środa, 22 lipca 2015

Tysiące nocy i dni


Dorastałam z nimi, schowanymi między kartami starego egzemplarza Baśni z tysiąca i jednej nocy. Uwielbiałam wpatrywać się w niezwykłe miniatury, podziwiając bogactwo kolorów oraz szczegółów egzotycznych postaci sprzed lat. Będąc małym dzieckiem uważałam je nawet za ilustracje do poszczególnych baśni i - widząc ich tematyczną niezgodność z np. dziejami Ali Baby - starałam się za wszelką cenę odnaleźć jakikolwiek związek przekonana, że on musi istnieć, tylko jest zaszyfrowany. ;)
Dopiero mając jakieś pięć czy sześć lat odkryłam, że ilustracje ze zbioru klasycznych baśni w rzeczywistości pochodzą z nieco innego środowiska; co prawda historycznego, ponieważ przedstawiającego ludzi, którzy naprawdę kiedyś żyli oraz wydarzenia, które faktycznie miały miejsce, lecz jednocześnie tak dawnego i egzotycznego, iż śmiało można było ozdobić nimi teksty bajek.

Jednak trzeba było więcej czasu, żebym zrozumiała jeszcze głębszy sens duetu arabskich opowieści z szesnasto- czy siedemnastowiecznymi indyjskimi miniaturami. To, że ilustracje przedstawiające życie na dworze Wielkich Mogołów, islamskich władców Indii (najpierw północnych, później niemal całego subkontynentu), kiedyś naprawdę powstawały m. in. do ozdoby książek, natomiast same Baśnie z tysiąca i jednej nocy wywodzą się między innymi ze eposów staroindyjskich czy perskich, z baśni arabskich a nawet z mitologii mezopotamskich. Zatem i geograficznie, i kulturowo mariaż słowa z obrazem był jednocześnie przemyślany, naturalny oraz udany. :)


Natomiast dla małej wiedźmy malarskie miniatury z epoki Mogołów stały się dziełami sztuki równorzędnymi z klasycznymi ilustracjami Jana Marcina Szancera, Edmunda Dulaca czy Iwana Bilibina. :) I tylko doszczętnie sczytane lub zoglądane Opowieści z tysiąca i jednej nocy z czasem trafiły w kąt, jako bajki* niegodne "dorosłego" dziecka w wieku okołoszkolnym, skądinąd moszcząc sobie miejsce obok Mitologii Parandowskiego, Eddy Poetyckiej czy zbiorów klasycznych baśni i legend z Polski oraz całego świata.
Lata mijały, podobnie jak niegdysiejsze zmęczenie opowieściami z dzieciństwa, jednak sentyment do zamkniętych w obrazkowej kapsule czasu, prześlicznych i odrobinę nierzeczywistych [z pewnością mniej lub bardziej podkolorowanych] scen z życia Imperium Mogołów cały czas pozostawał żywy.

Dziś na swój prywatny użytek uważam je za coś w rodzaju indyjskiej wersji miniatur z piętnastowiecznych francuskich Bardzo bogatych godzinek księcia de Berry, przedstawiających rzeczywistość zachodnioeuropejskiego późnego średniowiecza w niemal identyczny sposób: jednocześnie reporterski ale i mocno wyidealizowany, nieomal baśniowy (więcej o tym dziele wspominałam w recenzji La Liturgie des Heures marki Jovoy, więc jeżeli ktoś ciekaw, niech kliknie :) ).
Oto dwa światy odległe od siebie w przestrzeni, również i w czasie, a jednak zdumiewająco zbieżne. Zakotwiczone w kodach kulturowych miejsc, w których powstawały ale przy okazji doskonale uniwersalne, czytelne praktycznie w dowolnym miejscu ale też w każdej kolejnej epoce. :) Zatem pasujące do wielu ciekawych okoliczności.

Na przykład do zapachu o nazwie wypożyczonej z bardzo bliskiego Indiom rejonu geograficznego, bo ze Sri Lanki, oddającego hołd najszlachetniejszej, różowej odmianie szafiru, którą dwór Wielkich Mogołów bez wątpienia widywał nie raz i nie sto razy. Padparadscha marki Satellite.
Upojne, wspaniałe przyprawy, gładki sandałowiec z Mysore, pojedyncze strużki kadzidła, gęsta ale słodkawa ambra i... coś jeszcze.


Pachnidło, w kręgach rodzimych miłośników perfum pieszczotliwie nazywane Padpą, jakiś czas temu spotkał los wielu świetnych kompozycji przed nim - przestało być produkowane i obecnie trudno złowić je już nawet z drugiej ręki, na aukcjach internetowych. Cóż, bywa i tak.
Chociaż nie ukrywam, że z punktu widzenia oddanej fanki perfumowej twórczości to nie jest dobra decyzja. ;) Kiedy już zżyjecie się z taką kompozycją, naprawdę ciężko jest przeboleć jej nieodwołalną utratę.

A było się czym zachwycać! Od silnego uderzenia czystych, pikantnych ale zaskakująco łatwych we współżyciu przypraw z pieprzem oraz papryką chilli na czele [chilli na czele ;) ], stopniowo wygładzanych i ochładzanych za pomocą ciemnych, dymnych jagód jałowca, przez nadchodzącą w sercu łagodność pełnego, aksamitnego i miękkiego sandałowca w stylu Tam Dao od Diptyque czy Santal de Mysore Lutensa aż po krystaliczną kadzidlaną ambrę mieszaninę, niczym refren przeplatają pojedyncze strużki kadzidła, łączące się po kolei z poszczególnymi nutami z trzech pięknych, bardzo klasycznych stadiów rozwoju.
Tu i ówdzie pojawi się pikantny kardamon, cynamon albo goździki - w każdym razie przyprawa z dominującym akordem eugenolu - a wtedy Padparadscha zaczyna przypominać cudowny, również indyjski Jaisalmer z kadzidlanego cyklu Comme des Garçons z naprawdę sporym dodatkiem nie tylko drewna sandałowego ale też... kamfory, przez którą do otwarcia mieszaniny wdziera się ożywcza, krystaliczna lecz bardzo niestereotypowa świeżość, z czasem płynnie przechodząca w niemal chłodny, antyseptyczny eugenol. Dzięki niemu omawiana kompozycja niemal od początku naszej znajomości każe mi intensywnie myśleć również o Esprit du Tigre Heeleya.

Cała ta żywiołowa, mieniąca się barwami i światłem orientalna świeżość najpierw dodatkowo podkręca jaskrawe, intensywnie wibrujące przyprawy, by później stopniowo rozpuszczać się w ciepłej, komfortowej, aromatycznej miękkości indyjskiego sandałowca, który w najgłębszej bazie przeistacza się w laboratoryjny, syntetyczny akord ambrowy: lekko słodki, złocisty i ciepły, utkany z ambroksanu, kaszmeranu czy wanilii, subtelny i kojący.

Padparadscha to opowieść o przenikaniu się światów, idealnej harmonii przeciwieństw, niezwykle przestrzenna ale łatwa w użytkowaniu. Układająca się na skórze miękko i naturalnie niczym jedwabny aksamit -  i tak jak zwykły to robić naturalne tkaniny, ogrzewająca nas lub rozkosznie przewiewna akurat wtedy, kiedy tego potrzebujemy.
Niosące otuchę i ukojenie, ujmująco baśniowe pachnidło. Padparadscha to lekarstwo dla duszy.


Rok produkcji i nos: 2003, ??

Przeznaczenie: kompozycja - o dziwno! - dedykowana kobietom. O dziwo, ponieważ współcześnie taki skład niejeden użytkownik perfum uznałby chętnie za "typowo męski" co, jak widać, nawet według producenta jest kompletną bzdurą. :] [Przepraszam, nie mogłam się powstrzymać przed wbiciem tej malutkiej szpileczki ;> ] Jednak ja nie zamierzam nikogo bezsensownie ograniczać, ponieważ Padpa zdecydowanie lepiej wygląda jako klasyczny uniseks z samego środka skali, podobnie jak inne wymienione w recenzji pachnidła.
Charakteryzuje się sporą nośnością i mocą, z czasem redukującą zamaszysty ogon do luźnej, przyjemnej, wirującej aury. Okala ludzkie ciało łagodnie i bez ostentacji, dopiero w głębokiej bazie stając się mieszanką wybitnie bliskoskórną.
Na dosłownie wszytskie okazje, pory dnia oraz roku.

Trwałość: do pół doby wyczuwalnej emanacji oraz dalszych parę zamierania.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa (oraz aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: jagody jałowca, czarny pieprz
Nuta serca: papryka chilli, jaśmin (kamfora i/lub eugenol)
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno cedrowe, akordy ambrowy oraz piżmowy, (kadzidło)
___
Dziś nosiłam Kyoto od Comme des Garçons, ponieważ kadzidła w upał to jest to! :D

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.designsnext.com/14-creative-paintings-mughal-period/
2. https://en.wikipedia.org/wiki/File:Lion_at_rest_Met_1985.221.jpg
3. http://people.cs.nctu.edu.tw/~whtsai/India_2007/Webpages/05%20Major%20Sites%20Pictures/00%20Mandawa%20Castle/Webpages/imagepages/03%20A%20painting%20of%20the%20Mughal%20period%20on%20a%20wall.html

* Tiaaa, bajki... ;> Po tym stwierdzeniu najlepiej widać, że miałam do czynienia z ocenzurowaną wersją Baśni, które pierwotnie pełne są seksu oraz przemocy. Na szczęście przynajmniej ich język nie został zinfantylizowany.

4 komentarze:

  1. Szkoda, że nie miałam okazji powąchać tego szafirka. A może i lepiej, bo pewnie uzależniłabym się od niego... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłby to bardzo prawdopodobny ciąg dalszy. ;)

      Usuń
  2. Pięknie opisany proces "nasiąkania" - mówię o dziecięcym odbiorze ilustracji. Bardzo mi to jest bliskie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Justyno, dopiero teraz zauważyłam Twój komentarz. Bardzo przepraszam.
      Czy opisany pięknie... nie wiem, starałam się. Powiedzmy, że wierzę Ci na słowo. ;) I oczywiście dziękuję. :D Prawda, że starałam sobie przypomnieć myśli i wrażenia typowe dla ówczesnej mnie; ostatnio często przeżywam podobne retrospekcje. To podobno typowe w "strefach przejściowych" naszego życia, pomiędzy jakimiś dwoma etapami. Myślę, że ten wpis jest dla mnie częścią podobnego procesu. :)

      Usuń

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )