Oj, coś dawno nie pochylałam się tu nad perfumami o arabskim rodowodzie! Cóż, trzeba to jak najszybciej zmienić. ;) Najlepiej czymś ciekawym i typowym dla tamtejszej stylistyki perfumowej [acz nie do końca, o czym za chwilę].
Na przykład pachnidłem o nazwie Hajar, powstałym dzięki bahrańskiej marce Syed Junaid Alam.
To coś jednoznacznie arabskiego, gęstego, mocnego i oczywistego ale jednocześnie naznaczonego lekkością, wyraźnie sugerującą europejsko-kolońskie konotacje mieszanki.
Jednak nie cytrusy są tu na pierwszym miejscu ale oud, obecny też na miejscach drugim i trzecim. ;) Prężny, silny, nieco zwalisty i jednoznacznie cielesny [by nie rzec, że zwierzęcy]. Odważny w europejskich warunkach, w świecie islamskim pewnie raczej noszalny oraz wdzięczny i gładki. Pewnie. Nawet, kiedy pojawia się drzewna miękkość i jasność, agar wciąż utrzymuje się u steru, jednak dzięki niemu uspokaja się i krzepnie.
By wkrótce zacząć krzepnąć jeszcze bardziej. Jakimś tajemniczym sposobem po dobrych kilku godzinach dosłownej ale już oswojonej oudowości, na mojej skórze zachodzi nieoczekiwana wolta, dzięki której główną rolę otrzymują złociste, okrąglutkie, karłowate cytrusy. Po tylu godzinach życia perfum!
Jak to się stało? Dlaczego? Co anonimowy perfumiarz chciał w ten sposób osiągnąć? Mnie nie pytajcie. ;)
Jestem zbyt rozczarowana odkryciem, że nawet w takim towarzystwie, po podobnym silnym otwarciu, moja skóra i tak z cytrusami zrobiła to, co zazwyczaj. Czyli wykoślawiła je i zmniejszyła jeszcze bardziej, odejmując jakikolwiek urok i moc nie tylko im ale też poprzednikom, należącym przecież do olfaktorycznej wagi ciężkiej.
Dawid zabił Goliata? Może. Jednak bez wątpienia tym razem nie było to dobre zakończenie. ;)
Hajar oudowo-sandałowcowy, drzewno-stajenno-korzenny był mi znacznie milszy - choć przewidywalny - niż jasnożółty, blaknący szybko cytrusowy pyłek. Ten poranek na Saharze z radością zostawię komuś innemu.
Rok produkcji i nos: nieznane
Przeznaczenie: jak większość perfum oudowych z Półwyspu Arabskiego, także i te pierwotnie dedykowano mężczyznom [choć do pewnego stopnia w tamtym rejonie świata wszystkie perfumy to uniseksy; zupełnie, jak dla mnie ;) ]. Jednak bezbożne i niemoralne kobiety z Zachodu spokojnie mogą wziąć się za testy, szczególnie jeżeli wcześniej miały już do czynienia ze zwierzęcymi wcieleniami drewna agarowego. :]
Hajar jest arabski także pod względem mocy i projekcji, naprawdę niebawiących się w zbędne ceregiele i atakujących od razu z całą swoją siłą. Zmajstrowany przez nie sillage ciągnie się za uperfumowaną osobą całymi metrami. Później jednak, po przemianie w cytrusowo-pastelowy proszek, zdecydowanie stygnie oraz słabnie. Pytanie: dzieje się tak z powodu typowego zanikania perfum czy bardziej przez nietypowy rozkład nut?
Trwałość: około siedmiu-dziesięciu godzin, z czego cztery piąte dają nadzieję na typowego niezmordowanego długodystansowca, natomiast reszta to już cytruski i ekspresowy zanik.
Grupa olfaktoryczna: drzewno-orientalna
Skład:
Nuta głowy: cytryna, mandarynka
Nuta serca: kardamon
Nuta bazy: drewno sandałowe, oud
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z: https://www.flickr.com/photos/toffiundkamera/8577353498/in/photostream/
czwartek, 18 grudnia 2014
wtorek, 16 grudnia 2014
Róże z angielskiego ogródka
Czy mieszkając na półkuli północnej można spędzać grudzień w różanym ogrodzie? Naturalnie!
Pod warunkiem, że do tego celu skorzystamy z drobnej pomocy pachnidła. :) Na przykład Une Rose, powstającej (jeszcze) pod szyldem Editions de Parfums Frédéric Malle.
W tym przypadku znajdziemy się w ogrodzie angielskim; ogródeczek, jeżeli mam być ścisła. :) Malutka przestrzeń wokół niewiele większego domku, maksymalnie pokryta różami oraz perfekcyjnie przyciętą, szmaragdową trawą, okolona niskim kamiennym murkiem. Natomiast tuż pod kwiatami wyczuwam glebę, ciemną i żyzną, pokrytą ochronną i nawożącą rośliny próchnicą z sieczki roślinnej czy kawałków kory. Całość oświetlona promieniami letniego słońca ale chłodna - może jest jeszcze poranek a może chłodne lato, któremu przytrafił się jeden słoneczny dzień?
Na pewno wyczuwam w Une Rose prześliczne geranium, następujące tuz po otwierającym mieszankę, zdumiewająco prostym i pięknym (jak w Tea Rose od Perfumer's Workshop, o którym kiedyś z pewnością napiszę): z początku nieco octanowe, wstząsające jako klin, wbijający się w klasyczną zmysłową czystość róży, później jednak takie, jakim miało być od samego początku - czerwcowe, optymistyczne, godnie uzupełniające i zastępujące nutę tytułową. Cierpkość i "chropowata mięsistość" także jest obecna, tworzy mocny zwarty drugi plan, złożona z paczuli, chłodnej wetywerii a także subtelnego, grzybowo-korzennego tła. Nad wszystkim zaś majaczy wątły, ledwie zauważalny cień taninowej goryczki, z czasem wpadający w suchą gęstość nut cielesnych.
Pierwsze skrzypce jednak, od początku aż do końca, gra róża. Z początku we własnej osobie, później godnie reprezentowana przez krystaliczną delikatność geranium.
Jest pięknie. Gęsto od różanych woni. Naturalnie. Trochę kiczowato. :)
Bajecznie.
Rok produkcji i nos: 2003, Edouard Fléchier
Przeznaczenie: jako pachnidło oparte o woń królowej kwiatów, omawianą mieszankę domyślnie dedykowano kobietom. Choć oczywiście ja nie uważam, by na męskiej skórze mogła w jakikolwiek sposób wpływać na zmniejszenie poziomu testosteronu u nosiciela płci męskiej. :D
Kto chce, niech cieszy się Une Rose; w nagrodę otrzyma wspaniałą, zamaszystą projekcję i sillage o wyraźnym, smukłym kształcie. Wyraźne z daleka ale przy zbliżeniu nosa do uperfumowanej skóry zyskuje na stabilności; naturalnie i prędko zlewa się z naszymi myślami o oswaja węch.
Na wszystkie okazje, szczególnie dla różolubów. :)
Trwałość: olbrzymia, bo od dziesięciu-dwunastu godzin do ponad doby
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa
Skład:
absolut różany, geranium, akordy winny oraz truflowy, wetyweria, paczuli, kastoreum
___
Dziś noszę Musc Tonkin od Parfum d'Empire
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://pl.forwallpaper.com/wallpaper/cottage-with-roses-in-the-village-of-tho-253050.html
Pod warunkiem, że do tego celu skorzystamy z drobnej pomocy pachnidła. :) Na przykład Une Rose, powstającej (jeszcze) pod szyldem Editions de Parfums Frédéric Malle.
W tym przypadku znajdziemy się w ogrodzie angielskim; ogródeczek, jeżeli mam być ścisła. :) Malutka przestrzeń wokół niewiele większego domku, maksymalnie pokryta różami oraz perfekcyjnie przyciętą, szmaragdową trawą, okolona niskim kamiennym murkiem. Natomiast tuż pod kwiatami wyczuwam glebę, ciemną i żyzną, pokrytą ochronną i nawożącą rośliny próchnicą z sieczki roślinnej czy kawałków kory. Całość oświetlona promieniami letniego słońca ale chłodna - może jest jeszcze poranek a może chłodne lato, któremu przytrafił się jeden słoneczny dzień?
Na pewno wyczuwam w Une Rose prześliczne geranium, następujące tuz po otwierającym mieszankę, zdumiewająco prostym i pięknym (jak w Tea Rose od Perfumer's Workshop, o którym kiedyś z pewnością napiszę): z początku nieco octanowe, wstząsające jako klin, wbijający się w klasyczną zmysłową czystość róży, później jednak takie, jakim miało być od samego początku - czerwcowe, optymistyczne, godnie uzupełniające i zastępujące nutę tytułową. Cierpkość i "chropowata mięsistość" także jest obecna, tworzy mocny zwarty drugi plan, złożona z paczuli, chłodnej wetywerii a także subtelnego, grzybowo-korzennego tła. Nad wszystkim zaś majaczy wątły, ledwie zauważalny cień taninowej goryczki, z czasem wpadający w suchą gęstość nut cielesnych.
Pierwsze skrzypce jednak, od początku aż do końca, gra róża. Z początku we własnej osobie, później godnie reprezentowana przez krystaliczną delikatność geranium.
Jest pięknie. Gęsto od różanych woni. Naturalnie. Trochę kiczowato. :)
Bajecznie.
Rok produkcji i nos: 2003, Edouard Fléchier
Przeznaczenie: jako pachnidło oparte o woń królowej kwiatów, omawianą mieszankę domyślnie dedykowano kobietom. Choć oczywiście ja nie uważam, by na męskiej skórze mogła w jakikolwiek sposób wpływać na zmniejszenie poziomu testosteronu u nosiciela płci męskiej. :D
Kto chce, niech cieszy się Une Rose; w nagrodę otrzyma wspaniałą, zamaszystą projekcję i sillage o wyraźnym, smukłym kształcie. Wyraźne z daleka ale przy zbliżeniu nosa do uperfumowanej skóry zyskuje na stabilności; naturalnie i prędko zlewa się z naszymi myślami o oswaja węch.
Na wszystkie okazje, szczególnie dla różolubów. :)
Trwałość: olbrzymia, bo od dziesięciu-dwunastu godzin do ponad doby
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-kwiatowa
Skład:
absolut różany, geranium, akordy winny oraz truflowy, wetyweria, paczuli, kastoreum
___
Dziś noszę Musc Tonkin od Parfum d'Empire
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://pl.forwallpaper.com/wallpaper/cottage-with-roses-in-the-village-of-tho-253050.html
Etykiety:
aromatyczne,
Frédéric Malle,
kwiatowe,
perfumy
niedziela, 14 grudnia 2014
Którędy do Rivendell?
Premiera trzeciej części Hobbita zbliża się wielkimi krokami [uwaga, będę fangirlować. :P Bitwa Pięciu Armii! (SPOJLER) Szaleństwo króla Thorina! (KONIEC SPOJLERU) Smaug! Thranduil! BILBO!], podobnie jak bożonarodzeniowe seanse Władcy Pierścieni, które mam zwyczaj uskuteczniać, zatem siłą rzeczy moje myśli częściej kierują się w stronę tolkienowskiego Śródziemia. Tam właśnie zaprowadziły mnie testowane ostatnio perfumy.
Nieprzypadkowo. Ostatecznie zestawienie aksamitnych nut drzewnych z aromatycznym, gładkim fiołkiem z łatwością udaje się połączyć z pięknymi, smukłymi i wyniosłymi elfami. Mam niejasne wrażenie, że taką pewność miał już Serge Lutens, kiedy w roku 1992 [ważna data dla światowego perfumiarstwa, jak się okazuje] zaordynował marce Shiseido legendarne w tej chwili Féminité du Bois.
Wyznaczone wówczas standardy postępowania z nutami drzewnymi w perfumach dedykowanych kobietom obowiązują powszechnie do tej pory. Choć zmieniają się akordy wiodące daną kompozycję i inaczej rozkłada się akcenty, w zależności od obowiązującej aktualnie mody, sedno pozostaje niezmienne: z nut drzewnych ukręcamy jasny, niemal świetlisty pyłek, osadzamy go na laboratoryjnie stworzonej nucie ambrowej (z kaszmeranem i wanilio-bobotonką) a następnie obudowujemy zwracającymi uwagę woniami kwiatów, owoców a najlepiej jednych i drugich. :) Można też dodać co nieco przypraw albo żywic. Jednak bez niepotrzebnego nadmiaru - tak przecież charakterystycznego dla wcześniejszych praktyk perfumiarskich - starając się wycisnąć maksimum możliwości z zastosowanych już składników.
Według takich właśnie reguł stworzono nie tylko całą lutensowską linię perfum z Bois w tytule ale również takie bestsellery, jak Dolce Vita Diora, od FdB młodsze zaledwie o dwa lata, Insolence od Guerlain, Black Orchid Toma Forda, Black XS od Paco Rabanne'a a nawet Crystal Noir marki Versace i Euphorię Calvina Kleina. Z pachnideł nieco mniej popularnych pozwólcie, że wymienię tylko pierwszy zapach od Johna Galliano, She Wood marki Dsquared², Violet Blonde Forda czy Love in Black Creedów. Na więcej szkoda czasu ale faktycznie mogłabym wymieniać jeszcze długo.
Ostatnio, dzięki Jarkowi S. (właśnie: dzięki, Jarku! ;) ) poznałam kolejny kamyczek, idealnie pasujący do kobieco-drzewnego ogródka: Silk Noir od Kat Burki. Tutaj fiołkowe, drzewne, słodkie, cieniste i eteryczne elfy nawet nie kryją się z własną obecnością.
Tutaj wszystkie elementy obowiązkowe są dokładnie na swoim miejscu: od miękkiego, pyłkowego fiołka w stylu Féminité du Bois, przez wielorakość drzazg cennego drewna, oczywiście z cedrem (jak nakazuje pierwowzór), sandałowcem (bo kobiecy) i drapiącym, lizolowym oudem (bo modny) na pierwszych miejscach aż po suchy ale mięsisty akord ambrowy na samym dnie. Wiecie, taki doskonale klasyczny: z kaszmeranem i ciemną wanilią, w leśno-glamourowy sposób słodki. Czarowny na klasyczną elficką modłę.
Co zresztą dotyczy całości Silk Noir, jednocześnie dosłownego ale też stanowiącego fantastyczną pożywkę dla wyobraźni. Pojawiają się nawet jaśniejsze promienie słońca, śmiało przedzierające się przez leśno-bajkową estetykę, dziś już trochę wyświechtaną ale przed dwudziestu laty wyjątkową i fascynującą [zupełnie, jak kiedyś elfy, hobbity albo orkowie ;) ]. Lekko zamszowa bergamotka swoim łagodnym światłem przedziera się przez opisaną cudowną gęstwinę woni, by w końcu utonąć w ciepłych, nieco ostrych ciemnościach wetywerii, na której rosną obłędnie pachnące drzewa i egzotycznych, sproszkowanych, dławiących przypraw.
Tych ostatnich nie ma jednak zbyt wiele: ot, wystarczająco żeby zaciekawić, nadać bardziej wytrawnego tonu, po niszowemu ocienić mieszaninę. Najważniejsze były, są i będą pyłkowe fiołki, drzewne wióry oraz słodko-ciepła laboratoryjna ambra. Całość aż skrzy się, przylega do ciała niczym jedwab i jak on powiewa z wdziękiem za uperfumowaną osobą, w ogóle jest absolutnie fantastyczna... gdyby tylko nie pachniała całkiem, jakby nad retortami z przyszłym Silk Noir zawiesił nozdrza (i mózg) sam Christopher Sheldrake. ;)
Choć noszenie omawianego pachnidła to sama przyjemność, w życiu nie zamienię nań swojego Bois Oriental od Lutensa i od Sheldrake'a - w mojej opinii z całej leśnej linii Lutensa dokładnie "tego" zapachu, który jest najbliższym krewnym oryginalnej, shiseidowskiej Féminité du Bois. :) Z wymienionej dwójki bliźniąt zdecydowanie wolę starsze (może z braku dostępu do pierwowzoru ale jednak to na Bois Oriental stawiam swoje pieniądze).
Silk Noir powstał za późno... tak o dwadzieścia dwa lata. ;)
Rok produkcji i nos: 2014, Kat Burki (?)
Przeznaczenie: zapach dedykowany kobietom, chociaż - jak na pełnoprawnego potomka Féminité du Bois przystało - świetnie sprawdza się też na męskiej skórze, uwypuklając akcenty drzewne oraz orientalne.
Jako pachnidło o naprawdę nielichej projekcji, potrafi stworzyć gęsty i długi sillage oraz wypełnić sobą całe pomieszczenie, w którym akurat przebywa uperfumowana osoba (do czego wystarczą już cztery "psiki" z próbkowego atomizerka). Przypomina o sobie przy każdym poruszeniu ciałem, szczególnie podczas pierwszych trzech godzin od aplikacji. Czyli jednym zdaniem: naprawdę silna zeń bestia. ;)
Nadaje się doskonale na okazje wieczorowe, mniej formalne albo podczas ponurego dnia jako poprawiacz nastroju.
Trwałość: od ośmiu do dwunastu godzin wyraźnej, wyczuwalnej obecności ponad ludzką skórą i dalszych kilka bezpośrednio na niej.
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-drzewna (i aromatyczna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka
Nuta serca: fiołek, wetyweria, (drewno cedrowe, przyprawy)
Nuta bazy: drewno sandałowe, drewno gwajakowe, oud oraz inne nuty drzewne, (akord ambrowy)
___
Dziś noszę Deher od Syed Junaid Alam.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.pinterest.com/pin/131097039127572058/ [Drogowskaz jest autorstwa osoby o pseudonimie? nazwisku? Penny Lane, której inne prace możecie obejrzeć oraz zakupić TUTAJ].
2. http://www.cuded.com/2013/01/elfin-forest-by-emily-soto/ [Autorka: Emily Soto]
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
Kat Burki,
kwiatowe,
perfumy
środa, 10 grudnia 2014
Stare złoto i wypłowiała biel
Piękną, zabytkową biżuterię z cennego kruszcu w większości przekazano na spłatę rosnących długów a w części sprzedano, by za uzyskane w ten sposób pieniądze zakupić bardziej nowoczesne przedmioty zbytku. W rodzinnym sejfie klejnotów zostało już bardzo niewiele.
Chcecie wiedzieć, do czego założy je elegantka z mocno zubożałej burżuazyjnej rodziny?
Pomijając strój i dodatki modowe, które z pewnością będą wyłącznie w najwyższym gatunku, zimą nasza dama zdecyduje się perfumy wyraziste, zapadające w pamięć, rozgrzewające jej chude, kościste ciało [inne być nie może, gdyż bohaterka w dalszym ciągu liczy na rabaty za zakup pokazowych egzemplarzy strojów haute couture] ale jednocześnie umacniające jej wizerunek osoby zamożnej i luksusowej, o silnym charakterze oraz apodyktycznych poglądach na życie. Takie, jak Gold Leather od Atelier Cologne.
Zapach o nutach, których lektura swego czasu obudziła we mnie natychmiastową żądzę poznania, podczas osobistego spotkania traci wiele uroku. Cóż, na pewno nie jest taki, jakiego się spodziewałam. Nie znaczy to jednak, że nie jest ciekawy. Przeciwnie, ma do opowiedzenia wciągającą historię.
Ciemna, wędzona śliwka (bardzo polska, co ciekawe) wyłania się zza ostrej, burej przyprawowej kurzawy i zza nut słodowych. Towarzyszy jej tłusty, nieco lizolowy oud oraz bazowy, nie do końca wyraźny aromat India shopu. Ktoś we wściekłości wrzucił do kominka stare skórzane rękawiczki (a może pusty portfel?), którego woń niesie się teraz po całym kilkunastopokojowym apartamencie. Ktoś inny próbuje gotować, jednak nie bardzo to mu lub jej wychodzi, ponieważ z drugiej strony na przestronny, jasny salon o klasycznym wystroju i wysokich oknach promieniuje aromat spalonych świeżych ziół: wawrzynu, rozmarynu, tymianku. Oba drażniące powonienie, jakby toczące ze sobą pojedynek; swoisty olfaktoryczny substytut kłótni między twórcami obu zapachów [wszak osoby z ich sfery nie zwykły urządzać burd].
Pomiędzy tym wszystkim miejsce usiłują odnaleźć właśnie wędzona śliwka, oudowo-drzewny kurz i nieoczekiwany, abstrakcyjnie metaliczny szafranowy żar. Popijany ukradkiem, coraz gorszy jakościowo alkohol również pozostawia po sobie ciemne, gryzące opary. Bielone meble od najlepszych producentów czy ustawione przy długim kryształowym stole w jadalni oryginalne Duchy Ludwika co prawda dodają temu obrazowi szczyptę niedosłownej słodyczy i lekkości, ale nastroju przytłaczającej rezygnacji nie zdołają już zniwelować.
I tylko obrazy na ścianach, umiejętnie przesuwane tak, aby zakryły dziury po sprzedanych co cenniejszych okazach, starają się udawać jakiekolwiek barwne plamy w życiu tego apartamentu oraz zamieszkującej go rodziny. A raczej: szkieletu dawnej rodziny, jednej czy dwóch osób; żyjących po cichu, niebywających już niemal nigdzie ani nie odwiedzanych przez nikogo, poza prawnikiem, wierzycielami oraz dochodzącą pokojówką, dwa razy w tygodniu sprzątającą rozległe, na wpół martwe pokoje.
Zamiast oczekiwanych zmysłowości i krągłości, dialogu pomiędzy "kobiecymi" krągłościami dymnej śliwki a "męską" kanciastością oudu w Gold Leather znalazłam prawie same bruzdy, połamane ostrza, drzazgi, blizny czy chropowatość. To nie jest mieszanka łatwa i przyjemna - choć jednocześnie na pewno nie przykra bądź trudna w noszeniu.
Trudno o niej pisać. Składa się ze zbyt wielu zręcznych niedomówień, zagadek czy bolesnych przemilczeń. Jest spokojny, wręcz wycofany a jednak już na pierwszy niuch widać, jak wiele może nam zaoferować. O ile oczywiście cenimy wyrafinowanie formy przy jednoczesnym umiarze w jej wyrażaniu. ;)
To bez wątpienia są piękne, artystyczne perfumy ale za nic nie chciałabym ich nosić. Nawet filmy Bergmana bywają od nich weselsze. ;)
Rok produkcji i nos: 2013, Jérôme Epinette
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, świetnie dopasowujący się do wszystkich możliwych płci. :) Dyskretnie trzymający się blisko ciała, otaczający je wąskim, choć w pierwszych fazach rozwoju bardzo nasyconym woalem.
Na okazje, jakie tylko dlań wybierzecie; chociaż moim zdaniem GL przez swoją umiarkowaną projekcję i dystansującego ducha świetnie nada się dla pracowników korporacji. ;P Świetny zimą, jesienią i przedwiośniem.
Trwałość: od siedmiu czy ośmiu do blisko czternastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana
Skład:
Nuta głowy: szafran, gorzka pomarańcza, rum
Nuta serca: kwiat dawana, eukaliptus, śliwka
Nuta bazy: drewno gwajakowe, drewno cedrowe, akord oudu, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://bergdorfprincess.tumblr.com/image/43843186722
Chcecie wiedzieć, do czego założy je elegantka z mocno zubożałej burżuazyjnej rodziny?
Pomijając strój i dodatki modowe, które z pewnością będą wyłącznie w najwyższym gatunku, zimą nasza dama zdecyduje się perfumy wyraziste, zapadające w pamięć, rozgrzewające jej chude, kościste ciało [inne być nie może, gdyż bohaterka w dalszym ciągu liczy na rabaty za zakup pokazowych egzemplarzy strojów haute couture] ale jednocześnie umacniające jej wizerunek osoby zamożnej i luksusowej, o silnym charakterze oraz apodyktycznych poglądach na życie. Takie, jak Gold Leather od Atelier Cologne.
Zapach o nutach, których lektura swego czasu obudziła we mnie natychmiastową żądzę poznania, podczas osobistego spotkania traci wiele uroku. Cóż, na pewno nie jest taki, jakiego się spodziewałam. Nie znaczy to jednak, że nie jest ciekawy. Przeciwnie, ma do opowiedzenia wciągającą historię.
Ciemna, wędzona śliwka (bardzo polska, co ciekawe) wyłania się zza ostrej, burej przyprawowej kurzawy i zza nut słodowych. Towarzyszy jej tłusty, nieco lizolowy oud oraz bazowy, nie do końca wyraźny aromat India shopu. Ktoś we wściekłości wrzucił do kominka stare skórzane rękawiczki (a może pusty portfel?), którego woń niesie się teraz po całym kilkunastopokojowym apartamencie. Ktoś inny próbuje gotować, jednak nie bardzo to mu lub jej wychodzi, ponieważ z drugiej strony na przestronny, jasny salon o klasycznym wystroju i wysokich oknach promieniuje aromat spalonych świeżych ziół: wawrzynu, rozmarynu, tymianku. Oba drażniące powonienie, jakby toczące ze sobą pojedynek; swoisty olfaktoryczny substytut kłótni między twórcami obu zapachów [wszak osoby z ich sfery nie zwykły urządzać burd].
Pomiędzy tym wszystkim miejsce usiłują odnaleźć właśnie wędzona śliwka, oudowo-drzewny kurz i nieoczekiwany, abstrakcyjnie metaliczny szafranowy żar. Popijany ukradkiem, coraz gorszy jakościowo alkohol również pozostawia po sobie ciemne, gryzące opary. Bielone meble od najlepszych producentów czy ustawione przy długim kryształowym stole w jadalni oryginalne Duchy Ludwika co prawda dodają temu obrazowi szczyptę niedosłownej słodyczy i lekkości, ale nastroju przytłaczającej rezygnacji nie zdołają już zniwelować.
I tylko obrazy na ścianach, umiejętnie przesuwane tak, aby zakryły dziury po sprzedanych co cenniejszych okazach, starają się udawać jakiekolwiek barwne plamy w życiu tego apartamentu oraz zamieszkującej go rodziny. A raczej: szkieletu dawnej rodziny, jednej czy dwóch osób; żyjących po cichu, niebywających już niemal nigdzie ani nie odwiedzanych przez nikogo, poza prawnikiem, wierzycielami oraz dochodzącą pokojówką, dwa razy w tygodniu sprzątającą rozległe, na wpół martwe pokoje.
Zamiast oczekiwanych zmysłowości i krągłości, dialogu pomiędzy "kobiecymi" krągłościami dymnej śliwki a "męską" kanciastością oudu w Gold Leather znalazłam prawie same bruzdy, połamane ostrza, drzazgi, blizny czy chropowatość. To nie jest mieszanka łatwa i przyjemna - choć jednocześnie na pewno nie przykra bądź trudna w noszeniu.
Trudno o niej pisać. Składa się ze zbyt wielu zręcznych niedomówień, zagadek czy bolesnych przemilczeń. Jest spokojny, wręcz wycofany a jednak już na pierwszy niuch widać, jak wiele może nam zaoferować. O ile oczywiście cenimy wyrafinowanie formy przy jednoczesnym umiarze w jej wyrażaniu. ;)
To bez wątpienia są piękne, artystyczne perfumy ale za nic nie chciałabym ich nosić. Nawet filmy Bergmana bywają od nich weselsze. ;)
Rok produkcji i nos: 2013, Jérôme Epinette
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, świetnie dopasowujący się do wszystkich możliwych płci. :) Dyskretnie trzymający się blisko ciała, otaczający je wąskim, choć w pierwszych fazach rozwoju bardzo nasyconym woalem.
Na okazje, jakie tylko dlań wybierzecie; chociaż moim zdaniem GL przez swoją umiarkowaną projekcję i dystansującego ducha świetnie nada się dla pracowników korporacji. ;P Świetny zimą, jesienią i przedwiośniem.
Trwałość: od siedmiu czy ośmiu do blisko czternastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-skórzana
Skład:
Nuta głowy: szafran, gorzka pomarańcza, rum
Nuta serca: kwiat dawana, eukaliptus, śliwka
Nuta bazy: drewno gwajakowe, drewno cedrowe, akord oudu, skóra
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Druga ilustracja pochodzi z http://bergdorfprincess.tumblr.com/image/43843186722
Etykiety:
aromatyczne,
Atelier Cologne,
perfumy,
skórzane
niedziela, 7 grudnia 2014
W Święta pachnijmy niebanalnie
Grudzień: mikołajki, święta, ostatni dzień roku... Miesiąc idealny dla osób uwielbiających prezenty, zarówno wręczać jak i otrzymywać. :) Moim zdaniem najlepiej ma osoba, które jednocześnie obdarowuje ale i jest obdarowywana; a kiedy obydwa prezenty są trafione i budzą szczerą radość, to już w ogóle cudownie.
Takie sytuacje cieszą najbardziej, takich życzę Wam, Waszym bliskim i oczywiście sobie też. :D
Jednak czy wszystkie rodzaje prezentów są równie trafne? Czy nie ma wśród nich pomysłów wtórnych, nieprzemyślanych, może nawet ocierających się o gafę?
Przecież wszyscy wiemy, że podobne sytuacje zdarzają się dosyć często.
Co roku w grudniu prasa, telewizja, portale internetowe tudzież blogerzy lajfstajlowi bombardują nas tysiącami pomysłów na bożonarodzeniowe prezenty, od kubków i breloczków do kluczy przez ubrania, biżuterię, sprzęt komputerowy czy rozmaite dobra kulturalne aż po perfumy stworzone na indywidualne zamówienie oraz podróż dookoła świata. Dopasowane w sam raz do pojemności naszych portfeli a jednocześnie do zainteresowań i aspiracji przyszłych obdarowanych; niestety, najczęściej aż zatęchłe od stereotypowego pojmowania świata: dla Pań, dużej i małej - złote kolczyki, dla Panów, dużego i małego - konsola do gier. Dla młodzieży sprzęt sportowy, dla seniorów norweskie kapcie oraz Biovital. :]
Tu naprawdę nie potrzeba wielkiego namysłu, żeby pojąć, jak podobne upraszczanie świata jest krzywdzące, jak silnie trąci przemocą symboliczną. To działanie miałkie i niemoralne.
No ale jednak na czymś zarabiać trzeba, jakoś zapełnić szpalty, czas antenowy czy serwisy tematyczne; w takim wypadku połączenie reklamy produktu [naprawdę myśleliście, że oni proponują pakiet filmów od dystrybutora X czy voucher do sklepu Y z dobrego serca? ;> ] z treścią choć trochę merytoryczną wydaje się mediom bardzo atrakcyjne. I prawdę mówiąc nie ma w tym nic złego. :) Szczególnie, kiedy twórcy takich zestawień w ich nazywaniu kierują się nie stereotypem a rysem indywidualnym potencjalnego odbiorcy.
Czyli nie: "idealne prezenty dla niego", "idealne prezenty dla niej", "...dla chłopca", "...dla dziewczynki", "...dla dziadków", "...dla przyjaciółki" i tak dalej ale raczej: "...dla miłośników elektroniki", "...dla geeków", "...dla aktywnych", "...dla romantycznych", "...dla dbających o urodę", "...dla podróżników", "...dla moli książkowych" itp.
Sami widzicie, produkt dalej można i zareklamować, i scharakteryzować, i przeznaczyć dla konkretnej grupy odbiorców ale nikogo już się przy tej okazji nie stygmatyzuje, nikogo nie wpycha przemocą do szuflady i nie zamyka jej na siłę, przy okazji przycinając ucho któregoś z nieszczęśników w środku. ;)
Można wszystko, o ile tylko wie się, jak. :)
No i tym właśnie sęk. Bo przecież o ile względnie łatwo przewidzieć, kogo z naszych krewnych i znajomych ucieszy najnowsza edycja gry Assassin's Creed a kto doceni voucher do najlepszej restauracji w mieście, w przypadku perfum o podobną pewność dużo trudniej. To raczej nie jest temat, o którym większość społeczeństwa lubi sobie pogadać, zatem i o pewną znajomość gustu, nawet osób najbliższych, niełatwo.
Żeby było jeszcze ciekawiej dodam, iż małe szpiegowanko i podglądnięcie aktualnych perfumowych mieszkańców cudzych garderób, toaletek czy łazienek [Błąd! NIGDY nie kupujcie zapachów osobie, która zwykła trzymać je w łazience. I tak nie będzie potrafiła się z nimi obchodzić ;P ] zazwyczaj prowadzi na manowce. Bo ofiarować komuś kolejne takie samo pachnidło to jednak słaby pomysł a poszukiwanie alternatywy za pomocą nosa swojego czy konsultantki z perfumerii może dać jeszcze gorszy efekt: to, co nam może wydawać się idealną kopią zapachu X, jego codziennego użytkownika lub użytkowniczkę będzie drażnić. Nasze powonienia naprawdę potrafią różnić się od siebie bardziej, niż kiedykolwiek moglibyśmy przypuszczać.
Co jednak zrobić, kiedy już wymyśliliśmy prezent perfumowy i bardzo chcemy wcielić nasz plan w życie? Lub kiedy osoba obdarowywana wprost zażyczyła sobie jakiegoś pachnidła? Chcecie wiedzieć?
Ja też. ;> Mam za to pewien pomysł: skoro Boże Narodzenie na naszej półkuli wypada w zimie, porze roku uznawanej za najmniej przyjazną, najtrudniejszą i często - głównie w centrach miast - najmniej malowniczą, gdy dookoła chłód, śnieżyca, plucha, zawierucha, może w takiej sytuacji warto poszukać perfum pasujących do pogody za oknem? Rozgrzewających, odpędzających zimową depresję, pełnych życia?
Choć nadal priorytetem powinien być gust osoby obdarowywanej (w żadnym wypadku nasz własny!), jest to już jakiś konkretny trop, na którym warto się skupić. :)
Dlatego poniżej przedstawię kilka propozycji zapachów, które uważam za spełniające powyższe kryteria. Podzieliłam je dzieła głównego nurtu, dostępne bez problemu bodaj w każdym większym mieście oraz prawdziwe olfaktoryczne termofory, rozgrzewające równie dobrze, jak polar, wełna, termofor oraz herbatka z prądem naraz. ;)
Uwaga! Są to wyłącznie moje propozycje, wybrane przeze mnie a więc chcąc nie chcąc przefiltrowane przez subiektywną interpretację tematu. Potraktujcie je zatem jako wskazówkę, czego mniej więcej szukać w sklepach lub o co dyskretnie podpytać bliskich. Czujcie się swobodnie dodając, odejmując czy podmieniając kolejne przykłady.
W kolejności od góry i od lewej do prawej ilustracja przedstawia:
Narciso od Narciso Rodrigueza - oddala ponure myśli i rozświetla pochmurne dni, jak na jasne, nowoczesne i lekkie pachnidło kwiatowo-piżmowe przystało. :) Plus lekka drzewna zadowoli koneserów. Idealne, dyskretne tło codzienności osób, dla których szklanka jest zawsze w połowie pełna. Więcej szczegółów znajdziecie TUTAJ.
Aventus od Creed - choć tej marki w najpopularniejszych polskich perfumeriach nie uświadczymy, jest jednak na tyle znana, że trafiła do tej właśnie części zestawienia. W którym Aventus po prostu musiał się znaleźć. :) Jak mogłabym pominąć pachnidło wzbudzające zachwyt większości mężczyzn (i przychylność większości kobiet), którzy się z nim zetknęli? Wyraziste ale stonowane, uniwersalne, ciekawe i zwyczajnie ładne. Dla każdego. TU kilka słów więcej.
Amarige od Givenchy - śliczny, bogaty klasyk z dominującą nutą kwiatu pomarańczy. Dla dwustuprocentowych kobiet, o czym wspominałam chociażby TUTAJ.
Lys Soleia od Guerlain - lekka, żywa, świeża lilia; prowokacyjnie wiosenna. ;) Zimą odważna i nieco kontrowersyjna; może funkcjonować jako zapach dla eleganckich morsek (albo morsów). ;) TUTAJ opis trochę bardziej szczegółowy.
l'Ambre des Merveilles od Hermèsa - wspominany niedawno na łamach Pracowni Jean-Claude Ellena w wyjątkowo dobrej formie. :P Stworzył w niej zapach sympatyczny, złocisty, nienachalnie słodki, ambrowo-waniliowy z głęboką, nieco ciemniejszą bazą; ciepły i przytulny a jednocześnie elegancki. W sam raz dla romantyków twardo stąpających po ziemi. ;)
Shalimar od Guerlain - ach, Shalimar! Absolutna legenda, wiecznie żywa mimo kolejnych liftingów zawartości słynnego flakonu. Swego czasu prawzór nowoczesnego orientala a współcześnie dzieło w sam raz dla miłośników kaszmiru i aksamitu, wanilii oraz drzewnej ambrowości, mitologii oraz dawnych legend. Rozgrzewający endorfinowy zastrzyk w sam raz dla osób "odważnych, niebanalnych i efektownych", jak lata temu stwierdziłam w TEJ recenzji [? Wtedy właściwie nie pisałam jeszcze recenzji, raczej nasączone emocjami relacje z użytkowania]. Znakomity w wydaniach klasycznych oraz we flankerach, na przykład wszystkich Waniliowych.
Oud Wood od Toma Forda - głębia i szyk słynnej arabskiej wonności w towarzystwie chłodnego kardamonu. Wymarzony zapach dla ludzi stanowczych, w życiu kierujących się twardymi regułami; może własnymi ale twardymi. ;) Po konkrety zapraszam TU.
la Vie est Belle od Lancôme - kiedyś nie wyraziłam się o nim zbyt pochlebnie; na swoje usprawiedliwienie mam jedynie mało sprzyjającą porę testu. Ponieważ to nie jest zapach na upały; najpiękniej rozkwita na mrozie, ogrzewa swoją kwiatową cukrowością, poi sokiem z gruszki. Może ucieszyć osoby ceniące perfumy nowocześnie słodkie.
Alien Essence Absolue od Thierry'ego Muglera - cudowna wariacja na temat muglerowskiego jaśminu, pogłębiona i rozzłocona ambrą. Energiczna, zwracająca uwagę, bezpretensjonalna w swojej radości. TUTAJ kilka zdań więcej. :D
Black Orchid od Toma Forda - zdumiewająca klasyka z początków XXI wieku. Tak nasze czasy zwykły wyobrażać sobie zapachy szyprowe, twórczo złożone z kontrastów pomiędzy zmysłowością lejącej się, stopnionej ciemnej czekolady a suchym, truflowym pudrem z miękko-słodkimi kwiatami na drugim planie. Prześliczne, esencjonalne, nieco kontrowersyjne - dla osoby, która lubi być zauważana. :)
So Elixir od Yves Rocher - różowe, proste, uśmiechnięte. Kolejna wersja słodkiego, mieniącego się paczuli jako godne uzupełnienie dla ciepłego swetra i kubka gorącej czekolady z cynamonem. TU znajdziecie porównanie między wodą toaletową a wodą perfumowaną So Elixir.
Angel od Thierry'ego Muglera - kolejny niezaprzeczalny klasyk, dodatkowo otoczony nimbem perfum kontrowersyjnych; albo się je kocha, albo nienawidzi. Lecz jeżeli znacie jakąś ich zdeklarowaną miłośniczkę, w tym jednym przypadku śmiało możecie kupić jej kolejny flakon; fanom Anioła gwiazdek nigdy dosyć! ;) Mężczyznę rozkochanego w tej wodzie tez obdarujcie bez lęku - dziś to już bardziej uniseks. Jeżeli jesteście ciekawi mojej szczegółowej opinii o pachnidle, zajrzyjcie TU.
A*Men od Thierry'ego Muglera - męska wersja Aniołka, za Atlantykiem znana jako Angel Man. Paczuli w objęciach palonego cukru i ciemnych nut drzewnych, z dużą dawką kawy rozpuszczalnej w tle. Przede wszystkim dla miłośników. O tym, jak układa się na damskiej skórze, przeczytacie pod TYM linkiem.
Giordani Gold od Oriflame - wieloletni zasłużony bestseller marki. Cytrusy, kwiaty i piżmo dla osób eleganckich ale jednocześnie ciepłych. Swoją opinię o wodzie wyraziłam TU.
Man in Black od Bulgari - tak! Ciepła, wytrawna męska zmysłowość, zamknięta w ślicznym czarnym flakonie. Rum, skóra, przyprawy i tytoń z intrygującym tuberozowym kontrapunktem: oto stuprocentowy mężczyzna, który nie boi się żeńskiego pierwiastka swojej duszy ale potrafi z nim współpracować. Muszę opisać te perfumy.
Hommage à l'Homme od Lalique - bezpieczny, nowoczesny typ dla dżentelmena młodego ciałem albo duchem. Perfumy zauważalne ale dyskretne. TUTAJ trochę więcej informacji.
Encre Noire od Lalique - propozycja nieco kontrowersyjna z zimowego punktu widzenia, zważywszy na jej chłód i przestrzenność. Jeżeli jednak znacie mężczyznę trochę surowego a przy tym lubiącego prowokować, możecie zaproponować mu właśnie te perfumy. O tym, dlaczego, przeczytacie TU.
Sir Avebury od Oriflame - największa zapachowa niespodzianka zeszłego roku! Mieszanka miękka, cielesna, przyjazna, oparta o nuty labdanum, kardamonu oraz egzotycznych drzew. Kosmos dla młodego podróżnika! :)
Eau de Baux od L'Occitane en Provence - słodki, nieco pyłkowy las. Bezpieczny zapach na co dzień i od święta. Dla mężczyzny, którego zwyczajnie lubimy.
Natomiast w kategorii nieprzyzwoitych rozgrzewaczy wygrywają następujące kompozycje:
...podobnie jak poprzednio, wymieniane od góry i od lewej.
Ambra Tibet od Avy Luxe - dzieło tak słodkie, ciepłe i sympatyczne, jakbyśmy własnie odwiedzili zaplecze jakiejś bardzo przyjemnej małej cukierni, rozgrzane ciepłem kuchenek i piekarników. Do tego całe mnóstwo zmysłowego piżma i w mroźny poranek człowiek od razu czuje się raźniej! :) TUTAJ o pachnidle caaałe trzy zdania. ;)
Black Saffron od Byredo - szafran w perfumowym wcieleniu znakomicie rozgrzewa ciało oraz poprawia nastrój. Kiedy jeszcze dodamy do niego letnie maliny, eteryczne róże oraz ambrę, wtedy żadna ponura pogoda nam nie zagrozi. :) TU bardziej szczegółowa relacja z testów.
La Liturgie des Heures od Jovoy - kadzidlane perfumy dla miłośników rekonstrukcji historycznych. ;) Dlatego, że tak zapewne musiały pachnieć kościoły Europy jeszcze przed Reformacją. Jednocześnie wzniośle i bardzo przyziemnie. TUTAJ znajdziecie dowód na średniowieczne konotacje mieszanki. ;)
Enchanted Forest od The Vagabond Prince - wybór trochę prowokacyjny, bo chłodny i raczej letni ale, kurczę!, kto powiedział, że zimą soczystość zapachu czarnej porzeczki nie może być atrakcyjna?! ) Dla fanów rzeczonego owocu ale i dla osób nie bojących się pachnieć czymś bardzo nie-perfumeryjnym. TU znajdziecie opis.
Idole od Lubin - dla kogoś, kto w Święta lubi... zabalować. ;) Mnóstwo rumu a do niego heban, przyprawy, pomarańcza i ogólna egzotyka w stylu okołokaraibskim. Wspaniały, cudowny, rozgrzewający zapach! TU dowiecie się, dlaczego jeszcze warto po niego sięgnąć.
Bal à Versailles od Jeana Desprez - pachnidło w starym stylu, dla odważnych, nie bojących się prowokowania otoczenia wonią nieświeżości. Bo mało co rozgrzewa ciało i umysł tak sprawnie, jak taneczne szaleństwa! :) TUTAJ przeczytacie, o co właściwie chodzi.
Saffron Rose od Grossmith - kolejny szafran w zestawieniu, tym razem głębszy, bardziej zadziorny, cielesny.Wymarzony zastrzyk energetyczny na ponure dni. TUTAJ recenzja.
Winter Woods od Sonoma Scent Studio - spacer po zimowym lesiepotrafi jednocześnie zachwycić i zdrowo zmęczyć. W Winter Woods można odnaleźć te cechy, reprezentowane kolejno przez nuty drzewne oraz teoretyczne zwierzęce, zmysłowe (które pachną jak zdrowe ciało po wzmożonym wysiłku). TUTAJ szczegóły.
Rock Crystal od Oliviera Durbano - kadzidło czyste, idealne, totalne. Absolutny wzorzec kadzidlanej doskonałości. TU kilka zdań więcej.
La Fumée od Miller Harris - i znowu kadzidło, tym razem bardziej "niegrzeczne", intensywnie wibrujące, mocne, gęste. Czynnik ludzki bardzo wyraźny. ;) Idealne, jeżeli podoba Wam się zapach kościołów ale nie przepadacie za chodzeniem do nich. TUTAJ recenzja, jeszcze świeżutka.
φ une Rose de Kandahar od Tauer Perfumes - róża dodające energii to coś pięknego, szczególnie jeżeli obuduje się ją tytoniem, nutami przypraw oraz miękką, niejadalną słodyczą. Fi to zapach w sam raz dla osoby bardzo efektownej. Recenzja czeka pod TYM linkiem.
Botrytis od Ginestet - perfumy będące typową guilty pleasure, absolutnie hedonistyczne i bezpretensjonalne. Dla jednych miód z przyprawami, dla innych piernik z owocami, na pewno mnóstwo łakoci i niwelującego wszelkie smutki beztroskiego ciepełka kalorii. ;) TUTAJ znajdziecie opis nieco bardziej złożony.
Ambre Sultan od Serge'a Lutensa - jedna z legend niszowego perfumiarstwa, ambra potężna, ciemna i pikantna. Całe mnóstwo przypraw oraz żywic, do których uniesienia potrzeba nie lada siły psychicznej (a czasem też mocnej głowy). Wspaniałe, zdecydowane, piękne choć jednocześnie niebezpieczne; jak ogrzewanie zziębniętych dłoni nad żywym ogniem.
Oto propozycje które przyszły mi na myśl w pierwszej chwili. Dla Was, Waszych bliskich, dla kogo zechcecie. Natomiast jeżeli chodzi o mnie, o moje własne Boże Narodzenie...
Po raz trzeci zastosowałam tradycyjną kolejność wymieniania:
Noël au Balcon od État Libre d'Orange - dżem morelowy z dodatkiem mieszanki przypraw do piernika. Słodko ale nie mdło.
Messe de Minuit od Etro - bo Wigilia bez Pasterki jest jak maj bez majówki. ;) Czyli: da się przeżyć, wielu od lat pomija ją w swoich planach i ma się świetnie ale jednak wpisuje się ona w niepowtarzalny klimat uroczystości. Ten konkretny zapach to kolejne kadzidło w zestawieniu, klasyczne, kościelne i urocze. TU krótka opinia na temat zapachu.
Délice d'Épices?!... od Niny Ricci - wycofana z produkcji, praktycznie już nie do kupienia mieszanka słodkości owocowo-deserowych z intrygującą, korzenną nutą, wanilią i jaśminem. Pełna niewymuszonego, dziewczęcego wdzięku. A o szczegółach przeczytacie TUTAJ.
Winter Délice od Guerlain - kolejny klasyk z wyjątkowo krótkiej serii guerlainowskiej linii Aqua Allegoria, niemożliwy już do zdobycia. Szkoda, bo to pachnidło absolutnie wyjątkowe: z porażającą dosłownością odwzorowujące aromat broczącego żywicą lasu iglastego, z którego jedno drzewko trafiło właśnie do czyjegoś domu, stając się choinką. I teraz otaczają je zapachy pieczonych ciast i deserów: cukru, wanilii, marcepanu... Bajeczne perfumy, działające na wyobraźnię każdego, kto miał okazję się z nimi zetknąć i nawet w największym ponuraku przywracające wiarę w magię Świąt. :) Moja recenzja kryje się TU.
Poire Caramel od Yves Rocher - tegoroczna limitowanka sklepu. Słodziutki sok gruszkowy, stopniowo przechodzący w pyłek i unurzany w jeszcze większej słodkości stopionego cukru. Dla fanów łasowania to może być całkiem ciekawa propozycja. ;)
Nuit de Noël od Caron - ktoś kiedyś określił te perfumy mianem "seksu w noc Bożego Narodzenia" i to skojarzenie łatwo zapadło w moją pamięć. Jest bardzo trafne: przecież akurat tę noc zwykliśmy spędzać z ukochaną osobą, stąd skojarzenie jej z aromatem delikatnym i czułym a jednocześnie dusznym dzięki egzotycznym kwiatom i coraz bardziej gorącym od przypraw, mchem dębowym przywołującym suchość w ustach i natychmiast uśmierzającym ją obłędną cielesno-drzewną zmysłowością, wydaje się bardziej, niż trafne. Nuit de Noël z pewnością zasługuje na własną recenzję; kiedyś ją napiszę.
Jubilation XXV od Amouage - pokłon trzech króli odwzorowany z typowo wschodnim przepychem: żywicami, drzazgami cennych drzew, dziką kurzawą przypraw, kadzidłem snującym się po skórze oraz wyrazistością zapachu ludzkiego ciała. Złoto, kadzidło i mirra, opisane chociażby TU.
Wild Tobacco od Iluminum - w Boże Narodzenie moim prywatnym Kevinem samym w domu staje się seans jacksonowskiego Władcy Pierścieni (teraz też i Hobbita). Więc jakie inne perfumy będą pasowały do tego dnia bardziej, niż fascynująca wariacja na temat zielonego, iskrzącego się, oblędnie aromatycznego i suchego tytoniu? :) Jeżeli natomiast jesteście ciekawi kilku słow bardziej konkretnego opisu, zajrzyjcie TUTAJ.
Bent Al Ezz Hanah od Rasasi - bo w Święta dobrze jest być po prostu sobą, spojrzeć we własną przeszłość, żeby potem śmiało pójść w przyszłość. O co chodzi? Przeczytacie TU.
Elf-Fulfilling Prophecy od Smell Bent - zabawna gra słów z tytułu, jedną literką zmieniająca ponury fatalizm w beztroski żart, znalazła odzwierciedlenie w zawartości flakonu [posiadam nie-olejkową wersję zapachu, we flakoniku z atomizerem, niestety najwyraźniej nieobfotografowaną w internecie]. Dla niektórych przypominającą woń świeżo upieczonych pierniczków, mnie kojarzącą się raczej z bardzo, bardzo korzenną szarlotką, podawaną w towarzystwie kleksa ubitej śmietany. W każdym razie jest deserowo i przyprawowo, wyraziście i radośnie. Perfumy jak promienny uśmiech. :)
___
Dziś noszę Light My Fire do Kiliana, za to wczoraj była Elf-Fulfilling Prophecy. No co, w końcu szósty grudnia! ;)
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.christianstoday.org/the-christmas-and-gifts-giving/
2. http://freakdeluxe.co.uk/perfect-perfumes-christmas/
3.-5. są mojego autorstwa, stworzone w oparciu o grafiki promocyjne danych perfum.
Takie sytuacje cieszą najbardziej, takich życzę Wam, Waszym bliskim i oczywiście sobie też. :D
Jednak czy wszystkie rodzaje prezentów są równie trafne? Czy nie ma wśród nich pomysłów wtórnych, nieprzemyślanych, może nawet ocierających się o gafę?
Przecież wszyscy wiemy, że podobne sytuacje zdarzają się dosyć często.
Co roku w grudniu prasa, telewizja, portale internetowe tudzież blogerzy lajfstajlowi bombardują nas tysiącami pomysłów na bożonarodzeniowe prezenty, od kubków i breloczków do kluczy przez ubrania, biżuterię, sprzęt komputerowy czy rozmaite dobra kulturalne aż po perfumy stworzone na indywidualne zamówienie oraz podróż dookoła świata. Dopasowane w sam raz do pojemności naszych portfeli a jednocześnie do zainteresowań i aspiracji przyszłych obdarowanych; niestety, najczęściej aż zatęchłe od stereotypowego pojmowania świata: dla Pań, dużej i małej - złote kolczyki, dla Panów, dużego i małego - konsola do gier. Dla młodzieży sprzęt sportowy, dla seniorów norweskie kapcie oraz Biovital. :]
Tu naprawdę nie potrzeba wielkiego namysłu, żeby pojąć, jak podobne upraszczanie świata jest krzywdzące, jak silnie trąci przemocą symboliczną. To działanie miałkie i niemoralne.
No ale jednak na czymś zarabiać trzeba, jakoś zapełnić szpalty, czas antenowy czy serwisy tematyczne; w takim wypadku połączenie reklamy produktu [naprawdę myśleliście, że oni proponują pakiet filmów od dystrybutora X czy voucher do sklepu Y z dobrego serca? ;> ] z treścią choć trochę merytoryczną wydaje się mediom bardzo atrakcyjne. I prawdę mówiąc nie ma w tym nic złego. :) Szczególnie, kiedy twórcy takich zestawień w ich nazywaniu kierują się nie stereotypem a rysem indywidualnym potencjalnego odbiorcy.
Czyli nie: "idealne prezenty dla niego", "idealne prezenty dla niej", "...dla chłopca", "...dla dziewczynki", "...dla dziadków", "...dla przyjaciółki" i tak dalej ale raczej: "...dla miłośników elektroniki", "...dla geeków", "...dla aktywnych", "...dla romantycznych", "...dla dbających o urodę", "...dla podróżników", "...dla moli książkowych" itp.
Sami widzicie, produkt dalej można i zareklamować, i scharakteryzować, i przeznaczyć dla konkretnej grupy odbiorców ale nikogo już się przy tej okazji nie stygmatyzuje, nikogo nie wpycha przemocą do szuflady i nie zamyka jej na siłę, przy okazji przycinając ucho któregoś z nieszczęśników w środku. ;)
Można wszystko, o ile tylko wie się, jak. :)
No i tym właśnie sęk. Bo przecież o ile względnie łatwo przewidzieć, kogo z naszych krewnych i znajomych ucieszy najnowsza edycja gry Assassin's Creed a kto doceni voucher do najlepszej restauracji w mieście, w przypadku perfum o podobną pewność dużo trudniej. To raczej nie jest temat, o którym większość społeczeństwa lubi sobie pogadać, zatem i o pewną znajomość gustu, nawet osób najbliższych, niełatwo.
Żeby było jeszcze ciekawiej dodam, iż małe szpiegowanko i podglądnięcie aktualnych perfumowych mieszkańców cudzych garderób, toaletek czy łazienek [Błąd! NIGDY nie kupujcie zapachów osobie, która zwykła trzymać je w łazience. I tak nie będzie potrafiła się z nimi obchodzić ;P ] zazwyczaj prowadzi na manowce. Bo ofiarować komuś kolejne takie samo pachnidło to jednak słaby pomysł a poszukiwanie alternatywy za pomocą nosa swojego czy konsultantki z perfumerii może dać jeszcze gorszy efekt: to, co nam może wydawać się idealną kopią zapachu X, jego codziennego użytkownika lub użytkowniczkę będzie drażnić. Nasze powonienia naprawdę potrafią różnić się od siebie bardziej, niż kiedykolwiek moglibyśmy przypuszczać.
Co jednak zrobić, kiedy już wymyśliliśmy prezent perfumowy i bardzo chcemy wcielić nasz plan w życie? Lub kiedy osoba obdarowywana wprost zażyczyła sobie jakiegoś pachnidła? Chcecie wiedzieć?
Ja też. ;> Mam za to pewien pomysł: skoro Boże Narodzenie na naszej półkuli wypada w zimie, porze roku uznawanej za najmniej przyjazną, najtrudniejszą i często - głównie w centrach miast - najmniej malowniczą, gdy dookoła chłód, śnieżyca, plucha, zawierucha, może w takiej sytuacji warto poszukać perfum pasujących do pogody za oknem? Rozgrzewających, odpędzających zimową depresję, pełnych życia?
Choć nadal priorytetem powinien być gust osoby obdarowywanej (w żadnym wypadku nasz własny!), jest to już jakiś konkretny trop, na którym warto się skupić. :)
Dlatego poniżej przedstawię kilka propozycji zapachów, które uważam za spełniające powyższe kryteria. Podzieliłam je dzieła głównego nurtu, dostępne bez problemu bodaj w każdym większym mieście oraz prawdziwe olfaktoryczne termofory, rozgrzewające równie dobrze, jak polar, wełna, termofor oraz herbatka z prądem naraz. ;)
Uwaga! Są to wyłącznie moje propozycje, wybrane przeze mnie a więc chcąc nie chcąc przefiltrowane przez subiektywną interpretację tematu. Potraktujcie je zatem jako wskazówkę, czego mniej więcej szukać w sklepach lub o co dyskretnie podpytać bliskich. Czujcie się swobodnie dodając, odejmując czy podmieniając kolejne przykłady.
W kolejności od góry i od lewej do prawej ilustracja przedstawia:
Narciso od Narciso Rodrigueza - oddala ponure myśli i rozświetla pochmurne dni, jak na jasne, nowoczesne i lekkie pachnidło kwiatowo-piżmowe przystało. :) Plus lekka drzewna zadowoli koneserów. Idealne, dyskretne tło codzienności osób, dla których szklanka jest zawsze w połowie pełna. Więcej szczegółów znajdziecie TUTAJ.
Aventus od Creed - choć tej marki w najpopularniejszych polskich perfumeriach nie uświadczymy, jest jednak na tyle znana, że trafiła do tej właśnie części zestawienia. W którym Aventus po prostu musiał się znaleźć. :) Jak mogłabym pominąć pachnidło wzbudzające zachwyt większości mężczyzn (i przychylność większości kobiet), którzy się z nim zetknęli? Wyraziste ale stonowane, uniwersalne, ciekawe i zwyczajnie ładne. Dla każdego. TU kilka słów więcej.
Amarige od Givenchy - śliczny, bogaty klasyk z dominującą nutą kwiatu pomarańczy. Dla dwustuprocentowych kobiet, o czym wspominałam chociażby TUTAJ.
Lys Soleia od Guerlain - lekka, żywa, świeża lilia; prowokacyjnie wiosenna. ;) Zimą odważna i nieco kontrowersyjna; może funkcjonować jako zapach dla eleganckich morsek (albo morsów). ;) TUTAJ opis trochę bardziej szczegółowy.
l'Ambre des Merveilles od Hermèsa - wspominany niedawno na łamach Pracowni Jean-Claude Ellena w wyjątkowo dobrej formie. :P Stworzył w niej zapach sympatyczny, złocisty, nienachalnie słodki, ambrowo-waniliowy z głęboką, nieco ciemniejszą bazą; ciepły i przytulny a jednocześnie elegancki. W sam raz dla romantyków twardo stąpających po ziemi. ;)
Shalimar od Guerlain - ach, Shalimar! Absolutna legenda, wiecznie żywa mimo kolejnych liftingów zawartości słynnego flakonu. Swego czasu prawzór nowoczesnego orientala a współcześnie dzieło w sam raz dla miłośników kaszmiru i aksamitu, wanilii oraz drzewnej ambrowości, mitologii oraz dawnych legend. Rozgrzewający endorfinowy zastrzyk w sam raz dla osób "odważnych, niebanalnych i efektownych", jak lata temu stwierdziłam w TEJ recenzji [? Wtedy właściwie nie pisałam jeszcze recenzji, raczej nasączone emocjami relacje z użytkowania]. Znakomity w wydaniach klasycznych oraz we flankerach, na przykład wszystkich Waniliowych.
Oud Wood od Toma Forda - głębia i szyk słynnej arabskiej wonności w towarzystwie chłodnego kardamonu. Wymarzony zapach dla ludzi stanowczych, w życiu kierujących się twardymi regułami; może własnymi ale twardymi. ;) Po konkrety zapraszam TU.
la Vie est Belle od Lancôme - kiedyś nie wyraziłam się o nim zbyt pochlebnie; na swoje usprawiedliwienie mam jedynie mało sprzyjającą porę testu. Ponieważ to nie jest zapach na upały; najpiękniej rozkwita na mrozie, ogrzewa swoją kwiatową cukrowością, poi sokiem z gruszki. Może ucieszyć osoby ceniące perfumy nowocześnie słodkie.
Alien Essence Absolue od Thierry'ego Muglera - cudowna wariacja na temat muglerowskiego jaśminu, pogłębiona i rozzłocona ambrą. Energiczna, zwracająca uwagę, bezpretensjonalna w swojej radości. TUTAJ kilka zdań więcej. :D
Black Orchid od Toma Forda - zdumiewająca klasyka z początków XXI wieku. Tak nasze czasy zwykły wyobrażać sobie zapachy szyprowe, twórczo złożone z kontrastów pomiędzy zmysłowością lejącej się, stopnionej ciemnej czekolady a suchym, truflowym pudrem z miękko-słodkimi kwiatami na drugim planie. Prześliczne, esencjonalne, nieco kontrowersyjne - dla osoby, która lubi być zauważana. :)
So Elixir od Yves Rocher - różowe, proste, uśmiechnięte. Kolejna wersja słodkiego, mieniącego się paczuli jako godne uzupełnienie dla ciepłego swetra i kubka gorącej czekolady z cynamonem. TU znajdziecie porównanie między wodą toaletową a wodą perfumowaną So Elixir.
Angel od Thierry'ego Muglera - kolejny niezaprzeczalny klasyk, dodatkowo otoczony nimbem perfum kontrowersyjnych; albo się je kocha, albo nienawidzi. Lecz jeżeli znacie jakąś ich zdeklarowaną miłośniczkę, w tym jednym przypadku śmiało możecie kupić jej kolejny flakon; fanom Anioła gwiazdek nigdy dosyć! ;) Mężczyznę rozkochanego w tej wodzie tez obdarujcie bez lęku - dziś to już bardziej uniseks. Jeżeli jesteście ciekawi mojej szczegółowej opinii o pachnidle, zajrzyjcie TU.
A*Men od Thierry'ego Muglera - męska wersja Aniołka, za Atlantykiem znana jako Angel Man. Paczuli w objęciach palonego cukru i ciemnych nut drzewnych, z dużą dawką kawy rozpuszczalnej w tle. Przede wszystkim dla miłośników. O tym, jak układa się na damskiej skórze, przeczytacie pod TYM linkiem.
Giordani Gold od Oriflame - wieloletni zasłużony bestseller marki. Cytrusy, kwiaty i piżmo dla osób eleganckich ale jednocześnie ciepłych. Swoją opinię o wodzie wyraziłam TU.
Man in Black od Bulgari - tak! Ciepła, wytrawna męska zmysłowość, zamknięta w ślicznym czarnym flakonie. Rum, skóra, przyprawy i tytoń z intrygującym tuberozowym kontrapunktem: oto stuprocentowy mężczyzna, który nie boi się żeńskiego pierwiastka swojej duszy ale potrafi z nim współpracować. Muszę opisać te perfumy.
Hommage à l'Homme od Lalique - bezpieczny, nowoczesny typ dla dżentelmena młodego ciałem albo duchem. Perfumy zauważalne ale dyskretne. TUTAJ trochę więcej informacji.
Encre Noire od Lalique - propozycja nieco kontrowersyjna z zimowego punktu widzenia, zważywszy na jej chłód i przestrzenność. Jeżeli jednak znacie mężczyznę trochę surowego a przy tym lubiącego prowokować, możecie zaproponować mu właśnie te perfumy. O tym, dlaczego, przeczytacie TU.
Sir Avebury od Oriflame - największa zapachowa niespodzianka zeszłego roku! Mieszanka miękka, cielesna, przyjazna, oparta o nuty labdanum, kardamonu oraz egzotycznych drzew. Kosmos dla młodego podróżnika! :)
Eau de Baux od L'Occitane en Provence - słodki, nieco pyłkowy las. Bezpieczny zapach na co dzień i od święta. Dla mężczyzny, którego zwyczajnie lubimy.
Natomiast w kategorii nieprzyzwoitych rozgrzewaczy wygrywają następujące kompozycje:
...podobnie jak poprzednio, wymieniane od góry i od lewej.
Ambra Tibet od Avy Luxe - dzieło tak słodkie, ciepłe i sympatyczne, jakbyśmy własnie odwiedzili zaplecze jakiejś bardzo przyjemnej małej cukierni, rozgrzane ciepłem kuchenek i piekarników. Do tego całe mnóstwo zmysłowego piżma i w mroźny poranek człowiek od razu czuje się raźniej! :) TUTAJ o pachnidle caaałe trzy zdania. ;)
Black Saffron od Byredo - szafran w perfumowym wcieleniu znakomicie rozgrzewa ciało oraz poprawia nastrój. Kiedy jeszcze dodamy do niego letnie maliny, eteryczne róże oraz ambrę, wtedy żadna ponura pogoda nam nie zagrozi. :) TU bardziej szczegółowa relacja z testów.
La Liturgie des Heures od Jovoy - kadzidlane perfumy dla miłośników rekonstrukcji historycznych. ;) Dlatego, że tak zapewne musiały pachnieć kościoły Europy jeszcze przed Reformacją. Jednocześnie wzniośle i bardzo przyziemnie. TUTAJ znajdziecie dowód na średniowieczne konotacje mieszanki. ;)
Enchanted Forest od The Vagabond Prince - wybór trochę prowokacyjny, bo chłodny i raczej letni ale, kurczę!, kto powiedział, że zimą soczystość zapachu czarnej porzeczki nie może być atrakcyjna?! ) Dla fanów rzeczonego owocu ale i dla osób nie bojących się pachnieć czymś bardzo nie-perfumeryjnym. TU znajdziecie opis.
Idole od Lubin - dla kogoś, kto w Święta lubi... zabalować. ;) Mnóstwo rumu a do niego heban, przyprawy, pomarańcza i ogólna egzotyka w stylu okołokaraibskim. Wspaniały, cudowny, rozgrzewający zapach! TU dowiecie się, dlaczego jeszcze warto po niego sięgnąć.
Bal à Versailles od Jeana Desprez - pachnidło w starym stylu, dla odważnych, nie bojących się prowokowania otoczenia wonią nieświeżości. Bo mało co rozgrzewa ciało i umysł tak sprawnie, jak taneczne szaleństwa! :) TUTAJ przeczytacie, o co właściwie chodzi.
Saffron Rose od Grossmith - kolejny szafran w zestawieniu, tym razem głębszy, bardziej zadziorny, cielesny.Wymarzony zastrzyk energetyczny na ponure dni. TUTAJ recenzja.
Winter Woods od Sonoma Scent Studio - spacer po zimowym lesiepotrafi jednocześnie zachwycić i zdrowo zmęczyć. W Winter Woods można odnaleźć te cechy, reprezentowane kolejno przez nuty drzewne oraz teoretyczne zwierzęce, zmysłowe (które pachną jak zdrowe ciało po wzmożonym wysiłku). TUTAJ szczegóły.
Rock Crystal od Oliviera Durbano - kadzidło czyste, idealne, totalne. Absolutny wzorzec kadzidlanej doskonałości. TU kilka zdań więcej.
La Fumée od Miller Harris - i znowu kadzidło, tym razem bardziej "niegrzeczne", intensywnie wibrujące, mocne, gęste. Czynnik ludzki bardzo wyraźny. ;) Idealne, jeżeli podoba Wam się zapach kościołów ale nie przepadacie za chodzeniem do nich. TUTAJ recenzja, jeszcze świeżutka.
φ une Rose de Kandahar od Tauer Perfumes - róża dodające energii to coś pięknego, szczególnie jeżeli obuduje się ją tytoniem, nutami przypraw oraz miękką, niejadalną słodyczą. Fi to zapach w sam raz dla osoby bardzo efektownej. Recenzja czeka pod TYM linkiem.
Botrytis od Ginestet - perfumy będące typową guilty pleasure, absolutnie hedonistyczne i bezpretensjonalne. Dla jednych miód z przyprawami, dla innych piernik z owocami, na pewno mnóstwo łakoci i niwelującego wszelkie smutki beztroskiego ciepełka kalorii. ;) TUTAJ znajdziecie opis nieco bardziej złożony.
Ambre Sultan od Serge'a Lutensa - jedna z legend niszowego perfumiarstwa, ambra potężna, ciemna i pikantna. Całe mnóstwo przypraw oraz żywic, do których uniesienia potrzeba nie lada siły psychicznej (a czasem też mocnej głowy). Wspaniałe, zdecydowane, piękne choć jednocześnie niebezpieczne; jak ogrzewanie zziębniętych dłoni nad żywym ogniem.
Oto propozycje które przyszły mi na myśl w pierwszej chwili. Dla Was, Waszych bliskich, dla kogo zechcecie. Natomiast jeżeli chodzi o mnie, o moje własne Boże Narodzenie...
Po raz trzeci zastosowałam tradycyjną kolejność wymieniania:
Noël au Balcon od État Libre d'Orange - dżem morelowy z dodatkiem mieszanki przypraw do piernika. Słodko ale nie mdło.
Messe de Minuit od Etro - bo Wigilia bez Pasterki jest jak maj bez majówki. ;) Czyli: da się przeżyć, wielu od lat pomija ją w swoich planach i ma się świetnie ale jednak wpisuje się ona w niepowtarzalny klimat uroczystości. Ten konkretny zapach to kolejne kadzidło w zestawieniu, klasyczne, kościelne i urocze. TU krótka opinia na temat zapachu.
Délice d'Épices?!... od Niny Ricci - wycofana z produkcji, praktycznie już nie do kupienia mieszanka słodkości owocowo-deserowych z intrygującą, korzenną nutą, wanilią i jaśminem. Pełna niewymuszonego, dziewczęcego wdzięku. A o szczegółach przeczytacie TUTAJ.
Winter Délice od Guerlain - kolejny klasyk z wyjątkowo krótkiej serii guerlainowskiej linii Aqua Allegoria, niemożliwy już do zdobycia. Szkoda, bo to pachnidło absolutnie wyjątkowe: z porażającą dosłownością odwzorowujące aromat broczącego żywicą lasu iglastego, z którego jedno drzewko trafiło właśnie do czyjegoś domu, stając się choinką. I teraz otaczają je zapachy pieczonych ciast i deserów: cukru, wanilii, marcepanu... Bajeczne perfumy, działające na wyobraźnię każdego, kto miał okazję się z nimi zetknąć i nawet w największym ponuraku przywracające wiarę w magię Świąt. :) Moja recenzja kryje się TU.
Poire Caramel od Yves Rocher - tegoroczna limitowanka sklepu. Słodziutki sok gruszkowy, stopniowo przechodzący w pyłek i unurzany w jeszcze większej słodkości stopionego cukru. Dla fanów łasowania to może być całkiem ciekawa propozycja. ;)
Nuit de Noël od Caron - ktoś kiedyś określił te perfumy mianem "seksu w noc Bożego Narodzenia" i to skojarzenie łatwo zapadło w moją pamięć. Jest bardzo trafne: przecież akurat tę noc zwykliśmy spędzać z ukochaną osobą, stąd skojarzenie jej z aromatem delikatnym i czułym a jednocześnie dusznym dzięki egzotycznym kwiatom i coraz bardziej gorącym od przypraw, mchem dębowym przywołującym suchość w ustach i natychmiast uśmierzającym ją obłędną cielesno-drzewną zmysłowością, wydaje się bardziej, niż trafne. Nuit de Noël z pewnością zasługuje na własną recenzję; kiedyś ją napiszę.
Jubilation XXV od Amouage - pokłon trzech króli odwzorowany z typowo wschodnim przepychem: żywicami, drzazgami cennych drzew, dziką kurzawą przypraw, kadzidłem snującym się po skórze oraz wyrazistością zapachu ludzkiego ciała. Złoto, kadzidło i mirra, opisane chociażby TU.
Wild Tobacco od Iluminum - w Boże Narodzenie moim prywatnym Kevinem samym w domu staje się seans jacksonowskiego Władcy Pierścieni (teraz też i Hobbita). Więc jakie inne perfumy będą pasowały do tego dnia bardziej, niż fascynująca wariacja na temat zielonego, iskrzącego się, oblędnie aromatycznego i suchego tytoniu? :) Jeżeli natomiast jesteście ciekawi kilku słow bardziej konkretnego opisu, zajrzyjcie TUTAJ.
Bent Al Ezz Hanah od Rasasi - bo w Święta dobrze jest być po prostu sobą, spojrzeć we własną przeszłość, żeby potem śmiało pójść w przyszłość. O co chodzi? Przeczytacie TU.
Elf-Fulfilling Prophecy od Smell Bent - zabawna gra słów z tytułu, jedną literką zmieniająca ponury fatalizm w beztroski żart, znalazła odzwierciedlenie w zawartości flakonu [posiadam nie-olejkową wersję zapachu, we flakoniku z atomizerem, niestety najwyraźniej nieobfotografowaną w internecie]. Dla niektórych przypominającą woń świeżo upieczonych pierniczków, mnie kojarzącą się raczej z bardzo, bardzo korzenną szarlotką, podawaną w towarzystwie kleksa ubitej śmietany. W każdym razie jest deserowo i przyprawowo, wyraziście i radośnie. Perfumy jak promienny uśmiech. :)
___
Dziś noszę Light My Fire do Kiliana, za to wczoraj była Elf-Fulfilling Prophecy. No co, w końcu szósty grudnia! ;)
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.christianstoday.org/the-christmas-and-gifts-giving/
2. http://freakdeluxe.co.uk/perfect-perfumes-christmas/
3.-5. są mojego autorstwa, stworzone w oparciu o grafiki promocyjne danych perfum.
piątek, 5 grudnia 2014
Wonności królowej Saby
Dziś w ramach z cyklu: "z zapachowego sztambucha wiedźmy" kolejna krótka recenzja perfum, które przy moim obecnym rozkładzie dnia pewnie nigdy nie doczekałyby się pełnego opisu. A ślad na blogu zostawić muszą, tak są świetne. :)
A dokładniej: rewelacyjne, fantastyczne, orgazmiczne i wyjątkowe! :D Właśnie tak myślę o La Fumée, dymie płci żeńskiej, wyprodukowanym przez Miller Harris.
Nie warto jednak przykładać zbytniej wagi do nazwy pachnidła, które w istocie jest nie tylko doskonale wyważonym uniseksem a i dymi w sposób miły nosom perfumomaniaków, bo niszowo i kadzidlanie, rozsnuwając tłuste, wonne opary popielatych smug kadzidła na całe pomieszczenia, niezależnie od ich wielkości. :)
Jest w La Fumée głębia nut drzewnych, podkreślana równie dobrze przez krągłą delikatność sandałowca i świeżą cierpkość brzeziny. Jest gorycz elemi, każąca myśleć o historyzujących obrazach zachodnich malarzy orientalistów, o mitologiach i historiach biblijnych w ich interpretacji. Jest ciemna i gorąca chmura przypraw (kmin, kardamon, kolendra, gałka muszkatołowa, pieprz), zebrana w całość przez gęste opary olibanum, równoważonego rumiankiem w stylu znanym choćby z Cardinala Heeleya. Jest w końcu labdanum: potężne, złociste, lejące się, z czasem ewoluujące w lekko słodką, nasyconą ambrę.
Jest wszystko, czego trzeba, aby perfumy wprawiły mnie w stan permanentnego zachwytu, skutkującego słowotokiem i zaczadzeniem emocjonalnym. ;) A nawet więcej: w La Fumée bowiem nie brakuje Opowieści. Przecież nie inaczej, jak w jej oparach przybyła do biblijnego króla Salomona równie biblijna królowa Saby. Tę historię zostawię jednak niedopowiedzianą. Wraz z afrykańską pięknością zatrzymując się u stóp tronu króla-poety.
Czy ich losy potoczyły się tak, jak chce Biblia?
Podejrzewam, że nie do końca; o tym jednak opowiem Wam innym razem. :)
Rok produkcji i nos: 2011, Lyn Harris
Przeznaczenie: jak wspomniała, jest to uniseks z samego środka skali, idealny dla miłośników kadzideł, drzew i labdanum, choć reszcie również może przypaść do gustu.
Trzyma się blisko skóry ale tak w promieniu trzech czy czterech centymetrów od niej pierwsze fazy La Fumée tworzą gęstą, ochronną warstwę skoncentrwanego zapachu o niemal zeskorupiałej, kryształkowej strukturze (coś jak sól na brzegach Morza Martwego).
Na okazje, jakie tylko wpadną Wam do głowy. :) Na dzień i na wieczór, do znajomych, do teściów i przed telewizor, na zakupy oraz do kina. Tylko z łóżkiem bym się wstrzymała [szczególnie, jeżeli zamierzacie położyć się doń z kimś niezbyt obeznanym z Waszym gustem perfumowym :) ].
Trwałość: w granicach siedmiu godzin wyraźnej projekcji oraz dalszych dwóch czy trzech zanikania.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)
Skład:
Nuta głowy: kadzidło frankońskie, lawenda, elemi
Nuta serca: geranium, nasiona kolendry, kardamon, kmin rzymski, rumianek
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, drewno brzozowe, cade (czyli kłujący jałowiec), labdanum, ambra
___
Dziś Maila marki Syed Junaid Alam.
P.S.
Pierwsza ilustracja przedstawia Wizytę królowej Saby u króla Salomona pędzla Brytyjczyka nazwiskiem Edward Poynter. Grafikę zaczerpnęłam STĄD.
A dokładniej: rewelacyjne, fantastyczne, orgazmiczne i wyjątkowe! :D Właśnie tak myślę o La Fumée, dymie płci żeńskiej, wyprodukowanym przez Miller Harris.
Nie warto jednak przykładać zbytniej wagi do nazwy pachnidła, które w istocie jest nie tylko doskonale wyważonym uniseksem a i dymi w sposób miły nosom perfumomaniaków, bo niszowo i kadzidlanie, rozsnuwając tłuste, wonne opary popielatych smug kadzidła na całe pomieszczenia, niezależnie od ich wielkości. :)
Jest w La Fumée głębia nut drzewnych, podkreślana równie dobrze przez krągłą delikatność sandałowca i świeżą cierpkość brzeziny. Jest gorycz elemi, każąca myśleć o historyzujących obrazach zachodnich malarzy orientalistów, o mitologiach i historiach biblijnych w ich interpretacji. Jest ciemna i gorąca chmura przypraw (kmin, kardamon, kolendra, gałka muszkatołowa, pieprz), zebrana w całość przez gęste opary olibanum, równoważonego rumiankiem w stylu znanym choćby z Cardinala Heeleya. Jest w końcu labdanum: potężne, złociste, lejące się, z czasem ewoluujące w lekko słodką, nasyconą ambrę.
Jest wszystko, czego trzeba, aby perfumy wprawiły mnie w stan permanentnego zachwytu, skutkującego słowotokiem i zaczadzeniem emocjonalnym. ;) A nawet więcej: w La Fumée bowiem nie brakuje Opowieści. Przecież nie inaczej, jak w jej oparach przybyła do biblijnego króla Salomona równie biblijna królowa Saby. Tę historię zostawię jednak niedopowiedzianą. Wraz z afrykańską pięknością zatrzymując się u stóp tronu króla-poety.
Czy ich losy potoczyły się tak, jak chce Biblia?
Podejrzewam, że nie do końca; o tym jednak opowiem Wam innym razem. :)
Rok produkcji i nos: 2011, Lyn Harris
Przeznaczenie: jak wspomniała, jest to uniseks z samego środka skali, idealny dla miłośników kadzideł, drzew i labdanum, choć reszcie również może przypaść do gustu.
Trzyma się blisko skóry ale tak w promieniu trzech czy czterech centymetrów od niej pierwsze fazy La Fumée tworzą gęstą, ochronną warstwę skoncentrwanego zapachu o niemal zeskorupiałej, kryształkowej strukturze (coś jak sól na brzegach Morza Martwego).
Na okazje, jakie tylko wpadną Wam do głowy. :) Na dzień i na wieczór, do znajomych, do teściów i przed telewizor, na zakupy oraz do kina. Tylko z łóżkiem bym się wstrzymała [szczególnie, jeżeli zamierzacie położyć się doń z kimś niezbyt obeznanym z Waszym gustem perfumowym :) ].
Trwałość: w granicach siedmiu godzin wyraźnej projekcji oraz dalszych dwóch czy trzech zanikania.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)
Skład:
Nuta głowy: kadzidło frankońskie, lawenda, elemi
Nuta serca: geranium, nasiona kolendry, kardamon, kmin rzymski, rumianek
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, drewno brzozowe, cade (czyli kłujący jałowiec), labdanum, ambra
___
Dziś Maila marki Syed Junaid Alam.
P.S.
Pierwsza ilustracja przedstawia Wizytę królowej Saby u króla Salomona pędzla Brytyjczyka nazwiskiem Edward Poynter. Grafikę zaczerpnęłam STĄD.
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
Miller Harris,
orientalne,
perfumy,
Poczet Wiedźm Świata
wtorek, 2 grudnia 2014
Zbrodnia w Downton Abbey
Obejrzałam dwie pierwsze serie Downton Abbey (i jeden odcinek świąteczny), przy trzeciej odpadłam po bodaj trzech odcinkach. Zamuliła mnie cukierkowość serialu, tych angielsko-arystokratycznych Forresterów czy innych Carringtonów [kto dziś ich jeszcze pamięta?]; do tego stopnia, że pozwoliłam serii czwartej spokojnie przepłynąć gdzieś obok mnie. Zaległości nadrabiać nie zamierzam.
Skłamałabym jednak twierdząc, że postaci cyklu nie zapadły mi w pamięć, że czasem za nimi nie tęsknię. Bo przecież czym byłaby współczesna telewizja bez hrabiny wdowy o twarzy, głosie i spojrzeniu Maggie Smith? Kiedy indziej natomiast, oglądając jakiś starszy fabularyzowany dokument o najsłynniejszym wybuchu Wezuwiusza, na widok jednego z - jak głosiła narracja z offu - najpotężniejszych pompejańskich patrycjuszy zdumiona krzyknęłam: "Carson!" i taka już zostałam, z nieoczekiwaną frajdą spoglądając w ekran, na którym istotnie rozgościł się Jim Carter. ;)
No i jest jeszcze Thomas, najniegodziwszy lokaj świata seriali, istny mistrz zbrodni na miarę jorkszyrskiej wsi. :] A jednocześnie pechowy gej, który wiecznie lokuje uczucia w niewłaściwych osobach. I to już od pierwszego odcinka cyklu.
Sami powiedzcie, jak go tu nie uwielbiać? :D
Nawiązanie do pierwszych odcinków serii nie jest z mojej strony przypadkowe. Ostatecznie to właśnie wtedy w murach Opactwa D. pojawiła się osoba, której wspomnienie pchnęło mnie do napisania recenzji pewnego pachnidła.
Pamiętacie tureckiego dyplomatę, który przybył do domu naszych bohaterów wiosną roku 1913? Tego, który (UWAGA, SPOJLER!) umarł w łóżku lady Mary (KONIEC SPOJLERU)? Wcześniej nieopatrznie, bo jak inaczej, odrzucając awanse Thomasa? Jestem niemal pewna, że facet ze swoich rodzinnych stron przywiózł perfumy pachnące bardzo ale to bardzo podobne do Black Line marki Mancera. :>
I gdyby tym oto zapachem nie rozzłościł przydzielonego mu lokaja, (SPOJLER!) pewnie żyłby aż po dziś dzień (KONIEC SPOJLERU). ;) Zawsze byłam zdania, że perfumy i namiętności mają na siebie ogromny wpływ - wystarczy ustalić, jaki.
W tym konkretnym przypadku nie ulega wątpliwości, że zirytowany nijakością Black Line Thomas niechybnie uznał, iż za podwójny brak gustu ślicznemu emisariuszowi o wybitnie nietureckiej urodzie należy się kara. ;> Jako doświadczony spiskowiec i łajdak z pewnością umiałby załatwić sprawę skutecznie. Gdybym była sędziną, to w zaprezentowanych okolicznościach uniewinniłabym służącego.
Black Line bowiem nie jest brzydkie. Przeciwnie, to całkiem przyjemne, oudowo-ambrowo-drzewne stworzonko, z różą o ciele niemal ludzkim oraz żywszym twistem ze skóry i pikantnych przypraw gdzieś na styku między głową a sercem. Problem w tym, że jest strasznie, strasznie nudne.
Nudne jak jasny gwint. Przewidywalne jak dylematy sercowe sióstr Crawley. Rozwleczone ponad wszelką przyzwoitość jak wątek Anny i Batesa. A przede wszystkim - tanie; kilka ukręconych bez pomysłu składników zlepia się w całość, za którą mogłabym zapłacić góra sto złotych, nie zaś przeszło sześciokrotność tej kwoty.
Naturalnym środowiskiem omawianego soczku winna być arabska perfumeria z olejkami i attarami na mililitry ale nie super-hiper elitarna nisza. I Thomas musiał o tym wiedzieć. Pytanie tylko, skąd? ;>
Rok produkcji i nos: 2013, mityczny Pierre Mancera
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dla miłośników perfum arabskich, którzy lubią przepłacać. ;P A poważnie to.. trudno powiedzieć mi, dla kogo. Na pewno testy polecałabym osobom, które miały już okazję przetestować co najmniej kilka pachnideł tego typu. Co wiem na pewno, to fakt słabej mocy Black Line, z początku układającego się w gęstą i wąską aurę, później wręcz przyspawanego do ciała nosiciela bądź nosicielki.
Na wszystkie okazje, pory dnia i roku; jak wiele innych przykładów co bardziej spokojnych perfum odRasasi. Wróć: od Arabian Oud, yyy... Ajmala, tego, eee... Mancery. :D
Trwałość: około pięciu-sześciu godzin wyczuwalnego trwania i dalszych parę na wykończeniu
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: przyprawy
Nuta serca: róża, paczuli, skóra, akord ambrowy
Nuta bazy: białe piżmo, drewno gwajakowe, drewno sandałowe
___
Dziś Lys Noir od Isabey.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.argenteam.net/episode/39780/Downton.Abbey.(2010).S01E03-Episode.Three
Skłamałabym jednak twierdząc, że postaci cyklu nie zapadły mi w pamięć, że czasem za nimi nie tęsknię. Bo przecież czym byłaby współczesna telewizja bez hrabiny wdowy o twarzy, głosie i spojrzeniu Maggie Smith? Kiedy indziej natomiast, oglądając jakiś starszy fabularyzowany dokument o najsłynniejszym wybuchu Wezuwiusza, na widok jednego z - jak głosiła narracja z offu - najpotężniejszych pompejańskich patrycjuszy zdumiona krzyknęłam: "Carson!" i taka już zostałam, z nieoczekiwaną frajdą spoglądając w ekran, na którym istotnie rozgościł się Jim Carter. ;)
No i jest jeszcze Thomas, najniegodziwszy lokaj świata seriali, istny mistrz zbrodni na miarę jorkszyrskiej wsi. :] A jednocześnie pechowy gej, który wiecznie lokuje uczucia w niewłaściwych osobach. I to już od pierwszego odcinka cyklu.
Sami powiedzcie, jak go tu nie uwielbiać? :D
Nawiązanie do pierwszych odcinków serii nie jest z mojej strony przypadkowe. Ostatecznie to właśnie wtedy w murach Opactwa D. pojawiła się osoba, której wspomnienie pchnęło mnie do napisania recenzji pewnego pachnidła.
Pamiętacie tureckiego dyplomatę, który przybył do domu naszych bohaterów wiosną roku 1913? Tego, który (UWAGA, SPOJLER!) umarł w łóżku lady Mary (KONIEC SPOJLERU)? Wcześniej nieopatrznie, bo jak inaczej, odrzucając awanse Thomasa? Jestem niemal pewna, że facet ze swoich rodzinnych stron przywiózł perfumy pachnące bardzo ale to bardzo podobne do Black Line marki Mancera. :>
I gdyby tym oto zapachem nie rozzłościł przydzielonego mu lokaja, (SPOJLER!) pewnie żyłby aż po dziś dzień (KONIEC SPOJLERU). ;) Zawsze byłam zdania, że perfumy i namiętności mają na siebie ogromny wpływ - wystarczy ustalić, jaki.
W tym konkretnym przypadku nie ulega wątpliwości, że zirytowany nijakością Black Line Thomas niechybnie uznał, iż za podwójny brak gustu ślicznemu emisariuszowi o wybitnie nietureckiej urodzie należy się kara. ;> Jako doświadczony spiskowiec i łajdak z pewnością umiałby załatwić sprawę skutecznie. Gdybym była sędziną, to w zaprezentowanych okolicznościach uniewinniłabym służącego.
Black Line bowiem nie jest brzydkie. Przeciwnie, to całkiem przyjemne, oudowo-ambrowo-drzewne stworzonko, z różą o ciele niemal ludzkim oraz żywszym twistem ze skóry i pikantnych przypraw gdzieś na styku między głową a sercem. Problem w tym, że jest strasznie, strasznie nudne.
Nudne jak jasny gwint. Przewidywalne jak dylematy sercowe sióstr Crawley. Rozwleczone ponad wszelką przyzwoitość jak wątek Anny i Batesa. A przede wszystkim - tanie; kilka ukręconych bez pomysłu składników zlepia się w całość, za którą mogłabym zapłacić góra sto złotych, nie zaś przeszło sześciokrotność tej kwoty.
Naturalnym środowiskiem omawianego soczku winna być arabska perfumeria z olejkami i attarami na mililitry ale nie super-hiper elitarna nisza. I Thomas musiał o tym wiedzieć. Pytanie tylko, skąd? ;>
Rok produkcji i nos: 2013, mityczny Pierre Mancera
Przeznaczenie: zapach uniseksualny, dla miłośników perfum arabskich, którzy lubią przepłacać. ;P A poważnie to.. trudno powiedzieć mi, dla kogo. Na pewno testy polecałabym osobom, które miały już okazję przetestować co najmniej kilka pachnideł tego typu. Co wiem na pewno, to fakt słabej mocy Black Line, z początku układającego się w gęstą i wąską aurę, później wręcz przyspawanego do ciała nosiciela bądź nosicielki.
Na wszystkie okazje, pory dnia i roku; jak wiele innych przykładów co bardziej spokojnych perfum od
Trwałość: około pięciu-sześciu godzin wyczuwalnego trwania i dalszych parę na wykończeniu
Grupa olfaktoryczna: orientalno-drzewna
Skład:
Nuta głowy: przyprawy
Nuta serca: róża, paczuli, skóra, akord ambrowy
Nuta bazy: białe piżmo, drewno gwajakowe, drewno sandałowe
___
Dziś Lys Noir od Isabey.
P.S.
Pierwsza ilustracja pochodzi z http://www.argenteam.net/episode/39780/Downton.Abbey.(2010).S01E03-Episode.Three
Etykiety:
drzewne,
Mancera,
orientalne,
perfumy
niedziela, 30 listopada 2014
Szklany dom w Grasse, czyli biały chleb i czerwone wino
Najprostszy, najmniej skomplikowany, najbardziej sycący, pełnowartościowy oraz pyszny posiłek - jaki to?
Dzięki życiu w kręgu kultury zachodniej, jedną nogą wyrosłej z grecko-rzymskiego antyku, drugą natomiast spomiędzy wierzeń semickich ludów Bliskiego Wschodu - w każdym razie konsekwentnie z ciepłych okolic basenu Morza Śródziemnego - mamy w głowie jego uniwersalny, niemożliwy do podważenia wzór, na który składają się naturalne pieczywo, sery, wędliny, oliwa, owoce, orzechy i wino.
Gdyby mieszkali w Stanach Zjednoczonych, z pewnością nieporównanie wyżej stawialiby chleb robiony w wielkich, przemysłowych piekarniach, znacznie bardziej sterylnych niż domowe kuchnie i o piecach, których wysokie temperatury praktycznie wyrzynają w pień kolonie bakterii (w odróżnieniu od rachitycznych domowych piekarników). Chleb z fabryk pożywienia gwarantował także brak różnych niepożądanych wkładów jak kreda czy ałun, stosowanych ponoć powszechnie przez małe rodzinne piekarenki. Dlatego pewnie z zadowoleniem wcinaliby pieczywo produkowane w dziesiątkach tysięcy identycznych egzemplarzy, faszerowane różnymi "witaminkami" i polepszaczami, podnoszącymi ciasto bezpieczniej, niż jakieś drożdże (grzyb! bakterie!) albo zakwas (jeszcze więcej bakterii!).
A może wcale nie? Może nie byliby aż takimi radykałami? Mam nadzieję że nie, ponieważ dawno udowodniono powiązania amerykańskich kampanii promocyjnych białego chleba z poglądami rasistowskimi orędowników tegoż [“Biała mąka, czerwone mięso i błękitna krew składają się na trójkolorową flagę podboju", jak stwierdził pewien tamtejszy fanatyk w początkach XX stulecia]. Na szczęście jednak jest to problem czysto hipotetyczny, ponieważ w Polsce międzywojennej takich właśnie, wielkich przemysłowych piekarni po prostu nie było. Przynajmniej byliśmy - i wciąż jesteśmy - zdrowsi.
Pęd do utrzymania arcywysokiej higieny okazał się bowiem zgubny. Dziś wiemy, że wyrugowanie z naszej diety mąki pełnoziarnistej a ograniczanie się do spożywania pieczywa z samej pszenicy tudzież pszenicy i żyta, w znacznej mierze przyczyniły się do powstania najboleśniejszych współcześnie chorób cywilizacyjnych. Cukrzyca i otyłość to w linii prostej potomkowie uprzemysłowionej produkcji żywności (o czym jej zwolennicy wiedzieli od samego początku ale mieli głęboko w czterech literach); także choroby układu pokarmowego i tarczycy ulegają pogłębieniu, jeżeli ich leczeniu nie towarzyszy dieta minimalizująca spożycie białego, glutenowego pieczywa. Coraz więcej dzieci rodzi się z celiakią, chorobą niebezpieczną nawet wówczas, kiedy podczas przygotowywania bezglutenowego posiłku skorzysta się z noża i deski do krojenia, które wcześniej miały do czynienia z "normalnym" chlebem.
Tych wszystkich schorzeń nie byłoby, gdyby nie zaślepienie naszych przodków bielą, higieną i lekkością. Nie w takiej skali, z jaką musimy mierzyć się obecnie - i która wciąż rośnie.
Kiedy pieczywo przygotowało korzystny grunt zmianom w diecie członków zachodniej cywilizacji, śmiało mogły zmieniać się również i inne dziedziny sztuki kulinarnej, również te o wielowiekowej tradycji. Także winiarstwo.
A przy okazji cały świat, w tym oczywiście środowisko sponsorów, twórców i użytkowników perfum.
Na razie jednak zostańmy przy winie. Dlaczego?
Bo przykład pewnego enologicznego terminu pokaże nam, w którym kierunku podążył świat węchowych gustów współczesnego człowieka i dlaczego są to zdradliwe, niebezpieczne, paskudne manowce. ;) Niemal olfaktoryczny Mordor, przynajmniej dla mnie.
Wiadomo, że w bukiecie wina można wyczuć najdziwniejsze zapachy, często teoretycznie od pomienionego trunku jak najdalsze: od ziaren kakaowca przez róże czy cenne żywice po śmietankę, ser pleśniowy, stare skarpetki i obornik. Z czego pierwsze są przyjemne ale trzy (a na pewno dwa) ostatnie już niekoniecznie. :D Były jednak oczywistą częścią składową woni wina i, jako takie, akceptowano je.
Sądzono, że wszystkie wywodzą się z ziemi, na której leży winnica. Uważano, że bez akordów kompostu czy zwierzęcej sierści najlepsze medoki, burgundy czy cabernets sauvignons z francuskich apelacji nie mają racji bytu. Tylko jak podobne wonie wyglądają na tle tych wszystkich czystości i lekkości? Są niemodne!
Gdy pod koniec ubiegłego wieku odkryto, że za ową kłopotliwą przypadłość odpowiedzialne jest nie terroir ale dzikie drożdże z rodzaju Brettanomyces, obecne w skórkach winogron a roznoszące się przede wszystkim podczas procesu produkcji i dojrzewania trunku, wielu winnych pasjonatów z pewnością odetchnęło. Ta wiadomość była jak dar: "skoro wiadomo już, co szkodzi, co czyni nasze ulubione wina niehigienicznymi, zacznijmy je nareszcie czyścić!"
Skąd taki pęd? Odpowie nam znów autorka poprzedniego urywka - i również bezpośrednio, bo jej słowa są jak miód na moje uszy:
:D No właśnie. O-tóż-to. ;]
"Wino śmierdzi koniem? Zaszlachtować bydlę!" "Perfumy czuć potem? Pewnie dlatego, że noszą je stare dziady i baby!" Znów obsesyjne dążenie do czystości doprowadziło do dewastacji dwóch starożytnych gałęzi sztuki.
Na szczęście winiarze już zaczęli orientować się w rozmiarze swego niedawnego błędu.
Okazało się bowiem, że to cudowne, nowe, czyste wino nie pachnie już tak, jak dotychczas. Wraz z radykalnym usunięciem Brettanomyces z bukietu poznikały także aromaty przyjemne, jak wspomniane kakao i róża, jak maliny, truskawki, fiołki, pieprz, kardamon, runo leśne czy strużyny ołówka. Zmianom uległa też struktura wina a ze smaku drastycznie wykorzeniono umami, które wcześniej tyle razy odpowiadało za wyjątkowość owego alkoholu.
Po raz kolejny okazało się, że czystość zabija - a na pewno utrudnia życie. Radykalnie i na wielu poziomach zrozumienia.
Przecież tak duża częstotliwość występowania alergii w naszym społeczeństwie bierze się stąd, i tylko stąd, że dawno temu wpadliśmy w amok sprzątania naszych małych mieszkań, regularnych i częstych szaleństwach na szmacie i odkurzaczu, z miotełką do kurzu w jednej ręce a płynem do mycia szyb w drugiej. Na raty zabijaliśmy odporność naszą i naszych dzieci, utrudniając działanie układu immunologicznego.
Obsesja na punkcie czystości pieczywa, wina czy perfum jest po prostu naturalną konsekwencją tej choroby. Tak - choroby. Nie bójmy się tego słowa. Dążenie do oczyszczenia całego świata z całego brudu i niebezpieczeństwa to CHOROBA.
Z naturalnego dążenia do zdrowia i komfortu uczyniliśmy cywilizacyjną obsesję, której krytyka bywa ignorowana albo wprost tępiona. W końcu nikt nie lubi słuchać brudasów - a takiej właśnie metki wciąż mogą spodziewać się osoby zachęcające do rzadszego sprzątania. Z ryzykiem podobnej obelgi za niniejszy tekst liczę się i ja.
Wszak to nic przyjemnego słuchać, jak wirus prawdziwej choroby poddaliśmy dalszej mutacji i w dalszym ciągu dopracowujemy go do perfekcji. Licząc na to, że kiedy oczyścimy cały świat, będziemy wreszcie nieziemsko szczęśliwi a nasze dotychczasowe problemy znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Moda na zdrowy chleb, pieczony w domu bez sztucznych ulepszaczy z całą tablicą Mendelejewa w składzie, szczęśliwie zatacza coraz szersze kręgi. Nawet najradykalniejsi enolodzy są zdania, że w niektórych winach brett przesądza o wyjątkowości. A co dzieje się z perfumiarstwem?
Dokręca śrubę markom sprzeciwiającym się obsesji higieniczności.
Fotografię ilustrującą ten fragment tekstu wybrałam z rozmysłem. Lecz był to wybór bardzo, bardzo, bardzo łatwy.
Trudno o lepszy przykład osoby która, trochę wbrew własnej woli, walnie przyczynia się do rozszerzania choroby, niż Jean-Claude Ellena. Perfumiarz, który swego czasu uciekł od pracy dla wielkich koncernów z szacunku dla samego siebie jako artysty. Nie życzył sobie dłużej pracować dla ludzi, którzy jego wysiłków nie szanują, dla których filozofia tworzenia i dzieła będące jej efektem są czymś całkowicie zbędnym. Nie chciał być wyrobnikiem, całkowicie uzależnionym od kaprysu ignorantów z wielkich korporacji. Odszedł "na swoje" i chwała mu za to.
Kiedy powrócił pod skrzydła wielkiego koncernu, zrobił to po negocjacjach i gwarancji, że będzie mógł tworzyć dokładnie to, co, jak i kiedy zechce. Kiedy uzyskał wyraźne potwierdzenie, że będzie mógł tworzyć Prawdziwą Sztukę. Co więcej, wielka firma zagwarantowała perfumiarzowi jak najdogodniejsze warunki do tworzenia owej sztuki, z nowoczesną willą zaopatrzoną w prywatne laboratorium włącznie.
W taki oto sposób Jean-Claude Ellena stał się nadwornym perfumiarzem marki Hermès. I za to też chwała.
No tak, zapytacie teraz, skoro wszystko jest ładne, piękne i harmonijne, to gdzie ta jego szkodliwość?
Albo i nie zapytacie, szczególnie jeśli czytacie mojego bloga od dłuższego czasu i wiecie, że za dziełami Elleny dla Hermèsa oględnie mówiąc nie przepadam. ;) Jednak mam dla swojej antypatii konkretne wyjaśnienie.
Problem w tym, że dla mnie ten twórca zupełnie niechcący wziął udział w procesie szkodliwym dla całej branży. Z dobrego serca, kierując się pięknymi i godnymi szacunku pobudkami - ale wziął. W pewnym sensie powtórzył casus Alfreda Nobla i dynamitu.
Dążąc do oczyszczenia i maksymalnego uproszczenia pachnideł ten zwolennik olfaktorycznego minimalizmu od lat bez sentymentu ruguje ze swoich formuł jakiekolwiek akcenty mogące obudzić wieloznaczne skojarzenia. Czyści nawet pojedyncze składniki, destylując je z wszelkich niepożądanych elementów nawet, jeżeli są one integralnymi częściami zapachu danej rośliny. [W jednym z filmów dokumentalnych Ellena zlecił pozbycie się z zapachu lawendy woni urynalno-zwierzęcych]. Osiąga w ten sposób pachnidła absolutnie przepełnione światłem, klarowne i delikatne. Rozumiem ten proceder, zgodnie z prawdą uznaję go za sztukę i szanuję. Lecz nie potrafię zaakceptować, jak wielki wpływ ma on na przemysł perfumeryjny, jak zeń wynika i jednocześnie utwierdza.
Powiedzmy sobie szczerze: gdyby Ellena tworzył kolejne Ogródki czy Jour (d'Hermès) pod szyldem The Different Company - którego nazwa była przecież znaczącym symbolem odseparowania od uprzemysłowionych koncernów perfumowych i zaprowadzonego przez nie kieratu - nie miałabym im absolutnie nic do zarzucenia. Nawet więcej, chciałabym pewnie opisać każdą kolejną premierę, ponieważ takiego artyzmu nie sposób ignorować; i starałabym się nadawać każdej recenzji ton przynajmniej uprzejmy. :] W końcu fakt, że sama czegoś nie lubię, nie może dyskwalifikować pachnidła ani jego potencjalnych miłośników.
Jednak Ellena nie tworzy sobie a muzom. Stoi za nim wielka, ceniąca się firma, jedna z najlepiej rozpoznawalnych luksusowych marek świata. Kolos, jeżeli nie finansowy to na pewno wizerunkowy. Perfumy sygnowane logo z bryczką zaprzężoną w konia można znaleźć, powąchać, przetestować i zakupić dosłownie na całym świecie. W samej Polsce stoją na półkach ponad stu perfumerii Douglas, że o innych nie wspomnę.
Perfumy Hermèsa to nie skromna nisza ale produkt światowej sławy, którego nie powinno się rozpatrywać w oderwaniu od otoczenia biznesowego. To świetnie, że stać ich na wyłączne usługi perfumiarza z prawdziwego zdarzenia, który tworzy kolejne dzieła w zgodzie z samym sobą, jednak summa summarum są po prostu kolejnym przykładem wybujałej higienomanii, ciągnącej się za ludźmi Zachodu od drugiej połowy XIX wieku a od połowy wieku XX zamienionej w regularną chorobę. I to wszystko, naprawdę.
Z mojego punktu widzenia od zapaszków celebryckich, z zapałem testowanych na piętnastolatkach pozbawionych własnego gustu, różni je tylko cena, opakowane oraz elitarna otoczka legendarnej marki.
Brzmi to radykalnie i jest z mojej strony pewnym uproszczeniem, jednak sądzę, że warto spojrzeć na dzieła tworzone przez Jean-Claude'a Ellenę także od tej strony. Nie pomniejszać ich znaczenia ale porównywać z co bardziej przekalkulowanymi konkurentami z głównego nurtu perfumiarstwa (a coraz częściej także z niszą). Bez zbędnej czołobitności sprawdzać ich, legendarną bo potwierdzaną przez tysiące ust, genialność.
Wynik takiego eksperymentu może Was zaskoczyć. :)
Może w przyszłości, zżymając się na kolejne niby-antyalergiczne zakazy UE, pomyślicie też o pośrednim wpływie, jaki na ich ustanowienie miały lekkie, jasne i artystyczne dzieła Elleny, zdecydowanie potwierdzające słuszność lęków higienistów?
___
U mnie dziś Intoxicated od Kiliana. Ciekawa nazwa, nie powiem... ;)
Dzięki życiu w kręgu kultury zachodniej, jedną nogą wyrosłej z grecko-rzymskiego antyku, drugą natomiast spomiędzy wierzeń semickich ludów Bliskiego Wschodu - w każdym razie konsekwentnie z ciepłych okolic basenu Morza Śródziemnego - mamy w głowie jego uniwersalny, niemożliwy do podważenia wzór, na który składają się naturalne pieczywo, sery, wędliny, oliwa, owoce, orzechy i wino.
Natomiast w wersji absolutnie minimalistycznej same chleb i wino. ;)
Taka jest oczywista podstawa, niezależna od drobiazgu, czy mieszkamy na Lazurowym Wybrzeżu, na Krecie, w Walii, w Wielkopolsce czy na Morawach; bez różnicy: wcielamy ją w życie każdego dnia, jest podstawą naszej codzienności czy też traktujemy jako większą lub mniejszą abstrakcję. Ideał, do którego zgodnie każą nam dążyć podstawowe teksty naszej kultury oraz najnowsze kinowo-literackie hity, jest tylko jeden.
Każdy z mieszkańców wyżej wspomnianych regionów po prostu musi zgodzić się ze stwierdzeniem, że Paweł z Tarsu i Frances Mayes na wspólnej kolacji zjedliby mniej więcej to samo.
Czy nam się to podoba czy nie, taki jest elementarny punkt kulinarnego odniesienia kultury, której jesteśmy częścią. Najbardziej podstawowy wzór tego, czego potrzebujemy na co dzień, aby móc w dalszym ciągu żyć i funkcjonować jak dawniej. Kompas jednocześnie stabilny i wrażliwy [jak to kompas ;) ], wskazujący kierunek, w którym aktualnie podążają nasze ulubione sposoby zmysłowego doświadczania świata.
A mówiąc po ludzku: od tego, jakie smaki w danej chwili lubimy najbardziej zależą też nasze sympatie odnośnie zapachów. :) Nie jako osób indywidualnych, bo tu ścisłych reguł brak, lecz jako całych społeczeństw.
Żeby to wyjaśnić, posłużę się przykładem wspomnianej już minimalistycznej wersji śródziemnomorskiego posiłku, czyli pewnych znaczących zmian w gustach Zachodu odnośnie chleba i wina.
Czy byliście kiedyś w skansenie albo parku etnograficznym? A może w jakimś muzeum chleba? We młynie?
Jeżeli tak, na pewno widzieliście, w jaki sposób uzyskiwano mąkę przed wiekami a jak współcześnie.
Zresztą do tego nie trzeba osobistej wizyty w żadnym z wyżej wymienionych miejsc, wystarczy pójść do najbliższego sklepu spożywczego i kupić kilogram poznańskiej lub tortowej. Potem otworzyć opakowanie i zanurzyć rękę w białym proszku, w mięciutkim, oblepiającym skórę pudrze. A następnie przypomnieć sobie opowieści własnych dziadków na temat wojennego chleba: ciemnego, z otrębami a nawet łuskami zbóż, z rożnymi najdziwniejszymi składnikami, mającymi podnieść kaloryczność pieczywa.
Nie wiem, jak było w Waszych rodzinach ale moi przodkowie wspominali taki chleb jako coś koszmarnego, co można było jeść tylko dlatego, że było się naprawdę głodnym. Wojenny, upokarzający, zrodzony z biedy oraz niepewności jutra erzac podstawowego pokarmu; coś tak dalekiego od porannych ciepłych, bielutkich bułeczek ze świeżym masłem i konfiturą, jak to tylko możliwe. Cóż, na widok moich dzisiejszych dokonań piekarniczych uznaliby pewnie, że cierpię skrajne ubóstwo albo ludzkość zwariowała do reszty i chce siebie jak najszybciej wykończyć. ;)
Dla nich bowiem, ludzi urodzonych mniej więcej w ciągu dwóch pierwszych dekad wieku XX [albo wcześniej, bo mojej rodzinie przydarzyło się trochę długowiecznych delikwentów :) ], białe pieczywo z miejsca kojarzyło się z jedzeniem zdrowym, higienicznym i bezpiecznym. Pokarmem robionym z mąki jak najczystszej, pozbawionej szkodliwych dla zdrowia, niejadalnych dodatków, wypiekanym bez ryzyka kontaktu z morderczymi zarazkami. Idealnie higienicznym.
A mówiąc po ludzku: od tego, jakie smaki w danej chwili lubimy najbardziej zależą też nasze sympatie odnośnie zapachów. :) Nie jako osób indywidualnych, bo tu ścisłych reguł brak, lecz jako całych społeczeństw.
Żeby to wyjaśnić, posłużę się przykładem wspomnianej już minimalistycznej wersji śródziemnomorskiego posiłku, czyli pewnych znaczących zmian w gustach Zachodu odnośnie chleba i wina.
Czy byliście kiedyś w skansenie albo parku etnograficznym? A może w jakimś muzeum chleba? We młynie?
Jeżeli tak, na pewno widzieliście, w jaki sposób uzyskiwano mąkę przed wiekami a jak współcześnie.
Zresztą do tego nie trzeba osobistej wizyty w żadnym z wyżej wymienionych miejsc, wystarczy pójść do najbliższego sklepu spożywczego i kupić kilogram poznańskiej lub tortowej. Potem otworzyć opakowanie i zanurzyć rękę w białym proszku, w mięciutkim, oblepiającym skórę pudrze. A następnie przypomnieć sobie opowieści własnych dziadków na temat wojennego chleba: ciemnego, z otrębami a nawet łuskami zbóż, z rożnymi najdziwniejszymi składnikami, mającymi podnieść kaloryczność pieczywa.
Nie wiem, jak było w Waszych rodzinach ale moi przodkowie wspominali taki chleb jako coś koszmarnego, co można było jeść tylko dlatego, że było się naprawdę głodnym. Wojenny, upokarzający, zrodzony z biedy oraz niepewności jutra erzac podstawowego pokarmu; coś tak dalekiego od porannych ciepłych, bielutkich bułeczek ze świeżym masłem i konfiturą, jak to tylko możliwe. Cóż, na widok moich dzisiejszych dokonań piekarniczych uznaliby pewnie, że cierpię skrajne ubóstwo albo ludzkość zwariowała do reszty i chce siebie jak najszybciej wykończyć. ;)
Dla nich bowiem, ludzi urodzonych mniej więcej w ciągu dwóch pierwszych dekad wieku XX [albo wcześniej, bo mojej rodzinie przydarzyło się trochę długowiecznych delikwentów :) ], białe pieczywo z miejsca kojarzyło się z jedzeniem zdrowym, higienicznym i bezpiecznym. Pokarmem robionym z mąki jak najczystszej, pozbawionej szkodliwych dla zdrowia, niejadalnych dodatków, wypiekanym bez ryzyka kontaktu z morderczymi zarazkami. Idealnie higienicznym.
Gdyby mieszkali w Stanach Zjednoczonych, z pewnością nieporównanie wyżej stawialiby chleb robiony w wielkich, przemysłowych piekarniach, znacznie bardziej sterylnych niż domowe kuchnie i o piecach, których wysokie temperatury praktycznie wyrzynają w pień kolonie bakterii (w odróżnieniu od rachitycznych domowych piekarników). Chleb z fabryk pożywienia gwarantował także brak różnych niepożądanych wkładów jak kreda czy ałun, stosowanych ponoć powszechnie przez małe rodzinne piekarenki. Dlatego pewnie z zadowoleniem wcinaliby pieczywo produkowane w dziesiątkach tysięcy identycznych egzemplarzy, faszerowane różnymi "witaminkami" i polepszaczami, podnoszącymi ciasto bezpieczniej, niż jakieś drożdże (grzyb! bakterie!) albo zakwas (jeszcze więcej bakterii!).
A może wcale nie? Może nie byliby aż takimi radykałami? Mam nadzieję że nie, ponieważ dawno udowodniono powiązania amerykańskich kampanii promocyjnych białego chleba z poglądami rasistowskimi orędowników tegoż [“Biała mąka, czerwone mięso i błękitna krew składają się na trójkolorową flagę podboju", jak stwierdził pewien tamtejszy fanatyk w początkach XX stulecia]. Na szczęście jednak jest to problem czysto hipotetyczny, ponieważ w Polsce międzywojennej takich właśnie, wielkich przemysłowych piekarni po prostu nie było. Przynajmniej byliśmy - i wciąż jesteśmy - zdrowsi.
Pęd do utrzymania arcywysokiej higieny okazał się bowiem zgubny. Dziś wiemy, że wyrugowanie z naszej diety mąki pełnoziarnistej a ograniczanie się do spożywania pieczywa z samej pszenicy tudzież pszenicy i żyta, w znacznej mierze przyczyniły się do powstania najboleśniejszych współcześnie chorób cywilizacyjnych. Cukrzyca i otyłość to w linii prostej potomkowie uprzemysłowionej produkcji żywności (o czym jej zwolennicy wiedzieli od samego początku ale mieli głęboko w czterech literach); także choroby układu pokarmowego i tarczycy ulegają pogłębieniu, jeżeli ich leczeniu nie towarzyszy dieta minimalizująca spożycie białego, glutenowego pieczywa. Coraz więcej dzieci rodzi się z celiakią, chorobą niebezpieczną nawet wówczas, kiedy podczas przygotowywania bezglutenowego posiłku skorzysta się z noża i deski do krojenia, które wcześniej miały do czynienia z "normalnym" chlebem.
Tych wszystkich schorzeń nie byłoby, gdyby nie zaślepienie naszych przodków bielą, higieną i lekkością. Nie w takiej skali, z jaką musimy mierzyć się obecnie - i która wciąż rośnie.
Kiedy pieczywo przygotowało korzystny grunt zmianom w diecie członków zachodniej cywilizacji, śmiało mogły zmieniać się również i inne dziedziny sztuki kulinarnej, również te o wielowiekowej tradycji. Także winiarstwo.
A przy okazji cały świat, w tym oczywiście środowisko sponsorów, twórców i użytkowników perfum.
Na razie jednak zostańmy przy winie. Dlaczego?
Bo przykład pewnego enologicznego terminu pokaże nam, w którym kierunku podążył świat węchowych gustów współczesnego człowieka i dlaczego są to zdradliwe, niebezpieczne, paskudne manowce. ;) Niemal olfaktoryczny Mordor, przynajmniej dla mnie.
"Jeżeli zdarzy się wam pić wino w gronie winiarskich nudziarzy, słowem, które możecie usłyszeć, wypowiadanym z niejakim grymasem, jest brett. - Ma bretta. Ale brett! - kręcą głowami, marszczą nos, a z oczu bije im zadowolenie, że przyłapali łobuza".
Ewa Wieleżyńska, Łobuz brett [w]: Kuchnia. Magazyn dla smakoszy, nr 1/2014, s. 74.
Wiadomo, że w bukiecie wina można wyczuć najdziwniejsze zapachy, często teoretycznie od pomienionego trunku jak najdalsze: od ziaren kakaowca przez róże czy cenne żywice po śmietankę, ser pleśniowy, stare skarpetki i obornik. Z czego pierwsze są przyjemne ale trzy (a na pewno dwa) ostatnie już niekoniecznie. :D Były jednak oczywistą częścią składową woni wina i, jako takie, akceptowano je.
Sądzono, że wszystkie wywodzą się z ziemi, na której leży winnica. Uważano, że bez akordów kompostu czy zwierzęcej sierści najlepsze medoki, burgundy czy cabernets sauvignons z francuskich apelacji nie mają racji bytu. Tylko jak podobne wonie wyglądają na tle tych wszystkich czystości i lekkości? Są niemodne!
Gdy pod koniec ubiegłego wieku odkryto, że za ową kłopotliwą przypadłość odpowiedzialne jest nie terroir ale dzikie drożdże z rodzaju Brettanomyces, obecne w skórkach winogron a roznoszące się przede wszystkim podczas procesu produkcji i dojrzewania trunku, wielu winnych pasjonatów z pewnością odetchnęło. Ta wiadomość była jak dar: "skoro wiadomo już, co szkodzi, co czyni nasze ulubione wina niehigienicznymi, zacznijmy je nareszcie czyścić!"
Skąd taki pęd? Odpowie nam znów autorka poprzedniego urywka - i również bezpośrednio, bo jej słowa są jak miód na moje uszy:
"Rzecz zmieniła się mniej więcej w latach 90. (...) ze względu na zmieniającą się modę, która w tym właśnie czasie perfumom nakazała naśladować odświeżacze powietrza (w awangardzie tego nurtu była l'Eau d'Issey Miyake), a winom pachnieć czysto, ożywczo i cytrusowo (wtedy rozpoczął się boom na trawiaste, cytrusowe nowozelandzkie sauvignons blancs)".
Ibidem, wytłuszczenia mojego autorstwa.
:D No właśnie. O-tóż-to. ;]
"Wino śmierdzi koniem? Zaszlachtować bydlę!" "Perfumy czuć potem? Pewnie dlatego, że noszą je stare dziady i baby!" Znów obsesyjne dążenie do czystości doprowadziło do dewastacji dwóch starożytnych gałęzi sztuki.
Na szczęście winiarze już zaczęli orientować się w rozmiarze swego niedawnego błędu.
Okazało się bowiem, że to cudowne, nowe, czyste wino nie pachnie już tak, jak dotychczas. Wraz z radykalnym usunięciem Brettanomyces z bukietu poznikały także aromaty przyjemne, jak wspomniane kakao i róża, jak maliny, truskawki, fiołki, pieprz, kardamon, runo leśne czy strużyny ołówka. Zmianom uległa też struktura wina a ze smaku drastycznie wykorzeniono umami, które wcześniej tyle razy odpowiadało za wyjątkowość owego alkoholu.
Po raz kolejny okazało się, że czystość zabija - a na pewno utrudnia życie. Radykalnie i na wielu poziomach zrozumienia.
Przecież tak duża częstotliwość występowania alergii w naszym społeczeństwie bierze się stąd, i tylko stąd, że dawno temu wpadliśmy w amok sprzątania naszych małych mieszkań, regularnych i częstych szaleństwach na szmacie i odkurzaczu, z miotełką do kurzu w jednej ręce a płynem do mycia szyb w drugiej. Na raty zabijaliśmy odporność naszą i naszych dzieci, utrudniając działanie układu immunologicznego.
Obsesja na punkcie czystości pieczywa, wina czy perfum jest po prostu naturalną konsekwencją tej choroby. Tak - choroby. Nie bójmy się tego słowa. Dążenie do oczyszczenia całego świata z całego brudu i niebezpieczeństwa to CHOROBA.
Z naturalnego dążenia do zdrowia i komfortu uczyniliśmy cywilizacyjną obsesję, której krytyka bywa ignorowana albo wprost tępiona. W końcu nikt nie lubi słuchać brudasów - a takiej właśnie metki wciąż mogą spodziewać się osoby zachęcające do rzadszego sprzątania. Z ryzykiem podobnej obelgi za niniejszy tekst liczę się i ja.
Wszak to nic przyjemnego słuchać, jak wirus prawdziwej choroby poddaliśmy dalszej mutacji i w dalszym ciągu dopracowujemy go do perfekcji. Licząc na to, że kiedy oczyścimy cały świat, będziemy wreszcie nieziemsko szczęśliwi a nasze dotychczasowe problemy znikną, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.
Moda na zdrowy chleb, pieczony w domu bez sztucznych ulepszaczy z całą tablicą Mendelejewa w składzie, szczęśliwie zatacza coraz szersze kręgi. Nawet najradykalniejsi enolodzy są zdania, że w niektórych winach brett przesądza o wyjątkowości. A co dzieje się z perfumiarstwem?
Dokręca śrubę markom sprzeciwiającym się obsesji higieniczności.
Fotografię ilustrującą ten fragment tekstu wybrałam z rozmysłem. Lecz był to wybór bardzo, bardzo, bardzo łatwy.
Trudno o lepszy przykład osoby która, trochę wbrew własnej woli, walnie przyczynia się do rozszerzania choroby, niż Jean-Claude Ellena. Perfumiarz, który swego czasu uciekł od pracy dla wielkich koncernów z szacunku dla samego siebie jako artysty. Nie życzył sobie dłużej pracować dla ludzi, którzy jego wysiłków nie szanują, dla których filozofia tworzenia i dzieła będące jej efektem są czymś całkowicie zbędnym. Nie chciał być wyrobnikiem, całkowicie uzależnionym od kaprysu ignorantów z wielkich korporacji. Odszedł "na swoje" i chwała mu za to.
Kiedy powrócił pod skrzydła wielkiego koncernu, zrobił to po negocjacjach i gwarancji, że będzie mógł tworzyć dokładnie to, co, jak i kiedy zechce. Kiedy uzyskał wyraźne potwierdzenie, że będzie mógł tworzyć Prawdziwą Sztukę. Co więcej, wielka firma zagwarantowała perfumiarzowi jak najdogodniejsze warunki do tworzenia owej sztuki, z nowoczesną willą zaopatrzoną w prywatne laboratorium włącznie.
W taki oto sposób Jean-Claude Ellena stał się nadwornym perfumiarzem marki Hermès. I za to też chwała.
No tak, zapytacie teraz, skoro wszystko jest ładne, piękne i harmonijne, to gdzie ta jego szkodliwość?
Albo i nie zapytacie, szczególnie jeśli czytacie mojego bloga od dłuższego czasu i wiecie, że za dziełami Elleny dla Hermèsa oględnie mówiąc nie przepadam. ;) Jednak mam dla swojej antypatii konkretne wyjaśnienie.
Problem w tym, że dla mnie ten twórca zupełnie niechcący wziął udział w procesie szkodliwym dla całej branży. Z dobrego serca, kierując się pięknymi i godnymi szacunku pobudkami - ale wziął. W pewnym sensie powtórzył casus Alfreda Nobla i dynamitu.
Dążąc do oczyszczenia i maksymalnego uproszczenia pachnideł ten zwolennik olfaktorycznego minimalizmu od lat bez sentymentu ruguje ze swoich formuł jakiekolwiek akcenty mogące obudzić wieloznaczne skojarzenia. Czyści nawet pojedyncze składniki, destylując je z wszelkich niepożądanych elementów nawet, jeżeli są one integralnymi częściami zapachu danej rośliny. [W jednym z filmów dokumentalnych Ellena zlecił pozbycie się z zapachu lawendy woni urynalno-zwierzęcych]. Osiąga w ten sposób pachnidła absolutnie przepełnione światłem, klarowne i delikatne. Rozumiem ten proceder, zgodnie z prawdą uznaję go za sztukę i szanuję. Lecz nie potrafię zaakceptować, jak wielki wpływ ma on na przemysł perfumeryjny, jak zeń wynika i jednocześnie utwierdza.
Powiedzmy sobie szczerze: gdyby Ellena tworzył kolejne Ogródki czy Jour (d'Hermès) pod szyldem The Different Company - którego nazwa była przecież znaczącym symbolem odseparowania od uprzemysłowionych koncernów perfumowych i zaprowadzonego przez nie kieratu - nie miałabym im absolutnie nic do zarzucenia. Nawet więcej, chciałabym pewnie opisać każdą kolejną premierę, ponieważ takiego artyzmu nie sposób ignorować; i starałabym się nadawać każdej recenzji ton przynajmniej uprzejmy. :] W końcu fakt, że sama czegoś nie lubię, nie może dyskwalifikować pachnidła ani jego potencjalnych miłośników.
Jednak Ellena nie tworzy sobie a muzom. Stoi za nim wielka, ceniąca się firma, jedna z najlepiej rozpoznawalnych luksusowych marek świata. Kolos, jeżeli nie finansowy to na pewno wizerunkowy. Perfumy sygnowane logo z bryczką zaprzężoną w konia można znaleźć, powąchać, przetestować i zakupić dosłownie na całym świecie. W samej Polsce stoją na półkach ponad stu perfumerii Douglas, że o innych nie wspomnę.
Perfumy Hermèsa to nie skromna nisza ale produkt światowej sławy, którego nie powinno się rozpatrywać w oderwaniu od otoczenia biznesowego. To świetnie, że stać ich na wyłączne usługi perfumiarza z prawdziwego zdarzenia, który tworzy kolejne dzieła w zgodzie z samym sobą, jednak summa summarum są po prostu kolejnym przykładem wybujałej higienomanii, ciągnącej się za ludźmi Zachodu od drugiej połowy XIX wieku a od połowy wieku XX zamienionej w regularną chorobę. I to wszystko, naprawdę.
Z mojego punktu widzenia od zapaszków celebryckich, z zapałem testowanych na piętnastolatkach pozbawionych własnego gustu, różni je tylko cena, opakowane oraz elitarna otoczka legendarnej marki.
Brzmi to radykalnie i jest z mojej strony pewnym uproszczeniem, jednak sądzę, że warto spojrzeć na dzieła tworzone przez Jean-Claude'a Ellenę także od tej strony. Nie pomniejszać ich znaczenia ale porównywać z co bardziej przekalkulowanymi konkurentami z głównego nurtu perfumiarstwa (a coraz częściej także z niszą). Bez zbędnej czołobitności sprawdzać ich, legendarną bo potwierdzaną przez tysiące ust, genialność.
Wynik takiego eksperymentu może Was zaskoczyć. :)
Może w przyszłości, zżymając się na kolejne niby-antyalergiczne zakazy UE, pomyślicie też o pośrednim wpływie, jaki na ich ustanowienie miały lekkie, jasne i artystyczne dzieła Elleny, zdecydowanie potwierdzające słuszność lęków higienistów?
___
U mnie dziś Intoxicated od Kiliana. Ciekawa nazwa, nie powiem... ;)
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1.- 5. http://floorabellaportfolio.blogspot.com/2012/05/foodstyling-en-fotografie.html [Autorka: Floor a Bella]
6. i 7. http://www.cafleurebon.com/new-fragrance-review-hermes-jour-dhermes-jean-claude-ellena-to-the-maximum-minimalist-or-luminist-draw/
6. i 7. http://www.cafleurebon.com/new-fragrance-review-hermes-jour-dhermes-jean-claude-ellena-to-the-maximum-minimalist-or-luminist-draw/
Etykiety:
o naukach dawnych,
w dalszym ciągu na temat
sobota, 29 listopada 2014
W wigilię świętego Andrzeja
Każdy, kto obejrzał przynajmniej trzy amerykańskie horrory wie, że duchy są złe. Zaświaty składają się z demonów, które zrobią dosłownie wszystko, byle dokopać żyjącym. Znienawidzonym tylko za to, że wciąż oddychają.
Kultura popularna karmi nas taką interpretacją zjawisk nadnaturalnych równie często co konsekwentnie. Jeżeli czasem jakiś Patrick Swayze powróci do swojej żony Demi Moore, wcielając się w Whoopi Goldberg, i tak po chwili z werwą przegonią go Pogromcy duchów. ;) Dopiero od kilkunastu lat Hollywood przedstawia kontakty ludzi z duchami w sposób mniej sztampowy - i nie jest przypadkiem, że za tymi produkcjami stoją reżyserowie o nie-amerykańskim pochodzeniu [wystarczy wspomnieć Mamę Hiszpana Andrésa Muschiettiego czy słynny Szósty zmysł Hindusa M. Night Shyamalana].
To jednak w dalszym ciągu są wyjątki, ginące w tłumie Freddich Kruegerów, istot z Paranormal Activity bądź z kolejnych wcieleń serialu American Horror Story.
Skąd to się wzięło?
Kiedyś myślałam, że domyślne traktowanie duchów i zjaw jako bohaterów jednoznacznie negatywnych i/lub okrutnych wynika z protestanckiej tradycji krajów anglosaskich. Wiecie, gdzie nie było kultu świętych, wiary w czyściec tudzież tysięcy pomniejszych bóstw, tam będzie o wiele trudniej o wielowymiarowe odczuwanie i interpretowanie zaświatów. Jeżeli nie jesteś z "bożej drużyny" to grasz w przeciwnej, tertium non datur.
To u nas, w krajach katolickich, prawosławnych, wśród czczących przodków chasydów czy pomiędzy politeistami o wiele prościej zaakceptować wszelkie nadprzyrodzone akcenty wśród postaci nie będących bogami, uznawać jednocześnie ich nadnaturalność oraz prawo do doświadczania emocji.
Widzieć w nich odbicie nas samych.
Później jednak zrozumiałam, że ów ostry podział jest znacznie starszy, niż europejskie chrześcijaństwo. Wszędzie wierzono, iż w określone dni roku światy żywych i umarłych zbliżają się do siebie i przenikają, jednak my, Słowianie, tego przenikania oczekiwaliśmy (Dziady, Szczodre Gody, Noc Kupały...), natomiast dawni Celtowie - bali się go (Samhain i Beltaine to świetne przykłady). Czyli różnice mają co najmniej dwa do pięciu tysięcy lat a współczesny kontrast między filmową wiedźmą Blair a polską Babunią Jagódką z opowiadań Anny Brzezińskiej to po prostu ich ciąg dalszy.
Zagadka pozostaje zatem nierozwiązana. ;)
Tylko czasem zachodzę w głowę, dlaczego przy takim natężeniu opowieści fantastycznych i niesamowitych, wśród tylu różnorakich duchów, upiorów, zjaw, demonów, skrzatów, utopców, wąpierzy, diabłów i innych nie potrafimy tworzyć horrorów.
Potencjał jest przecież ogromny!
Pomyślcie tylko: opowieść o klimacie Szóstego zmysłu lub Egzorcysty ale bardziej nostalgiczna, jesienno-zimowa, pozwalająca także duchowi czy upiorowi - nawet, jeżeli będzie postacią negatywną - na posiadanie złożonego charakteru. Brytyjczycy już się tego nauczyli; między dickensowską Opowieścią wigilijną a filmem Szepty z 2011 roku jest mniej różnic, niż się zdaje.
Wyobrażam sobie, że w tym hipotetycznym środkowoeuropejsko-słowiańskim horrorze pojawiłby się wątek przepowiedni. Być może mroczny i lepki, przepełniony ezoteryką jak w powieściach Marka Krajewskiego albo zamglony, pastelowy, jasny, odkryty przypadkiem w treści odnalezionego po latach sekretnego pamiętnika prababci.
Lub inaczej: rzecz dotyczyłaby przepowiedni wielkomiejskiej, ukrytej gdzieś po piwnicach wielkiego miasta, w czasie drugiej wojny światowej niemal doszczętnie zburzonego a potem odbudowanego, choć już pozbawionego dużej części duszy, "tego czegoś", co sprawia, że o aglomeracjach chce się opowiadać wciąż i wciąż, na milion sposobów. Warszawa czy Wrocław to nie Rzym ani Londyn, już nie. Miasto bestialsko skatowane, zostawione na śmierć, raz wzgardzone przez człowieka po swym odrodzeniu już nigdy nie będzie takie samo.
Podobnie rzecz miałaby się ze wsią i lasem, ze starymi domami. Z jakimś popegeerowskim dworkiem "z drewna lecz podmurowanym", odkupionym od Agencji Nieruchomości Rolnych przez snobistycznego biznesmena albo parę, zakochaną w sobie i w historii - lub odzyskanego przez potomków dawnych właścicieli - który z powodu dramatycznych zajść w jego murach i późniejszego wzgardliwego traktowania przez komunistyczne państwo oraz ludzki brak wyobraźni, przestałby być dobrym miejscem na budowę gniazda rodzinnego. A który swoim nowym właścicielom dałby o tym znać w sposób dowolny, byle skuteczny.
W podobnym krajobrazie wątek przepowiedni sprawdziłby się znakomicie.
Nie rozumiem, dlaczego nie piszemy takich książek [litości! Ileż można rozlewać się po rozlewiskach tudzież wygrażać bliźnim, że im pokażemy?], nie kręcimy takich filmów... nie tworzymy takich perfum? Bo nie byłyby opłacalne?
Guzik prawda! Ja bym obejrzała, przeczytała, perfumowała się. ;D
Charakterystyczne, że wśród perfum klimat filmu grozy, w którym de facto koszmaru nie ma prawie wcale oraz klimat przepowiedni znalazłam w dziele niezależnej autorki z USA. Moja skóra z jej horroru oraz tajemnicy uczyniła zapach głęboki, wytrawny ale zmysłowy i, poza paroma akcentami, ciepły.
Nie kupuję seansów spirytystycznych ani wypruwania flaków, wolę senne opowieści o cierpieniu i samotności. Wolę ból psychiczny oraz nadzieję na to, żeby znów mieć nadzieję; raz po raz zawodzoną ale wciąż gdzieś tam się tlącą.
Ostatecznie kto powiedział, że zjawie nie należy się psychoterapia? ;)
Kiedy potrzeba mi olfaktorycznego ciepła i mroku, który nie jest - chyba nigdy nie był - zły, wówczas sięgam po Incense Noir marki Ava Luxe.
Tutaj mroczność kadzideł, balsamów drzewnych, oudu i przypraw tak silnych, ze aż gorzkich dystansuje szaro-złociste ciepło piżma i labdanum. Wanilia staje naprzeciwko cennych drzew. Doświadczam niepokoju ale nie grozy; to klimat znany, lubiany, swojski. Wyrastający prosto z mojej duszy.
Zapach rozpoczyna się grą roztapiających się żywic oraz nut drzewnych, zestawionych w woń zbliżoną do ciepłego piżma, trochę mydlanego a trochę kojarzącego się z sierścią drapieżnego zwierzęcia. Czy tak pachniałby las, gdyby drzewa były zwierzętami? Gdyby coś je ożywiło?
Incense Noir pozwala mi snuć setki podobnych przypuszczeń. Ot, choćby przy sercu mieszanki, kiedy na kilka chwil ciepło i przyjazność ustępują miejsca gęstemu kadzidlanemu dymowi, owemu czarnemu oudowi ze spisu nut, gdy miesza się doń dławiąca gorycz ciemnego cynamonu i gałki muszkatołowej, kiedy smoła drzewna zalewa olfaktoryczny krajobraz i oblepia go, stopniowo przysypywana grudkami mirry czy balsamu kopaiwowego [pamiętacie Incense Normy Kamali? Tak tego gagatka jest najwięcej]. Na tym etapie pachnidło jest gęste, ciemne po tysiąckroć, dymne, skomplikowane i mylące tropy; piękne choć jednocześnie budzące zrozumiały niepokój. Gdyby tylko ów etap trwał na mojej skórze dłużej!
Ponieważ niestety później znów czuję się, jakbym wypływała na powierzchnię, z mętnej głębi wracała do świata drzew-zwierząt, tym razem rozjaśnionego ostrymi promieniami porannego letniego słońca. Tu pojawia się słodycz wspomnianych wanilii i labdanum - a może to raczej akord ambrowy? - zręcznie wplecionych pomiędzy hebanowe i dębowe meble, rzeźbionego w sandałowcu Buddę z dworskiego salonu a surowe drzazgi brzóz i topoli. Na leśnej polanie kwitną maki, chabry, irysy, wiatr miesza ich woń z poranną rosą, pokrywającą resztki po wielkim ognisku i niesie prosto w okna pańskich pokoi.
Duchy i upiory harcowały ale nocą; dziś już po wigilii świętego dnia. Młodzież ze wsi zakończyła leśne tany czy szaleństwa świętojańskie, wróciwszy do domów; teraz trzeba ubrać się strojnie i iść do kościoła.
Ślad przeszłości, zatrzymany w murach i drzewach. Odczytane z trudem, wyblakłe słowa z pamiętnika prababki, zamurowanego w ścianie na strychu. Parę razy ścierpła skóra, włosy na karku stanęły dęba ale przecież podczas całej przygody nie wydarzyło się nic naprawdę strasznego. Najwyżej przeszłość stała się mniej odległa, prababka z zaświatów okazała się oddaną przyjaciółką i przewodniczką, rodzinna historia po latach doczekała się kolejnego rozdziału a stary dom - nowego życia.
Same plusy. :)
Zamiast przełomu jesieni i zimy przełom wiosny i lata. :D Co też moja skóra wyprawia z pachnidłami! Gdzie podziewa ich mroczność?
Pewnie tam, gdzie ostatnio zabłądził klimat polskich Zaduszek i Andrzejek, zjadanych przez plastikową tandetę Halloween. Czyli, jakby nie patrzeć, święta wymyślonego przeciwko duchom. Tymczasem nam potrzeba ich bliskości, oczywiście od czasu do czasu i w ściśle wyznaczonych porach. ;) Tęsknimy za pewnością, że oba światy są blisko a my, żywi, kontynuujemy wielkie dzieła naszych przodków.
Tej nie da nam duch-wróg z Hollywoodu ale miejscowy sprzymierzeniec z zaświatów i owszem.
W taki czy inny sposób. Na przykład pozwalając doświadczyć magii zapachu. :)
Rok produkcji i nos: 2007, Serena Ava Franco
Przeznaczenie: zapach typu uniseks z samego środka skali; dla fanów konkretnych brzmień olfaktorycznych niż którejkolwiek z płci.
Raczej bliski ciału, choć w obrębie kilkunastu centymetrów od niego intensywnie wibrujący i rozgrzewający powietrze. Mimo to zdarza mu się zostawiać za uperfumowaną osobą krótki ślad, szczególnie w rozgrzanym powietrzu (co w zasadzie nie dziwi). W ogóle jest to kompozycja wybrzmiewająca mocno, długo i czysto.
Na okazje niezbyt formalne. Chyba, że jesteście fanami perfum drzewnych i Wasze otoczenie od dawna Was z nimi kojarzy. :)
Trwałość: od ośmiu czy dziewięciu do ponad dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i awansem orientalna ;) )
Skład:
drewno sandałowe, heban, czarny oud, kora cynamonowa, dziegieć, balsam kopaiwowy, wetyweria, irys, mirra, balsam peruwiański, balsam gileadzki, wanilia, (akord ambrowy, labdanum, piżmo)
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Puszcza Artura Grottgera po dokonanych przeze mnie drobnych przeróbkach. ;)
2. i 4. http://illustratornate.wordpress.com/2013/10/23/dont-stop-bilibin/ [Autor: Iwan Bilibin]
3. i 5. http://pl.wikipedia.org/wiki/Lithuania [Autor: Artur Grottger]
6. http://makiwgiverny.blogspot.com/2012/09/dwor-polski-w-starej-fotografii.html [Prawa: Narodowe Archiwum Cyfrowe].
Kultura popularna karmi nas taką interpretacją zjawisk nadnaturalnych równie często co konsekwentnie. Jeżeli czasem jakiś Patrick Swayze powróci do swojej żony Demi Moore, wcielając się w Whoopi Goldberg, i tak po chwili z werwą przegonią go Pogromcy duchów. ;) Dopiero od kilkunastu lat Hollywood przedstawia kontakty ludzi z duchami w sposób mniej sztampowy - i nie jest przypadkiem, że za tymi produkcjami stoją reżyserowie o nie-amerykańskim pochodzeniu [wystarczy wspomnieć Mamę Hiszpana Andrésa Muschiettiego czy słynny Szósty zmysł Hindusa M. Night Shyamalana].
To jednak w dalszym ciągu są wyjątki, ginące w tłumie Freddich Kruegerów, istot z Paranormal Activity bądź z kolejnych wcieleń serialu American Horror Story.
Skąd to się wzięło?
Kiedyś myślałam, że domyślne traktowanie duchów i zjaw jako bohaterów jednoznacznie negatywnych i/lub okrutnych wynika z protestanckiej tradycji krajów anglosaskich. Wiecie, gdzie nie było kultu świętych, wiary w czyściec tudzież tysięcy pomniejszych bóstw, tam będzie o wiele trudniej o wielowymiarowe odczuwanie i interpretowanie zaświatów. Jeżeli nie jesteś z "bożej drużyny" to grasz w przeciwnej, tertium non datur.
To u nas, w krajach katolickich, prawosławnych, wśród czczących przodków chasydów czy pomiędzy politeistami o wiele prościej zaakceptować wszelkie nadprzyrodzone akcenty wśród postaci nie będących bogami, uznawać jednocześnie ich nadnaturalność oraz prawo do doświadczania emocji.
Widzieć w nich odbicie nas samych.
Później jednak zrozumiałam, że ów ostry podział jest znacznie starszy, niż europejskie chrześcijaństwo. Wszędzie wierzono, iż w określone dni roku światy żywych i umarłych zbliżają się do siebie i przenikają, jednak my, Słowianie, tego przenikania oczekiwaliśmy (Dziady, Szczodre Gody, Noc Kupały...), natomiast dawni Celtowie - bali się go (Samhain i Beltaine to świetne przykłady). Czyli różnice mają co najmniej dwa do pięciu tysięcy lat a współczesny kontrast między filmową wiedźmą Blair a polską Babunią Jagódką z opowiadań Anny Brzezińskiej to po prostu ich ciąg dalszy.
Zagadka pozostaje zatem nierozwiązana. ;)
Tylko czasem zachodzę w głowę, dlaczego przy takim natężeniu opowieści fantastycznych i niesamowitych, wśród tylu różnorakich duchów, upiorów, zjaw, demonów, skrzatów, utopców, wąpierzy, diabłów i innych nie potrafimy tworzyć horrorów.
Potencjał jest przecież ogromny!
Pomyślcie tylko: opowieść o klimacie Szóstego zmysłu lub Egzorcysty ale bardziej nostalgiczna, jesienno-zimowa, pozwalająca także duchowi czy upiorowi - nawet, jeżeli będzie postacią negatywną - na posiadanie złożonego charakteru. Brytyjczycy już się tego nauczyli; między dickensowską Opowieścią wigilijną a filmem Szepty z 2011 roku jest mniej różnic, niż się zdaje.
Wyobrażam sobie, że w tym hipotetycznym środkowoeuropejsko-słowiańskim horrorze pojawiłby się wątek przepowiedni. Być może mroczny i lepki, przepełniony ezoteryką jak w powieściach Marka Krajewskiego albo zamglony, pastelowy, jasny, odkryty przypadkiem w treści odnalezionego po latach sekretnego pamiętnika prababci.
Lub inaczej: rzecz dotyczyłaby przepowiedni wielkomiejskiej, ukrytej gdzieś po piwnicach wielkiego miasta, w czasie drugiej wojny światowej niemal doszczętnie zburzonego a potem odbudowanego, choć już pozbawionego dużej części duszy, "tego czegoś", co sprawia, że o aglomeracjach chce się opowiadać wciąż i wciąż, na milion sposobów. Warszawa czy Wrocław to nie Rzym ani Londyn, już nie. Miasto bestialsko skatowane, zostawione na śmierć, raz wzgardzone przez człowieka po swym odrodzeniu już nigdy nie będzie takie samo.
Podobnie rzecz miałaby się ze wsią i lasem, ze starymi domami. Z jakimś popegeerowskim dworkiem "z drewna lecz podmurowanym", odkupionym od Agencji Nieruchomości Rolnych przez snobistycznego biznesmena albo parę, zakochaną w sobie i w historii - lub odzyskanego przez potomków dawnych właścicieli - który z powodu dramatycznych zajść w jego murach i późniejszego wzgardliwego traktowania przez komunistyczne państwo oraz ludzki brak wyobraźni, przestałby być dobrym miejscem na budowę gniazda rodzinnego. A który swoim nowym właścicielom dałby o tym znać w sposób dowolny, byle skuteczny.
W podobnym krajobrazie wątek przepowiedni sprawdziłby się znakomicie.
Nie rozumiem, dlaczego nie piszemy takich książek [litości! Ileż można rozlewać się po rozlewiskach tudzież wygrażać bliźnim, że im pokażemy?], nie kręcimy takich filmów... nie tworzymy takich perfum? Bo nie byłyby opłacalne?
Guzik prawda! Ja bym obejrzała, przeczytała, perfumowała się. ;D
Charakterystyczne, że wśród perfum klimat filmu grozy, w którym de facto koszmaru nie ma prawie wcale oraz klimat przepowiedni znalazłam w dziele niezależnej autorki z USA. Moja skóra z jej horroru oraz tajemnicy uczyniła zapach głęboki, wytrawny ale zmysłowy i, poza paroma akcentami, ciepły.
Nie kupuję seansów spirytystycznych ani wypruwania flaków, wolę senne opowieści o cierpieniu i samotności. Wolę ból psychiczny oraz nadzieję na to, żeby znów mieć nadzieję; raz po raz zawodzoną ale wciąż gdzieś tam się tlącą.
Ostatecznie kto powiedział, że zjawie nie należy się psychoterapia? ;)
Kiedy potrzeba mi olfaktorycznego ciepła i mroku, który nie jest - chyba nigdy nie był - zły, wówczas sięgam po Incense Noir marki Ava Luxe.
Tutaj mroczność kadzideł, balsamów drzewnych, oudu i przypraw tak silnych, ze aż gorzkich dystansuje szaro-złociste ciepło piżma i labdanum. Wanilia staje naprzeciwko cennych drzew. Doświadczam niepokoju ale nie grozy; to klimat znany, lubiany, swojski. Wyrastający prosto z mojej duszy.
Zapach rozpoczyna się grą roztapiających się żywic oraz nut drzewnych, zestawionych w woń zbliżoną do ciepłego piżma, trochę mydlanego a trochę kojarzącego się z sierścią drapieżnego zwierzęcia. Czy tak pachniałby las, gdyby drzewa były zwierzętami? Gdyby coś je ożywiło?
Incense Noir pozwala mi snuć setki podobnych przypuszczeń. Ot, choćby przy sercu mieszanki, kiedy na kilka chwil ciepło i przyjazność ustępują miejsca gęstemu kadzidlanemu dymowi, owemu czarnemu oudowi ze spisu nut, gdy miesza się doń dławiąca gorycz ciemnego cynamonu i gałki muszkatołowej, kiedy smoła drzewna zalewa olfaktoryczny krajobraz i oblepia go, stopniowo przysypywana grudkami mirry czy balsamu kopaiwowego [pamiętacie Incense Normy Kamali? Tak tego gagatka jest najwięcej]. Na tym etapie pachnidło jest gęste, ciemne po tysiąckroć, dymne, skomplikowane i mylące tropy; piękne choć jednocześnie budzące zrozumiały niepokój. Gdyby tylko ów etap trwał na mojej skórze dłużej!
Ponieważ niestety później znów czuję się, jakbym wypływała na powierzchnię, z mętnej głębi wracała do świata drzew-zwierząt, tym razem rozjaśnionego ostrymi promieniami porannego letniego słońca. Tu pojawia się słodycz wspomnianych wanilii i labdanum - a może to raczej akord ambrowy? - zręcznie wplecionych pomiędzy hebanowe i dębowe meble, rzeźbionego w sandałowcu Buddę z dworskiego salonu a surowe drzazgi brzóz i topoli. Na leśnej polanie kwitną maki, chabry, irysy, wiatr miesza ich woń z poranną rosą, pokrywającą resztki po wielkim ognisku i niesie prosto w okna pańskich pokoi.
Duchy i upiory harcowały ale nocą; dziś już po wigilii świętego dnia. Młodzież ze wsi zakończyła leśne tany czy szaleństwa świętojańskie, wróciwszy do domów; teraz trzeba ubrać się strojnie i iść do kościoła.
Ślad przeszłości, zatrzymany w murach i drzewach. Odczytane z trudem, wyblakłe słowa z pamiętnika prababki, zamurowanego w ścianie na strychu. Parę razy ścierpła skóra, włosy na karku stanęły dęba ale przecież podczas całej przygody nie wydarzyło się nic naprawdę strasznego. Najwyżej przeszłość stała się mniej odległa, prababka z zaświatów okazała się oddaną przyjaciółką i przewodniczką, rodzinna historia po latach doczekała się kolejnego rozdziału a stary dom - nowego życia.
Same plusy. :)
Zamiast przełomu jesieni i zimy przełom wiosny i lata. :D Co też moja skóra wyprawia z pachnidłami! Gdzie podziewa ich mroczność?
Pewnie tam, gdzie ostatnio zabłądził klimat polskich Zaduszek i Andrzejek, zjadanych przez plastikową tandetę Halloween. Czyli, jakby nie patrzeć, święta wymyślonego przeciwko duchom. Tymczasem nam potrzeba ich bliskości, oczywiście od czasu do czasu i w ściśle wyznaczonych porach. ;) Tęsknimy za pewnością, że oba światy są blisko a my, żywi, kontynuujemy wielkie dzieła naszych przodków.
Tej nie da nam duch-wróg z Hollywoodu ale miejscowy sprzymierzeniec z zaświatów i owszem.
W taki czy inny sposób. Na przykład pozwalając doświadczyć magii zapachu. :)
Rok produkcji i nos: 2007, Serena Ava Franco
Przeznaczenie: zapach typu uniseks z samego środka skali; dla fanów konkretnych brzmień olfaktorycznych niż którejkolwiek z płci.
Raczej bliski ciału, choć w obrębie kilkunastu centymetrów od niego intensywnie wibrujący i rozgrzewający powietrze. Mimo to zdarza mu się zostawiać za uperfumowaną osobą krótki ślad, szczególnie w rozgrzanym powietrzu (co w zasadzie nie dziwi). W ogóle jest to kompozycja wybrzmiewająca mocno, długo i czysto.
Na okazje niezbyt formalne. Chyba, że jesteście fanami perfum drzewnych i Wasze otoczenie od dawna Was z nimi kojarzy. :)
Trwałość: od ośmiu czy dziewięciu do ponad dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i awansem orientalna ;) )
Skład:
drewno sandałowe, heban, czarny oud, kora cynamonowa, dziegieć, balsam kopaiwowy, wetyweria, irys, mirra, balsam peruwiański, balsam gileadzki, wanilia, (akord ambrowy, labdanum, piżmo)
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. Puszcza Artura Grottgera po dokonanych przeze mnie drobnych przeróbkach. ;)
2. i 4. http://illustratornate.wordpress.com/2013/10/23/dont-stop-bilibin/ [Autor: Iwan Bilibin]
3. i 5. http://pl.wikipedia.org/wiki/Lithuania [Autor: Artur Grottger]
6. http://makiwgiverny.blogspot.com/2012/09/dwor-polski-w-starej-fotografii.html [Prawa: Narodowe Archiwum Cyfrowe].
Etykiety:
aromatyczne,
Ava Luxe,
drzewne,
orientalne,
perfumy,
Poczet Wiedźm Świata
Subskrybuj:
Posty (Atom)































