składzie Roses Greedy?
Naturalnie, przecież to zapach Montale. ;>
Montale, Black Musk
Rok produkcji i nos: 2010, rzecz jasna Pierre Montale ;)
Przeznaczenie: zapach typu uniseks, o dosyć sporej sile rażenia, później spokojniejszy. Co ciekawe, w przypadku Czarnego Piżma najpierw pojawia się luźna, zimna aura, która dopiero podczas ostatniej fazy rozwoju zmienia się w piżmowo-pieprzowy sillage; ot, inwersja olfaktoryczna. :)
Na okazje raczej nieformalne ale to tylko sugestia.
Trwałość: od ośmiu godzin wzwyż
Grupa olfaktoryczna: piżmowo-przyprawowa (oraz drzewna)
Skład:
gałka muszkatołowa, czarny pieprz, skóra, paczuli, drewno sandałowe, drewno tekowe, ambra, piżmo, (oud?)
Mancera, Roses Greedy
Rok produkcji i nos: 2012, niejaki Pierre Mancera
[czy patron obu marek naprawdę nie zna innych francuskich imion męskich???]
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, o iście montalowskiej projekcji oraz sile.
Wyraźnie wyczuwalny od samego początku istnienia aż po bazę, choć poza pierwszymi minutami nie tworzący nawet krótkiego śladu zapachowego; zamiast tego promieniujący na obszarze dobrych kilkunastu centymetrów od uperfumowanej osoby.
Na wszystkie okazje.
Trwałość: od sześciu do blisko dziesięciu godzin (a może i dłużej)
Grupa olfaktoryczna: gourmand-kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: brzoskwinia, mandarynka, czarna porzeczka, kokos
Nuta serca: jaśmin, róża, akordy kwiatowo-wodne, (oud?)
Nuta bazy: cukier waniliowy, benzoes, białe piżmo, ambra
___
Dziś była Roses Greedy ale już dawno się zbyła. :)
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/frankincenz/5797885299/sizes/z/in/photostream/
2. http://www.sheblogsitall.com/2012/08/perfume-review-06-incense-rose-by-tauer.html
3. http://mojaquchnia.blox.pl/2009/02/Sernik-wiedenski-w-wersji-dla-ukochanego.html
Subskrybuj:
Posty (Atom)















