Kiedy wiedźma nosi jakieś perfumy trzy dni pod rząd wtedy możecie być pewni, że coś się dzieje. ;) A coś takiego miało miejsce w ciągu ostatnich czterech dni: wyciągnięta na chybił-trafił próbka dosłownie mnie zauroczyła.
Wyjaśniając przy okazji pewną nurtującą kwestię...
Od dawna nie ukrywam, że bardzo, bardzo, bardzo lubię arabskie perfumy z ich wielowarstwowością ciężarem, skomplikowaniem czy wręcz chaosem. Do tego stopnia, że pojawienie się na rynku polskim perfumerii specjalizujących się w sprzedaży produktów z tamtej części świata rozemocjonowało mnie niczym, nie przymierzając, dziecko w dniu świętego Mikołaja. ;]
Znacznie dłużej natomiast nie byłam w stanie pojąć, dlaczego niemała część rodzimych miłośników perfum podchodzi do tworów arabskich perfumiarzy z tak kolosalnym dystansem, motywowanym ponoć tylko i wyłącznie niechęcią do siły bądź charakteru pachnideł [fani odważyli się ujawnić dopiero na fali blogerskiego zachwytu, więc pozwolę sobie chwilowo nie brać ich pod uwagę]. Skąd ta niechęć wobec mocy, ciężaru oraz sporej dawki umowności, jaką siłą rzeczy do arabskich pachnideł musi przyłożyć etniczny przedstawiciel europejskiego kręgu kulturowego?
Odpowiedź okazała się banalnie prosta.
Choć podziwiamy arabeski: mozaikowe, malowane, rzeźbione w drewnie bądź kamieniu, wolimy zachwycać się ich kunsztem w przybliżeniu. Lubimy podziwiać szczegóły, lecz od patrzenia na ogromny, pokryty miniaturowymi formami zdobniczymi ogół bolą nas oczy i cierpimy straszliwie. Za dużo wszytskiego dla bladych, nudnych Europejczyków praktykujących kult IKEI, za dużo. ;> Odrobina Orientu, jakieś zbliżenie na oud czy kadzidło, róża w ciekawym zestawieniu i owszem ale kiedy pokazać nam całą galaktykę roślinno-geometrycznych załamań, kątów, zawirowań, przenikających się wzajemnie światłocieni - oj, wtedy jest ból. Oczu, nosa, mózgu. Istny szok kulturowy.
A mnie się podoba! I będzie podobać; przynajmniej dopóty będę trafiać na takie perełki jak Oud Sharqia marki Ard al Zaafaran [pamiętacie pełne uroku słodkości z Bab al Habayeb? Dzisiejszy bohater jest kolejną propozycją tejże marki]. Aria oudu i sandałowca z wyraźnym różanym tłem.
W otwarciu tytułowy składnik pyszni się czy wręcz puszy, soczysty oraz pełny, otoczony zmysłowymi olejkami z róży i ozłocony pikantnym szafranem, zajadający się słodkościami o bliżej nieokreślonym składzie. Później zmierza w stronę lizolu, ujawniając przy okazji swoje laboratoryjne pochodzenie i w padając w ramiona (równie nienaturalnego) sandałowca. Jeszcze potem oba składniki wyrzucają słodycz daleko poza nawias, stopniowo zagłuszają różę oraz zachęcają szafran, aby swoją pikanterią oparł się o mocne, twarde, nieco metaliczne dwugłowe cielsko.
Im dłużej Oud Sharqia przebywa na ludzkim ciele, tym bardziej jest ciemny, głęboki, nieco gorzki, pełen zadziorów i bruzd. Doprawdy śliczny w swojej oczywistej nie-glamourowości! :) Tutaj nikt niczego nie udaje, nikt nie próbuje nikogo oszukać; liczy się oczywisty magnetyzm nagich, czystych składników. Surowa, smagana gorącym, suchym wiatrem twarz pustynnego podróżnika.
Kiedy ktoś taki marzy o odpoczynku w luksusowym wnętrzu to, zapewniam Was, nie ma na myśli homeopatycznych jednorazówek do samodzielnego złożenia. :]
Rok produkcji i nos: nieznane
Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne o naprawdę olbrzymiej mocy; zarówno projekcja, jak i sillage dają nieźle popalić osobom nieprzyzwyczajonym do podobnych olfaktorycznych klimatów. ;) Co dla mnie jest niewątpliwą zaletą wody. :D
Lecz mimo wszystko oznacza, że musicie dokładnie zastanowić się nad okazjami stosownymi dla Oud Sharqia lub starannie dobierać dawkowanie.
Trwałość: sporo ponad dwunastogodzinna; potrafi dobić do około osiemnastu godzin.
Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna
Skład:
oud, jaśmin (?), róża, drewno sandałowe oraz inne akordy drzewne, przyprawy
___
Dziś Bayolea od Penhaligon's.
P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. http://www.flickr.com/photos/7666975@N03/8181313928 [Autor: Jack Zalium]
2. http://www.flickr.com/photos/35274650@N05/12996210405 [Autor: William]
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ard al Zaafaran. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ard al Zaafaran. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 6 listopada 2014
niedziela, 10 sierpnia 2014
Słodka tajemnica
Jakiś czas temu zwróciłam uwagę na pewien zapach z zestawu próbek podesłanego przez perfumerię Yasmeen. Kiedy jednak chciałam znaleźć więcej informacji na temat owego pachnidła, okazało się, że zadanie należy do trudnych. Pytałam nawet o nie na Fejsbuku [na dziś dowodów brak, bowiem kochany Fejsik usunął już ten konkretny post :] ].Wtedy Jarek S. (pozdrowienia! ;) ) podrzucił mi link do niemieckiego sklepu internetowego, gdzie zawieruszyła się kieszonkowa wersja tychże perfum i można było znaleźć chociaż śladowy opis składu mieszanki.
Uspokojona, że w razie czego będzie gdzie się zwrócić po kilka dodatkowych informacji, zabrałam się za testy. I kiedy dwa tygodnie temu stwierdziłam, że jestem wreszcie gotowa do recenzji, postanowiłam odszukać rzeczoną stronę. A tu... niespodzianka! ;> Zapach prawdopodobnie zniknął ze sklepowego magazynu, zatem i jego podstronę usunięto z Sieci.
W takim przypadku zostało mi już tylko zwrócić się do Pani Justyny Nyczyk z Yasmeen (kolejne pozdrowienia! ;) ) i spytać, co to za tajemniczy gagatek. Dowiedziałam się, iż pachnidło zostało sprowadzone na specjalne zamówienie jednej z klientek perfumerii a mnie po prostu trafiło się trochę z flakonu-dubla, zamówionego przez właścicielkę Yasmeen z czystej ciekawości. O samym zapachu natomiast nie wiadomo Jej zgoła nic. [Przy okazji okazało się jednak, ze w ofercie sklepu pojawiło się inne dzieło od tego konkretnego producenta, Oud Sharqia, które oczywiście z miejsca mnie zainteresowało. :] ]
Tak więc dziś zapraszam na recenzję, złożoną z wrażeń i zgadywanek a dotyczącą pewnego pachnidła, które samo nie wie, czy woli być rozkosznym, ulepnym gourmandem czy też dyskretnym, cienistym i ciepłym orientalem. ;)
Bab al Habayeb marki Ard al Zaafaran.
Otwarcie kompozycji jest dokładnie takie, jak na powyższej ilustracji. Dosłownie, piksel w piksel. :D Kolorowe, intensywne, mocne; słodkie, twarde ale i sprężyste. O silnym ciele, złożone z samego landrynkowo-pudrowego, cukrowo-kwiatowego konkretu.
Ależ tu słodko! Karmel na skraju przypalenia, cukier puder, domowej roboty landrynki pachnące owocowymi sokami i syropem cukrowym a do tego wanilia z bobem tonka, orchidee oraz pyłkowo-duszny ylang-ylang. Może też coś niecoś jaśminu wielkolistnego o dziewczęcym i pełnym, seledynowym zapachu...? Z barwnymi światłami deserowych aromamolekuł w tle. Na pewno całość została ukręcona w jednolitą, tradycyjną dla arabskich perfum, masę: gęstą, ciągnącą się i aromatyczną, otumaniającą. W miarę osiadania na skórze krzepnącą jako krucha, skrystalizowana skorupka.
Perfumy dla małej, beztroskiej dziewczynki lub...
...lub dla młodej dziewczyny, której dusza domaga się już poważniejszego traktowania. :) Dla kogoś, kto akurat zaczął zauważać wielowymiarowość i złożoność świata - zarówno zewnętrznego, jak i gąszczu własnych uczuć oraz emocji - kto dopiero uczy się weń orientować.
Po kilku godzinach trwania lepiący się do skóry, słodki monolit zaczyna się kruszyć. Oczywiście z początku niezauważalnie, potem też dyskretnie i bez pośpiechu ale za to konsekwentnie. :) Olfaktoryczna erozja robi swoje. Dlatego nie dziwi mnie, kiedy po jakimś czasie przysuwam nos do skóry i odkrywam, że deserowość zeszła na drugi (albo i trzeci) plan, zostawiając po sobie co najwyżej wanilię i takie elementy słodyczy, które po dodaniu odpowiednich składników zmieniają się w akord ambrowy. Który zjawia się gdzieś w początkach bazy Bab al Habayeb i trwa, subtelny oraz krągły, pozbawiony wszelkich blizn czy zadziorów. Z czasem skupiający wokół siebie jasną, śmietankową drzewność sandałowca, matową goryczkę teku czy różaną miękkość kaszmeranu, otula ludzkie ciało przytulnym szalem, spowija je smukłą strużką wyjątkowo jasnego dymu. I tylko czasem pozwala ujawnić się czemuś metalicznemu, niepokojąco industrialnemu... To jakaś żywica czy może oud?
Któż to wie? Pomysłodawca, perfumeria Ard al Zaafaran z Dubaju, chciwie strzeże receptury Bab al Habayeb, najwyraźniej objętej najściślejszą tajemnicą. ;)
Nam, zwykłym europejskim szaraczkom, pozostaje tylko cieszyć się prostolinijną radością mikstury, deserowością jej otwarcia oraz drzewną ambrowością ciepłej, łagodnej bazy. :) Po prostu chłonąć wrażenia, spływające na nas z obezwładniającą siłą endorfinowego koktajlu.
Trochę euforii raz na jakiś czas nikomu nie powinno zaszkodzić.
Edycja, 28. 08. 2014, godzina 12:29
Wystarczyło zaledwie kilka dni cierpliwości i oto na stronie perfumerii Yasmeen pojawiło się nie tylko Baab Al Habayeb w regularnej ofercie [na razie jako dekanty do wyczerpania zapasów z testera lecz, zgodnie ze słowami Justyny Nyczyk, zapach cieszy się popularnością wśród klientek; więc mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będzie można liczyć na obecność pełnowymiarowych flakonów :) ] ale też kilka szczegółów odnośnie samego soczku. W tym ramowy skład. Pozwolicie, że uzupełnię o niego podsumowanie recenzji? :)
Rok produkcji i nos: nieznane
Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, unikający typowego (kiedyś) trójstopniowego rozwoju ale ścielący się wokół ludzkiej sylwetki i od razu, bez wstępów przechodzący "do rzeczy". Pierwsze stadia stanowczo nie grzeszą dyskrecją i tworzą nielichy ślad zapachowy, za to później kompozycja cichnie, zmieniając się w typową aurę, raczej bliską ciału.
Wszystko to zdaje się pasować raczej do okazji nieformalnych i wieczorowych, kiedy nie boimy się pachnieć wyraźniej. A nawet bardzo wyraźnie; uważajcie na ewentualne migreny. :]
Trwałość: około dziesięciu godzin wyczuwalnej projekcji i dalszych pięć lub sześć zamierania.
Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (i jeszcze kwiatowa, a co!)
Skład:
malina, morela, gruszka, frezja, wanilia, szara ambra oraz inne akordy ambrowe
___
Dziś noszę Black Dianthus marki Il Profumo.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/78813062203613657/
2. http://500px.com/photo/3207170/candies-by-alexandre-pich%C3%A9
3. http://weheartit.com/entry/59851004
Uspokojona, że w razie czego będzie gdzie się zwrócić po kilka dodatkowych informacji, zabrałam się za testy. I kiedy dwa tygodnie temu stwierdziłam, że jestem wreszcie gotowa do recenzji, postanowiłam odszukać rzeczoną stronę. A tu... niespodzianka! ;> Zapach prawdopodobnie zniknął ze sklepowego magazynu, zatem i jego podstronę usunięto z Sieci.
W takim przypadku zostało mi już tylko zwrócić się do Pani Justyny Nyczyk z Yasmeen (kolejne pozdrowienia! ;) ) i spytać, co to za tajemniczy gagatek. Dowiedziałam się, iż pachnidło zostało sprowadzone na specjalne zamówienie jednej z klientek perfumerii a mnie po prostu trafiło się trochę z flakonu-dubla, zamówionego przez właścicielkę Yasmeen z czystej ciekawości. O samym zapachu natomiast nie wiadomo Jej zgoła nic. [Przy okazji okazało się jednak, ze w ofercie sklepu pojawiło się inne dzieło od tego konkretnego producenta, Oud Sharqia, które oczywiście z miejsca mnie zainteresowało. :] ]
Tak więc dziś zapraszam na recenzję, złożoną z wrażeń i zgadywanek a dotyczącą pewnego pachnidła, które samo nie wie, czy woli być rozkosznym, ulepnym gourmandem czy też dyskretnym, cienistym i ciepłym orientalem. ;)
Bab al Habayeb marki Ard al Zaafaran.
Otwarcie kompozycji jest dokładnie takie, jak na powyższej ilustracji. Dosłownie, piksel w piksel. :D Kolorowe, intensywne, mocne; słodkie, twarde ale i sprężyste. O silnym ciele, złożone z samego landrynkowo-pudrowego, cukrowo-kwiatowego konkretu.
Ależ tu słodko! Karmel na skraju przypalenia, cukier puder, domowej roboty landrynki pachnące owocowymi sokami i syropem cukrowym a do tego wanilia z bobem tonka, orchidee oraz pyłkowo-duszny ylang-ylang. Może też coś niecoś jaśminu wielkolistnego o dziewczęcym i pełnym, seledynowym zapachu...? Z barwnymi światłami deserowych aromamolekuł w tle. Na pewno całość została ukręcona w jednolitą, tradycyjną dla arabskich perfum, masę: gęstą, ciągnącą się i aromatyczną, otumaniającą. W miarę osiadania na skórze krzepnącą jako krucha, skrystalizowana skorupka.
Perfumy dla małej, beztroskiej dziewczynki lub...
...lub dla młodej dziewczyny, której dusza domaga się już poważniejszego traktowania. :) Dla kogoś, kto akurat zaczął zauważać wielowymiarowość i złożoność świata - zarówno zewnętrznego, jak i gąszczu własnych uczuć oraz emocji - kto dopiero uczy się weń orientować.
Po kilku godzinach trwania lepiący się do skóry, słodki monolit zaczyna się kruszyć. Oczywiście z początku niezauważalnie, potem też dyskretnie i bez pośpiechu ale za to konsekwentnie. :) Olfaktoryczna erozja robi swoje. Dlatego nie dziwi mnie, kiedy po jakimś czasie przysuwam nos do skóry i odkrywam, że deserowość zeszła na drugi (albo i trzeci) plan, zostawiając po sobie co najwyżej wanilię i takie elementy słodyczy, które po dodaniu odpowiednich składników zmieniają się w akord ambrowy. Który zjawia się gdzieś w początkach bazy Bab al Habayeb i trwa, subtelny oraz krągły, pozbawiony wszelkich blizn czy zadziorów. Z czasem skupiający wokół siebie jasną, śmietankową drzewność sandałowca, matową goryczkę teku czy różaną miękkość kaszmeranu, otula ludzkie ciało przytulnym szalem, spowija je smukłą strużką wyjątkowo jasnego dymu. I tylko czasem pozwala ujawnić się czemuś metalicznemu, niepokojąco industrialnemu... To jakaś żywica czy może oud?
Któż to wie? Pomysłodawca, perfumeria Ard al Zaafaran z Dubaju, chciwie strzeże receptury Bab al Habayeb, najwyraźniej objętej najściślejszą tajemnicą. ;)
Nam, zwykłym europejskim szaraczkom, pozostaje tylko cieszyć się prostolinijną radością mikstury, deserowością jej otwarcia oraz drzewną ambrowością ciepłej, łagodnej bazy. :) Po prostu chłonąć wrażenia, spływające na nas z obezwładniającą siłą endorfinowego koktajlu.
Trochę euforii raz na jakiś czas nikomu nie powinno zaszkodzić.
Edycja, 28. 08. 2014, godzina 12:29
Wystarczyło zaledwie kilka dni cierpliwości i oto na stronie perfumerii Yasmeen pojawiło się nie tylko Baab Al Habayeb w regularnej ofercie [na razie jako dekanty do wyczerpania zapasów z testera lecz, zgodnie ze słowami Justyny Nyczyk, zapach cieszy się popularnością wśród klientek; więc mam nadzieję, że w niedalekiej przyszłości będzie można liczyć na obecność pełnowymiarowych flakonów :) ] ale też kilka szczegółów odnośnie samego soczku. W tym ramowy skład. Pozwolicie, że uzupełnię o niego podsumowanie recenzji? :)
Rok produkcji i nos: nieznane
Przeznaczenie: zapach stworzony dla kobiet, unikający typowego (kiedyś) trójstopniowego rozwoju ale ścielący się wokół ludzkiej sylwetki i od razu, bez wstępów przechodzący "do rzeczy". Pierwsze stadia stanowczo nie grzeszą dyskrecją i tworzą nielichy ślad zapachowy, za to później kompozycja cichnie, zmieniając się w typową aurę, raczej bliską ciału.
Wszystko to zdaje się pasować raczej do okazji nieformalnych i wieczorowych, kiedy nie boimy się pachnieć wyraźniej. A nawet bardzo wyraźnie; uważajcie na ewentualne migreny. :]
Trwałość: około dziesięciu godzin wyczuwalnej projekcji i dalszych pięć lub sześć zamierania.
Grupa olfaktoryczna: gourmand-orientalna (i jeszcze kwiatowa, a co!)
Skład:
malina, morela, gruszka, frezja, wanilia, szara ambra oraz inne akordy ambrowe
___
Dziś noszę Black Dianthus marki Il Profumo.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/78813062203613657/
2. http://500px.com/photo/3207170/candies-by-alexandre-pich%C3%A9
3. http://weheartit.com/entry/59851004
Etykiety:
Ard al Zaafaran,
gourmand,
kwiatowe,
orientalne,
perfumy
Subskrybuj:
Posty (Atom)






