Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skórzane. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skórzane. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 listopada 2018

Tam, gdzie mech jest nieśmiertelny

Kolejny powrót na blogowe łamy to kolejne podejście do perfum inspirowanych wschodnioeuropejską tożsamością.

A przy okazji kilka słów refleksji odnośnie tak przez nas nielubianych reformulacji; dziś bowiem zamierzam opisać na nowo pewien zapach - lub raczej "opisać" po prostu, ponieważ zmiana składu pachnidła przeobraziła je w sposób dosyć kategoryczny.
O tym jednak za chwilę.

Autor: Ikuru Kuwajima

Najpierw zapraszam Was w podróż na południowo-wschodnie krańce kontynentu europejskiego, w lasy pomiędzy Wołgą a Uralem, gdzie żyją ostatni prawdziwi rodzimowiercy Europy.
W rejon, gdzie wśród białych pni brzóz przechadzają się duchy, gęsi są czczone (oraz jedzone) a świat - choć pozornie znajomy i doskonale zrozumiały, bo czyż znajome i zrozumiałe nie są wielkoformatowe płachty reklamowe na budynkach oraz uzależnienie od smartfonów? - na drugi rzut oka okazuje się diametralnie różny od naszego.

Autor: Ikuru Kuwajima

Maryjczycy, nadwołżańscy kuzyni Finów, od momentu podbicia ich ziem przez Iwana Groźnego nie mieli w życiu łatwo. Najpierw ogniem i mieczem chrystianizowała ich cerkiew prawosławna, potem tłamsili nienawidzący duchowości komuniści, teraz zaś zmuszeni są balansować gdzieś pomiędzy marginesem, na który zepchnął ich oficjalny nurt rosyjskiej kultury a byciem ciekawostką turystyczną dla reszty świata.
Nie poddali się jednak, zachowali swój język i kulturę a teraz stopniowo, coraz bardziej jawnie, wracają od przyswojonych prawosławia i islamu do odwiecznych wierzeń.

Pomyślałam o nich, kiedy przyszło mi znaleźć skojarzenie do pachnidła, które musiałam poznać na nowo i które najpierw mnie rozczarowało a chwilę później zauroczyło.
Cuir marki LT Piver.

Autor: Ikuru Kuwajima

Pamiętacie moją recenzję poprzednika mojej dzisiejszej bohaterki, oryginalnej piverowskiej Cuir de Russie? Macie prawo jej nie kojarzyć, ponieważ powstała ponad osiem lat temu, u zarania dziejów tego bloga. :)
Skojarzyłam tamte perfumy z postacią z baśni i legend a prawdopodobnie prasłowiańską, przedchrześcijańską potężną boginią - Babą Jagą. Z kimś przerażającym, idealnie zadomowionym na styku Kultury z Naturą, doskonale znanym każdemu dziecku. Z postacią może i kiedyś w jakiś sposób należącą do tego świata ale teraz już całkowicie nierealną, bajkową. Bo przecież wierzyć w Babę Jagę to tak, jak wierzyć w Zeusa czy Thora [zwłaszcza ten drugi jest dziś raczej bohaterem jakiegoś tandentnego amerykańskiego komiksidła, w naszej części świata nieznanego, dopóki ktoś nie zafundował mu cyklu wysokobudżetowych hollywoodzkich filmów oraz twarzy Chrisa Hemswortha]. Możesz, jeżeli nie masz wszystkich klepek na swoim miejscu. ;P

Cuir de Russie było piękną, straszną, fascynującą baśnią z odległych czasów, czymś niedzisiejszym. Samo gołe Cuir natomiast okazało się cichą ale uporczywą, zdumiewająco stanowczą opowieścią o życiu doczesnym. Tym, które wiedziemy z mozołem, po cichu, z brudzie i pocie ale też z marzeniami i śmiechem. Gdzie wzniosłość sacrum często ginie pod prozaicznym ciężarem profanum, często jest w ogóle niewidoczna ale przecież stale nam towarzyszy.
Cuir bez Russie to nie tyle skóra z opowieści fin de siècle'owych perfumiarzy ale... mech. Mech i drzewa, i ziemia; i wszystko, co z tej ziemi wyrasta.

Autor: Ikuru Kuwajima

Mówiąc językiem mniej poetyckim: pozbawiwszy perfumy dodatku rosyjskiej skóry, tego popularnego w pierwszych dekadach XX wieku aldehydu, naprawdę zmieniono ich charakter.
Otwarcie pozbawiono świetlistej lekkości, zamiast niej stawiając na ostre nuty mszysto-drzewne, podbite akordami pikantnych przypraw oraz cytrusów, które jednak same rozjaśnić wstępu nie są w stanie. Wątlaczki z nich, przyzwyczajone raczej do śródziemnomorskiego słońca aniżeli do mroźnych rosyjskich, kontynentalnych zim; dlatego też w Mari El umierają bardzo szybko, dosłownie w przeciągu pięciu sekund.

Tu klimat jest wymagający, by nie rzecz, że brutalny. Od początku Skóra jest więc matowa i ciemna, z czasem natomiast staje się coraz bardziej dymna i... rzeczywiście skórzana. ;) Przy ognisku z brzozowych szczap ktoś nierozsądnie położył skórzany element odzieży, na który spadło kilka(naście) iskier za dużo. Po chwili więc skóra dymi i spala się z sykiem, kiedy języki ognia lizną śniegu pod tą rękawiczką czy kurtką.
Zwęgla się galanteria, zwęglają się białe gałęzie brzóz, pozostaje natomiast - mech. Suchy, aromatyczny, ciepły mech dębowy, którego opary dosłownie zatykają ludzkie nozdrza, szczelnie izolując je od powietrza, żeby następnie uwięzić w naszych głowach tłamszące aromaty dymu, teraz już tłustego od sadzy oraz pikantne, pozbawione jakiegokolwiek dodatku słodyczy przyprawy o niemożliwej do odkrycia proweniencji.

Czuję się tu jak w kurnej chacie. Muszę wyjść. Natychmiast.

Autor: Raffaele Petralla/Prospekt

Na szczęście głęboka baza Cuir dostarcza nam więcej świeżego powietrza. Pojawia się nawet aspekt ludzki, cielesny. Przy czym jest to cielesność bardzo ciepła i cywilizowana; ot, miękkie złociste labdanum, delikatnie pierzaste, suche piżmo, nawet bardziej orientalny akord drewna sandałowego ma w sobie coś ludzkiego i przyjaznego.

Po zimie nareszcie przyszła wiosna.


Rok produkcji i nos: reformulację przeprowadzono ok. roku 2011, nie wiem też, kto za nią stał

Przeznaczenie: zapach w starym stylu i to wciąż się czuje. Jeszcze trzydzieści-czterdzieści lat temu dedykowany byłby wyłącznie mężczyznom (bo też i przypomina dawne klasyki męskiej perfumerii, od starych Guerlainów po Égoïste Chanel). Dziś bardziej widzę w nim uniseks, równie dobry dla każdej osoby, która byłaby w stanie unieść jego ciężar.
Charakteryzuje się raczej umiarkowaną nośnością, z bliska jednak jest wyczuwalny bez najmniejszego problemu.

Trwałość: w granicach pół doby, a więc znakomita

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana

Skład:

bergamotka, mandarynka, miód, akordy drzewne i przyprawowe
___
Dziś noszę Patchouli od M.Micallef.

P.S.
Ilustrujące wpis fotografie to wyjątki z reportaży o Maryjczykach, które możecie przeczytać i obejrzeć tu:
1.-4. http://www.ikurukuwajima.com/blog/2014/09/mariy-chodyra/
5. https://www.washingtonpost.com/news/in-sight/wp/2016/02/11/the-forgotten-mari-pagans-of-the-volga/

sobota, 4 czerwca 2016

Byli sobie raz...

"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy".
Jean Cocteau


Jeżeli jesteście kobietami, na pewno przynajmniej raz w życiu miałyście okazję natknąć się na prasowy bądź internetowy psychotest, mający pomóc Wam w odkryciu, z którą z księżniczek Disneya winnyście czuć najsilniejszą więź. Przy czym, jak zdążyłam zorientować się podczas poszukiwania informacji do niniejszego tekstu, współcześnie dominują bardziej rozbudowane wersje psychozabawy, uwzględniające także nowsze disnejowskie bohaterki: Meridę, Tianę z Księżniczki i żaby, Mulan czy Pocahontas. I chociaż niczego przeciwko nim nie mam, dziś chciałabym skupić się na nieco starszym wcieleniu testu, w którym klasyczna triada Śnieżka – Śpiąca Królewna – Kopciuszek urozmaicona została jedynie o Arielkę Małą Syrenkę oraz przede wszystkim o Bellę z Pięknej i Bestii. ;)

W dzisiejszym świecie są to wzory może już lekko wyświechtane, niekoniecznie atrakcyjne dla wchodzących w dorosłość dziewcząt ale wciąż bardzo, bardzo popularne a jednocześnie szkodliwe.
Weźmy takiego na przykład Kopciuszka: czeka toto sobie biernie, aż zjawi się jakaś dobra wróżka i przemieni ją w zupełnie inną osobę, godną lepszego życia oraz bliżej niesprecyzowanego księcia. ;P Ze Śpiącą Królewną jest jeszcze gorzej, ponieważ jej życie – to jedyne, które naprawdę się liczy – rozpoczyna się dopiero z pocałunkiem Pana Właściwego. O ile w ogóle d niego dojdzie, bo przecież Śpiąca prędzej padnie trupem, niż pierwsza odezwie się do interesującego przedstawiciela płci przeciwnej. Śnieżka natomiast jest rodzajem hybrydy dwóch powyższych przykładów: nie dość, że pasywna i bez mężczyzny u boku równie dobrze mogłaby być martwa, to jeszcze na jej życie i pomyślność dybie inna kobieta. Dookoła same zdziry, zastawiające sidła na mojego misiaczka; jak żyć, pani premier? :P
Kolejny przypadek to Mała Syrenka: niby zbuntowana nastolatka, jednak dla księcia gotowa jest całkowicie wyrzec się własnej tożsamości oraz wszystkiego, co uwielbia robić. Po co jej pasje i zainteresowania, skoro ma już faceta? [Znamy takie dziewczyny czy kobiety również i w prawdziwym życiu, oj znamy! ;> ]

Natomiast jeżeli chodzi o Piękną...


Pozornie wydawałoby się, że to najbardziej fantastyczny, bajkowy schemat. Ostatecznie ile znamy historii pięknych kobiet oraz mężczyzn o zdawałoby się odpychającej powierzchowności? ;)
No właśnie... trochę się tego nazbiera, choć może nie w aż tak drastycznej formie. ;] Jednak i w tym przypadku sam archetyp jest naprawdę bardzo popularny. Połowa ckliwych romansideł tego świata opiera się o motyw związku "nowej w mieście", ślicznej i/lub uroczej dziewczyny z lokalnym mrukiem-samotnikiem, któremu ona leczy cierpiącą duszę a później żyją razem długo i szczęśliwie. Mutacją opowieści o Pięknej i Bestii jest również ludowa mądrość na temat "złych chłopców", których jako kobiety niby tak uwielbiamy.
W praktyce natomiast taki związek nazbyt często zaczyna się od złudzenia zakochanej (i zaślepionej) dziewoi, że "dzięki sile mojej miłości on zmieni się po ślubie", po latach karanego syndromem żony alkoholika lub koniecznością szukania schronienia w Domu Samotnej Matki. Albo chociaż zgorzknieniem, depresją czy walką o alimenty dla dzieci.
A to wszystko dzięki wchłanianym bezrefleksyjnie bajkom.

Jednak nie jesteśmy tutaj, aby mówić o skutkach baśni przekazujących kobietom zgubne wzorce, lecz o perfumach. Cóż za niespodzianka, prawda? ;)
Perfumach z bestią w nazwie. Lecz nie z żadnym przerażającym, szatańskim potworem ale z Bestią z baśni; zaklętym księciem, któremu wystarczy tylko trochę pomóc, aby zaprezentował całą swoją urodę. Zresztą czy nawet i bez gładkiego lica naprawdę jest taki straszny...?

Przed Wami Peau de Bête marki Liqiudes Imaginaires oraz... jeszcze jedne perfumy. :) Sami przekonajcie się, które.


Zacznijmy jednak od Bestii, w której skórze może znaleźć się dosłownie każdy i każda z nas.
Bo czy nie drobny przypadek, zbieg okoliczności, jeden atom w niewłaściwym miejscu i nie bylibyśmy tą osobą, którą jesteśmy obecnie? Czy to nie wychowanie do życia w społeczeństwie połączone z osobliwym poczuciem krzywdy i pragnieniem zemsty potrafi zmienić porządnych zdawałoby się ludzi w wielokrotnych wojennych morderców? Czyż największe bestialstwo nie miało przypadkiem zwykłej, całkowicie przeciętnej, buraczanej (a w pewnych okolicznościach na pewno poczciwej) twarzy Adolfa Eichmanna, w którą ze zdumieniem wpatrywała się Hannah Arendt podczas jerozolimskiego procesu zbrodniarza? Czyż filozofka nie stwierdziła wtedy, że tak naprawdę najgorszego zła dopuszczają się nie psychopaci ale właśnie ludzie do bólu zwyczajni, którzy zamiast myśleć samodzielnie własne postrzeganie rzeczywistości opierają wyłącznie o zbiór utartych banałów oraz stereotypów?

Prawdziwe zło - to, które najczęściej dotyka nasz świat - wbrew pozorom wcale nie ma twarzy wykształconego, wyrafinowanego i ponadprzeciętnie inteligentnego Hannibala Lectera ale raczej kogoś idealnie typowego; żyjącego swoim małym życiem, chodzącego na wywiadówki, oglądającego telewizyjne kabaterony, narzekającego na zbyt wysokie podatki oraz nieremontowane drogi jednocześnie, śpieszącego do pracy na siódmą rano a w rozmowach deklarującego: "nie jestem rasistą ale tych wszystkich uchodźców należałoby (wstaw co chcesz)". Bestią może stać się dosłownie każdy. Wystarczy tylko dać nam czas i możliwości.
Dlatego bardzo proszę: nie odsuwajcie się od Bestii. Nie mówcie o niej z obrzydzeniem. Nie czujcie się przy niej obco. Przecież to właśnie ona każdego dnia patrzy na Was z lustra. ;]

Podobne myśli chodziły po mojej głowie podczas testów Peau de Bête, dzieła jednocześnie naturalnego i porażającego swoją laboratoryjnością, bajkowego i futurystycznego, łagodnie roślinnego ale i brutalnie zwierzęcego. Pachnidło chwyta nas za gardło a następnie prosto przez nozdrza wżera się w mózg, po drodze kąsając inne organy. Teoretycznie silne i nie bawiące się w subtelności, faktycznie otacza nas ciepłym, przytulnym i gęstym woalem, dzięki któremu możemy poczuć się błogo. A wszystko to będzie dziać się tak długo, jak długo będzie zdawać sobie sprawę z własnego okrucieństwa, niesprawiedliwości i głupoty.
Jak długo w gęstych, gryzących w nozdrza, metalicznych i tłustych jednocześnie dymnych oparach Peau de Bête będziecie rozpoznawać samych siebie, ze wszystkimi Waszymi... naszymi wadami.
Jak długo będziemy rozumieć, że gorzkie, metaliczno-ziołowe otwarcie mieszaniny, tu i ówdzie ogrzane pieprzowymi, szafranowymi, lub muszkatowymi żarzącymi się węgielkami to nic innego, jak nasz charakter oraz to wszystko, co mamy w głowach; że następujące po nich intensywne roślinnienie mieszaniny, zieleniącej się cypriolem i paczuli, zastygającej żywicą cennych drzew na drzazgach i łagodnie umajającej całość lekko mydlanym, łącznym aromatem rumianku to nic innego, jak nasza dusza, zawsze piękna i nieskalana - przynajmniej według nas samych; ;> że ujawniające się w sercu a później tylko pogłębiające się intensywne, drapieżne, teoretycznie odzwierzęce elementy składowe perfum w rodzaju piżma, cywetu, labdanum, kastoreum czy skatol oraz indol ze wszystkich białych kwiatów świata to przecież nasze własne ciała, pachnące wysiłkiem, potem, chorobami, brakiem higieny czy najróżniejszymi naszymi wydzielinami.
Natomiast całość to po prostu - my. Tacy, jakimi jesteśmy naprawdę. Bez różowych okularów, niepotrzebnego optymizmu oraz photoshopa. Dzieci Natury tworzące Kulturę.

Tak, wiem jak to wszystko może brzmieć w uszach (oczach?) osób niechętnych dorabianiu do zapachów szerszej ideologii. Wiem i jednocześnie mam to głęboko gdzieś, całkowicie impregnowana na opinie ślepych malkontentów. A wiecie dlaczego?
Bo mogę. Wszak i ja również jestem Bestią.


Aczkolwiek wcale nie jestem dumna z okazanej przed chwilą nieuprzejmości oraz gruboskórności. Uważam, że we współczesnym świece jest ich zbyt wiele, bym mogła swobodnie dorzucać kolejną dawkę. Dlatego następna olfaktoryczna baśń opowiadać będzie o cieple i zmysłowości, o pocie, kurzu i brudzie, którym za towarzysza dano typowe, bardzo klasyczne, kwiatowe piękno starej daty.
Tym razem, oprócz Bestii, którą mógłby być każdy, poznacie również Piękną - a ich spotkanie... Oj, stanowczo nie będzie bajką dla dzieci. ;)
Przed Wami Parfum de Peau marki Montana.

Otóż o ile Peau de Bête jest kompozycją do cna współczesną, w niszowy sposób bezpośrednią ani niczego nie udającą, Parfum de Peau już od pierwszej chwili daje nam odczuć swoją historyczność, delikatność ukrytą pod pozorem gorzkiej a nawet lekko kwaśnej ziołowej nalewki, zaprawionej zamorskimi korzeniami a pitej gdzieś na zapleczu butiku Hermèsa, intensywnie pachnącego skórzaną galanterią wszelkiej maści tuż po miłosnym spotkaniu dwójki potajemnych kochanków.
Ona pachniała ciężkim, kwiatowo-drzewnym szyprem, on wtórował jej perfumami osnutymi na wątkach kadzidła z ziołami, paczuli oraz piżmem. Kiedy leżą obok siebie spoceni, z uchylonego na powitanie pogodnej letniej nocy okna dotarła do nich smuga kadzidła, frunąca prosto z pobliskiego gotyckiego kościoła a niosąca w sobie ducha, chłód i cień wyślizganych, wiekowych kamieni. Żadne z nich nie wypowiedziało ani słowa. Nie musieli.

Takie właśnie jest Parfum de Peau, kompozycja o dwuznacznej nazwie, odczytywanej dosłownie po prostu jako "perfumy skórzane" ale metaforycznie oznaczającej aromaty ciała. Czyli znów przede wszystkim to, kim jesteśmy, jacy jesteśmy. Przecież ludzkie ciało pachnie nie tylko tym, co samo wyprodukuje a co nie zawsze jest ładne ale również wszelkiego rodzaju perfumami: od ciepłych i gęstych, aksamitnych kwiatów, wśród których najważniejsze są balsamiczna róża, gorzko-rześki nagietek oraz chłodny, zadziorny narcyz z hiacyntem, przez wonie surowe i kanciaste: skórzaną galanterię, rozgrzewające przyprawy w rodzaju pieprzu, imbir czy szczypty kardamonu, najróżniejsze wonne dymy i drzazgi aż po ciepłą i czułą, za to niezwykle naturalistyczną głębię cywetu z piżmem, słonym ale złocistym akordem ambrowym tudzież srebrzystym, tonującym zwierzęce zapędy mchem dębowym.
W Parfum de Peau ciało i dusza, choć dokładnie takie same jak w Peau de Bête - co nie powinno dziwić, gdyż młodsza z kompozycji pochodzi bezpośrednio od starszej - i tak samo zdolne do zła, ukazują nam się od swojej najpiękniejszej lub raczej najbardziej miękkiej strony, tej kruchej, podatnej na zranienie.

Są delikatne jak najskrytsze dziecięce marzenia lub chwile, ukradzione życiu przez kochanków bez nadziei na wspólną przyszłość. Tak łatwo je zranić, tak łatwo przemienić w coś obrzydliwego.
Obyśmy nigdy i nigdzie nie musieli się o tym przekonywać.


Nie inaczej jest z baśniami, rozumianymi jako pradawni nauczyciele życia oraz reguł społecznych: mogą dać nam mnóstwo dobrego, jeżeli tylko nauczymy się interpretować je w odpowiedni sposób bądź wyciągać z nich to, co najlepsze.
Jak w Pięknej i Bestii z roku 1946, pierwszym francuskim filmie zrealizowanym po drugiej wojnie światowej. Opowieści o tym, że podzielić mogą nas nawet drobiazgi bez znaczenia, które dla innych okazują się być bezcennymi skarbami; o tym, że za zło należy odpokutować ale to, co prawdziwie wstrętne i naganne wyraża się nie w naszym wglądzie ale w czynach; oraz o tym, że niezależnie od wszystkich naszych wcześniejszych wyborów, od tego, jakie decyzje podejmowaliśmy w obliczu niebezpieczeństwa, złe czy dobre, wszyscy musimy na nowo nauczyć się żyć razem. Tworzyć a nie niszczyć.
Czego uczymy się jako dzieci... o ile tylko słuchamy odpowiednio opowiedzianych baśni. :)

Jak stwierdził w prologu do wspomnianego filmu jego reżyser, Jean Cocteau:
"Dzieci wierzą we wszystko, cokolwiek im mówimy, ponieważ nam ufają. Wierzą, że róża skradziona z ogrodu może popchnąć całą rodzinę w konflikt. Wierzą, że dłonie bestii w ludzkiej skórze zajmują się ogniem, gdy ten zgładzi swoją ofiarę i że odczuwa on [bestia] wstyd, gdy młode dziewczę zamieszkuje pod jego dachem. Wierzą w tysiąc prostych prawd.

Proszę was o odrobinę owego dziecięcego zrozumienia i, nie zapeszając, pozwólcie mi wypowiedzieć trzy* magiczne słowa, »sezamie, otwórz się« każdego dzieciństwa:

Dawno, dawno temu..."


Liquides Imaginaires, Peau de Bête

Rok produkcji i twórca: 2016, Philippe Di Méo
[tylko czyimi rękoma? ;P ]

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, stworzony dla miłośników ciemnych, typowo "niszowych" akordów aniżeli dla przedstawicieli którejkolwiek płci. Pachnidło trzyma się bardzo blisko skóry, gęste i okalające, na odległość niewyraźne a całą swoją moc i charakter prezentuje niemal wyłącznie dopiero po przyłożeniu nosa do skóry, szczególnie w późniejszych fazach (aczkolwiek nie wykluczam, że aplikowane chmurą prosto z flakonu mogłoby okazać więcej werw).
Na okazje raczej nieformalne.

Trwałość: w granicach pół doby wyraźnego życia oraz dalszych kilka niezauważalnego, stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna (oraz oczywiście skórzana)

Skład:

Nuta głowy: błękitny rumianek, safranal, kmin rzymski, czarny pieprz, nasiona pietruszki
Nuta serca: drewno jałowca [nie prawdziwe ale dymna molekuła o żywiczno-dymnym zapachu], drewno gwajakowe, dwa rodzaje cedru, cypriol, paczuli, amyris, styraks, akord skórzany, tomka wonna
Nuta bazy: ambrarome, cywet, kastoreum, skatol


Montana, Parfum de Peau

Rok produkcji i nos: 1986, Jean Guichard

Przeznaczenie: pachnidło stworzone dla kobiet jako wieczorowe i zmysłowe, nawet przed trzydziestu laty zgodne bardziej z ponadczasowym stylem niż z ówczesną modą (choć spotkało się z łaskawym przyjęciem), współcześnie zdecydowanie bardziej uniseksowe. Wciąż kuszące, zmienne i bardzo niedosłowne, szczególnie w testowanym przeze mnie wydaniu vintage.
Jako takie, PdP pasuje do okazji nieformalnych, wieczorowych i/lub intymnych, pięknie wkomponowujące się w takie chwile każdej możliwej pory roku. :) Śmiałe, zostawiające za sobą ślad początkowo długi, z czasem coraz skromniejszy za to intensywniejszy, bardziej cielesny i jakby promienisty, może nawet łatwy do pomylenia z wonią zakochanej istoty ludzkiej. ;)

Trwałość: w sprzyjających okolicznościach, przy ciepłym powietrzu ponad dobowa ale i zimą dobrych kilkanaście godzin.

Grupa olfaktoryczna: szyprowo-skórzana (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: czarna porzeczka, brzoskwinia, śliwka, czarny pieprz, kardamon, akord zielony
Nuta serca: imbir, róża, tuberoza, jaśmin, ylang-ylang, goździk (kwiat), drewno sandałowe
Nuta bazy: paczuli, wetyweria, kadzidło frankońskie, ambra, piżmo, kastoreum, cywet, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej (dwa zapachy na dwóch nadgarstkach, porównując je co jakiś czas).

P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. Beauty and The Beast autorstwa osoby o pseudonimie demonrobber.
2. Beauty and The Beast. Illustration 5 autorstwa osoby o pseudonimie STorA.
3. Beauty and the Beast (1946) [Autorka: Milena Petrovic].
4. Beauty and the beast z fotograficznego sztambucha Veroniki Ebert.
5. Beauty and the Beast [Autorka: Rovina Cai].

* W oryginale: cztery. Tłumaczenie własne.

sobota, 30 kwietnia 2016

Podróż Wędrowca do Zmierzchu


To chyba jedyna marka marka, której odrodzenie mnie nie ucieszyło. Więcej nawet: wskrzeszenie Le Galion wystraszyło mnie, że ich stare produkty - o których poznaniu zawsze marzyłam - zaczną znikać z serwisów aukcyjnych a wcześniej osiągną jeszcze bardziej niebotyczne ceny, wywindowane pod samo niebo przez miłośników perfum, zaciekawionych nowymi produktami ale chcących też zgłębić historię marki. Kieyd jednak próbki nowych kompozycji same wpadły mi w ręce (głównie dzięki regularnym dostawom od perfumerii Quality), to czemu nie miałabym ich przetestować...? ;)
Odważyłam się więc i - bardzo dobrze zrobiłam! :D Przecież każda podróż w czasie to dla mnie niemała gratka!

A w taką właśnie wyprawę zabierają nas Galeony (nie wszystkie ale większość z poznanych przeze mnie), chociaż są de facto całkiem nowe... :)


Ponieważ w świecie konwenansu sprzed lat damy zawsze i bez wyjątku miałi pierwszeństwo, więc tym razem skupmy się najpierw na perfumach wiotkich i poetyckich, stworzonych przede wszystkim z woni kwiatów oraz owoców.

Iris

Ciekawy, w pewien sposób guerlainowski irys o matowym, łagodnym i pełnym, mydlano-pieprzowym wydźwięku, otoczony komfortowymi nutami innych kwiatów, wśród których na pierwszy plan wysuwają się pastelowa, łagodna lilia oraz słodka mimoza; towarzyszą im jednak akordy ożywczo-zielone, cudnie żywiczne. W tym moje ukochane galbanum, dodające kompozycji życia i charakteru. Baza jest jasnopiżmowo-drzewna, pierzasto-kwiatowa, trochę w stylu rozpropagowanym przez urocze bestsellery Narciso Rodrigueza (które to porównanie wcale a wcale nie powinno deprecjonować marki luksusowej i "niszowej", za jaką pragnie uchodzić Le Galion).
Przeuroczy, choć średnio trwały, spokojny i bliski skórze. :)

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna

Skład:

Nuta głowy: bergamotka oraz inne cytrusy, zielona mimoza, nasiona piżmianu
Nuta serca: irys, róża, lilia, galbanum
Nuta bazy: drewno cedrowe, jasne piżmo, akord ambrowy


La Rose

Na anglojęzycznej Fragrantice ktoś nazwał ją "różą pokrytą grubą warstwą balsamu do opalania" i tak własnie jest! ;) Róża miękka, o grubych, aksamitnych płatkach, nieoczekiwanie zdjęta ze swego królewskiego piedestału; zestawiona z plebejskim akordem niedojrzałej brzoskwini, chłodnej i czystej wody oraz czegoś piaskowo-ziemistego ale kremowo-maślanego jednocześnie (piżmo i fiołek? piżmo, fiołek i paczuli...?) La Rose zaskakuje, prowokuje do uśmiechu. Pałętająca się gdzieś na skraju bazy sucha wanilina zdaje się tylko potwierdzać plażowe skojarzenia; ostatecznie kto powiedział, że krem przeciwsłoneczny nie może mieć waniliowego zapachu? ;)
Na pewno mieszanina jest dosyć wyraźna i śmiała, choć naturalnie na nowoczesną modłę, bardziej wibruje wokół ludzkiej sylwetki jako swobodna aura, aniżeli zostawia za sobą wyraźny ślad. Jednak kontakt z nią to sama przyjemność. :)

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: świeżo-kwiatowa

Skład:

Nuta głowy: liście fiołka, bergamotka
Nuta serca: "wodna brzoskwinia", ylang-ylang, lilia, róża
Nuta bazy: wanilia, paczuli, piżmo, drewno cedrowe


Snob

Nie lubię myśleć o sobie jako o snobce; jednak jestem nią, aczkolwiek nie w najbardziej utartym rozumieniu terminu. Nie ekscytuję się bardzo drogimi przedmiotami [o ile nie są to cenne książki lub perfumy o fenomenalnym zapachu], nie pożądam jawnie bądź skrycie [no chyba, że książek], nie zazdroszczę ich nikomu [sprawdzić, czy nie książki]. ;D Dlatego do perfum o takim tytule podeszłam z niemałą rezerwą. Bo co może być ciekawego w Snobie? No co?
Przede wszystkim to, że galionowski Snob okazał się być... dzieckiem. Płci nieokreślonej ale to nieważne; grunt, że mocno nieletni miliarder jest istotą energiczną, wesołą, otwartą i o dobrym sercu. Lubiącą towarzystwo innych dzieci, zabawę  od rana do wieczora, świeże chrupiące jabłka prosto z drzewa - które jego troskliwa niania czasem zapieka w kruchym cieście - oraz gumę do żucia. Duże ilości gumy żucia w typie popularnych w latach 90. XX wieku, arcysłodkich kolorowo powlekanych kulek o bliżej nieokreślonym owocowym smaku. :) Takich, które można porozrzucać po całej rezydencji: od chłodnej, odrobinę mrocznej piwnicy, przez wyposażoną w drewniane antyki bibliotekę ojca i pachnący ciężkimi, kwiatowymi perfumami buduar matki aż po lekko przykurzony, rozgrzany, suchy i słoneczny strych. W takim otoczeniu wszystko zmienia się w przygodę!
Nasz dziecięcy miliarder to Richie Rich. ;) Wszędobylski, niezmordowany, hałaśliwy ale niezaprzeczalnie uroczy.

Rok produkcji i nos: 2014, Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-owocowa

Skład:

Nuta głowy: szafran, jabłko, mandarynka, bergamotka
Nuta serca: irys, kwiat pomarańczy, róża, jaśmin wielkolistny
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, białe piżmo


No dobrze, kwiaty i owoce sobie, mnie jednak najbardziej ekscytują zupełnie inne olfaktoryczne klimaty [mimo wszystko wciąż to dymy i drewna cenię najbardziej ;) ]. To właśnie dla nich z radością rzuciłam się odbyć podróż w przeszłość pod francuską banderą. Opłaciło się; na starym galeonie poznałam duchy trzech niezwykle intrygujących i wyjątkowo urodziwym mężczyzn sprzed lat... lub raczej męskich perfum. ;)
Oto one.

Cuir

Paul Vacher, legenda francuskiego perfumiarstwa i mózg (oraz oczywiście nos ;) ) marki Le Galion, słynny był m. in. ze skórzanych kreacji dla najwykwintniejszych marek swoich czasów: Diorling na prośbę Christiana Diora oraz starszego o trzydzieści lat Scandal dla Lanvin. Powstałe w zeszłym roku Cuir ma nawiązywać do tradycji oraz ducha tamtych wód. Ma ale... nie nawiązuje.
Tak się bowiem składa, że obie wspomniane kompozycje były pachnidłami typowo kobiecymi, natomiast Cuir nie powstydziłby się żaden mężczyzna żyjący gdzieś pomiędzy 1931 a 1960 rokiem. Ta skórzana mieszanka: gęsta, dymna, mroczna i sucha, wyobrażająca człowieka o głosie zdartym przez zbyt wiele tytoniowego dymu tudzież dobrych, starych alkoholi, kryje w sobie czar dawnych lat. Popularne przed laty akordy rosyjskiej skóry zestawiono tu z suchymi, pełnymi drzazg deskami ciemnego, szlachetnego drewna oraz tłustymi dymami ziołowych kadzideł; głęboko w bazie wybrzmiewa naturalny mech dębowy oraz zwierzęce piżmo. Takich olfaktorycznych opowieści prawie nikt już nie pisze; może tylko jeden Roja Dove. :) Jednak ten człowiek to fenomen; który, jak się okazuje, od niedawna musi mierzyć się z francuskim Galeonem. ;) A podróż nim będzie długa i ekstatyczna, choć szczęśliwie pozbawiona przygód w postaci sztormów, mielizn czy raf.

Rok produkcji i nos: 2015, Vanina Muracciole

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, elemi
Nuta serca: biała lilia, skóra
Nuta bazy: drewno sandałowe, szara ambra, piżmo, mech dębowy


Eau Noble

Na internetowej stronie producenta możemy przeczytać, że rok narodzin pierwszego wcielenia Eau Noble, 1972, był znamienny dla świata: w końcu to właśnie wówczas zdobycze rewolucji seksualnej powoli krzepły a widok odzianych w spodnie kobiet powoli przestawał robić jakiekolwiek wrażenie [głównie dzięki pracy Yvesa Saint Laurenta]. Duch mężczyzny, o którym opowiada mi Eau Noble, świetnie pamięta te czasy oraz swoją niepewność wobec zachodzących zmian: sprzeciw, może też zdumienie lub rozczarowanie a w końcu przyzwyczajenie i akceptację nowej sytuacji. Jednak zanim do niej doszło nasz bohater mówił głośne i stanowcze: "nie".
Wyrazem buntu przeciwko nowemu porządkowi śmiało mogłoby być właśnie omawiane pachnidło, czyli klasyczny, znakomity paprociowiec starej daty. Stanowczy ale nieostentacyjny twór mógłby uchodzić również za ideał biernego oporu. ;) W każdym razie robi znakomite wrażenie, skupiając naszą uwagę za pomocą suchych i słonecznych, niesłodkich cytrusów w starym stylu, otoczonych przez skrzące się żywiczne nuty galbanum oraz antyseptyczną lawendę, ciepłe suszone zioła, różane geranium, paczuli wraz z cennymi drewnami oraz nutami okołocielesnymi, z których najważniejsze są labdanum i cywet. Eau Noble, choć tak bogata, zachwyca skromnością i umiarem, za co może odpowiadać osuszający całość mech dębowy, podsumowujący mieszankę jak wąsy męską twarz.

Rok produkcji i nos: 2014, Marie Duchêne

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna

Skład:

Nuta głowy: mandarynka, bergamotka, cedrat, galbanum
Nuta serca: lawenda, geranium, szałwia, (jaśmin?)
Nuta bazy: paczuli, drewno cedrowe, drewno sandałowe, mech dębowy, piżmo, (labdanum, cywet)


Vetyver

Ostatnia z opisywanych dziś kompozycji po raz pierwszy ujrzała światło dzienne w roku 1968 jako wariacja na temat kwiatowy, która trafiłaby do gustu ówczesnym mężczyznom. No cóż, nie wiem, jak z panami sprzed blisko pół wieku ale na tle obecnych bestsellerów "męskiej ścianki" popularnych perfumerii współczesny Vetyver wprost poraża ilością testosteronu w organizmie. ;) Świeży, żywy, energetyczny dzięki cytrynie i bergamotce zestawionych z lawendą i świeżo ściętymi ziołami przypomina mi jakiegoś ówczesnego sportowca tuż po prysznicu, kończącym poranny trening. :)
Z czasem okazuje się, że tytułowy składnik pachnidła jest w nim praktycznie nieobecny, mnie jednak zupełnie to nie przeszkadza. Jestem zbyt zajęta cytrusową świeżością, gęstniejącą w akord zmysłowego, podkreślonego sandałowcem w dawnym stylu oraz suchą, sianowatą kumaryną lenistwa. Błogiego nasycenia i zmęczenia; co ciekawe - a we współczesnych perfumach (lub raczej ich handlowej otoczce) niemal niespotykane - są to zmysłowość i spełnienie bez najmniejszych podtekstów erotycznych. Cudo! :) Dyskretny odpoczynek w cieniu przydomowego tarasu, chwila ukradziona rutynie codzienności. Vetyver to promowany przez kolorową prasę cenny "czas tylko dla siebie", wyjątkowo jednak w typowo męskim wydaniu. :) Jestem zakochana.

Rok produkcji i nos: 2015,  Thomas Fontaine

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-świeża

Skład:

Nuta głowy: bergamotka, mandarynka, gałka muszkatołowa, kolendra
Nuta serca: werbena, szałwia, lawenda, petitgrain, estragon
Nuta bazy: wetyweria, drewno sandałowe, bób tonka, piżmo


A o dwóch najprzyjemniejszych kompozycjach marki opowiem Wam następnym razem. Wciąż będziemy podróżować zaczarowanym galeonem, aż do spotkania z pewnym Lwem oraz dwójką jego towarzyszy. :)
___
Dziś noszę nic innego, jak Vetyver. :)

P.S.
Ilustracje pochodzą ze strony internetowej Le Galion: legalionparfums.com

sobota, 2 stycznia 2016

Safari na odległość

Zeszły rok rozpoczęłam w towarzystwie Irish Leather marki Memo, dlaczego więc w 2016 miałoby być inaczej? ;) Dziś kolejne pachnidło z serii Cuirs Nomades, noszące wdzięczną nazwę African Leather [co na tle perfum z przymiotnikami "irlandzka", "włoska" oraz "francuska" w nazwach brzmi cokolwiek niestosownie, przypadkiem bądź celowo włączając Memo do wielkiego grona ignorantów, dzięki którym w potocznym rozumieniu Afryka - kontynent z kilkoma całkowicie różnymi strefami klimatycznymi oraz setkami zupełnie odmiennych kultur - traktowana jest, jakby cała była jednym, ogromnym państwem. Państwo zamiast kontynentu, czaicie?*].


Nazwa może i jest wdzięczna, całkiem niewinna i tak dalej ale uwierzcie: to wrażenie minie, kiedy tylko doświadczycie działania nut głowy pachnidła. ;)
W rzeczywistości bowiem African Leather to ostry i suchy, silny oraz potężny drapieżnik, który akurat biegnie prosto w Waszą stronę, aby za kilka sekund uderzyć w Was z całą siłą swego pięciusetkilowego cielska. A Wy nie możecie nigdzie uciec. I kiedy pył spod kopyt szarżującego zwierzęcia do szczętu zatyka Wasze nozdrza oraz usta, kiedy Wasze twarze omywa ciepły oddech bestii, czujecie jej mocny, piżmowy zapach i w ogóle zamykacie oczy, odwracacie głowę w bok i czekacie na nieuchronny koniec, bo cóż innego Wam zostało, wtedy nagle zwierz mija Was dosłownie o włos. Nic dziwnego, myślicie ułamek sekundy później, uśmiechając się głupkowato. W końcu to nie prawdziwa Afryka, tylko kino 5D. ;]

Jakakolwiek agresywność była złudzeniem. I choć potężne zwierzę faktycznie czai się w otwarciu kompozycji, w rzeczywistości okazało się dużo spokojniejsze, niż nam się wydawało. A przy okazji równie umowne, jak kinowa fikcja prawdziwych doświadczeń.

To dlatego, że zamiast prawdziwych nut zwierzęcych za wrażenie cielesnej zmysłowości odpowiada roślinny kmin do spółki z ciemnym, brunatno-ziemistym zamszem. Tym natomiast jak cień towarzyszą nuty ostre i suche, domagające się uwagi ale nie głośne czy brutalne - sucha wetyweria, ziemiste paczuli, przyprawy eugenolowe; wszystkie w ilości tak znacznej, że aż tworzące wrażenie uderzenia samumu prosto w twarz.


Jednak i w tym miejscu nie ma powodu do prawdziwych obaw. Wszak i to pozorne niebezpieczeństwo, kryjące się wewnątrz African Leather zostaje prędko złagodzone. Dzięki różanemu, świetlistemu geranium, które ucisza wiatr i niesie ukojenie wysuszonej piaszczystej ziemi mieszanina delikatnieje w oczach, pozwalając, aby kwiatowa delikatność wygładziła jej kanty oraz wysubtelniła wszelką brutalność. Wetyweria chowa się w cieniu paczuli, tym razem wręcz aksamitnego, pięknie zespolonego w całość ze wszystkim, co w geranium zmysłowe i różane. Zamsz powoli zmienia się w delikatną i ciemną skórę bliżej nieokreślonego gatunku zwierzęcia, pozwalając okryć się kardamonowo-różowopieprzowo-muszkatowym pyłem. W końcu pojawia się szafran, ciepły i złocisty niczym słońce, zachodzące nad sawanną.

Baza Afrykańskiej Skóry to triumfalny powrót nut pozornie cielesnych, tym razem pod dużo spokojniejszą  i grzeczną - chociaż pościelową - wersją akordu ambrowego ze szczególnym uwzględnieniem słodko-słonego, lejącego się niczym miód labdanum. Tuż za nimi czają się metaliczne, kłujące w oczy opary ciemnego drewna (może być i oud) a także oprószonej kardamonem a ogrzanej szafranowymi nitkami skóry.

Nad sawanną powoli zapada zmrok. Wiatr znad Sahary już nie wieje. Po wielu, wielu godzinach nadchodzi czas na odżywczy, spokojny sen. Takie safari, z aparatem fotograficznym w dłoni, to ja rozumiem! :)


Rok produkcji i nos: 2015, Aliénor Massenet

Przeznaczenie: typowy uniseks przeznaczony bardziej dla miłośników perfum orientalnych aniżeli dla przedstawicieli którejkolwiek z płci. Powściągliwy w tworzeniu śladów zapachowych, zamiast nich preferujący żywą i gęstą, chociaż niezbyt rozległą aurę. ;)
Co oznacza, że African Leather znakomicie będzie nadawał się na wszystkie okazje, jakie sobie tylko wymyślicie. Nowa praca? Awans? Chrzciny dziecka  przyjaciół? Parapetówa u sąsiadów? Randka? Wieczór kawalerski kumpla? Zakupy z koleżanką? Egzamin na prawo jazdy? Wszędzie pasuje! ;) O ile tylko się polubicie i umiejętnie dobierzecie dawkę do okazji.
Uwaga! Pomimo opisu nut i tak dalej African Leather to dzieło wybitnie laboratoryjne, stworzone niemal wyłącznie z syntetycznych substytutów nielubianych przez IFRA substancji. Sztuczne ale w dobry sposób, gdyż świadomość tego nijak nie wpłynęła na przyjemność podczas testów.

Trwałość: znakomita; ponad dziesięć godzin wyraźnej, łatwo wyczuwalnej chociaż spokojnej projekcji i niemal drugie tyle stopniowego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: skórzano-przyprawowa (i orientalna)

Skład:

kardamon, bergamotka, szafran, kmin rzymski, paczuli, geranium, wetyweria, akord skórzany, akord oudowy, piżmo
___
Dziś u mnie Black Afgano od Nasomatto. Klasyka! :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://www.flickr.com/photos/t3rmin4t0r/3935051312/ [Autor: Gopal Vijayaraghavan]
2. https://www.flickr.com/photos/stormsignal/15081323010/ [Autor ukrywa się pod pseudonimem StormSignal]

* Zabawne, że w tym miejscu "ojtam, ojtam, nie przesadzaj, bo co za różnica" jako pierwsi pomyśleli pewnie ci z Was, których najmocniej wkurza instytucja Unii Europejskiej i którzy chętnie widzieliby Polskę poza nią; właśnie z powodu czegoś, co skrótowo można nazwać "zbyt wielkimi różnicami kulturowymi" między nami a zgniłym Zachodem. :P Ciekawy paradoks, prawda? ;>

niedziela, 13 września 2015

Odnaleziony horyzont

Ileż to razy myślimy sobie: "moje życie na pewno wyglądałoby zupełnie inaczej, gdybym..."!

"...gdybym nie zaszła wtedy w ciążę", "...gdybym skończył studia", "...gdybym wyemigrowała", "...gdybym w połowie kwietnia dwadzieścia lat temu z głównej ulicy miasta skręcił w prawo zamiast pójść prosto". I tak dalej.

Nieważne, jakie mamy podejście do życia, co już osiągnęliśmy, nad czym pracujemy obecnie i co zamierzamy robić w przyszłości, czy generalnie jesteśmy zadowoleni czy wprost przeciwnie, podobna refleksja nachodzi nas przynajmniej raz w życiu. I nie ma w tym niczego niezwykłego, w końcu nie od dziś wiadomo, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. ;)
Tak czy inaczej: chwila zastanowienia nad pomyślnością, w której nie mamy udziału, harmonią, której nie doświadczamy czy szerzej: życiem, którego nie prowadzimy, jest typowym doświadczeniem bodaj każdego przynajmniej średnio inteligentnego człowieka. Nachodzi czasem polityków i babcie klozetowe, żołnierzy i pacyfistów, literatów i filmowców oraz perfumiarzy.


Swego czasu uporczywa myśl o zapomnianej przez świat, zagubionej w najwyższych górach Ziemi idyllicznej krainie, której mieszkańcy nie znają smutku, zła, głupoty, choroby ani śmierci, w której Duch znaczy więcej niż Materia, doprowadziła Brytyjczyka, Jamesa Hiltona do napisania powieści o tym niezwykłym miejscu i o pragnieniu uczynienia go własnym domem. Kraina, którą wymyślił Hilton, nazywała się Shangri-La a jej losy możemy poznać, sięgając po książkę Zaginiony horyzont.

Lub po film o identycznym tytule, który w roku 1937 nakręcił Frank Capra. :) A osobom uczulonym na słowo pisane czy zabytkową kinematografię [swoją drogą, oba dzieła nieźle się już zestarzały; szczególnie książka, która wyraźnie pisana była dla innego czytelnika, niż dwudziestopierwszowieczny ;) ] pozostaje już chyba tylko zapach. Perfumy, które światło dzienne ujrzały w zeszłym roku a inspiracja do ich powstania była właśnie owa utopijna, niezwykła kraina wiecznie szczęśliwych, wolnych od trosk codzienności mędrców.
Shangri La, drugie dzieło kanadyjsko-londyńskiego miłośnika oraz twórcy perfum o nazwisku Hiram Green.


Teoretycznie ma to być kolejne "zupełnie nowe spojrzenie" na klasyczny akord szyprowy, których przecież w ciągu ostatnich lat powstało co najmniej kilkadziesiąt.
Zgodnie z marketingowym gładkim marudzeniem mieszanka ma kojarzyć się z "mistycznym wonnym rajem". Tak, kolejny zapachowym odzwierciedleniem Raju na Ziemi, do którego bram zbliżymy się tylko za pośrednictwem zakupionego w perfumerii flakonu owej niezwykłej cieczy... ;]
Kiedy spojrzymy na Fragrantikową listę nut czy raczej ich intensywność, bez kłopotu i per procura prawdziwego kontaktu z wonią sklasyfikujemy soczek Greena jako jeszcze jedną - oczywiście bezpodstawną - próbę naciągnięcia fanów nut kwiatowo-owocowych na niby orientalne, niby zmysłowe skojarzenia z tajemnicą, egzotyką oraz Sztuką Wysoką.

Tak, wszystkie racjonalne przesłanki przekonują nas, że i ta Shangri La nie jest niczym więcej, jak bajką dla naiwnych marzycieli. A może nawet okrutnym, niebezpiecznym mirażem, od którego przy odpowiednio (nie)sprzyjającym klimacie można uzależnić się równie mocno i destrukcyjnie, jak od narkotyków czy alkoholu.
Tymczasem mamy do czynienia z tym specyficznym rodzajem wonnej opowieści, które swoje prawdziwe piękno ukazuje wyłącznie osobom, które w niego wierzą. ;) A mówiąc wprost: tym, którzy nie boją się żadnego konkretnego złożenia nut; którzy nie uciekają w panice przed szyprem, fruity-floral nie psuje im humoru a zmysłowe, egzotyczne i odzwierzęce ciepło nie wraca do nich w sennych koszmarach. :) Jeżeli podchodzicie do Shangri La z odpowiednio otwartą głową oraz uczciwymi zamiarami, dopiero wtedy doświadczycie magii.


Pachnidło rozpoczyna się silnym i prężnym uderzeniem cytrusów, które dosyć szybko łagodzi i czyni aksamitnymi ciepła, soczysta brzoskwinia. Tuż przy niej pojawia się jasny zamsz, z czasem ciemniejący i nabierający ziemistych aspektów. Dokładnie w tym momencie pojawiają się niesione wiatrem wiry ze sproszkowanych egzotycznych przypraw, cynamonu, goździków czy odrobiny kolendry, stopniowo wsypujących się w pęknięcia skórki niemal przejrzałego owocu. Razem z nimi - a może chwilę po nich...? - do korowodu nut dołączają kwiaty: silne, obezwładniające festony z goździków, róż i jaśminu, bez pośpiechu osuwające się ku na irysowo-fiołkowym rabatkom.
Czy to z nich pochodzi ziemia, ów cudowny, suchy, paczulowo-mszysty ciemny akord, igrający z kwiatami (głównie różą) i korzenno-brzoskwiniową masalą? Z czasem dodatkowo pogłębiony aromatem zamszu, powracającego bohatera epizodycznego, który tym razem przyprowadził wyraźne w upale oderwane frakcje sierściowo-zwierzęcego piżma. Z czasem zresztą przeistacza się to w skórę, która idealnie zgrywa się z suchymi mchem, przyprawami czy różą; tak bardzo pewną swojej roli hegemona, że nie przeszkadza jej ani silna pozycja słonecznych mszystości, ani wilgotne promienie (?) ostrej ale matowej (?) wetyweriowej woni.

Oto Shangri La bez ludzi, choć z wyraźnie obecną fauną, tym razem przezornie schowaną gdzieś pomiędzy bujną, fantastyczną roślinnością. Oto egzotyka, którą świetnie znamy i sami tworzymy [bo czym innym jest akord szyprowy, jeżeli nie próba nowoczesnej reinterpretacji olfaktorycznych wizji dalekich krain?]. Oto królestwo, do którego wejdą jedynie wierzący w jego moc.
Oto spokój, radość i mądrość, których w pełni doświadczymy tylko wtedy, jeżeli wcześniej znajdziemy je w sobie samych. Oto jedyny Raj i jedyna skarbnica mądrości, na jakie możemy liczyć.

Shangri La jest jak słowiański mit o żywej wodzie - jedynej substancji uzależniającej, z której korzystanie nie niszczy ale buduje a zamiast chaosu wprowadza harmonię. Wszystkie odległe horyzonty, do których dążymy, kryją się wewnątrz nas - i to od bardzo dawna. ;) Lecz nie odkryjemy ich bez wcześniejszego rzetelnego treningu oraz duchowego przygotowania.
Jak stwierdził kiedyś Joseph Campbell, jednej z największych mitografów i religioznawców w historii, "narkoman topi się w wodzie, w której mistyk pływa swobodnie".

Niesamowite, do jakich przemyśleń potrafią doprowadzić perfumy! :)



Rok produkcji i nos: 2014, Hiram Green

Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dopasowujący się raczej do naszych osobowości, aniżeli konkretnej kombinacji chromosomów. ;) No i oczywiście do gustów; dlatego Shangri La powinna przypaść do gustu miłośnikom perfum szyprowych, skórzanych oraz całego coraz popularniejszego nurtu vintage.
Najważniejszą różnicą pomiędzy kompozycją Greena a klasycznymi, głośnymi zapachami sprzed lat, jest raczej skromna projekcja tej pierwszej. Nawet w początkowej fazie rozwoju Shangri La układa się w gęstą i mieniącą się ale raczej przylegającą do ciała aurę, z czasem tylko opadając na ludzką skórę. Dlatego pasuje na wszystkie okazje, jakie tylko wymyślicie.

Trwałość: w granicach sześciu-dziewięciu godzin spokojnego ale wyczuwalnego życia oraz jeszcze parę szybkiego (choć nie gwałtownego) zamierania.

Grupa olfaktoryczna: hmmm, niech będzie, że szyprowo-skórzano-kwiatowo-orientalna, w takiej kolejności ;)

Skład:

cytrusy, brzoskwinia, jaśmin, róża, irys, akord przyprawowy, mech dębowy, wetyweria (paczuli, piżmo, skóra)
___
Dziś noszę Encre Noire od Lalique w tym lepszym, męskim wydaniu. :]

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://explore.bfi.org.uk/4ce2ba167e31c
2. http://www.lassothemovies.com/lost-horizon/
3. http://www.virtual-history.com/movie/film/2534/lost-horizon

sobota, 8 sierpnia 2015

Orientaliści w Egipcie


Kilkanaście lat temu telewizja Planete zrealizowała cykl filmów dokumentalnych pod tytułem Wyprawa do starożytnego Egiptu, którego bohaterami uczyniono  pierwszych nowoczesnych Europejczyków, którzy zawitali do Egiptu i zachwyciwszy się jego starożytnościami postanowili nie tylko rozkradać je i wyprzedawać na cały świat ale również pilnować oraz chronić. Dbać, aby zabytki epoki faraonów wciąż pozostały na egipskiej ziemi i nawet po latach zdumiewały czy zachwycały kolejne pokolenia podróżników. :)

Od przybyłego z armią Napoleona założyciela Muzeum w Luwrze, przez człowieka, który rozszyfrował treść słynnego Kamienia z Rosetty, dzięki któremu nauczyliśmy się czytać hieroglify, szereg pierwszych (pół)profesjonalnych egiptologów oraz niestrudzonych wojowników o ocalenie staroegipskiej spuścizny kulturowej przed grabieżą* aż po legendarnych odkrywców grobu Tutanchamona czy współczesnych badaczy najdawniejszej historii nadnilowej, już rodowitych Egipcjan - całe to towarzystwo opowiada nam o fascynującym okresie w dziejach nowożytnego Egiptu, kiedy na nowo odkrywaliśmy pradawną, niezwykłą i zapomnianą rzeczywistość. O tych czasach, które w Europie znamy przede wszystkim przez pryzmat empirowych mebli, proszku mumiowego lub olśniewającego popiersia Nefretete, które dzięki działalności dawnych przedsiębiorczych złodziei (czy raczej "dzikich prywatyzatorów" :] ) dziś możemy podziwiać w Muzeum Egipskim w Berlinie.

Wspomniany film - lub raczej ludzie i czasy, o których opowiadał - przyszedł mi na myśl, kiedy poznałam kwintet perfum nowej marki Atelier des Ors. Jego cechami charakterystycznymi okazały się wysoka jakość poszczególnych kompozycji, klasyczna "staroniszowość" (w czym przypomina dzieła opisywanego niedawno brandu Angela Ciampagna) a także niemały procent łechcącego ludzkie ego blichtru w postaci pływających w soczku drobin złota. Cóż, oto kolejny przypadek marki skierowanej do oddanych miłośników perfum niszowych oraz bogatych snobów jednocześnie. ;) Nice try, Jean-Philippe Clermont, nice try. ;P
Dziś chciałabym zając się trzema mieszaninami, które z różnych powodów szczególnie mocno zapadły mi w duszę (co nie znaczy jednak, że dwie pozostałe są mniej ciekawe albo ładne).


Najprzyjemniejsza niespodzianka spotkała mnie, olfaktorycznego inżyniera Mamonia, pod postacią czegoś, co od dawna nie tylko świetnie znam ale też uwielbiam. ;) Jak zapewne nietrudno zgadnąć, nosi ona nazwę Larmes du Désert i jest opowieścią o kadzidlanych dymach, snujących się pomiędzy drzazgami cennego drewna, niewielkimi kopczykami wonnej masali oraz ścielącymi się ponad postumentem z pikantnej ambry oraz złocistego, półpłynnego, cielesnego labdanum.

Rozpoczyna się czymś świetlistym i ciemnym jednocześnie, delikatnie świeżym, jednak szybko zmierzającym w stronę gęstego ale smukłego dymu z olibanum ale też czegoś znacznie bardziej gorzkiego i suchego (trochę jak elemi, trochę jak mirra a trochę jak benzoes). W tym miejscu pojawia się pikantna, przyprawowo-paczulowa, ciemna i drapiąca, brunatna ambra w typie Ambre Sultan Lutensa, Amber Absolute od Toma Forda czy wielu innych pokrewnych im kompozycji: gęsta, wyrazista, głęboka.
Co wyróżnia opisywane Łzy Pustyni, to zdecydowana kadzidlaność mieszanki, niepodzielność "kościelnych" dymów w sercu oraz powracająca systematycznie woń gęstego, miodowego w strukturze (nie w słodyczy) czystka rodem z Labdanum Donny Karan; które i tak kojarzę tematycznie ze starożytnym Egiptem, zatem cały czas jesteśmy w domu. ;)

Na pewno za to im bliżej bazy, tym kadzidło robi się potężniejsze, jakby z czasem zasnuwało całe sanktuarium, schowane w grubych kamiennych murach przed morderczymi promieniami pustynnego słońca. Tuż przed zaśnięciem pachnidła na krótko ożywia je delikatna, drzewno-żywiczna słodycz, rejestrowana przeze mnie niemal w ostatnim przedsennym świadomym odruchu; podziwiam, jak pięknie łączy się ona z gęstym kadzidlanym dymem oraz trzymającym się drugiego planu cieniem pikantnej ambry.
Larmes du Désert to ten sam porządek artystyczny, co wszystkie wspomniane zapachy ale też Sahara Noir Toma Forda czy Ceremony Normy Kamali. To, co najpiękniejsze w istnym tańcu siedmiu zasłon niszowej orientalności zostało tutaj złożone w fascynującą, porażająco piękną całość.
I cóż, że niezbyt oryginalną? ;)


Kolejna z kompozycji, Cuir Sacré, opowiada o chłodnej ale suchej, przesypującej się ciemności, o drażniącym, nieporuszanym od lat ale zupełnie pozbawionym życia powietrzu a także o odrobinę niepokojącej atmosferze pradawnych niezwykłości, których odkrywanie to jednocześnie ryzyko, szansa ale i niezaprzeczalna przygoda.

Mieszankę rozpoczynają ostre, wirujące w nozdrzach akordy suchych przypraw, tym razem jednak zestawionych z ciemną, delikatnie podwędzoną (a może nadpaloną żarem ogniska) skórzaną galanterią. Początkowo jest w nich coś świeżego i zielonego, podbijającego pierwsze molekuły skóry a jednocześnie ofiarowującego im więcej życia: europejskie żywice, odrobina dębiny a także jagody jałowca, wnoszące do mieszanki leśny, pikantny chłód. Dopiero później skóra ogrzewa się, przy okazji zmieniając otoczenie w sposób drastyczny i niezauważalny jednocześnie [jak ja uwielbiam perfumowe oksymorony!], otoczona przez żywy, zielonkawy olejek kardamonowy, daleką woń cypriolu czy wetywerii a skontrastowana miękkim i ciepłym, złocistym promieniem szafranu, którego gra z ciemną galanterią tak bardzo przypomina Tuscan Leather Forda czy Cuirs marki Carner Barcelona.
Lecz skóra z szafranem oraz kardamonem to serce kompozycji - bijące miarowo, spokojnie, czułe i łaskawe - a zaznaczone przez pikantną zieloność wonie suchotrawiaste, ostre i papirusowe powracają w bazie pachnidła. Stopniowo przysłaniają składnik tytułowy, jak popołudniowy cień nasuwając się na jego masywną bryłę; wiadomo, że i tak nigdy nie zdominują dymnej skóry, jednak są w stanie wyraźnie ją naznaczyć. Narzucają ten fascynujący rodzaj świeżości, który każe mi pomyśleć o chłodnej, brzozowej rosyjskiej skórze w wydaniu orientalnym, skręcającym w stronę skórzanej wariacji na temat Timbuktu od l'Artisan Parfumeur.

Zanikają, pozostawiając za sobą wysuszone słońcem nilowe szuwary oraz, co za niespodzianka!, pojedynczą kadzidlaną smużkę. :) Wyobrażam sobie, że w butach z takiej skóry można byłoby przemierzyć osiemnasto- i dziewiętnastowieczny Egipt wzdłuż i wszerz co najmniej pięć razy, odkrywając kolejne tajemnice historii...


Szczęśliwie robiąc to w sposób znacznie bardziej cywilizowany, niż przygnani do mojej głowy przez synestezję (a może jedynie wyobraźnię?) bohaterowie ostatniego z opisywanych dziś pachnideł Atelier des Ors, zafascynowani egipskimi starożytnościami napoleończycy. :) Ich zapachem jest dla mnie Lune Féline, czyli Koci Księżyc.

Już podczas pierwszego testu okazało się, iż jest to znakomity przykład, dlaczego nowe perfumy obowiązkowo należy testować na własnej skórze. :) To, co z próbki oraz blottera pachniało jak kolejna ciemna, lekko dymna, klasycznie niszowa wanilia w rodzaju Eau Duelle od Diptyque albo guerlainowskiej Spiritueuse Double Vanille, na skórze dosyć szybko pokazało tyleż ostre, co niespodziewane pazury.

Chociaż z początku rzeczywiście czuję charakterystyczną, ciemną i słodką woń wanilii, do której momentalnie dołącza dyskretna chmura korzennych przypraw, tuż za nimi czai się jednak niespodzianka. Ponieważ kiedy tylko opadną molekuły otwarcia, do tłustych ziarenek skrytych w lekko gumowatej laseczce dołączają intensywne frakcje odzwierzęce (przynajmniej w teorii). Ciemne, tłustawe piżmo, sucha agresywność cywetu oraz słona ambrowa ślina. Nie goszczą na skórze długo ale skutecznie zmieniają odbiór całej kompozycji, już na stałe łącząc się ze wspomnieniem o Lune Féline a mnie każąc pomyśleć o chaotycznej eksploatacji Egiptu przez całe dekady od końca osiemnastego stulecia.
Tutaj chciwość i chęć ochrony, naiwny zachwyt ale też cyniczna kalkulacja przyszłych zysków to często dwa oblicza jednej i tej samej osoby. Oto krótki wgląd w skomplikowaną ludzką psychikę z całą jej ambiwalencją, niepewnością, rozdarciem albo hipokryzją. Gorączka poszukiwania, szabru, chęci zrozumienia oraz tysięcy małych i dużych zachwytów. Wspomnienie tego, co udało się ocalić dla przyszłych pokoleń ale i ból spowodowany świadomością, ile wiedzy zostało przez ludzką chciwość bezpowrotnie obróconej w pył, zniszczonej z powodu głupoty albo lekceważenia poszukiwaczy-złodziei, tak czy inaczej pierwszych znanych z nazwisk badaczy dziejów starożytnego Egiptu. Ich namiętność do złota i kultury kraju faraonów, ich pot, mocz oraz ślina odcisnęły niezmywalne piętno na pozornie prostej i konwencjonalnie ładnej słodyczy Lune Féline.

Z czasem jednak mocne, wyraźnie "gruczołowe" (inaczej nie potrafię tego nazwać) wonie zanikają, ponownie zawracając pachnidło w stronę kurzawy eugenolowych przypraw z cynamonem i zielonym kardamonem na czele, by pod koniec stać się niemal archetypiczną niszową cienistą wanilią o zdecydowanym, przytulnym ale też odrobinę ziemistym odcieniu, za którego powstanie można podziękować wspomnianym przyprawom czy balsamowi peruwiańskiemu. Kiedy Koci Księżyc zachodzi w łagodnym, słodko-różowym świetle świtu, znów jest subtelną, kaszmirową, niepozbawioną głębi słodyczą. Jednak ja już swoje wiem. ;)



Larmes du Désert

Rok produkcji i nos: 2015, Marie Salamange

Przeznaczenie: zapach typu uniseks o łagodnym, bliskim ciału przebiegu; intensywny z bliska, otacza ludzkiego nosiciela bardzo wąską ale intensywną i komfortową aurą.Dopiero z czasem dosłownie wtapia się w skórę.
Pasuje za to do niemal wszystkich okazji, do jakich tylko zechcemy Łzy dopasować. ;) Wbrew przekonaniu części z Was, latem jest naprawdę świetny, bardziej gęsty i namacalny, chociaż nieodmiennie dyskretny.

Trwałość: bez trudu wytrzymuje dziesięć do dwunastu godzin wyraźnej emanacji oraz dalszych parę stopniowego zamierania. Co oznacza, że mieszanka znakomicie pasowałaby do mojego cyklu o perfumach ślubnych. ;)

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: kadzidło, cyprys (elemi, mirra)
Nuta serca: drewno cedrowe, drewno gwajakowe, paczuli
Nuta bazy: inne akordy drzewne, cytrusy, akordy ambrowy, (labdanum) oraz benzoes



Cuir Sacré

Rok produkcji i nos: 2015, Marie Salamange

Przeznaczenie: również klasyczny uniseks, chociaż stanowcza woń skóry i przypraw pewnie skieruje myśli części z Was raczej w stronę płci niesłusznie uważanej za brzydszą. ;) Co na pewno będzie uzasadnione, aczkolwiek kobietom w omawianej wodzie również bardzo do twarzy, czego jestem żywym dowodem. :D
W odróżnieniu od poprzedniczki Święta Skóra jest zapachem głośnym i bardziej zdecydowanym, śmiało projektującym na otoczenie a w pierwszych fazach rozwoju lubiącym zostawiać za sobą nieprzesadnie długi ale gęsty ślad, który z czasem zamienia się w luźną, żywo wirującą aurę.
Na wszelkie okazje, ze szczególnym uwzględnieniem wszelkich wieczorowo-oficjalnych.

Trwałość: identyczna, co w przypadku LdD.

Grupa olfaktoryczna: skórzano-przyprawowa (i orientalna)

Skład:

Nuta głowy: jagody jałowca, cyprys, kardamon
Nuta serca: kadzidło, drewno cedrowe, szafran
Nuta bazy: cypriol, wetyweria, skóra



Lune Féline

Rok produkcji i nos: 2015, Marie Salamange

Przeznaczenie: kolejny uniseks z pazurem, również o niemałej mocy, z case redukującej się do wąskiej ale gęstej aury. Pasujący do większości swobodnych, nieformalnych okazji, jakie przychodzą mi na myśl. :D Oraz do paru formalnych, szczególnie z zabawą, tańcem i wysokoprocentowymi trunkami w tle. ;)

Trwałość: zbliżona do dwóch poprzednich pachnideł; może o godzinkę czy dwie dłuższa.

Grupa olfaktoryczna: waniliowo-piżmowa (a także przyprawowa)

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, kardamon, cynamon
Nuta serca: drewno cedrowe i inne nuty drzewne, akord zieleni, styraks, szara ambra, (cywet)
Nuta bazy: orchidea waniliowa, nasiona wanilii, balsam tolutański, piżmo
___
Dziś noszę opisane wyżej Cuir Sacré. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Napoleon w Egipcie, znany również jako Napoleon przed Sfinksem, czyli dzieło stworzone przez Francuza, Jeana-Léona Gérôme'a.
2. Świątynia Abu Simbel autorstwa Davida Robertsa.
3. Wewnątrz świątyni Abu Simbel, którego to dzieła autorem również był David Roberts.
4. Wyprawa do Egiptu pod dowództwem Bonapartego pędzla Léona Cognieta.


* W tym twórców Egipskiej Służby Starożytności, bez której zgody za połaszenie się nawet na wydobyty z piasku kawałek glinianej skorupy i próbę wywiezienia go w postaci pamiątki na sto procent otrzymacie unikatową możliwość długoletniego studiowania fascynującej i egzotycznej kultury egipskich więzień ;>

sobota, 4 lipca 2015

Puszkin będzie się strzelał!

Puszkin przegrał pojedynek i teraz walczy o życie! Wielki  poeta, Aleksander Puszkin, nie żyje.

Plotki, emocje, pomówienia i podejrzenia... Ech, nie chciałabym być żoną Puszkina [ten mający obsesję na punkcie honoru raptus do ostatniego z wielu swych pojedynków stanął właśnie "w obronie czci" żony]. Kobieta po śmierci męża musiała przeżywać piekło; szczególnie, że do pojedynku, przez który owdowiała, doszło dzięki intrydze dworskiej, w którą została wplątana z powodu małżeństwa i cienia, jaki padł na nią po - ewentualnym, zasugerowanym, domniemanym a najpewniej wmówionym - flircie z młodym francuskim imigrantem. Dla dziewiętnastowiecznej damy musiała to być podwójna tragedia.
Byłabym mile zaskoczona, gdyby po mroźnych dniach lutego 1837 roku kobieta ta, Natalia Gonczarowa, nie obwiniała samej siebie o uprzejme traktowanie narzeczonego własnej siostry, czego przecież wymagała od niej ogłada towarzyska oraz zwyczajna ludzka przyzwoitość! Byłabym zdumiona, gdyby o tę śmierć, zgodnie z chorym dziewiętnastowiecznym klimatem, nie oskarżała jej zbolała rodzina małżonka, który przecież zginął wyłącznie przez własną popędliwość.

Taaak... Gorąca głowa i ciężko urażona miłość własna (bo czy uczucie do żony, tego na pewno nie wiemy) doprowadziły Puszkina do zguby w pewien mroźny, lutowy dzień.


O tym wydarzeniu, kiedy życie w destrukcyjnym, szaleńczym i romantycznym pędzie po raz kolejny dogoniło literaturę, opowiada Aleksandr marki Arquiste. Pachnidło, w którym - jak rzadko kiedy - opowieść marketingowa oraz zawartość flakonu naprawdę znakomicie się zgrywają oraz wzajemnie ilustrują. Posłuchajcie tylko:

"Styczeń 1837 roku, Petersburg, Rosja
W mroźne zimowe popołudnie wzburzony dżentelmen kończy swą toaletę, skrapiając się pachnidłem z neroli i fiołka. Poprawia mankiety, odziewa w grube futro i odmaszerowuje w wypolerowanych skórzanych butach. Kiedy odjeżdża saniami, powietrze przesycone jest drzewnym zapachem jedliny. Gdzieś ponad ośnieżonymi drzewami, na skąpanej w ambrowym świetle [księżyca] polanie czeka go pamiętny pojedynek".
ŹRÓDŁO, tłumaczenie własne

Podobny opis działa na wyobraźnię ale przecież byłby niczym, gdyby nie towarzyszyły mu odpowiednio plastyczne perfumy. Aleksandr spisuje się tutaj znakomicie, w udany sposób oddając kontrast między wzburzonym wnętrzem poety a zimnym, wrogim, naturalistycznym zewnętrzem, czyli rosyjską zimą gdzieś na leśnej polanie przy skutej lodem rzece Czarnej. Na mojej skórze jednakże za wiele lodu nie ma; zamiast niego pojawia się mnóstwo chłodu i listopad, polski listopad [kolejna aluzja do życiorysu Puszkina ale tym razem kompletnie przeze mnie niezaplanowana, słowo! :D Zauważyłam ją dopiero teraz, przed publikacją tekstu]. Zimna, ciemna woda oraz przygruntowe przymrozki i las, coraz śmielej zapadający w zimowy sen. Oto Aleksandr.

Z początku bardzo chłodny i ziemisty, przywodzący na myśl aromat wilgotnej, dopiero co rozmrożonej ziemi czy ściółki; wszystko dzięki liściom fiołka, wydelikaconym i rozjaśnionym promiennym dodatkiem neroli, po chwili zmierzające w stronę większej wytrawności oraz cierpkości. Tutaj pojawia się subtelny akcent ciemnego, gorzkawego zamszu, który tylko czasem zmienia się w wymienioną w spisach nut, pięknie okoloną powidokiem brzozowo-dziegciowym, skórę drogich butów. Czym by jednak ten aromat nie był, dzięki niemu i zestawieniom z cichnącym neroli w Aleksandrze rozgaszcza się również dalekie wspomnienie wanilinowego pudru, które choć szybko ulatuje gdzieś daleko od nieprzyjaznego mu zimnego klimatu, swoją słodyczą nieznacznie zmienia kontekst pachnidła. Gdzieś na skraju bazy w całej tej zimnej furii pojawia się bowiem spokój.
Ukojenie, niesione przez balsamiczno-słodkie wonie igieł i żywicy prosto z lasu iglastego, połączone w całość z fiołkiem, tym razem już bardziej maślano-pastelowym (?) oraz zamszem, stopniowo jaśniejącym w kojącym towarzystwie lasu. Wracają też brzozy, jasne i chłodne, jakby zadumane, melancholijne ale w gruncie rzeczy optymistyczne. Prawdziwy las, olbrzymia, nieskończona przestrzeń okolona widmem zimnej fiołkowej wody nareszcie pozwala odetchnąć. Dopiero teraz mieszanina wydaje się harmonijna i ułożona w logiczną, konsekwentną całość.
Kiedy bieleje, w laboratoryjnie cielesno-drzewnych woniach jasnej ambry czy tam piżm [podczas zamierania mieszanki, w tak dalekim stadium jej rozwoju trudno jest należycie ocenić pochodzenie i charakter akordu], zauważam weń nawet delikatny cień uśmiechu. :)

Kto wie, może Puszkin, w swoim mniemaniu raz na zawsze dając ostateczny dowód własnej prawości oraz honoru, nareszcie znalazł wytchnienie?


Rok produkcji i nos: 2012, Yann Vasnier

Przeznaczenie: choć dedykowany mężczyznom, Aleksandr na skórze zachowuje się jak klasyczny uniseks, nowocześnie paprociowy ale tez delikatnie pudrowy, leśnie słodki i niedosłownie kwiatowy - idealne perfumy pozapłciowe. ;) Nawet moc ma niezbyt pokazową, chętnie szepcząc tuż przy ludzkiej skórze, najpierw okalając ją pulsującą aurą, później opadając bezpośrednio na ludzkie ciało i wtulając się w nie.
Kiedy jeszcze dodamy, iż jest to kompozycja niezwykle szykowna i układna, wtedy może okazać się idealną propozycją "perfum zawodowych" lub wdzięcznym towarzyszem długich porannych spacerów.

Trwałość: około pięciu-siedmiu godzin

Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana (oraz drzewna)

Skład:

neroli, liść fiołka, balsam jodłowy, akord rosyjskiej skóry [domyślam się, że chodzi o tę słynną mieszankę aldehydów rodem z Cuir de Russie od Chanel albo L.T. Piver? ;) ]
___
Dziś noszę The Afternoon of a Faun marki État Libre d'Orange.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.peremeny.ru/column/view/862/ i jest fotosem z filmu Oniegin z roku 1999, będącego efektem współpracy trójki z rodzeństwa Fiennes (w rolach: reżyserki, odtwórcy roli tytułowej oraz kompozytora muzyki) ale przede wszystkim opartego o jedno z najważniejszych literackich osiągnięć Aleksandra Puszkina.

piątek, 15 maja 2015

Cztery lilie dworu


Tak naprawdę było ich więcej, niż cztery. Sporo więcej. Kobiet, które z powodu swego pochodzenia lub zawirowań historii (a najczęściej jednego i drugiego naraz ;) ) trwale zapisały się w dziejach ludzkości. Tych, które wieki temu były córkami, matkami, żonami lub kochankami władców, miały oddanych przyjaciół ale i bezwzględnych wrogów - lub też takich miał któryś z powiązanych z nimi mężczyzn a całą "zasługę" naszych bohaterek stanowiło bycie częścią otoczenia ówczesnych ludzi władzy.
Albo inaczej: nie godziły się na obcą ich naturze rolę biernych przedmiotów ale chciały same tworzyć świat wokół siebie, ustanawiać prawa, nadawać przywileje i karać tych, którzy na karę zasługiwali, co mogło nie przypaść do gustu możnym, nieprzyzwyczajonym do silnych kobiet u władzy. Lub też miały nieszczęście kochać zbyt mocno i cierpieć zbyt dotkliwie, i tęsknić za bliskością drugiej osoby zbyt rozpaczliwie.

Damy dworu, arystokratki, królowe... Choć żyły w średniowieczu albo renesansie, możecie być pewni, że kochały, nienawidziły, bały się, miały nadzieję, cieszyły się oraz cierpiały identycznie, jak my tu i teraz, Anno Domini 2015. [Rzecz jasna nic nie zmieniło się także w emocjonalności mężczyzn, jednak nie oni są najważniejszym tematem mojego dzisiejszego wpisu].


Dziś chciałabym napisać o czterech z nich. Czterech królewskich liliach, z których jedną spotkał los tak straszny, że współcześnie wprost nie do wyobrażenia, natomiast drugiej, równie nieszczęśliwej, ból po stracie ukochanej osoby zaćmił jakąkolwiek zdolność logicznego myślenia i ostatecznie zepchnął w otchłań szaleństwa.
Życie trzeciej wielu z nas mogłoby wydać się bardzo znajome: była bowiem emigrantką, której tęsknota za krajem nie przeszkodziła zaadaptować się do nowych warunków ale też adaptacja nie skłoniła do rezygnacji z samej siebie: z własnej tożsamości i tradycji, z własnego silnego charakteru oraz ambicji. Za co ze strony nowych poddanych czekało na nią jedynie głębokie niezrozumienie oraz niechęć. Szła przez życie, zmagając się ze światem, który nijak nie chciał być jej posłuszny.
I tylko ostatnia (ale nie chronologicznie) bohaterka mojej opowieści wiodła życie, które my śmiało moglibyśmy nazwać bajkowym. :) Choć początkowo los obchodził się z nią po macoszemu, nie szczędząc łez, zimna i głodu, chociaż nawet najżyczliwsi nie mogliby nazwać jej pięknością, choć spotkało ją niemało upokorzeń, w końcu znalazła swojego księcia z bajki. To znaczy króla. To znaczy nikogo nie musiała szukać ale jedynie poślubiła tego, którego powinna. To znaczy... Ech, wszystko w swoim czasie. :)

Cztery kobiety, cztery niezwykłe lilie. Dla każdej z nich najbardziej stosowna.


O pierwszej z moich bohaterek tak pisze Anna Moczulska, autorka niezrównanego bloga Kobiety i historia:

"(...) opowieść jest straszna. Główne role grają w niej młody polski królewicz i śliczna dwórka, do której młodzieniec ów poczuł miętę. On zostanie jednym z największych władców w historii Polski. Ona przez niego zginie. I zginie straszliwie - w hańbie i cierpieniu, nieludzko okaleczona, wystawiona na pośmiewisko jako dowód podłości i zdrady.

Dzieje się to w roku 1330. Na węgierski dwór królowej Elżbiety, z domu Łokietkówny, przyjeżdża jej młodszy brat, polski królewicz Kazimierz. Tatuś, Władysław Łokietek, wysłał tam swego dziewiętnastoletniego syna na krótkie wakacje, na których ten jednakowoż ma połączyć przyjemne z pożytecznym. Namówić potężnych sąsiadów do udziału w montowaniu koalicji antykrzyżackiej, a przy okazji nabyć trochę ogłady i liznąć wielkiego świata na wspaniałym, znakomitszym od wawelskiego, andegaweńskim dworze.

Kazimierz na Węgrzech zachowuje się tak, jak każdy dziewiętnastolatek spuszczony ze smyczy wymagającego ojca. Chce się zwyczajnie dobrze zabawić. W domu zostawił obowiązki i żonę, którą ojciec mu wybrał, kiedy Kazimierz był jeszcze małym Kaziem, miał ledwie 15 lat! (...) Na dworze siostry zjawia się sam i może do woli przebierać w pięknych pannach. A polski królewicz przyciąga kobiece spojrzenia. Jest przystojny - wysoki, smagły, czarnowłosy, bardzo jeszcze młody, a więc niewątpliwie mniej kudłaty i zarośnięty niż ten, którego znamy z portretów. Szybko wpada mu w oko Klara, piękna dwórka jego siostry. I wszystko wskazuje na to, że on jej też. Ale wcale nie tak łatwo namówić Klarę na schadzkę. Dziewczyna nie jest pierwszą lepszą - pochodzi ze znakomitego, magnackiego rodu Zachów, nauczono ją cenić swój dom i nazwisko, godnie się nosić, dbać o skromność i pilnować cnoty.

Jak jednak możecie się domyślać, im mocniej Klara się opiera, tym bardziej apetyt Kazimierza rośnie. I kiedy młodzieniec czuje, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej, na scenę wkracza siostra naszego bohatera, królowa Elżbieta. Idzie w sukurs swemu usychającemu z pożądania braciszkowi i organizuje przemyślną schadzkę.

Królewicz leży w swojej komnacie, rzekomo złożony chorobą. Królowa w towarzystwie Klary idzie go odwiedzić i pod pierwszym lepszym pretekstem zostawia młodych sam na sam. Wtedy szybko się okazuje, że piękny Kazio nie jest złożony niemocą na tyle, by nie wziąć tego, na co ma ochotę. I kradnie Klarze wianek. Po dobroci czy gwałtem? O to do dziś spierają się historycy, ale czy to ma znaczenie? Nawet jeśli Klara też czuje do Kazimierza afekt, to zapewne się broni, jak każda ówczesna uczciwa panna. I zapewne broni się nieskutecznie..."
Źródło: Krew, królewicz i panna

Dość powiedzieć, że po powrocie Kazimierza do Polski, porzucona i zapomniana Klara miała poskarżyć się ojcu, który takiej zniewagi ze strony obu monarszych rodów, polskiego i węgierskiego, nie mógł puścić płazem. Zresztą który współczesny rodzic (płci dowolnej) puściłby płazem zgwałcenie własnego dziecka?
Historia mówi, że 17 kwietnia 1330 roku Felicjan Zach podczas zamkowej uczty dokonał zamachu na króla Węgier Karola Roberta oraz królową Elżbietę - a więc na siostrę i szwagra gwałciciela (a może "tylko" uwodziciela) swojej córki. Rzuciwszy się na władców z mieczem, dosięgnął nie króla - który ledwie draśnięty bohatersko schował się pod stołem - ale królową, odciąwszy jej cztery palce.
Zach nie opuścił już królewskich komnat, zabity przez podczaszego Elżbiety. Później zostaje poćwiartowany a poszczególne części jego ciała rozesłane ku przestrodze we wszystkie strony kraju, głowa natomiast zawieszona na bramie królewskiej siedziby.
A jego potomstwo?

"(...) synowie zostają pojmani i zabici w straszliwy sposób, wloką ich końmi po ulicach, póki nie skonają, a posieczone ciała rzucają psom na pożarcie. Jednak największą cenę za gniew swego ojca płaci Klara. On szczęśliwie szybko umiera, ją czeka kaźń.

Zostaje natychmiast wywleczona z tłumu ślicznych dwórek. Obcinają jej nos, wargi, palce u rąk i tak okaleczoną obwożą w klatce po wsiach i miasteczkach. Zanim umrze, Klara musi wyznawać urągającym jej tłumom, że słusznie ją ukarano za występek jej ojca przeciw najświętszemu majestatowi królów, że ona i jej ród cierpią zasłużenie. (...)

I tak kończy się tragiczna historia romansu królewicza Kazimierza i pięknej Klary. Do dziś poruszająca, budząca emocje, niejasna. W Polsce wciąż mamy z tą historią problem. Jest dla nas jak wyrzut sumienia. Nie możemy zaprzeczać, że miała miejsce, ale robimy wszystko, by się z niej wyłgać. Trudno nam przyznać, że nasz król Kazimierz, któremu w dodatku nadaliśmy przydomek Wielki, sprowokował taką krwawą jatkę!"
Źródło podlinkowane wyżej
Miłośników perfum może natomiast zainteresować rola, jaką w tej sprawie odegrała nasza własna pieszczoszka. Władczyni, dla której stworzono pierwsze w historii bestsellerowe perfumy, niepodzielnie władające olfaktorycznymi gustami Europy niemal aż do XVIII wieku i szalonej popularności Wody Kolońskiej.
Bo tak, słynną Larendogrę, Wodę Królowej Węgier, odtworzoną niedawno przez Pollenę Aromę, skomponowano dla tej samej Elżbiety Łokietkówny. :] Dla rajfurki swego własnego brata i pomocniczki w gwałcie, pałającej żądzą zemsty wobec prawdziwej ofiary zdarzenia.

Jednak nie o rozmarynowo-lawendowej nalewce zamierzam dziś pisać ale o liliach. Królewskich, potężnych, niewinnych i prawdziwie, dogłębnie smutnych.


Jaki zapach mógłby okazać się godnym uzupełnieniem historii o Klarze Zach? Opowieści straszliwej, chociaż mieszczącej się w kanonach średniowiecznego prawa. Jakie perfumy nie raziłyby niezręcznością w zestawieniu z horrorem?

Musiałyby być jednocześnie potężne, ogłuszająco urodziwe ale też duszące, nie zostawiające nawet skrawka przestrzeni wokół siebie, osaczające. Prawdziwie piękne, skomplikowane, słodkie na początku ale osuwające się w stronę goryczy. Przejmujące oraz, jak napisałam, bezgranicznie smutne.
Dokładnie tak brzmi dla mnie Lys Fume z butikowej kolekcji Toma Forda.

Tutaj początek jest niespodziewanie lekki i niewinny, zupełnie niezapowiadający dalszych dramatów. Jasny, seledynowy, przesiąknięty sokami młodych kwiatów i rozjaśniony miękkimi promieniami porannego słońca. Zanim lilia nie rozwinie płatków jej zapach jest zaledwie fantomowy a najważniejszą rolę gra pyłkowe, słodziutkie i dziewczęce ylang-ylang. Towarzyszą mu słodkie cytrusy i nawet przewijający się tu i ówdzie różowy pieprz nie może zaszkodzić idyllicznemu obrazkowi. Przeciwnie, dodaje mu charakteru, sugeruje żywy chociaż jeszcze nie całkiem uświadomiony temperament. Jest jak Klara, podejmująca pierwszy, niewinny flirt z polskim królewiczem.
Dopiero potem zrywa się gorący wiatr, przynoszący burzę. Jednak zanim do niej dojdzie, powietrze robi się upalne, ciężkie, nieznośne. Lilia coraz śmielej nabiera mocy, spychając do tyłu wszelka lekkość oraz niewinność. Towarzyszy jej gorący akcent sproszkowanych zamorskich przypraw, cielesność labdanum, balsamiczna głębia rumu - wszystkie silne, duszące, otumaniające swoim pięknem, odcinające dopływ powietrza do mózgu. :] Lubię takie perfumy, jednak gęstości i mocy Lys Fume z jakiegoś powodu się przestraszyłam.
Z osobliwą mieszanką grozy, fascynacji oraz zauroczenia obserwowałam, jak lilia pyszni się i rozkwita w otoczeniu goryczy gałki muszkatołowej i drzewnych balsamów, jak jeszcze silniej dręczy ją bylica, jak podkreśla wytrawność rumu oraz dębiny, jak zwodzi cielesna lekkość labdanum i słodycz ciemnej, niekulinarnej wanilii.

Jak bardzo dziwny, skomplikowany, niejasny wydaje się to zapach. Jak bardzo działa na emocje, nie zostawiając głowie wiele do chłodnego, rzeczowego zanalizowania. Jak mało wiem zarówno na temat Lys Fume, jak i Klary Zach. Ta pierwsza jest w zasadzie przepotężną, wielowymiarową, słodko-gorzko-orientalną leliją, ta druga zasłynęła z urody, zamieszania w zamach na parę królewską i kary, jaką zań poniosła.
Jednak czy naprawdę ją zgwałcono? Czy rzeczywiście dokonał tego Kazimierz? A może jedynie padł ofiarą wrażych plotek? Historia nie jest pewna. Historia wątpi, co jednocześnie zrozumiałe ale i budzące śmieszność [ponieważ polska historia jara się własną rzekomą bezkrwawością i usilnie szuka potwierdzenia, jaki to z nas Mesjasz Narodów. ;> Nawet, jeżeli miałoby to oznaczać rozpaczliwe przekraczanie kolejnych granic absurdu].

Historia nie zapomniała o Klarze Zach, ponieważ nie była w stanie; tak bardzo działa na nas opowieść o jej przerażającym losie. Od teraz będę łączyć ją z enigmatyczną zagadką zapachową, skrytą wewnątrz flakonu Lys Fume. Wierzę, że z szacunku dla bohaterki węgierskiej wyobraźni.

Moja kolejna opowieść niestety również nie należy do szczęśliwych.


Joanna przyszła na świat w rodzinie ludzi silnych, ambitnych i zdeterminowanych osiągnąć sukces. Średniowiecznych w sposobie myślenia ale nie bojących się wyzwań zupełnie nowej epoki - której zresztą sami dali jeden z początków, finansując zamorską wyprawę na drugi koniec świata, dowodzoną przez równie co oni ambitnego Genueńczyka. ;)

Joanna, trzecie z kolei dziecko zjednoczycieli Hiszpanii, Królów Katolickich, Ferdynanda Aragońskiego oraz Izabeli Kastylijskiej.
Joanna, infantka a po śmierci matki (i starszego rodzeństwa wraz z potomkami) królowa Kastylii.
Joanna, żona do szaleństwa zakochana w swoim mężu Filipie, przez ówczesnych nazwanego Pięknym.
Joanna, kobieta samotna i nieszczęśliwa, być może myląca namiętność z miłością i nie mogąca znieść myśli, że jej mąż podobnych epistemologicznych problemów nie ma. :]
Joanna, uzależniona od męża, opętana obsesją na jego punkcie ale też wykorzystywana, maltretowana, manipulowana i notorycznie zdradzana.
Joanna, będąca pionkiem na politycznej szachownicy, całe swoje życie rozgrywana przez innych.
Joanna nienawidząca innych kobiet (nawet zakonnic) jako rywalek do, ekhm... serca Filipa.
Joanna izolowana i celowo trzymana w politycznej nieświadomości; do dziś nie wiemy, czy obłęd ujawniał się u niej od dzieciństwa, czy może był reakcją  na późniejsze poczucie niezrozumienia przez świat.
Joanna w permanentnej depresji, niezdolna do podjęcia żadnej decyzji.
Joanna, za którą rządzą regenci: najpierw ojciec, potem mąż.
Joanna, owdowiała dziesięć lat po ślubie z obsesyjnie kochanym Filipem-kobieciarzem.
Joanna, która nie przyjmuje śmierci męża do wiadomości.

Paradoksalnie był to chyba jedyny raz w jej życiu, kiedy potrafiła wymusić na innych posłuszeństwo; mogło też stać się tak, że otoczenie królowej zwyczajnie nie przewidziało przebiegu ani konsekwencji reakcji Joanny na śmierć męża. Ta bowiem, nie wierząc w jego śmierć a może mając nadzieję na powrót Filipa zza grobu, zabroniła pochówku zwłok i nakazała dworzanom traktować je jak żywego człowieka: nosić w lektyce, sadzać na tronie i przy stole, kłaść do łoża, ubierać, rozbierać...
W końcu jednak podstępem namówiono Joannę na złożenie ciała Filipa do trumny i podróż do wybranego miejsca ostatniego spoczynku. Lecz mylili się ci, którzy sądzili, że uda się pochować męża królowej szybko i dyskretnie. Aura skandalu towarzyszyła nawet orszakowi żałobnemu, poruszającemu się w tę i nazad po Kastylii wyłącznie po zmierzchu, jak również tolerującemu niemalejącą obsesyjną zazdrość królowej o, od dawna przecież martwe, ciało męża. Od czasu do czasu, podczas dziennych postojów w męskich klasztorach, Joanna nakazywała otwarcie trumny aby móc nadal cieszyć się (?) Filipem.

Sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna i naprawdę trudno powiedzieć, jak by się skończyła, gdyby nie interweniował władca sąsiedniego królestwa a ojciec Joanny, Ferdynand, który wykorzystując niezręczną sytuację wkroczył do Kastylii i siłą odsunął córkę od władzy [tzn. oficjalnie "tylko" rządził w jej imieniu ale wiadomo, jak to musiało wyglądać w praktyce]. Uwięziona przez ojca w zamku w miejscowości Tordesillas, gdzie po wielu perypetiach ostatecznie złożono zwłoki Filipa, pozostawiona samej sobie popadła w obłęd, który już po narodzinach nowoczesnej psychiatrii na podstawie zachowanych opisów sklasyfikowano jako coś bardzo podobnego do schizofrenii. Niewykluczone, że tylko w tak desperacki sposób jej psyche potrafiła jakoś utrzymać się w całości.
Joanna I, nominalna pani Kastylii i Aragonii, pierwsza królowa zjednoczonej Hiszpanii. De facto zakładniczka ambicji najpierw rodziców, później tylko ojca, męża, ponownie ojca a na koniec syna, żyła i zmarła w murach zamku przy klasztorze w Tordesillas, gdzie na swoje zmartwychwstanie wciąż czekał jej ukochany mąż, Filip Piękny Habsburg.


Jaki zapach mógłby opowiedzieć nam cokolwiek o najważniejszym, najbardziej dramatycznym i budzącym żałość ale też najbardziej odrażającym etapie życia Joanny? Widzę tylko jednego kandydata.
Charogne marki État Libre d'Orange.

Zapach o tak znaczącej nazwie rozpoczyna się żywym, pikantnym uderzeniem świeżego soku imbirowego i pieprzu, zestawionych z jasną, pyłkową wanilią i czymś jeszcze (może kardamon?), składając się na charakterystyczną chemiczną woń syropu na kaszel albo przychodni pediatrycznej. Otwarcie jest, owszem, dziwne ale jak piszą w brukowcach: "nic nie zapowiadało tragedii". :]
Ta pojawia się nieco później, wraz ze znajdowanymi tu i ówdzie pyłkami kwiatów, osobliwie często lubiącymi okrywać starą, skórzaną galanterię, czasami nawet zamsz. Dopiero z tych kwiatów, wyrosłych na przedziwnej skórzanej glebie, irysowo-zamszowej, maślanej i metalicznej jednocześnie, wyrasta lilia. Pojawia się i... rośnie. Wciąż rośnie. Cały czas rośnie, ogrzewana promieniami słońca, otulona suchym, niemal parzącym powietrzem, wraz ze skórą i przyprawami wyciągająca z jaśminu cały jego indol a więc z upodobaniem otaczająca się woniami rodem z toalety publicznej. :> Lilia potężna i piękna, otoczona mnóstwem pyłkowej słodyczy, z zapałem wtłaczająca samą siebie w skórzany gorset mogłaby być majestatyczną.

Gdyby nie całe to otoczenie indolowo-skatolowe, od razu kojarzące się z ludzką zwierzęcością, z wydalaniem oraz słodkawą wonią rozkładu szczątków. Czy to w ogóle  może być godne towarzystwo dla czystej, białej lilii?? A dla wanilii?
Lilia oraz wanilia z Charogne zgodne uważają, że tak, jak najbardziej. Nie tylko może ale wręcz powinno. Bo gdzie będzie dla nich miejsce, jeśli nie przy skórze gnijącej w otoczeniu jaśminu, przypraw, kwiatu pomarańczy, gdzieś między piżmem, cywetem a labdanum. W oparach kadzidła, okalających Padlinę niczym cienka, srebrzysta rama.

Od euforii do rozpaczy, od zaprzeczenia po przygnębienie; przez toksyczny związek i chorobę psychiczną. Jest w tym zapachu gwałtowność całkowicie usprawiedliwiająca kontrowersyjny tytuł. Jest też jakaś obezwładniająca rozpacz i mimo wszystko godność, tłumacząca dobór składników.
Jest moc, obecna w Jasmine od Maison Dorin a przede wszystkim - w Oud 27 marki Le Labo, charakterologicznie zbliżonym do zbolałego, oszalałego, prawdziwie nieszczęśliwego Charogne.
Wspaniałe dzieło sztuki, które jednak trudno mi nosić na co dzień. Męczące do tego stopnia, że czas już porzucić wszystkie historie ponure i straszne.

Czas na zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. :) Wracamy do Polski.


"Wyobrażam sobie, co też ona musiała czuć w czasie swojej długiej drogi do Krakowa. Była pewno jednym kłębkiem nerwów! Dobrze wiedziała, jak będzie wyglądać ta chwila, kiedy już stanie przed młodym polskim królem. Zapewne on też, jak wielu wcześniej, wywali na nią oczy i będzie się gapić z otwartą gębą. Już czuła ten wzrok, ślizgający się po jej postaci, widziała to zdumienie, a potem, nie daj Boże, grymas wstrętu?

W takich chwilach - krótkich, bo nie umiała długo chować urazy - czuła złość na swego wuja. Może gdyby w dzieciństwie choć trochę o nią zadbał, nie byłaby taka niewydarzona. Jej kości rosłyby prosto i równo, a figura nie wygięłaby się w znak zapytania. Twarz nie byłaby tak komicznie wąska i długa. I ten groteskowy uśmiech! Nieszczęsna wada zgryzu sprawiała, że siekacze były ułożone niemal poziomo i wystawały z warg, choćby nie wiem jak starała się je zaciskać. I co on... Kazimierz... młody i podobno przystojny... co on powie, kiedy stanie przed nim taka narzeczona? Ucieknie w popłochu, a ją odeśle do domu? Nie, nie, wiedziała, że tego nie zrobi. Nie pozwoli mu dworność, ale przede wszystkim polityczny interes. Przecież Elżbieta jest habsburską cesarzówną, dobrą partią, o którą polski król sam zabiegał! W tym momencie budziła się jej rodowa duma, dodając trochę animuszu, ale duma kobieca... ech... ta leżała w gruzach.

Kiedy Elżbieta w końcu dociera na miejsce i staje przed narzeczonym, wszystko toczy się tak, jak w jej najczarniejszych snach. Wychodzi jej na spotkanie 27-latek, który pasuje do dziewczęcych marzeń: wysoki i szczupły, ciemnowłosy, o wąskiej twarzy i dużych, nieco skośnych czarnych oczach. Ona patrzy na niego z upodobaniem, ale on... Brwi nad jego czołem zbiegają się w równą kreskę, a przyjemna, miękka i śpiewna mowa, z której Elżbieta nie rozumie ani słowa, zaczyna nabierać twardych tonów. Dziewczyna widzi, że nie jest dobrze!

Kazimierz Jagiellończyk patrzy na Austriaczkę i czuje, jak ogarnia go furia. Teraz już rozumie, czemu wysłany na przeszpiegi Marcin Bielski, który miał mu obejrzeć narzeczoną, tak potem kręcił i opowiadał te swoje głodne kawałki. O tym, że jest »ni do kogo prawie podobna w twarzy i na wyroście«, a postać ma »różną niż wszyscy ludzie«. No ma! Każdy widzi to garbate metr sześćdziesiąt, wykręcone jak sosna na wietrze!

Królowi trudno zapanować nad emocjami. Ucieka do swoich komnat i nie opuszcza ich przez dwa dni. W końcu zwołuje doradców. Mówi im wprost, »że mu się oblubienica nie podoba« i prosi, »aby mu radę dali, bo jej za małżonkę mieć nie chce«. Oczywiście, żadnej innej rady nie dostanie, jak tę, że musi się do Elżbiety przekonać, bo dynastyczne  korzyści tego mariażu liczą się bardziej niż jego gust. Król sam to wie, sam o ten ożenek zabiegał i czuje, że wpadł w pułapkę. Po dwóch dniach zmagań ze sobą, z ciężkim sercem decyduje się wziąć brzydulę za żonę.

10 lutego 1454 roku 27-letni Kazimierz Jagiellończyk, od siedmiu lat król Polski, staje przed ołtarzem z 18-letnią Elżbietą Austriaczką (po staropolsku Rakuszanką). Wesele jest huczne, a uroczystości trwają całe osiem dni.".
Cytat po raz kolejny pochodzi z bloga A. Moczulskiej Kobiety i historia a dokładniej z tekstu o wymownym tytule: Kopciuszek. Dalsze losy

O następujących później miesiącach nie wiemy dosłownie nic. To nie były czasy, w których za stosowne uważało się plotkowanie o królewskich uczuciach. Szczególnie, kiedy te nie miały większego wpływu na sytuację kraju. Jednak jeżeli czytaliście uważnie dwie poprzednie opowieści wiecie już, że i w przypadku Elżbiety i Kazimierza historia wcale nie musiała mieć szczęśliwego przebiegu. Kurczę, zazwyczaj nie miała!
Miłość w królewskim stadle to była bajka dla plebsu a nie coś, co zdarzało się w rzeczywistości.

Dlatego tym przyjemniej patrzy nam się na ewenement, który jakimś cudem udało się wypracować władcom patronującym jednemu z najdostatniejszych i najspokojniejszych okresów w dziejach Polski. Kto wie, może Polacy już wtedy woleli rozwodzić się nad nieszczęściami i klęskami, przebieg sytuacji dobrych oraz radosnych zbywając lekceważącym machnięciem ręki...? ;)
Dziś bowiem wiedzę o happy endzie wysnuwamy z poszlak; mocnych ale jednak poszlak: ich pierwsze dziecko urodziło się dwa lata po ślubie a później, w odstępach od roku do trzech-czterech lat, przyszło na świat kolejnych dwanaścioro. Wiemy, że król radził się swojej żony w wielu kwestiach, z uwagą słuchając jej opinii [lecz czy się do nich stosował, historia już milczy ;) ]. Wiemy też, że para królewska nie lubiła rozstawać się na dłużej a dalsze podróże zawsze odbywała razem nawet, jeżeli władczyni ponownie spodziewała się dziecka. Jako jedna z nielicznych ówczesnych królowych Elżbieta nauczyła się biegle posługiwać językiem polskim, co też może być znaczące (i za co zyskała sympatię poddanych).

Nazwana matką królów, ponieważ nie tylko czterech jej synów zostało koronowanymi władcami, nie tylko dzięki niej Jagiellonowie stali się na chwilę bodaj drugą najpotężniejszą dynastią Europy ale też córki przez małżeństwa weszły do rodów książąt niemieckich, stając się z czasem przodkiniami dosłownie wszystkich dzisiejszych europejskich rodów panujących. Jeden z jej synów został biskupem z następnie kardynałem i prymasem Polski, inny świętym kościoła rzymskokatolickiego, miała więc Elżbieta świetne układy zarówno na ziemi, jak i w niebie. ;)
Przeżywszy męża o dwanaście lat, zmarła w roku 1505 w kraju pod panowaniem swego syna Aleksandra. W dokładnie tym samym czasie podpisującego się pod konstytucją znaną dziś jako Nihil novi i głoszącą: "Gdybyśmy cokolwiek przeciw wolnościom, przywilejom, swobodom i prawom Królestwa uczynili, uznajemy to ipso facto (łac. tym samym) za nieważne i żadne", uniemożliwiającą królowi podjęcie jakiejkolwiek nowej decyzji bez zgody izby poselskiej oraz senatu; wiążącą ręce władcy w świecie, który prostą drogą zmierzał ku absolutyzmowi.

Ta wiedza przyda Wam się w ostatniej części mojej królewsko-liliowej opowieści. :) Na razie jednak wróćmy do Elżbiety Rakuszanki.


Życie spokojne i szczęśliwe nie budzi w nas takich emocji, jak rozpacz i śmierć. A jednocześnie jest tym, o jakim wszyscy marzymy. Czymś spokojnym, dodającym otuchy, pozwalającym na złapanie oddechu w szalonym świecie. Ciepłą, trochę bajkową kołderką, którą moglibyśmy się otulić. ;)
Jakie perfumy tak pachną?
Lys Noir marki Isabey.

Tutaj brak jakichkolwiek koszmarów czy nawet żywszych emocji, zamiast których wyczuwam jednostajny, przyjazny spokój. Ciepło i matczyną błogość [choć uwaga, nie idealizujmy! W średniowieczu mamy nie tuliły swoich dzieci ani nie śpiewały im kołysanek, szczególnie te koronowane ;) ]. Taką bezpieczną, trochę nudną statyczność czy harmonię.
Od otwarcia aż po bazę Lys Noir pozostaje pyłkowa, ciepła, odrobinę pierzasta. Dyskretnie podgrzewana nutami drzewnymi czy przyprawowymi, cały czas będącymi jednak tylko tłem albo podporą dla silnego ale ujmującego przyjaznym charakterem kwiecia. W otwarciu mieszaniny najważniejsza wydaje się tuberoza, miodowa i prężna, rozjaśniona świetlistą wonią heliotropu. Później pojawia się skromny, wycofany narcyz i - co za niespodzianka! - razem z heliotropem spychają nieznoszącą sprzeciwu królowa białych kwiatów na drugi plan. :) Dzięki nim lilia ma szansę rozkwitnąć w pełnej krasie, biała i o zdumiewającej liczbie pąków. Towarzyszy jej heliotrop i tuberoza, z której pozostał już tylko słodkawy, lekko krystaliczny miodowy sznyt. Czyżby dobrowolnie uznała swoją porażkę? ;) Na to wygląda.
Kompozycja na mojej skórze nie zmienia się szczególnie, jest statyczna i stateczna, z czasem tylko coraz silniej opierająca się o nuty zamorskiego drewna i rozbielona pyłkiem jasnych piżm, otoczona kaszmirowym szalem z paczuli. Trochę zmęczona ale przecież szczęśliwa. Dyskretna. Pogodna. I wciąż żywa, nawet podczas spokojnego, niemal niezauważonego odchodzenia.

Lys Noir to baśń o spokojnym, dostatnim i satysfakcjonującym życiu. To lilia, która znalazła dla siebie idealne miejsce. A jak pachniałby ów kwiat, gdyby jego przesadzenie w mniej przyjazny północny grunt odbyło się w nie tak komfortowych warunkach? Gdyby ogrodnicy, zamiast dbać o niego, sarkali nań niezadowoleni?
O tym opowie kolejna historia.


Pamiętacie akapit o konstytucji Nihil novi, nakładającej kontrolę tego, co dziś nazwalibyśmy władzą ustawodawczą nad działaniami króla, który sam siebie postawił w roli strażnika tejże konstytucji? Czy pomijając kwestie reprezentacji innych stanów poza szlachtą nie brzmi to Wam podejrzanie współcześnie oraz demokratycznie? ;) Jeżeli brzmi, to bardzo dobrze, ponieważ właśnie byliście świadkami ustabilizowania demokracji szlacheckiej. :D

I teraz wyobraźcie sobie, że w tę naszą rzeczywistość niemal pełnej zależności władcy od składającej się na sejm reprezentacji obywateli, w to radykalne oderwanie władzy od prawa krwi oraz faktu rządzenia krajem od woli boskiej wchodzi nagle osoba zupełnie nieprzygotowana. Nierozumiejąca tego systemu, odmawiająca mu logiczności i prawa bytu. Bona Sforza d’Aragona, księżna Bari i Rosano, spadkobierczyni Królestwa Jerozolimy a później Królowa Polski, Wielka Księżna Litewska etc.etc.

Wychowana przecież w słonecznej Italii, potomkini kondotierów znanych z okrucieństwa i bezwzględności, daleka krewna Ludwika zwanego Maurem, będącego mecenasem Leonarda da Vinci oraz Katarzyny zwanej Tygrysicą z Forlì, toczącej boje z Kościołem i rodziną Borgiów. Wielu z nich było - lub pochodziło - od synów z nieprawego łoża, dopuszczanych jednak do nazwiska i zaszczytów. Dla Włochów liczyło się pokrewieństwo i władza nadana odgórnie, może kupiona za pieniądze czy wywalczona w bojach oraz skrytobójstwem ale tak naprawdę pochodząca z boskiego nadania. :] Jak ktoś żyjący w podobnym klimacie politycznym mógł docenić nowożytną próbę interpretacji idei demokratycznych?
Myślę jednak, że ówcześni koronni politycy mogli docenić świeżość spojrzenia swojej nowej królowej, w oparciu o jej doświadczenia dokonać rewizji chociażby kwestii finansów publicznych. W końcu o pieniądzach ród Sforza również wiedział niemało. ;)
Jednak Bona była kobietą, w dodatku nieprzeciętnie silną i ambitną. Kimś, kogo przyzwyczajeni do wizerunku królowej cichej, uległej i biernej, niewtrącającej się do polityki polscy możnowładcy nie mogli ani nie chcieli zaakceptować. Z czasem pałali do niej coraz silniejszą antypatią, nawet po upływie stuleci:

"Do dziś otacza ją w Polsce czarna legenda wrednej, despotycznej Włoszki, która w naszym bogobojnym kraju zaprowadza swoje cudzoziemskie porządki, wspomagając się trucizną. (...)

Ale nam tę truciznę wsączyli do umysłów nie dworscy plotkarze, ale głównie nasz wielki (tak przynajmniej się mówi) powieściopisarz Józef Ignacy Kraszewski. Nie zapominajmy, że dwa, trzy pokolenia temu myślenie o polskiej przeszłości kształtowały właśnie jego powieści (...). Wśród tych dzieł były i Dwie królowe, masowo czytane przez nasze babki i prababki. Bona jest w tej powieści postacią wyjątkowo obmierzłą. Łączy temperament bazarowej przekupy z naturą bezwzględnej, przewrotnej i zazdrosnej despotki, zdolnej posunąć się do każdej podłości w walce o polityczne wpływy. Sięga po swoje, nie przebierając w środkach. Nawet kosztem szczęścia własnych dzieci, nawet kosztem życia innych.

I tak, z pomocą trującej powieści pana Kraszewskiego, przypięliśmy łatkę trucicielki najwybitniejszej bodaj polskiej królowej. Dziś historycy próbują to usprawiedliwiać, argumentując, że silna osobowość Bony mogła w nas budzić lęk. Przybyła do Polski jako egzotyczna księżniczka, nieprzeciętnie piękna i bystra, w dodatku nie wahająca się robić użytku z własnej inteligencji. Owszem, potrafiła deklamować z pamięci Horacego i Cycerona, ale nie obchodził jej pusty blichtr dworskich spektakli. Była stworzona do rządzenia. I potrafiła zabrać się do rzeczy, na każdym polu walcząc o potęgę dynastii Jagiellonów, a co za tym idzie - Rzeczpospolitej. Zaludniała pustkowia, wznosiła mosty, młyny, tartaki, rozbudowywała miasta i twierdze. Lubiła mawiać: »U was dukaty leżą na gościńcach, schylić się jeno, ażeby je zebrać. Nikt nie chce? Tym lepiej dla mnie«. I zbierała te dukaty workami, zostawiając po sobie świetnie zadbane królewskie dobra, przynoszące wielkie pieniądze, dzięki którym mogła trzymać w szachu i niepokorną szlachtę, i obce mocarstwa. Jak wielkie to były sumy, świadczy polityczna awantura z ubiegłych wakacji - nasi politycy całkiem serio domagali się od Hiszpanii zwrotu pokaźnej pożyczki udzielonej przez Bonę królowi Filipowi II. Było tego 430 tys. złotych dukatów, z czego Hiszpan oddał ledwie dziesięć procent. A gdzie reszta?

Myślę, że Złoty Wiek Rzeczpospolitej, jak nazywamy czasy Zygmunta Starego, ten najlepszy okres naszej historii, w dużej części zawdzięczamy właśnie Bonie. Silnej, władczej, niebanalnej kobiecie, której ambicje budowały potęgę kraju. Ale dostrzegliśmy to dopiero teraz (choć czy nie taki jest los wybitnych postaci?), wcześniej woleliśmy jej przypinać łatkę trucicielki.

Ironią historii w tym wszystkim jest to, że raz w życiu Bony opowieść o truciźnie nie była plotką. Gdy na starość opuściła coraz bardziej wrogą jej Polskę i wróciła do swego Bari, truciznę podał jej podstępny dworzanin. Tam umarła i tam ją pochowano. Polacy nie chcieli jej na Wawelu".
Źródło: Kobiety i historia a konkretnie tekst pt.: Cztery kobiety znane z tego, czego nie zrobiły.

Jakie więc perfumy będą pasować tej przedziwnej, bardzo współczesnej - i bardzo mi bliskiej - władczyni? Tej kobiecie przybyłej z jednego szarego i niedoskonałego świata do drugiego, świadomej ich wad ale też umiejącej wykorzystać niedoskonałości i zalety?
Która lilia okaże się lilią Bony?


Podobnie jak w przypadku Charogne, dobór zapachu dla Włoszki okazał się bardzo prosty. Czy królowa o tak przejrzystym sercu i klarownym, jasnym dla świata charakterze mogłaby pachnieć czymś innym, niż Lys Méditerranée z cyklu Editions de Parfums Frédéric Malle? :)

Jakie inne perfumy pasowałyby do niej bardziej, niż lilia w pełnej glorii oraz chwale, lilia zjawiskowa oraz nie bojąca się niczego? Lilia silna siłą, której nie sposób się nauczyć, lilia tyleż kobieca i wdzięczna, co stanowcza. Od początku pełnokwiatowa ale i sprężysta, młoda, o twardej zielonej łodydze, ewidentnie rosnąca gdzieś obok piaszczystego brzegu Morza Śródziemnego. W słońcu oraz w wietrze niesionym od słonej wody i przynoszącym nad biały kwiat aromaty glonów, zbutwiałego drewna, soli; dodatkowo podkręcona woniami  zielonego, selerowego dzięgla czy niewielkim ale wyczuwalnym dodatkiem ostrego, świeżego soku imbirowego.
Nieco później Lilia Śródziemnomorska ociepla się i wygładza, powala nieznacznie otulić woniami innych białych kwiatów, odrobinką neroli, wodną słodyczą lotosu... Odpoczywa, cały czas jednak pozostając niekwestionowaną władczynią olfaktorycznego krajobrazu. :) Pozostaje silna aż do ostatnich tchnień bazy pachnidła, tym razem uspokojona i obielona pierzasto-pułkowym piżmem oraz złagodzona ciepłą, puchatą ale nie mizdrzącą się wanilią.

Tak mogłaby wyglądać starość Bony, gdyby ze strony Polaków spotkały ją akceptacja i zrozumienie ale też gdyby te spotkały się z pełną wzajemnością królowej. Byłaby to starość lilii, która wciąż nie czuje się idealnie w nowym ogrodzie ale mimo to cieszy się ze wszystkiego, co dane jej było przeżyć i czego mogła doświadczyć. Starość spokojna i pewna, pełna ciszy oraz dobroci. Starość osoby, która przeszła przez życie w zgodzie z sobą a teraz niczego nie musi się wstydzić, za nic żałować.
Starość, której każdy z nas życzyłby sobie oraz wszystkim, których kochamy.


Cztery lilie i cztery kobiety. Różne od siebie w przecież coś je łączy: pragnienie miłości, akceptacji czy posłuchu, nadzieja na poważne potraktowanie przez rozdających karty mężczyzn, określony cel w życiu (cóż, może za wyjątkiem Klary, której cel okazał się tak dramatyczny i brzemienny w skutki, że trudno mówić tu o świadomej realizacji z góry określonych działań).
Wszystkie chciały żyć na własnych zasadach, co udało się tylko jednej z nich. Kolejnej natomiast - połowicznie. O żadnej jednak nie sposób zapomnieć.

Podobnie traktuję też cztery opisane dziś zapachy, złączone nie tylko tym samym tematem przewodnim. We wszystkich bowiem do lilii dołączono nietypowe, odważne, silne składniki, nad którymi jednak potrafiła zapanować. Wszystkie też opowiedziały mi zdumiewające, wciągające historie.:)
Wprost nie do wiary, że naprawdę się wydarzyły!


Tom Ford, Jardin Noir: Lys Fume

Rok produkcji i nos: 2012, ??

Przeznaczenie: zapach sklasyfikowany jako uniseks i jestem w stanie w to uwierzyć: lilia tak duszna i alkoholowo-drzewno-przyprawowa na męskiej skórze nabiera ostrzejszych, bardziej paprociowych barw.
Zawsze jednak pozostaje pachnidłem silnym, tworzącym za uperfumowaną osobą długi sillage, z czasem redukujący się do żywej aury.
Na okazje raczej oficjalne, wieczorowe, klubowe i tak dalej. Jednak w mniejszej dawce może towarzyszyć również naszym dniom. :)

Trwałość: około dziesięciu-trzynastu godzin wybrzmiewania i jeszcze kilka skokowego (?) zaniku.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (i aromatyczna)

Skład:

Nuta głowy: różowy pieprz, mandarynka
Nuta serca: biała lilia, ylang-ylang, dawana, gałka muszkatołowa, kurkuma
Nuta bazy: rum na bazie cukru demerara, wanilia, labdanum, styraks, dębina, (drewno sandałowe)


État Libre d'Orange, Charogne

Rok produkcji i nos: 2007 lub 2008, Shyamala Maisondieu

Przeznaczenie: kolejny uniseks i to z samego środka skali. :) Przez swoją dziwność i ekscentryczną cielesność równie łatwo - równie dziwnie - układa się na skórze przedstawicieli co najmniej dwu płci. ;)
Trudno przypisać mi Charogne do konkretnej sytuacji cziy pory, ponieważ jest to zapach wymykający się podobnym praktycznym klasyfikacjom, przeznaczony przede wszystkim do artystycznej kontemplacji lub noszenia w bardzo specyficznych okolicznościach, które nie do końca potrafię sobie wyobrazić
Na pewno jest to pachnidło silne, chociaż z czasem coraz bliższe skórze, układające się miękko i wczepiające kurczowo, w zależności od stadium rozwoju.

Trwałość: około siedmiu czy ośmiu godzin plus kilka dalszych niemrawego, lewie wyczuwalnego zamierania.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-skórzana

Skład:

imbir, różowy pieprz, kardamon, bergamotka, wanilia, skóra, jaśmin, ylang-ylang, lilia, osmantus, kadzidło, labdanum, styraks, nasiona piżmianu, piżmo


Isabey, Lys Noir

Rok produkcji i nos: 2014, ??
[Perfumy są ponoć nowoczesna reinterpretacja dzieła marki Isabey, produkowanego w jej "poprzednim życiu" od roku 1913. Prawdopodobnie jednak jest to zupełnie nowa kompozycja zapachowa, nienawiązująca do dawnego klasyka w niczym poza nazwą].

Przeznaczenie: pachnidło skierowane do kobiet, chociaż za testy z powodzeniem mogliby zabrać się również mężczyźni lubiący kwiatowe perfumy. Tu nawet tuberoza nie przeszkadza. ;)
O dosyć przyjaznej aurze, wyraźnej ale nie dominującej, ciepłej a z czasem coraz dyskretniejszej. Nadaje się na dowolnie wybrane przez Was okazje.

Trwałość: od sześciu czy siedmiu do prawie dwunastu godzin

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna

Skład:

Nuta głowy: czarny pieprz
Nuta serca: narcyz, tuberoza, heliotrop, lilia
Nuta bazy: mahoń, drewno sandałowe, paczuli, piżmo


Editions de Parfums Frédéric Malle, Lys Méditerranée

Rok produkcji i nos: 2000, Edouard Fléchier

Przeznaczenie: kolejny uniseks w stawce, z czym i tym razem muszę się zgodzić. :) Tym razem obraz "kobiecych" kwiatów dopełniają nuty morskie i przyprawowe, w nowoczesny sposób świeże, co razem składa się na całość klarowną i od początku do końca "czystą", bardzo naturalną.
Tym razem kompozycja jest już zupełnie bliska ciału, chociaż początkowo wiruje od niechcenia w jasnej, świetlistej aurze, by już po kilkunastu (albo kilkudziestu) minutach opaść bezpośrednio na skórę i stamtąd czarować tego, kto tylko przytknie do niej nos. :)
na dosłownie wszystkie okazje - poranne i wieczorowe, letnie i zimowe, oficjalne oraz całkowicie swobodne. Jak Wam wygodnie.

Trwałość: średnia, bo zalewie pięcio-, sześciogodzinna, jedynie w porywach osiągająca trochę lepszy wynik.

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aromatyczna (oraz świeża)

Skład:

Nuta głowy: tygrysia lilia [? gatunek lilii? Alpinia? Hedychium?], konwalia, akordy morskie
Nuta serca: dzięgiel, kwiat pomarańczy, lilia wodna
Nuta bazy: wanilia, piżmo
___
Dziś noszę opisaną wyżej Lys Noir. :)

P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
 1. https://judithshaw.wordpress.com/tag/beauty-in-paris/ [Autorka fotografii: Judith Shaw]
 2. Historia Klary Zach I autorstwa Aladára Körösfői-Kriescha, zaczerpnięta STĄD.
 3. Historia Klary Zach II, również autorstwa Aladára Körösfői-Kriescha, zaczerpnięta STĄD.
 4. Pani Joanna Szalona, pędzla Francisco Pradilli Ortiza; obraz można znaleźć TUTAJ.
 5. Joanna Szalona uwięziona w Tordesillas, również pędzla Francisco Pradilli Ortiza; na blog trafiła STĄD.
 6. Ubiory w Polsce 1200-1795. Przez J. Matejkę, 1447-1492, ryc. 23, przedstawiająca Kazimierza Jagiellończyka z rodziną; do szczegółowego obejrzenia TU.
 7. Kopciuszek, ilustracja książkowa z roku 1865, wyszperana TUTAJ.
 8. Rekonstrukcja wyglądu królowej Bony w młodości, wykonana na podstawie drzeworytu z woluminu Decjusza, do podziwiania TU.
 9. Zawieszenie dzwonu Zygmunta, rzecz jasna pędzla Jana Matejki; obraz wypożyczony bezpośrednio STĄD.
10. http://krakow.fotopolska.eu/360063,foto.html?o=b64442&p=1 [Autorstwo: J. Rosikoń]