Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Juniper Ridge. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Juniper Ridge. Pokaż wszystkie posty
sobota, 21 czerwca 2014
Sięgnąć do natury, cz. 3
Z okazji Nocy Kupały postanowiłam zająć się dwoma ostatnimi ze znanych mi zapachów marki Juniper Ridge. Dlaczego? To chyba jasne. :)
Przy okazji wyznam, że szkoda mi będzie rozstawać się z tym ciekawym konceptem. Trzeba będzie zapolować na nowe pachnidło marki. :) I coś jeszcze; być może. O ile czas mi pozwoli.
Jednak póki co zapraszam do czytania!
Siskiyou [czyt. Siskju :) ] to nazwa jeziora w północnej Kalifornii, które zresztą dało nazwę całemu hrabstwu. W kanionie rzeki Sacramento, u stóp góry o wdzięcznej nazwie Shasta [zawsze mnie ciekawi, czym właściwie. :P Nie wiedziałam, że góry mają jakieś dochody. ;) ]. Trzeba przyznać, że ładnie tam.
Tak ładnie, że nie dziwota, iż przyroda miejsca dała początek pachnidłu o nazwie (a to ci niespodzianka!) Siskiyou.
Ta odsłona projektu okazała się wyjątkowo drzewna ale też jasna oraz, niestety, ulotna. Zapach znika z mojej skóry w nieco ponad godzinę. Jednak póki trwa, czaruje intrygującym kontrastem pomiędzy ciepłem przyprawionych cedrowych drzazg a chłodem wiatru czy cokolwiek morskich nut ozonowych, wyczarowując zeń miłą dla powonienia głębię oraz przestrzeń; w sam raz pomiędzy ośnieżonym górskim szczytem i odbijającą promienie słoneczne taflą jeziora a cienistymi, przesyconymi aromatem żywicy i ziół lasami. Pogoda i chłód, bogactwo pozornie sprzecznych elementów składowych, które układają się w doskonałą, harmonijną całość.
Jestem skłonna uwierzyć, że ze wszystkich zapachów Juniper Ridge, to własnie Siskiyou najpełniej realizuje założenia projektu. :) Nieoczekiwanie okazało się także najbardziej "moje" ze wszystkich dzieł JR. Kiedy wącham te perfumy, czuję.. spokój. Harmonię. Doskonałość. Słyszę nawet melodię. Zaskakująco intymną, wspaniale zestrojoną z zapachem. :)
Gdyby tylko jego trwałość okazała się lepsza...!
Na szczęście ostatni z zapachów na mojej liście, Yuba River, pod tym względem prezentuje się troszkę lepiej. ;) Odziedziczywszy nazwę po kalifornijskiej [oczywiście! ;) ] rzece, kompozycja mogłaby chyba pochwalić się też jej energią.
Oto płynie sobie wartko ale pogodnie przez aromatyczne lasy, omija głazy z kępką ciepłego mchu gdzieś po północnej stronie, za to sama jest chłodna. Podobno powinna być wręcz lodowata, jednak na mojej skórze wszelkie zimno mieszaniny znika, gdy ozonowe nuty przesączają się powoli przez filtr leśnego poszycia, pokrytego obumarłymi igiełkami jodły. Do tego wszystkiego dochodzą suszone na słońcu cedrowe deski, które z czasem ewoluują w ściany niemłodej leśnej chaty z bali, ogrzewanej aromatycznym żarem z kominka.
Chłód i woda wyparowują z mojej skóry w przeciągu kwadransa, stopniowo ujawniając miękkie, poniekąd kaszmeranowe drzewne ciepło z odrobiną gorzkich ziół w tle.
Kiedy Yuba River zanika, po prostu rozjaśnia się, pozwala prześwietlić promieniom słonecznym, niczym dobra zjawa, rozpływająca się w słońcu poranka. ;) Cóż, nie da się ukryć, że to bardzo poetycka kompozycja. :P Odnoszę wrażenie, że świetnie pasowałaby do niej ta melodia.
Siskiyou
Rok produkcji i nos(y): 2012, Hall Newbegin oraz jego ludzie
Przeznaczenie: jak poprzednie pachnidła z serii Backpacker's Cologne, także i moi dzisiejsi bohaterowie okazali się uniseksualni, stosowni bardziej dla określonego typu ludzi aniżeli ich płci. :)
Siskiyou przez swoją mizerną trwałość nie ma kiedy rozwinąć skrzydeł, więc od początku do końca pozostaje dziełem bliskoskórnym. Dobrym na każdą okazję, o ile tylko będziecie mieli możliwość dopachniania się co godzinę. ;)
Trwałość: jak napisałam, nie dłuższa niż sześćdziesięciominutowa.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Profil zapachowy:
rozgrzewający imbir, pikantny cedr, dryfujące drewno, cytrusy, głęboki las iglasty, góry oraz rzeki bez końca
Yuba River
Rok produkcji i nos(y): ??, ekipa Halla Newbegina
[kurczę! Przez trzy wpisy i kilka dni przygotowań zdążyłam wykuć to nazwisko na blaszkę. ;) ]
Przeznaczenie: uniseks dla miłośników natury oraz górskich wędrówek w nieznane. :) Na wszystkie okazje, choć idealne wydaję się te nieformalne.
Trwałość: do trzech godzin.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Profil zapachowy:
konary cedru, żywica sosny smołowej, rzeki lodowcowe, zalane słońcem głazy, przytulna chara w Sierra Nevada z zapachem zimy tuż za progiem.
___
Dziś nadeszła pora na Élise marki Rancé.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://juniperridge.tumblr.com/post/62104043177/our-new-website-is-up-at-www-juniperridge-com-we
2. http://mtshastavacationrentals.com/
3. http://www.california-travels.com/2010/07/21/bridgeport-gold-country/
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
Juniper Ridge,
perfumy
piątek, 13 czerwca 2014
Sięgnąć do natury, cz. 2
Wyruszają w góry...
Zbierają dziką roślinność...
Destylują naturalne zapachy.
Z których następnie tworzą kompozycje zapachowe. I już! Oto cała filozofia marki. :) Ujmująca w swej prostocie oraz autentyczności nawet, jeżeli nie całkiem pokrywa się z prawdą. ;) [Nie mam na to żadnych dowodów ale współczesność nauczyła nas wszystkich podchodzić z dystansem do podobnych deklaracji. Wszak składa je co druga marka niszowa a w rzeczywistości ich perfumy tworzone są z powszechnie dostępnych syntetycznych aromamolekuł].
Dziś zajmę się kompozycjami z serii stworzonej do perfumowania ludzkiego ciała i zatytułowanej Backpacker's Cologne, co można przetłumaczyć luźno na Pachnidła Włóczykijów. :D [Albo Trampów lecz wyraz ten ma w języku polskim lekkie zabarwienie negatywne a do tego nazbyt trąci myszką]. Podobnie, jak perfumy do pomieszczeń także i ten cykl cechuje szczególna dosłowność klimatów leśno-górskich. Widać, że odtwarzano je z pietyzmem ale i miłością. A takie podejście procentuje, ponieważ takiego huraganu pozytywnej energii, jaki wyczuwam we wszystkich znanych mi mieszaninach marki, nie sposób zignorować. :) Jej część spływa i na mnie, zachęcając po podzielenia się Wami bardziej impresją na temat poszczególnych wód, niż jej suchym opisem.
Niech więc będzie i tak.
Zgodnie z kolejnością alfabetyczną na pierwszy ogień wystawiam Big Sur, czyli Wielkie Południe z wybrzeży środkowej Kalifornii. Tam podobno gdzie nie spojrzeć, rozpościera się przed nami oszałamiający widok. Nic dziwnego, że ekowłóczędzy Halla Newbegina nasycili swoje oczy i nozdrza wrażeniami z owego zakątka Ziemi a następnie zaklęli klimat Big Sur w jednym ze swoich dzieł.
Jak więc pachnie nadmorski raj z zachodu USA? Przede wszystkim surowo, jak każde inne dokonanie Juniper Ridge. ;) Poza tym jednak wyczuwam sporo aromatycznych ziół w rodzaju tymianku lub szałwii, rozgrzaną słońcem korę drzew iglastych, skały, po który pną się porosty a to wszystko przenika chłodne powietrze znad oceanu. Oczywiście słone. :) Później pachnidło staje się coraz bardziej ciepłe i eteryczne, pojawia się więcej akcentów drzewnych, ciemniejszych oraz bardziej balsamicznych aniżeli prosta kora bliżej nieokreślonego iglaka. Zauważam także zapach wosku oraz kamfory, ślicznie wplecione w ciepłe zapach roślin, skał a także - co za niespodzianka! - skórzanej galanterii. ;) Skórzane plecak oraz buty to chyba nieodłączna nuta zapachów Juniper Ridge i w Big Sur nie mogło ich zabraknąć. To one zresztą odpowiadają za rozkład woni w ostatnich fazach rozwoju mieszaniny: wokół skóry, kamfory i subtelnych drzewnych oparów układają się zioła, nuty ozonowe a także oddające żar promieni słonecznych skały.
Zapada wieczór.
Piękna, spokojna kompozycja, do której dźwiękowo pasowałaby mi chyba tylko Enya. :)
Caruthers Canyon odziedziczył nazwę po kanionie w kalifornijskiej części pustyni Mojave. Z której aurą jesteśmy wszyscy całkiem nieźle zaznajomieni, choćby za pośrednictwem klasycznych westernów. ;) Możemy więc bez większego trudu wyobrazić sobie tamtejszy krajobraz: brązowe pastele skał i pyłu pod bezlitosnym turkusowym niebem; sukulenty, kaktusy, palmy; pumy, kojoty, skorpiony, grzechotniki czy tarantule. Słodkie, milusie miejsce do życia. ;] Na fotografiach potrafi jednak zachwycić. Szczególnie tych robionych nocną porą. :)
Trzeba Wam wiedzieć, że omawiane pachnidło świetnie oddaje dwoistość surowego klimatu: jego nieludzkość ale i piękno. Życie na pustyni nie jest zbyt efektowne, nie pcha się nam w oczy niczym łatwe piękno lasów równikowych - ale kiedy już istnieje, trwa na całego. ;) Kwitnące kaktusy żyją nieporównanie intensywniej i pełniej aniżeli róże w naszych ogrodach. Właśnie to możemy poczuć w Caruthers Canyon. Drzewne soki oraz mięsiste liście; konary, które wydają się uschnięte ale wystarczy tylko poczekać na odpowiednią porę roku a ich końce pokryją się dyskretną zielenią. :) Roślinność sucha ale też esencjonalna tak, że bardziej już się chyba nie da. Od świeżego, ostrego otwarcia z surowej żywicy oraz niskopiennych bylic, wbijających się w nozdrza szybko i gładko niczym kolce, przez tak subtelny że niemal widmowy kadzidlany (?) dymek aż po wysuszone deski z drzew iglastych oraz nieodłączny akord skórzany, wszystko ciepłe ale nie gorące, Caruthers Canyon pozostaje kompozycją odważną i zdecydowaną ale tez zaskakująco płochliwą. Wystarczy dmuchnąć - a jej już nie ma!
Takie życie jest szokująco kruche ale przecież intensywne aż do bólu, w pełni świadome swojego losu a przez to odważne. Perfumy głębokie, stapiające się z ludzką skórą i ulotne wydają się znakomicie rozumieć przekaz mówiący, że jesteśmy tylko Pyłkiem na wietrze. :)
Dziś napisać więcej już nie zdołam, zatem na opis dwóch ostatnich pachnideł Juniper Ridge musicie trochę poczekać. Pojawią się być może jeszcze w tym tygodniu.
Big Sur
Rok produkcji i nos(y): ??, Hall Newbegin z ekipą
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, skalibrowany pod osobowość potencjalnego użytkownika, nie pod jej lub jego płeć. Świetny na wszelkie okazje nieformalne.
Trwałość: w porywach do czterech godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Profil zapachowy:
słone powietrze, czaparal we mgle: wawrzyn, dąb karłowaty, przypalony miód, kamfora, szałwia, powietrze znad gór i oceanu
Caruthers Canyon
Rok produkcji i nos(y): 2012, ekipa Halla Newbigina
Przeznaczenie: także uniseks dla miłośników wędrówek na łonie natury oraz sympatyków podobnego stylu życia. :) Również idealnie sprawdzi się podczas wszelkich okazji nieoficjalnych oraz półoficjalnych [suchość i głębia zapewniają pachnidłu odrobinę urzędowego sznytu].
Trwałość: w porywach do trzech godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna
Profil zapachowy:
soki pustynnej sosny, pustynny cedr, bylica
___
Dziś noszę Wood Mystique od Estée Lauder
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
4. http://www.seatosummitworkshops.com/big-sur-photos/
5. http://johndottaphotography.com/galleries/nocturnes/
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
Juniper Ridge,
perfumy
niedziela, 8 czerwca 2014
Sięgnąć do natury, cz. 1
Przeraziła mnie liczba perfum czekających w kolejce do opisania. Wśród nich sporo takich, których recenzje zamieścić po prostu muszę (inaczej się uduszę). ;) Bez nich nie wyobrażam sobie własnego bloga.
Wśród takich kwiatków można znaleźć dzieła amerykańskiej organicznej marki Juniper Ridge, dla której twórców priorytetem jest tworzenie dzieł dalekich od wyobrażeń luksusu, high life oraz glamour, za to opartych o składniki zbierane podczas wędrówek po górach i destylowane w warunkach biwakowych. Prawda to czy nie, musicie przyznać, że opis projektu brzmi zachęcająco. Jak dla mnie to nawet bardzo. :D
Recenzje ich dokonań zacznę nietypowo, bo od perfum do pomieszczeń - lub raczej, jak chcieliby twórcy, do chat. ;) [Dziwni z nich ludzie, bo przecież drewniane domy same z siebie pachną tak pięknie, iż zbrodnią byłoby zatuszowywanie tej woni]. Z braku możliwości zastosowania perfum zgodnie z przeznaczeniem, zdecydowałam się przetestować je na skórze. Jest to dosyć ryzykowne posunięcie, wszak zapach stworzono do rozpylania w powietrzu, nie do interakcji z ludzkim ciałem. Lecz przecież nie byłoby to pierwszy raz, gdy sprej do pomieszczeń użyty zostaje bezpośrednio na skórę; wystarczy przypomnieć o sukcesie "perfum dla domu" stworzonych przez markę Diptyque we współpracy z Johnem Galliano i namiętnie stosowanych przez perfumomaniaków z całego świata.
Zatem i ja postanowiłam wyjść ze sztywnych ram myślenia o perfumach do ciała i dla domu, by przetestować dwie intrygujące kompozycje. :)
Cascade Glacier, Lodowiec Kaskadowy otrzymał nazwę po Górach Kaskadowych, formacji z zachodniej części Ameryki Północnej, wchodzącej w skład Kordylierów. Ma być esencją woni lasów w stanie Oregon, wydestylowanych z kory drzew iglastych, z mchu, grzybów, ziół i traw oraz wszystkiego, co zainteresowało ekipę Halla Newbegina. Jak pachnie ta mieszanka?
Ano.. dosyć nietypowo, kiedy weźmie się pod uwagę jej nazwę. ;) Po lodzie, szczególnie z górskich lodowców, oczekiwałabym... no zimna, przede wszystkim. :D Mrozu. Interesującego ujęcia nut ozonowych, otoczonych przez przywiane górskim wiatrem aromaty lasu. I całość nawet tak właśnie się zaczyna: ostro z dominantą lekkiego chłodu oraz ogromnej przestrzeni. Żywicami i drzazgami drzew iglastych, gorzkimi ziołami tuż przy porostach pnących się wśród niskich form skalnych; nieco grzybni. W ogóle całość wyraźnie nawiązuje do nieodżałowanej l'Eau Trois marki Diptyque, dzieła pięknego ale kadzidlanego. Powiązanego z żywiołem ognia, nie z wodą, tym bardziej zmrożoną.
Tymczasem w Cascade Glacier wraz z upływem minut to właśnie żaru jest najwięcej, iskier sypiących się z ogniska, kiedy dorzucić do niego kolejne świeże, żywiczne polano. Florystyczna "drobnica", cała roślinność łąkowa i poszycie leśne, wszystkie one z czasem znikają w oparach ostrego ale przyjemnego dymu. Zaś cała "lodowcowość" mieszaniny ogranicza się do chłodnej porannej rosy, rozścielającej się na terenie górskiego biwaku ekologicznych poszukiwaczy przygód i miłośników natury.
Zapach piękny ale niezbyt chłodny. Z wiernością nazwie raczej krucho. ;)
Podobnie wygląda sprawa z Inyo, pachnidłem do pomieszczeń, które swoją nazwę zawdzięcza Inyo National Forest, lasom na granicy Kalifornii oraz Newady, będącym zresztą popularnym rezerwatem przyrody. Tu również mamy spotkać się z destylatami poszczególnych części drzew iglastych, grzybów, niskiej roślinności, tym razem z dodatkiem smoły czy skórzanych przedmiotów. Lecz wiecie co?
Bla, bla, la!
Ten zapach nie odzwierciedla wędrówki po leśnych bezdrożach ale jest kwintesencją tak przyjemnych, że aż błogich chwil w drewnianym domku w głębi lasu. ;) Całkowicie mnie oczarował!
Od początkowego delikatnego, niemal nieśmiałego kadzidła, które stopniowo przechodzi w słodkawą pełnię aromatów żywic i drzazg, których dodatek dziegciu i gorzkich ziół nie wyostrza ale co najwyżej dodaje smaczku, aż po ciepło rozgrzanych kamieni kominka, obrosłych grubą warstwą tłustej sadzy - przez cały ten czas Inyo pyszni się na mojej skórze, łącząc jej molekuły z dobrej roboty praktyczną galanterią a także opisanymi aromatami drzew. Otumania mnie oraz zachwyca. Plącze język i myśli. Układa się na ciele miękką i przytulną, niezbyt grubą warstwą, która - jestem tego pewna - bez problemu zmieniła się w grubą i szczelną zapachową zbroję, gdybym tylko dała pachnidłu szansę, obficie spryskując się zawartością firmowego pojemnika.
Jednak nie daję, chcąc cieszyć się delikatną nieustępliwością woni natury przeplatających się z preindustrialnymi śladami ludzkiej działalności. I jest mi cudownie! Inyo to zapach piękny aż do granic kiczu. Obrzydliwie pocztówkowy.
Chciałabym stać się jego częścią.
Dziś nosiłam właśnie Inyo.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/trubblewithacapitalt/6394206415/
2. https://www.lenscapesllc.com/content/log-cabin-autumn-color
Wśród takich kwiatków można znaleźć dzieła amerykańskiej organicznej marki Juniper Ridge, dla której twórców priorytetem jest tworzenie dzieł dalekich od wyobrażeń luksusu, high life oraz glamour, za to opartych o składniki zbierane podczas wędrówek po górach i destylowane w warunkach biwakowych. Prawda to czy nie, musicie przyznać, że opis projektu brzmi zachęcająco. Jak dla mnie to nawet bardzo. :D
Recenzje ich dokonań zacznę nietypowo, bo od perfum do pomieszczeń - lub raczej, jak chcieliby twórcy, do chat. ;) [Dziwni z nich ludzie, bo przecież drewniane domy same z siebie pachną tak pięknie, iż zbrodnią byłoby zatuszowywanie tej woni]. Z braku możliwości zastosowania perfum zgodnie z przeznaczeniem, zdecydowałam się przetestować je na skórze. Jest to dosyć ryzykowne posunięcie, wszak zapach stworzono do rozpylania w powietrzu, nie do interakcji z ludzkim ciałem. Lecz przecież nie byłoby to pierwszy raz, gdy sprej do pomieszczeń użyty zostaje bezpośrednio na skórę; wystarczy przypomnieć o sukcesie "perfum dla domu" stworzonych przez markę Diptyque we współpracy z Johnem Galliano i namiętnie stosowanych przez perfumomaniaków z całego świata.
Zatem i ja postanowiłam wyjść ze sztywnych ram myślenia o perfumach do ciała i dla domu, by przetestować dwie intrygujące kompozycje. :)
Cascade Glacier, Lodowiec Kaskadowy otrzymał nazwę po Górach Kaskadowych, formacji z zachodniej części Ameryki Północnej, wchodzącej w skład Kordylierów. Ma być esencją woni lasów w stanie Oregon, wydestylowanych z kory drzew iglastych, z mchu, grzybów, ziół i traw oraz wszystkiego, co zainteresowało ekipę Halla Newbegina. Jak pachnie ta mieszanka?
Ano.. dosyć nietypowo, kiedy weźmie się pod uwagę jej nazwę. ;) Po lodzie, szczególnie z górskich lodowców, oczekiwałabym... no zimna, przede wszystkim. :D Mrozu. Interesującego ujęcia nut ozonowych, otoczonych przez przywiane górskim wiatrem aromaty lasu. I całość nawet tak właśnie się zaczyna: ostro z dominantą lekkiego chłodu oraz ogromnej przestrzeni. Żywicami i drzazgami drzew iglastych, gorzkimi ziołami tuż przy porostach pnących się wśród niskich form skalnych; nieco grzybni. W ogóle całość wyraźnie nawiązuje do nieodżałowanej l'Eau Trois marki Diptyque, dzieła pięknego ale kadzidlanego. Powiązanego z żywiołem ognia, nie z wodą, tym bardziej zmrożoną.
Tymczasem w Cascade Glacier wraz z upływem minut to właśnie żaru jest najwięcej, iskier sypiących się z ogniska, kiedy dorzucić do niego kolejne świeże, żywiczne polano. Florystyczna "drobnica", cała roślinność łąkowa i poszycie leśne, wszystkie one z czasem znikają w oparach ostrego ale przyjemnego dymu. Zaś cała "lodowcowość" mieszaniny ogranicza się do chłodnej porannej rosy, rozścielającej się na terenie górskiego biwaku ekologicznych poszukiwaczy przygód i miłośników natury.
Zapach piękny ale niezbyt chłodny. Z wiernością nazwie raczej krucho. ;)
Podobnie wygląda sprawa z Inyo, pachnidłem do pomieszczeń, które swoją nazwę zawdzięcza Inyo National Forest, lasom na granicy Kalifornii oraz Newady, będącym zresztą popularnym rezerwatem przyrody. Tu również mamy spotkać się z destylatami poszczególnych części drzew iglastych, grzybów, niskiej roślinności, tym razem z dodatkiem smoły czy skórzanych przedmiotów. Lecz wiecie co?
Bla, bla, la!
Ten zapach nie odzwierciedla wędrówki po leśnych bezdrożach ale jest kwintesencją tak przyjemnych, że aż błogich chwil w drewnianym domku w głębi lasu. ;) Całkowicie mnie oczarował!
Od początkowego delikatnego, niemal nieśmiałego kadzidła, które stopniowo przechodzi w słodkawą pełnię aromatów żywic i drzazg, których dodatek dziegciu i gorzkich ziół nie wyostrza ale co najwyżej dodaje smaczku, aż po ciepło rozgrzanych kamieni kominka, obrosłych grubą warstwą tłustej sadzy - przez cały ten czas Inyo pyszni się na mojej skórze, łącząc jej molekuły z dobrej roboty praktyczną galanterią a także opisanymi aromatami drzew. Otumania mnie oraz zachwyca. Plącze język i myśli. Układa się na ciele miękką i przytulną, niezbyt grubą warstwą, która - jestem tego pewna - bez problemu zmieniła się w grubą i szczelną zapachową zbroję, gdybym tylko dała pachnidłu szansę, obficie spryskując się zawartością firmowego pojemnika.
Jednak nie daję, chcąc cieszyć się delikatną nieustępliwością woni natury przeplatających się z preindustrialnymi śladami ludzkiej działalności. I jest mi cudownie! Inyo to zapach piękny aż do granic kiczu. Obrzydliwie pocztówkowy.
Chciałabym stać się jego częścią.
Casacade Glacier Cabin Spray
Zapach powstał najwcześniej w roku 1998 [a bardziej prawdopodobne, że w okolicach roku 2012], dzięki pomysłowi i pracy dżentelmena nazwiskiem Hall Newbegin oraz jego współpracowników.
Jest to zapach do pomieszczeń, który jednak spokojnie można stosować bezpośrednio na ludzkie ciało. Jest w końcu całkowicie naturalny. ;) Co wiąże się z jego skromną projekcją oraz trwałością, która nie przekracza trzech godzin.
Profil zapachu: wiecznie zielone lasy, śnieg z roztopów, jasne akordy cytrusowe, woń Bożego Narodzenia [domyślam się jednak, że nie chodzi o słodycze od Santy ;) ], jodła, sosna, akord lodowca
Inyo Cabin Spray
Właściwie mogłabym powtórzyć cały analogiczny akapit z piętra wyżej. ;) Klasyczny sprej do pomieszczeń, którym jednak swoją skórę mogą uperfumować zarówno kobiety, jak i mężczyźni; bo też kompozycja pachnie całkiem, jak rasowy uniseks z samego środka skali. Trwałością i mocą nie zachwyca, choć wytrzymuje na skórze niemal dwa razy dłużej, niż Lodowiec, bo do pięciu godzin.
Twórcami mieszanki powstałej gdzieś w latach 1998-2012 są Hall Newbegin oraz jego ekipa.
Profil zapachu: znoszone skórzane ubiory (i nie tylko), bylica, tonik, kreozot, kamienie, pustynny cedr, szałwia
___Dziś nosiłam właśnie Inyo.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/trubblewithacapitalt/6394206415/
2. https://www.lenscapesllc.com/content/log-cabin-autumn-color
Etykiety:
aromatyczne,
drze,
Juniper Ridge,
perfumy
Subskrybuj:
Posty (Atom)

.jpg)













