Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syed Junaid Alam. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Syed Junaid Alam. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 listopada 2015

Propozycja na pustynne safari

Był już oud syntetyczny i nowoczesny, dziś nadeszła pora na coś bardziej tradycyjnego. Chociaż... czy aby na pewno?



Araik marki Syed Junaid Alam jest z pewnością - co nie powinno dziwić - oudem typowo arabskim, a więc ciemnym, gęstym, wszechogarniającym oraz absolutnie, bezgranicznie zwierzęcym. ;) Stajnia, obora a może niesprzątana od dekad toaleta publiczna...? To wszystko można znaleźć w bahrańskich perfumach już od samego otwarcia. Na dzień dobry.
Osiemset procent oudu w oudzie.

O którym jednak nie napisałabym osobnego tekstu, gdyby nie jego... przytulność [chociaż to chyba nie jest najtrafniejsze słowo ;) ], z konieczności poufała intymność, jaką dzielą zwykle ludzie przebywający wspólnie dłuższy czas w niewielkiej przestrzeni. Na przykład we wnętrzu samochodu. :D
I chociaż w Araik nie znajduję ani odrobiny woni okołomotoryzacyjnych, to jednak jest weń i wspomniana animalność, i ciężkość nieruchomego powietrza, i jasne promienie, prześwietlające olfaktoryczny krajobraz na wylot, jak przez samochodowe szyby. Jest też wreszcie późniejsza suchość pustyni, stopniowo biorąca górę nad cielesno-drzewnymi wyziewami. Nie ma za to przesadnego gorąca, którego wypadałoby spodziewać się po zwrotnikowej pustyni.
Cóż, najwyraźniej jest to auto klimatyzowane [co również mnie nie dziwi]. ;)


Rok produkcji i nos: nieznane, jak zwykle w przypadku średnio- i niskopółkowych kompozycji o typowo arabskim rodowodzie.

Przeznaczenie: zapach klasyfikowany jako uniseks, jednak ortodoksyjna arabskość mieszanki dla wielu osób może okazać się przeszkodą nie do przejścia - i to bez różnicy ich płci biologicznej lub kulturowej.
Dlatego w tym konkretnym przypadku jeszcze mocniej zachęcam do przetestowania pachnidła na własnej skórze, skonsultowania go z osobami z Waszego otoczenia ale pod żadnym pozorem nie decydowania się na zakup w ciemno; niezależnie od tego, jak wielkimi fanami kompozycji oudowych jesteście.
Tutaj spotkacie nieeuropejską moc i zamaszystość a także wybitną dosłowność ciemnych i tłustych dymów, dedykującą pachnidło osobom przyzwyczajonym do podobnych klimatów. Araik to może nie bestia ale całkiem donośny gagatek, pamiętajcie o tym.

Trwałość: około dziesięciu godzin wyraźnej, żywej emanacji oraz dalszych kilka stopniowego zaniku.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: akord ambrowy, róża
Nuta serca: piżmo
Nuta bazy: oud
___
Dziś noszę Mortal Skin od 777 Stéphane Humbert Lucas.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z https://www.flickr.com/photos/67448011@N00/3755248220/in/photostream/ [jej autor ukrywa się pod pseudonimem tmlvngs].

niedziela, 1 marca 2015

Wiosna, panno sierżantko! ;)

*tytuł jawnie prowokacyjny i świadomie niepoważny*

Pierwszy dzień meteorologicznej wiosny skłonił mnie do sięgnięcia po perfumy, o których przy pierwszym (zimowym) teście od razu pomyślałam: wiosna! Taka najprawdziwsza: słoneczna, jasna, optymistyczna o barwach jednocześnie żywych i pastelowych; trochę chłodna ale przecież w miarę upływu czasu coraz gęstsza, cieplejsza, pełna słodyczy.
Dokładnie taki klimat odnalazłam w Taariikh marki Syed Junaid Alam. :)


Ów gęsty, niemal zawiesisty olejek kryje w sobie stereotypowo kobiecą mieszankę woni, którym jednak nie sposób odmówić prostolinijności czy nieuleczalnego optymizmu; są na tyle przekonujące, że nawet ja, patentowana pesymistka, w całości kupuję ich konwencję. Kurczę, w tej jasności jest metoda! ;)

Taariikh rozpoczyna się pełną, soczystą, lekko deserową nutą kwiatów (przede wszystkim młoda różowa piwonia, potem gardenia i biała róża gdzieś w tle) uroczo przełamanych plasterkiem cytryny, jednocześnie kandyzowanej i naturalistycznie drzewnej, w stylu roztartego w dłoni cytrynowego liścia. Z czasem pachnidło staje się słodkie, pyłkowe i zdecydowanie bardziej pastelowe - chociaż na granicy między głową a sercem perfum pojawia się intrygujący herbaciany twist - waniliowe oraz białopiżmowe. Kolory stopniowo rozmywają się w miękkiej, ciepłej, mlecznej bieli [mlecznej w kolorze a nie zapachu].
Nic, tylko cię cieszyć! :)

Czasem. Trochę. Dla przełamania własnego wizerunku (to u mnie).


Rok produkcji i nos: nieznane, jak zwykle w przypadku arabskich perfum z tej półki cenowej

Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, chociaż wyobrażam sobie w nich także mężczyznę lubiącego takie gęste, nieco cukierkowe zapachy; wyobrażam sobie, że na jego skórze baza mogłaby zyskać ciemniejsze, trochę rzewne, trochę wędzarnicze oblicze (jakie miewa czasem "ciemna", niszowa wanilia).
Taariikh na pewno cechuje również typowa arabska moc i śmiała projekcja, tej mieszanki nie sposób nie zauważyć. Nawet kropla potrafi stworzyć wokół człowieka gęstą, promieniującą aurę. Ilość większa od kropli przy cieplejszej aurze będzie ciągnęła się kilometrami (więc lepiej precyzyjnie dawkować).

Trwałość: około pół doby odważnego, wyraźnego trwania

Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-waniliowa (oraz gourmand)

Skład:

Nuta głowy: biała róża, gardenia, (piwonia, cytryna, bergamotka)
Nuta serca: wanilia, (biała herbata)
Nuta bazy: białe piżmo,(akordy drzewne)
___
Dziś noszę Playing with the Devil od Kiliana.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.flickr.com/photos/18691331@N00/5489555493 [Autorka: Michelle Smith]

czwartek, 18 grudnia 2014

Poranek Tuarega

Oj, coś dawno nie pochylałam się tu nad perfumami o arabskim rodowodzie! Cóż, trzeba to jak najszybciej zmienić. ;) Najlepiej czymś ciekawym i typowym dla tamtejszej stylistyki perfumowej [acz nie do końca, o czym za chwilę].
Na przykład pachnidłem o nazwie Hajar, powstałym dzięki bahrańskiej marce Syed Junaid Alam.


To coś jednoznacznie arabskiego, gęstego, mocnego i oczywistego ale jednocześnie naznaczonego lekkością, wyraźnie sugerującą europejsko-kolońskie konotacje mieszanki.
Jednak nie cytrusy są tu na pierwszym miejscu ale oud, obecny też na miejscach drugim i trzecim. ;) Prężny, silny, nieco zwalisty i jednoznacznie cielesny [by nie rzec, że zwierzęcy]. Odważny w europejskich warunkach, w świecie islamskim pewnie raczej noszalny oraz wdzięczny i gładki. Pewnie. Nawet, kiedy pojawia się drzewna miękkość i jasność, agar wciąż utrzymuje się u steru, jednak dzięki niemu uspokaja się i krzepnie.
By wkrótce zacząć krzepnąć jeszcze bardziej. Jakimś tajemniczym sposobem po dobrych kilku godzinach dosłownej ale już oswojonej oudowości, na mojej skórze zachodzi nieoczekiwana wolta, dzięki której główną rolę otrzymują złociste, okrąglutkie, karłowate cytrusy. Po tylu godzinach życia perfum!

Jak to się stało? Dlaczego? Co anonimowy perfumiarz chciał w ten sposób osiągnąć? Mnie nie pytajcie. ;)
Jestem zbyt rozczarowana odkryciem, że nawet w takim towarzystwie, po podobnym silnym otwarciu, moja skóra i tak z cytrusami zrobiła to, co zazwyczaj. Czyli wykoślawiła je i zmniejszyła jeszcze bardziej, odejmując jakikolwiek urok i moc nie tylko im ale też poprzednikom, należącym przecież do olfaktorycznej wagi ciężkiej.
Dawid zabił Goliata? Może. Jednak bez wątpienia tym razem nie było to dobre zakończenie. ;)

Hajar oudowo-sandałowcowy, drzewno-stajenno-korzenny był mi znacznie milszy - choć przewidywalny - niż jasnożółty, blaknący szybko cytrusowy pyłek. Ten poranek na Saharze z radością zostawię komuś innemu.


Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: jak większość perfum oudowych z Półwyspu Arabskiego, także i te pierwotnie dedykowano mężczyznom [choć do pewnego stopnia w tamtym rejonie świata wszystkie perfumy to uniseksy; zupełnie, jak dla mnie ;) ]. Jednak bezbożne i niemoralne kobiety z Zachodu spokojnie mogą wziąć się za testy, szczególnie jeżeli wcześniej miały już do czynienia ze zwierzęcymi wcieleniami drewna agarowego. :]
Hajar jest arabski także pod względem mocy i projekcji, naprawdę niebawiących się w zbędne ceregiele i atakujących od razu z całą swoją siłą. Zmajstrowany przez nie sillage ciągnie się za uperfumowaną osobą całymi metrami. Później jednak, po przemianie w cytrusowo-pastelowy proszek, zdecydowanie stygnie oraz słabnie. Pytanie: dzieje się tak z powodu typowego zanikania perfum czy bardziej przez nietypowy rozkład nut?

Trwałość: około siedmiu-dziesięciu godzin, z czego cztery piąte dają nadzieję na typowego niezmordowanego długodystansowca, natomiast reszta to już cytruski i ekspresowy zanik.

Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna

Skład:

Nuta głowy: cytryna, mandarynka
Nuta serca: kardamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z: https://www.flickr.com/photos/toffiundkamera/8577353498/in/photostream/

piątek, 4 kwietnia 2014

Od Sasa do Lasa

Od głębokiej niszy po perfumy dostępne niemal na każdym rogu, od (przesadnie) ceniących się luksusów po zapach o wartości wyrażonej liczbą dwucyfrową, od Półwyspu Skandynawskiego aż po Półwysep Arabski - taka dziś czeka nas podróż.


A Dozen Roses, Gold Rush

Pachnidło opatrzone mottem "nie wszystko złoto, co się świeci", wg Fragrantiki przypisanym Szekspirowi (nie do końca słusznie) - naprawdę doceniam szczerość marki. ;]
W rzeczywistości nie jest wcale znów tak źle: Gold Rush to słodka mieszanka kwiatowo-owocowa, egzotyczna ale szczęśliwie pozbawiona pretensjonalności. W miarę upływu czasu pojawia się więcej mineralizującego, słodkiego i nienachalnego pudru natomiast w bazie czekają jasne, lekkie i syntetyczne nuty drzewne. Czekolada, o ile dobrze pamiętam, przemyka gdzieś w tle, praktycznie nie do odróżnienia od akordów drzewnych [enigmatyczna do tego stopnia, że równie dobrze mogła być nawet paczuli tylko się nie zorientowałam :D ].
Pachnidło początkowo okazuje się bardzo intensywne ale z czasem obowiązkowo przybliża się do ciała, cichnąc znacznie. W podsumowaniu po prostu muszę zauważyć, że jest to przykład limitowanych perfum Escady w ich najlepszych wydaniach. ;)

Skład:
kwiat pomarańczy, ylang-ylang, róża, jeżyna, czekolada, przyprawy, heban oraz inne akordy drzewne


House of Sillage, Cherry Garden

Nie spodziewałam się po nim takiej mocy! Niewielki psik z fabrycznej próbki zaperfumował średniej wielkości pomieszczenie biurowe w niecały kwadrans, więc zawodnik to raczej groźny. ;) Choć nie wygląda.
Ponieważ jest to klasyczne pachnidło lekkie, łatwe i przyjemne: wiosenne i dziewczęce, choć z pretensjami do robienia wokół siebie zamieszania. Czyli.. faktycznie dziewczęce, w nastoletnim wydaniu. :D
Po kilku godzinach bliżej nieokreślona jasna słodycz zmienia się w białopiżmowo-kwiatowy pyłek z delikatnym słodko-żywicznym (benzoes?) echem.
Dla amatorów podobnych woni.

Skład:
bergamotka, kwiat wiśni, migdały, białe piżmo, drewno sandałowe, wanilia


Oriflame, Mirage

Obiecałam wzmiankę i oto ona. :)
Oriflame najwidoczniej chciało także posiadać w portfolio pachnidło dla kobiet o modnym, drzewnym sznycie i tak powstało Mirage. ;) Aromat skomplikowany, trudny do opisania, jak na markę niesamowicie dziwny (to duży plus!). Mam wrażenie, ze w jego ramach trwa ciągła walka pomiędzy akcentami słodkimi i soczystymi a nieco zbyt brutalnie ciosanym drzewnym Orientem, ciemniejącym i tłustym, z czasem zapewniającym mieszance całkiem sporo dymu. Kiedy jeszcze zrozumiecie, ze "frakcja kwiatowa" jest znowuż niezwykle delikatna, ze skłonnością do wiotczenia, jeżeli zabrać jej choć trochę ozonowych soków, że wije się niczym jakiś słodki gatunek bluszczu - kiedy zebrać do wszystko do kupy okazuje się, że otrzymaliśmy pachnidło niepokojące, nieco ekscentryczne o wyraźnie zarysowanym charakterze pełnym sprzeczności.
Jak na tę markę - cudo! :)
Do tego o zauważalnej projekcji - czegóż chcieć więcej?

Skład:
pomarańcza, mandarynka, elemi, róża, jaśmin, wetyweria, wanilia, drewno sandałowe, ambra


Rasasi, Sahar

Wszystko, co w arabskich olejkach najlepsze. :D
Moc, gęstość, wiele nakładających się na siebie wymiarów, przenikających stopniowo cały nasze otoczenie. W fascynujący sposób cielesny oraz gorzki; coś pomiędzy rozgryzioną tabletką, lizolowym oudem który z czasem przeistacza  się w oud zwierzęcy, cielesną dosadnością akordów kwiatowo-przyprawowo-żywicznych a kuszącą, pastelową delikatnością słodyczy. W bazie ciemna gorycz oraz korzenno-drzewna kurzawa przenikają się ze śmietankową gładkością ambry, jaśminem w słodkim wydaniu oraz załamującymi światło niczym pryzmat, obłędnymi kryształkami cukru trzcinowego. Bajka! :D
Wszystko naraz, obok siebie, przez siebie; istna kakofonia doznań.
Odważny oraz inteligentny; diabelnie mocny.
Kto wie, co też strzeliło mi do głowy, żeby odmawiać Sahar pełnowymiarowej recenzji???

Skład:
jaśmin, róża oraz inne akcenty kwiatowe, akordy przyprawowe oraz drzewne, ambra,piżmo, mech dębowy, żywice


Syed Junaid Alam, Banafsaj Night

Czyli Madness marki Chopard pomnożone przez sto. :>
Gęsta, syropowo-konfiturowa róża spleciona w uścisku z liczi w sposób nieznoszący sprzeciwu przesądza o charakterze mieszanki. Jakieś delikatne, miękkie kwiaty czy widmowe jasne drewna przemykają w cieniu wielkiego duetu. Białe piżma mają za zadanie utrzymać woń na ludzkiej skórze ale jestem pewna, że znakomicie udałoby się to bez ich pomocy. :]
Pewnego wieczoru pomyślałam, żeby uraczyć się kropelką Banafsaj Night do snu, bo to przecież taki optymistyczny i karnawałowy zapach, perlisty jak szampański śmiech. Upuściłam na nadgarstek dosłownie jedną kroplę ciężkiego olejku, roztarłam ją na oba nadgarstki (olejki można) i... od tamtej chwili przez kilka najbliższych godzin jakieś dziewięćdziesiąt procent wdychanego przeze mnie powietrza pachniało Banafsaj Night. :D Zasnęłam w gęstych oparach Banafsaj Night, obudziłam się w nieco tylko słabszych. Banafsaj Night towarzyszyło mi przez ponad pół następnego dnia.
W postaci tylko tej jednej, jedynej kropli.
To się nazywa moc! ;)

Skład:
róża, liczi, jaśmin, białe piżmo

___
Dziś pachnę... zgadnijcie czym? ;D

wtorek, 16 lipca 2013

Za zasłoną

Kobieta zakrywa głowę, kobieta zamężna zwłaszcza.
Kiedy obywatele świata zachodniego płoną świętym oburzeniem na sam widok burek, okrywających afgańskie kobiety, zawsze myślę o naszych własnych przodkiniach. O tych wszystkich dziewiętnastowiecznych matronach - ale i zupełnie młodych dziewczętach - którym ówczesna obyczajowość nakazywała chować włosy pod poszewką na poduszkę (czyt.: czepkiem). O tych wszystkich współczesnych dziewojach, które własnego ślubu nie wyobrażają sobie bez wieńczącej fryzurę białej firanki, w chwilach większej irytacji zwanej przeze mnie szmatą na głowę, co chyba aż nazbyt dobitnie świadczy o moim stosunku do ślubnych welonów. :]
Taaak, krytykować inność zawsze jest łatwo. Szczególnie wtedy, kiedy sami nie zdajemy sobie sprawy, że z powodzeniem i od lat składamy ofiary na tym samym, co wyśmiewani przez nas Inni, ołtarzu. Może nie tak często ani tak gorliwie, jednak pewnej niechęci do kobiet oraz powszechnej zgody na fetyszyzację tak utartej, że już chyba naturalnej części ich wyglądu (chodzi o długie włosy) nie zdołaliśmy wyplenić. Tkwi gdzieś w naszych głowach, równie "oczywista" i uwewnętrzniona, co opór Afganek przed odkrywaniem swoich twarzy (że o włosach nie wspomnę).

Nie ma co ukrywać, że nienawidzę wszelkich welonów i wszystkiego, co choć trochę je przypomina. I choć bywają sytuacje, kiedy dla świętego spokoju lepiej czymś się okryć [niekoniecznie podczas podróży po krajach muzułmańskich ale np. zwiedzając świątynie chrześcijańskiego obrządku wschodniego], osobisty kontakt z tego typu nakryciami głowy staram się zmniejszać do minimum.
Jednak cóż poradzić, kiedy podczas testów danego zapachu widzę przede wszystkim - welon? I to welon wschodni, barwny, jakże inny od wszystkiego, co zazwyczaj widujemy na ślubnych fotografiach naszych znajomych?


Na szczęście w królestwie zapachów słowo "welon" można rozumieć bardziej metaforycznie czy raczej symbolicznie: jako kompozycję zapachową, która okrywa ludzką sylwetkę szczelnie choć bez ostentacji, kiedy ściele się na nami z pełną wdzięku zamaszystością. [Niech to będzie mój osobisty wytrych, dzięki któremu uciekam od dręczących mnie koszmarnych wizji białych ofirankowanych upiorzyc. ;> ]
Takie właśnie są perfumy Rasikh marki Syed Junaid Alam.

Zawierające w sobie prawdziwe bogactwo pachnideł orientalnych, ich głębię, gęstość, skomplikowanie. A także niejednoznaczność, choć tę przede wszystkim w świecie zachodnich interpretacji, gdzie dopasowanie perfumiarskich składników do płci jest (za wyjątkiem kilku ingrediencji) rzeczą całkowicie względną, zależną raczej od naszych prywatnych upodobań czy humoru danego dnia, niż biologicznej budowy. Oryginalnie Rasikh to dzieło dedykowane mężczyznom; czyli osobom, które welonów nosić nie muszą. :]
Co jednak nie przeszkadza im otaczać się woalem cudownych, bogatych wonności. Dlaczego nie? :)

Otwarcie Rasikh jest balsamiczne, zaskakujące goryczką orientalnych przypraw, głównie szafranu ale też odrobiny kardamonu oraz czegoś delikatnie gorzkiego, np gałki muszkatołowej. Zresztą już po dwóch czy trzech sekundach pojawia się ciepła, gęsta, nieco budyniowa wanilia, szybko jednak zbaczająca w stronę jasnozłotej, balsamicznej głębi. Miesza się z przyprawami w przyjemny, niekonwencjonalny kord smakowity, by już po chwili zrobić miejsce dla przyjaznej, frakcjonowanej, dymno-słodkiej skóry [znanej z Interlude Man albo Opus VII marki Amouage], którą zaczynam szufladkować w głowie jako "skórę arabską" i która naprawdę przypadła mi do gustu. :) W ujęciu omawianego dziś pachnidła ów akord okazuje się bardziej delikatny aniżeli dotychczas, zaskakująco delikatny i miękki, nieco nawet przypudrowany. Otoczony stereotypowo kobiecą, kaszmirową ambrą dymi intensywnie choć zupełnie niegroźnie.
W miarę upływu czasu pojawia się charakterystyczna paczulowa cienista suchość, zbliżona do mocno okrojonej Néonatury Cocoon od Yves Rocher, odpowiadająca za spadek znaczenia nut miękkich i przytulnych. Skóra z wolna staje się składnikiem dominującym nad waniliowo-ambrowymi splotami, przyprawy pokazują pazury. Gdyby dział się to w pierwszych minutach życia pachnidła, wówczas powiedziałabym Wam o otwarciu mocarnym i drapieżnym. Tak się jednak nie stało.
Wbrew obwiązującym tendencjom, kompozycję rozpoczęła miękkość i delikatność, by dopiero później postawić na zadziorny charakterek. Właśnie tak, charakterek; ponieważ czas mija, wraz z nim moc rażenia perfum i to, co w pierwszych chwilach ogłuszałoby osoby postronne albo zabijało muchy, w sercu kompozycji zaledwie jeży sierść oraz groźnie pomrukuje. Lecz na atak brakuje mu już sił. Cóż za smakowite przestawienie znaczeń, igranie z utartymi skojarzeniami europejskich wąchaczy! :)
Za to baza kompozycji nie różni się od wszystkiego, co z owym etapem rozwoju perfum zwykliśmy kojarzyć. Mieszanka cichnie, staje się bardziej pastelowa a może raczej rozmyta, coraz odleglejsza. Wirujące nuty kładą się powoli na podeście zbitym z postarzanych, jasnych desek i pozwalają omywać słodkim aromatom palonych żywic. Skóra, zredukowana do nieco dymnej gorzko-ostrej pasty, przestaje się panoszyć i ustępuje miejsca powracającej wanilii. Przyprawy znikają całkowicie. Lecz to wszystko i tak obserwuję z daleka, usiłując dopatrzyć się czegokolwiek pod półprzejrzystą, lekką choć gęsto tkaną zasłoną.

Rasikh to kolejne perfumy, które nie rozpływają się a zasypiają, pogrążając stopniowo w kolejnych stadiach oderwania od świata realnego. Nierzeczywiste oraz niezwykłe. Starannie przemyślane, wysmakowane dzięki pozornej prostocie rozwoju nut. Bardzo apetyczne. Nawet pomimo frustrującego skojarzenia. :)
Choć sama używać ich nie byłabym w stanie, Wam jednak szczerze polecam!

Rok produkcji i nos: nieznane

Przeznaczenie: jak pisałam w recenzji, zapach stworzony z myślą o mężczyznach, jednak dla mnie to doskonale wyważony uniseks. W sam raz dla miłośników orientalnych ciężkości. :) Co oznacza, iż kompozycja od samego początku ciągnie się za uperfumowana osobą niczym welon, równie miękko układa na skórze choć jest niczym welon nieustępliwa. Dopiero po kilku ładnych godzinach zawęża obszar swego oddziaływania, skracając się do gęstej aury. Na dowolnie wybrane okazje.

Trwałość: prawdziwie orientalna. :) Od niecałych ośmiu godzin w dni chłodne do blisko doby w upały.

Grupa olfaktoryczna: orientalno-skórzana (oraz waniliowa)

Skład:

Nuta głowy: wanilia, ambra, szafran
Nuta serca: białe piżmo, skóra
Nuta bazy: drewno cedrowe, paczuli
___
Dziś La Route d'Émeraude marki Isabey.

P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://delectable-collectibles.tumblr.com/post/18452195214