Zapachy piękne i z tradycjami nie mają łatwego życia. Aby utrzymać sprzedaż na zadowalającym poziomie ciągle ktoś grzebie w ich pierwotnej recepturze, bez skrępowania zmieniając składy i proporcje. Pomijając fakt, że oczywiście rozumiem takowe praktyki (bo co tu jest do nie-rozumienia?), chciałabym przy okazji zaproponować jeszcze coś: może by tak napisać na nowo Iliadę i Odyseję, dziś już niemożliwie zetlałe ramoty? Ba, nawet dwudziestowieczne Na Zachodzie bez zmian zdążyło już pokryć się patyną, może i z nim warto zrobić porządek? ;> Albo jeszcze lepiej: zabierzmy się za cały ten niemożliwy jazgot według Bacha i Vivaldiego, zróbmy porządek z paskudztwami pędzla Goyi, z chlapaniną Moneta oraz koślawcami Picassa! Kto to dzisiaj lubi?! Przecież to już od dawna się nie sprzedaje! ;] Prawda?
Prawda?
Niech żyje postęp! Postęp i marketing.
Moje rozgoryczenie bierze się z faktu, że w cieniu reformulacji Chanelowej Piątki oraz Dolce Vita Diora dokonano "unowocześnienia" klasycznej Obsession od Calvina Kleina. Co prawda nie jestem pewna równoległości tych procesów, jednak wiem, że przeprowadzono je w przeciągu dwóch lat. A wszystko po to, by nie wypaść z gry, nie dać się pokonać młodzikom, by przypodobać się pozbawionym własnego gustu konsumentom. Czyż brzęk i szelest nie są warte tego, by podpisać jeden maleńki cyrografik? ;>
Za tę cenę bez żalu namieszamy w głowach wieloletnim, oddanym fanom danej kompozycji. A później, do spółki z wielkimi perfumeriami, ewentualne pretensje klientek zwalimy na przemysł podróbkowy. ;) Beedzie doobrze, Panie!
Tak więc dokonano zmian w recepturze Obsession, niegdyś zapachu gęstszego, bardziej balsamicznego i miękkiego, dziś suchego i krystalicznego. Nadal ciepłego i orientalnego, owszem, jednak oczyszczonego z dotychczasowego przyjaznego, błogiego mroku. Dawna wersja Obsesji dosłownie zwalała z nóg, stając się tym samym perełką w olfaktorycznej kolekcji Kleina. To, co obecnie stoi na półkach perfumerii nadal nie jest złe, pozytywnie odróżnia się od nijakich klonów płytkiej Euphorii tej samej marki [i już wiemy, jaki kierunek obiera CK], jednak nie zmienia to faktu, że nastąpiła zmiana na gorsze.
Jeżeli jednak nie będziemy porównywać, tylko przyjmiemy obecną wariację na temat Obsession z całym dobrodziejstwem inwentarza, czeka nas przyjemna niespodzianka. :)
Można wówczas przyjąć, że pachnidło zmieniało się wraz ze światem, nadal jednak cechuje je niby-egzotyczne (a w istocie bardzo euroatlantyckie) bogactwo, charakterystyczna, przyjemna głębia płynąca z akordów gorących oraz aksamitnych.
Pachnidło gładko zlewające się z naturalnym ciepłem ludzkiego ciała, płynnie przechodzące do stanu niewymuszonej współpracy, właściwie symbiozy.
Z początku poreformulacyjna Obsession jest krystaliczna i przejrzysta, okalająca nosiciela grubym szalem z naturalnej, gryzącej wełny; a właściwie z łagodnie cytrusowych, mandarynkowo słodkich oraz bergamotkowo skórzanych, wspomożonych przez ziołową zieleń oraz kilka szczyp mieszanki orientalnych przypraw. Jest to całość jasna, nieco igiełkowa choć bez wątpienia gęsto utkana. Na pewno interesująca oraz wprawiająca w dobry humor, może nawet piękna?, jednak niekoniecznie w przypadku legendarnej Obsesji. Od niej wymagam dawnej wilgoci i wyrafinowanego światłocienia.
Lecz nie ma powodu do rozpaczy. Te składniki pojawiają się po chwili, kiedy woń przypraw się nasila a przyjemnie staroświecki sandałowiec z paczuli, rozwibrowaną, jasną kolendrą i bukietem upojnych, troszkę pudrowych kwiatów zapewniają upragnioną bujność. Obsession staje się wówczas dziełem nasyconym i już nie tak ruchliwym. Co mnie odpowiada nad wyraz. :) Powoli wraca wszystko to, za co przed laty pokochałam omawiane pachnidło. Pojawia się również podobieństwo do Must od Cartier, kolejna cecha charakterystyczne dawnej Obsesji.
Uff! Można więc odetchnąć z ulgą. Okazuje się, że zamach na Legendę nie był tak wielki, jak się obawiałam. Unowocześniono przede wszystkim otwarcie; tak, by zachęcić do zakupu wszystkie powoli dorastające miłośniczki tandetnej świeżości. ;) Mogło być dużo gorzej (jak w przypadku Piątki).
Ciąg dalszy na szczęście nie dołuje żadnymi poważniejszymi "innowacjami z bożej łaski".
W bazie Obsession w dalszym ciągu jest aromatem silnym, zauważalnym, głębokim oraz nasyconym orientalnym czarem. Dokładnie takim, jakie lubię najbardziej. Ciężkim. Zmysłowym. Pięknym.
Cielesno-drzewno-przyprawowym. Suchym lecz nie prostym. O wyraźnych akordach przypraw, klasycznych drzew, balsamów i żywic, paczuli oraz wetywerii, cywetu z szarą ambrą, przywołanych z oddali duchów staroświeckiego bukietu esencjonalnych kwiatów oraz wyszuszającego całość dębowego mchu; gdzie wszystko powoli zlepia się w jednolitą pastę, nasyconą aromatami swych elementów składowych.
I takie Obsession rozumiem! Takie mnie zachwyca.
Obecny rektor szkoły perfumiarzy Givaudan zaliczył mocny, naprawdę świetny debiut. :)
Rok produkcji i nos: 1985, Jean Guichard
Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, jednak współcześnie mam go raczej za spokojny uniseks (z niewielkim tylko przechyłem w damską stronę). O dużej mocy oraz sillage z czasem coraz mniejszym acz nigdy nie znikającym całkowicie. Na wszelkie okazje.
Trwałość: od dziesięciu godzin do blisko doby (wersja przedreformulacyjna upalnym latem)
Grupa olfaktoryczna: orientalno-przyprawowa
Skład:
Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cytryna, akord zielony, bazylia
Nuta serca: kolendra, akordy przyprawowe, jaśmin, róża, kwiat pomarańczy, drewno sandałowe, drewno cedrowe
Nuta bazy: ambra, wanilia, cywet, wetyweria, paczuli, piżmo, mech dębowy, kadzidło
___
Dziś Truth or Dare od Madonny. ;)
P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://yourchicisshowing.com/2012/06/13/just-one-thing-calvin-klein-obsession/
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Calvin Klein. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Calvin Klein. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 16 sierpnia 2012
środa, 16 listopada 2011
Bo to, co nas podnieca
...to się nazywa kasa, jak śpiewała Maryla Rodowicz.
Pieniądz rządzi, pieniądz radzi, pieniądz nigdy Cię nie zdradzi! ;P
Dla pieniędzy człowiek zrobi wszystko. Nie popełnię chyba zbrodni dorzucając jeszcze jeden cytat, tym razem z Leca: "człowiek ma tę wyższość nad maszyną, że potrafi sam się sprzedać". ;) Oraz sprzedać wszystko każdemu.
Pół biedy, kiedy stara się przehandlować jakość oryginalną. Gorzej, jeśli zajmuje się podróbkami, mniej lub bardziej dosłownymi.
Dlatego dziś będziemy patrzeć na ręce a bić po łapach, lustrować długopisy, piórniki i oparcia krzesełek kolegów z przodu. :) Jako, że nie popieram ściągania. Ludzie, twórzcie co i jak chcecie, byle po swojemu!
W kilku zdaniach, gdyż owe zapachy na więcej nie zasługują (przynajmniej w mojej opinii).
Burberry, Body
Tegoroczna nowość.
Zaraz, zaraz. Tegoroczna? Toż to podkradzione i przepakowane J'Adore od Christiana Diora! Kubek w kubek identyczne; ta sama toksyczność, ten sam płyn do mycia naczyń, taki sam ból przy wąchaniu.
Zbyt łatwy dochód, jeśli weźmiemy pod uwagę, że oryginał, dziś już klasyk, miał dwanaście lat na wypracowanie swej pozycji.
A to w świecie współczesnego perfumiarstwa cała epoka, zaś podpinanie się pod nią pachnie kłamstwem. Nie przekonają mnie nawet różnice w nutach; nie w czasach uwolnionych laboratoryjnie molekuł.
Skład:
frezja, bylica, brzoskwinia, irys, róża, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, wanilia, piżmo, ambra
Calvin Klein, Euphoria
Multiplikujący się potwór. Jeśli odciąć mu łeb, w jego miejsce wyrastają trzy nowe.
Pseudoniewinność terroryzująca pół świata, trzymająca za pysk z siłą batiuszki Stalina. ;> Co mi przypomina?
Wszystko... i nic jednocześnie. ARO perfumiarskiego świata: krawaty wiąże, usuwa ciąże. Twórcza niczym wypracowanie skopiowane z Wikipedii, teczka zgranych klisz. Obecna dosłownie wszędzie.
Wielki Brat czuwa! ;)
Skład:
persymona, owoc granatu, akord bujnej zieleni (czymkolwiek by był), czarna orchidea, lotos, kwiat champaca, czarny fiołek, płynna ambra (?), akord kremowy, mahoń
[jak również oko ropuchy, język traszki, sproszkowane serce smoka oraz krew zapłodnionej pajęczycy ;> ]
Giorgio Armani, Acqua di Gioia
Bogowie, czego to nie przypomina!
Choć powstała w 2010 roku, każe nam przypomnieć sobie o setkach innych wód, z Acqua di Gio z 1995 roku na czele. Kolejna epoka w dziejach współczesnego przemysłu perfumiarskiego.
Niby jeszcze jedno - od przeszło dwu wieków - nawiązanie do klasycznej Eau de Cologne Fariny, niby nic nadzwyczajnego. Tylko dlaczego mam nieodpartą chęć wlać toto do herbaty i wypić? Miałabym jednocześnie grzaniec oraz substytut cytryny, która wczoraj się wzięła i zgniła. ;)
Patrzcie tylko, same zalety! ;>
Skład:
mięta, cytryna, różowy pieprz, piwonia, jaśmin, cukier, labdanum (??), drewno cedrowe
Moschino, I Love Love
Kto marzy o Light Blue Dolcego i Gabbany, lecz obawia się, że domowy budżet podobnego wydatku nie uniesie?
Właśnie takim osobom z pomocą przychodzi Moschino ze swoim Golemem, dla niepoznaki ochrzczonym prawdziwie absurdalnym mianem.
I Love Love [skręca mnie li tylko od samego wypowiadania nazwy ;) ] to zrzynka tak bezczelna, że Burberry może spać spokojnie. Gdzież tam ich Ciału do zimnorybiej podróbki Light Blue!
Choć nie trawię obu bestsellerowych kompozycji, a nawet nie jestem w stanie ich rozróżnić, wiem o trzyletniej różnicy między nimi. Rzecz jasna to Jasnoniebieski przecierał szlaki i wyrabiał sobie markę; I Love Love zjawił się "na gotowe".
[bez różnicy, że za obiema kompozycjami stoi ta sama osoba]
Skład:
grejpfrut, pomarańcza, cytryna, czerwona porzeczka, pieprz, pałka wodna (??), róża herbaciana, konwalia, drewno cedrowe, piżmo
Paco Rabanne, 1 Million
Jak splagiatować własną markę? Czy to w ogóle jest plagiat?
Kwestia dyskusyjna.
Choć w tym przypadku jakoś nie mam wątpliwości. Kiedy, po zaledwie dwóch latach, marka wypuszcza na rynek coś, co jest znacznie słodszą, bardziej toporną wersją innego pachnidła, wówczas pozbywam się obiekcji.
Wszak trzeba kuć żelazo, póki gorące. Komuś brzęk i szelest zbytnio uderzyły do głowy. ;>
Zdecydowanie wolę Black XS, choć nic w tym dziwnego; było wcześniej. ;)
Skład:
czerwona pomarańcza, cytryna, mięta, skóra, cynamon, paczuli, róża, nuty drzewne
Okej. Teraz przyszedł czas na notę redakcyjną. :)
Rozumiem, że poszczególne kompozycje mogą się podobać. Mają prawo, ponieważ istnieją.
Najważniejsze, byśmy to my czuli się w nich swobodnie, by nie krępowały naszych ruchów, niczym cudzy płaszcz podwędzony z szatni. ;) Jeśli tak się nie dzieje, można tylko się cieszyć.
Jednak mnie ów płaszcz uwiera. Głupio mi, że ktoś musi marznąć, bo mnie spodobał się materiał, kolor lub fason.
Najwyraźniej kariera w przemyśle perfumiarskim nie jest mi sądzona. ;>
___
Dziś noszę Delicate marki Boadicea the Victorious.
Mam jeszcze jedną sprawę. Żebyście przypadkiem nie sądzili, że mi przeszło! ;P
Dalej pamiętam o Centaurusie.
Tym razem naszej pomocy oczekuje Bohun:

Zastanawialiście się kiedyś, jaki los czeka Was na starość?
Dobrze, że ludzina ostatnio nie jest zbyt modna. :>
Pieniądz rządzi, pieniądz radzi, pieniądz nigdy Cię nie zdradzi! ;P
Dla pieniędzy człowiek zrobi wszystko. Nie popełnię chyba zbrodni dorzucając jeszcze jeden cytat, tym razem z Leca: "człowiek ma tę wyższość nad maszyną, że potrafi sam się sprzedać". ;) Oraz sprzedać wszystko każdemu.
Pół biedy, kiedy stara się przehandlować jakość oryginalną. Gorzej, jeśli zajmuje się podróbkami, mniej lub bardziej dosłownymi.
Dlatego dziś będziemy patrzeć na ręce a bić po łapach, lustrować długopisy, piórniki i oparcia krzesełek kolegów z przodu. :) Jako, że nie popieram ściągania. Ludzie, twórzcie co i jak chcecie, byle po swojemu!
W kilku zdaniach, gdyż owe zapachy na więcej nie zasługują (przynajmniej w mojej opinii).
Burberry, BodyTegoroczna nowość.
Zaraz, zaraz. Tegoroczna? Toż to podkradzione i przepakowane J'Adore od Christiana Diora! Kubek w kubek identyczne; ta sama toksyczność, ten sam płyn do mycia naczyń, taki sam ból przy wąchaniu.
Zbyt łatwy dochód, jeśli weźmiemy pod uwagę, że oryginał, dziś już klasyk, miał dwanaście lat na wypracowanie swej pozycji.
A to w świecie współczesnego perfumiarstwa cała epoka, zaś podpinanie się pod nią pachnie kłamstwem. Nie przekonają mnie nawet różnice w nutach; nie w czasach uwolnionych laboratoryjnie molekuł.
Skład:
frezja, bylica, brzoskwinia, irys, róża, drewno sandałowe, drewno kaszmirowe, wanilia, piżmo, ambra
Calvin Klein, EuphoriaMultiplikujący się potwór. Jeśli odciąć mu łeb, w jego miejsce wyrastają trzy nowe.
Pseudoniewinność terroryzująca pół świata, trzymająca za pysk z siłą batiuszki Stalina. ;> Co mi przypomina?
Wszystko... i nic jednocześnie. ARO perfumiarskiego świata: krawaty wiąże, usuwa ciąże. Twórcza niczym wypracowanie skopiowane z Wikipedii, teczka zgranych klisz. Obecna dosłownie wszędzie.
Wielki Brat czuwa! ;)
Skład:
persymona, owoc granatu, akord bujnej zieleni (czymkolwiek by był), czarna orchidea, lotos, kwiat champaca, czarny fiołek, płynna ambra (?), akord kremowy, mahoń
[jak również oko ropuchy, język traszki, sproszkowane serce smoka oraz krew zapłodnionej pajęczycy ;> ]
Giorgio Armani, Acqua di GioiaBogowie, czego to nie przypomina!
Choć powstała w 2010 roku, każe nam przypomnieć sobie o setkach innych wód, z Acqua di Gio z 1995 roku na czele. Kolejna epoka w dziejach współczesnego przemysłu perfumiarskiego.
Niby jeszcze jedno - od przeszło dwu wieków - nawiązanie do klasycznej Eau de Cologne Fariny, niby nic nadzwyczajnego. Tylko dlaczego mam nieodpartą chęć wlać toto do herbaty i wypić? Miałabym jednocześnie grzaniec oraz substytut cytryny, która wczoraj się wzięła i zgniła. ;)
Patrzcie tylko, same zalety! ;>
Skład:
mięta, cytryna, różowy pieprz, piwonia, jaśmin, cukier, labdanum (??), drewno cedrowe
Moschino, I Love LoveKto marzy o Light Blue Dolcego i Gabbany, lecz obawia się, że domowy budżet podobnego wydatku nie uniesie?
Właśnie takim osobom z pomocą przychodzi Moschino ze swoim Golemem, dla niepoznaki ochrzczonym prawdziwie absurdalnym mianem.
I Love Love [skręca mnie li tylko od samego wypowiadania nazwy ;) ] to zrzynka tak bezczelna, że Burberry może spać spokojnie. Gdzież tam ich Ciału do zimnorybiej podróbki Light Blue!
Choć nie trawię obu bestsellerowych kompozycji, a nawet nie jestem w stanie ich rozróżnić, wiem o trzyletniej różnicy między nimi. Rzecz jasna to Jasnoniebieski przecierał szlaki i wyrabiał sobie markę; I Love Love zjawił się "na gotowe".
[bez różnicy, że za obiema kompozycjami stoi ta sama osoba]
Skład:
grejpfrut, pomarańcza, cytryna, czerwona porzeczka, pieprz, pałka wodna (??), róża herbaciana, konwalia, drewno cedrowe, piżmo
Paco Rabanne, 1 MillionJak splagiatować własną markę? Czy to w ogóle jest plagiat?
Kwestia dyskusyjna.
Choć w tym przypadku jakoś nie mam wątpliwości. Kiedy, po zaledwie dwóch latach, marka wypuszcza na rynek coś, co jest znacznie słodszą, bardziej toporną wersją innego pachnidła, wówczas pozbywam się obiekcji.
Wszak trzeba kuć żelazo, póki gorące. Komuś brzęk i szelest zbytnio uderzyły do głowy. ;>
Zdecydowanie wolę Black XS, choć nic w tym dziwnego; było wcześniej. ;)
Skład:
czerwona pomarańcza, cytryna, mięta, skóra, cynamon, paczuli, róża, nuty drzewne
Okej. Teraz przyszedł czas na notę redakcyjną. :)
Rozumiem, że poszczególne kompozycje mogą się podobać. Mają prawo, ponieważ istnieją.
Najważniejsze, byśmy to my czuli się w nich swobodnie, by nie krępowały naszych ruchów, niczym cudzy płaszcz podwędzony z szatni. ;) Jeśli tak się nie dzieje, można tylko się cieszyć.
Jednak mnie ów płaszcz uwiera. Głupio mi, że ktoś musi marznąć, bo mnie spodobał się materiał, kolor lub fason.
Najwyraźniej kariera w przemyśle perfumiarskim nie jest mi sądzona. ;>
___
Dziś noszę Delicate marki Boadicea the Victorious.
* * *
Mam jeszcze jedną sprawę. Żebyście przypadkiem nie sądzili, że mi przeszło! ;P
Dalej pamiętam o Centaurusie.
Tym razem naszej pomocy oczekuje Bohun:

I przyszła. Bez uprzedzenia, bez pytania. O bezczelna! Wkradła się w tętent kopyt, wdarła się siwym włosem, i ciężkim oddechem. Nogi nagle zesztywniały, i siła nie ta, choć świst bata wiatr rozdziera jak za dawnych lat. Ona. „Starość”. Nieproszona, niechciana. Niespodziewana... jak zwykle - przyszła nie w porę. Jeszcze za wcześnie.. jeszcze tyle dni miało być przede mną, tyle wiosen na zielonej trawie, tyle życia...
A ona przyszła - i odebrała mi nadzieje. Nie ma starych zasług, przyjacielu. Nie liczy się nic co za mną. Nieważne kim byłem, ani komu służyłem. Nieistotne lata, które poświęciłem swym grzbietem i oddaniem. Wszak jednego nigdy zmienić nie zdołałem - pozostałem tylko zwierzęciem...
W Polsce setki koni wyjeżdża każdego dnia na rzeź. Te stare i spracowane po latach służenia człowiekowi wyrzucane są jak stare przedmioty - bo można na ich uboju jeszcze zarobić. Bo tak jest szybciej i ciszej. No i ekonomiczniej - bo starość się nie opłaca...
Bohun ma ponad 17 lat. Latami pracował w rekreacji wożąc turystów, w sezonie ciągnął bryczkę, a zimą rozwoził węgiel po domostwach. Ale według ludzkiej miary czego by Bohun nie zrobił - nie zasłużył na godną emeryturę. Na żadną.
Kasztan wygina dumnie głowę w nader dużym kantarze, który spada mu ze łba. Przestępuje z nogi na nogę. Na dole wielkie, żelazne kółko od łańcucha pobrzękuje w ciszy obory handlarza. Po nogami gnój. Cicho rży. Starość upokarza...
Możemy ocalić Bohuna i ofiarować mu godną emeryturę pośród ponad 300 ocalonych przez nas koni. Aby tego dokonać musimy zapłacić za jego życie 2100 zł do końca listopada
Zastanawialiście się kiedyś, jaki los czeka Was na starość?
Dobrze, że ludzina ostatnio nie jest zbyt modna. :>
Etykiety:
Armani,
aromatyczne,
Burberry,
Calvin Klein,
Centaurus,
kwiatowe,
mainstream,
Moschino,
owocowe,
Paco Rabanne,
perfumy,
świeże
Subskrybuj:
Posty (Atom)


