Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorissima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dorissima. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 maja 2013

Klimat umiarkowany, Europa, ogród

 A właściwie ogródek, ogródeczek. Żadne wielkie założenia, żadnych wielohektarowych terenów wokół pałaców czy w ramach zieleni miejskiej. Zwykły wiejski ogród, odrobinę przeładowany; projektowany przez naturę, ponieważ zdążył już trochę zdziczeć.

Znalazłam go w pachnidle o nazwie Narziß (występującym też pod nazwą o bardziej uniwersalnej pisowni - Narziss), prosto od wywodzącej się z Niemiec marki Dorissima; choć akurat to na dzień dobry zdradza pisownia tytułu. :)
Ani ciepły ani chłodny, niepokorny dzięki goryczy jednak delikatniejący w zetknięciu z kwiatowo-mlecznym welonem. Ogród jakich miliony; jeśli nie współcześnie, to jeszcze dwadzieścia lub trzydzieści lat temu. Zachwycający banał codzienności.

W otwarciu Narziss to pachnidło gorzkie, soczyście zielone, zaskakujące taninową świeżością. Składa się z jedynej w swoim rodzaju mieszaniny ziół, z silnym piołunem oraz szałwią na czele; twardej a jednak chrupkiej, z pozoru nie do ugryzienia ale wystarczy chwilę poczekać, pozwolić mieszance na ogrzanie ciepłem naszego własnego ciała, by zaczęła mięknąć. A co za tym idzie: delikatnieć,  bez pośpiechu płożąc się wokół nas. Pokrywając przejrzystą, lekko pieprzową (albo paczulowo-wetyweriową) pajęczyną, mieszając zioła w jednolitą, schnącą na słońcu całość, robiąc miejsce pojedynczym, niezbyt wyraźnym kwiatom. I czy to będzie róża, jak chciałyby spisy nut, czy irys lub nagietek - trudno ocenić. Wiem, że to kwiat o woni subtelnej, kontrastowej wobec ziołowej goryczy ale niezbyt skorej do siłowania się z nimi o palmę pierwszeństwa. W ogóle coś mało w Narziss rywalizacji, pragnienia zmian; wszystkie nuty jakby zastygły w pełnej gracji pozie uroczego wiejskiego urwisa (płci dowolnej) z bukolicznych opowiadanek.
Skąd raptem w ogrodzie wziął się urwis (albo urwiska)? Mnie nie pytajcie. ;) Wiem jedynie, że obecność jego lub jej chwilę wcześniej zapowiedziało pojawienie się niezobowiązującej słodkości i mlecznych, delikatnych roślinnych soków. Podobno biorących się z figowych liści, jednak dla mnie to raczej rozłupana palcami niedojrzała figa, z której wycieka białawy, nieco lepki sok. Mało istotne. Ciekawe jest, jak szybko ów sok zastyga, jak prędko łączy się z ziołami oraz kwiatami, uwięzionymi pod wetyweriową pajęczyną.

Oraz ile przyjemności można czerpać z doświadczania chwili, gdy całość staje się jeszcze bardziej ciepła, kiedy ujawnia, że i wewnątrz pachnidła kryje się nieco animalnego ciepła. Odrobinka; akurat tyle, aby zasugerować nam lekkie ambrowo-czystkowe tony, ustawione na jasnych elementach sandałowca i cedru. Bo przecież mamy prawie że lato. ;) Które, choć słoneczne, w klimacie umiarkowanym nigdy nie powinno ścinać nas z nóg, żółcić traw czy męczyć przedłużająca się suszą. :) Winno raczej cieszyć ciepłem (nie męczyć upałem), przesączać się przez tkankę czasu jak przez niezamieszkaną pajęczynę i - docierać ku nam stłumione, odfiltrowane ze wszystkiego, co w tej porze roku złe i męczące.
Powinno być dokładnie takie, jak Narziss. :)

Rok produkcji i nos: 2007, Doris Brugger

Przeznaczenie: zapach stworzony dla mężczyzn, choć dla mnie to spokojny uniseks.
Raczej bliski skórze, typowo dzienny oraz niezobowiązujący.

Trwałość: w granicach pięciu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

piołun, estragon, szałwia, liść figowy, róża, wetyweria, labdanum, drewno sandałowe, drewno cedrowe, bób tonka

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.flickr.com/photos/eric-delcroix/2649549622/in/set-72157606354150816/

piątek, 17 maja 2013

Co my tu mamy?

Perfumy mamy. :D
Niszowe.
Ładne bardziej lub mniej ale na pewno osnute wokół opowieści o miejscach odległych, zatem stymulujących wyobraźnię (abo wspomnienia).

D. S. & Durga, My Indian Childhood

Cóż na to poradzę, że ilekroć wącham te perfumy i pamiętam o ich nazwie (czyli za każdym razem ;) ). myślę o Rudyardzie Kiplingu oraz tysiącach osób jemu podobnych. O dzieciach kolonizatorów, które przyszły na świat i dorastały w gorącym, czasem dusznym, czasem wysuszającym drogi oddechowe klimacie; wśród dźwięków, barw i zapachów nieporównywalnych z niczym na świecie. O małych ludziach na wskroś przenikniętych sztuką oraz folklorem subkontynentu indyjskiego, lecz w takich czy innych okolicznościach wysłanych na chłodne, deszczowe i blade Wyspy Brytyjskie, aby właśnie tam poszukały swojego miejsca w życiu. I być może już nigdy nie wróciły do krainy dzieciństwa.
Próbujących niekiedy (w chwilach przygnębiania czy słabości) przywołać klimat tamtych dni i tamtego świata, za pomocą zmysłów smaku lub zapachu usiłujących zaczarować angielską rzeczywistość, czasami nawet z całkiem zadowalającym skutkiem. Jednak nigdy nie idealnym. Ponieważ odtwarzane przez Europejczyków Indie poza Indiami zawsze będą tylko i wyłącznie zabawą w indyjskość; mirażem dla spragnionych zmysłów oraz rozumu.
Lecz skoro nie ma innej możliwości ponownego zanurzenia się w klimatach dzieciństwa, to dlaczego by nie próbować wspomnianej zabawy...?

Dokładnie tak odbieram My Indian Childhood, o wiele silniej emocjami niż rozumem. Bo też trudno inaczej, kiedy pachnidło tak udanie prezentuje bardzo staroświecką, gęstą, pudrowo-balsamiczno-kwiatową odmianę orientalności. O mocy olbrzymiej, jednak stworzonej w sposób zgodny z wielowiekowymi europejskimi tradycjami perfumiarstwa. Oraz z podobnych składników (tak to czuję). Gdzie kompozycja ściele się na skórze ciężkim, welurowym płaszczem w rdzawym kolorze; otoczona oparami unoszącycmi się znad listków kolendry oraz zwojów cynamonowej kory, spomiędzy słojów schnącego na powietrzu sandałowego drewna oraz upojnymi żywicami. Wyrazista  lecz złudna w swej orientalności. Zamiast koić tęsknotę, tylko ją podsycająca.
I cóż z tego, że długotrwała...?

Skład:
osmantus, champaca, kewda (kwiat pandanowy), jaśmin wielkolistny, paczuli, tytoń, galbanum


Dorissima, Aphrodisiac Parfum Oil Siddhartha

Pozostajemy w Indiach, jednak cofamy się w czasie do epoki Siddharthy Gotamy Buddy. Tak, tego Buddy. :]
No  więc właśnie... Czy ja jestem jakaś dziwna, czy też i Wam zdaje się, że zestawienie w całość buddyzmu z afrodyzjakalnym ponoć olejkiem jest cokolwiek kontrastowe? Nawet nie biorąc pod uwagę treści tekstu promocyjnego (nie wierzę w ani jedno jego słowo), podobne połączenie prowokuje nieprzyjemny zgrzyt poznawczy.
Szczególnie, że zbyt wiele erotycznego potencjału w Siddharcie nie zauważam. :]

Trudno, bym o nadmiar klimatu sprzyjającego miłości mogła podejrzewać olejek o zapachu delikatnym i kremowym, jasnym oraz w gruncie niewinnym. Gdzie początkową przyjemną organiczno-maślaną orzechowość łagodzi delikatny akord tonkowo-waniliowej słodyczy, zaś w bazie chowa się ledwo zasugerowany bukiet delikatnie pachnącego kwiecia. Gdzie jest przyjemnie, lecz trochę nudno.
Co prawda intymnie i bliskoskórnie, lecz tak krótkotrwale, iż w ogóle nie mamy okazji rozczarować się zapachem. Dwie lub trzy godziny - i Siddharty nie ma.
Trochę mało jak na aromat podpierający się tradycjami religii starszej od chrześcijaństwa.

Choć prawdę mówiąc, olejek ów niekoniecznie służy do perfumowania ciała. :)

Skład:
olejek jojoba, grejpfrut, bób tonka, wanilia, bułgarska róża, irys


Jul et Mad, Amour de Palazzo

Z Indii przenosimy się do Wenecji, tego europejskiego miasta, gdzie od stuleci bez trudu można było wywąchać najpiękniejsze z aromatów Wschodu.
I mnie się to właśnie wcielenie Wschodu podoba! :) Nawet bardzo.

Jest aż gęste od przemieszania woni przypraw [gorzka, sypka gałka muszkatołowa, ciemny, pozłocisty szafran w ujęciu zbliżonym do znanego z Saffron Rose marki Grossmith, pikantny lecz już schnący imbir, wibrujący wewnątrz przegród nosowych czarny pieprz], czarnej skórzanej galanterii wędzonej w gęstym, żywicznym dymie, oudu ciemnego i krystalicznego acz konsekwentnie trzymającego się drugiego planu, akordów gorących i cielesnych, obecnych dzięki dodatkom kastoreum, ambry, labdanum, piżma... Gdzie wszystko to umiejętnie - choć również niezbyt gorliwie - rozświetla stare, szlachetne drewno cedrowe (żadnych świeżuteńkich soków w Amour de Palazzo nie znajdziecie), zaś suchej ostrości oraz życia nadaje mieszaninie papirusowy poltergeist. Wszystko to układa się na ciele w jedyną w swoim rodzaju chmurę, oksymoroniczną doskonałość: harmonijną kakofonię. ;)
Bogatą, wysoce stężoną, ekspansywną oraz całkiem trwałą. :) Te perfumy naprawdę warto poznać!

Skład:
goździki (przyprawa), gałka muszkatołowa, imbir, pieprz, drewno cedrowe, fiołek, paczuli, labdanum, skóra, oud, papirus, kastoreum, ambra, piżmo


Jul et Mad, Stilettos on Lex

Z Wenecji szybko przenosimy się na nowojorską Lexington Avenue by posłuchać, jak swego czasu o jej bruk stukały wysokie obcasy Madaliny, współzałożycielki marki. ;]
I gdzie możemy poczuć dużo, naprawdę bardzo dużo słodkiego, aksamitnego w smaku soku z gruszek, wymieszanego z wodnistymi akordami kwiatów, głównie heliotropu (który jednak potrafi być wodny! a to niespodzianka), konwalii, pojedynczych frakcji róży oraz chłodnych fiołkowych liści. Lub irysowego masła, o strukturze przyjemnych, zimnych igiełek. Gdzie słodycz miesza się z uzyskaną laboratoryjnie lekkością upojnych kwiatów, soczystość równoważona jest przez nienachalne, późnowiosenne ciepło. W bazie natomiast otrzymujemy uspokojenie soków, ich powolną przemianę w nektar dzięki słodkiej wanilii oraz rozgrzewającym czekoladowym pudrom z paczuli, dodatkowo otoczonych czystym białym piżmem zaś opartych na mocnym stelażu z drewna cedrowego, równie sędziwego i szlachetnego, co w przypadku Amour de Palazzo.
Bardzo ładna, wyraźna choć jednoznacznie młodzieńcza - i dziewczęca - kompozycja. Do poznania.

A jednak... kiedy pewnego ciepłego dnia nie tak dawno temu spacerowałam po podgórskich polach i łąkach, kiedy zamiast szpilek na ikonicznej ulicy słychać było przede wszystkim chrzęst suchego piasku i ziemi polnej drogi pod moimi sportowymi sandałami, kiedy wdychałam aromaty dojrzałej wiosny, z jej bzami, z przekwitającymi drzewami owocowymi oraz z czeremchą, z wszechobecną a otumaniającą wonią kwiatów rzepaku, z zapachem traw i wszelkiego możliwego zielska, w pewnej chwili wtuliłam nos w przedramię skropione tego ranka Stilettos on Lex. Nigdy przedtem żadne perfumy nie wydały mi się tak sztuczne i wymuszone, tak usilnie starające się stworzyć postindustrialny erzac aromatów natury.
Od tego momentu już nie potrafię na omawianą wodę spojrzeć tak, jak przed włóczęgą po polach.

Skład:
cytryna, gruszka, róża, konwalia, goździk (kwiat), heliotrop, irys, liście fiołka, wanilia, drewno cedrowe, paczuli, piżmo


Profumi del Forte, Tirrenico

Twórcy tej mieszanki chcieli zabrać nas na brzegi Morza Tyrreńskiego - i w pewnych chwilach bardzo mocno czuję, że im się udało. :)
Trudno, żeby było inaczej, kiedy otacza na tak sugestywna woń linii brzegowej: zbutwiałego, wyrzuconego na brzeg drewna, mokrych kamieni, na których odpływ zostawił wodorosty, suszącej się rybackiej sieci - i kiedy wszystko to jest dosłowne lecz w sumie delikatne, przewiane; rozjaśnione południowym jesiennym słońcem, ochłodzone porannym wiatrem, umajone nutą soli selerowej.
Lecz bywają dni, kiedy wonie stają się cięższe oraz głębsze, gdy delikatność ustępuje miejsca żrącym aromatom drzewno-żywicznym, kiedy pojawia się więcej soli oraz tego jedynego w swoim rodzaju zapachu szczątków roślinnych rozkładających się w morskiej wodzie. Gdzie w miejsce lekkiego wiatru od morza pojawia się zimny, smagający wicher oraz słony muł. I wówczas nie jest to już Morze Tyrreńskie, lecz północny Atlantyk, do tego poza sezonem. Nadal jest zmyślnie, niszowo ciekawie, lecz już zdecydowanie mniej noszalnie. ;)

Jakkolwiek nie spojrzeć, Tirrenico to warte poznania, bogate dziwadło. Średnio trwałe, choć to niekoniecznie musi być wada. :)

Skład:
akordy morskie i balsamiczne, dryfujące drewno, gorzka pomarańcza, bergamotka, jaśmin, elemi, koper włoski, bazylia, nuty owocowe, drewno sandałowe, mech dębowy, piżmo


Pięć, a właściwie siedem podróży w niezwykłe miejsca świata.
Jak? Gdzie?
We własnym domu, dzięki wyobraźni oraz węchowi. Czyż to nie piękne? :)
___
W tej chwili noszę Siddharthę, a wcześniej była Umbra marki Ramon Monegal.

niedziela, 21 kwietnia 2013

Kiedy nie miałam internetu...

[A ściślej mówiąc: nie miałam komputera, który znów się rozchorował i w związku z tym trafił do odpowiedniego doktora. ;) ]
No więc pozbawiona dostępu do Sieci nie siedziałam z założonymi rękoma, nie czekałam na wirtualne dostawy natchnienia; testowanie perfum trwało w najlepsze. :) Zaś stosowne wrażenia czym prędzej trafiały do podręcznego kajecika. I teraz chciałabym przekazać Wam, co też z moich testów wynikło...

Dzień pierwszy

Cale Fragranze d'Autore, Ozio

Bardzo delikatny, rachityczny zapach. Rzeczywiście zielony, chociaż tylko troszeczkę; bardziej chyba aromatyczno-drzewny na spokojnej, kremowo cielesnej podstawie z pieprzem. Jednak zanim pojawia się ona, przez moment błyszczy efemeryda kwiatowej słodyczy.
Dziełko trzyma się tuż przy skórze; tak blisko, że nie wiadomo właściwie, kiedy znika całkowicie. Choć mam podstawy by podejrzewać, że dzieje się tak zdecydowanie zbyt szybko.
Perfumy jak Orcio z Nie-Boskiej komedii: zbyt delikatne, nad wiek poważne lecz już zdeprawowane swoistą manierą "wyjątkowości", "kruchości" - oraz innych okołoellenowskich bzdur.

Skład:
rezeda, mastyks, piwonia, irys, pieprz, kwiat muszkatu, drewno cedrowe, drewno sandałowe, piżmo


Dzień drugi

Slumberhouse, Sova

Wbrew nazwie, z sowami wiele wspólnego nie ma. ;) Aczkolwiek wrażenie jakiegoś futurystycznego, cybernetycznego lasu udaje się wychwycić prosto z firmowego sampla.
Niestety, chmurka perfum rozpryśniętych na skórze ową postapokaliptyczną florę zmienia w słonawą, aromatyczną pastę na bazie ziół, kory drzew oraz akordów animalnych. Zresztą całość po jakimś czasie staje się cokolwiek mleczna, lepiej przyklejona do ludzkiej skóry - acz nigdy delikatniejsza. Tyle tylko, że po chwili bardziej sucha, rozsłoneczniona, metaliczna; wbrew literze prawa oraz zdrowemu rozsądkowi oddająca woń traw wypalanych na łąkach (gdyż akord zielony zmienia się w siano a to zaś w spalonkę). Gdzieś w tle ujawnia się słodycz. A wszystko głośne, mocne, dosłowne.
Ambiwalentny niszowy dziwak. Dosyć ciekawy, chociaż niekoniecznie w sytuacji, kiedy poznało się wcześniej ileś tam kompozycji marki. Gdyż na ich tle Sova nie wyróżnia się niczym.

Skład:
pączki topoli, szyszki chmielowe, bób tonka, wanilia, siano, kastoreum, żarnowiec miotlasty, pszczeli wosk, nostrzyk, akacja, ambra


Dzień trzeci

Philly & Phill, Grey

Otwarcie rzęsiście cytrusowe, niczym w dawnych męskich klasykach, z lekka tylko doprawione świeżymi przyprawami (faktycznie odrobinę) oraz galbanum, które jednak wcale się nie zieleni a wyzłaca. Po chwili jednak Grey cichnie, staje się bardziej suchy, ciepły, łagodnie orientalno-drzewny. A po dalszych kilkunastu minutach wygładza go i na powrót ochładza woń jasnoróżowych ozonowych kwiatów, z czasem mieszających się z drewnem oraz złotym galbanum dając całość ładną, łatwą, mainstreamowo męską (tyle, że wyższej jakości). Uroczy banał.
Natomiast dalsze czterdzieści pięć minut później mieszanina staje się bardziej pudrowa, przesadnie gładka, rozjaśniona, zbanalizowana; ni to drzewna, ni słodka, ni orientalna, ni świeżo-aromatyczna. Żadna. ;]
Ot, Szaraczek. :>
Po czterech godzinach od aplikacji niewiele zeń zostaje, po czterech i pół znika bezpowrotnie.

Skład:
gruszka, bergamotka, cytryna, galbanum, magnolia, drewno cedrowe, drewno sandałowe, mech, piżmo


Dzień czwarty

Dorissima, Goldmund

Zaraz, zaraz... Te perfumy naprawdę powstały w roku 2003?
Czy też stanowią nowszą wariację na temat olejku do ciała tej samej marki [i wówczas to on mógłby pochwalić się dekadą życia]?
Pytam, ponieważ Goldmund pachnie całkiem, jak współczesne mieszanki inspirowane zaprzeszłymi klasykami perfumiarstwa; jakby był spowinowacony z Nohibą od Coudray albo Fiori di Capri marki Carthusia - a pochodził w prostej linii od Palomy Picasso edp, od Miss Balmain lub Aromatics Elixir. Tylko w znacznie delikatniejszym wcieleniu, z osłabionymi (acz wciąż całkiem atrakcyjnymi) genami. Taki niby-retroszypr.
Pasta z przypraw, drewna w stylu vintage (ten sandałowiec!), z róż, goździków i jaśminu potraktowanych zgodnie z wyznacznikami sprzed paru dekad; z pokrytego szlachetną patyną combo bliżej nieokreślonych żywic i balsamów, z kilku tłustych waniliowych ziaren, z gładziutkiego lecz szlachetnego pudru na suchej podstawie stworzonej z nut pseudozwierzęcych.
Nie jest to szypr, choć mógłby być. Nie jest to zapach rewelacyjny, choć i tu nic nie stało na przeszkodzie.
Nie jest też zły.
Jest średni.
Po prostu.
Mocą i trwałością również.

Skład:
wanilia, bób tonka, róża, goździk (kwiat), kłącze irysa, nuty pudrowe, drewno sandałowe, benzoes, balsam peruwiański, przyprawy, piżmo


Dzień piąty

Rasasi, La Yuqawam

Hmmm... To będzie prawda krótka i bolesna.
Pachnidło okazało się być kopią klasycznej Coco, tej w przezroczystym flakonie z czarną etykietką. ;)
Z tym, że delikatniejszą o przeszło połowę. W obu kompozycjach wyczuwam ten sam glamourowy ciężar, ten sam "ciemny błysk", identyczny słodki puder, orientalizujący w ewidentnie kobiecym oraz zachodnim stylu. Oba zapachy łączy także łagodny, ciepły oraz drzewny (piękny sandałowiec!) finał na białopiżmowej podstawie.
Tyle tylko, że La Yuqawam ustępuje europejskiej siostrze nawet trwałością oraz mocą. Co jest ewenementem w przypadku dzieł marki (nawet tych westernizujących) - i oto chyba jedyne zaskoczenie piątego dnia testów.

Skład:
bergamotka, kadzidło, cytryna, różowy pieprz, cynamon, ylang-ylang, drewno sandałowe, piżmo


Dzień szósty

Rasasi, La Yuqawam for Men

Długo zastanawiałam się, jaką kompozycję zdublowano w tym przypadku. ;) Bo że jakąś - tego byłam pewna. Tyle, że chłodna analiza mieszanki nie należała do najłatwiejszych zadań. Głównie dlatego, iż trudno było mi obojętnie przejść obok wetywerii dymnej oraz przestrzennej (Le Vétiver od Lubin? Encre Noire Lalique?); nie aż tak przejmującą, jednak zdecydowanie niszową (Mississippi Medicine D. S. & Durga? łagodniejszy Fumidus albo Vétiver Extraordinaire?). Dopiero po chwili zjawił się ciepły drzewny akord, od razu zmącony mocną ale miękką, przypaloną skórą (? może Bois d'Ascèse od Naomi Goodsir?), z czasem coraz silniej zespalającą się z ludzkim ciałem, oprószoną egzotycznymi przyprawami oraz obłożoną gorzkimi żywicami. Zaś im dalej w las, tym bardziej ciepło-cielesnym pachnidło się staje. Żywe oraz inspirujące, o całkiem sporej mocy i sznycie ni to całkiem orientalnym, ni ewidentnie zachodnim.
I nagle: mam! Interlude Man od Amouage! TAK.
Męskie La Yuqawam to jego niemal wierne odwzorowanie, choć o połowę lżejsze (niczym w przykładzie piętro wyżej ;) ) i nie aż tak ziołowe. Trochę szkoda, ponieważ zdążyłam napalić się na te prawdziwie piękne perfumy.
Komu jednak wtórność nie przeszkadza - lub kogo z lekka przerażają koszta zakupu flakonu Amouage - na pewno będzie zadowolony z zakupu. Albo zadowolona. :)

Skład:
malina, tymianek, szafran, kwiat dawana, olibanum, jaśmin, skóra, czarny zamsz, ambra


W zestawieniu pominęłam perfumy, które zasługują na specjalne potraktowanie: George marki Jardin d'Écrivains, Vol d'Hirondelle od LM Parfums, Incense od Avy Luxe, Black Rose Oud od Trish McEvoy oraz...
___
noszone w tej chwili Speakeasy marki Frapin. :)

* * *

Na razie powolutku wracam do recenzowania. Na Wasze listy odpowiem jutro [no dobrze, właściwie to już dziś..]; lub w poniedziałek. A na pewno do środy. ;) Kiedy tylko znajdę kawałek wolnej chwili.