czwartek, 19 lutego 2015

Ten jeden Numer


"Wymyślała różne rzeczy. (...) Nieustannie zmieniała historię swojego życia. Z nieobecnego ojca-łazęgi zrobiła szanowanego handlarza koni. Zaprzeczała, że ma braci i siostry. Nawet najbardziej podstawowe fakty ze swojego życia zaciemniała zmyśleniami.
 - Czy mogę zapytać, gdzie się pani urodziła? - spytała Edmonde Charles-Roux, autorka (...) biografii [projektantki - przyp. wzp]. Chanel wymieniła nieistniejące miasto".
Cathy Newman, Perfumy. Podróż w świat zapachów, przeł. Barbara Gadomska, Warszawa 2006, s. 131.

Andy Warhol

Kobietę, która stała za stworzeniem najsłynniejszych perfum naszej epoki, zrozumieć jednocześnie łatwo i trudno.
Łatwo, ponieważ naprawdę nie trzeba być Sherlockiem Holmesem aby zobaczyć ją taką, jaką była jako nastolatka: bardzo ambitną, bardzo upartą ale też nieprzeciętnie zakompleksioną dziewczynką o ogromnym poczuciu krzywdy, chcącą za wszelką cenę, nie zważając na koszty, osiągnąć jak najwyższy status społeczny, jaki tylko znajdzie się w zasięgu jej ambicji. Osobą, którą własne lęki oraz ograniczenia paradoksalnie pchają cały czas do przodu; taką, która faktycznie nie zamierza ich przezwyciężać wiedząc, że bez nich, bez tego kosmicznego napędu do działania, będzie tylko jedną z wielu.
Tymczasem ona pragnęła wyjątkowości, być może gdzieś w głębi serca żywiąc nadzieję, że dopiero sukces ekonomiczny oraz towarzyski - lub podążające za nimi poważanie tłumów - wymażą z jej duszy ostatnie resztki tej biednej, niepewnej jutra, zakompleksionej, boleśnie skrzywdzonej czy upokarzanej (przynajmniej we własnym mniemaniu) ubogiej dziewczyny ze wsi.

Jednak kiedy za kolejnymi oszałamiającymi sukcesami, uwielbieniem tłumów oraz miłością kolejnych wysoko postawionych mężczyzn mimo wszystko nie podążyło nowe sumienie a nowe wyobrażenia własnej przeszłości nijak nie zamierzały zastąpić jej starych, boleśnie drażniących wspomnień, Chanel kłamała.
Stosując znaną dziś amerykańską zasadę "fake it till you make it" przez całe swoje życie usiłowała zaczarować rzeczywistość. Czy była zdziwiona, kiedy okazywało się, że w głębi serca to upragnione "make" nigdy, przenigdy się nie dokonywało?
W każdym razie jednak ludzi udało jej się oszukać. :D

Christopher Peun

Na szczęście dla nas, w nierozłącznej parze ze słabościami psychiki Gabrielle Chanel szły jej talent handlowy i, przede wszystkim, prawdziwie nowatorska wizja kobiecej mody. Bez nich każda zakompleksiona, oszołomiona, słaba emocjonalnie osoba będzie tylko jedną z wielu, nieskończenie wielu "udających, dopóki im się nie uda".
O ilu z nich historia będzie pamiętała tak, jak o Coco Chanel?

Jednak nie o meandrach osobowości projektantki miałam dziś pisać, lecz o pewnym dodatku o który pewnego dnia postanowiła poszerzyć asortyment swojego butiku.

Patrick Morgan

"Perfumy zostały wprowadzone niezobowiązująco, bardzo sprytnie, jak mówi Pierre Galante, kolejny biograf. Coco Chanel rozdała setki flakoników swoim najlepszym klientkom, a potem, pytana, gdzie można dostać więcej, otwierała szeroko oczy i udawała zaskoczoną. »Perfumy? Jakie perfumy? Ach, ta buteleczka, którą pani wczoraj dałam? Chce pani kupić? Moja droga, ja nie sprzedaję perfum. Trafiłam na te buteleczki w Grasse, niemal przypadkiem...«.
Albo podobnie niewinnie: »Sądzi pani, że powinnam zamówić trochę i sprzedawać? Tak bardzo się pani podobają moje perfumy?«.
Pilnowała, by zapach przeniknął każdy kąt butiku, od drzwi frontowych po przymierzalnie".
Ibidem, s. 135

Trzeba przyznać, że Mademoiselle potrafiła tak zorganizować reklamę, że była jednocześnie szeroko zakrojona, trochę psychomanipulancka ale niespecjalnie nachalna. ;) Ech, gdybyż dzisiejsze kampanie reklamowe tworzono na podobnych zasadach!

W każdym razie z historii wiemy, że projektantka - przy wsparciu rodziny Wertheimerów, właścicieli marki Bourjois, która to współpraca miała wkrótce jednocześnie zepsuć jej nerwy oraz nadszarpnąć reputację - osiągnęła sukces. Dożyliśmy czasów, w których samo brzmienie nazwy najsłynniejszych perfum Chanel powszechnie rodzi automatyczne skojarzenie z francuskim szykiem oraz Klasą przez duże K.

Zresztą co tam nazwa! Kształtu flakonu nie sposób pomylić z jakimkolwiek innym! ;)
[Nawet, jeżeli później do identycznej flaszki pakowano także kolejne perfumy marki, sam jej zarys w pierwszej chwili kojarzymy jednoznacznie. Dopiero drugi rzut oka uświadamia nam, że to jednak Dziewiętnastka albo Coco ;) ].

Sixto Juan Zavala

Doszło do tego, że już nawet nie musimy pamiętać, iż na samym początku, w roku 1921, flakon późniejszych najsłynniejszych perfum świata wyglądał zupełnie inaczej, o wiele bardziej niepozornie (a mówiąc wprost: topornie), niż współcześnie. Znany nam kształt rżniętej kryształowej karafki to właśnie efekt współpracy ze starym wygą przemysłu perfumeryjnego, Wertheimerem. ;) Ponoć jego był też pomysł, żeby kurę znoszącą złote jaja co kilkanaście do dwudziestu lat leciutko przebierać, dostosowując proporcje buteleczki do zmieniających się standardów estetycznych a więc także gustów klienteli.

Zabieg okazał się skuteczny. Ponieważ do tej pory kształty opakowań wieloletnich perfumowych bestsellerów zmieniały się dosyć diametralnie, dyskretna ingerencja w proporcje flakonu czy kolorystykę pudełka nie rzucała się zbytnio w oczy, chociaż mózg potencjalnego kupującego od razu ją rejestrował.
W natłoku nowości, w pędzie zmieniającego się świata to właśnie flakon perfum Chanel symbolizował jedyne prawdziwe: prostotę, umiar, szyk oraz ich niezaprzeczalną stałość w niepewnym świecie.

Fabrice Fouillet

No dobrze, powiecie: a sam zapach? W końcu to dla niego tutaj zaglądamy!

Już odpowiadam mimo, że akurat tę historię znają chyba wszyscy chociaż trochę zorientowani w temacie. Dlatego tym razem pominę wątki najszerzej powtarzane, dotyczące wyboru nazwy oraz ilości tego najważniejszego, wyjątkowego i - jak chce legenda - nowatorskiego składnika. Zamiast nich zajmiemy się owym szczególnym "czymś", stykiem marzeń z chemiczną precyzją:

" - Chciałabym czegoś, co odzwierciedla moją osobowość, czegoś abstrakcyjnego i jedynego w swoim rodzaju, perfum o królewskiej dyskrecji, które tworzyłyby świetliste halo wokół moich strojów - powiedziała podobno Chanel. Była odważna, nie bala się odmienności. - Chcę perfum komponowanych [? To kiedykolwiek istniały inne perfumy? - przyp. wzp]. To paradoks. Naturalny zapach kwiatów na kobiecie pachnie sztucznie. Być może naturalne perfumy muszą być kreowane sztucznie (...)
(...)
Używaj naturalnych składników, powiedziała Ernestowi Beaux. I tak zrobił, lejąc obficie kosztowny absolue jasmin de Grasse, rose de mai, olejek sandałowy, dodając irys i ylang-ylang. Kompozycja była niewiarygodnie bogata. A potem, mówi Jacques Polge, główny kreator perfum z Chanel, Beaux wpadł na pomysł, by dolać sporo aldehydu, przedawkować o jeden procent, by nadać tym wspaniałym naturalnym olejkom lekkość, by zapach był bardziej nowoczesny, współczesny i czysty - tak samo, jak couture, które przyniosło sławę Chanel".
Ibidem, s. 132
Talula Christian

Ta nowoczesność, współczesność oraz czystość, o których wspominał Polge, dotyczyła oczywiście czasów, kiedy powstawała pierwotna receptura mieszaniny - a w pewnym stopniu również przełomu lat 80. i 90. XX wieku, czyli ostatnich chwil przed wielką zmianą w przemyśle perfumiarskim; tuż przed czasami, gdy perfumy, aby zyskać popularność, obowiązkowo muszą pachnieć jak odświeżacze powietrza, szampony do włosów, proszki do prania a nawet wkładki higieniczne [prawdziwy przypadek, jeden z powstałych w zeszłym roku soczków pachnie zupełnie, jak używane przeze mnie wkładki higieniczne. ;P Uwierzcie: to było odkrycie jednocześnie rozbrajająco zabawne, odrobinę żenujące ale i bardzo przygnębiające].
Ciekawe, czy udzielając wywiadu amerykańskiej dziennikarce Cathy Newman w ogóle podejrzewał, że za dwadzieścia lat stworzy mieszankę będącą unowocześnioną wersją legendarnych perfum, przyjaźniejszą nosom młodych dziewcząt, które w międzyczasie zaczęły migać się od stosowania pachnideł własnych matek bądź, o zgrozo!, babek? Pewnie nie; takiej rzeczy nie sposób przewidzieć.

Przecież jeszcze w połowie lat 90. minionego stulecia pozycja Legendy wydawała się niezachwiana. Któż mógł przewidzieć, że coraz powszechniejszy kult młodości sprawi, że słynny zapach stanie się ofiarą własnej legendy? Że nawet we Francji, gdzie dziedziczenie olfaktorycznych sympatii (albo chociaż słabości do określonych, szanowanych marek) jest raczej powodem do dumy i szpanu wśród młodych dziewcząt, nawet w zachłannie zorientowanych na pro-europejską fanfaronadę Stanach Zjednoczonych popularność pachnidła wśród najmłodszych bywalczyń sklepów perfumeryjnych będzie spadać?
O przeciętnych Polkach i ich ewidentnych zakusach, żeby ów zapach dyskredytować, wyśmiewać tudzież bez cienia żenady obnosić się ze swoją doń niechęcią (w gruncie rzeczy mocno dyletancką oraz świadczącą o umysłowej zaściankowości) ledwie wspomnę. :]

Reakcją na takie zagrożenie nie mogą być tradycyjne retusze flakonu oraz jego składu. Nie.
Tu potrzeba rewolucji.

Eric Sauvage

Pierwszym etapem było pokazanie światu Eau Première, dziełka lekkiego, jasnego i przejrzystego, opartego o modny akord zamszowego irysa, rozmywający się w białokwiatowej słodyczy z kilkoma aldehydowymi widmami na samym początku. Zapaszku ładnego ale nudnego.
Później nadeszła kolej na gruntowny remont wielkiego klasyka.

Przede wszystkim uprzątnięto, tak niegdyś wspaniałe, skrzące się w słońcu, kryształowe ściany z aldehydów, rzucające się w nozdrza przy pierwszym kontakcie ze starszymi wersjami wody. Zamieciono pod dywan złożoność tłumiącego początkowo wszystkie inne wonie jaśminu, który później łączył się w całość z różą i irysem a jeszcze później gęstniał, zamieniał w ciężkie zwoje kosztownego aksamitu złożone z nut niejadalnie słodkich - z tonki, ylangu, wanilii - oraz ciepłych lekkim, orientalnym ciepełkiem drewna sandałowego, cywetu, piżma. Gdzieś zapodział się kontrastujący z powyższymi łagodnościami bazy pazur z suchości mchu dębowego i wetywerii.
Dlaczego dzisiaj już ich nie ma? Dlaczego z wielkiej, epickiej, złożonej i pięknej Legendy pozostawiono jedynie fantom?

Simon Escourbiac

Niewątpliwie ostatnia zmiana, podyktowana w dużej mierze drakońskim prawem Unii Europejskiej, wyrządziła mojej dzisiejszej bohaterce mnóstwo złego. Obcując z tym, co pod jej nazwą możemy dziś znaleźć na półkach perfumerii mam nieoparte wrażenie, jakby kazano mi słuchać wywodów jakiegoś zupełnie pozbawionego poczucia żenady ale za to bezspornie przekonanego o własnej doskonałości mądrali; na przykład blogera. :> Głupio, nudno i o niczym.

Lecz jednocześnie trochę wbrew sobie myślę, że cała ta zmiana mogłaby pachnidłu wyjść na dobre. Może teraz, okrojone ze wszystkiego, co w nim wyjątkowe, wybitne, inne, zdoła na powrót wpasować się w panujące aktualnie trendy. Skoro nijakość się sprzedaje, to może nawet najsłynniejszy zapach świata musi prędzej czy później stać się doskonale nijaki aby dzięki temu przetrwać...?
Tylko jak potem cofnąć zegar? Jak na powrót uczynić mieszaninę tym, czym była przed laty? Jak zapobiec jej ostatecznej degrengoladzie i sprzedawaniu pod ikonicznym szyldem kompozycji zapachowej rodem z kobiecego produktu do higieny intymnej? ;>

Nie umiem odpowiedzieć na te pytania.

Jenny Van Sommers

Czuję jednak, że jestem Wam winna wyjaśnienie.
Otóż kiedy zaplanowałam sobie recenzję mojej dzisiejszej bohaterki, przeprowadziłam jej kontrolny test w perfumerii. Nic wielkiego; ot, szybki psik z testowego flakonika na blotter i na skórę. Efekt okazał się zdumiewający: gdybym miała opisać wodę uczciwie, zgodnie ze swymi autentycznymi wrażeniami oraz przemyśleniami - czyli tak, jak zawsze do tej pory - musiałabym ją zjechać, mówiąc kolokwialnie. Spotwarzyć, obrazić, wyśmiać. , jedną z najważniejszych perfumowych mieszanek własnego życia, wysoko cenione perfumy: niedościgły wzór elegancji, harmonijną symbiozę między nowoczesną kobiecą elegancją, ckliwą emocjonalnością rodem z dziewiętnastego stulecia, między naturalistyczną drapieżnością nut zwierzęco-drzewnych, miękką zaborczością kwiatów i słodyczy a abstrakcją.
Ten wspaniały przykład modernizmu w sztuce perfumiarskiej, jak trafnie sklasyfikował ów zapach Chandler Burr. To obłędne, proste ale wyrafinowane do granic art déco we flakonie!

Nie potrafiłabym zrobić czegoś takiego. Nawet pomimo lekceważącego prychnięcia, jakim zbyłam przemianę Pachnidła w zapaszek, jego zinfantylizowanie oraz lekceważące podejście do dawnej klienteli. Opisać je jednak chciałam, jakoś. Wiedziałam jednak, że w takim wypadku odpada najbardziej oczywista możliwość skupienia się na opisie poszczególnych nut i akordów, ich rozwoju czy wzajemnego przenikania. Tego zrobić nie mogłam.
Poza tym, sami powiedzcie: jak opisać fenomen, o którym powiedziano, napisano i pokazano już wszystko, co było do powiedzenia, napisania, pokazania? Szczególnie, kiedy z pierwotnej wyjątkowości dziełu został już li tylko szkielet i jakaś cienka zasłona dymna, typu dmuch aldehydów [ale jakich??] prosto w twarz przy pierwszym spotkaniu.

O Legendzie nie sposób już chyba opowiedzieć inaczej, niż przez pryzmat niej samej. Dowodem niech będzie fakt, że w całym tekście ani razu nie użyłam nazwy perfum, do których co rusz się odwoływałam; czy ktokolwiek z Was miał kłopot z ich identyfikacją? ;) [Nawet, gdyby obrazki się nie wyświetliły? :P ]
A przecież w świecie mitów i baśni niepotrzebna jest jakakolwiek racjonalność, konkret bywa doskonale zbędny.
Legenda to byt sam w sobie.

"Istnieje mit, istnieje rzeczywistość i istnieje kraina pośrednia, w której zacierają się granice".
Ibidem s. 131

Rok produkcji i nos: 1921, Ernest Beaux

Przeznaczenie: zapach stworzony oczywiście dla kobiet, chociaż współcześnie spokojnie mogą używać go również mężczyźni. Szczególnie, jeżeli mają do czynienia z którąś ze starszych wersji pachnidła. ;)
O mocy początkowo dosyć wyraźnej i robiącej wrażenie ciągnącego się kilometrami mocarza o silnych, zakleszczających się ramionach, w praktyce okazuje się czymś zdecydowanie bardziej miękkim i dyskretnym. Efektownym ale stonowanym, łagodnie opadającym na ciało woalem, poruszającym się łagodnie zaledwie kilka centymetrów ponad skórą.
Na dosłownie wszystkie okazje.
Perfumy, którym warto (a nawet trzeba) dawać kolejne szanse w odstępach kilkumiesięcznych abo kilkuletnich [chociaż współcześnie sugerowałabym raczej wracanie do którejś z historycznych wersji wody]. Nie należy zrażać się do nich pochopnie. A już zwłaszcza - niech Was bogowie bronią! - sugerować się opiniami arogantów i ignorantów, pieprzących coś o "babciowości" i innych bolesnych bzdurach, świadczących o ich braku wykształcenia olfaktorycznego. ;> To Wy macie rację a nie oni, pamiętajcie o tym!

Trwałość: w granicach dziesięciu-dwudziestu godzin (zależnie od stężenie) wyraźnej, głębokiej projekcji oraz co najmniej drugie tyle stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: aldehydowo-kwiatowa

Skład:
[aby uniknąć nieporozumień zamieszczam ten najbardziej podstawowy]

Nuta głowy: aldehydy, ylang-ylang, neroli
Nuta serca: jaśmin, róża
Nuta bazy: wetyweria, drewno sandałowe
___
Dziś noszę innego wykastrowanego klasyka, Shalimar od Guerlain (na szczęście w znośnej wersji :D ).

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.thelondonperfumecompany.com/blog/chanel-no-5-the-scent-of-scents.html
2. http://www.chrispeun.com/PORTFOLIO-1
3. https://www.pinterest.com/pin/117093659035781112/
4. http://sjzavala.prosite.com/125237/1306901/gallery/floral-alchemy
5. https://www.pinterest.com/pin/411023903464607193/
6. https://www.etsy.com/listing/159960879/chanel-no-5-print-of-original-watercolor?ref=listing-shop-header-2
7. http://www.ericsauvage.com/sites/eric_sauvage/perfumes/
8. http://simon-escourbiac.com/advertising.html
9. http://www.trendhunter.com/trends/fragrance-photography-of-jenny-van-sommers

7 komentarzy:

  1. Swietnie sie czytalo.
    Dziekuje za recenzje tych perfum.
    Pozdrawiam
    GJ

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również dziękuję i też pozdrawiam. :)

      Usuń
  2. Nie mój zapach ale 19 i CM uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Madmłazela to nie moja bajka ale 19, Matko Bosko Perfumowo, 19!! ;))) Również wspaniałe dzieło.

      Usuń
  3. Świetny wpis. Ostatnio gdy pisałam u siebie o historii reklam perfum Chanel i cytowałam nawet tę samą książkę, zastanawiałam się czy podejmę się kiedyś recenzji Piątki i jej unowocześnionych wcieleń. Na razie nie czuję się na siłach, ale może pokuszę się o to na jej setne urodziny ;). A te zabiegi, reformulacje i inne majstrowanie przy flakonach i składzie, to stety/niestety proces, którego zatrzymać się nie da...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Jeszcze do Ciebie nie zajrzałam (zorientowawszy się przez Fejsa, że piszesz raczej o reklamach niż o zapachu, co po napisaniu własnej opinii siłą rzeczy u innych ciekawi mnie najbardziej) ale muszę się zgodzić. Długo dojrzewałam do recenzji tego zapachu, bardzo długo. Jednak niedawno zdałam sobie sprawę, że jeszcze chwila zwłoki i mój ewentualny zachwyt nie będzie już dla nikogo zrozumiały, bo perfumy tak bardzo się zmienią, szybko oddalając się od ideału.
      Możesz sobie wyobrazić moje rozczarowanie, kiedy w perfumerii okazało się, ze ta chwila już nadeszła. Zrozumiałam, że albo opisze teraz, albo nigdy. ;)
      Natomiast reformulacje są zrozumiałe, tylko mogłyby być trochę subtelniejsze. Albo chociaż jawne. :] [No, takie na szczęście już powoli się stają]. Za to zmiany kształtu flakonów są często okej, zwłaszcza dla miłośników perfum vintage; dzięki nim łatwiej wstawić upolowany na Ebayu okaz wieloletniego bestsellera w konkretne ramy czasowe! :))

      Usuń
  4. Jestem przeciętną Polką o umysłowej zaściankowości, to się dowiedziałam! :)
    Niestety, tyle razy ile próbowałam polubić ten zapach, jeden Pan Bóg wie. No i nie dam rady, po prostu. Jest kompletnie nie mój, choć taka bardzo, bardzo bym chciała, aby się to kiedyś zmieniło! Uwielbiam wszystko, co francuskie, paryskie, mam wręcz bzika na tym punkcie, a tutaj takie niedopasowanie z kultowym zapachem Chanel....
    Historia opowiedziana świetnie :) Dowiedziałam się kilku faktów, o których wcześniej nie miałam pojęcia :)

    OdpowiedzUsuń

>
Komentarze (<$BlogItemCommentCount$> )