wtorek, 5 lipca 2011

Królowa i rewolucjoniści

Dla pewnej przewrotnej mał.Gochy oraz dla Aileen

Gdzie ja niedawno przeczytałam, że Lutensy są mało eleganckie? Oczywiście w pierwszej chwili szczerze się na takie dictum obraziłam, a później zaczęłam myśleć. Bo niby co w naszej kulturze jest eleganckie? Ascetyczna a nieprawdziwa biel antycznych budynków Śródziemnomorza, proste skandynawskie wzornictwo, stonowana kolorystyka, wiktoriańska publiczna oszczędność słów, uczuć, gestów będąca w istocie wydmuszkowym, oschłym parawanem dla kolosa na glinianych nogach. Superhiperultraprzejrzystość oraz terror "naturalności". Tak prawdę mówiąc [pisząc] w życiu nie zetknęłam się z równym nagromadzeniem estetycznej nudy, co w europejskim rozumieniu elegancji! ;) Normalnie można umrzeć z zaziewania.
Patrząc z tej perspektywy, gros kompozycji spółki Lutens i Sheldrake a także Jubilation XXV czy Black Afgano to poematy stworzone ku czci wulgarnego, ordynarnego kiczu. Kompletny brak stosownego wycofania i nienawiści do wszystkiego, co przesadzone bądź "tylko" wyraziste. Nietakt stulecia. A fe! Królowa Elżbieta II byłaby zdegustowana.

Sęk w tym, iż z protokołem dyplomatycznym dworów Europy nie miałam jeszcze do czynienia i mam nadzieję, że w jego błogiej nieświadomości przyjdzie mi umrzeć. ;)
Dlatego, jako dusza wybitnie rogata, upodobałam sobie styl estetyczny, który współcześnie nie budzi powszechnej estymy. Co się tyczy także perfum: cóż piękniejszego nad "babcine śmierdziele" i "duszące killery"? ;>
Tam, gdzie mrok, gdzie dym, gdzie słodycz i gorycz zmieszane w jedność, gdzie ciężar zmęczonego miłością ciała i lekkość niewinnego ducha, gdzie żywice, przyprawy i kwiaty, znajdziecie obłęd i piękno z powodzeniem dążące ku Pełni. Szamański bieg we wszystkich kierunkach jednocześnie, którego cząstkę uchwycono w Borneo 1834.


Paczuli w perfumach ma zazwyczaj dwa oblicza: suche i czekoladowe bądź wilgotne, zimne, piwnicznym zwane. W Borneo ów składnik został poddany swoistemu uśrednieniu: jest jednocześnie ciepły i czekoladowy, jak i piwniczny, nie będąc w istocie żadnym z wyżej wymienionych! Skazany na wieczne "pomiędzy"a więc będący świetnym stelażem dla pozostałych elementów kompozycji.
Jako, że omawiana dziś mieszanka stanowi o ambiwalentnym pięknie paczuli, jednocześnie wyrazistym, kontrowersyjnym, niedosłownym i - tak po prawdzie - dyskretnym. Wokół niej osnute są dalsze elementy układanki, od gorzkiej czekolady, świeżo utłuczonych ziaren kardamonu, białych kwiatów oraz lekkiej mgiełki labdanum począwszy. Rozwija się to wszystko cichaczem wokół wypachnionego człowieka, oplata miękką, brązową, półprzejrzystą smugą, ogrzewa się i... rozpoczyna ofensywę. :)
Koniec z cackaniem się, koniec z grzeczną dyplomacją, koniec z suchą niewinnością! Ciepło ludzkiego ciała sprawia, że kwiaty znikają, kardamon stapia się z nie-wiadomo-czym, zaś ziarna kakao trafiają do pełnego żywic trybularza i ulegają spaleniu na chwałę bezimiennych bóstw. Początkowa cienka strużka labdanum zmienia się w istną zasłonę dymną [niemała w tym zasługa galbanum, ostrych drzazg drewna sandałowego oraz czegoś na kształt elemi]. W tej samej chwili dociera do mnie, co stało się z kardamonem: zniknął przyduszony ochładzającym powiewem kamfory, która do spółki z hebanem oraz gwajakiem (czy one naprawdę tam są?) nadaje dymnej epopei bardziej ożywczego charakteru.
Dzięki nim całość potrafi żywo zajmować aż do charakterystycznej, słodkiej, kakaowo-miodowej bazy; lejącej się, choć gęstej. Zastanawiającej, zapewniającej kolejny zwrot akcji. Do tego czystek przyjmuje postać rodem z Incense Kamali bądź butikowej serii Donny Karan. Jest bosko dosadny, ujmujący, ciężki. I to w takim wcieleniu, które czyni paczuli nutą żywą i rozedrganą, optymistycznie zalotną. Kto by pomyślał! ;)

Cóż, z całą pewnością nie są to perfumy dla angielskiej arystokracji. Lecz tak samo marnie pasują do kapiących złotem Nowych Ruskich czy ich polskich odpowiedników: za mało w Borneo taniego blichtru, za dużo świadomej przesady, zabawy bogactwem, które potrafi zmęczyć. Borneo chyba nigdy nie stanie się substytutem pawiego ogona. To esencja perfumiarskiego baroku, niepokornego braku stabilizacji. Zapach artystów i rewolucjonistów. Niechby i chwilowo znużonych.

Rok produkcji i nos: 2005, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: zapach typu uniseks na wszelkie okazje. Dla wszystkich, którzy perfumy stosują przede wszystkim ku własnej satysfakcji.

Trwałość: około siedmiu, może ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

białe kwiaty, czystek, paczuli, galbanum, kardamon, kakao, nuty drzewne, kamfora
___
Dziś noszę Delicious Chocolate od Gale Hayman.

P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://www.telegraph.co.uk/travel/celebritytravel/5485002/Michael-Dobbss-heaven-on-earth-Borneo.html

poniedziałek, 4 lipca 2011

Cudowny prezent

Dziwnie rozpoczął się mój tydzień: od sporych kłopotów połączonych z przeziębieniem [jak nie syf to zaraza ;) ], ale mam też jedną wspaniałą, wielką informację! :)

Pamiętacie te mordki?










Promyk, Koral, Gol, Orla i Elena dziękują Wam za pomoc. :)) Wszystkie konie są już bezpieczne w stadninach współpracujących z Centaurusem! I to "przed czasem"! Mam ochotę tańczyć po pokoju. :D
Dzięki! Dzięki! Dzięki!

Czy to nie boski sposób na rozpoczęcie tygodnia? :)

* * *

Lecz tego typu misje mają to do siebie, że nigdy się nie kończą. Smutne, ale prawdziwe. Kiedy, uratowane już, trzy "pełnowymiarowe" konie i dwa kuce dostały od Was (między innymi) szansę na rozpoczęcie życia od nowa, inne nadal żyją w cieniu rzeźnickiego noża.

Wśród nich dwie, a właściwie trzy, klacze:


Kropka stoi w rogu ciemnego, orurowanego boksu i skubie deskę przy oknie. Kiedy nas widzi, powoli, sztywno kuśtyka do wejścia. Wiesza głowę nad drewnianymi drzwiami i wpatruje się w obiektyw. Handlarz nie będzie dużej Kropki trzymał. Wziął ją od chłopa, bo się ochwaciła i nie mogła się poruszać. Liczył, że może samo przejdzie - wtedy znalazłby na pogrubioną klacz klienta. Ale Kropka nie potrafiła się wyleczyć, choć gdyby umiała, na pewno by to uczyniła - przecież żadne zwierze nie chce umierać...

Ponieważ jej stan zdrowia nie rokuje, handlarz przeliczył jej wartość na kilogramy - wycenił kropkowe życie na 2700 zł. Mamy czas do 25 lipca aby ocalić Kropkę.

Jeśli uda się wykupić klacz, poddamy ją leczeniu i ofiarujemy dożywocie pod skrzydłami naszej fundacji.



Darwinowska teoria ewolucji mówi o selekcji naturalnej. Zgodnie z nią przetrwają tylko osobniki najlepiej przystosowane do wymogów środowiska. A w środowisku hodowlanym nie ma zmiłuj się - liczy się biznes a wraz z nim selekcja najsilniejszych i najbardziej wartościowych.

Mgiełka ociera się żebrami o drzewo przy stodole, obok chodzi jej roczna córka - Mała. Nigdy o darwinowskich teoriach nie słyszały. Mgła zwiesza głowę i zrywa kępy trawy. Ma dopiero 8 lat. Mgła z astmą końską (RAO), jej córka Mała - ze złamaną szczęką i naderwanym uchem. Mała miała wypadek, co się dokładnie stało... tego nie wiemy. Selekcja jest bezlitosna. Nie ma dla nich miejsca w świecie biznesu. Żaden inny na nie, nie czeka..

Selekcja w biznesie jest rzeczą naturalną. W naszej fundacji nie istnieje. Prosimy, pomóżcie nam podarować im godne życie, poza teoriami.

Ciąża i macierzyństwo przy braku leczenia RAO doprowadziły Mgłę to stanu obecnego. Mała ze swoją złamaną szczęką nie ma szansy na znalezienie dobrego domu.

Możemy zapewnić im opiekę w naszym ośrodku, możemy zapewnić im leczenie, ale najpierw musimy Mgłę i jej córkę Małą odkupić.

Cena za oba życia to 3300 zł. Czas mamy do 15 lipca.


Udowodniliście, że jesteście wspaniałymi ludźmi o wielkich sercach! Czy i tym razem trzy cudowne klacze (fotografię Małej znajdziecie na zalinkowanej podstronie jej matki) będą miały szansę na godne życie?
Decyzja o tym należy do Was, do mnie, do nas wszystkich. Pomóżmy tym trzem wspaniałym damom!

* * *

Teraz pora na kilka informacji porządkowych: ponieważ w tej chwili ekran zaczyna mi cokolwiek tańczyć przed oczami i podejrzanie ucieka ku będącej tuż za nim ścianie, na komentarze pod postem piętro niżej odpowiem jutro. Wtedy też zamieszczę zaległą recenzję dla wspomnianej Koleżanki [Ciebie, Aileen, też powinna zainteresować, ponieważ swego czasu przypomniałaś mi o tym zapachu ;) ]. Oczywiście, o ile nie pojawi się zawzięty wróg każdego miłośnika perfum, katar.
Do ponownego spotkania!
___
Dziś noszę.. piżamę. ;P

piątek, 1 lipca 2011

Taki dzień


Obiecałam Pewnej Osobie, że dziś skrobnę recenzję jej ulubionego zapachu.
Niestety, całokształt kończącego się właśnie dnia jakoś mnie nie nastraja. Dlatego zaległości nadrobię do końca weekendu. Na razie, choć bardzo żałuję, nie mam siły na poważne blogowanie.
Jestem w nastroju dziewczyny ze zdjęcia, tylko trochę bardziej zdołowana. :)
Taki dzień.
___
Dziś nosiłam Notorious od Ralpha Laurena; po całkiem miłym (!) szyprowym świeżaczku nie pozostał nawet ślad.

P.S.
Ilustracja pochodzi z http://www.teenwritersbloc.com/2011/03/05/feminist-book/angry-woman/


Edycja, 03. 07. 2011:
No i niestety. Obiecałam, ale nie mogę dotrzymać. Właśnie wróciłam z jednego z wrocławskich szpitali, gdzie spędziłam całe zakończenie tygodnia. Nie mam siły pisać o perfumach, wybaczcie Koleżanko. ;)
I Wy wszyscy również. Czasem problemy lubią się kumulować, więc należy dać sobie chwilę na odpoczynek od wszystkiego. :)

czwartek, 30 czerwca 2011

Cosplay


Mam nadzieję, że tego terminu nie muszę nikomu wyjaśniać? :) Na wszelki wypadek powiem, iż mamy do czynienia ze skrótem od "costume play" lub "costume player", przez twórców zjawiska, czyli Japończyków wymawianym jako "kosupure". Spróbujcie dogadać się z Japończykiem po angielsku. ;P
Na ulicach współczesnej Japonii [choć nie tylko; w końcu globalizacja nie ustaje w wysiłkach, by nas zunifikować :) ] spotkać można mnóstwo postaci jakby żywcem wyjętych z tamtejszej popkultury. Bohaterowie modnych i/lub kultowych mang czy anime przybrali postać ludzi z krwi i kości, postanawiając żyć jako zwykli śmiertelnicy. Nie, nie trafiliście na żaden karnawał ani w środek flash mobu. To cosplay: przebranie, które staje się ubraniem; codzienność i niezwykłość związane tak silnie, że nie sposób odkryć która jest która.

Tak, współczesna Japonia daleko odeszła od tradycyjnego wizerunku powierzchownych warstw swej kultury. Dziś w metropoliach Nipponu nie jest łatwo znaleźć oszczędne wzornictwo, stonowaną kolorystykę, brak emocjonalnej wylewności, harmonię i ciszę. Trzeba wiedzieć, gdzie i kiedy szukać, ale to na marginesie.
Nawet jeśli współcześnie, spacerując po najstarszej dzielnicy Tokio, natkniecie się na dziewczynę wyglądającą jak gejsza, w dziewięciu przypadkach na dziesięć okazuje się, że gejszą wcale nie jest, przynajmniej nie formalnie. To cosplayerka. :) Flirtująca z tradycją własnego narodu.

W identyczny sposób odbieram wrażenia, jakie zapewnia mi pachnidło Lapsang Su Chong marki o wdzięcznej nazwie TokyoMilk Parfumerie Curiosite - niby ciche, czyste i kontemplujące własną harmonię z przyrodą, ale przecież złudne i "nieprawdziwe". W pewien sposób sztuczne.


Przede wszystkim brak w nim siły tytułowej herbaty; wyczuwam jedynie suchość oraz ostatnie podrygi głębi zimnego naparu z lapsang. Całość jest spokojna, chłodna w wyrazie choć - nie wiedzieć czemu - dość bogata i o znacznej emanacji. Co odpowiada współczesnym japońskim ideom perfumowania ciała: im silniej, im więcej, tym lepiej. :) To kolejna różnica między "wczoraj" a "dziś".

Otwarcie jest owocowe, kremowe i lekko mdłe. Brzydkie brzydotą fascynującą: obłe, delikatne, miękkie, a nawet świeże. Takie "kobiece". ;> Podobne do wykarczowanej receptury na Mitsouko, oczywiście pozbawionej tego, co w klasyku Guerlaina budzi największe zainteresowanie. Z pewnością jest w Lapsang Su Chong brzoskwinia, jest jaśmin i róża. Do tej drugiej, jak i do czarnej porzeczki przyznają się internetowe źródła. Czy porzeczkę można przeistoczyć w coś perfumiarsko podobnego brzoskwini?
Z pewnością podobieństwo do Mitsouko staje się wyraźniejsze po pewnym czasie, gdy kompozycja ogrzewa się i nieco uspokaja. Wówczas do wspomnianych akordów dołącza niezwykle kremowy sandałowiec, pozbawiony jakichkolwiek fałdek bądź zarysowań: idealnie puchaty, idealnie jasny i drugorzędny. Główną rolę gra bowiem połączenie jasnej, mało erotycznej róży z akordem owocowych oraz prężnym, wysuszającym wszystko mchem dębowym.
To właśnie ów ostatni składnik sprawia, że mam jeszcze (choć coraz rzadziej) ochotę, by omawianych perfum używać. Gdyby ta obła, chłodnawa maź wiła się przesycona sokami, być może nigdy bym w niej nie wytrzymała. Suchość czyni Lapsang aromatem noszalnym.

Kiedyś zwykłam zlewać się tym pachnidłem w porze najgorszych upałów bądź - przez przekorę - wtedy, gdy zamki w drzwiach zamarzały. :) Lecz mniej więcej od roku obserwuję dziwne objawy: LSC jest w stanie zmydlić się w trybie ekspresowym, może nie drastycznie, ale dość konsekwentnie. Coraz częściej, nosząc go czuję się jak cosplayerka. Przebrana, nie ubrana. Ten zapach to nie ja. Już nie.
Dobrze, że choć finał potrafi być tak suchy, że aż lekko pieprzowy. Ów akcent zawsze daje mi nadzieję i odracza termin pozbycia się flakonu. ;) Póki wierzę, Lapsang zostanie przy mnie.
Choćby dlatego, że to pachnidło naprawdę warto poznać, tak bardzo jest "inne" od współczesnych damskich świeżaków (męskich zresztą też).

Rok produkcji i nos: pierwsze pięć lat XXI wieku, Margot Elena

Przeznaczenie: zapach w typie "nowoczesnych szyprów". Teoretycznie damski, choć widziałabym w nim także kilku co odważniejszych panów. :) Idealny na dzień i wieczorowe okazje nieformalne.

Trwałość: od sześciu do ponad ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-kwiatowa

Skład:

mech dębowy, róża, drewno sandałowe, czarna porzeczka
___
Dziś noszę Anaïs Anaïs od Cacharel.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://photos.igougo.com/pictures-photos-p195161-Ginza_Street.html
2. http://cosplaysholic.blogspot.com/2010/06/philippines-cosplay-princess-monique.html

środa, 29 czerwca 2011

Pamiętacie?

Pamiętacie o pomocy koniom?
Promyk, Koral z Golem, a teraz także pełna godności Orla i śliczna Elena czekają na Waszą pomoc.

10 lipca (w przypadku Orli 15) ich życie skończy się u rzeźnika. Nie pozwólmy na to!


Czy zjedlibyście stek ze swojego psa, kiełbasę ze swojego kota, a może pożywny rosół ugotowany na Waszej papużce? Tabu pokarmowe jest silne; to niby "tylko" tabu, głupie kulturowe obiekcje, ale one istnieją i nie ma sensu z nimi walczyć. Równie dobrze moglibyśmy zacząć powszechnie uprawiać seks na ulicy, a towar ze sklepowych półek brać bez wręczenia w zamian tych śmiesznych podłużnych, kolorowych papierków. W danej kulturze obowiązują konkretne normy zachowania. W społeczeństwie Europy środkowo-wschodniej nie jada się psów, kotów czy koni. Po prostu nie!

Więc jak nazwalibyście naród, w którym każdy czuje się ułanem, w którym najbardziej pacykarskie dokonania "koniolubnych" malarzy Kossaków osiągają na aukcjach zawrotne ceny, a który dziś przoduje w światowych rankingach eksportu koni na rzeź, dokonywanej jednak przez kogo innego?
Czy warto takim ufać?
Odpowiedzcie sobie sami.

Dla mnie to najobrzydliwsza hipokryzja. Tak, jesteśmy narodem hipokrytów.

Pomóżcie tym, którzy sami nie potrafią się obronić przed swymi "przyjaciółmi"!

Bez nas sobie nie poradzą:


Promyk


Koral i Gol


Orla


Elena

Dajcie im szansę na zrozumienie, że człowiek jednak nie jest bezduszną, pozbawioną współczucia bestią.
Bo co pomyślelibyście o przyjacielu, który raptem wbija Wam nóż w plecy? Tak właśnie muszą czuć się oddawane na rzeź konie.
Naprawdę ich los jest Wam obojętny?

Proszę, pomóżcie. Mamy czas do 10 lipca!
___
Dziś noszę Hypnotic Poison od Diora.

P.S.
Pierwszą ilustrację wzięłam z http://konie.hostil.pl/
Pozostałe pochodzą ze strony Fundacji Centaurus.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Niebo Borgesa

Niebo Jorge Luisa Borgesa miało przybrać postać nie oklepanego ogrodu, lecz biblioteki. I to biblioteki ze wszystkimi książkami, jakich tylko można sobie zażyczyć. Boże, cóż to byłaby za rozkosz!


Nic dziwnego, że tego genialnego pomysłu pozazdrościli Argentyńczykowi inni bibliofile, z Umberto Eco na czele. Przecież stworzony przez tego drugiego posępny fanatyk, czcigodny mnich-ślepiec Jorge z Burgos, twórca genialnego konceptu biblioteki-labiryntu i gotowy na wszystko strażnik szatańskich "ksiąg zakazanych" to czysta literacka wariacja (oraz hołd) na temat Borgesa! Nawiasem mówiąc, Eco popełnił też przecudny esej O bibliotece, którego fragmentem uraczę Was pod koniec niniejszej notki. :)
Zresztą, sama też kiedyś wszystkimi zmysłami poczułam przedsmak literackiego raju. W pewnej małej wsi na Dolnym Śląsku jest biblioteka. W dość sporym budynku, wyglądającym jak skrzyżowanie późnogierkowskiej kostki z dziewiętnastowieczną czynszową kamienicą. Na pierwszym piętrze, ponad sklepem spożywczo-przemysłowym, którego próg i okolice to stałe miejscówki lokalnej żulerii. Świątobliwy Jorge miałby pewnie mściwą satysfakcję, że oto trafił swój na swego. ;) W każdym razie wystarczy wspiąć się po krętych drewnianych schodach, pamiętających jeszcze niemieckie nogi, by trafić do raju. Bibliotekę ulokowano bowiem w byłym mieszkaniu; z tą różnicą, że główne meble to półki z książkami, kilka stolików i biurko z komputerem a w przejściach między pokojami brakuje drzwi. Cała rajskość opisywanego przybytku wynika z jego budowy. Bowiem ta biblioteka ma kształt spirali. Wnętrze muszli ślimaka albo mini-labirynt. Więc wyobraźcie sobie, jak musi czuć się miłośnik literatury, gdy wchodząc do kolejnych pomieszczeń orientuje się, że gdzieś z boku jest przejście do jeszcze jednego. :)) Raj, najprawdziwszy. Jeśli tak ma wyglądać, od jutra będę starać się być grzeczną. ;)

Jest jeszcze jedna wariacja na temat literackiego Raju. Pomyślcie, jak cudnie musi być, kiedy aromat biblioteki towarzyszy Wam wszędzie. Biblioteka, która zaocznie pełni funkcję anioła stróża dla miłośnika literatury. Toż to wcielenie In the Library - pachnidła, które powołał do życia ekscentryczny [i ceniony w światku "wąchaczy"] perfumiarz Christopher Brosius, znany z tego, że Nienawidzi Perfum. ;)
Boże, ależ facet miał pomysł!


Zauroczył go aromat pewnej brytyjskiej powieści, wydanej w 1927 roku, więc postanowił uczynić zeń clou perfum stworzonych ku czci biblioteki. Udało mu się. Tak właśnie pachną stare książki, podobnie można poczuć się w czytelni wrocławskiej Biblioteki Wojewódzkiej. :)

Perfumy, które rzeczywiście nijak mają się do swojej encyklopedycznej definicji. To "coś" nie pachnie prosto ani trywialnie; trudno w In the Library znaleźć element, o którym można powiedzieć: "to typowy składnik perfum". Co wyczuwam, nie jest nawet nie bezczelną prostotą Ekscentrycznych Molekuł, ale wariacją na temat miejsca i przedmiotu.
Zapach suchy, dziwaczny, wyrazisty. Trochę brudny, piwniczno-paczulowy, który jednak z czasem zaczyna nurzać się w promieniach słońca. Obwąchałam kilka starych książek ze swojej biblioteczki (w tym powieść z 1927 roku ;) ) i najwięcej ItL odkryłam u zbiegu stronic modlitewnika wydanego w roku 1875. Jest tak samo suchy, pożółkły, zmęczony przedłużającym się życiem. Ale nadal fascynująco bogaty i piękny w sposób nieoczywisty.
Z czasem kompozycja cichnie, ogrzewa się, staje się bardziej ludzka i zadziornie skórzana. Skóra to stara i znoszona, nieco stęchła oraz cieniuteńka, ale bardzo wyraźna. W końcu trzymając książkę w rękach jakoś trudno zignorować okładkę. ;) Jest jeszcze coś: co chwilę pytam samą siebie, "czy jest w tym iso"? Znana z Molekuły Pierwszej substancja chwilami staje się niemożliwa do przeoczenia. Eteryczna zjawa iso e super to kartki powieści skroplonej przez Brosiusa. Do tego ciekawie złączonej z drobinkami kurzu, osiadłymi na starym woluminie, cząsteczkami ludzkiej skóry oraz pojedynczymi włosami czytelników, uwięzionymi przed laty wśród zadrukowanych stronic. Godna wspomnienia jest także woń starej, zwietrzałej farby drukarskiej, wpleciona w rzeczony syntetyk.
In the Library nie galopuje po ludzkiej skórze i otoczeniu, trzyma się blisko, nawet trwałość ma niezbyt ambitną (a testowałam wersję absolutową!). Lecz myśl o pozbyciu się małej buteleczki nie należy do miłych. Może nie tyle smuci czy budzi jednoznaczny protest, ale podbija nastrój melancholii, uwydatnia poczucie marności świata, w którym literatura "jako taka" tudzież obcowanie z drukowaną książką stopniowo odsyłane są do lamusa. Na co się nie godzę, więc od czasu do czasu dobrze będzie poprotestować w oparach Biblioteki! ;)


Na koniec obiecany bonus. Stworzony przez Umberto Eco koszmar użytkownika czytelni czyli, wyselekcjonowane przeze mnie, wyjątki z wzorca złej biblioteki:

A. Katalogi winny zawierać jak najwięcej działów; trzeba bardzo pieczołowicie oddzielić katalog książek od katalogu czasopism, a oba od katalogu rzeczowego, jak również książki ostatnio nabyte od książek nabytych dawniej. Jeśli to tylko możliwe, ortografia w obu tych katalogach (nabytków nowych i dawnych) winna być odmienna (...)
C. Sygnatury winny być niemożliwe do przepisania, w miarę możliwości rozbudowane, aby ten, kto wypełnia rewers, nie miał nigdy dość miejsca na wpisanie ostatnich symboli i uznał je za nieważne, a dzięki temu obsługujący mógł zwrócić rewers z żądaniem uzupełnienia.
D. Czas między zamówieniem a dostarczeniem książki winien być bardzo długi.
E. Nie należy dawać więcej, niż jedną książkę naraz.
F. (...) Biblioteka winna zniechęcać do jednoczesnego czytania kilku książek naraz, gdyż od tego można dostać zeza.
G. W miarę możliwości winno nie być w ogóle ani jednej fotokopiarki; jeśli jednak jakaś już się znajdzie, dostęp do niej winien być czasochłonny i kłopotliwy, cena wyższa niż na mieście, limity kopii bardzo niskie (...).
H. Bibliotekarz winien uważać czytelnika za wroga, nieroba (w przeciwnym razie byłby przecież w pracy), za potencjalnego złodzieja.
(...)
J. Dział informacji winien być nieosiągalny.
K. Należy zniechęcać do wypożyczania.
(...)
R. Jeśli tylko się uda - żadnych ubikacji.
(...)

Umberto Eco, O bibliotece, przeł. Adam Szymanowski, wyd. Świat Książki, Warszawa 2007, s. 16-20.

Miłego użytkowania biblioteki! ;>

Rok produkcji i nos: 2005, Christopher Brosius

Przeznaczenie: zapach uniseks dla wszystkich miłośników literatury. :) Dość bliski skórze, stanowczo nieformalny.

Trwałość: w wersji absolutu ok. pięciu lub sześciu godzin, wersji wodnej nie znam

Grupa olfaktoryczna: hm.. aromatyczna?

Skład:

angielska powieść, rosyjska i marokańska skóra (podobno w wersji oprawy), znoszone ubrania, politura do drewna
___
Dziś noszę Black Aoud od Montale.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://despectacledlibrarian.wordpress.com/2010/07/06/more-beautiful-libraries-this-time-well-do-the-u-k/
2. http://www.law.umich.edu/historyandtraditions/buildings/PublishingImages/FirstLawBuilding/HighResolution/Law-Library-6.jpg
3. http://www.fandango.com/movieblog/fun-finds-ghostbusters-return-to-nyc-public-library-595803.html

piątek, 24 czerwca 2011

Trwaj chwilo!

Dziś obiecana leśna dzieweczka. :)
Piknik na polanie, otoczonej przez puszczające żywicę sosny. Młoda, piękna, zapatrzona w siebie para; dwójka dzieciaków szczęśliwych, bo przecież są razem, zadowoleni z życia oraz tacy dorośli. ;) Wszystko im wolno, wszystko ich bawi, pijanych radością, swoim towarzystwem oraz nalewką landrynkową. Czysta rozkosz życia.
Chyba rozumiem już, za czym naprawdę tęsknił Faust...

Fille en Aiguilles marki Serge Lutens to kompozycja w moim ulubionym stylu: tak bogata, wielopłaszczyznowa i napchana zapachowymi detalami, jak to tylko możliwe. Niemal ideał. :) Zachwycająca, potężna, wyrazista. Budzące emocje oraz różnorakie skojarzenia.

Na przykład jej początek to fascynująca podróż po starym, górskim lesie iglastym. Strzeliste drzewa są tak majestatyczne, że mam ochotę stać tylko i je podziwiać, wzdychając cicho. :) Kiedy zaś wejdę w najstarszą cześć lasu, otacza mnie półmrok, a pod stopami trzeszczy jedynie stare igliwie. Wdycham przesycone aromatem żywicy powietrze, jednocześnie zajadając się landrynkami.
Kompozycja jest aż gęsta od nagromadzenia nut świeżo-iglastych, balsamicznych, kadzidlanych i słodkich. Zawiesista i lepka brudzi wszystko dookoła, rozsnuwa się wokół nosiciela lub nosicielki, zatyka ich nosy podobnie, jak cukierki w typie krówek usta. :) Oplata całe otoczenie, zachęca do uśmiechu, wprowadza w błogostan, kokietuje i rozbraja swoją bezpretensjonalnością.

Jeszcze jedno wcielenie perfumowego gaduły, lecz tym razem nie mam twórcom niczego za złe. Przeciwnie, w końcu obcuję z tym stylem perfumiarstwa, który kocham najbardziej. Na bogato, acz z rozmysłem. ;) W tym przypadku również z klasą oraz naturalnym wdziękiem.
Oto piękność płynąca z wnętrza człowieka, daleka od powierzchownych wrażeń.


Dziewczyna w Szpilkach to właściwie wariacja na temat trzech opisanych wcześniej akordów; ciepła, ciemna i wyrazista. Tak nasycona woniami lasu, że nadająca się do aromaterapii. :) A przy tym niebanalna, jednocześnie modna dzięki klasycznemu ujęciu kadzidła oraz złamana niespodziewaną słodyczą kandyzowanych owoców, które bywają także żelkami lub, jak w moim przypadku, landrynkami.
Kompozycja jednak nie byłaby tym, czym jest, gdyby nie późniejsze "dogrzanie" jej nutami przypraw (wyczuwam gałkę muszkatołową, goździki, kmin), suchymi i ciepłymi, w kolorze i klimacie. Jest jeszcze liść laurowy, który nigdy nie wybija się na pierwszy plan, pozostając wyłącznie wyważonym obramowaniem mieszanki. Wyczuwam ponadto co nieco wetywerii, nadającej kompozycji suchej świetlistości, lecz ów akord pozostaje tak wtopiony w resztę, że bez internetowego spisu nut nut nigdy bym nań nie wpadła. :)

Choć Fille en Aiguilles z czasem cichnie, przybliża się do skóry, pozbywa balsamicznej drzewności oraz sporej dawki owocowej słodyczy, chociaż podejrzanie szybo zaczyna mruczeć coś tuż przy ludzkim ciele, w formie dość okrojonej, przywodzącej na myśl raczej widzianą o północy zjawę niż jak najbardziej żywą i żywiołową osobę, jakoś nie potrafię się jej oprzeć. Zachwycam się upojną prostotą oraz całym galonem skondensowanego optymizmu zmieszanego z radością życia, narkotyzuję się wizją harmonijnego połączenia dwóch, pozornie jakże odmiennych, grup olfaktorycznych.
Czuję się obezwładniona. :)
Chwilo, jesteś piękna!


Rok produkcji i nos: 2009, Christopher Sheldrake

Przeznaczenie: wbrew nazwie uniseks. :) Kapitalny na wszelkie okazje, pory dnia czy roku. O dość zmiennej emanacji.

Trwałość: w porywach do sześciu godzin [łee, ja chcę dwa razy tyle! ;) ]

Grupa olfaktoryczna: drzewno-gourmand (i aromatyczna)

Skład:

igły sosnowe, kandyzowane owoce, przyprawy, balsam jodłowy, kadzidło, wawrzyn, wetyweria

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Dzieło niemieckiego przedstawiciela romantyzmu, Caspara Davida Friedricha pt.
Wodospad w sosnowym lesie. Wzięte STĄD.
2. Arya and fir autorstwa użytkowniczki portalu DeviantArt o pseudonimie Elzje.


Edycja, godz. 19.11
Coś dziwnego dzieje się z Gmailową pocztą. Nie mogę wysłać żadnego listu. Chochlik dalej szaleje? Przepraszam wszystkich, którzy czekają na moją odpowiedź; jej brak nie jest zależny od niżej [tj. wyżej :) ] podpisanej.

Centaurus - post scriptum


Tak, nie pomyliliście się. ;) Znów chodzi o "te konie", którymi do 10 lipca co kilka dni zamierzam Was zamęczać.
I nie obchodzi mnie, że komuś może to przeszkadzać. Mnie na przykład przeszkadza powszechna znieczulica i chamstwo.

10 Lipca!
To dzień, w którym dla Promyka oraz pary kucyków, Korala i Gola, skończy się wszelka nadzieja. Potem tylko rzeźnik, masarnia, kiełbasa i napchane kałduny Italiańców.
Rodakom tego satyra Berlusconiego może i wszystko jedno, mnie - nie. A Wam, mam nadzieję, również.




TUTAJ mój poprzedni post o Promyku oraz uzupełnienie historii o apel w sprawie kucy, a także wyjaśnienie, "co mnie napadło" z tymi końmi... :) Zapraszam.

Pomóżcie.
___
Noszę Nombril Immense marki Etat Libre d'Orange.

Recenzja Dziewczyny wieczorem.

wtorek, 21 czerwca 2011

Harmonia

Dziwna ta ambra. Z jednej strony przypomina, i to bardzo, Ambre Sultan, ale z drugiej - wydaje się być bardziej miękka, stonowana, wysmakowana.
Efektowna do szpiku kości (?), więc pozbawiona krztyny szaleństwa, która tak zachwyca w dziele Lutensa i Sheldrake'a. Grzeczna i wyrafinowana, nawet pod płaszczykiem przebogatego Orientu. Nic dziwnego, w końcu stoi za nią Jean-Claude Ellena. :)
Ambre Extrême prosto od l'Artisan Parfumeur.

Skłamałabym twierdząc, że czegoś jej brakuje. Nie powiem nawet, że nie przypadła mi du gustu (bo naprawdę ma w sobie "coś"). Jest spokojna, niezbyt słodka, skrojona i pozszywana przez iście mistrzowską rękę. Nosi się ją naprawdę łatwo oraz z dużą dozą sympatii.

Przyprawy oraz waniliowa słodycz rozpoczynają grę składników Ambre Extrême. Wkrótce ta druga traci na znaczeniu, zaś do pięknie ujętych, okrojonych ze wszystkich zbędnych ząbków, zaszewek, luźnych nitek czy nadmiaru falbanek przypraw dołącza tandem głównych bohaterów całej kompozycji - paczuli i ambra. Kiedy pieprz wietrzeje, a kardamon z muszkatołowcem stapiają się w jeden akord na skórze stopniowo gościć zaczyna ciepła, brunatna, słodko-pikantna ambra oraz suche, wyraziste (choć nie dosadne) paczuli. One będą umilać nam czas już do końca pobytu AE na naszej skórze.
Towarzyszy im sucha, esencjonalna i zmysłowa róża, drewno sandałowe: ni to żywe, ostre ni kremowo pastelowe, urocze w swym niezdecydowaniu oraz całkiem przytulny benzoes. :) Czasem głośniejsze stają się nuty słodkie a także nienachalnie pudrowe, lecz nie zawsze tego doświadczam. Nie jest to zły układ, ponieważ zasłodzona Ambra psuje efekt wątłej, półmrocznej równowagi między pikantnością a puchatą spolegliwością, między źródłem czystej energii a jej akumulatorem.
Tak, jak jest, jest pięknie.

Napisałam wcześniej, iż z omawianego dzieła usunięto wszystkie zbędne elementy; miałam dodać, że to źle, bo ja przecież te pozorne "zaśmiecacze" cenię najbardziej. Miałam, ale.. tego nie zrobię. :) Ponieważ podczas pisania niniejszego tekstu uświadomiłam sobie swoją pomyłkę.
Otóż początkowo miałam Ambre Extrême za pachnidło proste, mało charakterystyczne, liniowe, sztuczne i niepotrzebnie ugrzecznione. Kiedy jego moc polega właśnie na tym, że porusza się po linii, nie śmiąc z niej zbaczać. Tyle, że nie jest to linia prosta, lecz fala - wijąca się, aczkolwiek harmonijna. I naturalna; najnaturalniejsza ze wszystkich linii stworzonych przez przyrodę.
Piękna.

Rok produkcji i nos: 2001, Jean-Claude Ellena

Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, ale myślę, że to znakomity, dość łagodny uniseks. :) Bliski skórze i znakomicie nadający się na poprawę humoru w chłodne dni. Na wszelkie okazje, chociaż jakby nieco stosowniejszy do stroju nieformalnego.

Trwałość: od pięciu do ośmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa

Skład:

Nuta głowy: cynamon, kardamon, gałka muszkatołowa, kwiat muszkatu, pieprz
Nuta serca: drewno sandałowe, paczuli, róża
Nuta bazy: akordy piżmowe, wanilia, ambra, bób tonka, benzoes
___
Dziś noszę le Temps des Reines od Isabel Derroisné. :))

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z DeviantArta. To
Chinese Dragon colour version autorstwa użytkownika o pseudonimie Brokenpuppet86.

Promyk

W czerwcu coś dużo wpisów nie-recenzenckich. :)

Ten również nie będzie inny.
Do tego mało kolorowy, dramatyczny i błagalny.
Bo czasami należy chrzanić świat sztuki, zmysłów, pogoni za kasą oraz prestiżem, własnego egotyzmu i innych dupereli, a zabrać się za prawdziwy. I bardzo proszę, możecie się śmiać. Byleście tylko mnie wysłuchali i pomogli.

Nie wiem, jak Was, ale mnie diabli biorą, kiedy usłyszę o kolejnym przypadku pastwienia się na zwierzętami. Żyjąca, czująca i, dajmy sobie spokój z postkantowskimi bredniami, inteligentna istota nigdy nie zasługuje na to, by traktować ją jak ostatniego śmiecia. Bez różnicy, czy chodzi o sterroryzowaną przez męża-pijaka sąsiadkę, bezdomnego, niby-romskie dzieci żebrzące na ulicach lub celebrytę, o psa, kota, konia, krowę, kurczaka czy wróbla. Bo, choćby nie wiem jak wydawało się to absurdalne, nie tylko człowiek zasługuje na szacunek. Cytując wkurzoną tym samym Sylwię Chutnik, "zwierzę, do cholery, NIE JEST RZECZĄ!"

Wrocławska Fundacja Centaurus zajmuje się ratowaniem zdrowia i życia koni, głodzonych, bitych, torturowanych, nieleczonych, a na koniec tuczonych i sprzedawanych do rzeźni. W kraju, który chlubi się swoją tradycją sarmacko-ułańską, tak silną, że zaadoptowaną nawet przez ludzi, których przodkowie ułanom co najwyżej "konie poili", a Sarmatom w pocie czoła obrabiali pola, nie jest to szczególny powód do dumy, nieprawdaż?
Dlatego też pozwolę sobie zacytować tekst ze strony Fundacji, dotyczący pomocy pewnej małej klaczce:

"Coś z ułanów w nas zostało? / Aby umieranie nie bolało..

Słowo "człowiek" - jakże dumne brzmienie! Masowo podpisujemy pro zwierzęce petycje, zrzucamy naturalne futra, ratujemy foki w Kanadzie i promujemy prawa zwierząt na Animal Planet. Skandujemy przeciw transportom koni na rzeź, popularyzujemy wegetarianizm i organizujemy spektakularne manifestacje. Chełpimy się ułańską tradycją, gdzie koń był przyjacielem. Jakże piękne się to wszystko wydaje! Wydaje się?

Resztki ułudy o ułańskiej tradycji rozbryzgują się w kroplach majowego deszczu, kiedy z przyczepy wyciągamy niemalże zwłoki konia. Rozpaczliwe rżenie końskiej pełne cierpienia rozrywa nam bębenki w uszach. I w ciągu ułamka sekundy, wobec tego co widzimy, słowo "człowiek" nie brzmi już tak dumnie.. A ułańskie legendy naszych dziadków trącą utopią.

Strach dotknąć, aby dotknięciem kucyka nie zabić. Małe czarne ślepia świdrują nas na przestrzał. Mała leży, usiłuje podnieść głowę, ale za każdym razem opada bezwładnie, aż w końcu rezygnuje. Pokornie czeka, co się z nią stanie. Handlarz poinformował nas, że leży tak od 3 tygodni. W takim stanie oddał mu kucyka rolnik z prośbą 'Pan się pozbądź, bo wstyd przed sąsiadami'. Ale i na targu pośród innych handlarzy wstyd było wyciągnąć z ciężarówki, bo nawet dla handlarzy widok tak zamorzonej i zawszonej kucyczki, byłby niesmaczny.

Teraz skarłowaciała kucyczka leży skulona w boksie. Cicho rży. Rży o ułanach, o tradycji, o zielonych pastwiskach, których nigdy nie widziała, o łąkach na które wykrzywione kopytka nigdy jej nie zaniosą. Nie ma sił wstać, nie ma sił jeść. W jej oczkach nie tli się już nic prócz nadziei - aby umieranie nie bolało.

Płacimy za transport, kucyczka trafia do naszej stajni. Mija doba. Mija następna. Mnożą się koszta codziennych wizyt weterynarza i podawanych leków i suplementacji. Inka zaczyna sama jeść, klękając przy miseczce z owsem. Trzeciego dnia okazuje się skąd ta wola walki. Inka będzie miała dla kogo żyć. Bo spodziewa się źrebięcia...
(...)"
I gdzie te nasze zachwyty? Czy sił starczy nam tylko na to, by piać z zachwytu nad pięknym konikiem, hasającym po łące na ekranie telewizora, czy też wykrzeszemy z siebie odrobinę godności?

Oraz pieniędzy, nie ukrywam, o co chodzi.
Promyk, koń który całe życie przepracował w ośrodku rekreacyjnym gdzieś pod Warszawą został sprzedany, kiedy tylko stracił siły do pracy. Teraz u handlarza - pośrednika między poprzednim właścicielem a rzeźnią dzieli los Jasia i Małgosi, uwięzionych przez czarownicę w wiadomym celu, i czeka: na ratunek albo śmierć.
Aby go uratować, mamy czas do 10 lipca!
Teoretycznie potrzeba na ten cel 2600 zł, ale przecież liczy się każda złotówka.


Dlatego, kochani, błagam Was: jeśli kiedykolwiek mieliście zwierzęcego towarzysza zabaw, jeśli dziś cenicie sobie przyjaźń z przedstawicielem innego niż homo sapiens gatunku, proszę: dajcie szansę, Promykowi i nie tylko! Dla ludzi, którzy właściwie co miesiąc wydają trzycyfrowe sumy na taką błahostkę, jak perfumy nawet te 30 lub 50 zł nie stanowi chyba kwoty nie do przeskoczenia?

Pomóżcie, proszę.
Strona Promyka.

Za chwilę idę do banku. Recenzja wieczorem.
___
Nie pachnę żadnymi perfumami.

Edycja, 24. 06, godz. 11.42
Naszej pomocy potrzebują jeszcze dwa przeurocze kucyki, Koral i Gol.


W ich przypadku sytuacja jest równie nagląca. Odliczanie czasu, podobnie jak dla Promyka, skończy się już 10 lipca!
Aby konie przeżyły, potrzeba teoretycznie 1900 zł. Zamierzacie pozwolić, by te dwa cuda, które najwyraźniej straciły już nadzieję, zostały przerobione na kiełbasę???
Jeśli tak, to proponuję, byście olali mój apel, a potem powiedzieli o tym swoim dzieciom [jeśli takowe posiadacie; w innym przypadku uraczcie "nowiną" dzieci przyjaciół lub rodziny], patrząc im prosto w oczy. Ciekawe, czy będą zadowolone?

Czemu uciekam się do szantażu emocjonalnego? Mam nadzieję, że to oczywiste. W tym jednym, jedynym przypadku kiedy trzeba ratować czyjeś życie, cel uświęca środki.

A może zwrócicie uwagę na los dzielnej małej fajterki Inki, której dramatyczną historię przytoczyłam we wstępie niniejszego posta? Wtedy jeszcze miałam nadzieję na konwencjonalny happy end. Może naiwną, ale chyba też zrozumiałą..
Lub Bartka, który ciężko schorowany, został sprzedany za bezcen lecz dziś szczęśliwie wraca do zdrowia, co jednak pociąga za sobą niemałe koszty?

Lubimy szczycić się naszym "humanitaryzmem", który mamy za najwyższe szczyty etyki. Ciekawe, na ile starczy go dla kogoś, kto nie miał tyle "szczęścia" by urodzić się człowiekiem?
No, ile?