niedziela, 13 grudnia 2015

#My, #ekshibicjoniści

Nieprawdopodobne, że ostatni wpis na blogu ukazał się równo miesiąc temu! [A ten dzisiejszy miał mieć premierę w Andrzejki. ;) ] Cóż, tak czasami w życiu bywa. Najważniejsze, że blog wciąż się dla mnie liczy, nadal jest ważny i ani myślę o nim zapominać.
Tylko czasu brak...


I myślę sobie... czy aby w tym moim pisaniu i w tych tłumaczeniach nie chodzi w równej mierze o mnie, co i o Was, lub raczej - o Waszą o tym miejscu opinię. Ostatecznie, jak głosi jeden z moich ukochanych cytatów, podczas tworzenia tekstu chodzi nie tyle o to, żeby zapisać własne myśli ale o to, że ktoś inny te myśli odczytał. ;)
W końcu, jak wszystkie małpy z rzędu naczelnych, jesteśmy ekshibicjonistami. Uwielbiamy ideę samych siebie jako pępka świata i znamy miliardy sposobów, by wcielić ją w życie. Natomiast odkąd staliśmy się społeczeństwem cyfrowym, liczba ta wciąż rośnie w trudnym do przewidzenia czy opanowania tempie.

Facebooki, Instagramy, Twittery, Snapchaty, tysiące innych aplikacji bądź portali do chwalenia się przed światem swoją codziennością oraz dniem świątecznym, radościami oraz troskami, rozsądkiem tudzież kolejnymi popełnianymi głupstwami - oto pokusa, której nie jest w stanie oprzeć się niemal żaden człowiek, bez różnicy wieku, płci, wykształcenia, orientacji seksualnej, trybu życia, poglądów politycznych czy wyznawane religii. Odkąd sama eksploruję powoli kolejne platformy społecznościowe, przekonuję się, jak ciekawie wszystkie nasze kultury zlewają się w całość i ujednolicają za pomocą globalizacji, jak twórczo potrafimy obchodzić nieraz polityczne bądź religijne zakazy, jak potężna i niepowstrzymana okazuje się siła, pchająca nas do wystawiania samych siebie na widok publiczny, do zabierania głosu w sprawach najważniejszych ale i zupełnie niepoważnych.

Cały czas jesteśmy jednak ludźmi o emocjach i instynkcie niezmiennych od paleolitu a pewnie i jeszcze starszych. W końcu czym najchętniej chwalimy się na takim na przykład Instagramie? Przede wszystkim udowodniamy światu, w jaki sposób zaspokajamy swoje podstawowe potrzeby: głód i pragnienie (szukajcie pod: #foodporn, #omnomnomnom, #ilovecoffee), bezpieczeństwo (w tym sen i brak napięcia: #cozy, #relax itd. ;) ), pożądanie oraz pęd ku reprodukcji. Dalej są potrzeby szacunku i przynależności (np. #workhard, #motivation, #friends, #mylove), natomiast sam szczyt piramidy potrzeb to zdecydowanie mniej pojemne hasztagi. Chociaż czy na pewno...?

Istnieje bowiem pewien wyraźny wyjątek, odpowiadający ludzkiej potrzebie poważania, poczucia własnej wartości oraz zaufania do samych siebie. Taki, którym bombardujemy świat ze zdumiewającą intensywnością oraz kreatywnością; realizowany tak konsekwentnie, że aż trudno traktować go w kategoriach mody. To już raczej element ludzkiej tożsamości, prosty i tani sposób zaspokojenia emocji.
Wyjątkowi temu na imię...

Selfie


Krytykowane, wyśmiewane, parodiowane ale i praktykowane przez całą ludzkość ze zdumiewającą gorliwością [odkąd odkryłam na Insta słitfocie w wykonaniu muzułmanek w nikabie nie zostawiam już nawet marginesu swobody dla osób, którym uwieczniania ludzkich sylwetek zabrania ich religia]. Ich pseudopsychologiczne analizy z kolorowych czasopism podkreślają, że "modzie na selfie" ulegają nawet najważniejsi politycy czy najwięksi artyści świata; zapominając nadmienić, że skoro popularność takich osób zależy od łaski przeciętnego widza/słuchacza/wyborcy - a przeciętny widz/słuchacz/wyborca strzela sobie focie co pięć minut - to ów znany człowiek musi zachowywać się identycznie, aby przypadkiem nie wypaść z łask. [Plus: to przecież również są ludzie i nieobce są im ludzkie emocje, więc czemu im miałoby się odmawiać ochoty na selfiaczki? ;P ]. Większość podobnych analiz łączy konkluzja, poparta zdaniem jakiegoś psychologa lub medioznawcy, iż żyjemy w czasach niespotykanego wcześniej ekshibicjonizmu; otoczeni przez zakochanych w sobie, bezkrytycznych egocentryków prędzej czy później sami się nimi stajemy.

I chociaż raz po raz odczuwam potrzebę przyklaśnięcia podobnym opiniom*, zauważyłam zupełnie inną cechę fotograficznych autoportretów. Otóż selfie są nie tyle wyrazem naszego narcyzmu i patrzenia na rzeczywistość z góry, ile zręcznym kamuflażem. Kostiumem, pod którym chowamy zupełnie inną twarz; tę, której współczesność nie pochwala i którą każe nam zwalczać - naszą wrodzoną niepewność, nieśmiałość, lęk. Kto cyka słitfocie, ten boi się spojrzeć samemu lub samej sobie prosto w oczy. Bez wyjątków.
Selfie to nie odbicie rozdętego ego poszczególnych osób, lecz raczej łaszenie się do (w większości) obcych ludzi, proszenie o komplementy, chęć usłyszenia, że jesteśmy znacznie lepsi, piękniejsi, mądrzejsi niż w rzeczywistości. Selfie to wyraz bardzo ludzkiej ale jednocześnie smutnej wiary w to, że ilość (komplementów) będzie przechodziła w jakość (nas samych).

Selfie to bolesny dowód niepewności i zagubienia człowieka w potężnym oraz brutalnym wszechświecie. Skoro zabiliśmy po kolei wszystkich swoich bogów, dotychczasowych tradycyjnych obrońców przed złem i chaosem, cóż innego nam pozostaje, jeżeli nie my sami...? Nawet pomimo faktu, że wciąż jesteśmy tak samo niepewni i słabi, jak przed milionami lat.
Oto self-made man w wydaniu dosłownym. "Umiesz liczyć? Licz na siebie".

Podobne rozważania towarzyszyły mi podczas testów Selfie marki Olfactive Studio, zapachu naprawdę bardzo podobnego do fotografii, które obrał sobie na patronki. Z pozoru przyjemnego dla oka, wystudiowanego, pewnego siebie, w istocie jednak fasadowego i przygnębiającego.
Przede wszystkim jest to dla mnie niemal wierna kopia Fougère Bengale marki Parfum d'Empire. Łączy je taka sama drapiąca suchość, żywiczno-tytoniowa męcząca kwasota, przetrawiona i nadająca ludzkiej ślinie charakterystycznej goryczy.Przykra. I nawet jeśli Selfie z czasem słabnie, nabierając pastelowej jasności, łagodniejąc dzięki drewnom czy labdanum, wciąż czuję przede wszystkim kumarynę w denerwującym połączeniu z ziołami, żywicami oraz tytoniem.
Całość okazuje się świetnie znana i nadmiernie męcząca; jak ciężki dzień, który chcielibyśmy z siebie zmyć. Jak świadomość, że tak naprawdę, w głębi serca zawsze byliśmy i będziemy samotni.

Czasem jednak mamy szczęście nie odczuwać tej samotności; na przykład z drugim człowiekiem u boku. Kiedy jesteśmy z nim tak blisko, że bliżej już się nie da.
Wtedy tak, mamy złudzenie. Bardzo kuszące zresztą, urodziwe i pełne wdzięku. Często patrząc na zupełnie obcą osobę, nawet bez ochoty wcielania myśli w czyn, pytamy samych siebie:

Czy chciałabyś pójść z nim do łóżka?


No cóż, skoro Panicz Kilian tak bardzo lubuje się w trochę dziecinnej grze podstawowymi emocjami człowieka, pewnie nie miałby nic przeciwko, gdyby to nim zagrano? Szczególnie za pomocą fotografii sprzed kilku lat, kiedy był jeszcze nieco bardziej wyględny, niż współcześnie [mówcie co chcecie ale dla mnie Kilian Hennessy z wiekiem brzydnie]. ;)
Z pewnością spogląda się na niego przyjemnie chociaż bez szczególnego zaangażowania. Ot, ładny obrazek, na który można sobie popatrzeć. I patrzeć, i patrzeć, i w dalszym ciągu patrzeć, bo dlaczego nie? :P Aż nagle okazuje się, że w tym, co ładne ale niezbyt fascynujące zauważamy coraz więcej ciekawostek, na których warto zawiesić wzrok. Na przykład taki pieprzyk poniżej prawego kącika ust... albo gra niemal prostej linii brwi z wydatnym nosem. Nawet nie wiesz, kiedy się wkręcasz.
Wszystko dzieje się jakby przypadkiem; samo, bez szczególnego zaangażowania z naszej strony. Jak często bywa z fascynacją o podłożu erotycznym.

Identycznie wygląda moja przygoda z najnowszym Kilianowym dziełem, perfumami o nazwie Voulez-vous coucher avec moi? - gładziutkim, delikatnym, mlecznym zapachem o bardzo konwencjonalnej urodzie, regularnych rysach twarzy, magnetycznym spojrzeniu oraz skórze muśniętej promieniami słońca. Testowanym najpierw wyłącznie z kronikarskiego obowiązku, z lekkim westchnieniom znużenia Kilianową przewidywalnością (wszak to przecież czysta komercja w luksusowym ubranku po raz nie wiadomo który), które w miarę upływu czasu, właściwie nie wiadomo, jak i kiedy przeistaczały się w fascynację a potem zauroczenie. Kiedyś, sama nie wiem kiedy, zaczęłam traktować je poważnie. :] Wsłuchiwać się w nie, interesować ich grą na mojej skórze, zwyczajnie i po ludzku podziwiać. Nawet, jeżeli cały czas jestem świadoma ich koniunkturalnego, czysto komercyjnego charakteru; to przecież w niczym nie przeszkadza zauroczeniu, prawda? :)

Tutaj słodycz i aksamitna, jasno-pastelowa miękkość kwiatów z wanilią stopniowo osuwają się w ciepłe, mleczne tony, paradoksalnie wciąż pozostając zieloną i świeżą. Proste, smukłe sandałowcowo-cedrowe plecy zapewniają kompozycji pożądany, delikatnie orientalizujący sznyt a wraz z wanilią gwarantują nieustanny dopływ życiodajnego słonecznego ciepła. Dzięki temu ostatniemu kwiaty w ogrodzie rosną piękne i bujne, kuszące ale też stopniowo zlewające się w jednolitą całość. Baza to już schludny, suchy kwiatowy pyłek z modnych drzewno-ogrodowych, syntetycznych piżm, które jednak nie są w stanie mnie zniechęcić.
Tak się bowiem składa, że kiedy kompozycja osiąga ten najgłębszy - ale i najmniej oryginalny - etap, już od dawna jestem pod jej całkowitym urokiem. I na pytanie Voulez-vous coucher avec moi? nie mogę odpowiedzieć inaczej, jak twierdząco. :)

Okazało się, że mam do czynienia z materiałem idealnym na krótki, spontaniczny i czuły romans ale nie na wielką miłość. I bardzo dobrze! Od perfum Kiliana nie oczekuję niczego więcej, niż kilku przyjemnych, niezobowiązujących chwil a Voulez-vous coucher avec moi? nie jest w tym względzie wyjątkiem.



Olfactive Studio, Selfie

Rok produkcji i nos: 2015, Thomas Fontaine

Przeznaczenie: zapach uniseksualny dla miłośników gęstych i suchych paprociowców z wyczuwalną żywiczno-tytoniową nutą. Raczej cichy oraz dyskretny, szczególnie w późniejszych etapach rozwoju.
Na wszystkie okazje, jakie tylko dla nieco wymyślicie.

Trwałość: nie większa, niż pięcio- czy sześciogodzinna, łącznie z okresem zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: anyż gwiaździsty, imbir, elemi, kadzidło, arcydzięgiel
Nuta serca: lilia, cynamon, drewno cabreuva, akord syropu klonowego
Nuta bazy: styraks, zamsz, bób tonka, mech dębowy, drewno sandałowe, paczuli, labdanum



Kilian, In the Garden of Good and Evil: Voulez-vous coucher avec moi?

Rok produkcji i nos: 2015, Alberto Morillas

Przeznaczenie: uniseks - bo wszystkie perfumy to piękno dostępne dla każdego, bez różnicy płci - o spokojnej, łagodnie falujące strukturze, układający się wokół ludzkiego ciała w łagodną, półprzejrzystą aurę. W miarę upływu czasu coraz bardziej cichy i opadający miękko na skórę.
Zapach idealny na niemal wszystkie okazje, odpowiedni do tańca i do różańca. Chociaż, co podkreślam, konwencjonalnie urodziwy, zatem fani co większych niszowych dziwaków konieczni powinni go najpierw porządne przetestować. ;)

Trwałość: śmiało dobija do pół doby a w odpowiednio ciepłym powietrzu żyjący nawet kilka godzin dłużej.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (i waniliowa)

Skład:

gardenia, tuberoza, ylang-ylang, róża, drewno sandałowe, wanilia
___
Dziś noszę Tabac Tabou od Parfum d'Empire.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/129659132@N05/16522941831/ [Autor: Ashraf Siddiqui]
2. https://www.flickr.com/photos/nedaandel/18367133303/ [Autorka: Neda Andel]
3. http://www.cafleurebon.com/the-lost-interview-kilian-hennessy-on-back-to-black-and-arabian-nights/

* W końcu sama nie jestem fanką selfie, stąd naturalną powinna być dla mnie chęć do ich krytykowania, zamiast brania w obronę. No ale od czego to moje antropologiczne zacięcie do wyjaśniania rzeczywistości, zamiast traktowania jej pobieżnie? ;]

4 komentarze:

  1. Muszę kiedyś spróbować Selfie i Fougere Bengale ręka w rękę... Mało czuję w nim (Selfie) tytoniu, ale chyba i tak by nie uratował dla mnie tej kompozycji. Coś mnie w niej drażni. Ale nazwa pasuje, muszę przyznać.

    Czy to zdjęcie Panicza sprzed lat? Jeśli tak, to zaiste korzystniej niż obecnie. Choć może to kwestia tego, że ma uniesioną głowę. Jakoś całkiem nieatrakcyjna jest dla mnie ta jego poza na spoglądanie spode łba - pewnie ma być tajemnicza, a w rezultacie akcentuje kiepski do takich póz podbródek. ;)

    A jak Tabac Tabou? Wiążę z nim spore nadzieje... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno to nie jest tytoń bardzo dosłowny, bo taki nie jest na mnie i Bengalczyk,prędzej jego wrażenie, do tego stanowczo nieprzyjemne. Przy Selfie to wrażenie (także czysto chemiczne, faktycznie związane z zapachem FB). I prawda, że nawa wyjątkowo trafna. ;>

      To jest Panicz, chociaż na pierwszy rzut oka faktycznie różni się od swojej współczesnej wersji. Rzeczywiście zyskuje tutaj na tym, że nie przyciskał brody do mostka. ;)

      Tabac Tabou, w odróżnieniu od Fougère Bengale, śliczne i ślicznie tytoniowe! :)

      Usuń
  2. Każdy z wiekiem brzydnie , a kobiety brzydną szybciej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeżeli tak jest w istocie, to z pewnością przed narodzinami, kiedy rozdawali sprawności na resztę życia wolałyśmy stanąć w kolejce po mądrość zamiast po urodę. ;P Na Twoim miejscu też bym wolała (kimkolwiek jesteś).

      Usuń

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )