sobota, 20 grudnia 2014

Jak kardynał z popiołów

Blackbird znaczy tyle, co "kos". I faktycznie, perfumy o takiej nazwie w pierwszych trzech czy pięciu sekundach swojego życia pachną w sposób ewidentnie kojarzący się z kosem właśnie: mrocznie, dymnie, przestrzennie oraz głęboko. Prawdziwie de profundis.

Kiedy jednak pierwsze wrażenie kieruje moje myśli na pewne konkretne, raczej mroczne, tory, pachnidło ugruntowuje się na skórze i - przemienia tyleż stanowczo, co nienachalnie. ;)
Brzmi dziwnie? Pozwólcie zatem, bym wyjaśniła, w czym rzecz.


Wystarczy bowiem kilka sekund, by dym z Blackbird marki Olympic Orchids gdzieś się ulotnił, zostawiając po sobie osmalone szczapy oraz ostry zapach palonego drewna, a jego miejsce zajął przedziwny, szklano-żywiczny chłód [? nie każcie mi, bym jeszcze bardziej skonkretyzowała swoje odczucie, bardzo Was proszę ;P ], wyraźnie okolony gałązkami jakiegoś zimozielonego krzewu.
To wystarczy, aby miejsce ptaka, mającego według legend zimować w kominach ludzkich domów (stąd jego okopcone upierzenie ;) ) zajął inny, znacznie barwniejszy a więc pięknie prezentujący się na tle śniegu oraz skórzastych, wiecznie zielonych listków - kardynał. Przybysz z tego samego kontynentu, co i omawiane właśnie pachnidło. Przypadek?
Nie sądzę. ;)

Jeżeli zaś chodzi o mieszankę perfumową, to jak wspomniałam, jej zmiana jest jednocześnie drastyczna ale i nienarzucająca się. Brzmi to przedziwnie ale jest prawdziwe; namacalne, jakby światu wszechogarniającego swądu, smogu i smoły, gdzie dymne wonie piękne mieszają się z męczącymi, migrenogennymi [nawdychaliście się kiedyś dymu z komina lub z pieca centralnego, najlepiej takiego ogrzewanego koksem? Mnie się raz przydarzyło] w całość absolutnie niepodzielną i siłą rzeczy zajmują wszystkie zmysły jednocześnie, coś nagle nadało wyraźne granice, trójwymiarową przestrzeń oraz światło. Taki trochę perfumowy akt stworzenia. ;)
Dzięki któremu spomiędzy wspomnianych osmalonych szczap, stygnącego popiołu i ostatnich smug nagle zaczęły wystawać splątane gałązki, do tego zdecydowanie żywe, a abstrakcyjny sposób słodkie oraz lekkie: z płynącymi sokami, listowiem oraz kilkoma niedojrzałymi owocami. W zimie! Na mrozie! Ze szczątków ogniska!

Mówię Wam: kosmos! Kardynał odrodzony z popiołów jodłowego ogniska. Mały, zimowy, amerykański feniks. ;)
Takie cuda to tylko w perfumach. :D

Polu, bardzo dziękuję za możliwość poznania Blackbird. :*


Rok produkcji i nos: 2013, Ellen Covey

Przeznaczenie: zapach typu uniseks; kolejne z wielu na tym blogu  pachnideł przeznaczonych bardziej dla fanów określonego typu olfaktorycznego, dla dymo- i drzewolubów, rozpieszczonych przez niszową niepokorność, aniżeli dla którejkolwiek konkretnej płci.
O dosyć silnej, zdecydowanej projekcji ale nieskłonny do zostawiani za sobą długich śladów czy wypełniania całej dostępnej przestrzeni. Co stanowi niemałą zaletę dla osób pracujących wśród innych ludzi, a więc ceniących sobie perfumy nieco bardziej dyskretne; w takim wypadku na gęstą, niemal zeskorupiałą aurę Blackbird, konsekwentnie trzymającą się pięć do dziesięciu centymetrów od ciała uperfumowanej osoby, można spokojnie liczyć. ;)
Na okazje, jakie tylko zechcecie.

Trwałość: od około dwunastu do osiemnastu godzin wyraźnej emanacji oraz dalszych kilka coraz śmielszego zanikania. Na ubraniach wytrzymuje jakieś dwa prania. ;)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

jeżyna (owoc), suche trawy i liście, drewno cedrowe, balsam jodłowy, elemi oraz inne żywice, akord ambrowy, piżmo
___
Dziś Lys Noir od Isabey.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://wistfullycountry.tumblr.com/post/34351847507

piątek, 19 grudnia 2014

Sol Invictus w barbarzyńskim lesie

Nie macie pojęcia, jak mocno brakuje mi podobnych, śnieżnych klimatów! Jak bardzo frustruje mnie brak skrzypiącego śniegu pod butami oraz mrozu, wdzierającego się w nozdrza i zamrażającego oddech.
To jest niemal zima, kurrrtka nać, nie przełom października i listopada! [I nie chcę nawet słyszeć narzekających zimofobów, bo na jedno jęknięcie przepędzę bez litości. W te pędy przeprowadzać się do Neapolu albo Marsylii, jeżeli komu klimat środkowoeuropejski nie pasuje! ;P [Po chwili] Co, jeszcze tu siedzicie zamiast pakować manatki i szukać mieszkania na ciepłym Południu?? ;> Inna sprawa, że tutejszy klimat ostatnio zachowuje się wprost skandalicznie].

Tak bardzo stęskniłam się za długimi spacerami po zaśnieżonym lub chociaż zmrożonym lesie. Za chwilami, kiedy mogłabym cieszyć się jedynymi w swoim rodzaju woniami zimy i sposobem, w jaki grają z nimi moje własne perfumy, dobrane specjalnie do wędrówki i mające w razie potrzeby dodawać mi trochę symbolicznego, bo odzwierciedlanego aromatem, żaru. :)
Gdybym dziś miała udać się na taki właśnie spacer, towarzyszyłaby mi woń Bois Lumière, autorskiego tworu od niejakiego Anatola Lebretona.

Dziwna to postać, ten perfumiarz. Tajemniczy aż do granic przesady: nie znajdziecie nigdzie jego fotografii, o nazwisku wiadomo jedynie, że w istocie jest pseudonimem a tworzone przezeń perfumy można było kupić właściwie tylko w jednym miejscu na świecie, niewielkiej niszowej perfumerii w Rouen, jedynie do wyczerpania zapasów. Właściwie bez cienia wątpliwości można stwierdzić tylko to, że Anatole Lebreton posiada głos; jest nim blog Civette au bois dormant, gdzie częściej można poczytać recenzje ukochanych przez perfumiarza perfum retro [i kilku niszowych], aniżeli typowe refleksje twórcy, do których przyzwyczaił nas choćby Andy Tauer. Jednak kim jest, dlaczego postanowił stworzyć oraz wypuścić w świat trzy zapachy i przede wszystkim - co dalej, tego się nie dowiemy.

A naprawdę jestem ciekawa, gdyż owa wybrana na leśne zimowe spacery mieszanina, Bois Lumière, Świetlisty Las, jest dziełem prawdziwie pięknym, żywym, złożonym oraz inspirującym.
Ułożony wokół akordów wosku, miodowego labdanum oraz szorstkich nut drzewnych, tnących skórę niczym kilkadziesiąt drzazg jednocześnie. Pojawiają się również żywice i balsamy, w rodzaju słodko-gorzkiej mieszanki tolutańskiego z mastyksem, mirrą oraz odrobiną olibanum. Jednak wiecie co? Wszystko to równie dobrze może być iluzją, zwykłą blagą. :D
Ponieważ tak naprawdę Bois Lumière to wosk, labdanowy miód, świeże, aromatyczne i gorące curry oraz mnóstwo, mnóstwo kocanki. Suchej aż do zatamowania ludzkich nozdrzy wirującym korzenno-paczulowym pyłem. Zza niego, jak zza oślepiającego blasku porannego słońca, odbijającego się dodatkowo od białej śnieżnej powłoki, wyłaniają się stopniowo plastyczna i zielona, woskowo-tłusta żywica drzew iglastych. Nigdy jednak nie wybije się na pierwszy plan kompozycji, zajęty przez wonie okołowoskowe i kocankowe.
Im bliżej bazy, tym więcej labdanowego ciepła i zmysłowości, wonie drzewne stopniowo miękną i pastelowieją, pojawia się nawet wyraźniejszy akord słodyczy. Skąd? Nie mam pojęcia. :) Wiem za to, że na samym dnie mieszanki czai się suche i ostre, naelektryzowane piżmo, trochę sierściowe; niczym dzikie zwierzę w lesie, zaniepokojone niespodziewanym przejściem jak zwykle niefrasobliwej istoty ludzkiej.

Dwa kontrastowe światy: ogniste słońce i zmrożone krople wody, korzenna orientalność świeżego proszku curry wraz z kadzidlanymi żywicami kontra broczące żywicą świerki i sosny. Do tego tyle innych nut rozgrzewających oraz ogólnie energetycznych: labdanum, kocanka, wosk, paczuli, zwierzęce piżmo...
Całość teoretycznie wydaje się wyjęta z zupełnie innego klimatu, ze świata znacznie bardziej kolorowego, gorącego, żywiołowego, może też namiętnego - ale przecież pasująca do mroźnego północnego, zimowego świtu. Nic dziwnego, że mój mózg w Świetlistym Lesie Lebretona niemal od razu zobaczył rzymskiego centuriona, z zachwytem obserwującego ascetyczny spektakl odwiecznego piękna Natury, zasłuchanego w absolutną ciszę leśnego poranka i - przez jeden krótki moment - ani trochę nie tęskniącego za cieniem strzelistych cyprysów znad Morza Jońskiego. :)
Takie piękno, taka siła sprawia, że uginają się przed nią każde kolana.

Jarku, bardzo dziękuję za przedstawienie mi tego cuda. :*


Rok produkcji i nos: 2014, Anatole Lebreton

Przeznaczenie: zapach typu uniseks dla miłośników nut drzewnych, orientalnych oraz bogatej w niuanse olfaktorycznej suchości. :) Potężny i zamaszysty, pozostawiający za sobą gęsty ślad [całkiem, jak najlepsze perfumy Laurie Erickson, które zresztą dosyć mocno przypomina ;) ], z czasem redukujący się do żywej, mieniącej się i gęstej aury. Niemal przez cały okres trwania na skórze charakteryzujący się emanacją powyżej współcześnie obowiązującej średniej a przy tym zaskakująco dyskretny, nie narzucający się osobom postronnym.
No po prostu ideał! ;)
Na wszystkie okazje, jakie tylko dlań umyślicie.

Trwałość: w okolicach dziesięciu-czternastu godzin wyraźnej emanacji

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (oraz orientalna)

Skład:

wosk pszczeli, labdanum, miód, kocanka, drewna owocowe, "cukierki lukrecjowe w curry", jałowiec karłowaty, balsam jodłowy, kawa, paczuli, "palona czekolada", akordy słodowe, piżmo
___
Dziś noszę jeden z kolejnych zapachów cyklu świątecznego. Przeczytacie o nim "on the second day of Christmas". ;))

P.S.
Źródła ilustracji:
1. http://fineartamerica.com/featured/pine-forest-wwwwm-artphotose.html
2. http://www.lebuzzderouen.fr/shopping/beaute/les-parfums-anatole-lebreton

czwartek, 18 grudnia 2014

Giętkie języki i wrażliwe nosy, czyli rzecz o słowach

"...szablistą polszczyzną tnie, świszcze i chrzęści..."
Jacek Kaczmarski

Od kiedy właściwie tu, nad Odrą, Wisłą i Bugiem, interesujemy się perfumami? Od kiedy uznajemy za przedmiot poważnego, hobbystycznego i artystycznego zainteresowania? Od dziesięciu lat? Piętnastu? Dwudziestu?


Pewnie pojedyncze przypadki uznawały perfumiarstwo za ważną gałąź sztuki (albo chociaż wzornictwa) jeszcze wcześniej ale statystyka w tym wypadku wydaje się być nieubłagana: poważnie do tematu perfum zaczęliśmy podchodzić dopiero, kiedy zaczęło nas być na nie stać. Jako całego nowoczesnego społeczeństwa [dlatego pozwoliłam sobie pominąć ewentualnych pasjonatów przedwojennych czy  jeszcze w czasach socjalistycznych wyrywających Zachodowi jego pilnie strzeżone dobra konsumpcyjne ;) ] wcześniej nas nie interesowały a nawet dzisiaj kwestia perfum żywiej obchodzi może z dziesięć procent Polaków.
To wciąż jest temat raczej niszowy; nawet, jeżeli hipotetyczna zażarta dyskusja dotyczy wyższości Pink Sugar Aquoliny nad Midnight Fantasy od Britney Spears lub odwrotnie. ;)
Nad istotnością doboru perfum do naszego wizerunku, charakteru czy okazji w dalszym ciągu rozmyśla zdecydowana mniejszość rodaków, chociaż w ostatnich latach trend zaczyna się odwracać. W czym jednak nie ma żadnej magii: po prostu, nawet pomimo kryzysu, żyje nam się coraz lepiej [i, przede wszystkim, nauczyliśmy się skutecznie polować na okazje :) ].

Wspominam o tym nie bez powodu.
Niedawno robiłam mały olfaktoryczny rachunek sumienia, z którego wynikło, że choć wcześniej temat miał dla mnie spore znaczenie, aktywnie interesuję się perfumami od około siedmiu lat. To już całkiem duży kawałek czasu, nie sądzicie? Do tego czarno na białym [lub raczej biało na czarnym, zważywszy na tło ;P ] widać, iż bloguję już od czterech i pół roku: pierwszy wpis na łamach Pracowni alchemicznej pojawił się dokładnie 20 kwietnia roku 2010. Również niemałe osiągnięcie.

Przy okazji zaczęłam też zastanawiać się nad językiem, w jakim piszę ten oto blog. Spokojnie jednak, nie włączajcie translatorów Wujka Gugla, nie zamierzam przestawiać się na notki po mandaryńsku. ;)
Chodzi o mi sposób, w jaki o perfumach mówi się - a znacznie częściej pisze - wewnątrz polskiego żywiołu językowego. Trochę nieskromnie przyszło mi na myśl, że i na niego miałam jakiś-tam wpływ.
Oczywiście wśród hobbystów ale przecież zmiany gdzieś muszą mieć początek. :D


Zaczynając blogować o perfumach byłam świadoma, jak wiele w tej dziedzinie jest jeszcze do zrobienia. Prawdę mówiąc to założyłam bloga między innymi dlatego, ponieważ wiele rzeczy w dotychczasowym pisaniu o zapachach porządnie mnie irytowało; motywacja infantylna, przyznaję, jednak całkowicie prawdziwa. Przynajmniej wtedy. :)
Gorąco pragnęłam nie tylko wypowiedzieć się o perfumach, którym (jak wtedy uważałam) inni pasjonaci poświęcili nie dość uwagi ale też zrobić to w sposób, który uważałam za odpowiedni. Co akurat nie zmieniło się do dziś.
Chcecie wiedzieć, jaki to sposób?

Przede wszystkim zgodny z zasadami i tradycją polskiej gramatyki. Zarówno w 2010 roku, jak i obecnie szczerze nie cierpiałam dosłownych kalek z języków obcych, ze szczególnym uwzględnieniem angielskiego.
Staram się konsekwentnie przestrzegać zasady, by rzeczowniki istniejące w polszczyźnie od wielu lat wciąż w niej pozostały. Dlatego prędzej udławię się klawiaturą komputera, niż wyraz "patchouli" przetłumaczę na "paczula" a z "vetiver" zrobię "wetiwer" albo inną "wetiwerę". Pierwsze to "paczuli", drugie "wetyweria", nie inaczej. Lepiej dobrze to sobie zapamiętajcie! :P
Innym przykładem może być nadużywanie liter "x" i "v" oraz apostrofu. Nie rozumiem - no po prostu nie rozumiem i zabijcie mnie a nie pojmę! - dlaczego w imię wszędobylskości języka angielskiego mamy cofać się do osiemnastego wieku i przyjmować pokutujące wówczas kalki z łaciny, skoro przecież od dwustu lat powszechnie stosowany jest doskonały zamiennik tych dwóch głosek?? "Xiążęcy mixer na xiężycu Venus, obserwowany z Vatykanu" - naprawdę na co dzień tak piszecie??? ;P Stare, dobre "ks" oraz "w" tak bardzo ranią Wasze oczy i uszy?
Z apostrofem zresztą jest jeszcze gorzej. Tu jakiekolwiek zasady w ogóle olały sprawę i poszły radośnie chędożyć się za krzakiem. :] Do pewnego stopnia je rozumiem: w końcu są dosyć młode i niemal całkiem anonimowe (w szkole o nich nie uczą), więc im wolno. ;) Przyzwoitość nakazuje jednak, abyśmy postępowali konsekwentnie i estetycznie, apostrofem dzieląc tylko te rzeczowniki, w których polska odmiana przez przypadki uniemożliwia prawidłowe wypowiedzenie ostatnich liter. Dla przykładu: w nazwisku Serge Lutens (czyt. Serż Ljitąs) apostrof trafi tylko i wyłącznie do imienia. Kto odgadnie, dlaczego, w nagrodę może sobie przetestować dowolne perfumy od mistrza Serge'a. :P


Kolejna z zasad, których konsekwentnie staram się trzymać, dotyczy odmitologizowania języka okołoperfumowego. Za jej stosowaniem stoją przede wszystkim wspomnienia sposobu, w jaki te sześć czy pięć lat temu pisano o perfumach: z namaszczeniem, czołobitnością, niekiedy wręcz z uniesieniem. Jakby dyskutujące osoby przekazywały sobie wieść o cudownym leku na AIDS, którego recepturę odkryto przypadkiem w notatkach Leonarda da Vinci. ;) Oczywiście nie wszędzie i nie w każdym przypadku ale moc tej maniery była na tyle silna, że początkowo uważałam, iż tak właśnie należy pisać o perfumach [bo to Najprawdziwsza Sztuka i wewogle ;) ] - a jednocześnie starałam się dawać jej odpór.
Kurczę, przecież tych pięć lat temu nikt nie wyrażał się o flakonach perfum per "flaszka"! :D To był dopiero mój wynalazek; coś, co miało zadziałać jak granat ręczny i rozwalić od środka całe to napuszenie. Pamiętam też pewną sentencję, jakoby miłośnicy perfum w rozmowie o pierwszej lepszej wodzie toaletowej, perfumowanej czy kolońskiej celowo unikali słowa "perfumy", wyrażenia ponoć "świętego", zbyt wartościowego aby je szargać częstym używaniem. Zamiast tego używano wyrazów "zapach" albo "aromat" bądź tykano dany twór imiennie. :) Nie zgadzałam się z podobnym podejściem ale w imię bogactwa językowego znalazłam jeszcze kilka synonimów, w tym "mieszankę", "mieszaninę" i "pachnidło", do tej pory wśród hobbystów kojarzone głównie z powieścią Süskinda tudzież filmem na jej podstawie. ;) Z kolei w środowisku skupionym wokół pewnego, już nieistniejącego, forum protestowano przeciwko infantylizacji języka, w którym opowiada się o perfumach. Choć jest w tym pewien sens, dziś uważam, że za każdym razem, gdy do zapachów podchodzimy tylko super-hiper poważnie, gdzieś na świecie ginie mały kotek. ;>

To właśnie w imię powyższego przekonania postanowiłam również trochę to nasze perfumowe gadanie ubarwić oraz odmłodzić. W praktyce odbywa się to za pomocą warstwy najbardziej dla Was widocznej: dziś mogę uchylić rąbka tajemnicy i wyjawić, że szyk przestawny, nadmierne bogactwo epitetów czy porównań oraz kontrastujące z nimi wstawki z języka potocznego, regionalizmy i kolokwializmy na łamach Pracowni nie wzięły się znikąd. ;) O tym, dlaczego o perfumach warto opowiadać długo i zajmująco, pisałam już TUTAJ, dlatego dziś dam sobie spokój z wyjaśnieniami. Powiem tylko, że konsekwentne trzymanie się tak dobranego stylu pomaga mi między innymi w doborze czytelników. ;) Wyobrażam sobie, że dzięki niemu zaglądają - i wracają - tutaj przede wszystkim te osoby, które naprawdę chcą. :D Jakoś tak mam, że wolę pisać dla czytelnika już poznanego [wiedźma jako inżynier Mamoń ;) ].


Natomiast jeżeli chodzi o odmładzanie, to decyduję się na nie przede wszystkim w przypadkach, kiedy język nie nadąża za zmieniającym się światem. Dlatego konsekwentnie staram się wprowadzić do polszczyzny wyrazy takie, jak "perfumiarka" na określenie kobiety profesjonalnie zajmującej się perfumiarstwem. I choć znacie mnie jako przebrzydłą feministkę wiedzcie, że za tą decyzją stoi przede wszystkim moja miłość do języka polskiego. :) [A kogo podobne formy rażą, temu radzę przeprowadzić prosty eksperyment: w stosunku do jakiegoś znanego Wam mężczyzny zastosujcie żeńską formę wyrazu określającego jego zawód, pochodzenie, charakter itp. A potem nie bójcie się wypowiedzieć tego na głos; wsłuchajcie się uważnie, jak takie zdanie brzmi. "Znany aktorka Bogusław Linda wydał kilka lat temu płytę z poezją śpiewaną. Linda stał się więc także piosenkarką", "Bronisław Komorowski jako prezydentka Polski powinien...", "Pan Kowalski to najlepszy nauczycielka w naszej szkole!" I jak? ;> Skoro w takim wydaniu podobne stwierdzenia Was rażą, dlaczego akceptujecie sytuację odwrotną?? :] Zastanówcie się i nad tym].
Z nie innych powodów eksperymentuję też z formą poszczególnych określeń cech pachnideł. Perfumy orientalne od niedawna nazywam "orientalami", coś może być "zeskorupiałe" a coś innego "igiełkowe". Również określenia składników perfum staram się konsekwentnie sprowadzać do mowy potocznej a także spolszczać. To właśnie dlatego niejakie "iso e super" na niniejszej stronie występuje wyłącznie pod postacią małych liter, chociaż świetnie wiem, że jest to nazwa handlowa, zatem powinno się je pisać raczej z wielkich. Podobnie syntetyczna aromamolekuła o handlowej nazwie "Cashmeran" u mnie była, jest i pozostanie "kaszmeranem". W tym przypadku wymogi gospodarcze muszą ustąpić przed - z braku lepszego określenia - racją stanu. ;) Ważniejsze jest wprowadzenie twórczego fermentu w tkankę języka, który przecież i tak jest wspaniale plastyczny: sprzyjający ludziom o większej wrażliwości na słowo, wprost stworzony do tego, aby się nim bawić i tworzyć nowe określenia. :)
Głupio byłoby świat perfumowych hobbystów pozbawiać podobnej frajdy!


Żeby być jednak całkiem uczciwą muszę wyznać, że w kilku przypadkach poniosłam porażkę. Nie umiem znaleźć odpowiedniej polskiej formy dla wyrazów takich, jak "flanker", "gourmand", "sillage"...
Bo weźmy ostatni z przypadków: utarło się nazywać go "ogonem" ale mnie to słowo bardzo nie pasuje. Ogon to coś w sumie deprecjonującego, ośmieszającego; pośledniejsza część zwierzęcia. Ogon to też podogonie a ono do najpiękniej pachnących raczej nie należy. ;P Kiedyś eksperymentowałam z wyrażeniem "tren zapachowy" ale ostatecznie zarzuciłam je z powodów psychologicznych; współcześnie mało kto w Polsce nosi tren a już na pewno nie są to mężczyźni. Przeciętny mężczyzna i tren, choćby tylko symboliczny, stworzony z zapachu perfum? ;] To się nie zgrywa. Dlatego coraz częściej skłaniam się ku tłumaczeniu dosłownemu, w myśl którego "sillage" to po prostu "ślad". Całkiem, jak na śniegu, tylko jeszcze bardziej ulotny.
Nie jestem jednak tłumaczką, dlatego podobne zagadnienia to dla mnie łamigłówka na wolne chwile i czasami naprawdę trudna sprawa.

Zresztą prawda jest taka, że wszyscy uczymy się od siebie nawzajem. Tu coś podpatrzymy, tam usłyszymy lub skojarzymy i jest! Kolejna cegiełka trafia prosto do gmachu okołoperfumowej polszczyzny. :) Wykuwamy ten nasz język może nie w bólach ale na pewno z niemałym wysiłkiem. Przecież nie dostaliśmy w spadku gotowych określeń, wypracowanych przez poprzednie pokolenia miłośników perfum. W Polsce nie mamy swoich pachnideł "skanky" ani "catty"; rozróżnienie między "perfumes" a "fine fragrances" jest kompletnie nieprzetłumaczalne. Nie mamy też żadnego nośnego, działającego na wyobraźnię odpowiednika słowa "drydown" a nawet trudno jest ocenić, kiedy "amber" oznacza "ambrę", kiedy "bursztyn" a kiedy coś, co [trochę w zastępstwie nieszczęsnego bursztynu] nazwałam "akordem ambrowym". Z tym wszystkim póki co sobie nie radzimy. Jeszcze nie. :>
Wierzę jednak, że wszystko przed nami. Nie teraz, to za lat kilka albo kilkadziesiąt. Czasu mamy w bród. :) I nie zawahamy się go użyć.


...a i tak wszyscy świetnie wiedzą, że największy problem mam z powtórzeniami i literówkami. ;P


P.S.
Wykorzystane dziś ilustracje pochodzą z planów zdjęciowych reklam perfum; to przecież także jest jakiś sposób opowiedzenia o zapachu. ;) Pochodzą kolejno z:
1. http://www.dolcegabbana.com/beauty/perfumes/women/dolce/
2. http://imgkid.com/david-gandy-and-bianca-balti.shtml
3. http://www.thedollsfactory.com/2013/04/gentlemen-only-givenchy-fragrance.html
4. http://www.chilexions.com/2013/08/downtown-backstage-exclusives.html
5. http://www.michaelmacalos.com/2011/09/charlize-theron-at-dior-jadore.html

Poranek Tuarega

Oj, coś dawno nie pochylałam się tu nad perfumami o arabskim rodowodzie! Cóż, trzeba to jak najszybciej zmienić. ;) Najlepiej czymś ciekawym i typowym dla tamtejszej stylistyki perfumowej [acz nie do końca, o czym za chwilę].
Na przykład pachnidłem o nazwie Hajar, powstałym dzięki bahrańskiej marce Syed Junaid Alam.


To coś jednoznacznie arabskiego, gęstego, mocnego i oczywistego ale jednocześnie naznaczonego lekkością, wyraźnie sugerującą europejsko-kolońskie konotacje mieszanki.
Jednak nie cytrusy są tu na pierwszym miejscu ale oud, obecny też na miejscach drugim i trzecim. ;) Prężny, silny, nieco zwalisty i jednoznacznie cielesny [by nie rzec, że zwierzęcy]. Odważny w europejskich warunkach, w świecie islamskim pewnie raczej noszalny oraz wdzięczny i gładki. Pewnie. Nawet, kiedy pojawia się drzewna miękkość i jasność, agar wciąż utrzymuje się u steru, jednak dzięki niemu uspokaja się i krzepnie.
By wkrótce zacząć krzepnąć jeszcze bardziej. Jakimś tajemniczym sposobem po dobrych kilku godzinach dosłownej ale już oswojonej oudowości, na mojej skórze zachodzi nieoczekiwana wolta, dzięki której główną rolę otrzymują złociste, okrąglutkie, karłowate cytrusy. Po tylu godzinach życia perfum!

Jak to się stało? Dlaczego? Co anonimowy perfumiarz chciał w ten sposób osiągnąć? Mnie nie pytajcie. ;)
Jestem zbyt rozczarowana odkryciem, że nawet w takim towarzystwie, po podobnym silnym otwarciu, moja skóra i tak z cytrusami zrobiła to, co zazwyczaj. Czyli wykoślawiła je i zmniejszyła jeszcze bardziej, odejmując jakikolwiek urok i moc nie tylko im ale też poprzednikom, należącym przecież do olfaktorycznej wagi ciężkiej.
Dawid zabił Goliata? Może. Jednak bez wątpienia tym razem nie było to dobre zakończenie. ;)

Hajar oudowo-sandałowcowy, drzewno-stajenno-korzenny był mi znacznie milszy - choć przewidywalny - niż jasnożółty, blaknący szybko cytrusowy pyłek. Ten poranek na Saharze z radością zostawię komuś innemu.


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: jak większość perfum oudowych z Półwyspu Arabskiego, także i te pierwotnie dedykowano mężczyznom [choć do pewnego stopnia w tamtym rejonie świata wszystkie perfumy to uniseksy; zupełnie, jak dla mnie ;) ]. Jednak bezbożne i niemoralne kobiety z Zachodu spokojnie mogą wziąć się za testy, szczególnie jeżeli wcześniej miały już do czynienia ze zwierzęcymi wcieleniami drewna agarowego. :]
Hajar jest arabski także pod względem mocy i projekcji, naprawdę niebawiących się w zbędne ceregiele i atakujących od razu z całą swoją siłą. Zmajstrowany przez nie sillage ciągnie się za uperfumowaną osobą całymi metrami. Później jednak, po przemianie w cytrusowo-pastelowy proszek, zdecydowanie stygnie oraz słabnie. Pytanie: dzieje się tak z powodu typowego zanikania perfum czy bardziej przez nietypowy rozkład nut?

Trwałość: około siedmiu-dziesięciu godzin, z czego cztery piąte dają nadzieję na typowego niezmordowanego długodystansowca, natomiast reszta to już cytruski i ekspresowy zanik.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: cytryna, mandarynka
Nuta serca: kardamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z: https://www.flickr.com/photos/toffiundkamera/8577353498/in/photostream/

wtorek, 16 grudnia 2014

Róże z angielskiego ogródka

Czy mieszkając na półkuli północnej można spędzać grudzień w różanym ogrodzie? Naturalnie!
Pod warunkiem, że do tego celu skorzystamy z drobnej pomocy pachnidła. :) Na przykład Une Rose, powstającej (jeszcze)  pod szyldem Editions de Parfums Frédéric Malle.


W tym przypadku znajdziemy się w ogrodzie angielskim; ogródeczek, jeżeli mam być ścisła. :) Malutka przestrzeń wokół niewiele większego domku, maksymalnie pokryta różami oraz perfekcyjnie przyciętą, szmaragdową trawą, okolona niskim kamiennym murkiem. Natomiast tuż pod kwiatami wyczuwam glebę, ciemną i żyzną, pokrytą ochronną i nawożącą rośliny próchnicą z sieczki roślinnej czy kawałków kory. Całość oświetlona promieniami letniego słońca ale chłodna - może jest jeszcze poranek a może chłodne lato, któremu przytrafił się jeden słoneczny dzień?

Na pewno wyczuwam w Une Rose prześliczne geranium, następujące tuz po otwierającym mieszankę, zdumiewająco prostym i pięknym (jak w Tea Rose od Perfumer's Workshop, o którym  kiedyś z pewnością napiszę): z początku nieco octanowe, wstząsające jako klin, wbijający się w klasyczną zmysłową czystość róży, później jednak takie, jakim miało być od samego początku - czerwcowe, optymistyczne, godnie uzupełniające i zastępujące nutę tytułową. Cierpkość i "chropowata mięsistość" także jest obecna, tworzy mocny zwarty drugi plan, złożona z paczuli, chłodnej wetywerii a także subtelnego, grzybowo-korzennego tła. Nad wszystkim zaś majaczy wątły, ledwie zauważalny cień taninowej goryczki, z czasem wpadający w suchą gęstość nut cielesnych.
Pierwsze skrzypce jednak, od początku aż do końca, gra róża. Z początku we własnej osobie, później godnie reprezentowana przez krystaliczną delikatność geranium.

Jest pięknie. Gęsto od różanych woni. Naturalnie. Trochę kiczowato. :)
Bajecznie.

Rok produkcji i nos: 2003, Edouard Fléchier

Przeznaczenie: jako pachnidło oparte o woń królowej kwiatów, omawianą mieszankę domyślnie dedykowano kobietom. Choć oczywiście ja nie uważam, by na męskiej skórze mogła w jakikolwiek sposób wpływać na zmniejszenie poziomu testosteronu u nosiciela płci męskiej. :D
Kto chce, niech cieszy się Une Rose; w nagrodę otrzyma wspaniałą, zamaszystą projekcję i sillage o wyraźnym, smukłym kształcie. Wyraźne z daleka ale przy zbliżeniu nosa do uperfumowanej skóry zyskuje na stabilności; naturalnie i prędko zlewa się z naszymi myślami o oswaja węch.
Na wszystkie okazje, szczególnie dla różolubów. :)

Trwałość: olbrzymia, bo od dziesięciu-dwunastu godzin do ponad doby

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa

Skład:

absolut różany, geranium, akordy winny oraz truflowy, wetyweria, paczuli, kastoreum
___
Dziś noszę Musc Tonkin od Parfum d'Empire

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://pl.forwallpaper.com/wallpaper/cottage-with-roses-in-the-village-of-tho-253050.html

niedziela, 14 grudnia 2014

Którędy do Rivendell?


Premiera trzeciej części Hobbita zbliża się wielkimi krokami [uwaga, będę fangirlować. :P Bitwa Pięciu Armii! (SPOJLER) Szaleństwo króla Thorina! (KONIEC SPOJLERU) Smaug! Thranduil! BILBO!], podobnie jak bożonarodzeniowe seanse Władcy Pierścieni, które mam zwyczaj uskuteczniać, zatem siłą rzeczy moje myśli częściej kierują się w stronę tolkienowskiego Śródziemia. Tam właśnie zaprowadziły mnie testowane ostatnio perfumy.

Nieprzypadkowo. Ostatecznie zestawienie aksamitnych nut drzewnych z aromatycznym, gładkim fiołkiem z łatwością udaje się połączyć z pięknymi, smukłymi i wyniosłymi elfami. Mam niejasne wrażenie, że taką pewność miał już Serge Lutens, kiedy w roku 1992 [ważna data dla światowego perfumiarstwa, jak się okazuje] zaordynował marce Shiseido legendarne w tej chwili Féminité du Bois.

Wyznaczone wówczas standardy postępowania z nutami drzewnymi w perfumach dedykowanych kobietom obowiązują powszechnie do tej pory. Choć zmieniają się akordy wiodące daną kompozycję i inaczej rozkłada się akcenty, w zależności od obowiązującej aktualnie mody, sedno pozostaje niezmienne: z nut drzewnych ukręcamy jasny, niemal świetlisty pyłek, osadzamy go na laboratoryjnie stworzonej nucie ambrowej (z kaszmeranem i wanilio-bobotonką) a następnie obudowujemy zwracającymi uwagę woniami kwiatów, owoców a najlepiej jednych i drugich. :) Można też dodać co nieco przypraw albo żywic. Jednak bez niepotrzebnego nadmiaru - tak przecież charakterystycznego dla wcześniejszych praktyk perfumiarskich - starając się wycisnąć maksimum możliwości z zastosowanych już składników.
Według takich właśnie reguł stworzono nie tylko całą lutensowską linię perfum z Bois w tytule ale również takie bestsellery, jak Dolce Vita Diora, od FdB młodsze zaledwie o dwa lata, Insolence od Guerlain, Black Orchid Toma Forda, Black XS od Paco Rabanne'a a nawet Crystal Noir marki Versace i Euphorię Calvina Kleina. Z pachnideł nieco mniej popularnych pozwólcie, że wymienię tylko pierwszy zapach od Johna Galliano, She Wood marki Dsquared², Violet Blonde Forda czy Love in Black Creedów. Na więcej szkoda czasu ale faktycznie mogłabym wymieniać jeszcze długo.

Ostatnio, dzięki Jarkowi S. (właśnie: dzięki, Jarku! ;) ) poznałam kolejny kamyczek, idealnie pasujący do kobieco-drzewnego ogródka: Silk Noir od Kat Burki. Tutaj fiołkowe, drzewne, słodkie, cieniste i eteryczne elfy nawet nie kryją się z własną obecnością.


Tutaj wszystkie elementy obowiązkowe są dokładnie na swoim miejscu: od miękkiego, pyłkowego fiołka w stylu Féminité du Bois, przez wielorakość drzazg cennego drewna, oczywiście z cedrem (jak nakazuje pierwowzór), sandałowcem (bo kobiecy) i drapiącym, lizolowym oudem (bo modny) na pierwszych miejscach aż po suchy ale mięsisty akord ambrowy na samym dnie. Wiecie, taki doskonale klasyczny: z kaszmeranem i ciemną wanilią, w leśno-glamourowy sposób słodki. Czarowny na klasyczną elficką modłę.

Co zresztą dotyczy całości Silk Noir, jednocześnie dosłownego ale też stanowiącego fantastyczną pożywkę dla wyobraźni. Pojawiają się nawet jaśniejsze promienie słońca, śmiało przedzierające się przez leśno-bajkową estetykę, dziś już trochę wyświechtaną ale przed dwudziestu laty wyjątkową i fascynującą [zupełnie, jak kiedyś elfy, hobbity albo orkowie ;) ]. Lekko zamszowa bergamotka swoim łagodnym światłem przedziera się przez opisaną cudowną gęstwinę woni, by w końcu utonąć w ciepłych, nieco ostrych ciemnościach wetywerii, na której rosną obłędnie pachnące drzewa i egzotycznych, sproszkowanych, dławiących przypraw.
Tych ostatnich nie ma jednak zbyt wiele: ot, wystarczająco żeby zaciekawić, nadać bardziej wytrawnego tonu, po niszowemu ocienić mieszaninę. Najważniejsze były, są i będą pyłkowe fiołki, drzewne wióry oraz słodko-ciepła laboratoryjna ambra. Całość aż skrzy się, przylega do ciała niczym jedwab i jak on powiewa z wdziękiem za uperfumowaną osobą, w ogóle jest absolutnie fantastyczna... gdyby tylko nie pachniała całkiem, jakby nad retortami z przyszłym Silk Noir zawiesił nozdrza (i mózg) sam Christopher Sheldrake. ;)

Choć noszenie omawianego pachnidła to sama przyjemność, w życiu nie zamienię nań swojego Bois Oriental od Lutensa i od Sheldrake'a - w mojej opinii z całej leśnej linii Lutensa dokładnie "tego" zapachu, który jest najbliższym krewnym oryginalnej, shiseidowskiej Féminité du Bois. :) Z wymienionej dwójki bliźniąt zdecydowanie wolę starsze (może z braku dostępu do pierwowzoru ale jednak to na Bois Oriental stawiam swoje pieniądze).
Silk Noir powstał za późno... tak o dwadzieścia dwa lata. ;)


Rok produkcji i nos: 2014, Kat Burki (?)

Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, chociaż - jak na pełnoprawnego potomka Féminité du Bois przystało - świetnie sprawdza się też na męskiej skórze, uwypuklając akcenty drzewne oraz orientalne.
Jako pachnidło o naprawdę nielichej projekcji, potrafi stworzyć gęsty i długi sillage oraz wypełnić sobą całe pomieszczenie, w którym akurat przebywa uperfumowana osoba (do czego wystarczą już cztery "psiki" z próbkowego atomizerka). Przypomina o sobie przy każdym poruszeniu ciałem, szczególnie podczas pierwszych trzech godzin od aplikacji. Czyli jednym zdaniem: naprawdę silna zeń bestia. ;)
Nadaje się doskonale na okazje wieczorowe, mniej formalne albo podczas ponurego dnia jako poprawiacz nastroju.

Trwałość: od ośmiu do dwunastu godzin wyraźnej, wyczuwalnej obecności ponad ludzką skórą i dalszych kilka bezpośrednio na niej.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: bergamotka
Nuta serca: fiołek, wetyweria, (drewno cedrowe, przyprawy)
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno gwajakowe, oud oraz inne nuty drzewne, (akord ambrowy)
___
Dziś noszę Deher od Syed Junaid Alam.

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/131097039127572058/ [Drogowskaz jest autorstwa osoby o pseudonimie? nazwisku? Penny Lane, której inne prace możecie obejrzeć oraz zakupić TUTAJ].
2. http://www.cuded.com/2013/01/elfin-forest-by-emily-soto/ [Autorka: Emily Soto]

środa, 10 grudnia 2014

Stare złoto i wypłowiała biel

Piękną, zabytkową biżuterię z cennego kruszcu w większości przekazano na spłatę rosnących długów a w części sprzedano, by za uzyskane w ten sposób pieniądze zakupić bardziej nowoczesne przedmioty zbytku. W rodzinnym sejfie klejnotów zostało już bardzo niewiele.
Chcecie wiedzieć, do czego założy je elegantka z mocno zubożałej burżuazyjnej rodziny?


Pomijając strój i dodatki modowe, które z pewnością będą wyłącznie w najwyższym gatunku, zimą nasza dama zdecyduje się perfumy wyraziste, zapadające w pamięć, rozgrzewające jej chude, kościste ciało [inne być nie może, gdyż bohaterka w dalszym ciągu liczy na rabaty za zakup pokazowych egzemplarzy strojów haute couture] ale jednocześnie umacniające jej wizerunek osoby zamożnej i luksusowej, o silnym charakterze oraz apodyktycznych poglądach na życie. Takie, jak Gold Leather od Atelier Cologne.

Zapach o nutach, których lektura swego czasu obudziła we mnie natychmiastową żądzę poznania, podczas osobistego spotkania traci wiele uroku. Cóż, na pewno nie jest taki, jakiego się spodziewałam. Nie znaczy to jednak, że nie jest ciekawy. Przeciwnie, ma do opowiedzenia wciągającą historię.


Ciemna, wędzona śliwka (bardzo polska, co ciekawe) wyłania się zza ostrej, burej przyprawowej kurzawy i zza nut słodowych. Towarzyszy jej tłusty, nieco lizolowy oud oraz bazowy, nie do końca wyraźny aromat India shopu. Ktoś we wściekłości wrzucił do kominka stare skórzane rękawiczki (a może pusty portfel?), którego woń niesie się teraz po całym kilkunastopokojowym apartamencie. Ktoś inny próbuje gotować, jednak nie bardzo to mu lub jej wychodzi, ponieważ z drugiej strony na przestronny, jasny salon o klasycznym wystroju i wysokich oknach promieniuje aromat spalonych świeżych ziół: wawrzynu, rozmarynu, tymianku. Oba drażniące powonienie, jakby toczące ze sobą pojedynek; swoisty olfaktoryczny substytut kłótni między twórcami obu zapachów [wszak osoby z ich sfery nie zwykły urządzać burd].

Pomiędzy tym wszystkim miejsce usiłują odnaleźć właśnie wędzona śliwka, oudowo-drzewny kurz i nieoczekiwany, abstrakcyjnie metaliczny szafranowy żar. Popijany ukradkiem, coraz gorszy jakościowo alkohol również pozostawia po sobie ciemne, gryzące opary. Bielone meble od najlepszych producentów czy ustawione przy długim kryształowym stole w jadalni oryginalne Duchy Ludwika co prawda dodają temu obrazowi szczyptę niedosłownej słodyczy i lekkości, ale nastroju przytłaczającej rezygnacji nie zdołają już zniwelować.
I tylko obrazy na ścianach, umiejętnie przesuwane tak, aby zakryły dziury po sprzedanych co cenniejszych okazach, starają się udawać jakiekolwiek barwne plamy w życiu tego apartamentu oraz zamieszkującej go rodziny. A raczej: szkieletu dawnej rodziny, jednej czy dwóch osób; żyjących po cichu, niebywających już niemal nigdzie ani nie odwiedzanych przez nikogo, poza prawnikiem, wierzycielami oraz dochodzącą pokojówką, dwa razy w tygodniu sprzątającą rozległe, na wpół martwe pokoje.

Zamiast oczekiwanych zmysłowości i krągłości, dialogu pomiędzy "kobiecymi" krągłościami dymnej śliwki a "męską" kanciastością oudu w Gold Leather znalazłam prawie same bruzdy, połamane ostrza, drzazgi, blizny czy chropowatość. To nie jest mieszanka łatwa i przyjemna - choć jednocześnie na pewno nie przykra bądź trudna w noszeniu.
Trudno o niej pisać. Składa się ze zbyt wielu zręcznych niedomówień, zagadek czy bolesnych przemilczeń. Jest spokojny, wręcz wycofany a jednak już na pierwszy niuch widać, jak wiele może nam zaoferować. O ile oczywiście cenimy wyrafinowanie formy przy jednoczesnym umiarze w jej wyrażaniu. ;)
To bez wątpienia są piękne, artystyczne perfumy ale za nic nie chciałabym ich nosić. Nawet filmy Bergmana bywają od nich weselsze. ;)



Rok produkcji i nos: 2013, Jérôme Epinette

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, świetnie dopasowujący się do wszystkich możliwych płci. :) Dyskretnie trzymający się blisko ciała, otaczający je wąskim, choć w pierwszych fazach rozwoju bardzo nasyconym woalem.
Na okazje, jakie tylko dlań wybierzecie; chociaż moim zdaniem GL przez swoją umiarkowaną projekcję i dystansującego ducha świetnie nada się dla pracowników korporacji. ;P Świetny zimą, jesienią i przedwiośniem.

Trwałość: od siedmiu czy ośmiu do blisko czternastu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana

Skład:

Nuta głowy: szafran, gorzka pomarańcza, rum
Nuta serca: kwiat dawana, eukaliptus, śliwka
Nuta bazy: drewno gwajakowe, drewno cedrowe, akord oudu, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://bergdorfprincess.tumblr.com/image/43843186722

niedziela, 7 grudnia 2014

W Święta pachnijmy niebanalnie

Grudzień: mikołajki, święta, ostatni dzień roku... Miesiąc idealny dla osób uwielbiających prezenty, zarówno wręczać jak i otrzymywać. :) Moim zdaniem najlepiej ma osoba, które jednocześnie obdarowuje ale i jest obdarowywana; a kiedy obydwa prezenty są trafione i budzą szczerą radość, to już w ogóle cudownie.
Takie sytuacje cieszą najbardziej, takich życzę Wam, Waszym bliskim i oczywiście sobie też. :D

Jednak czy wszystkie rodzaje prezentów są równie trafne? Czy nie ma wśród nich pomysłów wtórnych, nieprzemyślanych, może nawet ocierających się o gafę?
Przecież wszyscy wiemy, że podobne sytuacje zdarzają się dosyć często.


Co roku w grudniu prasa, telewizja, portale internetowe tudzież blogerzy lajfstajlowi bombardują nas tysiącami pomysłów na bożonarodzeniowe prezenty, od kubków i breloczków do kluczy przez ubrania, biżuterię, sprzęt komputerowy czy rozmaite dobra kulturalne aż po perfumy stworzone na indywidualne zamówienie oraz podróż dookoła świata. Dopasowane w sam raz do pojemności naszych portfeli a jednocześnie do zainteresowań i aspiracji przyszłych obdarowanych; niestety, najczęściej aż zatęchłe od stereotypowego pojmowania świata: dla Pań, dużej i małej - złote kolczyki, dla Panów, dużego i małego - konsola do gier. Dla młodzieży sprzęt sportowy, dla seniorów norweskie kapcie oraz Biovital. :]
Tu naprawdę nie potrzeba wielkiego namysłu, żeby pojąć, jak podobne upraszczanie świata jest krzywdzące, jak silnie trąci przemocą symboliczną. To działanie miałkie i niemoralne.

No ale jednak na czymś zarabiać trzeba, jakoś zapełnić szpalty, czas antenowy czy serwisy tematyczne; w takim wypadku połączenie reklamy produktu [naprawdę myśleliście, że oni proponują pakiet filmów od dystrybutora X czy voucher do sklepu Y z dobrego serca? ;> ] z treścią choć trochę merytoryczną wydaje się mediom bardzo atrakcyjne. I prawdę mówiąc nie ma w tym nic złego. :) Szczególnie, kiedy twórcy takich zestawień w ich nazywaniu kierują się nie stereotypem a rysem indywidualnym potencjalnego odbiorcy.
Czyli nie: "idealne prezenty dla niego", "idealne prezenty dla niej", "...dla chłopca", "...dla dziewczynki", "...dla dziadków", "...dla przyjaciółki" i tak dalej ale raczej: "...dla miłośników elektroniki", "...dla geeków", "...dla aktywnych", "...dla romantycznych", "...dla dbających o urodę", "...dla podróżników", "...dla moli książkowych" itp.
Sami widzicie, produkt dalej można i zareklamować, i scharakteryzować, i przeznaczyć dla konkretnej grupy odbiorców ale nikogo już się przy tej okazji nie stygmatyzuje, nikogo nie wpycha przemocą do szuflady i nie zamyka jej na siłę, przy okazji przycinając ucho któregoś z nieszczęśników w środku. ;)

Można wszystko, o ile tylko wie się, jak. :)


No i tym właśnie sęk. Bo przecież o ile względnie łatwo przewidzieć, kogo z naszych krewnych i znajomych ucieszy najnowsza edycja gry Assassin's Creed a kto doceni voucher do najlepszej restauracji w mieście, w przypadku perfum o podobną pewność dużo trudniej. To raczej nie jest temat, o którym większość społeczeństwa lubi sobie pogadać, zatem i o pewną znajomość gustu, nawet osób najbliższych, niełatwo.
Żeby było jeszcze ciekawiej dodam, iż małe szpiegowanko i podglądnięcie aktualnych perfumowych mieszkańców cudzych garderób, toaletek czy łazienek [Błąd! NIGDY nie kupujcie zapachów osobie, która zwykła trzymać je w łazience. I tak nie będzie potrafiła się z nimi obchodzić ;P ] zazwyczaj prowadzi na manowce. Bo ofiarować komuś kolejne takie samo pachnidło to jednak słaby pomysł a poszukiwanie alternatywy za pomocą nosa swojego czy konsultantki z perfumerii może dać jeszcze gorszy efekt: to, co nam może wydawać się idealną kopią zapachu X, jego codziennego użytkownika lub użytkowniczkę będzie drażnić. Nasze powonienia naprawdę potrafią różnić się od siebie bardziej, niż kiedykolwiek moglibyśmy przypuszczać.

Co jednak zrobić, kiedy już wymyśliliśmy prezent perfumowy i bardzo chcemy wcielić nasz plan w życie? Lub kiedy osoba obdarowywana wprost zażyczyła sobie jakiegoś pachnidła? Chcecie wiedzieć?

Ja też. ;> Mam za to pewien pomysł: skoro Boże Narodzenie na naszej półkuli wypada w zimie, porze roku uznawanej za najmniej przyjazną, najtrudniejszą i często - głównie w centrach miast - najmniej malowniczą, gdy dookoła chłód, śnieżyca, plucha, zawierucha, może w takiej sytuacji warto poszukać perfum pasujących do pogody za oknem? Rozgrzewających, odpędzających zimową depresję, pełnych życia?
Choć nadal priorytetem powinien być gust osoby obdarowywanej (w żadnym wypadku nasz własny!), jest to już jakiś konkretny trop, na którym warto się skupić. :)

Dlatego poniżej przedstawię kilka propozycji zapachów, które uważam za spełniające powyższe kryteria. Podzieliłam je dzieła głównego nurtu, dostępne bez problemu bodaj w każdym większym mieście oraz prawdziwe olfaktoryczne termofory, rozgrzewające równie dobrze, jak polar, wełna, termofor oraz herbatka z prądem naraz. ;)
Uwaga! Są to wyłącznie moje propozycje, wybrane przeze mnie a więc chcąc nie chcąc przefiltrowane przez subiektywną interpretację tematu. Potraktujcie je zatem jako wskazówkę, czego mniej więcej szukać w sklepach lub o co dyskretnie podpytać bliskich. Czujcie się swobodnie dodając, odejmując czy podmieniając kolejne przykłady.


W kolejności od góry i od lewej do prawej ilustracja przedstawia:

Narciso od Narciso Rodrigueza - oddala ponure myśli i rozświetla pochmurne dni, jak na jasne, nowoczesne i lekkie pachnidło kwiatowo-piżmowe przystało. :) Plus lekka drzewna zadowoli koneserów. Idealne, dyskretne tło codzienności osób, dla których szklanka jest zawsze w połowie pełna. Więcej szczegółów znajdziecie TUTAJ.
Aventus od Creed - choć tej marki w najpopularniejszych polskich perfumeriach nie uświadczymy, jest jednak na tyle znana, że trafiła do tej właśnie części zestawienia. W którym Aventus po prostu musiał się znaleźć. :) Jak mogłabym pominąć pachnidło wzbudzające zachwyt większości mężczyzn (i przychylność większości kobiet), którzy się z nim zetknęli? Wyraziste ale stonowane, uniwersalne, ciekawe i zwyczajnie ładne. Dla każdego. TU kilka słów więcej.
Amarige od Givenchy - śliczny, bogaty klasyk z dominującą nutą kwiatu pomarańczy. Dla dwustuprocentowych kobiet, o czym wspominałam chociażby TUTAJ.
Lys Soleia od Guerlain - lekka, żywa, świeża lilia; prowokacyjnie wiosenna. ;) Zimą odważna i nieco kontrowersyjna; może funkcjonować jako zapach dla eleganckich morsek (albo morsów). ;) TUTAJ opis trochę bardziej szczegółowy.
l'Ambre des Merveilles od Hermèsa - wspominany niedawno na łamach Pracowni Jean-Claude Ellena w wyjątkowo dobrej formie. :P Stworzył w niej zapach sympatyczny, złocisty, nienachalnie słodki, ambrowo-waniliowy z głęboką, nieco ciemniejszą bazą; ciepły i przytulny a jednocześnie elegancki. W sam raz dla romantyków twardo stąpających po ziemi. ;)
Shalimar od Guerlain - ach, Shalimar! Absolutna legenda, wiecznie żywa mimo kolejnych liftingów zawartości słynnego flakonu. Swego czasu prawzór nowoczesnego orientala a współcześnie dzieło w sam raz dla miłośników kaszmiru i aksamitu, wanilii oraz drzewnej ambrowości, mitologii oraz dawnych legend. Rozgrzewający endorfinowy zastrzyk w sam raz dla osób "odważnych, niebanalnych i efektownych", jak lata temu stwierdziłam w TEJ recenzji [? Wtedy właściwie nie pisałam jeszcze recenzji, raczej nasączone emocjami relacje z użytkowania]. Znakomity w wydaniach klasycznych oraz we flankerach, na przykład wszystkich Waniliowych.
Oud Wood od Toma Forda - głębia i szyk słynnej arabskiej wonności w towarzystwie chłodnego kardamonu. Wymarzony zapach dla ludzi stanowczych, w życiu kierujących się twardymi regułami; może własnymi ale twardymi. ;) Po konkrety zapraszam TU.
la Vie est Belle od Lancôme - kiedyś nie wyraziłam się o nim zbyt pochlebnie; na swoje usprawiedliwienie mam jedynie mało sprzyjającą porę testu. Ponieważ to nie jest zapach na upały; najpiękniej rozkwita na mrozie, ogrzewa swoją kwiatową cukrowością, poi sokiem z gruszki. Może ucieszyć osoby ceniące perfumy nowocześnie słodkie.
Alien Essence Absolue od Thierry'ego Muglera - cudowna wariacja na temat muglerowskiego jaśminu, pogłębiona i rozzłocona ambrą. Energiczna, zwracająca uwagę, bezpretensjonalna w swojej radości. TUTAJ kilka zdań więcej. :D
Black Orchid od Toma Forda - zdumiewająca klasyka z początków XXI wieku. Tak nasze czasy zwykły wyobrażać sobie zapachy szyprowe, twórczo złożone z kontrastów pomiędzy zmysłowością lejącej się, stopnionej ciemnej czekolady a suchym, truflowym pudrem z miękko-słodkimi kwiatami na drugim planie. Prześliczne, esencjonalne, nieco kontrowersyjne - dla osoby, która lubi być zauważana. :)
So Elixir od Yves Rocher - różowe, proste, uśmiechnięte. Kolejna wersja słodkiego, mieniącego się paczuli jako godne uzupełnienie dla ciepłego swetra i kubka gorącej czekolady z cynamonem. TU znajdziecie porównanie między wodą toaletową a wodą perfumowaną So Elixir.
Angel od Thierry'ego Muglera - kolejny niezaprzeczalny klasyk, dodatkowo otoczony nimbem perfum kontrowersyjnych; albo się je kocha, albo nienawidzi. Lecz jeżeli znacie jakąś ich zdeklarowaną miłośniczkę, w tym jednym przypadku śmiało możecie kupić jej kolejny flakon; fanom Anioła gwiazdek nigdy dosyć! ;) Mężczyznę rozkochanego w tej wodzie tez obdarujcie bez lęku - dziś to już bardziej uniseks. Jeżeli jesteście ciekawi mojej szczegółowej opinii o pachnidle, zajrzyjcie TU.
A*Men od Thierry'ego Muglera - męska wersja Aniołka, za Atlantykiem znana jako Angel Man. Paczuli w objęciach palonego cukru i ciemnych nut drzewnych, z dużą dawką kawy rozpuszczalnej w tle. Przede wszystkim dla miłośników. O tym, jak układa się na damskiej skórze, przeczytacie pod TYM linkiem.
Giordani Gold od Oriflame - wieloletni zasłużony bestseller marki. Cytrusy, kwiaty i piżmo dla osób eleganckich ale jednocześnie ciepłych. Swoją opinię o wodzie wyraziłam TU.
Man in Black od Bulgari - tak! Ciepła, wytrawna męska zmysłowość, zamknięta w ślicznym czarnym flakonie. Rum, skóra, przyprawy i tytoń z intrygującym tuberozowym kontrapunktem: oto stuprocentowy mężczyzna, który nie boi się żeńskiego pierwiastka swojej duszy ale potrafi z nim współpracować. Muszę opisać te perfumy.
Hommage à l'Homme od Lalique - bezpieczny, nowoczesny typ dla dżentelmena młodego ciałem albo duchem. Perfumy zauważalne ale dyskretne. TUTAJ trochę więcej informacji.
Encre Noire od Lalique - propozycja nieco kontrowersyjna z zimowego punktu widzenia, zważywszy na jej chłód i przestrzenność. Jeżeli jednak znacie mężczyznę trochę surowego a przy tym lubiącego prowokować, możecie zaproponować mu właśnie te perfumy. O tym, dlaczego, przeczytacie TU.
Sir Avebury od Oriflame - największa zapachowa niespodzianka zeszłego roku! Mieszanka miękka, cielesna, przyjazna, oparta o nuty labdanum, kardamonu oraz egzotycznych drzew. Kosmos dla młodego podróżnika! :)
Eau de Baux od L'Occitane en Provence - słodki, nieco pyłkowy las. Bezpieczny zapach na co dzień i od święta. Dla mężczyzny, którego zwyczajnie lubimy.


Natomiast w kategorii nieprzyzwoitych rozgrzewaczy wygrywają następujące kompozycje:


...podobnie jak poprzednio, wymieniane od góry i od lewej.

Ambra Tibet od Avy Luxe - dzieło tak słodkie, ciepłe i sympatyczne, jakbyśmy własnie odwiedzili zaplecze jakiejś bardzo przyjemnej małej cukierni, rozgrzane ciepłem kuchenek i piekarników. Do tego całe mnóstwo zmysłowego piżma i w mroźny poranek człowiek od razu czuje się raźniej! :) TUTAJ o pachnidle caaałe trzy zdania. ;)
Black Saffron od Byredo - szafran w perfumowym wcieleniu znakomicie rozgrzewa ciało oraz poprawia nastrój. Kiedy jeszcze dodamy do niego letnie maliny, eteryczne róże oraz ambrę, wtedy żadna ponura pogoda nam nie zagrozi. :) TU bardziej szczegółowa relacja z testów.
La Liturgie des Heures od Jovoy - kadzidlane perfumy dla miłośników rekonstrukcji historycznych. ;) Dlatego, że tak zapewne musiały pachnieć kościoły Europy jeszcze przed Reformacją. Jednocześnie wzniośle i bardzo przyziemnie. TUTAJ znajdziecie dowód na średniowieczne konotacje mieszanki. ;)
Enchanted Forest od The Vagabond Prince - wybór trochę prowokacyjny, bo chłodny i raczej letni ale, kurczę!, kto powiedział, że zimą soczystość zapachu czarnej porzeczki nie może być atrakcyjna?! ) Dla fanów rzeczonego owocu ale i dla osób nie bojących się pachnieć czymś bardzo nie-perfumeryjnym. TU znajdziecie opis.
Idole od Lubin - dla kogoś, kto w Święta lubi... zabalować. ;) Mnóstwo rumu a do niego heban, przyprawy, pomarańcza i ogólna egzotyka w stylu okołokaraibskim. Wspaniały, cudowny, rozgrzewający zapach! TU dowiecie się, dlaczego jeszcze warto po niego sięgnąć.
Bal à Versailles od Jeana Desprez - pachnidło w starym stylu, dla odważnych, nie bojących się prowokowania otoczenia wonią nieświeżości. Bo mało co rozgrzewa ciało i umysł tak sprawnie, jak taneczne szaleństwa! :) TUTAJ przeczytacie, o co właściwie chodzi.
Saffron Rose od Grossmith - kolejny szafran w zestawieniu, tym razem głębszy, bardziej zadziorny, cielesny.Wymarzony zastrzyk energetyczny na ponure dni. TUTAJ recenzja.
Winter Woods od Sonoma Scent Studio - spacer po zimowym lesiepotrafi jednocześnie zachwycić i zdrowo zmęczyć. W Winter Woods można odnaleźć te cechy, reprezentowane kolejno przez nuty drzewne oraz teoretyczne zwierzęce, zmysłowe (które pachną jak zdrowe ciało po wzmożonym wysiłku). TUTAJ szczegóły.
Rock Crystal od Oliviera Durbano - kadzidło czyste, idealne, totalne. Absolutny wzorzec kadzidlanej doskonałości. TU kilka zdań więcej.
La Fumée od Miller Harris - i znowu kadzidło, tym razem bardziej "niegrzeczne", intensywnie wibrujące, mocne, gęste. Czynnik ludzki bardzo wyraźny. ;) Idealne, jeżeli podoba Wam się zapach kościołów ale nie przepadacie za chodzeniem do nich. TUTAJ recenzja, jeszcze świeżutka.
φ une Rose de Kandahar od Tauer Perfumes - róża dodające energii to coś pięknego, szczególnie jeżeli obuduje się ją tytoniem, nutami przypraw oraz miękką, niejadalną słodyczą. Fi to zapach w sam raz dla osoby bardzo efektownej. Recenzja czeka pod TYM linkiem.
Botrytis od Ginestet - perfumy będące typową guilty pleasure, absolutnie hedonistyczne i bezpretensjonalne. Dla jednych miód z przyprawami, dla innych piernik z owocami, na pewno mnóstwo łakoci i niwelującego wszelkie smutki beztroskiego ciepełka kalorii. ;) TUTAJ znajdziecie opis nieco bardziej złożony.
Ambre Sultan od Serge'a Lutensa  - jedna z legend niszowego perfumiarstwa, ambra potężna, ciemna i pikantna. Całe mnóstwo przypraw oraz żywic, do których uniesienia potrzeba nie lada  siły psychicznej (a czasem też mocnej głowy). Wspaniałe, zdecydowane, piękne choć jednocześnie niebezpieczne; jak ogrzewanie zziębniętych dłoni nad żywym ogniem.


Oto propozycje które przyszły mi na myśl w pierwszej chwili. Dla Was, Waszych bliskich, dla kogo zechcecie. Natomiast jeżeli chodzi o mnie, o moje własne Boże Narodzenie...


Po raz trzeci zastosowałam tradycyjną kolejność wymieniania:

Noël au Balcon od État Libre d'Orange - dżem morelowy z dodatkiem mieszanki przypraw do piernika. Słodko ale nie mdło.
Messe de Minuit od Etro - bo Wigilia bez Pasterki jest jak maj bez majówki. ;) Czyli: da się przeżyć, wielu od lat pomija ją w swoich planach i ma się świetnie ale jednak wpisuje się ona w niepowtarzalny klimat uroczystości. Ten konkretny zapach to kolejne kadzidło w zestawieniu, klasyczne, kościelne i urocze. TU krótka opinia na temat zapachu.
Délice d'Épices?!... od Niny Ricci - wycofana z produkcji, praktycznie już nie do kupienia mieszanka słodkości owocowo-deserowych z intrygującą, korzenną nutą, wanilią i jaśminem. Pełna niewymuszonego, dziewczęcego wdzięku. A o szczegółach przeczytacie TUTAJ.
Winter Délice od Guerlain - kolejny klasyk z wyjątkowo krótkiej serii guerlainowskiej linii Aqua Allegoria, niemożliwy już do zdobycia. Szkoda, bo to pachnidło absolutnie wyjątkowe: z porażającą dosłownością odwzorowujące aromat broczącego żywicą lasu iglastego, z którego jedno drzewko trafiło właśnie do czyjegoś domu, stając się choinką. I teraz otaczają je zapachy pieczonych ciast i deserów: cukru, wanilii, marcepanu... Bajeczne perfumy, działające na wyobraźnię każdego, kto miał okazję się z nimi zetknąć i nawet w największym ponuraku przywracające wiarę w magię Świąt. :) Moja recenzja kryje się TU.
Poire Caramel od Yves Rocher - tegoroczna limitowanka sklepu. Słodziutki sok gruszkowy, stopniowo przechodzący w pyłek i unurzany w jeszcze większej słodkości stopionego cukru. Dla fanów łasowania to może być całkiem ciekawa propozycja. ;)
Nuit de Noël od Caron - ktoś kiedyś określił te perfumy mianem "seksu w noc Bożego Narodzenia" i to skojarzenie łatwo zapadło w moją pamięć. Jest bardzo trafne: przecież akurat tę noc zwykliśmy spędzać z ukochaną osobą, stąd skojarzenie jej z aromatem delikatnym i czułym a jednocześnie dusznym dzięki egzotycznym kwiatom i coraz bardziej gorącym od przypraw, mchem dębowym przywołującym suchość w ustach i natychmiast uśmierzającym ją obłędną cielesno-drzewną zmysłowością, wydaje się bardziej, niż trafne. Nuit de Noël z pewnością zasługuje na własną recenzję; kiedyś ją napiszę.
Jubilation XXV od Amouage - pokłon trzech króli odwzorowany z typowo wschodnim przepychem: żywicami, drzazgami cennych drzew, dziką kurzawą przypraw, kadzidłem snującym się po skórze oraz wyrazistością zapachu ludzkiego ciała. Złoto, kadzidło i mirra, opisane chociażby TU.
Wild Tobacco od Iluminum - w Boże Narodzenie moim prywatnym Kevinem samym w domu staje się seans jacksonowskiego Władcy Pierścieni (teraz też i Hobbita). Więc jakie inne perfumy będą pasowały do tego dnia bardziej, niż fascynująca wariacja na temat zielonego, iskrzącego się, oblędnie aromatycznego i suchego tytoniu? :) Jeżeli natomiast jesteście ciekawi kilku słow bardziej konkretnego opisu, zajrzyjcie TUTAJ.
Bent Al Ezz Hanah od Rasasi - bo w Święta dobrze jest być po prostu sobą, spojrzeć we własną przeszłość, żeby potem śmiało pójść w przyszłość. O co chodzi? Przeczytacie TU.
Elf-Fulfilling Prophecy od Smell Bent - zabawna gra słów z tytułu, jedną literką zmieniająca ponury fatalizm w beztroski żart, znalazła odzwierciedlenie w zawartości flakonu [posiadam nie-olejkową wersję zapachu, we flakoniku z atomizerem, niestety najwyraźniej nieobfotografowaną w internecie]. Dla niektórych przypominającą woń świeżo upieczonych pierniczków, mnie kojarzącą się raczej z bardzo, bardzo korzenną szarlotką, podawaną w towarzystwie kleksa ubitej śmietany. W każdym razie jest deserowo i przyprawowo, wyraziście i radośnie. Perfumy jak promienny uśmiech. :)
___
Dziś noszę Light My Fire do Kiliana, za to wczoraj była Elf-Fulfilling Prophecy. No co, w końcu szósty grudnia! ;)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.christianstoday.org/the-christmas-and-gifts-giving/
2. http://freakdeluxe.co.uk/perfect-perfumes-christmas/
3.-5. są mojego autorstwa, stworzone w oparciu o grafiki promocyjne danych perfum.

piątek, 5 grudnia 2014

Wonności królowej Saby

Dziś w ramach z cyklu: "z zapachowego sztambucha wiedźmy" kolejna krótka recenzja perfum, które przy moim obecnym rozkładzie dnia pewnie nigdy nie doczekałyby się pełnego opisu. A ślad na blogu zostawić muszą, tak są świetne. :)

A dokładniej: rewelacyjne, fantastyczne, orgazmiczne i wyjątkowe! :D Właśnie tak myślę o La Fumée, dymie płci żeńskiej, wyprodukowanym przez Miller Harris.


Nie warto jednak przykładać zbytniej wagi do nazwy pachnidła, które w istocie jest nie tylko doskonale wyważonym uniseksem a i dymi w sposób miły nosom perfumomaniaków, bo niszowo i kadzidlanie, rozsnuwając tłuste, wonne opary popielatych smug kadzidła na całe pomieszczenia, niezależnie od ich wielkości. :)
Jest w La Fumée głębia nut drzewnych, podkreślana równie dobrze przez krągłą delikatność sandałowca i świeżą cierpkość brzeziny. Jest gorycz elemi, każąca myśleć o historyzujących obrazach zachodnich malarzy orientalistów, o mitologiach i historiach biblijnych w ich interpretacji. Jest ciemna i gorąca chmura przypraw (kmin, kardamon, kolendra, gałka muszkatołowa, pieprz), zebrana w całość przez gęste opary olibanum, równoważonego rumiankiem w stylu znanym choćby z Cardinala Heeleya. Jest w końcu labdanum: potężne, złociste, lejące się, z czasem ewoluujące w lekko słodką, nasyconą ambrę.

Jest wszystko, czego trzeba, aby perfumy wprawiły mnie w stan permanentnego zachwytu, skutkującego słowotokiem i zaczadzeniem emocjonalnym. ;) A nawet więcej: w La Fumée bowiem nie brakuje Opowieści. Przecież nie inaczej, jak w jej oparach przybyła do biblijnego króla Salomona równie biblijna królowa Saby. Tę historię zostawię jednak niedopowiedzianą. Wraz z afrykańską pięknością zatrzymując się u stóp tronu króla-poety.

Czy ich losy potoczyły się tak, jak chce Biblia?
Podejrzewam, że nie do końca; o tym jednak opowiem Wam innym razem. :)


Rok produkcji i nos: 2011, Lyn Harris

Przeznaczenie: jak wspomniała, jest to uniseks z samego środka skali, idealny dla miłośników kadzideł, drzew i labdanum, choć reszcie również może przypaść do gustu.
Trzyma się blisko skóry ale tak w promieniu trzech czy czterech centymetrów od niej pierwsze fazy La Fumée tworzą gęstą, ochronną warstwę skoncentrwanego zapachu o niemal zeskorupiałej, kryształkowej strukturze (coś jak sól na brzegach Morza Martwego).
Na okazje, jakie tylko wpadną Wam do głowy. :) Na dzień i na wieczór, do znajomych, do teściów i przed telewizor, na zakupy oraz do kina. Tylko z łóżkiem bym się wstrzymała [szczególnie, jeżeli zamierzacie położyć się doń z kimś niezbyt obeznanym z Waszym gustem perfumowym :) ].

Trwałość: w granicach siedmiu godzin wyraźnej projekcji oraz dalszych dwóch czy trzech zanikania.

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: kadzidło frankońskie, lawenda, elemi
Nuta serca: geranium, nasiona kolendry, kardamon, kmin rzymski, rumianek
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, drewno brzozowe, cade (czyli kłujący jałowiec), labdanum, ambra
___
Dziś Maila marki Syed Junaid Alam.

P.S.
Pierwsza ilustracja przedstawia Wizytę królowej Saby u króla Salomona pędzla Brytyjczyka nazwiskiem Edward Poynter. Grafikę zaczerpnęłam STĄD.

wtorek, 2 grudnia 2014

Zbrodnia w Downton Abbey

Obejrzałam dwie pierwsze serie Downton Abbey (i jeden odcinek świąteczny), przy trzeciej odpadłam po bodaj trzech odcinkach. Zamuliła mnie cukierkowość serialu, tych angielsko-arystokratycznych Forresterów czy innych Carringtonów [kto dziś ich jeszcze pamięta?]; do tego stopnia, że pozwoliłam serii czwartej spokojnie przepłynąć gdzieś obok mnie. Zaległości nadrabiać nie zamierzam.

Skłamałabym jednak twierdząc, że postaci cyklu nie zapadły mi w pamięć, że czasem za nimi nie tęsknię. Bo przecież czym byłaby współczesna telewizja bez hrabiny wdowy o twarzy, głosie i spojrzeniu Maggie Smith? Kiedy indziej natomiast, oglądając jakiś starszy fabularyzowany dokument o najsłynniejszym wybuchu Wezuwiusza, na widok jednego z - jak głosiła narracja z offu - najpotężniejszych pompejańskich patrycjuszy zdumiona krzyknęłam: "Carson!" i taka już zostałam, z nieoczekiwaną frajdą spoglądając w ekran, na którym istotnie rozgościł się Jim Carter. ;)
No i jest jeszcze Thomas, najniegodziwszy lokaj świata seriali, istny mistrz zbrodni na miarę jorkszyrskiej wsi. :] A jednocześnie pechowy gej, który wiecznie lokuje uczucia w niewłaściwych osobach. I to już od pierwszego odcinka cyklu.
Sami powiedzcie, jak go tu nie uwielbiać? :D


Nawiązanie do pierwszych odcinków serii nie jest z mojej strony przypadkowe. Ostatecznie to właśnie wtedy w murach Opactwa D. pojawiła się osoba, której wspomnienie pchnęło mnie do napisania recenzji pewnego pachnidła.

Pamiętacie tureckiego dyplomatę, który przybył do domu naszych bohaterów wiosną roku 1913? Tego, który (UWAGA, SPOJLER!) umarł w łóżku lady Mary (KONIEC SPOJLERU)? Wcześniej nieopatrznie, bo jak inaczej, odrzucając awanse Thomasa? Jestem niemal pewna, że facet ze swoich rodzinnych stron przywiózł perfumy pachnące bardzo ale to bardzo podobne do Black Line marki Mancera. :>
I gdyby tym oto zapachem nie rozzłościł przydzielonego mu lokaja, (SPOJLER!) pewnie żyłby aż po dziś dzień (KONIEC SPOJLERU). ;) Zawsze byłam zdania, że perfumy i namiętności mają na siebie ogromny wpływ - wystarczy ustalić, jaki.

W tym konkretnym przypadku nie ulega wątpliwości, że zirytowany nijakością Black Line Thomas niechybnie uznał, iż za podwójny brak gustu ślicznemu emisariuszowi o wybitnie nietureckiej urodzie należy się kara. ;> Jako doświadczony spiskowiec i łajdak z pewnością umiałby załatwić sprawę skutecznie. Gdybym była sędziną, to w zaprezentowanych okolicznościach uniewinniłabym służącego.

Black Line bowiem nie jest brzydkie. Przeciwnie, to całkiem przyjemne, oudowo-ambrowo-drzewne stworzonko, z różą o ciele niemal ludzkim oraz żywszym twistem ze skóry i pikantnych przypraw gdzieś na styku między głową a sercem. Problem w tym, że jest strasznie, strasznie nudne.
Nudne jak jasny gwint. Przewidywalne jak dylematy sercowe sióstr Crawley. Rozwleczone ponad wszelką przyzwoitość jak wątek Anny i Batesa. A przede wszystkim - tanie; kilka ukręconych bez pomysłu składników zlepia się w całość, za którą mogłabym zapłacić góra sto złotych, nie zaś przeszło sześciokrotność tej kwoty.

Naturalnym środowiskiem omawianego soczku winna być arabska perfumeria z olejkami i attarami na mililitry ale nie super-hiper elitarna nisza. I Thomas musiał o tym wiedzieć. Pytanie tylko, skąd? ;>


Rok produkcji i nos: 2013, mityczny Pierre Mancera

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dla miłośników perfum arabskich, którzy lubią przepłacać. ;P A poważnie to.. trudno powiedzieć mi, dla kogo. Na pewno testy polecałabym osobom, które miały już okazję przetestować co najmniej kilka pachnideł tego typu. Co wiem na pewno, to fakt słabej mocy Black Line, z początku układającego się w gęstą i wąską aurę, później wręcz przyspawanego do ciała nosiciela bądź nosicielki.
Na wszystkie okazje, pory dnia i roku; jak wiele innych przykładów co bardziej spokojnych perfum od Rasasi. Wróć: od Arabian Oud, yyy... Ajmala, tego, eee... Mancery. :D

Trwałość: około pięciu-sześciu godzin wyczuwalnego trwania i dalszych parę na wykończeniu

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: przyprawy
Nuta serca: róża, paczuli, skóra, akord ambrowy
Nuta bazy: białe piżmo, drewno gwajakowe, drewno sandałowe
___
Dziś Lys Noir od Isabey.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.argenteam.net/episode/39780/Downton.Abbey.(2010).S01E03-Episode.Three