niedziela, 20 września 2015

Dandys w lawendzie, urwis w wanilii

Widzieliście kiedyś małe dziecko płci męskiej, takiego uroczego trzy- lub czterolatka w stroju dystyngowanego mężczyzny [lub niekoniecznie, w końcu lata mijają i konteksty pewnych ludzkich zachowań oraz przyzwyczajeń ewoluują razem z nimi], na przykład trzyczęściowym garniturze albo białej koszuli, spodniach na szelkach i kaszkiecie?
Ze współczesnego punktu widzenia tak ubrane dziecko postrzegane jest albo jako swego rodzaju miniaturowy dandys, albo tzw. "stary-maleńki" w stroju, który jego pradziadek zaczął nosić dopiero mając co najmniej kilkanaście lat. O rodzicach eleganta myślimy pochlebnie, ponieważ starają się od najmłodszych lat oswajać syna z klasyczną elegancją lub wprost przeciwnie: widzimy w nich snobów czy pozerów, usiłujących przelać na dziecko własne ambicje bądź zapatrywania.

Jednak niezależnie od wyobrażeń, jakie wiążemy z podobnie ubranym dzieckiem, ono samo zapada nam w pamięć. W końcu znacznie różni się od większości kolegów, drepczących po świecie w zwykłych dżinsach, bluzach oraz adidaskach. ;)
Mnie natomiast ów mały dżentelmen przyszedł do głowy, kiedy poznałam perfumy, jakimi być może chętnie skrapialiby go dbający o spójność wizerunku rodzice. ;D

Ów zapach to Lavandula marki Penhaligon's. [Tak, wiem, że z powodu niedawnego przejęcia przez koncern Puig miałam już o nich nie pisać, podobnie jak o produktach l'Artisan Parfumeur czy Editions de Parfums Frédéric Malle, które spotkał podobny los, jednak w tym przypadku usprawiedliwia mnie fakt, że do testów wykorzystywałam perfumy sprzed zmiany właściciela, czego jestem absolutne pewna].

Mieszanina ta rozpoczyna się w sposób niemal idealnie zestrojony z wizją eleganckiego mężczyzny starej daty: surową, wytrawną, iskrzącą się i świeżą lawendą, której od początku towarzyszą poukładane w niewielkie gustowne kopczyki, bliżej nieokreślone zamorskie przyprawy. Jest pikantnie ale też niespodziewanie gładko; z perspektywy czasu wiem, że już w tej chwili swoją magię rozpoczyna lekko pudrowe, jasne piżmo, ni to zwierzęce, ni mydlane w każdym razie świetnie dopasowane do perfum chcących uchodzić za szykownego dandysa sprzed lat. :)
Z czasem przyprawy odrobinę delikatnieją a najważniejszą z nich okazuje się czarny, świeżo zmielony pieprz, wirujący w nozdrzach i łączący się z dominująca lawendą, której dodatek gorzkawych ziół nadaje specyficznego medycznego akcentu. Jednak mieszanina nie pogrąża się w ponurej, okołowojennej kanciastej surowości, nic z tego!

W głębi serca, jakkolwiek by to nie brzmiało, Lavandula okazuje się dziełem jasnym, słonecznym i delikatnym. Nieobca jej delikatna wymowność konwalii, urocza świeżość seledynowych roślinnych soków oraz słodycz. Ta ostatnia początkowo pochodzi z kwiatów, by później z uroczą łatwością poddać się sugestiom wysuwanym przez piżmo. :) I w tym właśnie momencie, gdzieś na styku serca oraz bazy przyprawy i zioła stopniowo godzą się z przegraną dyskretnie odchodząc w cień, zieleń oraz kwiatowa delikatność przemieszczają się przez kompozycję niczym pogodna efemeryda, wciąż prowadząca inne nuty lawenda po raz kolejny zmienia kontekst a z naszej miniaturowej wersji nowoczesnego dandysa stopniowy wychodzi prawdziwa natura. ;)
Piżmo, wspomniany delikatny obłoczek pudru w starym stylu schnie na skórze, zbijając się w śnieżnobiałą, kompaktową skorupkę, która nie potrafi obejść się bez gęstej, budyniowo-proszkowej słodyczy wanilii czy bobu tonka. To właśnie one w zestawieniu z tytułowym składnikiem wody szybko, sprawnie i bezboleśnie ujawniają dziecięcą naturę Lavandulowego elegancika, z którego prędko, w naturalny sposób wyłazi mały psotnik.

Dzieciak wciąż świetnie pamięta charakterystyczny, waniliowo-pudrowy zapach talku przeciw odparzeniom, którym rodzice nie raz i nie sto razy posypywali mu pewną część ciała podczas zmieniania pieluchy. ;) Kto wie, może chłopcu wciąż zdarza się korzystać z tego specyfiku...? Tyle tylko, że obecnie zabiegowi higienicznemu poddaje się w oparach swoich pierwszych, jeszcze nie alkoholowych perfum, wykonanych na specjalne zamówienie i według ścisłych wskazówek jego taty. Szczęśliwie świadomego, że lepiej nie sprawdzać, jak na młodziutkiej, wrażliwej skórze zachowa się kupione na aukcji internetowej lawendowo-paprociowe pachnidło vintage.
Dlaczego jednak jego syn nie mógłby mieć podobnych? Nawet, jeżeli wciąż jest pachnącym wanilią i mlekiem, pudrowo-pieluchowym dzieciakiem. Nieprzemijającej elegancji należy wszak uczyć się już za młodu. :)

Rok produkcji i nos: 2002 lub 2004, ??

Przeznaczenie: zapach uniseksualny lub wręcz dedykowany głównie kobietom, sama jednak nie jestem przekonana do żadnej z tych specyfikacji (do etykietki "zapach męski" również, jeżeli mam być ścisła). Mamy zatem do czynienia z kolejnym pachnidłem stworzonym przede wszystkim dla konkretnych osób, miłośników określonego zestawienia nut, nie dla płci. ;P
Warto również wspomnieć, że Lavandula jest dziełem wyraźnie bliskoskórnym, odstającym od ciała jedynie w pierwszych fazach rozwoju; z bliska jednak cały czas pozostaje żywa i co rusz ocierająca się o receptory węchowe uperfumowanej osoby lub kogoś w jej najbliższym towarzystwie. Ogółu jednak swoją obecnością nie męczy, zatem świetnie będzie nadawać się na okazje dzienne, kiedy nie chcemy przytłaczać innych wonią swoich perfum.

Trwałość: bardzo dobra, w zależności od temperatury powietrza oraz paru innych czynników oscyluje wokół siedmiu do ponad dziesięciu godzin wyczuwalnego życia oraz jeszcze kilka stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-piżmowa (i przyprawowa)

Skład:

Nuta głowy: cynamon, bazylia, czarny pieprz
Nuta serca: lawenda, konwalia, szałwia
Nuta bazy: bób tonka, wanilia, ambra, piżmo
___
Dziś noszę Habanitę od Molinard.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://mispadresmolan.com/protegeles-del-sol-en-verano/
Niestety, mimo dłuższych poszukiwań nie zdołałam znaleźć jej pierwotnego źródła ani nazwiska autora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )