W mojej głowie zatrzymał się taki oto obrazek: Jean Guichard, perfumiarz, który trzydzieści lat temu zadebiutował błyskotliwie genialnym Obsession, stworzonym dla marki Calvin Klein i nadal cieszącym się statusem bestselleru, twórca legendarnych Edenu oraz LouLou Cacharel, Concentré d'Orange Verte dla Hermèsa czy znakomitego Parfum de Peau dla marki Montana, siedzi w swoim jasnym dyrektorskim gabinecie Perfumiarskiej Szkoły Givaudan pod Paryżem, mówiąc: "Quentin nie ma bladego pojęcia o chemii". [Zainteresowani tematem w tym momencie uśmiechają się pod nosem, wiedząc świetnie, w którą stronę potoczy się dalej moja opowieść. ;P ]
Cięcie.
Młody, uśmiechnięty mężczyzna o żywej mimice i tak silnym, że niemal dotykalnym entuzjazmie z zaangażowaniem opowiada o procesie rekrutacji w poczet studentów szkoły, do której właśnie uczęszcza: "Rozmawialiśmy o kinie i o wielu innych rzeczach".
Cięcie.
"To była całkowita katastrofa", bezlitośnie podsumowuje Guichard.
Cięcie.
I choć nie założyłabym się o całkowitą wierność powyższych cytatów, to tak właśnie wyglądał urywek jednego z odcinków powstałego w roku 2011, trzyczęściowego filmu dokumentalnego BBC o wiele mówiącym tytule Perfume. Brytyjski nadawca publiczny pokazywał w nim wspaniały świat twórców, dystrybutorów oraz użytkowników perfum.
Dwa lata później swoją premierę miały pierwsze perfumy stworzone przez tego energicznego, ekspresywnego chłopaka, La Fin du Monde marki État Libre d'Orange.
Nie wiem, jaki wpływ na pomysł pierwszych perfum wykreowanych przez Quentina Bischa (bo o nim mowa) miał sposób, w jaki przedstawiono jego pasję oraz talent w brytyjskiej telewizji - prawdopodobnie jest to albo zbieg okoliczności, albo delikatny żart - jednak trudno nie zauważyć, że parę myśli przewodnich powtarza się w obu tych przypadkach. Odrobina abnegacji z jednej, zblazowania z drugiej strony (dyrektorskiego biurka albo kinowego ekranu), ogromny entuzjazm i radość, potrafiące zniwelować wszystkie drobne niedociągnięcia, sam motyw kina czy w końcu stwierdzenie o katastrofie.
Pewne jest jedno: Bisch w końcu musiał stworzyć perfumy oparte o motyw końca świata. Takiego, jakim go znamy, jakim mieliśmy okazję poznać już tysiące razy - końca świata zapisanego na taśmie filmowej, oglądanego w wielkiej sali z jeszcze większym ekranem, w ciemności i towarzystwie olbrzymiego tekturowego pojemnika z przesoloną prażoną kukurydzą. :)
Przyznacie, że jest to podejście do tematu tyleż oczywiste, co nieoczekiwane? ;) Przychodzące do głowy dopiero po zastanowieniu ale jednocześnie świetnie dopasowane do samego pachnidła. Bo też, co typowe dla produktów État Libre d'Orange czy paru innych marek ale w świecie selektywnego perfumiarstwa w rzeczywistości kompletnie nie praktykowane [poza działem marketingu, który takie opowiastki produkuje na pęczki i gotów jest je podłączyć pod dosłownie każdy produkt], tutaj u podstaw stworzenia danego pachnidła naprawdę legła pewna opowieść, plastyczny pomysł o najprawdziwszej fabule.
Poznajmy ją więc.
Początek la Fin du Monde zaskakuje. Jak może być inaczej, skoro zamiast spodziewanych wybuchów, morza ognia lub spiętrzonych fal oceanu, uderzających w wielkomiejskie drapacze chmur dostajemy suche, nieco zakurzone i ciepłe dwutlenkiem węgla, spokojne jeszcze wnętrze sali niewielkiego kina, do której przez uchylone drzwi dociera charakterystyczny, lekko maślany i słony zapach popcornu? Już początek mieszaniny uczy nas, że nie należy patrzeć na nią przez pryzmat łatwych, gotowych stereotypów.
Just sit down, think outside the box and enjoy! ;P
Później mieszanka, wciąż gładka, delikatnieje jeszcze bardziej, staje się gładka i jasna niczym tafla mlecznego szkła, starannie pokryta jasnym irysowym proszkiem oraz sypkimi, szarymi nasionami piżmianu, które to zestawienie przypomina mi inne perfumy osadzone w klimacie fantastyczno-przygodowym, tym razem wyłącznie przez mój umysł: Chanel N°18 z butikowej linii perfum marki. ;) Oba te pachnidła łączy pozorny wielki spokój, ponadzmysłowa, trudna do odszyfrowania przez zwykłego człowieka gra chłodu z ciepłem a także wyraźny odczyn zasadowy.
Koniec Świata jednak wyraźnie różni się od Osiemnastki ciągiem dalszym, gdzie do irysowego pudru, piżmianu i nasion marchwi dołączono tłuste, roztarte w moździerzu pojedyncze nasionka sezamu, rozgryzane ziarna czarnego pieprzu ale przede wszystkim mineralny, gorący i suchy akord prochu strzelniczego. Odrobinę metaliczny, zgrywający się w całość z pieprzem i ostatnimi oparami tłustawo-słonego popcornu, mocno oparty o frakcję irysowo-marchwiową, która nagle, ni z tego, ni z owego zaczyna mi pachnieć całkiem, jak stara klisza fotograficzna. Kurczę, oto jest siła sugestii! ;D
W bazie kompozycja nabiera jeszcze więcej przyprawowej ostrości ale i nieoczekiwanego ciepła, pochodzącego z czegoś, co spis nut pachnidła definiuje jako grę kminu z sandałowcem czy styraksem, na mnie jednak ów akord pachnie całkiem, jak coś żywo animalnego, cielesnego: złociste, ambrowe labdanum (skądinąd też słone), niczym srebrną nicią poprzetykane ciemną piżmową sierścią oraz dalekim echem głębokiego, dymnego zamszu. Nie wyczuwam tutaj słodyczy ale subtelne wspomnienie gładkości otwarcia i owszem, tym razem sporo miększe, odbijające światło i roztapiające się niczym dobra wersja ciekłokrystalicznego Terminatora z drugiej części filmowego hitu.
Zaraz jednak wracają ostre kanty, pierzaste nuty, zakurzone powietrze, dwutlenek węgla oraz półotwarta irysowa puderniczka, kryształki soli a także zbiorowy duch siedzących w kinowej sali ludzi. :) Trwają na skórze niezmienione przez cały okres powolnego, stopniowego zaniku mieszanki aż do jej ostatecznego zaśnięcia.
La Fin du Monde okazuje się naprawdę przyjemnym pachnidłem, stworzonym z werwą oraz pomysłem, mającym kolosalny potencjał twórczy a przede wszystkim niezwykle łatwym w użytkowaniu. Wdzięcznym dla dającej mu życie osoby, w pogoni za artyzmem czy oryginalnością nie zapominającym o jej przyzwyczajeniach olfaktorycznych. Zgodnym z aktualnymi trendami ale jednocześnie dodającym do nich zupełnie nową jakość i, jakby jeszcze było mało, zaopatrzonym w sporą dawkę luzu i zdrowego dystansu do samego siebie. :D
La Fin du Monde rzeczywiście zachowuje się, jak rasowy film katastroficzny: stworzony po to, by dawać radość (w zamian za sowite zyski ale to przecież zrozumiałe) oraz przyjemnie zaskakujący każdą wartością dodaną. Oto perfumy, które wcale nie pachną, jak debiut... przypominając w tym Obsession, pierwsze dzieło aktualnego dyrektora szkoły Givaudan i jednocześnie człowieka, który pierwszy przewidział narodziny katastrofy. ;)
Mamy więc kolejne podobieństwo między omawianą mieszaniną a brytyjskim filmem dokumentalnym.
Rok produkcji i nos: 2015, Quentin Bisch
Przeznaczenie: zapach uniseksualny czy raczej omniseksualny, absolutnie niezorientowany na żadną z płci, prawdziwie uniwersalny. Charakteryzuje się spokojną, wyważoną i skromną projekcją, skłonny przybierać postać delikatnej chociaż nasyconej aury, a później szczelnego, przylegającego do ciała kostiumu.
Niewyczuwalny z daleka, wyraźny dopiero kilka centymetrów ponad ludzką skórą, ma wszelkie cechy perfum idealnych na wszelkie okazje dzienne, kiedy nie chcemy epatować zapachem. Według mnie pasuje również do okazji nieformalnych, kiedy chcemy po prostu miło spędzić czas w przyjemnym towarzystwie, ludzkim i perfumowym jednocześnie. :) Na przykład wybierając się do kina na seans wakacyjnego blockbustera. ;)
Trwałość: nad podziw dobra, bo około ośmiu do dwunastu godzin wyczuwalnej obecności.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-przyprawowa (i kwiatowa)
Skład:
nasiona marchwi i piżmianu, popcorn, masło irysowe, frezja, kmin rzymski, czarny pieprz, sezam, akord prochu strzelniczego, drewno sandałowe, wetyweria
___
Dziś noszę Tea Rose od Perfumer's Workshop.
P.S.
Trzy pierwsze ilustracje to fotosy oraz "plakat zapowiadający" (teaser poster) jeden z kinowych hitów kończących się właśnie tegorocznych wakacji, katastroficznego San Andreas. Czyli Uskok Św. Andrzeja kontra jak zwykle prorodzinny Dwayne Johnson. ;) Oto ich bezpośrednie źródła:
1. http://www.smh.com.au/entertainment/movies/san-andreas-trailer-first-look-at-dwayne-johnson-disaster-movie-shot-in-queensland-20141210-1247t0.html
2. http://www.thehollywoodnews.com/2015/05/27/10-things-you-didnt-know-about-san-andreas/
3. http://www.wallbacks.com/san-andreas-2015-movie-wallpapers.html
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą État Libre d'Orange. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą État Libre d'Orange. Pokaż wszystkie posty
sobota, 29 sierpnia 2015
środa, 3 czerwca 2015
Kadzidłem w foch
"Ile one mogą mieć lat?" - jakieś sześć lub siedem lat temu zapytała moja Mała Siostrzyczka, kiedy pokazałam jej fragment podczytywanych właśnie prywatnych rozmów na pewnym publicznym, Dawno Nieistniejącym Forum Perfumowym [wspominałam już o nim kilka razy, bo z tego środowiska wywodzi się kilka znanych postaci polskiej perfumowej blogosfery ;) ], dotyczących religii w ogóle, katolicyzmu w szczególe oraz reakcji na nią (przede wszystkim) administratorek portalu. Kiedy odpowiedziałam, że pewnie około trzydziestu lub trochę ponad, Mała Siostrzyczka prychnęła po nastoletniemu i skomentowała czytane akurat słowa: "W gimnazjum na etyce mamy dwie takie wygadujące podobne rzeczy i ciągle musimy je uciszać, bo zaniżają poziom grupy". ;>
Odkąd jakiś rok później poznałam Encens et Bubblegum marki État Libre d'Orange, przy każdym teście automatycznie przypominam sobie ów komentarz. Pachnidło wybitnie bowiem wpasowuje się w klimat infantylnych obrazoburczych fantazji, snutych przez ludzi z ogromnymi osobistymi uprzedzeniami. Co ciekawe, wcale nie jest złe i paradoksalnie można idealnie wpasować je w sakralną tematykę.
O ile znajdziemy odpowiedni kościół. ;)
Oto kościół Tân Định, od drugiej połowy lat 70. XIX wieku służący katolikom Sajgonu. :) Trzeba przyznać, że we współczesnym Europejczyku tak wyglądająca świątynia - choć architekturą nie różni się przecież od tych, które stoją w naszym sąsiedztwie - wywołuje uczucia raczej ambiwalentne. ;D
No i znakomicie pasuje do klimatu zrodzonego dzięki Kadzidłu i Gumie do Żucia.
W otwarciu słodkie i wybitnie różowe, chemiczno-owocowe pachnidło każe pomyśleć jednocześnie o woni papierku po pastelowo-różowej balonówce, ciepłym oddechu osoby żującej tę gumę oraz ślinie, oblepiającej słodką i elastyczną różową grudkę. Laboratoryjne owoce o bliżej niezidentyfikowanej proweniencji (dopiero później, chyba pod wpływem kadzidła, wyczuwam nieco brzoskwini) doprawiono waniliną a następnie ułożono na ciemnych, nieco okurzonych meblach z ciemnego drewna.
I osnuto kadzidłem; najpierw jedną drobną, pojedynczą strużką olibanum z mirrą i czymś jeszcze, w miarę upływu czasu dodając do niej kolejne szare i srebrzyste smugi.
Nie mija godzina, kiedy na mojej skórze rządzi już przede wszystkim kadzidło - niezbyt mocne, bardzo przestrzenne i udziwnione wspomnianą ciepłą, chemiczną tudzież węglową słodyczą, jakby laboratoryjnym ucieleśnieniem węglowodanów we własnej osobie - mimo wszystko jednak oczywiste, żywe, tworzące sugestywne wrażenie przestrzeni, którą z radością mogłyby wypełnić wonne dymy. :) W takim otoczeniu nawet cała klasa gimnazjalistek [rzeczywistych bądź emocjonalnych ;P ] spokojnie mogłaby żuć gumę bez najmniejszego uszczerbku na religijnej podniosłości uroczystej mszy.
Powiem więcej: kiedy słodycz stopniowo, powoli przemija odsłaniając brzoskwiniowe maltodekstryny, kadzidło rzednie i unosi się ku sklepieniu świątyni (notabene już wcale nie tak różowej ;) ), część topiących się żywic oszczędnie zastępując mieszanką południowoeuropejskich suszonych ziół, z rozmarynem i tymiankiem na czele. Pojawia się nawet powidok starego, okurzonego, lekko otłuszczonego drewna; może to ławki, długie, ciemne i skrzypiące, wytarte przez dekady nieustannego użytkowania...? Razem z nim ziołowe kadzidło a także rozgrzana owocowa, chemiczna słodycz stopniowo rozpływają się w ciepłym wietrze.
Więc kiedy jutro, przypadkiem lub celowo, wędrując ulicami polskich miast i wsi zabłądzicie w okolice procesji wiernych, świętujących Boże Ciało, wzrokiem wyszukajcie nastolatków płci obojga i przyjrzyjcie się, czy ich szczęki nie poruszają się aby w charakterystyczny sposób. ;) Jeżeli zauważycie kogoś takiego, nie oburzajcie się ani nie naśmiewajcie. A nuż widzicie właśnie przyszłego podróżnika lub podróżniczkę, planujących wyjazd do Wietnamu? ;P
Natomiast poważnie: kiedy otrzymujemy perfumy złożone z dwóch tak wielkich skrajności, jak to ma miejsce w przypadku Encens et Bubblegum, możemy spodziewać się albo czegoś wybitnego, albo kompletnego niewypału. Dla mnie omawiana mieszanka zdecydowanie bliższa jest pierwszej z ocen; udanie kreuje twórcze napięcie między przeciwieństwami i, co ważniejsze, łączy je w zgrabną oraz przekonującą całość. O czym warto przekonać się na własnej skórze. Encens et Bubblegum to jedno z tych pachnideł, które powinien poznać każdy szanujący się miłośnik perfum.
Za podarowanie jednej z próbek zapachu serdecznie dziękuję Perfumoholiczce! :*
Rok produkcji i nos: 2006, Antoine Maisondieu
Przeznaczenie: wbrew mojemu skojarzeniu jest to świetny, wyważony uniseks z samego środka skali genderowo-olfaktorycznej. ;) Trzyma się blisko skóry, niechętnie wstając ponad nią nawet w pierwszej fazie rozwoju ale tuż przy ciele naprawdę wyraźny. Dlatego żeby "uwyraźnić" EeB trzeba by się dosłownie zlać. [Czego nikomu nie polecam, ponieważ wtedy początkowa chemiczna słodycz i dwutlenek węgla ze śliną mogłyby zmienić się raczej w Sécrétions Magnifiques Light, co nigdy nie jest wskazane ;D ].
Na okazje, jakie tylko wymyślicie; byle nie zbyt oficjalne czy uroczyste, niekoniecznie w rozumieniu religijnym.
Trwałość: od niecałych pięciu do siedmiu godzin wyraźnej emanacji oraz dalszych kilka dyskretnego zamierania
Grupa olfaktoryczna: hmmm... ;) niech będzie, że równolegle aromatyczno-drzewno-gourmand-owocowa
Skład:
malina, brzoskwinia, wanilia, kwiat pomarańczy, wanilia, kadzidło, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. http://www.historicvietnam.com/tan-dinh-church/ [Autor: Tim Doling]
2. http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?p=63901119&langid=5
Odkąd jakiś rok później poznałam Encens et Bubblegum marki État Libre d'Orange, przy każdym teście automatycznie przypominam sobie ów komentarz. Pachnidło wybitnie bowiem wpasowuje się w klimat infantylnych obrazoburczych fantazji, snutych przez ludzi z ogromnymi osobistymi uprzedzeniami. Co ciekawe, wcale nie jest złe i paradoksalnie można idealnie wpasować je w sakralną tematykę.
O ile znajdziemy odpowiedni kościół. ;)
Oto kościół Tân Định, od drugiej połowy lat 70. XIX wieku służący katolikom Sajgonu. :) Trzeba przyznać, że we współczesnym Europejczyku tak wyglądająca świątynia - choć architekturą nie różni się przecież od tych, które stoją w naszym sąsiedztwie - wywołuje uczucia raczej ambiwalentne. ;D
No i znakomicie pasuje do klimatu zrodzonego dzięki Kadzidłu i Gumie do Żucia.
W otwarciu słodkie i wybitnie różowe, chemiczno-owocowe pachnidło każe pomyśleć jednocześnie o woni papierku po pastelowo-różowej balonówce, ciepłym oddechu osoby żującej tę gumę oraz ślinie, oblepiającej słodką i elastyczną różową grudkę. Laboratoryjne owoce o bliżej niezidentyfikowanej proweniencji (dopiero później, chyba pod wpływem kadzidła, wyczuwam nieco brzoskwini) doprawiono waniliną a następnie ułożono na ciemnych, nieco okurzonych meblach z ciemnego drewna.
I osnuto kadzidłem; najpierw jedną drobną, pojedynczą strużką olibanum z mirrą i czymś jeszcze, w miarę upływu czasu dodając do niej kolejne szare i srebrzyste smugi.
Nie mija godzina, kiedy na mojej skórze rządzi już przede wszystkim kadzidło - niezbyt mocne, bardzo przestrzenne i udziwnione wspomnianą ciepłą, chemiczną tudzież węglową słodyczą, jakby laboratoryjnym ucieleśnieniem węglowodanów we własnej osobie - mimo wszystko jednak oczywiste, żywe, tworzące sugestywne wrażenie przestrzeni, którą z radością mogłyby wypełnić wonne dymy. :) W takim otoczeniu nawet cała klasa gimnazjalistek [rzeczywistych bądź emocjonalnych ;P ] spokojnie mogłaby żuć gumę bez najmniejszego uszczerbku na religijnej podniosłości uroczystej mszy.
Powiem więcej: kiedy słodycz stopniowo, powoli przemija odsłaniając brzoskwiniowe maltodekstryny, kadzidło rzednie i unosi się ku sklepieniu świątyni (notabene już wcale nie tak różowej ;) ), część topiących się żywic oszczędnie zastępując mieszanką południowoeuropejskich suszonych ziół, z rozmarynem i tymiankiem na czele. Pojawia się nawet powidok starego, okurzonego, lekko otłuszczonego drewna; może to ławki, długie, ciemne i skrzypiące, wytarte przez dekady nieustannego użytkowania...? Razem z nim ziołowe kadzidło a także rozgrzana owocowa, chemiczna słodycz stopniowo rozpływają się w ciepłym wietrze.
Więc kiedy jutro, przypadkiem lub celowo, wędrując ulicami polskich miast i wsi zabłądzicie w okolice procesji wiernych, świętujących Boże Ciało, wzrokiem wyszukajcie nastolatków płci obojga i przyjrzyjcie się, czy ich szczęki nie poruszają się aby w charakterystyczny sposób. ;) Jeżeli zauważycie kogoś takiego, nie oburzajcie się ani nie naśmiewajcie. A nuż widzicie właśnie przyszłego podróżnika lub podróżniczkę, planujących wyjazd do Wietnamu? ;P
Natomiast poważnie: kiedy otrzymujemy perfumy złożone z dwóch tak wielkich skrajności, jak to ma miejsce w przypadku Encens et Bubblegum, możemy spodziewać się albo czegoś wybitnego, albo kompletnego niewypału. Dla mnie omawiana mieszanka zdecydowanie bliższa jest pierwszej z ocen; udanie kreuje twórcze napięcie między przeciwieństwami i, co ważniejsze, łączy je w zgrabną oraz przekonującą całość. O czym warto przekonać się na własnej skórze. Encens et Bubblegum to jedno z tych pachnideł, które powinien poznać każdy szanujący się miłośnik perfum.
Za podarowanie jednej z próbek zapachu serdecznie dziękuję Perfumoholiczce! :*
Rok produkcji i nos: 2006, Antoine Maisondieu
Przeznaczenie: wbrew mojemu skojarzeniu jest to świetny, wyważony uniseks z samego środka skali genderowo-olfaktorycznej. ;) Trzyma się blisko skóry, niechętnie wstając ponad nią nawet w pierwszej fazie rozwoju ale tuż przy ciele naprawdę wyraźny. Dlatego żeby "uwyraźnić" EeB trzeba by się dosłownie zlać. [Czego nikomu nie polecam, ponieważ wtedy początkowa chemiczna słodycz i dwutlenek węgla ze śliną mogłyby zmienić się raczej w Sécrétions Magnifiques Light, co nigdy nie jest wskazane ;D ].
Na okazje, jakie tylko wymyślicie; byle nie zbyt oficjalne czy uroczyste, niekoniecznie w rozumieniu religijnym.
Trwałość: od niecałych pięciu do siedmiu godzin wyraźnej emanacji oraz dalszych kilka dyskretnego zamierania
Grupa olfaktoryczna: hmmm... ;) niech będzie, że równolegle aromatyczno-drzewno-gourmand-owocowa
Skład:
malina, brzoskwinia, wanilia, kwiat pomarańczy, wanilia, kadzidło, piżmo
___
Dziś noszę to, o czym powyżej.
P.S.
Źródła ważniejszych lustracji:
1. http://www.historicvietnam.com/tan-dinh-church/ [Autor: Tim Doling]
2. http://www.skyscrapercity.com/showthread.php?p=63901119&langid=5
Etykiety:
aromatyczne,
drzewne,
État Libre d'Orange,
gourmand,
owocowe,
perfumy
piątek, 15 maja 2015
Cztery lilie dworu
Tak naprawdę było ich więcej, niż cztery. Sporo więcej. Kobiet, które z powodu swego pochodzenia lub zawirowań historii (a najczęściej jednego i drugiego naraz ;) ) trwale zapisały się w dziejach ludzkości. Tych, które wieki temu były córkami, matkami, żonami lub kochankami władców, miały oddanych przyjaciół ale i bezwzględnych wrogów - lub też takich miał któryś z powiązanych z nimi mężczyzn a całą "zasługę" naszych bohaterek stanowiło bycie częścią otoczenia ówczesnych ludzi władzy.
Albo inaczej: nie godziły się na obcą ich naturze rolę biernych przedmiotów ale chciały same tworzyć świat wokół siebie, ustanawiać prawa, nadawać przywileje i karać tych, którzy na karę zasługiwali, co mogło nie przypaść do gustu możnym, nieprzyzwyczajonym do silnych kobiet u władzy. Lub też miały nieszczęście kochać zbyt mocno i cierpieć zbyt dotkliwie, i tęsknić za bliskością drugiej osoby zbyt rozpaczliwie.
Damy dworu, arystokratki, królowe... Choć żyły w średniowieczu albo renesansie, możecie być pewni, że kochały, nienawidziły, bały się, miały nadzieję, cieszyły się oraz cierpiały identycznie, jak my tu i teraz, Anno Domini 2015. [Rzecz jasna nic nie zmieniło się także w emocjonalności mężczyzn, jednak nie oni są najważniejszym tematem mojego dzisiejszego wpisu].
Dziś chciałabym napisać o czterech z nich. Czterech królewskich liliach, z których jedną spotkał los tak straszny, że współcześnie wprost nie do wyobrażenia, natomiast drugiej, równie nieszczęśliwej, ból po stracie ukochanej osoby zaćmił jakąkolwiek zdolność logicznego myślenia i ostatecznie zepchnął w otchłań szaleństwa.
Życie trzeciej wielu z nas mogłoby wydać się bardzo znajome: była bowiem emigrantką, której tęsknota za krajem nie przeszkodziła zaadaptować się do nowych warunków ale też adaptacja nie skłoniła do rezygnacji z samej siebie: z własnej tożsamości i tradycji, z własnego silnego charakteru oraz ambicji. Za co ze strony nowych poddanych czekało na nią jedynie głębokie niezrozumienie oraz niechęć. Szła przez życie, zmagając się ze światem, który nijak nie chciał być jej posłuszny.
I tylko ostatnia (ale nie chronologicznie) bohaterka mojej opowieści wiodła życie, które my śmiało moglibyśmy nazwać bajkowym. :) Choć początkowo los obchodził się z nią po macoszemu, nie szczędząc łez, zimna i głodu, chociaż nawet najżyczliwsi nie mogliby nazwać jej pięknością, choć spotkało ją niemało upokorzeń, w końcu znalazła swojego księcia z bajki. To znaczy króla. To znaczy nikogo nie musiała szukać ale jedynie poślubiła tego, którego powinna. To znaczy... Ech, wszystko w swoim czasie. :)
Cztery kobiety, cztery niezwykłe lilie. Dla każdej z nich najbardziej stosowna.
O pierwszej z moich bohaterek tak pisze Anna Moczulska, autorka niezrównanego bloga Kobiety i historia:
"(...) opowieść jest straszna. Główne role grają w niej młody polski królewicz i śliczna dwórka, do której młodzieniec ów poczuł miętę. On zostanie jednym z największych władców w historii Polski. Ona przez niego zginie. I zginie straszliwie - w hańbie i cierpieniu, nieludzko okaleczona, wystawiona na pośmiewisko jako dowód podłości i zdrady.
Dzieje się to w roku 1330. Na węgierski dwór królowej Elżbiety, z domu Łokietkówny, przyjeżdża jej młodszy brat, polski królewicz Kazimierz. Tatuś, Władysław Łokietek, wysłał tam swego dziewiętnastoletniego syna na krótkie wakacje, na których ten jednakowoż ma połączyć przyjemne z pożytecznym. Namówić potężnych sąsiadów do udziału w montowaniu koalicji antykrzyżackiej, a przy okazji nabyć trochę ogłady i liznąć wielkiego świata na wspaniałym, znakomitszym od wawelskiego, andegaweńskim dworze.
Kazimierz na Węgrzech zachowuje się tak, jak każdy dziewiętnastolatek spuszczony ze smyczy wymagającego ojca. Chce się zwyczajnie dobrze zabawić. W domu zostawił obowiązki i żonę, którą ojciec mu wybrał, kiedy Kazimierz był jeszcze małym Kaziem, miał ledwie 15 lat! (...) Na dworze siostry zjawia się sam i może do woli przebierać w pięknych pannach. A polski królewicz przyciąga kobiece spojrzenia. Jest przystojny - wysoki, smagły, czarnowłosy, bardzo jeszcze młody, a więc niewątpliwie mniej kudłaty i zarośnięty niż ten, którego znamy z portretów. Szybko wpada mu w oko Klara, piękna dwórka jego siostry. I wszystko wskazuje na to, że on jej też. Ale wcale nie tak łatwo namówić Klarę na schadzkę. Dziewczyna nie jest pierwszą lepszą - pochodzi ze znakomitego, magnackiego rodu Zachów, nauczono ją cenić swój dom i nazwisko, godnie się nosić, dbać o skromność i pilnować cnoty.
Jak jednak możecie się domyślać, im mocniej Klara się opiera, tym bardziej apetyt Kazimierza rośnie. I kiedy młodzieniec czuje, że nie wytrzyma już ani chwili dłużej, na scenę wkracza siostra naszego bohatera, królowa Elżbieta. Idzie w sukurs swemu usychającemu z pożądania braciszkowi i organizuje przemyślną schadzkę.
Królewicz leży w swojej komnacie, rzekomo złożony chorobą. Królowa w towarzystwie Klary idzie go odwiedzić i pod pierwszym lepszym pretekstem zostawia młodych sam na sam. Wtedy szybko się okazuje, że piękny Kazio nie jest złożony niemocą na tyle, by nie wziąć tego, na co ma ochotę. I kradnie Klarze wianek. Po dobroci czy gwałtem? O to do dziś spierają się historycy, ale czy to ma znaczenie? Nawet jeśli Klara też czuje do Kazimierza afekt, to zapewne się broni, jak każda ówczesna uczciwa panna. I zapewne broni się nieskutecznie..."
Źródło: Krew, królewicz i panna
Dość powiedzieć, że po powrocie Kazimierza do Polski, porzucona i zapomniana Klara miała poskarżyć się ojcu, który takiej zniewagi ze strony obu monarszych rodów, polskiego i węgierskiego, nie mógł puścić płazem. Zresztą który współczesny rodzic (płci dowolnej) puściłby płazem zgwałcenie własnego dziecka?
Historia mówi, że 17 kwietnia 1330 roku Felicjan Zach podczas zamkowej uczty dokonał zamachu na króla Węgier Karola Roberta oraz królową Elżbietę - a więc na siostrę i szwagra gwałciciela (a może "tylko" uwodziciela) swojej córki. Rzuciwszy się na władców z mieczem, dosięgnął nie króla - który ledwie draśnięty bohatersko schował się pod stołem - ale królową, odciąwszy jej cztery palce.
Zach nie opuścił już królewskich komnat, zabity przez podczaszego Elżbiety. Później zostaje poćwiartowany a poszczególne części jego ciała rozesłane ku przestrodze we wszystkie strony kraju, głowa natomiast zawieszona na bramie królewskiej siedziby.
A jego potomstwo?
"(...) synowie zostają pojmani i zabici w straszliwy sposób, wloką ich końmi po ulicach, póki nie skonają, a posieczone ciała rzucają psom na pożarcie. Jednak największą cenę za gniew swego ojca płaci Klara. On szczęśliwie szybko umiera, ją czeka kaźń.Miłośników perfum może natomiast zainteresować rola, jaką w tej sprawie odegrała nasza własna pieszczoszka. Władczyni, dla której stworzono pierwsze w historii bestsellerowe perfumy, niepodzielnie władające olfaktorycznymi gustami Europy niemal aż do XVIII wieku i szalonej popularności Wody Kolońskiej.
Zostaje natychmiast wywleczona z tłumu ślicznych dwórek. Obcinają jej nos, wargi, palce u rąk i tak okaleczoną obwożą w klatce po wsiach i miasteczkach. Zanim umrze, Klara musi wyznawać urągającym jej tłumom, że słusznie ją ukarano za występek jej ojca przeciw najświętszemu majestatowi królów, że ona i jej ród cierpią zasłużenie. (...)
I tak kończy się tragiczna historia romansu królewicza Kazimierza i pięknej Klary. Do dziś poruszająca, budząca emocje, niejasna. W Polsce wciąż mamy z tą historią problem. Jest dla nas jak wyrzut sumienia. Nie możemy zaprzeczać, że miała miejsce, ale robimy wszystko, by się z niej wyłgać. Trudno nam przyznać, że nasz król Kazimierz, któremu w dodatku nadaliśmy przydomek Wielki, sprowokował taką krwawą jatkę!"
Źródło podlinkowane wyżej
Bo tak, słynną Larendogrę, Wodę Królowej Węgier, odtworzoną niedawno przez Pollenę Aromę, skomponowano dla tej samej Elżbiety Łokietkówny. :] Dla rajfurki swego własnego brata i pomocniczki w gwałcie, pałającej żądzą zemsty wobec prawdziwej ofiary zdarzenia.
Jednak nie o rozmarynowo-lawendowej nalewce zamierzam dziś pisać ale o liliach. Królewskich, potężnych, niewinnych i prawdziwie, dogłębnie smutnych.
Jaki zapach mógłby okazać się godnym uzupełnieniem historii o Klarze Zach? Opowieści straszliwej, chociaż mieszczącej się w kanonach średniowiecznego prawa. Jakie perfumy nie raziłyby niezręcznością w zestawieniu z horrorem?
Musiałyby być jednocześnie potężne, ogłuszająco urodziwe ale też duszące, nie zostawiające nawet skrawka przestrzeni wokół siebie, osaczające. Prawdziwie piękne, skomplikowane, słodkie na początku ale osuwające się w stronę goryczy. Przejmujące oraz, jak napisałam, bezgranicznie smutne.
Dokładnie tak brzmi dla mnie Lys Fume z butikowej kolekcji Toma Forda.
Tutaj początek jest niespodziewanie lekki i niewinny, zupełnie niezapowiadający dalszych dramatów. Jasny, seledynowy, przesiąknięty sokami młodych kwiatów i rozjaśniony miękkimi promieniami porannego słońca. Zanim lilia nie rozwinie płatków jej zapach jest zaledwie fantomowy a najważniejszą rolę gra pyłkowe, słodziutkie i dziewczęce ylang-ylang. Towarzyszą mu słodkie cytrusy i nawet przewijający się tu i ówdzie różowy pieprz nie może zaszkodzić idyllicznemu obrazkowi. Przeciwnie, dodaje mu charakteru, sugeruje żywy chociaż jeszcze nie całkiem uświadomiony temperament. Jest jak Klara, podejmująca pierwszy, niewinny flirt z polskim królewiczem.
Dopiero potem zrywa się gorący wiatr, przynoszący burzę. Jednak zanim do niej dojdzie, powietrze robi się upalne, ciężkie, nieznośne. Lilia coraz śmielej nabiera mocy, spychając do tyłu wszelka lekkość oraz niewinność. Towarzyszy jej gorący akcent sproszkowanych zamorskich przypraw, cielesność labdanum, balsamiczna głębia rumu - wszystkie silne, duszące, otumaniające swoim pięknem, odcinające dopływ powietrza do mózgu. :] Lubię takie perfumy, jednak gęstości i mocy Lys Fume z jakiegoś powodu się przestraszyłam.
Z osobliwą mieszanką grozy, fascynacji oraz zauroczenia obserwowałam, jak lilia pyszni się i rozkwita w otoczeniu goryczy gałki muszkatołowej i drzewnych balsamów, jak jeszcze silniej dręczy ją bylica, jak podkreśla wytrawność rumu oraz dębiny, jak zwodzi cielesna lekkość labdanum i słodycz ciemnej, niekulinarnej wanilii.
Jak bardzo dziwny, skomplikowany, niejasny wydaje się to zapach. Jak bardzo działa na emocje, nie zostawiając głowie wiele do chłodnego, rzeczowego zanalizowania. Jak mało wiem zarówno na temat Lys Fume, jak i Klary Zach. Ta pierwsza jest w zasadzie przepotężną, wielowymiarową, słodko-gorzko-orientalną leliją, ta druga zasłynęła z urody, zamieszania w zamach na parę królewską i kary, jaką zań poniosła.
Jednak czy naprawdę ją zgwałcono? Czy rzeczywiście dokonał tego Kazimierz? A może jedynie padł ofiarą wrażych plotek? Historia nie jest pewna. Historia wątpi, co jednocześnie zrozumiałe ale i budzące śmieszność [ponieważ polska historia jara się własną rzekomą bezkrwawością i usilnie szuka potwierdzenia, jaki to z nas Mesjasz Narodów. ;> Nawet, jeżeli miałoby to oznaczać rozpaczliwe przekraczanie kolejnych granic absurdu].
Historia nie zapomniała o Klarze Zach, ponieważ nie była w stanie; tak bardzo działa na nas opowieść o jej przerażającym losie. Od teraz będę łączyć ją z enigmatyczną zagadką zapachową, skrytą wewnątrz flakonu Lys Fume. Wierzę, że z szacunku dla bohaterki węgierskiej wyobraźni.
Moja kolejna opowieść niestety również nie należy do szczęśliwych.
Joanna przyszła na świat w rodzinie ludzi silnych, ambitnych i zdeterminowanych osiągnąć sukces. Średniowiecznych w sposobie myślenia ale nie bojących się wyzwań zupełnie nowej epoki - której zresztą sami dali jeden z początków, finansując zamorską wyprawę na drugi koniec świata, dowodzoną przez równie co oni ambitnego Genueńczyka. ;)
Joanna, trzecie z kolei dziecko zjednoczycieli Hiszpanii, Królów Katolickich, Ferdynanda Aragońskiego oraz Izabeli Kastylijskiej.
Joanna, infantka a po śmierci matki (i starszego rodzeństwa wraz z potomkami) królowa Kastylii.
Joanna, żona do szaleństwa zakochana w swoim mężu Filipie, przez ówczesnych nazwanego Pięknym.
Joanna, kobieta samotna i nieszczęśliwa, być może myląca namiętność z miłością i nie mogąca znieść myśli, że jej mąż podobnych epistemologicznych problemów nie ma. :]
Joanna, uzależniona od męża, opętana obsesją na jego punkcie ale też wykorzystywana, maltretowana, manipulowana i notorycznie zdradzana.
Joanna, będąca pionkiem na politycznej szachownicy, całe swoje życie rozgrywana przez innych.
Joanna nienawidząca innych kobiet (nawet zakonnic) jako rywalek do, ekhm... serca Filipa.
Joanna izolowana i celowo trzymana w politycznej nieświadomości; do dziś nie wiemy, czy obłęd ujawniał się u niej od dzieciństwa, czy może był reakcją na późniejsze poczucie niezrozumienia przez świat.
Joanna w permanentnej depresji, niezdolna do podjęcia żadnej decyzji.
Joanna, za którą rządzą regenci: najpierw ojciec, potem mąż.
Joanna, owdowiała dziesięć lat po ślubie z obsesyjnie kochanym Filipem-kobieciarzem.
Joanna, która nie przyjmuje śmierci męża do wiadomości.
Paradoksalnie był to chyba jedyny raz w jej życiu, kiedy potrafiła wymusić na innych posłuszeństwo; mogło też stać się tak, że otoczenie królowej zwyczajnie nie przewidziało przebiegu ani konsekwencji reakcji Joanny na śmierć męża. Ta bowiem, nie wierząc w jego śmierć a może mając nadzieję na powrót Filipa zza grobu, zabroniła pochówku zwłok i nakazała dworzanom traktować je jak żywego człowieka: nosić w lektyce, sadzać na tronie i przy stole, kłaść do łoża, ubierać, rozbierać...
W końcu jednak podstępem namówiono Joannę na złożenie ciała Filipa do trumny i podróż do wybranego miejsca ostatniego spoczynku. Lecz mylili się ci, którzy sądzili, że uda się pochować męża królowej szybko i dyskretnie. Aura skandalu towarzyszyła nawet orszakowi żałobnemu, poruszającemu się w tę i nazad po Kastylii wyłącznie po zmierzchu, jak również tolerującemu niemalejącą obsesyjną zazdrość królowej o, od dawna przecież martwe, ciało męża. Od czasu do czasu, podczas dziennych postojów w męskich klasztorach, Joanna nakazywała otwarcie trumny aby móc nadal cieszyć się (?) Filipem.
Sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna i naprawdę trudno powiedzieć, jak by się skończyła, gdyby nie interweniował władca sąsiedniego królestwa a ojciec Joanny, Ferdynand, który wykorzystując niezręczną sytuację wkroczył do Kastylii i siłą odsunął córkę od władzy [tzn. oficjalnie "tylko" rządził w jej imieniu ale wiadomo, jak to musiało wyglądać w praktyce]. Uwięziona przez ojca w zamku w miejscowości Tordesillas, gdzie po wielu perypetiach ostatecznie złożono zwłoki Filipa, pozostawiona samej sobie popadła w obłęd, który już po narodzinach nowoczesnej psychiatrii na podstawie zachowanych opisów sklasyfikowano jako coś bardzo podobnego do schizofrenii. Niewykluczone, że tylko w tak desperacki sposób jej psyche potrafiła jakoś utrzymać się w całości.
Joanna I, nominalna pani Kastylii i Aragonii, pierwsza królowa zjednoczonej Hiszpanii. De facto zakładniczka ambicji najpierw rodziców, później tylko ojca, męża, ponownie ojca a na koniec syna, żyła i zmarła w murach zamku przy klasztorze w Tordesillas, gdzie na swoje zmartwychwstanie wciąż czekał jej ukochany mąż, Filip Piękny Habsburg.
Jaki zapach mógłby opowiedzieć nam cokolwiek o najważniejszym, najbardziej dramatycznym i budzącym żałość ale też najbardziej odrażającym etapie życia Joanny? Widzę tylko jednego kandydata.
Charogne marki État Libre d'Orange.
Zapach o tak znaczącej nazwie rozpoczyna się żywym, pikantnym uderzeniem świeżego soku imbirowego i pieprzu, zestawionych z jasną, pyłkową wanilią i czymś jeszcze (może kardamon?), składając się na charakterystyczną chemiczną woń syropu na kaszel albo przychodni pediatrycznej. Otwarcie jest, owszem, dziwne ale jak piszą w brukowcach: "nic nie zapowiadało tragedii". :]
Ta pojawia się nieco później, wraz ze znajdowanymi tu i ówdzie pyłkami kwiatów, osobliwie często lubiącymi okrywać starą, skórzaną galanterię, czasami nawet zamsz. Dopiero z tych kwiatów, wyrosłych na przedziwnej skórzanej glebie, irysowo-zamszowej, maślanej i metalicznej jednocześnie, wyrasta lilia. Pojawia się i... rośnie. Wciąż rośnie. Cały czas rośnie, ogrzewana promieniami słońca, otulona suchym, niemal parzącym powietrzem, wraz ze skórą i przyprawami wyciągająca z jaśminu cały jego indol a więc z upodobaniem otaczająca się woniami rodem z toalety publicznej. :> Lilia potężna i piękna, otoczona mnóstwem pyłkowej słodyczy, z zapałem wtłaczająca samą siebie w skórzany gorset mogłaby być majestatyczną.
Gdyby nie całe to otoczenie indolowo-skatolowe, od razu kojarzące się z ludzką zwierzęcością, z wydalaniem oraz słodkawą wonią rozkładu szczątków. Czy to w ogóle może być godne towarzystwo dla czystej, białej lilii?? A dla wanilii?
Lilia oraz wanilia z Charogne zgodne uważają, że tak, jak najbardziej. Nie tylko może ale wręcz powinno. Bo gdzie będzie dla nich miejsce, jeśli nie przy skórze gnijącej w otoczeniu jaśminu, przypraw, kwiatu pomarańczy, gdzieś między piżmem, cywetem a labdanum. W oparach kadzidła, okalających Padlinę niczym cienka, srebrzysta rama.
Od euforii do rozpaczy, od zaprzeczenia po przygnębienie; przez toksyczny związek i chorobę psychiczną. Jest w tym zapachu gwałtowność całkowicie usprawiedliwiająca kontrowersyjny tytuł. Jest też jakaś obezwładniająca rozpacz i mimo wszystko godność, tłumacząca dobór składników.
Jest moc, obecna w Jasmine od Maison Dorin a przede wszystkim - w Oud 27 marki Le Labo, charakterologicznie zbliżonym do zbolałego, oszalałego, prawdziwie nieszczęśliwego Charogne.
Wspaniałe dzieło sztuki, które jednak trudno mi nosić na co dzień. Męczące do tego stopnia, że czas już porzucić wszystkie historie ponure i straszne.
Czas na zwrot o sto osiemdziesiąt stopni. :) Wracamy do Polski.
"Wyobrażam sobie, co też ona musiała czuć w czasie swojej długiej drogi do Krakowa. Była pewno jednym kłębkiem nerwów! Dobrze wiedziała, jak będzie wyglądać ta chwila, kiedy już stanie przed młodym polskim królem. Zapewne on też, jak wielu wcześniej, wywali na nią oczy i będzie się gapić z otwartą gębą. Już czuła ten wzrok, ślizgający się po jej postaci, widziała to zdumienie, a potem, nie daj Boże, grymas wstrętu?
W takich chwilach - krótkich, bo nie umiała długo chować urazy - czuła złość na swego wuja. Może gdyby w dzieciństwie choć trochę o nią zadbał, nie byłaby taka niewydarzona. Jej kości rosłyby prosto i równo, a figura nie wygięłaby się w znak zapytania. Twarz nie byłaby tak komicznie wąska i długa. I ten groteskowy uśmiech! Nieszczęsna wada zgryzu sprawiała, że siekacze były ułożone niemal poziomo i wystawały z warg, choćby nie wiem jak starała się je zaciskać. I co on... Kazimierz... młody i podobno przystojny... co on powie, kiedy stanie przed nim taka narzeczona? Ucieknie w popłochu, a ją odeśle do domu? Nie, nie, wiedziała, że tego nie zrobi. Nie pozwoli mu dworność, ale przede wszystkim polityczny interes. Przecież Elżbieta jest habsburską cesarzówną, dobrą partią, o którą polski król sam zabiegał! W tym momencie budziła się jej rodowa duma, dodając trochę animuszu, ale duma kobieca... ech... ta leżała w gruzach.
Kiedy Elżbieta w końcu dociera na miejsce i staje przed narzeczonym, wszystko toczy się tak, jak w jej najczarniejszych snach. Wychodzi jej na spotkanie 27-latek, który pasuje do dziewczęcych marzeń: wysoki i szczupły, ciemnowłosy, o wąskiej twarzy i dużych, nieco skośnych czarnych oczach. Ona patrzy na niego z upodobaniem, ale on... Brwi nad jego czołem zbiegają się w równą kreskę, a przyjemna, miękka i śpiewna mowa, z której Elżbieta nie rozumie ani słowa, zaczyna nabierać twardych tonów. Dziewczyna widzi, że nie jest dobrze!
Kazimierz Jagiellończyk patrzy na Austriaczkę i czuje, jak ogarnia go furia. Teraz już rozumie, czemu wysłany na przeszpiegi Marcin Bielski, który miał mu obejrzeć narzeczoną, tak potem kręcił i opowiadał te swoje głodne kawałki. O tym, że jest »ni do kogo prawie podobna w twarzy i na wyroście«, a postać ma »różną niż wszyscy ludzie«. No ma! Każdy widzi to garbate metr sześćdziesiąt, wykręcone jak sosna na wietrze!
Królowi trudno zapanować nad emocjami. Ucieka do swoich komnat i nie opuszcza ich przez dwa dni. W końcu zwołuje doradców. Mówi im wprost, »że mu się oblubienica nie podoba« i prosi, »aby mu radę dali, bo jej za małżonkę mieć nie chce«. Oczywiście, żadnej innej rady nie dostanie, jak tę, że musi się do Elżbiety przekonać, bo dynastyczne korzyści tego mariażu liczą się bardziej niż jego gust. Król sam to wie, sam o ten ożenek zabiegał i czuje, że wpadł w pułapkę. Po dwóch dniach zmagań ze sobą, z ciężkim sercem decyduje się wziąć brzydulę za żonę.
10 lutego 1454 roku 27-letni Kazimierz Jagiellończyk, od siedmiu lat król Polski, staje przed ołtarzem z 18-letnią Elżbietą Austriaczką (po staropolsku Rakuszanką). Wesele jest huczne, a uroczystości trwają całe osiem dni.".
Cytat po raz kolejny pochodzi z bloga A. Moczulskiej Kobiety i historia a dokładniej z tekstu o wymownym tytule: Kopciuszek. Dalsze losy
O następujących później miesiącach nie wiemy dosłownie nic. To nie były czasy, w których za stosowne uważało się plotkowanie o królewskich uczuciach. Szczególnie, kiedy te nie miały większego wpływu na sytuację kraju. Jednak jeżeli czytaliście uważnie dwie poprzednie opowieści wiecie już, że i w przypadku Elżbiety i Kazimierza historia wcale nie musiała mieć szczęśliwego przebiegu. Kurczę, zazwyczaj nie miała!
Miłość w królewskim stadle to była bajka dla plebsu a nie coś, co zdarzało się w rzeczywistości.
Dlatego tym przyjemniej patrzy nam się na ewenement, który jakimś cudem udało się wypracować władcom patronującym jednemu z najdostatniejszych i najspokojniejszych okresów w dziejach Polski. Kto wie, może Polacy już wtedy woleli rozwodzić się nad nieszczęściami i klęskami, przebieg sytuacji dobrych oraz radosnych zbywając lekceważącym machnięciem ręki...? ;)
Dziś bowiem wiedzę o happy endzie wysnuwamy z poszlak; mocnych ale jednak poszlak: ich pierwsze dziecko urodziło się dwa lata po ślubie a później, w odstępach od roku do trzech-czterech lat, przyszło na świat kolejnych dwanaścioro. Wiemy, że król radził się swojej żony w wielu kwestiach, z uwagą słuchając jej opinii [lecz czy się do nich stosował, historia już milczy ;) ]. Wiemy też, że para królewska nie lubiła rozstawać się na dłużej a dalsze podróże zawsze odbywała razem nawet, jeżeli władczyni ponownie spodziewała się dziecka. Jako jedna z nielicznych ówczesnych królowych Elżbieta nauczyła się biegle posługiwać językiem polskim, co też może być znaczące (i za co zyskała sympatię poddanych).
Nazwana matką królów, ponieważ nie tylko czterech jej synów zostało koronowanymi władcami, nie tylko dzięki niej Jagiellonowie stali się na chwilę bodaj drugą najpotężniejszą dynastią Europy ale też córki przez małżeństwa weszły do rodów książąt niemieckich, stając się z czasem przodkiniami dosłownie wszystkich dzisiejszych europejskich rodów panujących. Jeden z jej synów został biskupem z następnie kardynałem i prymasem Polski, inny świętym kościoła rzymskokatolickiego, miała więc Elżbieta świetne układy zarówno na ziemi, jak i w niebie. ;)
Przeżywszy męża o dwanaście lat, zmarła w roku 1505 w kraju pod panowaniem swego syna Aleksandra. W dokładnie tym samym czasie podpisującego się pod konstytucją znaną dziś jako Nihil novi i głoszącą: "Gdybyśmy cokolwiek przeciw wolnościom, przywilejom, swobodom i prawom Królestwa uczynili, uznajemy to ipso facto (łac. tym samym) za nieważne i żadne", uniemożliwiającą królowi podjęcie jakiejkolwiek nowej decyzji bez zgody izby poselskiej oraz senatu; wiążącą ręce władcy w świecie, który prostą drogą zmierzał ku absolutyzmowi.
Ta wiedza przyda Wam się w ostatniej części mojej królewsko-liliowej opowieści. :) Na razie jednak wróćmy do Elżbiety Rakuszanki.
Życie spokojne i szczęśliwe nie budzi w nas takich emocji, jak rozpacz i śmierć. A jednocześnie jest tym, o jakim wszyscy marzymy. Czymś spokojnym, dodającym otuchy, pozwalającym na złapanie oddechu w szalonym świecie. Ciepłą, trochę bajkową kołderką, którą moglibyśmy się otulić. ;)
Jakie perfumy tak pachną?
Lys Noir marki Isabey.
Tutaj brak jakichkolwiek koszmarów czy nawet żywszych emocji, zamiast których wyczuwam jednostajny, przyjazny spokój. Ciepło i matczyną błogość [choć uwaga, nie idealizujmy! W średniowieczu mamy nie tuliły swoich dzieci ani nie śpiewały im kołysanek, szczególnie te koronowane ;) ]. Taką bezpieczną, trochę nudną statyczność czy harmonię.
Od otwarcia aż po bazę Lys Noir pozostaje pyłkowa, ciepła, odrobinę pierzasta. Dyskretnie podgrzewana nutami drzewnymi czy przyprawowymi, cały czas będącymi jednak tylko tłem albo podporą dla silnego ale ujmującego przyjaznym charakterem kwiecia. W otwarciu mieszaniny najważniejsza wydaje się tuberoza, miodowa i prężna, rozjaśniona świetlistą wonią heliotropu. Później pojawia się skromny, wycofany narcyz i - co za niespodzianka! - razem z heliotropem spychają nieznoszącą sprzeciwu królowa białych kwiatów na drugi plan. :) Dzięki nim lilia ma szansę rozkwitnąć w pełnej krasie, biała i o zdumiewającej liczbie pąków. Towarzyszy jej heliotrop i tuberoza, z której pozostał już tylko słodkawy, lekko krystaliczny miodowy sznyt. Czyżby dobrowolnie uznała swoją porażkę? ;) Na to wygląda.
Kompozycja na mojej skórze nie zmienia się szczególnie, jest statyczna i stateczna, z czasem tylko coraz silniej opierająca się o nuty zamorskiego drewna i rozbielona pyłkiem jasnych piżm, otoczona kaszmirowym szalem z paczuli. Trochę zmęczona ale przecież szczęśliwa. Dyskretna. Pogodna. I wciąż żywa, nawet podczas spokojnego, niemal niezauważonego odchodzenia.
Lys Noir to baśń o spokojnym, dostatnim i satysfakcjonującym życiu. To lilia, która znalazła dla siebie idealne miejsce. A jak pachniałby ów kwiat, gdyby jego przesadzenie w mniej przyjazny północny grunt odbyło się w nie tak komfortowych warunkach? Gdyby ogrodnicy, zamiast dbać o niego, sarkali nań niezadowoleni?
O tym opowie kolejna historia.
Pamiętacie akapit o konstytucji Nihil novi, nakładającej kontrolę tego, co dziś nazwalibyśmy władzą ustawodawczą nad działaniami króla, który sam siebie postawił w roli strażnika tejże konstytucji? Czy pomijając kwestie reprezentacji innych stanów poza szlachtą nie brzmi to Wam podejrzanie współcześnie oraz demokratycznie? ;) Jeżeli brzmi, to bardzo dobrze, ponieważ właśnie byliście świadkami ustabilizowania demokracji szlacheckiej. :D
I teraz wyobraźcie sobie, że w tę naszą rzeczywistość niemal pełnej zależności władcy od składającej się na sejm reprezentacji obywateli, w to radykalne oderwanie władzy od prawa krwi oraz faktu rządzenia krajem od woli boskiej wchodzi nagle osoba zupełnie nieprzygotowana. Nierozumiejąca tego systemu, odmawiająca mu logiczności i prawa bytu. Bona Sforza d’Aragona, księżna Bari i Rosano, spadkobierczyni Królestwa Jerozolimy a później Królowa Polski, Wielka Księżna Litewska etc.etc.
Wychowana przecież w słonecznej Italii, potomkini kondotierów znanych z okrucieństwa i bezwzględności, daleka krewna Ludwika zwanego Maurem, będącego mecenasem Leonarda da Vinci oraz Katarzyny zwanej Tygrysicą z Forlì, toczącej boje z Kościołem i rodziną Borgiów. Wielu z nich było - lub pochodziło - od synów z nieprawego łoża, dopuszczanych jednak do nazwiska i zaszczytów. Dla Włochów liczyło się pokrewieństwo i władza nadana odgórnie, może kupiona za pieniądze czy wywalczona w bojach oraz skrytobójstwem ale tak naprawdę pochodząca z boskiego nadania. :] Jak ktoś żyjący w podobnym klimacie politycznym mógł docenić nowożytną próbę interpretacji idei demokratycznych?
Myślę jednak, że ówcześni koronni politycy mogli docenić świeżość spojrzenia swojej nowej królowej, w oparciu o jej doświadczenia dokonać rewizji chociażby kwestii finansów publicznych. W końcu o pieniądzach ród Sforza również wiedział niemało. ;)
Jednak Bona była kobietą, w dodatku nieprzeciętnie silną i ambitną. Kimś, kogo przyzwyczajeni do wizerunku królowej cichej, uległej i biernej, niewtrącającej się do polityki polscy możnowładcy nie mogli ani nie chcieli zaakceptować. Z czasem pałali do niej coraz silniejszą antypatią, nawet po upływie stuleci:
"Do dziś otacza ją w Polsce czarna legenda wrednej, despotycznej Włoszki, która w naszym bogobojnym kraju zaprowadza swoje cudzoziemskie porządki, wspomagając się trucizną. (...)
Ale nam tę truciznę wsączyli do umysłów nie dworscy plotkarze, ale głównie nasz wielki (tak przynajmniej się mówi) powieściopisarz Józef Ignacy Kraszewski. Nie zapominajmy, że dwa, trzy pokolenia temu myślenie o polskiej przeszłości kształtowały właśnie jego powieści (...). Wśród tych dzieł były i Dwie królowe, masowo czytane przez nasze babki i prababki. Bona jest w tej powieści postacią wyjątkowo obmierzłą. Łączy temperament bazarowej przekupy z naturą bezwzględnej, przewrotnej i zazdrosnej despotki, zdolnej posunąć się do każdej podłości w walce o polityczne wpływy. Sięga po swoje, nie przebierając w środkach. Nawet kosztem szczęścia własnych dzieci, nawet kosztem życia innych.
I tak, z pomocą trującej powieści pana Kraszewskiego, przypięliśmy łatkę trucicielki najwybitniejszej bodaj polskiej królowej. Dziś historycy próbują to usprawiedliwiać, argumentując, że silna osobowość Bony mogła w nas budzić lęk. Przybyła do Polski jako egzotyczna księżniczka, nieprzeciętnie piękna i bystra, w dodatku nie wahająca się robić użytku z własnej inteligencji. Owszem, potrafiła deklamować z pamięci Horacego i Cycerona, ale nie obchodził jej pusty blichtr dworskich spektakli. Była stworzona do rządzenia. I potrafiła zabrać się do rzeczy, na każdym polu walcząc o potęgę dynastii Jagiellonów, a co za tym idzie - Rzeczpospolitej. Zaludniała pustkowia, wznosiła mosty, młyny, tartaki, rozbudowywała miasta i twierdze. Lubiła mawiać: »U was dukaty leżą na gościńcach, schylić się jeno, ażeby je zebrać. Nikt nie chce? Tym lepiej dla mnie«. I zbierała te dukaty workami, zostawiając po sobie świetnie zadbane królewskie dobra, przynoszące wielkie pieniądze, dzięki którym mogła trzymać w szachu i niepokorną szlachtę, i obce mocarstwa. Jak wielkie to były sumy, świadczy polityczna awantura z ubiegłych wakacji - nasi politycy całkiem serio domagali się od Hiszpanii zwrotu pokaźnej pożyczki udzielonej przez Bonę królowi Filipowi II. Było tego 430 tys. złotych dukatów, z czego Hiszpan oddał ledwie dziesięć procent. A gdzie reszta?
Myślę, że Złoty Wiek Rzeczpospolitej, jak nazywamy czasy Zygmunta Starego, ten najlepszy okres naszej historii, w dużej części zawdzięczamy właśnie Bonie. Silnej, władczej, niebanalnej kobiecie, której ambicje budowały potęgę kraju. Ale dostrzegliśmy to dopiero teraz (choć czy nie taki jest los wybitnych postaci?), wcześniej woleliśmy jej przypinać łatkę trucicielki.
Ironią historii w tym wszystkim jest to, że raz w życiu Bony opowieść o truciźnie nie była plotką. Gdy na starość opuściła coraz bardziej wrogą jej Polskę i wróciła do swego Bari, truciznę podał jej podstępny dworzanin. Tam umarła i tam ją pochowano. Polacy nie chcieli jej na Wawelu".
Źródło: Kobiety i historia a konkretnie tekst pt.: Cztery kobiety znane z tego, czego nie zrobiły.
Jakie więc perfumy będą pasować tej przedziwnej, bardzo współczesnej - i bardzo mi bliskiej - władczyni? Tej kobiecie przybyłej z jednego szarego i niedoskonałego świata do drugiego, świadomej ich wad ale też umiejącej wykorzystać niedoskonałości i zalety?
Która lilia okaże się lilią Bony?
Podobnie jak w przypadku Charogne, dobór zapachu dla Włoszki okazał się bardzo prosty. Czy królowa o tak przejrzystym sercu i klarownym, jasnym dla świata charakterze mogłaby pachnieć czymś innym, niż Lys Méditerranée z cyklu Editions de Parfums Frédéric Malle? :)
Jakie inne perfumy pasowałyby do niej bardziej, niż lilia w pełnej glorii oraz chwale, lilia zjawiskowa oraz nie bojąca się niczego? Lilia silna siłą, której nie sposób się nauczyć, lilia tyleż kobieca i wdzięczna, co stanowcza. Od początku pełnokwiatowa ale i sprężysta, młoda, o twardej zielonej łodydze, ewidentnie rosnąca gdzieś obok piaszczystego brzegu Morza Śródziemnego. W słońcu oraz w wietrze niesionym od słonej wody i przynoszącym nad biały kwiat aromaty glonów, zbutwiałego drewna, soli; dodatkowo podkręcona woniami zielonego, selerowego dzięgla czy niewielkim ale wyczuwalnym dodatkiem ostrego, świeżego soku imbirowego.
Nieco później Lilia Śródziemnomorska ociepla się i wygładza, powala nieznacznie otulić woniami innych białych kwiatów, odrobinką neroli, wodną słodyczą lotosu... Odpoczywa, cały czas jednak pozostając niekwestionowaną władczynią olfaktorycznego krajobrazu. :) Pozostaje silna aż do ostatnich tchnień bazy pachnidła, tym razem uspokojona i obielona pierzasto-pułkowym piżmem oraz złagodzona ciepłą, puchatą ale nie mizdrzącą się wanilią.
Tak mogłaby wyglądać starość Bony, gdyby ze strony Polaków spotkały ją akceptacja i zrozumienie ale też gdyby te spotkały się z pełną wzajemnością królowej. Byłaby to starość lilii, która wciąż nie czuje się idealnie w nowym ogrodzie ale mimo to cieszy się ze wszystkiego, co dane jej było przeżyć i czego mogła doświadczyć. Starość spokojna i pewna, pełna ciszy oraz dobroci. Starość osoby, która przeszła przez życie w zgodzie z sobą a teraz niczego nie musi się wstydzić, za nic żałować.
Starość, której każdy z nas życzyłby sobie oraz wszystkim, których kochamy.
Cztery lilie i cztery kobiety. Różne od siebie w przecież coś je łączy: pragnienie miłości, akceptacji czy posłuchu, nadzieja na poważne potraktowanie przez rozdających karty mężczyzn, określony cel w życiu (cóż, może za wyjątkiem Klary, której cel okazał się tak dramatyczny i brzemienny w skutki, że trudno mówić tu o świadomej realizacji z góry określonych działań).
Wszystkie chciały żyć na własnych zasadach, co udało się tylko jednej z nich. Kolejnej natomiast - połowicznie. O żadnej jednak nie sposób zapomnieć.
Podobnie traktuję też cztery opisane dziś zapachy, złączone nie tylko tym samym tematem przewodnim. We wszystkich bowiem do lilii dołączono nietypowe, odważne, silne składniki, nad którymi jednak potrafiła zapanować. Wszystkie też opowiedziały mi zdumiewające, wciągające historie.:)
Wprost nie do wiary, że naprawdę się wydarzyły!
Tom Ford, Jardin Noir: Lys Fume
Rok produkcji i nos: 2012, ??
Przeznaczenie: zapach sklasyfikowany jako uniseks i jestem w stanie w to uwierzyć: lilia tak duszna i alkoholowo-drzewno-przyprawowa na męskiej skórze nabiera ostrzejszych, bardziej paprociowych barw.
Zawsze jednak pozostaje pachnidłem silnym, tworzącym za uperfumowaną osobą długi sillage, z czasem redukujący się do żywej aury.
Na okazje raczej oficjalne, wieczorowe, klubowe i tak dalej. Jednak w mniejszej dawce może towarzyszyć również naszym dniom. :)
Trwałość: około dziesięciu-trzynastu godzin wybrzmiewania i jeszcze kilka skokowego (?) zaniku.
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna (i aromatyczna)
Skład:
Nuta głowy: różowy pieprz, mandarynka
Nuta serca: biała lilia, ylang-ylang, dawana, gałka muszkatołowa, kurkuma
Nuta bazy: rum na bazie cukru demerara, wanilia, labdanum, styraks, dębina, (drewno sandałowe)
État Libre d'Orange, Charogne
Rok produkcji i nos: 2007 lub 2008, Shyamala Maisondieu
Przeznaczenie: kolejny uniseks i to z samego środka skali. :) Przez swoją dziwność i ekscentryczną cielesność równie łatwo - równie dziwnie - układa się na skórze przedstawicieli co najmniej dwu płci. ;)
Trudno przypisać mi Charogne do konkretnej sytuacji cziy pory, ponieważ jest to zapach wymykający się podobnym praktycznym klasyfikacjom, przeznaczony przede wszystkim do artystycznej kontemplacji lub noszenia w bardzo specyficznych okolicznościach, które nie do końca potrafię sobie wyobrazić
Na pewno jest to pachnidło silne, chociaż z czasem coraz bliższe skórze, układające się miękko i wczepiające kurczowo, w zależności od stadium rozwoju.
Trwałość: około siedmiu czy ośmiu godzin plus kilka dalszych niemrawego, lewie wyczuwalnego zamierania.
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-skórzana
Skład:
imbir, różowy pieprz, kardamon, bergamotka, wanilia, skóra, jaśmin, ylang-ylang, lilia, osmantus, kadzidło, labdanum, styraks, nasiona piżmianu, piżmo
Isabey, Lys Noir
Rok produkcji i nos: 2014, ??
[Perfumy są ponoć nowoczesna reinterpretacja dzieła marki Isabey, produkowanego w jej "poprzednim życiu" od roku 1913. Prawdopodobnie jednak jest to zupełnie nowa kompozycja zapachowa, nienawiązująca do dawnego klasyka w niczym poza nazwą].
Przeznaczenie: pachnidło skierowane do kobiet, chociaż za testy z powodzeniem mogliby zabrać się również mężczyźni lubiący kwiatowe perfumy. Tu nawet tuberoza nie przeszkadza. ;)
O dosyć przyjaznej aurze, wyraźnej ale nie dominującej, ciepłej a z czasem coraz dyskretniejszej. Nadaje się na dowolnie wybrane przez Was okazje.
Trwałość: od sześciu czy siedmiu do prawie dwunastu godzin
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-orientalna
Skład:
Nuta głowy: czarny pieprz
Nuta serca: narcyz, tuberoza, heliotrop, lilia
Nuta bazy: mahoń, drewno sandałowe, paczuli, piżmo
Editions de Parfums Frédéric Malle, Lys Méditerranée
Rok produkcji i nos: 2000, Edouard Fléchier
Przeznaczenie: kolejny uniseks w stawce, z czym i tym razem muszę się zgodzić. :) Tym razem obraz "kobiecych" kwiatów dopełniają nuty morskie i przyprawowe, w nowoczesny sposób świeże, co razem składa się na całość klarowną i od początku do końca "czystą", bardzo naturalną.
Tym razem kompozycja jest już zupełnie bliska ciału, chociaż początkowo wiruje od niechcenia w jasnej, świetlistej aurze, by już po kilkunastu (albo kilkudziestu) minutach opaść bezpośrednio na skórę i stamtąd czarować tego, kto tylko przytknie do niej nos. :)
na dosłownie wszystkie okazje - poranne i wieczorowe, letnie i zimowe, oficjalne oraz całkowicie swobodne. Jak Wam wygodnie.
Trwałość: średnia, bo zalewie pięcio-, sześciogodzinna, jedynie w porywach osiągająca trochę lepszy wynik.
Grupa olfaktoryczna: kwiatowo-aromatyczna (oraz świeża)
Skład:
Nuta głowy: tygrysia lilia [? gatunek lilii? Alpinia? Hedychium?], konwalia, akordy morskie
Nuta serca: dzięgiel, kwiat pomarańczy, lilia wodna
Nuta bazy: wanilia, piżmo
___
Dziś noszę opisaną wyżej Lys Noir. :)
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. https://judithshaw.wordpress.com/tag/beauty-in-paris/ [Autorka fotografii: Judith Shaw]
2. Historia Klary Zach I autorstwa Aladára Körösfői-Kriescha, zaczerpnięta STĄD.
3. Historia Klary Zach II, również autorstwa Aladára Körösfői-Kriescha, zaczerpnięta STĄD.
4. Pani Joanna Szalona, pędzla Francisco Pradilli Ortiza; obraz można znaleźć TUTAJ.
5. Joanna Szalona uwięziona w Tordesillas, również pędzla Francisco Pradilli Ortiza; na blog trafiła STĄD.
6. Ubiory w Polsce 1200-1795. Przez J. Matejkę, 1447-1492, ryc. 23, przedstawiająca Kazimierza Jagiellończyka z rodziną; do szczegółowego obejrzenia TU.
7. Kopciuszek, ilustracja książkowa z roku 1865, wyszperana TUTAJ.
8. Rekonstrukcja wyglądu królowej Bony w młodości, wykonana na podstawie drzeworytu z woluminu Decjusza, do podziwiania TU.
9. Zawieszenie dzwonu Zygmunta, rzecz jasna pędzla Jana Matejki; obraz wypożyczony bezpośrednio STĄD.
10. http://krakow.fotopolska.eu/360063,foto.html?o=b64442&p=1 [Autorstwo: J. Rosikoń]
Etykiety:
aromatyczne,
État Libre d'Orange,
feminizm,
Frédéric Malle,
Isabey,
kwiatowe,
orientalne,
perfumy,
Poczet Wiedźm Świata,
skórzane,
świeże,
Tom Ford
czwartek, 30 października 2014
Miejsce wspaniałe i straszne
Był 3 października roku 2014, dzień w jednych częściach świata pogodny i ciepły, w innych ponury, zimny jak diabli i ogólnie mówiąc: paskudny. Jednak absolutnie bez względu na pogodę, miliony znudzonych nastolatków, zmęczonych rutyną dziennikarzy oraz wiecznie podjaranych popkulturą nerdów klikało bez większego zaangażowania w kolejne aplikacje swoich smartfonów, powstałe głównie po to, aby przenosić wiecznie złaknionych informacji, plotek, pomówień i awantur użytkowników internetu prosto do serwisów usiłujących uchodzić za społecznościowe. Miliardy kliknięć tylko dlatego, żeby sztucznie podtrzymywana potrzeba informacji na elektryzujące ludzkość tematy broń Boże nie wygasła i w dalszym ciągu pomagała zasilać konta właścicieli wyżej wspomnianych portali i producentów elektroniki kolejnymi miliardami dolarów. Dzień jak co dzień.
Tak wyglądała internetowa rzeczywistość trzeciego października bieżącego roku dopóki dwaj Amerykanie, reżyser David Lynch oraz scenarzysta Mark Frost, dokładnie o tej samej porze nie zaćwierkali w pewnym znanym serwisie społecznościowym wiadomością o identycznej treści: "That gum you like is going to come back in style! #damngoodcoffee". Dwanaście wyrazów i jeden hasztag wystarczyły, żeby społeczność internetowa zawrzała.
Aluzji szytej tak grubymi nićmi nie sposób przeoczyć lub zinterpretować błędnie. :D Wniosek był jasny: Miasteczko Twin Peaks wraca do telewizji!
Wszystko wskazuje na to, że spełni się obietnica jednej z najsłynniejszych denatek telewizji, Laury Palmer, która w swoim czasie wyznała agentowi Cooperowi: "zobaczymy się za dwadzieścia pięć lat". Premiera trzeciej serii jednego z najgenialniejszych seriali w historii przewidziana jest na 2016, czyli dokładnie ćwierć wieku od niepokojącej deklaracji. Czy niepowtarzalny, wyjątkowy i - pod wieloma względami - pionierski dla narracji telewizyjnych klimat Twin Peaks da się utrzymać pomimo upływu tylu lat, że o wodzie w Wind River lewie wspomnę? ;) Poczekamy, zobaczymy.
W każdym razie ja na samą myśl o powrocie do tego sennego, tajemniczego miasteczka ludzi serdecznych i demonicznych, wspaniałej przyrody, doskonałej kuchni oraz zbrodni czuję żywsze bicie serca. Pomyślcie tylko: znów w Twin Peaks, tym razem o dwadzieścia pięć lat starszym!
Jak duchy dobre i złe poradzą sobie w erze wszechobecnej elektroniki oraz rzeczywistości cyfrowej? Oretyrety! :>
Czy taka informacja nie stwarza idealnej okazji do olfaktorycznej zabawy światem stworzonym przez Lyncha i Frosta? Według mnie jak najbardziej tak. ;) Zresztą opisanie wyżej wspomnianego miasteczka w stanie Waszyngton z perspektywy tamtejszej kuchni - i zapachów, jakie musiały się stamtąd rozchodzić - korciło mnie już od wielu miesięcy. Prawdę mówiąc, niniejszy wpis powstał blisko rok temu i aż do dziś czekał w blogowych szkicach na ostateczne poprawki i okazję w sam raz pasującą do publikacji.
A przecież perspektywa trzeciej serii cyklu oraz kolejne Halloween to okazja podwójna. :)
Zapraszam więc na wędrówkę po deserowych specjalnościach Twin Peaks, miejsca słodkiego i przerażającego jednocześnie!
Weźmy klimat takiego miejsca: tych wszystkich ludzi ciepłych i oziębłych, przyjaznych oraz okrutnych, rozczulająco prostodusznych i cynicznych do szpiku kości - często w jednym i tym samym przypadku. Czarną Chatę i Białą Chatę. Kafeterię oraz burdel tuż za kanadyjską granicą. Olbrzyma i BOBa. Przytulność ale i grozę. Jak ująć je w jednym zapachu? Czy to w ogóle możliwe?
Moim zdaniem nie do końca.
Szukałam wśród pachnideł właściwego tropu, starając się na równi pokładać wiarę w rzeczowej analizie faktów oraz w intuicji. W taki oto sposób znalazłam troje podejrzanych ale żadnego ewidentnego winnego.
Każda z kompozycji zawierała w sobie pewną dozę niezbędnej dwoistości, rodzącego podskórny niepokój niedopowiedzenia ale żadna nie miała ich w odpowiednich proporcjach.
Najbliższa ideałowi wydała się Ambra Tibet marki Ava Luxe, jednocześnie obłędnie waniliowa, słodka. Wodząca na pokuszenie ciepłą jeszcze kruszonką czy obłędnym budyniowym kremem ale dokładnie w tej samej chwili drapiąca w gardło eugenolowym kardamonem i wprawiająca w zakłopotanie wyraźną nutą zwierzęcej zmysłowości w postaci piżma i cywetu. Stabilizująca się na ciele w pierzasto-aksamitny obłoczku o którymś z odcieni złamanej bieli i jednocześnie psująca jego bezpieczną błogość rwanymi, zaschniętymi smugami z błota i krwi.
Trzysta procent niepokoju pod pozorem bycia wonią doskonale przymilną; znakomicie zakamuflowany, niebezpieczny drapieżnik. Lecz niestety nie bestia nie z tego świata, której mimo wszystko oczekiwałabym w psychodelicznej atmosferze nadnaturalnego Twin Peaks.
Może więc warto zwrócić się ku Rume od Slumberhouse? Wszak jest to twór marki słynącej z tworzenia dziwnych, niejednoznacznych perfum, od których nie raz i nie dwa włosy stają dęba [co bynajmniej nie jest wadą].
No, cóż. Tym razem znalazłam zbyt wiele horroru, aczkolwiek samo pachnidło nie pasuje do ściśle horrorowej konwencji. Bo przecież czy prażone orzechy, taninowy, mocny napar z czarnej herbaty, palone liście laurowe oraz nieco czekoladowego paczuli są w stanie stworzyć obrzydliwą makabrę? Staroświecką baśń, trochę straszną, trochę romantyczną i owszem, jednak nie ślad wszechobecnego, diabolicznego zagrożenia. Tutaj mirra wprowadza zbyt wiele życia a labdanum uspokaja moje myśli, z powrotem prowadząc do świata, który znam i kocham. Dużo emocji, również negatywnych - ale Twin Peaks toto nie jest.
Trzecia z propozycji, la Danza delle Libellule od Nobile 1942, okazuje się natomiast tytułowym miasteczkiem widzianym z perspektywy przypadkowych przejezdnych, posilających się kawą i plackiem w Double R Diner. Przy czym nie chodzi o najsłynniejszy produkt lokalu, paj wiśniowy ale o jego pomijanego w scenariuszu konkurenta: placek jabłkowy. ;) Na kruchym cieście, od spodu nieco zbyt podsypanym mąką, teraz już przepieczoną i uwalniającą delikatny gorzki posmak, z aromatycznym nadzieniem jabłkowo-waniliowym, cynamonem oraz ciekawą nutą cytrusową w tle. Gdyby leżało na talerzu, towarzyszyłby mu niewielki kleks śmietany sandałowcowo-kokosowej. ;)
Człowiek, który zamówiłby taki przysmak, zajadałby go później łapczywie, z apetytem; cieszyłby się smakiem i dziwił, że taka niepozorna słodkość potrafi naprawdę nasycić żołądek. Na gorycz nadmiaru mąki o mały włos nie spalonej w ogóle nie zwróciłby uwagi. Żeby odkryć cienie nad Twin Peaks, trzeba wejść głębiej w jego strukturę.
Choćby zupełnym przypadkiem.
Jeżeli w serialu teoretycznie kryminalnym z wątkami obyczajowymi w ramach bonusu dostajemy jeszcze element nadnaturalny, nie wybrzydzajmy. Akceptujmy dzieło z dobrodziejstwem inwentarza. Szczególnie wtedy, gdy w ramach (dosłownej) wisienki na torcie dostajemy zajawkę najprawdziwszego food porn z czasów przed wynalezieniem Instagramu. ;P Darowanemu poczęstunkowi nie zagląda się w gary. ;)
Amerykańscy stróże prawa wiedzą o tym doskonale:
Damn good coffee, diabelnie dobra kawa, jak przełożono ów zwrot na język polski - jaka ona będzie?
Z pewnością dla każdego kawosza nieco inna. ;) Wiem, że dla nie-kawosza, choć osoby kawę "tylko" lubiącej, wybór będzie jasny mimo, że dla ortodoksów dosyć kontrowersyjny. Kawa, na którą ochotę się miewa, i to nie codziennie, jest napojem wysoce wzbogaconym. :) O spienione mleko, aromatyczne przyprawy, ciekawą alkoholową wkładkę, cukier trzcinowy, w końcu czapkę z bitej śmietany oraz kakao, cynamon czy inną posypkę na samym wierzchu.
Czegoś takiego z pewnością nie podawali w Twin Peaks. ;)
Kawusia ugrzeczniona, niekiedy zagłuszona, to jeden z wariantów kawy pijanej przez niżej podpisaną [ostatnio straciłam głowę dla tworu znanego pod nazwą pumpkin spice latte :) ]. Taką mam wizję pysznej kawy, co zrobić? Dlatego nie powinien Was dziwić mój kawowy wybór, równie fikuśny choć o wiele prostszy w formie, niż kawa po irlandzku czy inna Maria Teresa. ;)
"Moja" kawa z Miasteczka Twin Peaks to affogato, porcja lodów waniliowych utopiona w filiżance gorącego espresso. Dokładnie czymś takim pachnie mi Kafeïne marki L'Atelier Bohème. Rzecz wyrazista, kontrastowa i robiąca piorunujące wrażenie. Najpierw elektryzujące, konkretne uderzenie cierpkości, wynikłej z miksu bergamotki, kawy, drewna cedrowego i herbaty, chwilę później dołącza gorący kardamon z sandałowcem - a jeszcze potem słodycz karmelowo-tonkowa, która całkowicie zmienia moją interpretację drewna sandałowego oraz kawy, od tej pory aż po ostatnie chwile Kafeïne na skórze jednoznacznie deserowe, kawiarniane, leniwe. Gdybym miała przyrównać doń inne bardziej znane, i pasujące klimatem, perfumy, postawiłabym na New Haarlem od Bond No. 9.
A skoro już o słodyczach mowa...
Czasami bywa tak, że ich najwięksi miłośnicy wprost nie potrafią uwierzyć we własne szczęście, w to jak wiele dookoła okazji do niespodziewanego lub nieskrępowanego łasowania. ;) Amerykańskie pączki w czekoladzie? Pyszne, smażone w głębokim tłuszczu krążki z ciasta drożdżowego, na dokładkę bezwstydnie oblane lukrem, kuwerturą czekoladową, frużeliną czy jakimkolwiek innym ustrojstwem, o którym wprost boją się myśleć dietetycy oraz stomatolodzy? [Więc będę grzeczną dziewczynką i w ogóle nie powiem im ani słowa o cronutach, czyli współczesnej nowojorskiej krzyżówce donutów i francuskich croissantów; ani słóweczkiem, będę milczeć jak grób. ;> Swoją drogą, byłby to ciekawy pomysł na jeden ze sztandarowych smakołyków współczesnego Twin Peaks, nie sądzicie?] Mniam!
Dla siebie poproszę o dwa z czekoladą. :D
Pierwszy nosi nazwę Oriental Edition II i powstał pod egidą perfumowej odnogi marki Angel Schlesser. A jest różą, gęstą, ciemną i słodko-wytrawna, nieco cierpką, oblaną grubą warstwą ciemnej czekolady o wysokiej zawartości kakao. Właściwie nie jestem pewna, czy jest to bardziej pączek amerykański, czy polski choć oblany czekoladą w miejsce zwyczajowego lukru bądź cukru pudru. Jednak mniejsza o to.
Najistotniejszy jest smak, to znaczy zapach. ;) A ten jest chyba jedyny w swoim rodzaju: wyrazisty, głęboki dzięki nutom drzewnym i szafranowi, złocącemu się i rozgrzewającemu mieszankę od pierwszych chwil, jednocześnie kobiecy i o silnym charakterze. To właśnie wspomniane akordy drzewno-przyprawowe nie pozwalają OEII zboczyć z kursu i osiąść na mieliźnie czegoś przesłodzonego i nazbyt oczywistego. Wspaniale wyważona mieszanka daje nam wyobrażenie, jak mogłoby wyglądać Twin Peaks, gdyby istniało gdzieś w prawdziwym świecie.
O drugim z czekoladowych pączków, Gourmand Coquin z guerlainowskiej butikowej serii les Élixirs Charnels, nie można powiedzieć już tak wiele, chociaż pachnidło zeń naprawdę świetne. Uważam, że nie ma potrzeby uciekać się do rzeczowości, kiedy kolejna z wód idealnie dopasowuje się do klimatu serialowej fikcji. ;P I jest jak trzeba nienachalnie słodka ale czarowna, obłędnie czekoladowa a przy tym szykowna (dzięki przyprawom, nucie alkoholowej a także wyraźnych śladach szlachetnego żywicznego dymu, jak podejrzewam), bez dwóch zdań trzymająca najwyższy poziom. I nawet ślad pulchnego i mięciutkiego, elastycznego ciasta o przyjemnej waniliowej nucie także się weń znajdzie! ;)
Jak tu nie lubić czekoladowych perfum?
Dla podobnego przypadku widzę właściwie tylko jedno wytłumaczenie: ta osoba na pewno woli słynny wiśniowy placek z jadłodajni Normy Jennings. :D Uwielbiany przez całe miasto, za wyjątkiem matki właścicielki lokalu (ale ona była spoza Twin Peaks, więc właściwie się nie liczy ;) ). Wyobrażam sobie, że był słodko-kwaśny, na jeszcze ciepłym, chrupiącym spodzie, zdobywający serca kolejnych konsumentów prostotą składników o znakomitej jakości. Ostatecznie kto powiedział, że prosty kowboj nie może być smakoszem?
Skąd kowboj? Otóż mam z nimi stereotypowe skojarzenia, na które składa się między innymi otaczająca tę grupę zawodową skórzana galanteria [choć nie przesadzałabym z tym słowem w takim właśnie kontekście ;P ]. Charakterystyczne buty, siodła, juki, lassa, kurtki z frędzlami, to dziwne coś pod szyją w miejsce krawatu, szerokie pasy, kapelusze z rzemykami... Ogólnie żenada. ;> No ale. Kowboje są przecież ikonami amerykańskości, do tego hojnie zaopatrzonymi w wyroby ze skóry i zamszu.
Kiedy zaś jednego z nich, domytego i starannie upranego, posadzicie we wspomnianym lokalu i postawicie przed nim talerz z ciepłym wiśniowym pajem - na dokładkę dorzucając, absurdalną w takim towarzystwie, peerelowską musującą oranżadkę w proszku o smaku wiśniowym - otrzymacie ni mniej, ni więcej jak Bendelirious od État Libre d'Orange. :D Na dowód, że oto mamy do czynienia z kowbojem w świątecznym wcieleniu, gdzieś za jego plecami wyczuwam wyraźny aromat wina musującego, który do spółki ze słodko-kwaśną aurą placka wiśniowego skutecznie zagłusza pryzmy ziemi z akordu fiołkowego pomieszanego z octanem wetiwerolu, przyczajonej w okolicach butów legendy Dzikiego Zachodu.
Ciekawy miks, nie powiem. Oryginalny i, jak na artystyczne perfumy przystało, inspirujący do dalszych przemyśleń. Przynajmniej w pierwszych fazach rozwoju, jeszcze zanim stanie się cieniem samego siebie na jasnej, kuszącej pierzynce z woni deserowych, białego piżma oraz syntetycznego zamszu.
Niemniej jednak Shelly Johnson i agent Dale Cooper są pełni entuzjazmu:
Tak trzymać!
Halloween, choć wymuszone, irytująco plastikowe i powierzchowne, też może być ciekawym sposobem spędzenia czasu na przełomie października i listopada. Choć osobiście, jeżeli kogoś naprawdę drażni chrześcijański aspekt polskich dni zadusznych, polecałabym raczej Dziady. Wystarczy odrobina dobrej woli i będą równie klimatyczne, co Wszystkich Świętych a przy okazji bliższe rodzimej wrażliwości.
Tylko, że nijak nie pasują do Miasteczka Twin Peaks... :]
Angel Schlesser, Oriental Edition II
Rok produkcji i nos: 2009, ??
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, choć na męskiej skórze mogłoby być równie ciekawe. Wyraziste, zamaszyste, odważne; o niemałej projekcji i śladzie zapachowym, po pewnym czasie oczywiście zmieniające się w różnobarwną, pulsującą aurę. Zawsze jednak gęste i głębokie.
Świetne na wszelkie okazje wieczorowe i wtedy, kiedy tylko zechcemy silniej pachnieć.
Trwałość: dobrze ponad dwunastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, jaśmin, konwalia, róża, fiołek
Nuta serca: praliny, goździk (kwiat), szafran
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczuli, wetyweria, wanilia, ambra, piżmo
L'Atelier Bohème, Kafeïne
Rok produkcji i nos: 2008, Crystelle Darchicourt
Przeznaczenie: pachnidło typu uniseks; na skórze kobiet bardziej figlarne i słodkei, jak to opisałam powyżej, na męskiej natomiast skręca bardziej w stronę drzewnej jasności i kruszonych obuchem ziaren palonej kawy (ze słodyczą aby nie było zbyt monotonnie). :)
Tworzące brzy ciele wiotką ale dosyć wyraźną aurę, z czasem opadające na skórę człowieka i ściśle do niej przylegające. Czyli bardzo, bardzo dyskretne. ;)
Piękne o tej porze roku! [O ile pamiętam, bo próbkowałam i recenzowałam K jakiś rok temu].
Trwałość: nienachalna. ;) Kofeina nigdy nie przeżyła dłużej, niż pięć czy sześć godzin.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-gourmand (i drzewna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, kardamon, kawa
Nuta serca: herbata, drewno cedrowe, drewno sandałowe
Nuta bazy: bób tonka, karmel
Ava Luxe, Ambra Tibet
Rok produkcji i nos: 2007, Serena Ava Franco
Przeznaczenie: zapach typu uniseks dla miłośników pełnych, obfitych nut ambrowych. O średniej projekcji i tendencji do płochliwego wtulania się w ludzkie ciało przy każdym podmuchu chłodniejszego wiatru; statyczny ale nie niemrawy.
Wszystko, o czym wspominam wyżej czyni AT zapachem idealnym zarówno na okazje dzienne, jak i wieczorowe (po prostu podwójcie dawkę), biurowe ale i leniwoniedzielne. ;) Pod warunkiem, ze jesteście choć umiarkowanymi fanami niszy, których nie przestraszy perspektywa ziemi i krwi wspomnianych w recenzji. :>
Trwałość: około sześciu lub siedmiu godzin porządnej wyczuwalnej projekcji
Grupa olfaktoryczna: orientalna
Skład:
Nuta głowy: kardamon
Nuta serca: akord bursztynu tybetańskiego
Nuta bazy: szara ambra, cywet, wanilia
État Libre d'Orange, Bendelirious
Rok produkcji i nos: 2008, Antoine Lie
Przeznaczenie: idealny uniseks dla miłośników charakterystycznego,z lekka obrazoburczego [aha... chcieliby ;) ] stylu marki. Trzyma się raczej blisko skóry, choć pierwsze fazy ujawniają "ogoniaste" ambicje mieszaniny. Na ambicjach niestety się kończy i całość zręcznie redukuje się do gęstej, nieco fluorescencyjnej aury - a potem robi się całkiem bliskoskórna.
Za dnia lub wieczorem, o ile ludzki nosiciel okaże się jednostka na tyle ekscentryczną i beztroską, żeby pachnieć wiśniową oranżadką skórzaną galanterią na raz.
Trwałość: na mojej skórze jakieś pięć godzin
Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa (i skórzana)
Skład:
Nuta głowy: grejpfrut, akordy szampana i lizaka wiśniowego
Nuta serca: liście fiołka, kłącze irysa, masło irysowe
Nuta bazy: akord skóry i zamszu, wetyweria, bób tonka, piżmo
Guerlain, les Élixirs Charnels: Gourmand Coquin
Rok produkcji i nos(y): 2008, Christine Nagel oraz Sylvaine Delacourte
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet i nieuleczalnych czekoladowych łasuchów bez różnicy płci. ;) Charakteryzuje się spokojną, wyważoną projekcją i mocą, kryjącą się gdzieś w tle, lecz niepozwalającą zapomnieć oo źródle czekoladowej woni. :) Trzymające się blisko ludzkiej skóry, co w tym przypadku z pewnością jest sytuacją pożądaną, świadomą decyzją twórczyń.
Na okazje, jakie tylko uznacie za stosowne.
Trwałość: bardo dobra, bo dziesięcio-czternastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (i, oczywiście, gourmand)
Skład:
Nuta głowy: czarny pieprz
Nuta serca: kakao, wędzona herbata, róża
Nuta bazy: czekolada, rum
Nobile 1942, la Danza delle Libellule
Rok produkcji i nos(y): 2012, Marie Duchene oraz Antonio Alessandria
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, ze szczególnym uwzględnieniem miłośniczek białych piżm, jasnej kremowości oraz musującej słodyczy z jakaś charakterną nutką [czy jest na sali Ania Tuckett? ;) ]. Gęste i raczej bliskoskórne, choć z bliska wyczuwalne bez większego trudu.
Na okazje.. hm, właściwie to na każdą, szczególnie dla miłośniczek gatunku. :) Kluczem będzie dawka.
Trwałość: około dziesięciu godzin i dalszych parę zamierania
Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, jabłko
Nuta serca: cynamon, drewno cedrowe
Nuta bazy: wanilia, białe piżmo, kokos
Slumberhouse, Rume
Rok produkcji i nos: 2011, Josh Lobb
Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne z samego środka skali; kolejne raczej dla miłośników określonego klimatu niż dżendera (któregokolwiek). ;] Gęste, wyrazista ale zaskakująco optymistyczne. Intrygujące niebanalnym zestawieniem nut, jednak umiejące trzymać się tła. Początkowo silnie oddziałujące na otoczenie, ciągnące się kilkunastocentymetrowym śladem ale szybko redukowane do żywej, intensywnej i orzeźwiającej aury.
Dla każdego i każdej, kto ceni charakterystyczny, trochę industrialny a trochę gotycki styl marki. Reszta z Was bez szczegółowych testów raczej się nie obejdzie.
Trwałość: w granicach pół doby, chociaż latem potrafi niemal podwoić osiągi. ;)
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)
Skład:
liść laurowy, labdanum, mirra
___
Dziś noszę Blackbird marki Olympic Orchids.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.mtv.com/news/1916248/14-tv-shows-you-need-for-college/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
2. http://stephmansolf.com/blog/2011/12/07/come-for-the-murder-stay-for-the-cherry-pie/ [Autorka: Stephanie Mansolf]
3. http://www.domesticsluttery.com/2013/10/etsy-pick-happy-pencil.html [Autorka: Stephanie Baxter]
4. http://badassdigest.com/2012/10/03/tv-timewarp-twin-peaks-episodes-2.06-and-2.07/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
5. http://badassdigest.com/2012/07/18/tv-timewarp-twin-peaks-pilot/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
6. http://www.flickr.com/photos/singlespeedoutlaw/3897657065/ [Autor: sso]
7. http://nyulocal.com/entertainment/2014/03/26/twin-peaks-may-be-over-but-well-always-have-a-damn-fine-cup-of-coffee/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
Jak przystało na blogerkę z typową dla współczesności neurozą pseudoinformacji, przy pisaniu powyższego tekstu korzystałam z doniesień i opracowań dostępnych online. Oto one:
1. http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/to-juz-pewne-twin-peaks-wraca,475080.html
2. http://wyborcza.pl/1,75475,16861715,Wroci__Miasteczko_Twin_Peaks___Lynch__ktory_zburzyl.html
3. http://seryjni.blog.polityka.pl/2014/10/07/miasteczko-twin-peaks-wraca/
[Wszystkie wg dostępu z 28. 10. 2014].
Tak wyglądała internetowa rzeczywistość trzeciego października bieżącego roku dopóki dwaj Amerykanie, reżyser David Lynch oraz scenarzysta Mark Frost, dokładnie o tej samej porze nie zaćwierkali w pewnym znanym serwisie społecznościowym wiadomością o identycznej treści: "That gum you like is going to come back in style! #damngoodcoffee". Dwanaście wyrazów i jeden hasztag wystarczyły, żeby społeczność internetowa zawrzała.
Aluzji szytej tak grubymi nićmi nie sposób przeoczyć lub zinterpretować błędnie. :D Wniosek był jasny: Miasteczko Twin Peaks wraca do telewizji!
Wszystko wskazuje na to, że spełni się obietnica jednej z najsłynniejszych denatek telewizji, Laury Palmer, która w swoim czasie wyznała agentowi Cooperowi: "zobaczymy się za dwadzieścia pięć lat". Premiera trzeciej serii jednego z najgenialniejszych seriali w historii przewidziana jest na 2016, czyli dokładnie ćwierć wieku od niepokojącej deklaracji. Czy niepowtarzalny, wyjątkowy i - pod wieloma względami - pionierski dla narracji telewizyjnych klimat Twin Peaks da się utrzymać pomimo upływu tylu lat, że o wodzie w Wind River lewie wspomnę? ;) Poczekamy, zobaczymy.
W każdym razie ja na samą myśl o powrocie do tego sennego, tajemniczego miasteczka ludzi serdecznych i demonicznych, wspaniałej przyrody, doskonałej kuchni oraz zbrodni czuję żywsze bicie serca. Pomyślcie tylko: znów w Twin Peaks, tym razem o dwadzieścia pięć lat starszym!
Jak duchy dobre i złe poradzą sobie w erze wszechobecnej elektroniki oraz rzeczywistości cyfrowej? Oretyrety! :>
Czy taka informacja nie stwarza idealnej okazji do olfaktorycznej zabawy światem stworzonym przez Lyncha i Frosta? Według mnie jak najbardziej tak. ;) Zresztą opisanie wyżej wspomnianego miasteczka w stanie Waszyngton z perspektywy tamtejszej kuchni - i zapachów, jakie musiały się stamtąd rozchodzić - korciło mnie już od wielu miesięcy. Prawdę mówiąc, niniejszy wpis powstał blisko rok temu i aż do dziś czekał w blogowych szkicach na ostateczne poprawki i okazję w sam raz pasującą do publikacji.
A przecież perspektywa trzeciej serii cyklu oraz kolejne Halloween to okazja podwójna. :)
Zapraszam więc na wędrówkę po deserowych specjalnościach Twin Peaks, miejsca słodkiego i przerażającego jednocześnie!
Weźmy klimat takiego miejsca: tych wszystkich ludzi ciepłych i oziębłych, przyjaznych oraz okrutnych, rozczulająco prostodusznych i cynicznych do szpiku kości - często w jednym i tym samym przypadku. Czarną Chatę i Białą Chatę. Kafeterię oraz burdel tuż za kanadyjską granicą. Olbrzyma i BOBa. Przytulność ale i grozę. Jak ująć je w jednym zapachu? Czy to w ogóle możliwe?
Moim zdaniem nie do końca.
Szukałam wśród pachnideł właściwego tropu, starając się na równi pokładać wiarę w rzeczowej analizie faktów oraz w intuicji. W taki oto sposób znalazłam troje podejrzanych ale żadnego ewidentnego winnego.
Każda z kompozycji zawierała w sobie pewną dozę niezbędnej dwoistości, rodzącego podskórny niepokój niedopowiedzenia ale żadna nie miała ich w odpowiednich proporcjach.
Najbliższa ideałowi wydała się Ambra Tibet marki Ava Luxe, jednocześnie obłędnie waniliowa, słodka. Wodząca na pokuszenie ciepłą jeszcze kruszonką czy obłędnym budyniowym kremem ale dokładnie w tej samej chwili drapiąca w gardło eugenolowym kardamonem i wprawiająca w zakłopotanie wyraźną nutą zwierzęcej zmysłowości w postaci piżma i cywetu. Stabilizująca się na ciele w pierzasto-aksamitny obłoczku o którymś z odcieni złamanej bieli i jednocześnie psująca jego bezpieczną błogość rwanymi, zaschniętymi smugami z błota i krwi.
Trzysta procent niepokoju pod pozorem bycia wonią doskonale przymilną; znakomicie zakamuflowany, niebezpieczny drapieżnik. Lecz niestety nie bestia nie z tego świata, której mimo wszystko oczekiwałabym w psychodelicznej atmosferze nadnaturalnego Twin Peaks.
Może więc warto zwrócić się ku Rume od Slumberhouse? Wszak jest to twór marki słynącej z tworzenia dziwnych, niejednoznacznych perfum, od których nie raz i nie dwa włosy stają dęba [co bynajmniej nie jest wadą].
No, cóż. Tym razem znalazłam zbyt wiele horroru, aczkolwiek samo pachnidło nie pasuje do ściśle horrorowej konwencji. Bo przecież czy prażone orzechy, taninowy, mocny napar z czarnej herbaty, palone liście laurowe oraz nieco czekoladowego paczuli są w stanie stworzyć obrzydliwą makabrę? Staroświecką baśń, trochę straszną, trochę romantyczną i owszem, jednak nie ślad wszechobecnego, diabolicznego zagrożenia. Tutaj mirra wprowadza zbyt wiele życia a labdanum uspokaja moje myśli, z powrotem prowadząc do świata, który znam i kocham. Dużo emocji, również negatywnych - ale Twin Peaks toto nie jest.
Trzecia z propozycji, la Danza delle Libellule od Nobile 1942, okazuje się natomiast tytułowym miasteczkiem widzianym z perspektywy przypadkowych przejezdnych, posilających się kawą i plackiem w Double R Diner. Przy czym nie chodzi o najsłynniejszy produkt lokalu, paj wiśniowy ale o jego pomijanego w scenariuszu konkurenta: placek jabłkowy. ;) Na kruchym cieście, od spodu nieco zbyt podsypanym mąką, teraz już przepieczoną i uwalniającą delikatny gorzki posmak, z aromatycznym nadzieniem jabłkowo-waniliowym, cynamonem oraz ciekawą nutą cytrusową w tle. Gdyby leżało na talerzu, towarzyszyłby mu niewielki kleks śmietany sandałowcowo-kokosowej. ;)
Człowiek, który zamówiłby taki przysmak, zajadałby go później łapczywie, z apetytem; cieszyłby się smakiem i dziwił, że taka niepozorna słodkość potrafi naprawdę nasycić żołądek. Na gorycz nadmiaru mąki o mały włos nie spalonej w ogóle nie zwróciłby uwagi. Żeby odkryć cienie nad Twin Peaks, trzeba wejść głębiej w jego strukturę.
Choćby zupełnym przypadkiem.
"(...) element kluczowy dla całej fabuły to wynik całkowitego przypadku. Podczas kręcenia sceny, w której matka Laury Palmer dowiaduje się o jej śmierci i wybucha płaczem, doszło do drobnej pomyłki na planie: otóż asystent scenografa Frank Silva uwięził sam siebie przed kamerą.Znając genezę jednej z najbardziej zapadających w pamięć postaci serialu [o ile w ogóle były tam jakiekolwiek inne ;) ], trzeba być głupcem, aby ignorować rolę przypadku w procesie twórczym. Więc nie marudźmy.
Serialowe wnętrza są przeważnie dość umowne, okna nie mają szyb, drzwi nie mają klamek. O ile prawdziwa klamka czy szyba nie jest potrzebna w konkretnej scenie, łatwiej i taniej zastąpić je byle atrapą. Co za tym idzie, rozmieszczanie dekoracji trzeba wykonywać w określonej kolejności, bo inaczej taki np. asystent scenografa zostanie w środku i nie wyjdzie bez odsunięcia jednej ze »ścian«. Tak się właśnie zdarzyło na planie Lynchowi.
On postanowił jednak mimo wszystko nie przerywać ujęcia - poprosił tylko Silvę, żeby siedział w kącie i się nie ruszał. Aktorka (...) odegrała scenę swojej rozpaczy, jak nakazywał scenariusz. Udawała, że w pokoju nie ma nikogo poza nią.
I kiedy kamera przypadkowo uchwyciła odbicie Franka Silvy w lustrze, niechcący dostaliśmy absolutnie niesamowitą scenę. O co tu chodzi? Kim jest ten facet? Dlaczego ta kobieta go nie widzi - albo udaje, że go nie widzi?
»Nie wiedziałem, co z tym zrobić, ale wiedziałem, że to jest świetne« - wspominał Lynch".
ŹRÓDŁO
Jeżeli w serialu teoretycznie kryminalnym z wątkami obyczajowymi w ramach bonusu dostajemy jeszcze element nadnaturalny, nie wybrzydzajmy. Akceptujmy dzieło z dobrodziejstwem inwentarza. Szczególnie wtedy, gdy w ramach (dosłownej) wisienki na torcie dostajemy zajawkę najprawdziwszego food porn z czasów przed wynalezieniem Instagramu. ;P Darowanemu poczęstunkowi nie zagląda się w gary. ;)
Amerykańscy stróże prawa wiedzą o tym doskonale:
Damn good coffee, diabelnie dobra kawa, jak przełożono ów zwrot na język polski - jaka ona będzie?
Z pewnością dla każdego kawosza nieco inna. ;) Wiem, że dla nie-kawosza, choć osoby kawę "tylko" lubiącej, wybór będzie jasny mimo, że dla ortodoksów dosyć kontrowersyjny. Kawa, na którą ochotę się miewa, i to nie codziennie, jest napojem wysoce wzbogaconym. :) O spienione mleko, aromatyczne przyprawy, ciekawą alkoholową wkładkę, cukier trzcinowy, w końcu czapkę z bitej śmietany oraz kakao, cynamon czy inną posypkę na samym wierzchu.
Czegoś takiego z pewnością nie podawali w Twin Peaks. ;)
Kawusia ugrzeczniona, niekiedy zagłuszona, to jeden z wariantów kawy pijanej przez niżej podpisaną [ostatnio straciłam głowę dla tworu znanego pod nazwą pumpkin spice latte :) ]. Taką mam wizję pysznej kawy, co zrobić? Dlatego nie powinien Was dziwić mój kawowy wybór, równie fikuśny choć o wiele prostszy w formie, niż kawa po irlandzku czy inna Maria Teresa. ;)
"Moja" kawa z Miasteczka Twin Peaks to affogato, porcja lodów waniliowych utopiona w filiżance gorącego espresso. Dokładnie czymś takim pachnie mi Kafeïne marki L'Atelier Bohème. Rzecz wyrazista, kontrastowa i robiąca piorunujące wrażenie. Najpierw elektryzujące, konkretne uderzenie cierpkości, wynikłej z miksu bergamotki, kawy, drewna cedrowego i herbaty, chwilę później dołącza gorący kardamon z sandałowcem - a jeszcze potem słodycz karmelowo-tonkowa, która całkowicie zmienia moją interpretację drewna sandałowego oraz kawy, od tej pory aż po ostatnie chwile Kafeïne na skórze jednoznacznie deserowe, kawiarniane, leniwe. Gdybym miała przyrównać doń inne bardziej znane, i pasujące klimatem, perfumy, postawiłabym na New Haarlem od Bond No. 9.
A skoro już o słodyczach mowa...
Czasami bywa tak, że ich najwięksi miłośnicy wprost nie potrafią uwierzyć we własne szczęście, w to jak wiele dookoła okazji do niespodziewanego lub nieskrępowanego łasowania. ;) Amerykańskie pączki w czekoladzie? Pyszne, smażone w głębokim tłuszczu krążki z ciasta drożdżowego, na dokładkę bezwstydnie oblane lukrem, kuwerturą czekoladową, frużeliną czy jakimkolwiek innym ustrojstwem, o którym wprost boją się myśleć dietetycy oraz stomatolodzy? [Więc będę grzeczną dziewczynką i w ogóle nie powiem im ani słowa o cronutach, czyli współczesnej nowojorskiej krzyżówce donutów i francuskich croissantów; ani słóweczkiem, będę milczeć jak grób. ;> Swoją drogą, byłby to ciekawy pomysł na jeden ze sztandarowych smakołyków współczesnego Twin Peaks, nie sądzicie?] Mniam!
Dla siebie poproszę o dwa z czekoladą. :D
Pierwszy nosi nazwę Oriental Edition II i powstał pod egidą perfumowej odnogi marki Angel Schlesser. A jest różą, gęstą, ciemną i słodko-wytrawna, nieco cierpką, oblaną grubą warstwą ciemnej czekolady o wysokiej zawartości kakao. Właściwie nie jestem pewna, czy jest to bardziej pączek amerykański, czy polski choć oblany czekoladą w miejsce zwyczajowego lukru bądź cukru pudru. Jednak mniejsza o to.
Najistotniejszy jest smak, to znaczy zapach. ;) A ten jest chyba jedyny w swoim rodzaju: wyrazisty, głęboki dzięki nutom drzewnym i szafranowi, złocącemu się i rozgrzewającemu mieszankę od pierwszych chwil, jednocześnie kobiecy i o silnym charakterze. To właśnie wspomniane akordy drzewno-przyprawowe nie pozwalają OEII zboczyć z kursu i osiąść na mieliźnie czegoś przesłodzonego i nazbyt oczywistego. Wspaniale wyważona mieszanka daje nam wyobrażenie, jak mogłoby wyglądać Twin Peaks, gdyby istniało gdzieś w prawdziwym świecie.
O drugim z czekoladowych pączków, Gourmand Coquin z guerlainowskiej butikowej serii les Élixirs Charnels, nie można powiedzieć już tak wiele, chociaż pachnidło zeń naprawdę świetne. Uważam, że nie ma potrzeby uciekać się do rzeczowości, kiedy kolejna z wód idealnie dopasowuje się do klimatu serialowej fikcji. ;P I jest jak trzeba nienachalnie słodka ale czarowna, obłędnie czekoladowa a przy tym szykowna (dzięki przyprawom, nucie alkoholowej a także wyraźnych śladach szlachetnego żywicznego dymu, jak podejrzewam), bez dwóch zdań trzymająca najwyższy poziom. I nawet ślad pulchnego i mięciutkiego, elastycznego ciasta o przyjemnej waniliowej nucie także się weń znajdzie! ;)
Jak tu nie lubić czekoladowych perfum?
Dla podobnego przypadku widzę właściwie tylko jedno wytłumaczenie: ta osoba na pewno woli słynny wiśniowy placek z jadłodajni Normy Jennings. :D Uwielbiany przez całe miasto, za wyjątkiem matki właścicielki lokalu (ale ona była spoza Twin Peaks, więc właściwie się nie liczy ;) ). Wyobrażam sobie, że był słodko-kwaśny, na jeszcze ciepłym, chrupiącym spodzie, zdobywający serca kolejnych konsumentów prostotą składników o znakomitej jakości. Ostatecznie kto powiedział, że prosty kowboj nie może być smakoszem?
Skąd kowboj? Otóż mam z nimi stereotypowe skojarzenia, na które składa się między innymi otaczająca tę grupę zawodową skórzana galanteria [choć nie przesadzałabym z tym słowem w takim właśnie kontekście ;P ]. Charakterystyczne buty, siodła, juki, lassa, kurtki z frędzlami, to dziwne coś pod szyją w miejsce krawatu, szerokie pasy, kapelusze z rzemykami... Ogólnie żenada. ;> No ale. Kowboje są przecież ikonami amerykańskości, do tego hojnie zaopatrzonymi w wyroby ze skóry i zamszu.
Kiedy zaś jednego z nich, domytego i starannie upranego, posadzicie we wspomnianym lokalu i postawicie przed nim talerz z ciepłym wiśniowym pajem - na dokładkę dorzucając, absurdalną w takim towarzystwie, peerelowską musującą oranżadkę w proszku o smaku wiśniowym - otrzymacie ni mniej, ni więcej jak Bendelirious od État Libre d'Orange. :D Na dowód, że oto mamy do czynienia z kowbojem w świątecznym wcieleniu, gdzieś za jego plecami wyczuwam wyraźny aromat wina musującego, który do spółki ze słodko-kwaśną aurą placka wiśniowego skutecznie zagłusza pryzmy ziemi z akordu fiołkowego pomieszanego z octanem wetiwerolu, przyczajonej w okolicach butów legendy Dzikiego Zachodu.
Ciekawy miks, nie powiem. Oryginalny i, jak na artystyczne perfumy przystało, inspirujący do dalszych przemyśleń. Przynajmniej w pierwszych fazach rozwoju, jeszcze zanim stanie się cieniem samego siebie na jasnej, kuszącej pierzynce z woni deserowych, białego piżma oraz syntetycznego zamszu.
Niemniej jednak Shelly Johnson i agent Dale Cooper są pełni entuzjazmu:
Tak trzymać!
Halloween, choć wymuszone, irytująco plastikowe i powierzchowne, też może być ciekawym sposobem spędzenia czasu na przełomie października i listopada. Choć osobiście, jeżeli kogoś naprawdę drażni chrześcijański aspekt polskich dni zadusznych, polecałabym raczej Dziady. Wystarczy odrobina dobrej woli i będą równie klimatyczne, co Wszystkich Świętych a przy okazji bliższe rodzimej wrażliwości.
Tylko, że nijak nie pasują do Miasteczka Twin Peaks... :]
Rok produkcji i nos: 2009, ??
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, choć na męskiej skórze mogłoby być równie ciekawe. Wyraziste, zamaszyste, odważne; o niemałej projekcji i śladzie zapachowym, po pewnym czasie oczywiście zmieniające się w różnobarwną, pulsującą aurę. Zawsze jednak gęste i głębokie.
Świetne na wszelkie okazje wieczorowe i wtedy, kiedy tylko zechcemy silniej pachnieć.
Trwałość: dobrze ponad dwunastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-kwiatowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, jaśmin, konwalia, róża, fiołek
Nuta serca: praliny, goździk (kwiat), szafran
Nuta bazy: drewno cedrowe, drewno sandałowe, paczuli, wetyweria, wanilia, ambra, piżmo
L'Atelier Bohème, Kafeïne
Rok produkcji i nos: 2008, Crystelle Darchicourt
Przeznaczenie: pachnidło typu uniseks; na skórze kobiet bardziej figlarne i słodkei, jak to opisałam powyżej, na męskiej natomiast skręca bardziej w stronę drzewnej jasności i kruszonych obuchem ziaren palonej kawy (ze słodyczą aby nie było zbyt monotonnie). :)
Tworzące brzy ciele wiotką ale dosyć wyraźną aurę, z czasem opadające na skórę człowieka i ściśle do niej przylegające. Czyli bardzo, bardzo dyskretne. ;)
Piękne o tej porze roku! [O ile pamiętam, bo próbkowałam i recenzowałam K jakiś rok temu].
Trwałość: nienachalna. ;) Kofeina nigdy nie przeżyła dłużej, niż pięć czy sześć godzin.
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-gourmand (i drzewna)
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, kardamon, kawa
Nuta serca: herbata, drewno cedrowe, drewno sandałowe
Nuta bazy: bób tonka, karmel
Ava Luxe, Ambra Tibet
Rok produkcji i nos: 2007, Serena Ava Franco
Przeznaczenie: zapach typu uniseks dla miłośników pełnych, obfitych nut ambrowych. O średniej projekcji i tendencji do płochliwego wtulania się w ludzkie ciało przy każdym podmuchu chłodniejszego wiatru; statyczny ale nie niemrawy.
Wszystko, o czym wspominam wyżej czyni AT zapachem idealnym zarówno na okazje dzienne, jak i wieczorowe (po prostu podwójcie dawkę), biurowe ale i leniwoniedzielne. ;) Pod warunkiem, ze jesteście choć umiarkowanymi fanami niszy, których nie przestraszy perspektywa ziemi i krwi wspomnianych w recenzji. :>
Trwałość: około sześciu lub siedmiu godzin porządnej wyczuwalnej projekcji
Grupa olfaktoryczna: orientalna
Skład:
Nuta głowy: kardamon
Nuta serca: akord bursztynu tybetańskiego
Nuta bazy: szara ambra, cywet, wanilia
État Libre d'Orange, Bendelirious
Rok produkcji i nos: 2008, Antoine Lie
Przeznaczenie: idealny uniseks dla miłośników charakterystycznego,z lekka obrazoburczego [aha... chcieliby ;) ] stylu marki. Trzyma się raczej blisko skóry, choć pierwsze fazy ujawniają "ogoniaste" ambicje mieszaniny. Na ambicjach niestety się kończy i całość zręcznie redukuje się do gęstej, nieco fluorescencyjnej aury - a potem robi się całkiem bliskoskórna.
Za dnia lub wieczorem, o ile ludzki nosiciel okaże się jednostka na tyle ekscentryczną i beztroską, żeby pachnieć wiśniową oranżadką skórzaną galanterią na raz.
Trwałość: na mojej skórze jakieś pięć godzin
Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa (i skórzana)
Skład:
Nuta głowy: grejpfrut, akordy szampana i lizaka wiśniowego
Nuta serca: liście fiołka, kłącze irysa, masło irysowe
Nuta bazy: akord skóry i zamszu, wetyweria, bób tonka, piżmo
Guerlain, les Élixirs Charnels: Gourmand Coquin
Rok produkcji i nos(y): 2008, Christine Nagel oraz Sylvaine Delacourte
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet i nieuleczalnych czekoladowych łasuchów bez różnicy płci. ;) Charakteryzuje się spokojną, wyważoną projekcją i mocą, kryjącą się gdzieś w tle, lecz niepozwalającą zapomnieć oo źródle czekoladowej woni. :) Trzymające się blisko ludzkiej skóry, co w tym przypadku z pewnością jest sytuacją pożądaną, świadomą decyzją twórczyń.
Na okazje, jakie tylko uznacie za stosowne.
Trwałość: bardo dobra, bo dziesięcio-czternastogodzinna
Grupa olfaktoryczna: orientalno-waniliowa (i, oczywiście, gourmand)
Skład:
Nuta głowy: czarny pieprz
Nuta serca: kakao, wędzona herbata, róża
Nuta bazy: czekolada, rum
Nobile 1942, la Danza delle Libellule
Rok produkcji i nos(y): 2012, Marie Duchene oraz Antonio Alessandria
Przeznaczenie: pachnidło dla kobiet, ze szczególnym uwzględnieniem miłośniczek białych piżm, jasnej kremowości oraz musującej słodyczy z jakaś charakterną nutką [czy jest na sali Ania Tuckett? ;) ]. Gęste i raczej bliskoskórne, choć z bliska wyczuwalne bez większego trudu.
Na okazje.. hm, właściwie to na każdą, szczególnie dla miłośniczek gatunku. :) Kluczem będzie dawka.
Trwałość: około dziesięciu godzin i dalszych parę zamierania
Grupa olfaktoryczna: gourmand-owocowa
Skład:
Nuta głowy: bergamotka, jabłko
Nuta serca: cynamon, drewno cedrowe
Nuta bazy: wanilia, białe piżmo, kokos
Slumberhouse, Rume
Rok produkcji i nos: 2011, Josh Lobb
Przeznaczenie: pachnidło uniseksualne z samego środka skali; kolejne raczej dla miłośników określonego klimatu niż dżendera (któregokolwiek). ;] Gęste, wyrazista ale zaskakująco optymistyczne. Intrygujące niebanalnym zestawieniem nut, jednak umiejące trzymać się tła. Początkowo silnie oddziałujące na otoczenie, ciągnące się kilkunastocentymetrowym śladem ale szybko redukowane do żywej, intensywnej i orzeźwiającej aury.
Dla każdego i każdej, kto ceni charakterystyczny, trochę industrialny a trochę gotycki styl marki. Reszta z Was bez szczegółowych testów raczej się nie obejdzie.
Trwałość: w granicach pół doby, chociaż latem potrafi niemal podwoić osiągi. ;)
Grupa olfaktoryczna: aromatyczno-drzewna (i orientalna)
Skład:
liść laurowy, labdanum, mirra
___
Dziś noszę Blackbird marki Olympic Orchids.
P.S.
Źródła ważniejszych ilustracji:
1. http://www.mtv.com/news/1916248/14-tv-shows-you-need-for-college/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
2. http://stephmansolf.com/blog/2011/12/07/come-for-the-murder-stay-for-the-cherry-pie/ [Autorka: Stephanie Mansolf]
3. http://www.domesticsluttery.com/2013/10/etsy-pick-happy-pencil.html [Autorka: Stephanie Baxter]
4. http://badassdigest.com/2012/10/03/tv-timewarp-twin-peaks-episodes-2.06-and-2.07/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
5. http://badassdigest.com/2012/07/18/tv-timewarp-twin-peaks-pilot/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
6. http://www.flickr.com/photos/singlespeedoutlaw/3897657065/ [Autor: sso]
7. http://nyulocal.com/entertainment/2014/03/26/twin-peaks-may-be-over-but-well-always-have-a-damn-fine-cup-of-coffee/ [Prawa: ABC Entertainment Group]
Jak przystało na blogerkę z typową dla współczesności neurozą pseudoinformacji, przy pisaniu powyższego tekstu korzystałam z doniesień i opracowań dostępnych online. Oto one:
1. http://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/to-juz-pewne-twin-peaks-wraca,475080.html
2. http://wyborcza.pl/1,75475,16861715,Wroci__Miasteczko_Twin_Peaks___Lynch__ktory_zburzyl.html
3. http://seryjni.blog.polityka.pl/2014/10/07/miasteczko-twin-peaks-wraca/
[Wszystkie wg dostępu z 28. 10. 2014].
Subskrybuj:
Posty (Atom)













%2Bcopy.jpg)




















