Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramón Monegal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ramón Monegal. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 października 2014

Kiedy człowiek wtapia się tło*

...to nie zawsze musi oznaczać coś negatywnego a we współczesnym świecie też niepożądanego i niemodnego. Są takie sytuacje, w których zlanie się istoty ludzkiej z otoczeniem wcale nie jest jednoznaczne z jej niechęcią do gwiazdorzenia, w ogóle nie musi być deklaracją.
Jest za to - naturalne i oczywiste.

Jak człowiek wśród dzikiej przyrody; w końcu, jakby nie patrzeć, jesteśmy jej częścią. :)


O podobnym, niemal całkowitym zjednoczeniu - w pewnym sensie powrocie do korzeni a faktycznie kolejnym sposobie człowieczej autokreacji (jak wszystko, co w naszym życiu robimy świadomie) - opowiada mi Agar Musk marki Ramon Monegal.

Pachnidło ciemne i tłusto-pikantne, dymno-popieliste na poziomie bardziej rzeczowym ale metaforycznie znacznie bardziej miękkie oraz świetliste. Lekko kwaskowate, wetyweriwo-lizolowo-drzewne, absolutnie pozbawione słodyczy tudzież jakichkolwiek innych często spotykanych wygładzaczy i "uładniaczy". W tak głębokiej, nieograniczonej przestrzeni, wśród tysiąca światłocieniowych płaszczyzn przesyconych powiewem wiatru znad dogasających ognisk, lodowato zimnych strumieni czy broczących żywicą drzew kryje się prawdziwe, niezakłamane Piękno.


Rok produkcji i nos: 2013, Ramón Monegal.

Przeznaczenie: zapach idealnie uniseksualny, wyraźnie skierowany do miłośników surowych klimatów aniżeli którejkolwiek z płci. Przypominający dzieła marki Juniper Ridge o nieco mniej ekologicznych a bardziej praktycznych parametrach użytkowych. ;)
Które jednak wcale nie są rewelacyjne, bowiem pachnidło trzyma się raczej blisko ludzkiej skóry i wyraźne robi się dopiero z bliska. Za to następny punkt słabującą emanację wynagradza z nawiązką. ;)

Trwałość: nigdy mniejsza, niż dziesięć godzin a najczęściej od pół doby w górę.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna, aczkolwiek dzięki składnikom, nie ogólnej wymowie pachnidła)

Skład:

gałka muszkatołowa, skóra, oud, octan wetiwerolu, "koktajl piżm"
___
Dziś klasyczny Shalimar.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://nowandthan.tumblr.com/post/16493261361

* Chyba dam sobie spokój z "...czyli skrótowiec" w tytule. Ani to ładne, ani poręczne a Wy i tak zawsze domyślicie się, z jakim typem recenzji macie do czynienia. :)

poniedziałek, 20 maja 2013

Hiszpańskie Romany

Eee, nie; wróć: Ramony. :D

Lecz nie Ramony Molvizary, tylko Ramony Monegale, w Polsce trudniej dostępne. [Ciekawe, jak długo jeszcze...?] Razy pięć a do tego na szybko.
Żeby po testach został ślad na blogu.



Cherry Musk

Dużo ozonowej, świetlistej fruktozowej słodyczy. W otwarciu miesza się to, co najbardziej jasne i niewinne w róży oraz kwaśno-słodkich aromatach wiśni, gdzieś od dołu podkreślone nasyconą acz soczystą wonią truskawek. Odrobinę później do nut otwarcia dołącza jasne, nieinwazyjnie pudrowe ciepło, w miarę upływu czasu okazujące się piżmem. Jeszcze później wiśnie i róże zlewają się w całość, stopniowo osuszane mchem oraz pseudocielesnym ciepłem białych piżm. Gdzieś w tle pobrzmiewa dalekie echo słodyczy wielkolistnego jaśminu; bardziej widmowego aniżeli kiedykolwiek istniejącego w sposób realny.
Baza to lekko drażniąca powonienie gra mszystej suchości z soczystym oraz wodnym wspomnieniem poprzednich etapów rozwoju wody, prowadzona na spokojnej, pastelowej chmurze czystego, niby-animalnego ciepła.
Nic w tym zapachu nie jest dosłowne, nic się nie narzuca. Cherry Musk to pachnidło całodniowe, uniwersalne; idealnie zrównoważone albo... nudne. :) W zależności od tego, co lubimy i czego oczekujemy od perfum. Raczej słaba projekcja oraz dobra trwałość tylko to potwierdzają.

Grupa olfaktoryczna: piżmowo-owocowa (i kwiatowa)

Skład:
akord wiśniowy, truskawka, chińska róża, mech drzewny, białe piżmo, piżmo owocowe, Muscenone



Lovely Day

Jaśminowy potwór. ;) Który rozpoczyna się silnym, soczystym i "szuwarowym" uderzeniem zieleni, szybko zrównoważonej przez irysową ostrość lecz odzyskującej wysoką pozycję dzięki świeżo zerwanym liściom czarnej porzeczki, natychmiast poszatkowanym wielkim nożem szefa kuchni. [wiecie, takim z ogromnym ostrzem, częstym rekwizytem thrillerów czy horrorów... ;) ] I to właśnie do porzeczkowych soków, spływających po chłodnej stali, dołącza aromat wygrzanych w słońcu owoców czarnej porzeczki a wkrótce po nim jaśmin wielkolistny. Ten indyjski, czyli bardziej słodki i gładszy od europejskiego; równie często, co w perfumach, występujący w zielonej herbacie z płatkami jaśminu. ;) W takiej zresztą postaci pojawia się i w Lovely Day: mocny, wibrujący w nozdrzach, dzięki skumaniu z porzeczkami oraz herbatą cokolwiek oranżadkowy. A może to dzięki lukrecji, która po kilkudziesięciu minutach od aplikacji zaczyna przebijać się na powierzchnię?
Raczej nie, ponieważ im lepiej ją czuć, tym mniej w mieszaninie porzeczkowej soczystości - oraz modnego ulepowatego musowania. Pozostaje sam silny, rozedrgany jak gorące powietrze trzon kompozycji. Gdzie jaśmin ogrzewany jest przez lukrecję a oba akordy ułożono na solidnej podstawie z jasnego drewna. Przy okazji wychodzi na jaw, że zastąpiono także zielone soki; zamiast nich mamy lekką, morsko-gloniastą chmurę, szczęśliwie w większości już rozwianą. :) Czyli świeżość obecna jest we wszystkich stadiach zapachu. Dzięki podobnemu zabiegowi autor kompozycji zdołał uniknąć nie tylko łatwej drogi kobiecego jaśminowego oranżadowca ale - co ważniejsze - jeszcze łatwiejszej ucieczki w "zmysłowość" przesłodzonej syntetycznej ambry tudzież tanich papierowych i białopizmowych pudrów w bazie.
Więc Lovely Day bez problemów daje się lubić! :) Choć to kompletnie nie moje klimaty.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aromatyczna (oraz świeża)

Skład:
absolut jaśminu wielkolistnego, różana herbata, lukrecja, "irys przefiltrowany przez drewno cedrowe", liście i owoce czarnej porzeczki, Ultrazur



Mon Cuir

Mój ulubieniec spośród całej piątki. Suche, odrobinę niedzisiejsze lecz nowoczesne w duchu aldehydy na łagodnie orientalnych podstawach. Aromat miękko ścielący się na ludzkiej skórze, zestrajający się z nią w sposób naturalny, bez zbędnego pośpiechu. Cichy ale wyrazisty. Bo Mon Cuir nie musi krzyczeć, żeby być zauważonym. Nie musi być kontrowersyjnym, aby wzbudzać zainteresowanie bliźnich. Nie musi w cudzych oczach szukać potwierdzenia własnej wartości. Wie, czym jest i co ze sobą zrobić. Te perfumy są jak dojrzały (raczej duchem niż ciałem), trochę staroświecki, mądry człowiek.
Zacznijmy od tego, jak przewrotnie przedstawiono tu akord tytułowy: pojawia się nie jako skóra albo zamsz; próżno w Mon Cuir szukać przemożnej dosłowności (Cuir Vanenum, Cuir Ottoman, Bel Ami Hermèsa) jak i delikatnych, jakby umownych muśnięć (Vintage Johna Varvatosa, Daim Blond, Fareb). Tu pojawia się coś współcześnie rzadko spotykanego: rosyjska skóra, aldehyd popularny w szalonych latach 20. XX wieku, nad którym pochylały się nosy perfumiarzy marek Chanel, L. T. Piver czy Creed. Lecz nie oczekujcie od omawianej właśnie wody dosłowności. Tu rosyjska skóra, miękka, ziołowo-chłodna ale pełna ponadzmysłowego ciepła, równoważona jest dodatkami zamorskich przypraw (głównie gałki muszkatołowej, choć czuję też odrobinkę pieprzu i kurkumy), paczuli oraz kwiatu pomarańczy. Ów pojawia się w otwarciu, najpierw podrzędny wobec skórzano-korzennej goryczki, później coraz silniejszy, suchy i oddający przyrodzoną moc akordom skrytym gdzieś w głębi. Uważam tak, ponieważ kwiat ten w Mon Cuir wydaje się prześwitywać zza pozostałych nut.
Potem skóra mięknie jeszcze bardziej i zaczyna na powrót zanurzać się w przyprawach, choć już nie aż tak dosłownych, w ciepłych brązach suchego paczuli czy lekko pikantnego sandałowca oraz w rozgrzewających cielesnościach. Ziemiste barwy oraz cielesno-orientalny sznyt pięknie uzupełniają subtelne acz przepastne tony rosyjskiej skóry zważając, by za nic w świecie nie zdominować akordu tytułowego. Natomiast w miarę upływu czasu wszystko to bez pośpiechu zlepia się w całość - albo raczej zgrzewa się [bo "zlepianie" sugeruje coś wymuszonego albo mało przyjemnego, brutalnego; niczego podobnego w MC nie znajdziemy], scala w idealną, niesłodką lecz i niezbyt kanciastą, okrzesaną całość. Ulatuje ze skóry powoli, drobnymi partiami.
Kompozycja doskonale dżentelmeńska. :) Także dzięki ograniczonej mocy i trwałości, sugerującej kompletnie niedzisiejszą stałość czy konsekwencję.


Grupa olfaktoryczna: skórzano-orientalna


Skład:
rosyjska skóra, kwiat pomarańczy, Labdaceme [syntetyczny odpowiednik labdanum?], paczuli, gałka muszkatołowa, drewno sandałowe, piżmo



Mon Patchouly

Zapach trudny do sklasyfikowania. Z jednej strony ewidentnie paczulowy, z drugiej zielono-kwiatowy; ani orientalny ani drzewny, szyprowy też niekoniecznie. Choć na pewno nie świeży. ;) Łagodny, miękko wtulający się w ludzkie ciało i czerpiący zeń swoje ciepło. Delikatnie słodki acz z pewnością nie w sposób kulinarny.
Obawiam się, że o Mon Patchouly najprościej będzie mi mówić przez zaprzeczenie: jakimi te perfumy nie są. Zatem z pewnością nie są killerowate. Ich cichy, spolegliwy duch nie zezwala na żadną wyrazistość, przynajmniej poza samym otwarciem, kiedy nozdrza uperfumowanej osoby szturmuje aromat suchego, wyraźnego choć stonowanego paczuli (bardziej w duchu Patchouly od Etro), zestawionego z geranium oraz niezbyt dosłownymi akcentami żywic. Dopiero później wygładza się, rozmywa w drzewno-tonkowej słodyczy, coraz silniej równoważącej duet paczuli z geranium. W bazie delikatnieje jeszcze bardziej, drugoplanowa słodycz musi pogodzić się z faktem, że główną rolę dostały nuty drzewne oraz żywiczne, przyjemnie płożące się na skórze i pieszczące powonienie.
Paczuli też gdzieś tak jest, skryta między żywicami a słodyczą... chyba. :)
Bo to woń trochę zbyt spokojna i spolegliwa.


Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna


Skład:
paczuli, mech dębowy, geranium, jaśmin, kadzidło, "roślinna ambra"



Umbra

Czy grafika reklamowa, ten niebieski strumień ulatujący z atomizera, nie wydaje Wam się bzdurna? Bo mnie bardzo. :) A przecież to takie przyjemne, konwencjonalnie paprociowe pachnidło! Najbardziej męskie (stereotypowo) ze wszystkich omawianych dzisiaj kompozycji marki.
Najłatwiej wyczuć to w otwarciu, kiedy dociera do nas mieszanka drzewnego chłodu z cytrusowym światłem, szybko wzbogacona o zaskakująco miękki, aksamitny dodatek geranium. Z czasem schnąca, wypierająca wszelkie cytrusowe wonie a zastępująca je czystą, suchą wetywerią (trochę w stylu klasyka od Guerlain) oraz mchem dębowym, który robi porządek także z geranium , nadając mu jeszcze więcej "giętkiej nobliwości" - o ile to w ogóle możliwe. ;) W tej samej chwili po raz kolejny daje o sobie znać wyraźny dodatek nut drzewnych, żywicznych, iglasto-orientalnych. Trochę, jakby zmieszać igły świerkowe z puchatym sandałowcem oraz gwajakiem. Szczególnie, że coraz więcej w Umbrze delikatnej, zielonkawej słodyczy, od czasu do czasu równoważonej pojawiającym się i znikającym akordem czarnego pieprzu. Tylok baza przypomina nieco najlepsze momenty męskich pachnideł marek Avon albo Oriflame; ale dlaczego nie? Wszystko jest dla ludzi. :)
Mamy więc suchą wetywerię z nobliwym geranium, żywiczno-drzewną słodycz oraz trochę pieprzu. Co razem daje pachnidło proste, codzienne, łatwe w użytkowaniu lecz pozbawione tej iskry szaleństwa, którą cenię w sztuce olfaktorycznej. Choć to dobrze; wszak spokojne, uniwersalne i zachowawczo męskie perfumy także są potrzebne. A że nie mnie...?
No i co z tego?


Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna


Skład:
wetyweria, mech dębowy, liście geranium, czarny pieprz, balsam jodłowy, bób tonka



Wszystkie pachnidła to uniseksy, powstały w roku 2013 a ich twórcą jest Ramón Monegal.

Charakteryzują się świetną trwałością: od ośmiu czy dziesięciu godzin do blisko doby.


Jarku, wielkie dzięki za próbki! :)
___
Dziś właśnie Mon Cuir.